7 grzechów głównych nauki języków obcych

siedem

"Stają się zaczątkiem innych grzechów, są świetnym podłożem, na którym może powstać i rozwinąć się cała paleta występków, nieprawości, zaniedbań."

– niedziela.pl – Tygodnik Katolicki NIEDZIELA

Ponieważ tytuł wpisu, główna grafika i powyższy cytat mogą wywołać lekki niepokój, to pragnę zdementować potencjalne plotki – nie zmieniliśmy profilu tematycznego strony na wyznaniowy. Niemniej jednak, każdy przeciętnie zorientowany w wytworach kultury człowiek wie, że motyw siedmiu grzechów głównych był, jest i pozostanie motywem niezwykle nośnym.

Okazuje się, że metodą luźnych (a czasem wręcz bardzo luźnych) skojarzeń i analogii, da się zinterpretować poszczególne peccata capitalia w kontekście metodyki uczenia i nauczania języków obcych. Postaram się uczynić to poniżej, wszystko w oparciu o moje subiektywne przemyślenia, z czego większość poparta jest osobistymi doświadczeniami z mojego życia.


LENISTWO

Choć, o ile mi wiadomo, Katechizm Kościoła Katolickiego nie wyszczególnia najbardziej parszywego spośród siedmiu grzechów głównych, to w świecie językowym to właśnie lenistwu przyznałabym ten "zaszczytny" tytuł.

Nauka języka obcego to ciężka praca. Codzienna i dożywotnia, choć w pewnym momencie przypomina raczej doskonalenie warsztatu, niż dochodzenie do poziomu komunikatywności. Kiedyś jeden z komentujących poddał w wątpliwość moje stwierdzenie, jakoby celem nauki języka miałaby (czy powinna) być tzw. płynność. Skłoniło mnie to do głębszej refleksji. Prawdę mówiąc, bardziej nienaturalne wydaje mi się nakładanie na siebie ograniczeń, tj. nauka sprowadzona tylko do kilku miesięcy czy lat kursu, bądź też utrzymywanie języka na jednym poziomie, mimo jego używania (choć faza plateau działa trochę w ten sposób, czy tego chcemy, czy nie). Tak czy siak, jeżeli używamy języka w sposób w miarę wszechstronny i regularny, to raczej nie ma szans nie posuwać się naprzód, ku płynności właśnie (która, przyznajmy sobie szczerze, jest jak worek bez dna).

Dygresja ta, pozornie odbiegająca od głównego tematu akapitu, wiążę się dość ściśle z tym, co może być bezpośrednim następstwem językowego lenistwa. Choć może lepszym określeniem byłby korelat – bowiem o współwystępowaniu lenistwa z pewnym rodzajem naiwności chciałabym zakończyć tę część rozmyślańHiszpański w miesiąc, duński w pół roku, czy japoński bez bólu (nie ma, że boli!) to pułapki, których nie trzeba przedstawiać stałym czytelnikom naszych artykułów na WOOFLA.pl. Swoją drogą, jest to naprawdę genialny chwyt, który, w zasadzie, jest pod względem logicznym niemal nienaganny. "Hiszpański w miesiąc". Hiszpański. Czymże jest ten mityczny, niedookreślony hiszpański? 30-letnim doświadczeniem zdolnego iberysty? Czy kilkoma dialogami przydatnymi w podróży? A może wiedzą dwujęzycznego dziecka? Skąd w ludziach wiara w to, że język faktycznie stanowi jakiś policzalny byt, który dzięki "cudownym metodom" zdoła być przyswojony "w całości" w odgórnie przyjętych jednostkach czasu? Wydaje się, że lepszym tytułem byłby "Hiszpański przez miesiąc" – wówczas zwracam honor. Ważne jednak, by na miesiącu się nie skończyło.


NIECZYSTOŚĆ

Spokojnie – efektywna nauka języków nie wymaga na szczęście wstrzemięźliwości seksualnej. "Nieczystość" w kontekście lingwistycznym rozumiem raczej w kategoriach wszelakiej niedbałości – ortograficznej, stylistycznej czy gramatycznej, z czego pierwsza i ostatnia jest najczęstszym przedmiotem laickich dyskusji.

Zetknęliście się kiedykolwiek z opinią postulującą zniesienie zasad ortograficznych (np. w języku polskim), motywowaną przekonaniem o zupełnej nieprzydatności wyżej wymienionych? Podobną chęć, choć umotywowaną raczej zamiłowaniem do skandalu, wykazywali na początku XX wieku futuryści. Poniżej próbka ich możliwości.

futurysci

(W sumie, gdyby w innej publikacji napisali ‚Kraków’, to ich niekonsekwencja mogłaby być podwójnie awangardowa)

 

Duch Futuryzmu zdaje się odradzać od czasu do czasu, między innymi w postaci zapytań kierowanych do Poradni Językowej PWN. Gorzej, jeśli postępowemu czytelnikowi odpowiedzi udzieli profesor Mirosław Bańko, znany ze swoich ciętych i trafiających w sedno ripost.

profesor_banko(prof. Bańko w swoim żywiole)

W geście solidarności z zacytowanym wyżej uczonym dodam jeszcze, że dużo wody w Wiśle może jeszcze upłynąć, zanim ludzie pojmą, iż:

a) pewne znaki odpowiadają pewnym realnie artykułowanym dźwiękom, stąd konieczne jest regulowanie zasad języka pisanego;

b) oraz, co wynika bezpośrednio z powyższego punktu, ortografia to nie tylko zasady dotyczące "ż" i "rz" (i innych identycznie wymawianych głosek).

Co zaś tyczy się gramatyki…  Jako przedstawicielka pokolenia lat 90., posłużę się interesującym (zwłaszcza dla przedstawicieli starszych roczników) przykładem kryteriów oceniania tzw. nowej matury z obcego języka nowożytnego (w tym przypadku angielskiego), które zilustruje problem w sposób perfekcyjny.

Pisana przeze mnie w 2013 roku podstawowa matura z języka angielskiego składała się w większości zadań jednokrotnego wyboru na słuchanie i czytanie, oraz dwóch wypowiedzi pisemnych (krótszej i dłuższej) o charakterze mocno użytkowym (zaproszenie, list, czy notatka). Poniżej przedstawiam kryteria oceniania jednego z zadań pisemnych. (źródło: cke.edu.pl). Czy widzicie, które z kryteriów przeważa w owej ubogiej, bo tylko pięciostopniowej punktacji?…matura_angielski

Współczesna matura z języka obcego kładzie nacisk przede wszystkim na KOMUNIKATYWNOŚĆ przekazu, przy ogromnym uszczupleniu znaczenia zasad ortograficznych i gramatycznych. Zero punktów za poprawność językową przyznaje się wówczas, gdy błędy stanowią powyżej 25% całkowitej liczby wyrazów wypowiedzi. Dodam, że w przypadku tego zadania, zazwyczaj pisze się wypowiedź około 40-wyrazową. Nietrudno policzyć, że aby nie stracić punktu w kryterium poprawności, uczeń może popełnić zbrodnię na języku aż do 10 razy. Co więcej, nawet jeśli przekroczy magiczne 25%, wciąż ma szansę na nagrodę w postaci czterech z pięciu możliwych do uzyskania punktów za całość zadania.

Brzmi jak szaleństwo, czy raczej wyrównywanie szans? Wszak rzeczą ludzką jest popełniać błędy, zwłaszcza w tak młodym wieku, prawda? Współczucie znika, kiedy posłucha się zgwałconych językowo, przykładowych odpowiedzi ocenionych na 4 lub 5 punktów. Sądzę, że czytelnicy posługujący się angielskim w stopniu co najmniej dobrym są w stanie wyobrazić sobie tego typu prace. Pomysłodawca klucza dodaje mimochodem, iż "…nie przyznaje się punktów za przekazanie informacji, jeżeli błędy językowe zaburzają jej zrozumienie". Pomylenie czasu teraźniejszego ciągłego z przeszłym prostym niesie, moim skromnym zdaniem, ryzyko takiego zaburzenia. A waszym, czytelnicy?


 

CHCIWOŚĆ I NIEUMIARKOWANIE

Ten grzech popełniają zazwyczaj tak zwani poligloci, o których też była mowa już niejednokrotnie. Istnieje też inna odmiana de facto podobnego w skutkach zachowania. Mowa o tych, którzy ciągnąc zbyt dużo srok za ogon nie byli w stanie dobrze przyswoić żadnego z 5-10-15 języków, za które się brali.

Przyczyną takiego stanu rzeczy zazwyczaj jest jedna z dwóch rzeczy:

a) brak wytrwałości tj. tendencja do szybkiego zniechęcania się niepowodzeniami;

b) poczucie obowiązku opanowania jak największej liczby języków w ciągu życia, najlepiej przed rozpoczęciem zawodowej kariery.

Eksperymentuj, poznawaj i poszerzaj horyzonty – lecz nie oczekuj od siebie zbyt wiele – to jedyna, patetyczno-matczyna rada, którą jestem w stanie z siebie wykrzesać.


PYCHA

Pycha, której bezpośrednim wyrazem jest przypisywanie sobie (świadome lub nie) wyższych kompetencji językowych, niż to jest w rzeczywistości. Sądzę, że osoby zajmujące się rekrutacją w swoich firmach mogłyby napisać na ten temat całkiem niezłą książkę.


ZAZDROŚĆ

Porównywanie się z innymi w kwestiach językowych – współuczestnikami kursu, czy też samym nauczycielem – to najgorsze, co można zrobić własnej psychice. Czym innym wydawać się może sytuacja wzorowania na kimś w rodzaju mistrza, który nam imponuje, lecz warto podkreślić tu samo pojęcie wzorowania się, a więc czegoś zupełnie innego niż bolesne i napięte, niemal sportowe współzawodnictwo, którym nauka języków z pewnością nie jest. Być lepszym od innych jest stosunkowo i względnie łatwo – zależy od grupy, w której zdecydujemy się na takie porównanie. Stawać się lepszym od samego siebie – to dopiero sztuka.


 

GNIEW

Gniew, jako składnik lub wynik frustracji, definiowanej jako "stan rozdrażnienia i rozgoryczenia występujący u kogoś na skutek niemożności zaspokojenia jakiejś potrzeby lub osiągnięcia celu, często połączony z poczuciem bezsilności". W zależności od rodzaju stosowanej atrybucji, a więc sposobu wyjaśniania życiowych zdarzeń, winą za swoje niepowodzenia językowe obarczyć można albo samego siebie, albo tych, którzy czasem szkodzą najbardziej – czyli nauczycieli. Psychologia dawno odkryła, że w przypadku porażek, zdecydowana większość ludzi będzie stosować atrybucje zewnętrzne (a więc przypisywanie sprawstwa czynnikom zewnętrznym, np. specyficznym właściwościom danej sytuacji), zaś sukcesy interpretować będzie używając atrybucji wewnętrznych (przypisując zasługi samemu sobie).

Uczucie porażki, niezależnie od rodzaju stosowanych atrybucji, niemal zawsze sieje spustoszenie w sferze motywacyjnej człowieka. Poznawcza reinterpretacja przykrego zdarzenia, a więc np. przekształcenie jej w czynnik mobilizujący, nie zawsze leży w zasięgu ludzkich możliwości. Należałoby się jednak zastanowić, czy w świecie nauki języków obcych w ogóle istnieje coś takiego jak porażka. Oblany egzamin, niezaliczony certyfikat czy nieudana rozmowa z obcokrajowcem to pewne nieprzyjemne sytuacje, polegające na nieosiągnięciu jakiegoś cząstkowego celu; w żadnym wypadku nie świadczą jednak o całości gigantycznego procesu, jakim jest przyswajanie obcej mowy.


Czy popełniającym wyżej wymienione "grzechy" grozi coś w rodzaju wiecznego potępienia? (np. mojego – znajomi twierdzą, że mam skłonności do osądzania) W żadnym wypadku. Tego rodzaju "grzeszników" spotkać może coś o wiele gorszego – UTRATA PRZYJEMNOŚCI OBCOWANIA Z JĘZYKAMI OBCYMI.

To dopiero piekło.

 

 Zobacz też…

Demony głupoty – część 1

Ilu języków tak naprawdę potrzebujesz?

Mój zestaw samouka

Patrz z własnej perspektywy; szyj metodę na miarę własnych potrzeb i możliwości

Jak szybko można zapomnieć? Historia oparta na faktach!

31 komentarze na temat “7 grzechów głównych nauki języków obcych

  1. Świetny wpis! Z przymrużeniem oka i z polotem, ale jednocześnie zwracający uwagę na wiele ważnych kwestii.
    Z żalem stwierdzam, że niektóre z tych grzechów popełniam (lenistwo…). Nie grozi mi raczej tylko pycha, bo mam bolesną świadomość braków w mojej wiedzy i umiejętnościach, które muszę uzupełnić.
    Pozdrawiam!

  2. "…uczeń może popełnić >zbrodnięzgwałconych< językowo, przykładowych odpowiedzi…"
    Co powoduje, że błędy ortograficzne i gramatyczne porównujesz do najcięższych przestępstw?
    Jeden będzie uważał, że ortografia i gramatyka są najważniejsze. Drugi że liczka znanych słów i zwrotów. Trzeci, że odpowiednia wymowa i akcent. Kolejny…

    "Współczesna matura z języka obcego kładzie nacisk przede wszystkim na KOMUNIKATYWNOŚĆ przekazu, przy ogromnym uszczupleniu znaczenia zasad ortograficznych i gramatycznych…"
    Język ma czemuś służyć. Celem tym jest KOMUNIKATYWNOŚĆ!
    W pełni zgadzam się z punktacją na maturze.

    pozdrawiam
    Romek

    1. "Język ma czemuś służyć. Celem tym jest KOMUNIKATYWNOŚĆ!"

      Zgadzam się w 100%, ale takie wymagania powinny być na teście gimnazjalnym. Od człowieka legitymującemu się maturą, która przecież potwierdza jego średnie (najczęściej ogólnokształcące)wykształcenie, można już chyba oczekiwać nieco więcej niż tylko komunikatywności.
      Czyż nowa matura nie miała zastąpić egzaminów na studia? Skoro tak, to powinna również filtrować absolwentów szkół średnich. Teraz mając marnych 30% można rozpocząć wyższą edukację, taka postawa sprzyja obniżaniu poziomu absolwentów uniwersytetów, politechnik itd.
      Podsumowując: nie zgadzam się z punktacją na maturze; uczeń w tym wieku powinien mieć świadomość istnienia normy językowej i umiejętność dostosowania się do niej.

      Marcin

      1. Nie sposób się z tym nie zgodzić, od człowieka legitymującego się maturą, nie mowiąc już o indeksie, czy nawet literkami mgr można i należy wymagać więcej niż komunikatywności na poziomie Kalego (za taką uważam maturę podstawową zdaną na 30%). Jeśli miałoby być inaczej to wywalmy ze szkół lekcje języków obcych i po prostu dajmy każdemu po egzemplarzu rozmówek pewnej popularnej w telewizjach śniadaniowych blondynki, no bo po co się męczyć?

    2. Przeraża mnie degradacja tego egzaminu. Już samo to, że obecnie wystarczy zdobyć 30%, żeby go zaliczyć to jakaś paranoja, bo tyle to można w testach zdobyć zaznaczając odpowiedzi "na czuja".
      I dlaczego kryterium ma być komunikatywność a nie poprawność udzielonych odpowiedzi? Wyobraźmy sobie taką sytuację: na egzaminie ustnym jest scenka z gatunku "zakupy". Egzaminator pyta o cenę produktu, który kosztuje 5 Euro a zdający udziela mu odpowiedzi nie mówiąc "five" tylko pokazując 5 palców. Komunikatywnie? Yes. Ale czy taka odpowiedź powinna być zaliczona?
      Jest zadanie – ma zostać wykonane, a nie odwalone. Można dopuścić szerszy wachlarz możliwych odpowiedzi nie według klucza, a według zdrowego rozsądku, ale mają to być odpowiedzi poprawne.

  3. Ja jestem tym wywrotowcem, ktory zakwestionowal plynnosc jako cel nauki jezykow obcych, o czym wspomniala Karolina. Plynnosc czesto jest owocem tak ubostwianego przez niektorych "myslenia w jezyku obcym" a to czesto bywa utrwalona forma komunikatywnosci, ktora z kolei jest wyzszym stadium celu "aby sie dogadac".
    Nie raz slyszalem "belgijskie" sprzataczki mowiace plynnie po francusku. Laikow nawet to zachwycalo, gdyz mowily szybko, lekko i duzo, i brzmialo to jak rasowy francuski. Jednak jego podstawe stawowily slupki slowek spisywane ze slownika, a potem bardzo mocno utrwalane podczas czestych konwersacji z gentelmenami pochodzenia polnocnoafrykanskiego.
    To oczywiscie przypadek skrajny,jednak gloryfikowana przez nasz system edukacyjny komunikatywnosc jako cel prowadzi do stosunkowo podobnych wynikow. Jesli efektem nauki w szkole sredniej ma byc rozwinieta forma dogadywania sie, to dalsza nauka przyniesie tylko zaawansowany i utrwalony jej stopien czyli plynnosc.
    Oczywiscie nie twierdze, ze plynnosc to cos zlego, lecz tylko to, ze nie powinna sama w sobie byc celem. Cel to raczej solidna, doglebna i poprawna znajomosc jezyka, ktora charakteryzuje sie miedzy innymi plynnoscia w mowie.

  4. A ja niestety muszę się nie zgodzić z paroma punktami w tym artykule. Od jakiegoś czasu przeglądam tą (tę?) stronę i jedyne czego się dowiedziałem to to, że tylko Wy potraficie uczyć się języków i tylko droga nauki jaką Wy proponujecie jest właściwa.
    Wciąż i wciąż czytam tutaj, że tylko Wy wiecie cokolwiek o językach. Że poziom C1 to absolutne minimum i poniżej tego poziomu nic się nie potrafi. Że bez niemal 100% poprawności językowej tak naprawdę nie zna się języka. Cóż, ja jestem zdania, że jako tako języka nie da się nauczyć lecz "dojść do satysfakcjonującego poziomu".
    Czy uważacie, że znacie język polski? Jest tysiące takich słów, których nie znamy. Czy uważacie sie za mistrzów gramatyki, ortografii, stylistyki, interpunkcji..? Raczej nie. Więc, języka nie da się opanować. Czy jak będę na poziomie B2, C1, C2 to mogę powiedzieć, że znam język? Wciąż nie. Więc po co mi jakiś wymyślony tytuł "Poliglota". Mieszkam w UK ale mój poziom angielskiego to B2. Więcej nie potrzebuję bo tak naprawdę już większe korzyści mam z węgierskiego. Ale prawdopodobnie żaden z moich języków nie jest wyżej niż B2 / "B3".
    Więc zamiast nauczyć się 4-5 języków na B2 mam się uczyć 1 na poziom C1? Płynność – po polsku wciąż się jąkam. Poprawność – prawdopodobnie już w tym komentarzu popełniłem mnóstwo błędów. Żeby nie było, nie chcę Was obrażać ani ośmieszać. Po prostu chcę powiedzieć abyście zastanowili się czy dla każdego wysoki poziom jest wymagany bo tak zrozumiałem z większości artykułów na tej stronie. Przestańcie pisać o porównywaniu się do innych bo tak naprawdę sami tego wymagacie. Mówię teraz o tym, że wciąż piszecie o niepoprawności i każdy kto tak robi jest wręcz głupi.
    Co do matury, języki w szkole nie są w ogóle potrzebne. Jak ktoś chce, to się nauczy. Jak ktoś nie chce, to tylko traci czas. Czy znać angielski to jakiś obowiązek? 30% według mnie wystarczy.
    Pozdrawiam.

    1. @Ferdynand Kiepski

      (1) Jak się nie chcesz uczyć języków, to się nie ucz. Nie lubisz, nie potrzebujesz, to się nie ucz, nie musisz.

      (2) Nie rozumiem Twoich zarzutów wobec autorów Woofli. Artykuły są nierówne; niektóre treści są trywialne (e.g. Brytyjskie portale informacyjne oraz Wikipedia dla początkujących) lub absurdalne (e.g. Jak ‚nauczyć się’ hiragany… w godzinę?), inne wzbudzają we mnie czysty zachwyt (e.g. Praca własna z tekstem oraz audio, gdy brak podręcznika – część 1) lub szczere zainteresowanie (e.g. Urugwajskie głosy). W którym jednak według Ciebie artykule autorzy piszą, że uważają się za mistrzów gramatyki, że tylko Oni potrafią uczyć się języków i, że C1 to absolutne minimum? Zerknij choćby tutaj: http://woofla.pl/ilu-jezykow-tak-naprawde-potrzebujesz/

      Artykuł 7 grzechów głównych nauki języków obcych Karoliny jest miły i przekazuje trafne spostrzeżenia. Artykuły Karoliny są ogólnie OK i lubię je czytać. 🙂

    2. @Ferdynandzie Kiepski,

      dziękuję Ci za pełen krytyki komentarz – cenię tego typu opinie, zwłaszcza gdy ich autorzy starają się włożyć w ich napisanie trochę serca.

      Nie rozumiem jednak zbytnio w którym artykule pochwalam używanie tytułu "poligloty". Krytycznie wyrażałem się o ludziach epatujących tym tytułem w artykule http://woofla.pl/mysl-samodzielnie-i-nie-patrz-na-innych-czyli-krytyka-poliglotow/, gdzie równie niepochlebnie wypowiadałem się o porównywaniu się do innych. Zerknij również do artykułu przytoczonego przez Yana Para Puyu, w którym wręcz stwierdziłem, iż zdobywanie wysokiego poziomu znajomości języka, kiedy ta nie jest do niczego praktycznego potrzebna jest w dużej mierze stratą czasu. Co do angielskiego – http://woofla.pl/czy-to-wstyd-nie-znac-jezyka-obcego/ . Podać więcej artykułów, w których zaprzeczam tezom postawionym w Twoim komentarzu?

      Czy tylko my, autorzy Woofli, wiemy cokolwiek o nauce języków? Na pewno nie. Szczerze mówiąc uważam wręcz, że Woofla jest jednym z niewielu miejsc w sieci, w którym sami autorzy dość krytycznie podchodzą zarówno do swoich językowych umiejętności jak i wiedzy, natomiast jej celem zamiast chełpienia się swoimi niebywałymi zdolnościami jest pobudzanie czytelników do dyskusji na tematy ogólnojęzykowe.

      Tak czy inaczej, słowa krytyki przyjmuję i postaram się w przyszłości być bardziej skromny.

      Pozdrawiam,
      Karol

    3. Przyznam, że rozumiem Ferdynanda i z wielu jego poglądami się zgadzam.
      Pod tym postem odpowiem na to co napisał M&M.
      "…od człowieka legitymującego się maturą, nie mowiąc już o indeksie, czy nawet literkami mgr można i należy wymagać więcej niż komunikatywności na poziomie Kalego (za taką uważam maturę podstawową zdaną na 30%)."
      Jeśli matura z języka jest obowiązkowa, to te 30% wg mnie jest wystarczające. Może ktoś nie ma zdolności językowych, może ma kiepskiego nauczyciela, może nie lubi się uczyć języków…
      Dalej M&M pisze: "Jeśli miałoby być inaczej to wywalmy ze szkół lekcje języków obcych…"
      Wywalić bym nie wywalał. Jednak nikogo nie zmuszał bym do matury z języka. Zdawali by ją ci co by chcieli. Wtedy poziom byłby wyższy i zamiast 30% byłoby 60% lub 70%.
      To samo zrobiłbym z matematyką. Na co osobom nie wybierającym się na studia techniczne lub "ścisłe" logarytmy, całki, różniczki, przebiegi funkcji?
      Pójdę dalej. Polski także nie byłby obowiązkowy gdyby to zależało ode mnie.

      pozdrawiam
      Romek

      1. Najlepiej (pisze to najpowazniej w swiecie!!!) zlikwidujmy przymusowa edukacje i wszystkie problemy same sie rozwiaza w jeden moment. Prywatne szkoly beda wykladac rozne przedmioty a uczniowie (i/lub ich rodzice) beda wybierac to, co ich zdaniem zasluguje na wydanie wymaganej kwoty pieniedzy. Chetni beda mogli zdac egzaminy w konkurujacych ze soba prestizem osrodkach egzaminacyjnych. Pracodawcy ocenia, czy posiadane swiadectwa z egzaminow (lub ich brak) sa wystarczajaca zacheta do zatrudnienia danej osoby. Co jeszcze jest potrzebne do normalnosci?
        A jezykow obcych powinno sie uczyc w dwoch wersjach- pierwsza to docelowa komunikatywnosc, druga to docelowy poziom bliski nejtywa z poziomem przejsciowym srednio zaawansowanym, na ktorym nauka moglaby byc czasowo zawieszana a umiejetnosci ewentualnie tylko utrwalane. W przypadku pierwszej wersji caly czas poswiecanoby na nauke najpotrzebniejszych slow i zwrotow, najpotrzebniejszej gramatyki, bez wchodzenia w zawilosci ani gramatyczne ani fonetyczne, odrzucajac idiomy, malo potrzebna frazeologie, poezje czy literature. Po zaliczeniu tej wersji uczacy sie moglby z grubsza wszystko w miare zrozumiale powiedziec, zrozumiec co sie DO NIEGO mowi w standardowych sytuacjach i na dosc proste tematy,przeczytac to co potrafi zrozumiec ze sluchu i napisac to co potrafi powiedziec. Nie rozumialby zbytnio telewizji, rozmow nejtywow miedzy soba, nie moglby czytac gazet, ksiazek, poezji… Dzis wiekszosc rowniez tego nie potrafi mimo nauki przez dlugie lata a oprocz tego nie umie sie rowniez nawet dogadac.
        Malo tego, ortografia jezyka ojczystego tez powinna byc w dwoch wersjach- pierwsza "dzisiejsza"-dla zainteresowanych kultura jezyka i jego rozwojem fonetycznym, ktorego slady odzwierciedla pisownia; druga-czysto fonetyczna (oczywiscie z przejrzystymi zasadami) dla osob, ktorych pierwsza wersja kompletnie nie interesuje. Obie grupy pisalyby wtedy bezblednie.
        Wszystko to napisalem bez krzty ironii. Pozdrawiam!

      2. @Night Hunterze,

        mimo wszystko potraktuję Twoją wypowiedź jak prowokacyjny żart.

        Względna bezpłatność polskiego szkolnictwa jest akurat jednym z jego największych plusów. Zwłaszcza na wyższych poziomach wprowadza to zdrowe współzawodnictwo. Jeśli jesteś pracowity uczysz się za darmo, jeśli leniwy – bulisz.

      3. @Night Hunter

        Właśnie tego typu pomysły zawsze zmuszają mnie do zrewidowania mojego – na ogół bardzo liberalnego – światopoglądu. Kilkuletnie dziecko nie ma możliwości decydować w swojej sprawie, jest całkowicie zdane na decyzje rodziców. Dlatego, i tylko dlatego, zawieszam tutaj mój liberalizm, bo jednak wolę system, który zmusza choćby najgłupszego rodzica, żeby posłał dziecko do szkoły. Ilu rodziców stwierdziłoby, że na co komu edukacja, są przecież ważniejsze wydatki, a dzieciak niech się uczy pracować fizycznie, zamiast jakichś fanaberii z nauką? (Nie, nie ma nic złego w niskiej edukacji i pracy fizycznej, ale tylko pod warunkiem, że taka droga jest wyborem wyłącznie samego zainteresowanego i zgodna jest z jego/jej predyspozycjami).

      4. @Romku,

        problem polega na tym, że matura się zdewaluowała. Nie każdy musi mieć średnie wykształcenie i jeszcze 20 lat temu nie było to taką normą. Mamy najwyższy odsetek studentów w Europie. Polacy naprawdę tak bardzo nie zmądrzeli przez ten czas, lecz obniżył się poziom, ale nie można również zakazywać dostępu do edukacji.

        Ogólnokrajowej matury zawszę będę bronił – jest wolna od układzików, osobistych zatargów nauczycieli z uczniami, które często decydowały o ostatecznym wyniku kandydatów z tej samej szkoły w poprzednim "systemie". Jak prosta czy "głupia" by nie była, to jednak jest jednolitym standardem w całym kraju. Te wszystkie procenciki nie mają najmniejszego znaczenia, bo to staniny o wszystkim mówią. Im ktoś więcej umie i bardziej pilnie się uczył, tym statystycznie osiąga na maturze lepszy wynik, co się przekłada na więcej punktów i lepszą pozycje w rankingach umożliwiających dostanie się na lepszy kierunek studiów.

        Dobrze, że na maturze są obowiązkowe przedmioty. Nie jest powiedziane, że każdy musi mieć średnie wykształcenie. Jeśli ktoś stwierdzi, że wystarczy mu edukacja na poziomie gimnazjum, to nie musi się już tak "męczyć".

        @Romku,
        na maturze, nawet rozszerzonej, już od lat już nie ma całek ani różniczek. Ci, którzy nie zdają podstawy na 30% nie mają problemu z policzeniem granicy funkcji, lecz ze zliczeniem do trzech.

        Już taki jeden był co chciał, żeby "niczego nie było". Bardzo łatwo powiedzieć, że wszystko jest źle, trudniej zaproponować konstruktywne rozwiązanie.

        Polski system edukacji nie powinien być fabryką certyfikowanych analfabetów.

      5. @Michal 11.02. 7:34
        Jesli jestes "leniwy" to bula bezposrednio, co miesiac twoi rodzice, a procz tego (w podatkach przez caly okres aktywnosci zawodowej-ponad 40 lat) bula oni takze na tych "pracowitych", poza tym bula na nich takze ich rodzice i inni dorosli, ktorych dzieci juz zakonczyly edukacje, lub jej jeszcze nie zaczely, i wszyscy dorosli, ktorzy jeszcze nie maja dzieci, a nawet ci, ktorzy nie planuja ich miec. Poza tym rodzice tych "pracowitych" czesto oplacali im prywatne szkoly srednie, korepetycje, kursy jezykowe i inne,a czasem i znajomosci, dzieki ktorym dostali sie oni na "bezplatne" studia.
        I Ty nazywasz to "wzglednia bezplatnoscia polskiego szkolnictwa"? No cyba,ze slowo "wzgledna" ma tak szerokie znaczenie:-)

      6. @Nigh Hunter

        1. ,” i wszyscy dorośli, którzy jeszcze nie maja dzieci, a nawet ci, którzy nie planują ich mieć” – zwłaszcza Ci ostatni powinni „bulić” podwójnie dopóki wysokość emerytury nie zależy w jakiejś mierze od zarobków posiadanych i wychowanych dzieci. Na razie dzieci tych, którzy je mają utrzymują również tych, którzy chcieli żyć sobie wygodnie, bez żadnych obowiązków.

        2.” Poza tym rodzice tych „pracowitych” czesto oplacali im prywatne szkoly srednie”. Najlepsze szkoły średnie to wciąż licea państwowe. Do prywatnych chodzą najczęściej albo rozpieszczone „zdolne, ale leniwe” dzieci bogatych (lub tych którzy chcą za takich uchodzić), mających „ambicje religijne” lub Ci, którzy już 3 razy nie zdali – liczący na przepchnięcie.

        3. „a czasem i znajomosci, dzieki ktorym dostali sie oni na „bezplatne” studia”; to raczej marginalne przypadki, nie mam w zwyczaju doszukiwać się wszędzie spisków. Każdy, kto ma choć trochę oleju w głowie jest się w stanie nauczyć i bez znajomości i powiązań rodzinnych dostać się również na medycynę czy prawo.

        4. „a procz tego (w podatkach przez caly okres aktywnosci zawodowej-ponad 40 lat) bula oni takze na tych „pracowitych””. Wolę płacić na edukację, niż na krus rolników, czternastkę przeceniających swoją rolę górników z 15 letnim okresem gwarancji zatrudnienia, którzy produkują węgiel droższy niż ten sprowadzany z Australii i RPA, emerytury 35-letnich „weteranów” orkiestr wojskowych, 40-letnich policjantów na emeryturach, prawników niepłacących podatku dochodowego, wszystkich demonstrantów, którzy sprawiają, że jadę do pracy pół godziny dłużej i wyciągają z „mojego miasta” 80% pieniędzy, jakie odłożą w postaci podatków jego mieszkańcy (janosikowe) i wszystkich innych pasożytów i wałkoni. Pozdrawiam wszystkich pracujących na „śmieciówkach” sponsorujących powyżej opisane towarzystwo, tych, co na własną emeryturę nie mają nawet co liczyć.

      7. Romku, przecież matura nie jest obowiązkowa. A że zwana jest "egzaminem dojrzałości" to osoba która zdała ten egzamin powinna prezentować już jakiś sensowny poziom, udowodnić że ma solidną, możliwie wszechstronną wiedzę. A dzisiejsza matura? 30% wystarczy żeby zdać i jeszcze można poprawiać co nie wyszło. Śmiech na sali a nie matura. Ze studiami powoli robi się to samo. Znajoma która wykłada na filologii germańskiej mówiła mi parę lat temu że w obecnym systemie na studia przyjmowane są nawet osoby które wyrażają zdziwienie, że zajęcia są po niemiecku, a same mimo zdanej (nowej)matury ledwo dukają. Rezygnacja z egzaminów wstępnych i wprowadzenie konkursu świadectw tę patologię potęguje.

      8. @Michał i @Warmiaczka
        Chciałem napisać, że jestem za wczesną specjalizacją. Niech matura będzie. Tylko niech maturzyści mają wybór. Niech się specjalizują w językach, ścisłych, humanistycznych. Jestem przeciwny obowiązkowym egzaminom z języka, matematyki i polskiego. Zwłaszcza, że 30%, które jest wymagane umniejsza rangę tego egzaminu.

        Wyjaśnię może dlaczego tak sprzeciwiam się tym obowiązkowym egzaminom. Boję się, że zdolni humaniści nie będą mogli pójść na studia z powodu matematyki, której nie cierpią i nigdy im się w życiu nie przyda w tym zakresie. Tak samo, uzdolnione umysły ścisłe polegną na polskim. A może byłby z nich genialny naukowiec, inżynier. Itd.

        BTW Nie miałem problemy z moją maturą. Polski zdałem nawet na 4, co było cudem w moim przypadku.

        pozdrawiam
        Romek

      9. @Michal 12.02. 7:54
        @1. Myslisz bardzo slusznie i liberalnie, tylko pomysly masz niezwykle zawile. Po co tak strasznie to komplikowac? Nie prosciej zlikwidowac przymus ubezpieczen spolecznych i pozwolic dzieciom bezposrednio utrzymywac rodzicow na starosc? I skonczy sie zycie "wygodnie, bez zadnych obowiazkow"!
        @2,3.OK, nie wchodzac w szczegoly niech bedzie Twoja racja.
        @4.Znowu piszesz bardzo slusznie i wolnosciowo- "wole placic na edukacje, niz na…", nie masz jednak wyboru i musisz placic na caly ten burdel. Gdyby zlikwidowac/zredukowac/sprywatyzowac/uwolnorynkowic caly ten socjalizm to spelniloby sie Twoje zyczenie i placilbys na przyklad tylko na edukacje, gdybys chcial. Lub (tez gdybys chcial) tylko na edukacje swoja albo swoich dzieci.
        Nie wiem, czy dobrze rozumiem Twoj ostatni argument- pracujacy na "smieciowkach" przeciez nikogo bezposrednio nie sponsoruja, bo nikt za nich ani ZUSu ani podatku nie odprowadza.Sponsoruja oczywiscie posrednio przy kasach fiskalnych w sklepach, jak wszyscy, bo w cenach wszystkiego sa WSZYSTKIE podatki, ktore potem ida na wymienione przez Ciebie towarzystwo pasozytow i walkoni. Ale czy to miales na mysli? Pozdrawiam!

      10. @ Night Hunter,

        Tak, to był skrót myślowy. Chodziło mi raczej o to ile z pieniędzy wydanych – zżartych przez podatki wraca potem do konkretnych osób w postaci emerytur, przywilejów, odpisów, przydziału węgla, bezpłatnych przejazdów I klasą dla rodzin kolejarzy itd. Zdaję sobie sprawę, że dzięki temu, że jest KRUS, na który rolnicy odprowadzają kilka razy mniej niż normalny człowiek na ZUS, to żywność jest relatywnie tania. Wszystko jest ze sobą powiązane, ale jak ostatnimi czasy wszędzie widzę to rozkrzykane towarzystwo domagające się "SPRAWIEDLIWOŚCI SPOŁECZNEJ" i przedstawicieli związkowych zachęcających do wyszarpywania "TEGO CO SIĘ NALEŻY", to coś mnie zalewa.
        To są niestety braki w edukacji, część osób nie pojmuje, że pieniądze nie biorą się z kosmosu, lecz ktoś ten sponsoring dotuje; czytaj Ci, którzy pracują w branżach nie mających silnych związków zawodowych. Już 25 lat mineło od zmiany ustroju, ale niestety etos związkowców, którym się wydaje, że są jakimiś zbawcami narodu pozostał, mimo tego, że czasy się "trochę" zmieniły.

        Co do edukacji, to jestem jednak ciągle za jej "bezpłatną" i obowiązkową (jak najdłużej) wersją. Aż strach pomyśleć co by się działo dzisiaj na ulicach, gdyby przez ostatnie kilkadziesiąt lat uczyli się tylko Ci co chieli, albo mogli sobie na to finansowo pozwolić. Pewnie "rozwiązaniem" wszystkich problemów byłoby dodrukowywanie pieniędzy.

        Pozdrawiam

  5. Ja też się nie zgodzę, ale tylko z jednym punktem: Pycha czasami (nie zawsze) nie jest zła. Kiedy założyłem konto na Interpals, podałem że uczę się fińskiego i dałem sobie od razu 4 kreski (najwyższy poziom dla obcokrajowca). No i potem musiałem udawać że rzeczywiście tak potrafię (tzn. nie wiem czy musiałem, ale robiłem to), czasem siedziałem pół nocy nad jedną wiadomością, próbując pisać jak naturszczyk (skracanie słów, czasem slangowe wyrażenie jeżeli pasuje, oczywiście żadnych konstrukcji gramatycznych tłumaczonych z innych języków itp.).

    I opłaciło się, dużo się nauczyłem (znajoma z którą piszę od ponad roku, mówi że błędów już prawie nie robię, a i mówię dużo lepiej, chociaż czasem słów brakuje, bo to nie to samo co pisanie). Jak ludzie mają wrażenie że znam język, to sami też nie piszą jak do dziecka, tylko normalnym, potocznym językiem.

    1. @saksalainen

      Dwie historie:

      (1) Mi się przytrafiło niedawno coś porównywalnego. Napisał do mnie w styczniu na pewnych portalu społecznościowym (powiedzmy tematycznym/zawodowym) jakiś Brazylijczyk w języku angielskim, w zasadzie w angielskim nieco połamanym z różnymi kalkami z portugalskiego (np. "Thank you by the fast answer"). Stwierdziłem, że odpiszę po portugalsku. Odpowiedź zwrotną otrzymałem znów po angielsku z uwagą, że piszę perfekcyjnie w brazylijskim portugalskim i pytaniem, jak to jest możliwe… Przypuszczam, że moja wiadomość była faktycznie ‚perfekcyjna’, przynajmniej bezbłędna, lub blisko bezbłędna; czego Brazylijczyk nie wiedział to, że pisałem ją przez godzinę, jak nie więcej, wertując słowniki, upewniając formy w tabelach odmiany, upewniając poprawność moich sformułowań przez Google… 😀
      Tak więc odpisałem Mu tym razem po angielsku. Jedynie na to jedno pytanie o mój portuglalski odpisałem znów po portugalsku. Z jednej strony odpisałem szczerze, że mój portugalski jest w istocie bardzo słaby, ale sporym ułatwieniem jest dla mnie podobieństwo do hiszpańskiego, który znam dobrze, z drugiej znów "bawiąc się w rodowitego użytkownika" chyba z pół godziny układając ten niedługi akapit, by był na 100% równie ‚perfekcyjny’. Brazylijczyk mi na to odpisał znów po angielsku na temat, po czym pierwszy raz poza tematem zaczął się rozpisywać przez parę ładnych akapitów po portugalsku zaczynając od tego, że muszę być geniuszem(!!!), gdyż portugalski jest jednym z "najpiękniejszych i najtrudniejszych języków świata". Taki ze mnie geniusz, co każde wyrażenie sprawdzał przez Google, czy na 100% jest dobrze. 😀
      Przez moją hiperdbałość pewnie powtórzyłem troszeczkę portugalski, czegoś się nawet nauczyłem. Udzieliłem sobie bardzo dobrych lekcji portugalskiego. Dlaczego jednak miałbym w tych hiperdbałbych wiadomościach twierdzić, że mój portugalski jest super? Podkreśliłem wyraźnie, że mój portugalski jest bardzo słaby… Czy bez kłamstwa (deklarowania zawyżonych umiejętności) nie można zmotywować się, do dbałości językowej?

      (2) Wczoraj w nocy zagadała mnie na mieście jakaś Polka. Opowiadała, jak lubi hiszpański i od wielu lat się go uczy i, że ma znajomym w przeróżnych krajach hiszpańskojęzycznych po kolei wymieniając mi przeróżne państwa, a lista ich była długa… Spytałem się jakiej odmiany się uczy, na co odpowiedziała, że żadnej konkretnej, po prostu hiszpańskiego. Również wielokrotnie powtarzała, jak to dopiero wczoraj (tj. przedwczoraj) wróciła z Miami (tam się mówi dużo po hiszpańsku), bo się broniła itp. itd. Cóż, nie będę od Niej gorszy… Na pytanie o mój poziom zadeklarowałem C2 w hiszpańskim (!!!) [nie uważam przy tym mojej deklaracji za bardzo poważną], na co odpowiedziała mi "Wow!". Zaproponowałem więc, że przejdziemy na hiszpański… W momencie jakby zmieniła zeznania. Zaczęła tłumaczyć, że po hiszpańsku zna tylko parę podstawowych zwrotów. Tak więc na siłę zacząłem do Niej mówić po hiszpańsku, a Ona się tylko gapiła…!!! Nie wierzę, że to jedynie dlatego, że rozmawialiśmy w hałasie muzyki.

      1. Hmm, to kwestia samooceny, ja byłem szczerze przekonany że niewiele mi brakuje – z tym że "niewiele" to właśnie bardzo względna rzecz. Poza tym zawsze bardziej motywuje mnie zmaganie sie z zadaniami które są trochę za trudne, niż z takimi które są za łatwe.

    2. @Michal 12.02. 11:05
      Do ostatniego akapitu (z poprzednimi sie zgadzam).
      I tak ucza sie tylko ci, ktorzy chca, inni tylko marnuja czas pod przymusem. I na to juz teraz pieniadze sa albo pozyczane, albo dodrukowywane.
      A powod finansowy i dzis wielu uniemozliwia nauke, bo mimo "bezplatnych" studiow dziennych trzeba sie jeszcze utrzymac, czesto w obcym miescie.
      A co by sie dzialo na ulicach? Sto lat temu edukacja nie byla ani darmowa, ani przymusowa i co sie wtedy dzialo? Chyba nic…

  6. A ja mam z kolei problem z Nieczystością. I teraz nie dlatego, że uważam kaleczenie języka docelowego za przyjemną rozrywkę w listopadowe wieczory, ale z własnego przykładu, nie szczycąc się, wiem, że nigdy nie umiałam spamiętać gramatyki języków obcych. Już od czasów angielskiego. Wkuwanie na pamięć? Robiłam to, daję słowo. Czytałam systematycznie, próbowałam zapamiętać te kilka czasów i zasady nimi rządzące, ale do dzisiaj nie umiem ich nazwać. I po kilku podejściach zrozumiałam, że się nie nauczę. Więc wybrałam inną, wydać się może dziwniejszą i trudniejszą drogę. Nie umiem opisać jej biegu. To było słuchanie, granie, oglądanie. I może moja gramatyka nie jest idealna, może nie zawsze użyję właściwego czasu, ale w większości przypadków robię to automatycznie. Nie z wyuczenia się, a z wsłuchania, zapamiętania schematów, które teraz kołaczą w głowie. Trochę jak z polskim. Wiedza jasna i wyraźne, te językoznawcze pocieszne sprawy. No, przynajmniej bez mojej znajomości nazw czasów zdałam CAE, wiec chyba aż tak źle ze mną nie jest 😛 A co do "ważniejsza jest komunikacja" z tego co wiem, jest to podejście także obcokrajowców. Bardziej się ucieszą, gdy cokolwiek dukasz, niż jak nie powiesz nic stresując się gramatyką. To też ważna kwestia, którą warto poruszyć. Nagonka na gramatykę często blokuje ludzi za granicą, gdy boją się, że powiedzą coś nie tak, nie w szyku i ciągle próbują wszystko poustawiać sobie w głowie, a tam ze stresu – pustka. A Amerykanie i tak powiedzą, że było świetnie, choćby mówił "Kali jeść, Kali pić" (zasłuchane w Hostelu). Więc gramatyki należy się uczyć, oczywiście, na tyle na ile można i nie ma się z tym problemu, ale nie należy też stresować osobę, że ma być uber-poprawnie, bo to jednak język obcy, a więc gramatyka nie wchodzi nam tak łatwo jak z polskiego – z osłuchania i oczytania.
    Co do Pychy mogę tylko powiedzieć, że o ile spotkałam się z takimi ludźmi, to mnie boli też odwrotność tej tendencji. Ludzie, którzy cudownie znają angielski, a kompletnie w siebie nie wieżą z powodu własnych kompleksów 😉

  7. Chętnie się odniosę do dwóch "grzechów głównych", w szczególności zaś do jednego, który mnie najbardziej boli, ale o tym za chwilę.

    PYCHA – według mnie przypisywanie sobie wyższych kompetencji językowych niż to jest w rzeczywistości to przede wszystkim perfidne kłamstwo. Ja uczę się kilku języków obcych, ale jeśli ktoś mnie pyta, jakie języki ZNAM, mówię tylko o angielskim i niemieckim – bo tylko w tych potrafię się porozumieć i to tych najdłużej się uczę.

    Najbardziej mnie boli NIECZYSTOŚĆ. Według mnie to najgorszy "grzech", ponieważ wcale się nie ogranicza do języków obcych. Kuriozalną jest dla mnie sytuacja, kiedy człowiek inteligentny, wykształcony nie potrafi poprawnie posługiwać się polszczyzną. Zawsze na skróty, zawsze niedbale, normę wzorcową najlepiej do kosza wyrzucić i mówić tak, jak się żywnie podoba. Krew mnie zalewa! Owszem, udana komunikacja jest najważniejsza, ale nie kosztem błędów, które atakują oczy lub uszy. Ortografia, interpunkcja, czasami nawet gramatyka i leksyka! "Poszłem", "wzięłem", "wziąść", "som", "idom"… aż się nawija na język piękne "słowo na k", które oddaje więcej niż tysiąc słów.

    Jeśli ktoś uczy się normy wzorcowej języka obcego, dlaczego nie respektuje jej również w swoim ojczystym języku? Bo za trudno? Hańba!

  8. Bardzo fajny tekst, ale z miejsca przyczepię się do formy… Zgrzyta mi w nim trochę to, że autorka niektóre grzechy opisuje w kilkunastu, a inne "puszcza" w dwóch zdaniach. Ja wiem, że nie wszystkie akapity muszą być równe, ale tak duże różnice trochę kiepsko mi wyglądają – jakby zabrakło w tych miejscach pomysłu na rozwinięcie…

    A odnośnie samej treści to mam jedno zastrzeżenie – także do powyższej dyskusji. Otóż, w stu procentach zgadzam się, że matura z języka powinna opierać się głównie na komunikatywności. Warto przy tym pamiętać, że klucz nie mówi tu wszystkiego, gdyż na szkoleniach dla egzaminatorów (przynajmniej kilka lat temu) promowano zasadę, że, jeśli tekst nie spełnia kryteriów owego 1 pkt za poprawność, to nie może dostać żadnych punktów za przekazywanie informacji. Inaczej mówiąc – jeśli ktoś na tyle kaleczy język, to nie jest komunikatywny. Podobne zasady stosowano w przypadku matury z języka polskiego, gdzie rozprawka z gramatyką na "0" dostawała z założenia "0" w innych kategoriach, bo nie była napisana językiem zrozumiałym dla odbiorcy. Oczywiście pewnie są wyjątki od reguły, nie wiem też, jak to wygląda teraz.

    Ale wracając do komunikatywności, to moim zdaniem słusznym założeniem jest, że aby zdać maturę – czyli uzyskać mityczne 30% wystarczy znajomość elementarnej gramatyki + komunikatywność. W idealnym świecie taka osoba trafiałaby potem na studia, gdzie dostawałaby dodatkowe 3+2 nauki języka, co pozwalałoby na rozbudowanie ogólnych kompetencji językowych i dodanie do tego choć podstaw języka fachowego. To, że niekoniecznie tak się dzieje jest z kolei winą bardziej szkół wyższych, niż biednej matury, w których zajęcia językowe są na ogół traktowane bardzo po macoszemu.

    A dlaczego tak, a nie inaczej? Bo w naszym obecnym systemie edukacji wykształcenie średnie i matura nie są celem, a jedynie przystankiem przed kolejnym etapem nauki – studiami lub szkołą policealną. Nie widzę więc potrzeby śrubowania wymagań na tym etapie, gdyż opisywany tu "odsiew" z powodzeniem mógłby się odbywać na studiach, co przekierowałoby więcej osób niż w tej chwili do szkół policealnych – czyli uczących konkretnych zawodów na podbudowie ogólnokształcącej. Dlaczego tak się nie dzieje? Ano dlatego, że uczelnie wyższe walczą o każdego studenta (a właściwie o dotacje za niego) i przyjmują każdego z maturą, a nawet bez niej – takie rzeczy już też się dzieją. Co więcej, gdyby przywrócić egzaminy na studia, to sytuacja byłaby w tej chwili taka sama – w dalszym ciągu na większości kierunków brano by każdego, bo od tego zależy życie uczelni. Z kolei na tych "wybranych", gdzie jest więcej chętnych niż miejsc niestety ale 30% z podstawowego angielskiego z góry będzie dyskwalifikujące.

    A na koniec dodam jeszcze, że zgadzam się, że wspomniana "nieczystość" to poważny problem. Jednak niekoniecznie trafny jest sam argument z maturą, który zresztą wywołał sporą dyskusję.

    1. Nie zgadzam się z poglądem, że "matura z języka powinna opierać się głównie na komunikatywności". Bo owa gloryfikowana komunikatywność jest bardzo słabym wyznacznikiem oceny znajomości języka. Ktoś, kto będzie mówił "Kali chcieć", a ewentualne trudności przezwycięży gestykulacją też będzie komunikatywny – i co, powinien otrzymać dobrą ocenę? Mówimy o maturze, a nie o sztuce przetrwania za granicą podczas wycieczki! Uważam, że kryterium powinna być poprawność.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ