75% samouctwa, czyli czarna owca na Woofli

75Ostatnio sporo myślałam na temat metod, dotychczasowych rezultatów i celów mojej nauki języka. Próbowałam też odpowiedzieć sobie szczerze na pytanie, ile miejsca widzę w tej nauce na zorganizowane jej formy w postaci zajęć w grupie z nauczycielem. Jedno miłe doświadczenie sprzed kilku dni sprawiło, że temat ten nie dawał mi spokoju i przyćmił wszelkie chęci poważniejszego zajęcia się pomysłami na kolejne artykuły. Aż w końcu sam stał się takim pomysłem.

Owym miłym doświadczeniem było uczestnictwo w konwersacjach z pewnym szalonym Kolumbijczykiem. (Zapisując się w zeszłym roku na kurs w szkole językowej, dostałam pakiet dodatkowych konwersacji. Do tej pory nie wykorzystałam ich wszystkich, bo rzadko trafia się coś, co mnie interesuje i ma miejsce w odpowiednich godzinach). Konwersacje te zapewniły mi taką dawkę nowej energii i motywacji do dalszej nauki, jakiej nie odczuwałam od czasu… poprzednich konwersacji, z innym Kolumbijczykiem (a może te ostatnie były z Polakiem? nie pamiętam, to było dość dawno). Gdyby popatrzeć na te 1,5 godziny zegarowej okiem kogoś o ortodoksyjnym podejściu do samodzielnej nauki języków, można by dojść do wniosku, że w zasadzie straciłam tam czas. Bo co robiliśmy? Rozmawialiśmy trochę o kulturze latynoamerykańskiej, o zwierzętach i roślinach czczonych przez Indian, po czym wymyślaliśmy, każdy dla siebie, jakieś indiańskie imię. Jeśli chodzi o same umiejętności, które mogłabym zaklasyfikować jako kolejne „punkty" na drodze do przyswojenia języka, odhaczyłabym zaledwie trzy nowo poznane słowa i ćwiczenie rozumienia ze słuchu – bo musiałam się koncentrować, żeby nadążyć za prowadzącym. Jednak ogromnie przyjemne i pobudzające, zarówno intelektualnie jak i emocjonalnie, było dla mnie przebywanie w grupie osób o podobnych zainteresowaniach, pracujących wspólnie nad jednym zadaniem, nawet jeśli to zadanie było z lekka absurdalne. (Ostatecznie wymyśliłam, że będę nazywać się Luna Quieta. Pod koniec zajęć prowadzący przez pomyłkę powiedział do mnie Ramo Azul. To była bardzo miła dla mnie pomyłka, być skojarzoną z tytułem znakomitego opowiadania).

Mam nadzieję, że ten przydługi wstęp posłuży za wystarczające uzasadnienie następującego wyznania: olśniło mnie w dwóch sprawach. I jak to zwykle z olśnieniami bywa, okazały się to sprawy proste i w zasadzie dość oczywiste: 1) zorganizowane formy nauki mają przede wszystkim znaczenie psychologiczne i 2) podobnie jak zdecydowana większość ludzi, mam silną potrzebę, aby jakaś część mojej nauki opierała się na zajęciach z nauczycielem. Wiem, że moje wyznanie jest dość nietypowe na tle pozostałych autorów Woofli, jak i niektórych komentatorów – bezwzględnych zwolenników nauki samodzielnej w 100%. Nie oznacza to jednak, że przeszłam do „przeciwnego obozu" osób, które nie widzą możliwości nauczenia się języka bez nauczyciela – tego typu przekonania uważam za równie błędne, a pewnie i nieco bardziej szkodliwe niż lekceważenie czysto psychicznej potrzeby interakcji z nauczycielem i/lub grupą w procesie nauki.

Nie da się zanegować faktu, że najważniejszą składową w uczeniu się języka obcego – czy jakiejkolwiek innej nowej rzeczy – zawsze będzie nauka samodzielna, czyli podejmowana z własnej inicjatywy, podążająca za własnymi poszukiwaniami. Idealny dla mnie stosunek czasu poświęcanego na tak rozumianą naukę własną do czasu spędzonego na nauce zorganizowanej (zajęcia i prace domowe), szacuję jako 75%  – 25%. Stąd też ten nieco żartobliwy i nieco prowokacyjny tytuł artykułu. Oczywistością jest, że dla każdego te idealne proporcje będą się rozkładały nieco inaczej. Dla kogoś będzie to 65 – 35, dla kogoś innego 80 – 20, a dla niektórych, z różnych powodów (brak finansów na naukę płatną, brak możliwości pozwolenia sobie na kolejne studia, czy też absolutny brak potrzeby interakcji z nauczycielem) będzie to 100 – 0.

No dobrze, wyznałam już, że wymarzonym dla mnie obrazem nauki języka jest 75% samouctwa i 25% nauki zorganizowanej. Co z takiego wyznania wynika dla Czytelników? Dla większości nic. Bo nie przekonam (i nie zamierzam tego robić) żadnej ze stron mających ugruntowany pogląd w temacie pożytku z zajęć prowadzonych przez nauczyciela. Mam jednak szczerą nadzieję przekonać osoby, które korzystały z takich form nauki, ale pod wpływem skrajnie negatywnych opinii zaczęły się wstydzić, że uległy własnej „słabości" lub „głupocie". Sprawa jest prosta: jeśli chodziłeś/-aś na zajęcia, czy to w szkole językowej, czy w ramach lektoratu na studiach i czujesz, że te zajęcia bardzo Ci pomogły i bez nich byś dużo stracił/-a, to najprawdopodobniej właśnie tak jest. Pomogły Ci i kropka. Nie dajmy się zwariować, wierzmy własnym odczuciom, nie lekceważmy własnych potrzeb. Bezwzględne potępianie zorganizowanych zajęć to symetryczne odbicie głoszenia, że „tylko z nauczycielem naprawdę się nauczysz, sam/-a nigdy nie dasz rady". Ani jedno ani drugie nie prowadzi do niczego dobrego.

A skoro już zachęcam do odrzucenia niepotrzebnego wstydu z powodu bycia zbyt mało heroicznym i zawziętym na naukę w 100% samodzielną, postaram się uczciwie wypunktować potencjalne plusy i minusy wiążące się z poświęceniem części własnego czasu (a nierzadko i sporych pieniędzy) na naukę  z nauczycielem, w grupie bądź indywidualną.

PLUSY

1. Relacja nauczyciel – uczniowie/uczeń to naprawdę fajna rzecz i mocne wsparcie dla naszej motywacji. To nie przypadek, że wątek ten tak często pojawia się w (pop)kulturze. Przypomnijcie sobie różne baśnie, Star Wars, cykl o Harrym Potterze,…

2. Możliwość uzyskania wyjaśnień naszych wątpliwości. Tu i teraz, wprost. Bez zastanawiania się, jak sformułować pytanie i na ile możemy sobie pozwolić, żeby nie zamęczyć rozmówcy, co ma miejsce w kontaktach z native speakerami z portali wymiany językowej. Native speaker z internetu nie jest od uczenia nas. Nauczyciel – jak najbardziej.

3. Istnienie formalnych wymogów: przyjść na zajęcia, przygotować się, odrobić pracę domową. O ile bez motywacji wewnętrznej nauka nigdy nie będzie skuteczna, tak lekki przymus zewnętrzny potrafi być rewelacyjnym zapalnikiem dla tego rodzaju motywacji. Ileż to razy, za czasów kursu w szkole językowej, nie chciało mi się zabrać do nauki (bo zmęczenie, bo alternatywne atrakcje w zasięgu), ale zmuszałam się, bo po prostu głupio mi było przyjść na zajęcia nieprzygotowaną. Niemal za każdym razem efekt był taki, że nie kończyło się na odrobieniu pracy domowej, bo nauka po prostu mnie wciągała na długie godziny.

4. Relacja uczeń-uczeń (jeśli mówimy o nauce w grupie), czyli źródło współpracy i rywalizacji, też potrafi przynosić dobre owoce. Jeśli chodzi o moje prywatne doświadczenia, akurat rywalizacja mi nie służy, być może dlatego że zawsze we wszelkich porównaniach i wyścigach byłam daleko w tyle za grupą odniesienia (przeważnie) bądź mocno ją wyprzedzałam (rzadziej). Potrafię natomiast sobie wyobrazić, że zdrowa rywalizacja w sympatycznej atmosferze może sprzyjać kreatywnej pracy. Co do wartości współpracy, tego akurat nie muszę sobie wyobrażać, bo doświadczyłam.

MINUSY

1. Niestety, zdarzają się kiepscy nauczyciele (i nie ma to nic wspólnego z ich poziomem znajomości języka). Pół biedy, jeśli można zrezygnować z nauczyciela bądź zmienić grupę w ramach lektoratu na studiach czy kursu w szkole językowej. Czasem nie można nic zrobić. A nauka w niesprzyjających warunkach potrafi zniechęcić nawet najtwardszych.

2. Nauka z nauczycielem, szczególnie jeśli dodatkowo jest nauką w grupie, zmusza do cenzurowania myśli. Na zajęciach językowych niemal nieuniknione są rozmowy na tematy „życiowe", gdzie od każdego oczekuje się, iż będzie opowiadał o swoim udanym życiu, ciekawych wyjazdach wakacyjnych, fajnej pracy, licznej i kochanej rodzinie, a to wszystko w sosie akceptowalnych społecznie i poprawnych politycznie poglądów. Kto nie wpasowuje się w powyższy model, a nie lubi robić wokół siebie zamieszania, powinien mieć na podorędziu parę ładnych kłamstw. Ewentualnie nauczyć się udzielać asertywnych, wymijających odpowiedzi pozwalających ukazać w pełnej krasie aktualny poziom znajomości języka.

3. O ile nie jest się uczniem w szkole ani studentem, zorganizowane formy nauki wymagają sporych nakładów finansowych. Nie ukrywam, że to główny powód, dla którego przynajmniej przez najbliższe miesiące będę kontynuować naukę w 100% samodzielną.

 

 

Zobacz także:

Będąc niemłodą już iberystką: pierwsze wrażenia ze studiów
Co Polak może zaoferować światu? Wymiana nie tylko językowa
O szkołach językowych
Czy Polak może (na)uczyć się hiszpańskiego meksykańskiego?
Meksykanie i ich język: prawdy, półprawdy, ćwierćprawdy i słówka-jokery
Hiszpański na marginesach

 

13 komentarze na temat “75% samouctwa, czyli czarna owca na Woofli

  1. Do akapitu MINUSY punkt 2.
    Swietne!!!Genialne!!! W zyciu nie czytalem tak celnych uwag, na dodatek spod piora Kobiety!
    A co do nauki w szkolach czy na kursach, szczegolnie gdy sie ma na celu osiagniecie najwyzszego poziomu – jest to metoda wprost wymarzona, tyle tylko , ze pozostajaca w praktyce w sferze marzen. Potrafie sobie wyobrazic taka szkole, gdzie najlepsi specjalisci-nejtywi znajacy perfekcyjnie jezyk kursantow przekazuja im czysta, nieskazona wiedze jak najprostsza droga, bez wchodzenia w slepe uliczki, wpadania w pulapki, wykorzeniajac od poczatku najmniejsze proby kalkowania dojsc optymalnie szybko do poziomu , ktory sami prezentuja. Ja jednak o takiej szkole nie slyszalem, a potrafie sobie obliczyc, ile by kosztowala. Pozostaje mi wiec kroczenie po omacku- tak niestety wygloda samodzielna nauka, podczas ktorej o niedoskonalosci swoich poczynan mozna sie dowiedziec dopiero osiagajac najwyzszy poziom. Takie bledne kolo- jak sie juz nauczysz to sie przekonasz jak sie nieprawidlowo uczyles…

    1. Zgadzam się z @Night Hunterem.

      Jeszcze raz (i ostatni już!) odnośnie pieniędzy: Chcesz się @Adriana w 25% uczyć w szkole językowej. Z Twojego poprzedniego wpisu wnioskuję, że Twoja nauka przebiegała dość intensywnie. Jeśli więc się chcesz hiszpańskiego uczyć np. 4 godziny dziennie (co jest nauką ledwie średnio intensywną) i przy tym przypuśćmy zarabiasz 3000 tysiące złotych miesięcznie (co i tak jest ponad średnią krajową…), z prostego obliczenia wyniknie, że oddajesz szkole lub nauczycielowi gdzieś 1/2 swojej wypłaty i nie jest to wydatek jednorazowy (pół biedy…), lecz stały comiesięczny na przestrzeni wielu lat oddając za naukę 18000 zł każdego roku! To się nazywa miłość do języka i poświęcenie! Stąd też się nie dziwię, że w najbliższych miesiącach zamierzasz się pomimo swojego olśnienia jednak pouczyć sama… 😉

      Odnośnie zaś olśnienia, ciekawe co byś napisała, gdybyś tego samiuśkiego Kolumbijczka z Warszawy, z którym miałaś zajęcia w szkole, poznała w innych okolicznościach i też sobie pogadała… Może dostałabyś olśnienia odwrotnego? Moja kolumbijska znajoma w Warszawie wyjechała jakiś czas temu, ale pierwszy raz, jak z Nią rozmawiałem, jakoś dziwnie nie mówiła jak Kolumbijka, na co Jej zwróciłem uwagę. A co Ona mi na to? Pracowała w Warszawie przez kilka lat u Hiszpanów i mieszkała z Kubanką, więc się nie dziwi, że nie brzmi. Do tego swoje dawne słowa używa tylko w rozmowie ze swoimi dawnymi znajomymi w Kolumbii, z którymi i tak pozatracała kontakty, tj. już nie używa tych słów.
      A co powiem o mojej kubańskiej znajomej z Warszawy, co nauczała hiszpańskiego w jednej z warszawskich szkół językowych? Oględnie mówiąc, nie znała chociaż zbyt wybitnie ortografii języka hiszpańskiego… A ponieważ miałem szczęście poznać Ją ledwie chyba ze dwa miesiąc po Jej wylądowaniu w Polsce, chociaż brzmiała jak Kubanka i zachowywała się jak Kubanka. Widziałem jak Kubanki zmieniają swoje zachowanie w przeciągu pierwszego roku i kilku lat pobytu w naszym kraju. Dla prostego przykładu, tuż po wylądowaniu ze wszystkimi się obcałowują, po roku już nie. 😛

      Ja rozumiem, że każdy z nas jest zwierzęciem stadnym i potrzebuje kontaktu z innymi. Tylko nadal nie rozumiem, dlaczego za ten kontakt musi płacić… Jeśli chcesz się uczyć hiszpańskiego w otoczeniu Polaków (co też jest zastanawiające) stwórz sobie kółko zainteresowań, babskie spotkanie hiszpańskie z koleżankami też się tego języka uczącymi i gotowe. A native speakerów wszelakich języków w Warszawie nie brakuje i nie wszyscy każą sobie płacić za rozmawianie…!

      1. Innymi słowy, w swoim czasie, choć było to dawno już i krótko, tak samiuśka Kubanka, która nauczała w jednej z warszawskich szkół językowych, i której warszawiacy płacili grube pieniądze, jak również udzielała korepetycji prywatnie poza szkołą, w warunkach pozaszkolnych tj. tzw. osobistych usiłowała mi pomagać z hiszpańskim w 100% za darmo… A co ja robiłem? Początkowo wydawało mi się to tzw. genialnym pomysłem, w końcu jednak broniłem się przed taką pomocą mimo, że chciała dać mi za darmo to, za co inni Jej płacą. Dlaczego?

        Jej objaśnienia bywały uderzająco niższej jakości, niż objaśnienia ludzi z internetu z językami zawodowo nie powiązanymi. Aby obcokrajowiec został w Polsce „profesjonalnym nauczycielem" języka obcego, wystarczy, że jest obcokrajowcem… Nic więcej od Niego się nie wymaga. Ta wielce profesjonalna nauczycielka była tylko pierwszą lepszą dziewczyną z Kuby. Można sobie z taką porozmawiać (o ile krótko przebywa w Polsce, lub kompletnie nie zadaje się z innymi Latynosami masakrującymi Jej dialekt, ale oczywiście nie trzeba za to rozmawianie płacić!), ale sam fakt, że „naucza języka zawodowo" nie znaczy, że potrafi skutecznie wyjaśnić gramatykę. Tutaj oczywiście odnośnik: https://idiomasymundo.wordpress.com/2015/03/10/como-aprender-con-los-hablantes-nativos-parte-1-dudas-linguisticas/

        Ostatecznie, wszystko czego się nauczyłem od Latynosów przebywających w Polsce, to nic, albo może dwa kubańskie wulgaryzmy uprzednio mi nieznane, ale to wypłynęły od takiej jeszcze innej dziewczyny spoza Wa-wy i z innej części Kuby. 😀

      2. @Piotr

        Chcesz się @Adriana w 25% uczyć w szkole językowej.

        Ale czemu zaraz w szkole językowej? 🙂 Mam o wiele bardziej szalony pomysł na zorganizowaną naukę, ale wszystko w swoim czasie. Jak nie wyjdzie, też nie będę rozpaczać. Bo mimo wszystko zgadzam się, że samodzielna nauka daje wiele możliwości.

        A co do reszty – musiałabym powtarzać to, co już napisałam. Kręcilibyśmy się w kółko. Naprawdę wierzę, że nauczyłeś się sam i że nie miałeś nigdy potrzeby kontaktu z nauczycielem.

        Miłego dnia 🙂

    2. @Night Hunter

      Swietne!!!Genialne!!! W zyciu nie czytalem tak celnych uwag, na dodatek spod piora Kobiety!

      Dziękuję 🙂 (ale powiem Ci, że my, kobiety, też czasem mamy coś ciekawego do powiedzenia – może tylko nie krzyczymy aż tak głośno, stąd wrażenie, że rzadziej).

      Masz rację, że nawet najlepsza – teoretycznie najlepsza – metoda nie gwarantuje nauczenia (no i kiedy, w przypadku języków, można mówić o „nauczeniu"?) Ale, skoro już mówimy o sytuacji idealnej (czyli niemożliwej), marzą mi się takie zajęcia, oczywiście indywidualne, z nativem świetnie znającym język polski, super błyskotliwym erudytą, z dużym doświadczeniem dydaktycznym i pasją. O, i najlepiej jeszcze, żeby był przystojny! 😉 A wracając na ziemię, nauka samodzielna połączona z lawirowaniem jak tu najwięcej wyciągnąć od native'ów z internetu, nie zamęczając ich, jest zdecydowanie lepsza niż nauka z kiepskim nauczycielem – a to drugie, obawiam się, że jest raczej normą niż wyjątkiem.
      Ot, takie luźne myśli.

      1. Co do Twojego nauczyciela marzen- zrobmy go jeszcze niesamowicie bogatym! I niech uczy za darmo, w ramach pasji i dla idei!

      2. Skoro już marzyć, to na całego: wolałabym sytuację, w której to ja byłabym na tyle bogata, żeby sobie móc pozwolić na fanaberie typu prywatny nauczyciel. A najlepiej kilku, w różnych dziedzinach.

  2. Poznałem kilka osób na nicie, zaciekawiłem ich swoją osobą i uczą mnie niemieckiego i norweskiego za darmo 🙂 Nic prostszego, jak tylko zwykła uprzejmość i ciekawa osobowość.

    1. Tak. Dlatego zawsze będę, mimo wszystko, podkreślać, że nie należy ignorować potencjału portali wymiany językowej.
      Oby to była dobrej jakości nauka 🙂 (Wbrew pozorom, często właśnie taka jest).

  3. @ Piotr
    „Jeśli więc się chcesz hiszpańskiego uczyć np. 4 godziny dziennie (co jest nauką ledwie średnio intensywną)"

    4 godziny dziennie to nauka średnio intensywna ?
    Piotr ile czasu poświęcasz lub poświęcałeś na początku nauki ?

    1. Cóż, Piotr ma swoje własne standardy 😉
      Według mnie, 4 godziny dziennie to nauka jak najbardziej intensywna. Pewnie mniej więcej tyle, średnio, spędzałam na nauce w moich „najlepszych czasach". Oczywiście, wiele zależy od tego, co zdefiniujemy jako naukę. Są np. osoby (to druga skrajność), które mianem nauki określają wyłącznie czas spędzony przy podręczniku… Według takiej definicji, ja od pewnego czasu w ogóle się nie uczę, bo bazuję na wnikliwym i analitycznym czytaniu beletrystyki (i przyznam szczerze, że w tej chwili to najlepsza dla mnie metoda).

    2. Otóż na przestrzeni ostatnich lat poświęcam na naukę hiszpańskiego zmienną ilość czasu w zależności od tego ile czasu w danym okresie mam i ile chęci mam. Inna sprawa: co to jest nauka? Nie wszystkie formy użytku języka przekazują wiedzę tj. nowości z równą intensywnością (są np. teksty mniej i bardziej bogate w słowa, a czyta się je tak samo długo) i na poziomie zaawansowanym takie dysproporcje są już bardzo wyraźne, choć na początkującym kiedy nadal „wszystko jest trudne i nowe" nie ma to znaczenia.

      Bywa, że uczę się 12 godzin na dobę, bywa, że tylko 1 godzinę. Akurat kiedy zaczynałem się uczyć miałem faktycznie sporo czasu (duże działania podejmuje się kiedy jest na nie czas…) i poświęcałem średnio sporo więcej niż 4 godziny dziennie.

      4 godziny to naprawdę tak dużo? 8 godzin śpisz, 2 godziny jesz, myjesz się, leniwisz itd., 8 godzin pracujesz, albo chodzisz do szkoły i odwalasz pracę domową. Łącznie daje to 18 godzin, czyli zostało Ci jeszcze 6 godzin czasu na naukę hiszpańskiego! Jeśli masz w danym okresie mniej pracy, lub mniej nauki, możesz z łatwością wygospodarować sporo więcej niż 6 godzin na naukę.

      1. „8 godzin śpisz, 2 godziny jesz, myjesz się, leniwisz itd., 8 godzin pracujesz, albo chodzisz do szkoły i odwalasz pracę domową. " – haha, chciałabym pracować 8 godzin dziennie 🙂 10-12 to minimum, czasem dłużej, tak to już jest z pracą naukową… Więc języków mogę uczyć się tylko „przy okazji", np. rozmawiając z koleżanką Niemką po niemiecku itp.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ