Angielski z kryminałem + wyznania językowej monogamistki

edgardDzisiejszy tekst będzie w mojej wooflowej „karierze" drugim niezwiązanym ani z językiem, ani z szeroko pojętą kulturą krajów hiszpańskojęzycznych. Odstawiwszy na chwilę na bok temat przewodni mojego cyklu, opowiem Wam o tym, jak postanowiłam przeprosić się z językiem angielskim i co z tego wynikło. A wynikły dwie rzeczy: dzięki uprzejmości wydawnictwa Edgard trafiła w moje ręce książka „Cold Little Hand", którą za chwilę zrecenzuję, a poza tym na własnej skórze przekonałam się, co w praktyce oznacza zjawisko hamowania retroaktywnego, czyli, mówiąc po ludzku, sytuacji, która ma miejsce, kiedy świeżo przyswojona nowa wiedza przysłania nam wiedzę starą na pokrewny bądź powiązany temat i „włazi" na nią i ją zniekształca, nie pozwalając jej się wydobyć w czystym kształcie.

1. Angielski z kryminałem – recenzja książki „Cold Little Hand" wydawnictwa Edgard.

Już od pewnego czasu nosiłam się z zamiarem odświeżenia sobie języka angielskiego, który ostatnio całkowicie zaniedbałam, toteż kiedy pojawiła się możliwość zrecenzowania jednej z pozycji wydawnictwa Edgard, zastanawiałam się tylko krótką chwilę, po czym wybrałam kryminał „Cold Little Hand". Skąd taki akurat wybór? W zeszłym roku pisałam o stronie internetowej Lecturas paso a paso, gdzie można znaleźć teksty dostosowane do różnych poziomów zaawansowania językowego, zawierające tłumaczenia trudniejszych słów. Na pewnym etapie nauki hiszpańskiego bardzo sobie ceniłam tego typu pomoce, więc pomyślałam, że warto by spróbować czegoś podobnego w ramach własnej reedukacji z angielskiego, bo zamysłem serii „Angielski z kryminałem" jest połączenie lektury minipowieści kryminalnych z aktywną nauką języka. Każdy z tekstów opracowano tak, aby – przynajmniej w założeniu – odpowiadał określonemu poziomowi biegłości językowej: A2, A2/B1, B1/B2, B2, B2/C1.

Zanim przejdę do sedna, dodam jeszcze (bo część z Was może czuć się nieco zdezorientowana), że poniższe słowa są od początku do końca moją szczerą opinią. Nie mam żadnego interesu ani w wychwalaniu, ani w krytykowaniu książki.

Jak zatem wygląda ten nasz kryminał? Składa się on z 37 krótkich rozdziałów. Trudniejsze słowa i wyrażenia w tekście zostały wytłuszczone, a ich tłumaczenia możemy zobaczyć tuż obok, na marginesach. Po każdym rozdziale pojawiają się ćwiczenia różnego typu (pytania dotyczące tekstu, krzyżówki, znajdowanie synonimów, uzupełnianie luk itp.), mające na celu utrwalenie słownictwa i struktur, jakie występują w danym rozdziale. Łącznie jest ich 80. Na końcu znajdziemy klucz odpowiedzi do ćwiczeń oraz słowniczek.

edgard2

Tak to wygląda. Ilustracja na podstawie fragmentu dostępnego na stronie wydawnictwa.

 

Sam pomysł uważam za świetny: tłumaczenia tu, na miejscu, wystarczy rzut oka na margines i już wszystko wiemy, nie tracimy czasu i cierpliwości na wertowanie słownika. Zastanawiam się jednak, według jakiej reguły dobrano słowa wytłuszczone, przeznaczone do tłumaczenia i te, które tłumaczenia nie wymagają przy zakładanym poziomie tekstu B1/B2. Co robiły na marginesach słowa takie jak evil, previous, spirit, located, trace i wiele innych? Przyznam, że chwilami czułam się nieco zdezorientowana, zwłaszcza, kiedy brakowało mi tłumaczenia jakiegoś phrasal verb, a zamiast niego „dowiadywałam się", co oznacza behave. Nie przeczę jednak, że odnalazłam też całkiem sporo słów i wyrażeń, których nie znałam i/lub których umieszczenie na marginesie wydało się uzasadnione.

Przyjrzyjmy się teraz szacie graficznej. Może powyższy obrazek tego do końca nie oddaje, ale zarówno kolorystyka (ten uspokajający błękit marginesów), jak i czcionka są naprawdę miłe dla oka i sprawiają, że strony przewraca się z przyjemnością. Dodatkowy smaczek stanowią małe pistoleciki kończące każdy z rozdziałów. Bardzo podoba mi się też projekt okładki. Szata graficzna to mocny plus książki.

A sama historia? Nie chcę za dużo zdradzać, więc ograniczę się do zaledwie kilku słów. Czytelnik śledzi przygody tajnego agenta, który ma za zadanie wcielić się w rolę pisarza przygotowującego kolejną powieść – a to wszystko po to, żeby rozpracować bałkańską grupę przestępczą zajmującą się… przemytem książek. Oprócz kryminalnej intrygi opartej na zabawnym pomyśle mamy tu też ciekawe nawiązania literackie i kulturowe, tropienie których zostawiam przyszłym Czytelnikom. Wbrew moim początkowym obawom związanym z – co by nie mówić – sztucznym tekstem służącym do nauki języka, zdania brzmią całkiem naturalnie, a i sama historia jest nie najgorsza, choć przyznam, że nie wciągnęła mnie aż tak, żebym niecierpliwie przewracała kolejne kartki. Przyczyn tego ostatniego nie upatruję jednak w samej konstrukcji książki – po prostu, jako czytelniczka niemal nałogowa różnych rodzajów literatury, w tym kryminałów, jestem w zasadzie skazana na  poczucie, że wszystko już było…

Czy polecam „Cold Little Hand"? TAK. Komu przede wszystkim ją polecam? Osobom, które uczą się angielskiego na poziomie średnio zaawansowanym i lubią kryminały. Tego typu teksty na pewno nie zastąpią kontaktu z żywym językiem, ale mogą być naprawdę świetną pomocą i katalizatorem procesu nauki oraz, najzwyczajniej w świecie, sposobem na miłe spędzenie czasu połączone z nauką angielskiego.

Tytuł: Cold Little Hand
Autor: Kevin Hadley
Seria: Angielski z kryminałem
Liczba stron: 168
Wydawnictwo Edgard


 

2. Wyznania monogamistki językowej, czyli hamowanie retroaktywne w praktyce

Z lekką zazdrością, ale też z niemałą dozą ciekawości badacza, patrzę na osoby, które interesują się nauką języków obcych. Języków, w liczbie mnogiej, nawet bardzo mnogiej, z uwzględnieniem tych najbardziej egzotycznych. Natomiast w moim życiu zawsze był obecny TEN JEDYNY język obcy, do którego inne się nie umywały. Przez lata całe, począwszy od dzieciństwa z Ulicą Sezamkową, poprzez dorastanie z Listą Przebojów Trójki i muzyką z wytwórni Motown i Warner, aż po okres studencki w otoczeniu anglojęzycznych artykułów naukowych, towarzyszył mi język angielski. Nie była to relacja najbardziej zażyła z możliwych – po dobiciu do przyzwoitego biernego B2 już tylko ją podtrzymywałam – ale była stabilna i wieloletnia, dopóki nie pojawił się w moim życiu język hiszpański, który mnie totalnie oczarował i bez reszty zaabsorbował. Wszystko się zmieniło, angielski poszedł w odstawkę na długo.

Dopiero niedawno uznałam, że szkoda tych lat włożonej pracy i zdobytej wiedzy, że trzeba coś zrobić, by ocalić angielski od zapomnienia. Zaczęłam czytać różne teksty i muszę przyznać, że pierwsze z nimi zderzenie zniosłam bardzo źle, odczuwałam niemal fizyczny ból przedzierając się przez tak obcą mi, choć kiedyś znajomą, materię. Teraz jest już trochę lepiej, powoli odgruzowuję te co trzeba elementy. Prawdziwy problem pojawia się, kiedy próbuję sklecić jakąś wypowiedź. Niemal zawsze kończy się to niezwykle kreatywnym radosnym spanglish. Yesterday I saw a Ana. She… lookaba? lookía? looked! uff… muy hermosa. I tak dalej.

I przypomniał mi się pewien mężczyzna ze Stanów Zjednoczonych, który postanowił zrobić na sobie eksperyment i nauczyć się jeździć na odwrotnym rowerze (czyli takim, który po zwróceniu kierownicy w lewo skręca w prawo i vice versa). Żaden człowiek nie jest w stanie pojechać na czymś takim bez wcześniejszego treningu. Naszemu bohaterowi zajęło 8 miesięcy codziennych, kilkuminutowych ćwiczeń nauczenie się sztuki prowadzenia odwrotnego roweru. Po prostu, w pewnym momencie nastąpiło „klik" i jego mózg się przestawił. Początkowo wprawdzie byle dystraktor powodował upadek, ale z czasem pełna koncentracja na czynności przestała być niezbędna. Pewnego dnia ów człowiek pojechał do Amsterdamu i wypożyczył zwykły rower. I… nie był w stanie na nim pojechać! Dopiero po 20 minutach intensywnych prób nastąpiło drugie „klik" i wszystko wróciło do normy. Zastanówmy się jednak, co by było, gdyby nasz bohater nie był zapalonym rowerzystą od szóstego roku życia, a jego treningi jazdy na odwrotnym rowerze trwały nie pięć minut, a pięć godzin dziennie.

Morał z obu historii jest jeden: jeśli uczycie się dwóch lub więcej języków i chcecie każdym z nich władać w miarę przyzwoicie, nie zaniedbujcie jednych kosztem innych. Strzeżcie się efektu hamowania retroaktywnego! A relację z rowerowego eksperymentu możecie obejrzeć TU.

 

5 komentarze na temat “Angielski z kryminałem + wyznania językowej monogamistki

  1. Czy uśpienie czasowo nieużywanego języka jest „wadą" umysłu, czy „zdolnością", wyrazem plastyczności? Może czasowo wyłączając aktywny angielski, mogłaś w pełni chłonąć hiszpański? Jakby jechał ten rowerzysta, gdyby miał jednocześnie włączone kręcenie kierownicą roweru odwróconego i normalnego?

    Jeśli chcemy się efektywnie uczyć języka, skupmy się możliwie na jednym; nauka dwóch języków jest złym pomysłem. Gdy stary język będzie znów do czegoś potrzebny, to się szybko reaktywuje [miałem „przypomnienia" czasowo nieużywanego angielskiego i „przypomnienia" czasowo nieużywanego keczua: początkowy paraliż podobny do tego, co opisujesz, po czym błyskawiczna sprawność]; ciągłe podtrzymywanie czasowo nieprzydatnego języka starego, utrudnia naukę przydatnego języka nowego [choćby zabierając czas, a nauka języka wymaga poświecenia mu kilku godzin dziennie].

    Gdy języków uczymy się po to, by je używać, a nie po to, by je kolekcjonować, problem „zapominania" nie istnieje. Umysł działa w tym języku, którego okresowo potrzebuje, nie działa w tych językach, których okresowo nie potrzebuje.

    Morał odwrotny do artykułowego: jeśli chcecie władać na przyzwoitym poziomie kilkoma językami obcymi, to je „zaniedbujcie" – skupcie się na tym, który jest Wam w danym okresie życia naprawdę potrzebny, a pozostałe reaktywujcie wtedy, gdy będą Wam potrzebne.

    Reaktywacja to nie nauka od nowa, ale pod warunkiem, że język „zostawiliśmy" już na pewnym przyzwoitym poziomie. Aby do tego poziomu dojść, trzeba się dobrze na języku skupić, a nie rozdrabniać na wiele języczków jednocześnie. Poza tym trzeba pamiętać, że nie jest racjonalne czuć żal po rzeczach utraconych. Życie jest dynamiczne, liczy się tu i teraz i myślenie „tyle się uczyłem i szkoda teraz zapomnieć" to głupota – lepiej poświęcić się nowemu, temu co potrzebne. Cieszmy się plastycznością naszych umysłów, a nie trwajmy w odrętwieniu i „kolekcjonerstwie".

    1. Idealnie pokazałeś odwrotną stronę sprawy: żeby nauczyć się czegoś efektywnie, trzeba poświęcić temu mnóstwo czasu i uwagi i to naturalne, że wszystko inne schodzi na dalszy plan, a nasz mózg nam w tym pomaga. Ale znam osoby, które nie mogą sobie pozwolić na komfort – używając mojego porównania – językowej monogamii (czy też monomanii) seryjnej, bo np. pracują w dziale obsługi klienta, gdzie używają trzech języków obcych, z których każdy muszą utrzymywać na takim samym, wysokim poziomie. Osobiście nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Więcej – nie wyobrażam sobie nawet znajomości trzech języków obcych na takiej zasadzie jak w Twoim przypadku. Moje maksimum to dwa języki: ten pierwszy, w którym chcę się cały czas rozwijać i ten drugi, w którym chcę się po prostu w miarę sprawnie dogadać, a może też czasem przeczytać lżejszą literaturę. Nie umiem postawić się na miejscu osoby, która po prostu „uczy się języków" czy „chce zostać poliglotą" i chyba z tą nieumiejętnością już pozostanę.

      A z tym żałowaniem, że coś się zostawiło – tu trzeba podejść z rozsądkiem. Z jednej strony nie najlepszym pomysłem jest ciągnięcie czegoś na siłę, choć całe ciało i psychika wręcz krzyczą „dość!" – tylko dlatego, że wypada, że się włożyło mnóstwo czasu i energii. Ale z drugiej strony całkowite odcinanie się do tego, kim się było i co się umiało, jest też działaniem na własną szkodę. Ale chyba wychodzimy poza tematy czysto językowe 🙂

    2. Ale po co porzucać język. Jeśli jest się na poziomie C+ to już spokojnie można zaprzestać nauki i po prostu tego języka używać, oglądać, czytać – tak samo jak w języku ojczystym. I zacząć się uczyć kolejnego – wtedy te dwa nie będą ze sobą kolidować, tak samo jak polski nie koliduje u mnie z angielskim.

  2. Ja sobie niedawno kupiłem taki kryminał po niemiecku. Po angielsku wolę już czytać tradycyjne kryminały (taaa, tak wolę, że jedna z powieści kryminalnych leży u mnie od sześciu lat na półce – wciąz nierozpakowana xD ).

  3. Swietny filmik z tym rowerem, doskonale obrazuje zamagania sie z obcymi, czasem odwrotnymi do naszych konstrukcjami w jezykach obcych. Szczegolnie polecilbym ten film osobom, ktore twierdza, ze nauczyc sie jezyka obcego jest latwo lecz sami nie doszli jeszcze do poziomu, na ktorym zauwaza, ze kalkuja. Rowniez swietny material dla tych, co twierdza, ze nie kalkuja.Underdtanding nie rowna sie knowledge.To, ze cos rozumiemy i znamy w teorii nie oznacza jeszcze umiejetnosci praktycznych, automatyzmu. Mozna byc superekspertem od gramatyki a w praktyce wybierac automatycznie bledne rozwiazania czerpane podswiadomie ze swojego jezyka.
    Komu z nas nie wymknie sie czasem arrive TO, choc dobrze zna poprawna wersje? Kto czasem w angielskim pubie nie zaproponuje podpitej nejtywce (lub nejtywowi) majac wolny apartament – lets go to me! Dopiero widzac zdziwienie na jej (lub jego) twarzy poprawiamy sie – to my place. Kalki czaja sie wszedzie, nawet gdy wiemy jak powinno sie mowic- to jak ta kierownica, niby wiesz, ze trzeba w prawo, a mozg odruchowo daje sygnal „w lewo". Dlatego tak trudno poslugiwac sie prawidlowo jezykiem obcym nawet gdy teoretycznie go znamy. Jednak malo ludzi zwraca w ogole na ten problem uwage, twierdzac, ze ich jezyk jest komunikatywny i to im wystarczy. A jak jeszce okreslaja go jako „plynny" to ich duma rozpiera.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ