Author: Karolina Koszałkowska

Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje powyjazdowe

Siedemnastego czerwca bieżącego roku zakończył się mój półroczny pobyt w Królestwie Szwecji, finansowany ze środków programu Erasmus. Wyśniony, wymarzony, starannie zaplanowany i w każdym calu udany i wart wspomnień. Wyjazd tego typu to chyba najbardziej dostępna przeciętnemu studentowi szansa na tymczasowe wygnanie, a co za tym idzie, zanurzenie się (choć trochę) w rzeczywistości językowej i kulturowej danego kraju. Tym samym była to dla mnie niepowtarzalna okazja codziennego kontaktu z mową, której uczę się samodzielnie od czasów licealnych. Czas na podsumowanie tego doświadczenia właśnie od strony językowej, gdyż to właśnie ona zadecydowała o takim, a nie innym wyborze kraju docelowego.

Hjälmaren – czwarte pod względem powierzchni jezioro w Szwecji. Fot. własna.

Wpis podzielę na dwie główne części. Jedna z nich wskaże te sytuacje, osiągnięcia i doświadczenia, z których jestem dumna i zadowolona; jednym słowem wszystko, co przybliżyło mnie do sprawniejszego posługiwania się językiem szwedzkim. Inny segment poświęcony będzie sprawom, które nie do końca się udały; swoistym rachunkiem sumienia i krytycznym spojrzeniem na większość niewykorzystanego potencjału, jaki niewątpliwie drzemał we mnie i w samej idei tego krótko-długiego pobytu.

Trudno mi było zdecydować, która z części powinna otwierać wpis, a którą pozostawić na jego koniec. Zupełnie tak, jakbym chciała ocenić jednoznacznie, czy osiągnięcia przyćmiły błędy i niedostatki, czy odwrotnie. Czy da się zresztą wydać taki sąd, a co ważniejsze: czy warto?

Postanawiam zacząć od pozytywów. Nakreślenie sytuacji i warunków do nauki języka szwedzkiego znajduje się w dość obszernej formie tu oraz tu. Z czego jestem dumna oraz jakie przeszkody udało mi się pokonać?

  1. Uczestniczyłam w kilku nowych, lecz kulturowo i językowo cennych sytuacjach związanych z biernym odbiorem języka szwedzkiego. Pierwszą była studencka sztuka teatralna, której rozumienie ze słuchu wypadło u mnie lepiej, niż się spodziewałam (pomimo obecności słów mocno slangowych, słownych gier oraz galopująco szybkich przerywników śpiewanych). Drugim ciekawym lingwistycznie doświadczeniem było parokrotne przysłuchiwanie się katolickiej mszy odprawianej po szwedzku, choć specyficzny język biblijny niekoniecznie usprawnił moje umiejętności potocznych konwersacji.
  2. …całe szczęście, przy okazji podręcznikowo sztampowych dialogów życia codziennego wstydu nie było. Ponowna rezerwacja samolotu, na który nie zdążyłam z powodu wcześniejszego opóźnienia, small talk z taksówkarzami i kierowcami miejskich autobusów, drobne zakupy czy pytanie o drogę otworzyły moją przysłowiową gębę po blisko 5 latach używania szwedzkiego we wszystkim, prócz spontanicznej mowy.
  3. Zdarzały się także sytuacje, na które nie byłam specjalnie przygotowana od strony słownictwa. Rehabilitant, który (co rzadkie w Skandynawii) nie bardzo radził sobie z angielskim, zmusił mnie do zaprzyjaźnienia się z cząstkowym słownictwem ortopedycznym, zaś serwis naprawy wózków inwalidzkich nauczył mnie konsultowania ze Szwedami problemu zepsutych hamulców i opon.
  4. Otoczona głównie przez towarzystwo międzynarodowe, zdołałam nawiązać przyjaźnie z mniej lub bardziej rodowitymi Szwedami, niekiedy nawet bez pomocy języka angielskiego. Możliwość uczestnictwa w zwykłej, towarzyskiej rozmowie szwedzkiej młodzieży, a nawet pracy w ich obecności, to garść niepowtarzalnych wspomnień i namiastka wymarzonej emigracji.

Za co jednak biję się w pierś?

  1. Nie wykorzystałam do końca faktu geograficznego pozostawania w granicach szwedzkiego terytorium – nie sięgnęłam po audycje szwedzkiego radia i telewizji, które są chociażby zablokowane / niedostępne w Polsce, nie zanurzyłam się w gazetach, portalach informacyjnych i innych dobrach skandynawskiej codzienności. Cóż, nie ukrywam, że od telewizji (zwłaszcza polskiej) i informacyjnego stresu bardzo chciałam na Erasmusie odpocząć.
  2. Wyruszając w podróż do Szwecji, nie omieszkałam zapakować do plecaka mojego ulubionego gramatycznego zeszytu ćwiczeńTroll 2 autorstwa pań Mrozek-SadowskiejDymel-Trzebiatowskiej. Oczywiście nie zajrzałam doń ani razu.
  3. Nie spisywałam nowo nauczonych słów, konstrukcji, wyrażeń, wulgaryzmów i innych nowości, które codziennie łapałam garściami od moich szwedzkich przyjaciół. Brakowało mi dziennika nauki, monitorowania postępów, uwiecznienia wysiłku. Zawsze wychodziłam jednak z założenia, że nowych słów się używa, a nie więzi w zeszycie.
  4. Kontrola popełnianych przeze mnie błędów (zwłaszcza w mowie) była niewielka. Poprawiano mnie sporadycznie, wcale nie dlatego, że nie było czego poprawiać – lecz wchodzenie w co drugie zdanie nie sprzyja żadnej normalnej i nieskrępowanej konwersacji.

Trudno mówić o żalu za grzechy, a tym bardziej postanowieniu poprawy. Nie jestem w stanie przewidzieć, jak wiele razy jeszcze łaskawy los pozwoli mi wrócić do Szwecji i szlifować to, co już osiągnęłam. Wiem jednak, że ani anglojęzyczne środowisko, ani brak czasu spowodowany studiami (też w języku angielskim) nie uniemożliwiają przeciętnemu ‚Erasmusowi’ kontaktu z językiem urzędowym konkretnego kraju. Wystarczy szepnąć tu i tam, że chcesz się uczyć – a co więcej – samemu NAPRAWDĘ tego pragnąć.

alg

 

Zobacz także…

cz. 1: Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje przedwyjazdowe
cz. 2:
Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje w trakcie wyjazdu

Jak ujarzmić szwedzkie spółgłoski?

spolgloskiBądźmy szczerzy – sama umiejętność ujarzmienia szwedzkich samogłosek nie wystarczy, by budować północno-brzmiące wyrazy, zdania i wypowiedzi. Szwedzkie spółgłoski (konsonanter) zdają się nie być tak problematyczne jak samogłoski (vokaler) – nie musimy zwracać uwagi na ich długość (wyjątek stanowią oczywiście geminaty typu ‚tt’ czy ‚bb’). Mimo to, warto zwrócić uwagę na to, jak poszczególne spółgłoski zachowują się w towarzystwie innych, oraz jak zmienia się ich wymowa w zależności od samogłoski, która po nich następuje. Wystarczy jedna czy dwie lekcje języka szwedzkiego, by wyjść całkowicie skonfundowanym zmiennością  chociażby brzmienia głoski ‚k’.

Artykuł ten nie ma jednak na celu imitowania podręcznika do fonetyki ani szczegółowego wymieniania wszelkich zbitek spółgłoskowych wraz z uwzględnieniem subtelnych różnic między nimi (także w zależności od przyjętego dialektu). Już sama szwedzka część internetu (nie wspominając o międzynarodowej) pęka w szwach od zapytań i dyskusji okołofonologicznych. Chcę zachęcić do przyjęcia pewnego staroświeckiego sposobu pracy z językiem naszych północnych sąsiadów, bowiem ciężko mi czasem zrozumieć awersję kursantów wobec rozprawienia się z kwestią szwedzkiej wymowy raz, a dobrze. Oto garść moich prywatnych rad i spostrzeżeń:

1. Zapoznaj się z ogólnymi zasadami wymowy, choćby pobieżnie. Rzecz jasna prawie nikomu nie pomoże pamięciowe wkuwanie listy samogłosek, przed którymi dana spółgłoska zachowuje się tak, a nie inaczej. Jednak daje to pewien ogląd na to, jak gęsto rozsiane są językowe „miny", na które możemy szwedzkim nadepnąć. Mieć nieco szerszy ogląd na język, nawet jeśli nie umiemy się jeszcze w nim przedstawić. Tak samo, jak przed zwiedzaniem nieznanego miasta potrzebna jest chociażby kieszonkowa mapa.

2. Przyrównywanie obcych dźwięków do polskich raczej ci zaszkodzi, niż pomoże. Oczywiście jest to jakiś punkt wyjścia, jednak nie radzę utrwalać chociażby przekonania, jakoby ‚tj’ w słowie ‚tjugo’ było ekwiwalentem naszego ‚ś’ lub, nie daj Boże, ‚sz’. Nie jest. Podobne odczucia mam na temat ‚fun factu’, który sama powtarzam napotkanym Szwedom – ‚it's funny because ‚tack’ (szw. dziękuję) means ‚yes’ in Polish!’. Jest to oczywiście naciągane porównanie, bowiem nasze ‚k’ nie ma nic wspólnego z dźwięcznym ‚ck’. Mówiąc ‚tack’ po szwedzku w sposób prawidłowy nie odczuwam nawet rzekomego podobieństwa tego wyrazu do naszego swojskiego przytaknięcia.

3. Być może kontakt ze Szwedami mówiącymi po angielsku zwróci twoją uwagę na to, z jakimi dźwiękami mają problem. Spostrzeżenia te poszerzą w jakiś sposób twoją wiedzę na temat zasobu fonetycznego rodzimych użytkowników tego języka. Większość z nich (lub raczej: pewna część) konsekwentnie omija dźwięk podobny do naszego ‚dż’ w jakich słowach jak ‚just’, ‚justice’ czy ‚jealous’, uparcie stojąc przy zwykłym ‚jot’. Inna zaobserwowana przez jednego z moich wykładowców rzecz to ich nadużywanie ‚ł’  w angielskich słowach z literą ‚v’, którą utożsamiają tym samym z ‚w’ (prawdopodobnie wynikająca z tego, że sami tej litery praktycznie nie używają).

4. Odwiedź uttal.se i przyjrzyj się swojej jamie ustnej. Wspomniana strona to dzieło pewnego miłego Pana, lektora kursów SFI (szwedzki dla imigrantów). Poprzez krótkie, acz treściwe filmiki przybliża on niemal każdy dźwięk w języku szwedzkim, tłumacząc przy tym jak powinniśmy układać nasz język, wargi i zęby. Demonstruje to wszystko, rzecz jasna, w mało komfortowym zbliżeniu na własny aparat gębowy. Instrukcje są podawane w języku szwedzkim, Pan mówi jednak (bardzo) powoli i wyraźnie, a co więcej, udostępnia nawet mini-słowniczek użytych pojęć i poleceń.

uttalslogga

5. Szukaj źródeł w szwedzkim Internecie. Większość „fajnych stron", które naprawdę ułatwią ci życie, to źródła szwedzkojęzyczne.  Chociażby materiały i kursy asymilujące przybyszów z innych krajów są z założenia bardzo intensywne, czemu osobiście mocno przyklaskuję. Ze stron tego typu, o których jeszcze tu nie wspominałam, przychodzi mi do głowy chociażby www.motmalet.nu – polecam sekcję ćwiczeń na odróżnianie od siebie par podobnych spółgłosek.

Spółgłoski i samogłoski to tylko wierzchołek fonetycznej góry lodowej języka szwedzkiego. Nie jest jednak moją intencją was straszyć – raczej zachęcić do dalszej podróży. Nie zapomnijcie jednak mapy – mimo, że wiele wydawnictw będzie wmawiało wam, że wcale jej nie potrzebujecie.

Zobacz także:

Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje przedwyjazdowe
Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje w trakcie wyjazdu
Jak ujarzmić szwedzkie samogłoski?
Szwedzkie plateau boli najbardziej

 

Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje w trakcie wyjazdu

Örebro [œrə'bruː] – miasto w regionie Örebro w środkowej Szwecji.

Örebro [œrə'bruː] – miasto w regionie Örebro w środkowej Szwecji.

Czas na drugą porcję przemyśleń zapoczątkowanych w sierpniowym artykule. Głównym zamysłem było (i nadal jest) napisanie trzech części – przedwyjazdowej, wyjazdowej i powyjazdowej – związanej z moim użyciem szwedzkiego w praktyce podczas studenckiej wymiany. Podstawowe fakty są nadal  aktualne – pobyt odbywa się w ramach programu Erasmus, obejmuje okres od stycznia do czerwca 2016 roku, zakłada studiowanie w języku angielskim, zaś uczelnią docelowa jest Uniwersytet w Örebro w środkowej Szwecji. Jeżeli jesteście ciekawi, jak staram się udowodnić swoją znajomość języka szwedzkiego po kilku ładnych latach samodzielnej nauki, zapraszam do czytania.

W pierwszej części planowanej trylogii wymieniłam niemal wszystkie obawy, jakie kołatały się w mojej głowie w związku z językowym aspektem wyjazdu. Martwiła mnie przede wszystkim świetna znajomość angielskiego – zarówno moja, jak i większości Szwedów (niezależnie od wieku!), która mogłaby zniweczyć moje ambitne plany konwersacyjne. Bałam się także mnogości dialektów i wariantów wymowy, jakie można w tym studenckim miasteczku napotkać, oraz nastawienia samych Szwedów wobec szaleńców uczących się ich języka bez żadnego wyraźnego (imigranckiego) powodu. Nie byłam również do końca pewna, czy uda się z odpowiednią, reprezentatywną próbką rodzimych native'ów w ogóle zapoznać – wszak większość czasu na takiej wymianie spędza się w towarzystwie anglojęzycznym, międzynarodowym, niekoniecznie związanym kulturowo z krajem tymczasowego pobytu. I wreszcie – modliłam się o przełamanie własnych oporów, wstydu i fałszywej skromności, zwłaszcza, że szwedzki to właściwie jedyny język obcy poza angielskim, z którym doszłam do co najmniej komunikatywnego poziomu. Zatem zacznijmy od początku…

NEVER UNDERESTIMATE THE POWER OF ERASMUS

Będąc częścią ESN (Erasmus Student Network) trzeba się naprawdę nieźle nagimnastykować, aby uniknąć zawierania co najmniej kilkunastu znajomości tygodniowo, przynajmniej przez pierwsze tygodnie wymiany. Pomijając osoby ze wszystkich zakątków Europy i świata, grupami opiekuje się całkiem spora garstka Szwedów, choć oczywiście w samym akademiku zdarzają się Skandynawowie wręcz unikający jakiegokolwiek kontaktu z ‚Erasmusami’. Wracając do przykładów nieco bardziej pozytywnych, już blisko 3 tygodnie po inauguracji letniego semestru, opiekunowie wyszli naprzeciw zapotrzebowaniu studentów międzynarodowych, chcących zaczerpnąć podstaw tajemniczego i melodyjnego języka szwedzkiego. Powstały dwa kółka semi-naukowe, z czego pierwsze zaczynało zupełnie od zera, zaś drugie czuło się mniej więcej na poziomie A1-A2. Nikt nie pytał po co, dlaczego, ani nie oczekiwał wynagrodzenia – ot, grupka szwedzkich studentów (część z nich studiująca pedagogikę) poświęcała 2-3 godziny tygodniowo na przekazanie wiedzy o swoim ojczystym języku. Rzecz jasna zapał obcokrajowców szybko się ostudził i, z tego co widzę obecnie, spotkania są nagminnie odwoływane z powodu mikroskopijnej liczby chętnych. Niemniej jednak brawa dla naszych nordyckich przyjaciół za odpowiedzialne i entuzjastyczne podejście do tematu.

Ja niestety nadal miałam problem – gdybym miała znowu uczyć się cyfr, kolorów, przedstawiania się czy pytania o drogę, najprawdopodobniej trafiłabym do szpitala psychiatrycznego w stanie ciężkiej katatonii. Należało się zatem postarać o prywatnego kolegę lub koleżankę z dodatkową funkcją nauczycielską.

I'M SORRY, I CAN'T UNDERSTAND SKÅNSKA AT ALL

Najbardziej absurdalną sytuacją było chyba chwalenie się swoją jako-taką znajomością szwedzkiego w rozmowie z rodzimym użytkownikiem tego języka, przeprowadzanej całkowicie w języku angielskim. Szybko zrozumiałam, że bez przymusu niewiele się uda, tak więc na lotniskach, w sklepach i innych punktach usługowych udawałam, że angielskiego po prostu nie znam. Szło wspaniale, niestety udawanie wannabe-Szwedki nie było już takie łatwe w sytuacji, gdy rozmówca wiedział, że jestem Polką na Erasmusie i angielski znam zapewne ponadprzeciętnie dobrze. Zdarzyło mi się także usłyszeć wymówkę, jakoby to usposobienie Szwedów kazało im pozostawać przy angielskim – nie chcą, by ktokolwiek czuł się niekomfortowo siląc się na zbudowanie zdania po szwedzku (nawet, jeśli ten ktoś się tego języka dzielnie uczy, a rozmowa z nativem jest jego niepowtarzalną szansą na trening).

Tęcza nad kampusem. fot. własna

Tęcza nad kampusem. Fot. własna

Całe szczęście, znalazły się przynajmniej dwie osoby, które moje ambicje potraktowały z pełną powagą i do dziś zmuszają mnie do wyrażenia w ich języku wszystkiego, co chcę im przekazać. Z jedną z tych osób nie zamieniłam po angielsku ani jednego pełnego zdania, choć wierzcie mi, że nieraz go o to w zmęczeniu prosiłam.

Cudownym aspektem bycia częścią Uniwersytetu w Örebro jest możliwość uczestnictwa w jego naprawdę bogatym życiu studenckim. Kampusowy klub nocny, spełniający także funkcję pubu i kawiarni oraz możliwość wolontaryjnej pracy tamże bardzo pomogły mi zanurzyć się w całkowicie i prawdziwie szwedzkojęzycznej rzeczywistości.

Co zaś tyczy się dialektów – jest jedna koleżanka, z którą postanowiłyśmy pozostać przy angielskim, właśnie ze względu na wariant wymowy, jakim się posługuje. Szwedzki ze Skåne pokonał mnie już na etapie zrozumienia prostego pytania ‚jak się masz’, zaś używane przez innego kolegę finlandssvenska przypasowało mi chyba najbardziej.

SPRAWY WAŻNE I WAŻNIEJSZE

Poznając jakiegokolwiek Szweda lub Szwedkę (a w ostatnich tygodniach mam ku temu coraz więcej okazji), staram się od razu dać im znać o mojej chęci praktykowania szwedzkiego. Nie robię tego dla splendoru, bardziej po to, by jak najprędzej odzwyczaić ich od angielskiego, no i oczywiście sprawdzić, czy mam w ich języku jakiekolwiek zdolności przekonywania. Reakcje są praktycznie zawsze bardzo pozytywne, tym bardziej szkoda, gdy czar pryska, kiedy na angielski po prostu muszę przejść. Dzieje się tak w kilku następujących sytuacjach:

  • ktoś chce powiedzieć mi coś bardzo osobistego i wymaga ode mnie równie osobistego komentarza – niestety na dyskusje o związkach i sensie życia i śmierci mój szwedzki jest nieco zbyt kulawy;
  • chcę uzyskać pewność, że ktoś zrozumie mnie w jakiejś ważnej sprawie – zazwyczaj chodzi o odpowiedzialność w pracy;
  • inna ważna sprawa musi być przedyskutowana szybko i sprawnie, tak aby żadna ze stron nie pomyliła się w dalszych działaniach;
  • …lub po prostu w towarzystwie znajdują się osoby nie mówiące po szwedzku i kultura nakazuje włączenie je do rozmowy.

A DOBRZE ZNASZ TEN SZWEDZKI?

Dobre pytanie, które powinnam stawiać sobie praktycznie codziennie. Zawsze utrzymywałam, że moja znajomość szwedzkiego formowała się bardzo nierównomiernie – moje rozumienie ze słuchu znacznie przewyższa czytanie, zaś o mówieniu na głos przed wyjazdem w ogóle nie mogło być mowy. Zdarza mi się otrzymywać informacje zwrotne o zabarwieniu w zasadzie zawsze pozytywnym (w najgorszym wypadku neutralnym), choć chciałabym wspomnieć o zjawisku komplementów przyznawanych bardzo, bardzo na wyrost, które także słyszę. Ich podstawową wadą jest to, że bardzo zakłócają ogólny obraz feedbacku, który winien być raczej szczery i złożony zarówno z pochwał, jak i wskazania ZAWSZE obecnych niedociągnięć. Ludzie mają chyba różne rozumienie słowa ‚płynny’, gdyż ja swojego szwedzkiego bym z pewnością tak nie określiła. Jest wciąż bardzo wiele relatywnie prostych tematów, na które nie potrafię porozmawiać, przy jednoczesnej znajomości pojedynczych słów wykraczających poza mój ogólny poziom. Ważne jest zatem, by nie budować swojej samooceny językowej na zbyt małej liczbie ‚ocen’.

CO DALEJ…

Trzecia (ostatnia) część cyklu powstanie już po moim powrocie (o którym w tej chwili nie umiem myśleć bez wszechogarniającego smutku), gdzie postaram się podsumować moje półroczne doświadczenie od strony wyłącznie językowej. Póki co, wracam do świata książek, kawy, piwa i napojów energetycznych. Hej då!


Zobacz także…
Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje przedwyjazdowe
Jak ujarzmić szwedzkie samogłoski?
Szwedzkie plateau boli najbardziej
SWEDEX: luźne przemyślenia

Multikurs.pl – trudna miłość

multikursMuszę wam na wstępie coś wyznać. Pewnie wyda się to nieco dziwaczne lub niecodzienne z perspektywy kogoś zainteresowanego językami, ale nigdy, przenigdy nie miałam ochoty ani sposobności uczyć się żadnego z języków romańskich. Nigdy nie uważałam, że to właśnie hiszpański, włoski czy francuski powinny stanowić, obok angielskiego, dopełnienie moich kompetencji; nie pociągał mnie żaden z południowoeuropejskich kręgów kulturowych. Epicentrum moich fascynacji zawsze stanowiły języki germańskie ze szwedzkim na czele, mam również za sobą sześć lat szkolnej nauki niemieckiego. Dlatego otrzymując propozycję zrecenzowania jednej z platform do nauki języków on-line, celowo oparłam się pokusie liźnięcia niderlandzkiego i norweskiego i sięgnęłam po francuski – język komedii z Louisem de Funèsem, które bawią prawdopodobnie już tylko mnie.

Nic więc dziwnego, że sposób postępowania z tą rodziną języków europejskich był dla mnie owiany zupełną tajemnicą – w połączeniu z dość dużą intensywnością kursu rezultat okazał się raczej mizerny – cyklu lekcji (jeszcze) nie ukończyłam, zaś do francuskiego czuję się raczej zniechęcona. Ostatnia z konsekwencji wiąże się raczej z tym, że w najbliższej perspektywie język ten nie będzie mi potrzebny absolutnie do niczego. Z dalszej części recenzji dowiecie się jednak, że sam multikurs serdecznie polecam i raczej nie będę wahała się podrzucić go komukolwiek, kto szuka solidnie opracowanego narzędzia do nauki on-line. Ale o tym za chwilę.

Na początek kilka suchych faktów. Multikurs.pl to narzędzie płatne, lecz oferujące w zamian pewną jakość – kursy opracowywane są w zespole blisko 100 osób z wykształceniem filologicznym i metodycznym, począwszy od anglistów a skończywszy na sinologach. Sam projekt współfinansowany jest ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego i chwali się zaufaniem liczonym w kilkudziesięciu tysiącach użytkowników. Przedsięwzięcie musi być stosunkowo nowe, bowiem nie miałam z nim styczności nigdy wcześniej. Zespół Multikurs.pl kusi również hasłami reklamowymi gwarantującymi najwyższą skuteczność – i co warte zweryfikowania – INNOWACYJNOŚĆ procesu nauki. Jak koresponduje to z moim osobistym doświadczeniem?

Ze strony głównej MULTIKURS.PL

Ze strony głównej MULTIKURS.PL

 

NA PLUS – WBUDOWANY SŁOWNIK, WYBÓR JĘZYKÓW, MNOGOŚĆ POZIOMÓW

Każde okno kursu zawiera w górnym rogu pasek wyszukiwania nieznanych słów – wbudowany słownik daje więc gwarancję, że wszystkie, a przynajmniej większość wyrazów użytych w czytankach i dialogach się tam znajduje. Z pewnością oszczędza to wysiłek i czas włożony w odwiedzanie słowników zewnętrznych, jednak wyniki wyszukiwania i tak pojawiają się w osobnym oknie dialogowym, co przy częstym sprawdzaniu może zacząć być irytujące.

Multikurs umożliwia naukę aż 11 języków, w tym arabskiego, japońskiego i chińskiego. Jest to nie najgorsza oferta, zwłaszcza, że wychodzi naprzeciw chociażby miłośnikom norweskiego i niderlandzkiego (ten ostatni nie wydaje się być w Polsce aż tak popularny). Mimo wszystko jestem bardzo ciekawa, czy ta swoista „karta dań" rozszerzy się kiedyś o język szwedzki i duński.

HACZYK…

Multikurs prowadzi „sprzedaż wiedzy" w dwóch osobno funkcjonujących formach – są to pakiety kursów (a więc pełnowymiarowe zestawy kilkunastu lekcji) oraz pakiety fiszek MultiWords, zawierające same słówka. Nie wszystkie kursy wybiegają poziomem poza A2 – np. arabski jest na stronie w fazie opracowań mocno początkujących. Również norweski i niderlandzki nie oferują pełnego „wypasu" – możemy zakupić jedynie zestaw elektronicznych fiszek, zahaczających jednak o poziom B1 i B2.

(RACZEJ) NA PLUS – SFERA MOTYWACYJNA

multikurs_celZ tego co wiem, nikt nie opracował jeszcze samodzielnego kursu językowego, który zaciągałby siłą do nauki, przystawiając spluwę do skroni, bądź też tłumacząc rzeczowo profity wynikające z bycia systematycznym. Multikurs próbuje jednak wszelkimi środkami nakłonić użytkownika do regularnego, najlepiej codziennego odwiedzenia platformy. Wykorzystuje bowiem ranking kursantów, ustawienie celu dnia, częstotliwości powtórek, przesyła na maila tygodniowe raporty z nauki oraz informuje nas, który dzień z rzędu poświęcamy na pracę z językiem. Jestem święcie przekonana, że znakomitej większości osób podobają się takie rozwiązania i realnie wpływa to nie tyle na ich motywację wewnętrzną, co na poczucie winy w przypadku zaniedbania kursu. Osobiście nie jestem fanką porównywania się z innymi, daje to jednak pewien ogląd na to, jak mniej więcej sobie radzimy (w pewien bardzo powierzchowny sposób kompensuje to feedback lektora bądź sytuację rywalizacji w realnie istniejącej grupie kursowej).

(BARDZO) NA PLUS – SYSTEM POWTÓREK SŁÓW RODEM Z SRS

Najmilszym zaskoczeniem okazał się dla mnie zestaw elektronicznych fiszek, w którym uzyskałam dostęp do dość pokaźnego zestawu poszczególnych kategorii wyrazów, zwrotów a nawet całych zdań używanych w języku francuskim na wielu poziomach. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że sposób działania algorytmu powtórek do złudzenia przypominał mi ten użyty w programach typu SRS, takich jak Anki. 

multikurs_slowka

W dużym skrócie oznacza to inteligentny system powtarzania elementów z pewnego zbioru, podczas którego słowa lepiej zapamiętywane są po prostu pokazywane przez program z coraz mniejszą częstotliwością, w przeciwieństwie do słów, z którymi uczący się ma kłopoty.

Na platformie MultiSłówek również możemy ustalić sobie cel, porównać się z innymi oraz pobawić się w dodatkowo przygotowane gry, takie jak znane nam z lat dzieciństwa „memory".

NA PLUS – TRENER WYMOWY

Rozwiązaniem całkiem innowacyjnym i godnym głębszej analizy wydał mi się także multikursowy „trener wymowy", w którym mamy możliwość nagrania prezentowanego słówka, a potem porównania wymowy swojej oraz native'a.

savoir_multikurs

Intryguje mnie niezmiernie mnie rola użytych tutaj wykresów częstotliwości (?) dźwięku – w instrukcji kursu nie podano szczegółowych informacji nt. tego, czy jego kształt też powinnam poddać analizie. Jako że kompletnie się na tym nie znam, pytanie kieruję do czytelników zainteresowanych fonetyką od strony technicznej.

PLUS I MINUS – SAM SCHEMAT BUDOWY LEKCJI

Na początku recenzji pisałam, że Multikurs uważa swoje metody za innowacyjne – i o ile oddać im muszę to, że zastosowanie wbudowanego systemu SRS i pochylenie się nad fonetyką to zdecydowanie podążanie w dobrą stronę, to sama jednostka lekcyjna przyjmuje u nich raczej tradycyjny charakter.

Nie mówię, że to źle – każdy ocenia to wedle własnych upodobań, preferencji i możliwości. Jednak ja, mając styczność z francuskim absolutnie po raz pierwszy, czułam się nieco zdeprymowana koniecznością dokładnego, ortograficznego odwzorowania jakiegoś fragmentu dialogu po jedno- czy dwukrotnym go przeczytaniu.

Pisałam już kiedyś, że cenię sobie tradycyjne metody nauki polegające na obrabianiu tekstu w nieskończoność, lubię także poznać WSZYSTKIE zasady wymowy i ortografii zanim zacznę je stosować w praktyce. W zasadzie Multikurs nie narzuca nam kolejności korzystania z sekcji kursu, tj.  czy najpierw skorzystamy z wbudowanego „podręcznika", czyli wprowadzenia teoretycznego, gdzie objaśniane są meandry gramatyki czy akcentowania, z drugiej jednak strony nużą mnie w pewien sposób metody przeczytaj-natychmiast powtórz z matematyczną dokładnością rodem z najkonserwatywniejszych szkół publicznych.

Na początku bardzo oburzyłam się na mini-dyktando, w którym miałam zapisać ze słuchu wyrażenie „bonne nuit", a program policzył mi błąd ze względu na użycie małej, a nie wielkiej litery. Poszperałam jednak w ustawieniach i okazało się, że mogę odznaczyć rozróżnianie wielkości znaków. Od strony informatycznej uważam więc Multikurs za dopracowany.

PODSUMOWANIE

Jeżeli pytanie brzmiałoby „czy Multikurs zastąpi mi naukę w szkole językowej", to z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że stanowi on naprawdę dobry (bo samodzielny!) odpowiednik grupowej nauki na typowych kursach.

O stosunku ceny do oferowanych możliwości proszę, aby każdy wyrokował we własnym zakresie, ponieważ różne są zarówno możliwości finansowe poszczególnych ludzi, jak i rozpiętość cen innych form płatnego nauczania.

Żaden z elementów kursu nie wydaje się niedopracowany – zarówno animacje są przyjemne, jak i nagrania mają dobrą jakość, zarówno techniczną jak i edukacyjną (native speakerzy).

Kto wie – być może to właśnie niefortunny wybór języka francuskiego sprawił, że nie ukończyłam kursu w planowanym przeze mnie terminie. Mimo to będę go miała w pamięci, jeśli najdzie mnie ochota na opanowanie podstaw któregoś z języków romańskich.


Zobacz inne recenzje naszego autorstwa…

Angielski z kryminałem + wyznania językowej monogamistki
„Japoński. Fiszki Pisz i czytaj 200 podstawowych znaków kanji”. Recenzja
300 słów i wyrażeń dziennie, czyli recenzja Business English
Recenzja „Wielkiego zbioru ćwiczeń z języka angielskiego"

Wszystko o słuchaniu: przegląd metod

listeningRozwijanie umiejętności rozumienia ze słuchu zawsze było moją ulubioną formą ćwiczenia języków obcych, zarówno w nauce grupowej/szkolnej, jak i samodzielnej. Nie umiem do końca rozgryźć, dlaczego to właśnie ona zawsze szła mi najlepiej, doświadczenie nauczyło mnie jednak, że poświęcenie czasu tej właśnie zdolności procentuje także przy treningu innych, głównie mówienia. Nie jesteśmy bowiem w stanie oddzielić czynnej produkcji komunikatów od ich jednoczesnego słuchowego przyjmowania – a więc zwyczajnego słuchania drugiej osoby. Mimo to odnoszę wrażenie, że nie dość, że słuchanie traktowane jest po macoszemu w szkole i na kursach, to i w nauce indywidualnej spychana jest niejednokrotnie przez uczących się na dalszy plan (czyżby wskutek uprzedzeń?). Ileż to razy słyszałam, że „coś tam napiszę, powiem, przeczytam, ale kompletnie nie łapię, co się do mnie mówi” – zwłaszcza, jeśli zetkniemy się z odmiennym dialektem bądź stopniem formalizacji (lub przeciwnie – „kolokwializacji”) języka.

W niniejszym wpisie postaram się wypunktować i przeanalizować kilka „typów” zadań na słuchanie, wałkowanych w tzw. tradycyjnym nurcie pedagogicznym szkół i kursów prywatnych, opowiem trochę o PBLI – metodzie, o której udało mi się ostatnio nieco poczytać, oraz przedstawię własne preferencje i pomysły na samodzielne „zadanie sobie ćwieka”.

Daleka jestem od wydawania jednoznacznych ocen nt. tego, które metody są „głupie”, a które na tyle „mądre”, że odmienią językowe życie każdej z 7 miliardów osób na Ziemi. Wszak podobnie jak Karol uważam, że miarą „dobroci” metody jest jej dopasowanie do indywidualnych potrzeb ucznia.

Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że wiele ze sposobów, które za chwilę opiszę, jest po prostu przeładowanych słabościami.

Jak uczymy się słuchać?

OSMOZA

Kto na biologii uważał bardziej niźli mniej czuje teraz prawdopodobnie, że ma definicję powyższego terminu gdzieś na końcu swojego sklerotycznego języka. Osmoza, to (w znaczeniu przyrodniczym) nic innego jak „samorzutne przenikanie rozpuszczalnika przez półprzepuszczalną błonę z roztworu o mniejszym stężeniu do roztworu o stężeniu większym". Mówiąc prościej – coś jak przechodzenie ducha przez ściany. O osmozie mówi się czasem także w kategoriach etnograficznych, kiedy to jeden kraj „przenika" inny swoimi wpływami kulturowymi. Co jednak kryje się za użyciem tego słowa w świecie metodologii nauki słuchania?

Jeżeli uważasz, że słuchanie przez godzinę dziennie niemieckiego radia sprawi, że twoja podświadomość wsiąknie owy język jak gąbka – prawdopodobnie jesteś gorącym wyznawcą podejścia osmotycznego. Nie zajmujesz się treningiem słuchania w sposób świadomy i nie weryfikujesz tego, czy faktycznie rozumiesz to, co odbiera twoje ucho.

W tzw. osłuchiwaniu się z językiem nie ma nic złego, pod warunkiem jednak, że nie polegasz w stu procentach na wchłanianiu czegoś, czego – umówmy się – i tak nie rozumiesz.

ODSŁUCHIWANIE TEKSTU CZYTANEGO

Zazwyczaj bajki, fragmentu książki, listu lub każdego innego zbioru zdań, które zostały uprzednio zredagowane, a później jedynie odczytane przez aktora. Oczywiście miło jest uczyć się czegoś, co jest przemyślane i zwyczajnie ładnie sformułowane, jednak podejście to zamyka nam drogę do rozumienia mowy bardziej spontanicznej, z całym arsenałem wahań, przejęzyczeń i innych charakterystyk nieskrępowanej wypowiedzi ustnej.

SŁUCHANIE ZE ZROZUMIENIEM

Słuchaj uchem, a nie brzuchem!" – powtarzała mama. „Powtórz, co właśnie mówiłem" – huczy profesor, który przyłapie cię na kompletnym ignorowaniu przebiegu lekcji czy wykładu. Nauczyciel języka wręcza ci listę pytań (testowych, typu abcd bądź otwartych), na które odpowiedź znajduje się gdzieś w odsłuchiwanym materiale. Jest to bodajże najpopularniejsza w Polsce metoda treningu umiejętności czytania, praktykowana na wszelkiego rodzaju testach, egzaminach, a także egzaminach międzynarodowych, zewnętrznych, takich jak certyfikaty językowe. Cały proces sprowadza się do bardzo prostego schematu listen-answer-check („posłuchaj, odpowiedz, sprawdź") i ma zazwyczaj dwie konsekwencje: albo uczniowie umierają z nudy, albo ze stresu i strachu przed wywołaniem do odpowiedzi.

sluchaniecyklWśród innych zarzutów wobec tego modelu wymienia się: brak możliwości realnego progresu (ćwiczenie umiejętności już istniejących w uczniu, bez możliwości „pójścia do przodu"), a także stronniczość i wybiórczość autora pytań co do istotności informacji do wyłapania w tekście (cóż z tego, że zapamiętałeś główne zalety charakteru angielskiego księcia – w zadaniu pytano o jedno, jedyne zdanie, w którym pojawiło się imię jego pierwszego konia.

ROZRÓŻNIANIE ŹRÓDEŁ SŁOWA SŁUCHANEGO

Wielu nauczycieli kładzie nacisk na możliwie jak największą różnorodność tekstów, których odsłuch planowany jest na zajęciach. Uwzględnianie języka zarówno akademickiego, jak i popularnonaukowego oraz potocznego zdaje się być rozsądną strategią, dającą wiele możliwości dopasowania materiałów do potrzeb konkretnych grup (np. kursu typu Business English, na którym słuchanie historii zespołu Sex Pistols zdaje się być mało rozwijające). Trudno jednak o realny pomiar efektywności i skuteczności takiej strategii.

EXTENSIVE LISTENING

Czyli w dużym uproszczeniu – słuchanie dla samej przyjemności słuchania. Uczeń niezwiązany emocjonalnie/hobbystycznie ze słuchaną treścią prawdopodobnie nie będzie potrafił się realnie zmotywować do nauki. Brzmi sensownie! Wśród głosów krytyki tej metody pojawiają się głosy o niedocenianiu roli instruktora językowego oraz pomijaniu konieczności rozwijania specyficznych umiejętności „listeningowych". Niestety nigdzie nie można DOKŁADNIE dowiedzieć się, o jakie „specific skills" chodzi.

Zarzut zbiorowy?

Czego można się czepiać? Powyższe metody są z powodzeniem (mniejszym, lub większym) stosowane w szkołach wszelkiej maści i jakoś nikt jeszcze od nich nie umarł… Jak więc brzmi końcowy „akt oskarżenia" wobec wszystkich tych zakurzonych metod zebranych do tzw. kupy?"

„[…] little to no instruction is given beforehand as to how listeners should approach a text, what they should do while listening, and how correct answers can be extracted, if necessary"

Gdybym była złośliwa, mogłabym zapytać, czy wszystko trzeba współczesnej młodzieży pokazywać palcem. Wszak logika nakazuje myśleć: stopień rozumienia tekstu, a tym samym powodzenie wykonania danego ćwiczenia na słuchanie zależy od tego, ile słów w nagraniu znasz lub jesteś w stanie z kontekstu wyłapać. Ufam jednak mądrzejszym od siebie, którzy postulują (chyba…), że nie liczy się sam poznawczy odbiór, ale także przetworzenie usłyszanych informacji i wykorzystanie ich w praktyce. Och, uwielbiam ten pedagogiczny żargon – wykorzystywanie informacji w praktyce. Nawiasem mówiąc – zawsze miałam w tym obszarze najniższe wyniki na wszelkiego rodzaju testach kompetencji w podstawówce. Do dzisiaj mi trochę smutno. :'(

Z pomocą przychodzi jednak…

PBLI – Process-Based Listening Instruction

Według podejścia PBLI, rozumienie ze słuchu jest wielopłaszczyznowym zjawiskiem i składa się z wielu wzajemnych elementów, które nauczyciel winien jest zidentyfikować, głośno zademonstrować, aż w końcu rozwijać.

PBLI przypomina stopniowe budowanie gniazdka wokół słuchanego nagrania, które jest „jedynie" punktem kulminacyjnym całego PROCESU i swoistego „ceremoniału" rozwiązywania zadania. Nacisk kładziony jest na uwzględnianie różnych kontekstów, rozwijanie tematów poruszonych w nagraniu, a przed odsłuchaniem – zgadywanie głównych zagadnień zawartych w słuchanym tekście oraz skonfrontowanie ich z osobistymi przeżyciami uczniów. Głównym celem nauczyciela jest UŚWIADOMIENIE uczniów co do konkretnych elementów, na których powinni się skupić w trakcie słuchania.

Dla przykładu: w momencie przerabiania nagrania z prostym dialogiem, np. między klientem a sprzedawcą w sklepie sportowym, nauczyciel zaczyna od ogólnej dyskusji z uczniami nt. sytuacji powiązanych w jakiś sposób ze scenką, która ma być później odtworzona z płyty. Może to być np. pytanie o ulubione sporty zimowe, lub o to, na co należy zwrócić uwagę, wybierając obuwie do biegania. Analizuje się także warstwę formalną dialogu, np. zwraca się uwagę na formalny i ugrzeczniony język używany zarówno przez sprzedawcę, jak i kupującego. Rozważa się miliony innych możliwych zwrotów grzecznościowych używanych w danym języku, niekoniecznie tych, które wystąpią w nagraniu. Podejście to jest więc ze wszech miar holistyczne i dotyka nie tylko słuchania, ale też samej leksyki, gramatyki, frazeologii, kultury danego kraju oraz wszelkich innych możliwych powiązań kontekstowych z daną scenką, puszczaną do odsłuchania.

Innowacyjność PBLI nie zachwyca mnie o tyle, iż jestem prawie pewna, że większość dobrych i nowoczesnych podręczników (przynajmniej tych, których ja używałam w liceum na angielskim) opiera swoje jednostki lekcyjne i zadaniowe na takim właśnie mieleniu tematu. Czasem cała lekcja poświęcona była TYLKO słuchaniu, tylko jednego nagrania, lecz kontekst i „atmosferę tematyczną" budowano przez dobre kilkanaście minut. 

Moje ulubione strategie?

Zaś ja przepadam za robieniem sobie dyktand w obcym języku i uważam, że ta miła i powszechna w edukacji początkowej praktyka jest niedoceniana przez lektorów. Ważne jest dla mnie jak największe skoordynowanie rozpoznania danego słowa czy frazy zarówno „w uchu", jak i na piśmie. Ćwiczy to nie tylko ortografię, ale i pomaga chociażby tzw. „wzrokowcom" w szybszej identyfikacji słów, które poznają nie na papierze, lecz w rozmowie właśnie.

A jak wy rozwijacie swoje rozumienie ze słuchu?


 

Korzystałam z: Schwieter, John W..; Studies and Global Perspectives of Second Language Teaching and Learning.

Podobne posty:

Jak słuchać, żeby usłyszeć
Pytanie od Czytelnika – ćwiczenia z uzupełnianiem luk w zdaniu
Czytanie, słuchanie, mówienie, pisanie – razem czy oddzielnie?
Rozumienie ze słuchu
Najlepsza rada dotycząca nauki języków obcych

 

Dlaczego WCIĄŻ nie znasz angielskiego?

cryingDługo zastanawiałam się nad kształtem wstępu, jaki powinien mieć ten wpis. Jestem bowiem niemal pewna, że wzbudzi on silne emocje u niektórych. Moja ugodowa natura kazałaby je raczej studzić, a co za tym idzie, tłumaczyć się na zapas z brutalności i cierpkości moich słów. A może powinnam podkreślić (jak zwykle), że tekst jest odzwierciedleniem mojego, bardzo osobistego punktu widzenia? I dodać, że z tego właśnie powodu przypominać będzie raczej dyskusję z samą sobą, niemalże strumieniem świadomości – gdyż gadać do siebie, w zaciszu własnego umysłu, bardzo lubię? Chyba właśnie tak ten wstęp będzie wyglądał.

Tytuł daje już pewien ogląd na to, co będzie się w tym wpisie działo. Zauważyłam bowiem, że wiele osób (w naprawdę różnym wieku) jest niebotycznie sfrustrowanych swoją totalną bądź „tylko” częściową nieznajomością języka angielskiego.

Trudno wskazać mi jednoznacznie, kto winien czuć się adresatem mojego przesłania; dla bezpieczeństwa więc skupię się na przedstawicielach mojego własnego pokolenia, zawężając je wręcz do osób urodzonych w latach 90. XX wieku.

Hrabia Anglik

Zanim przejdę do meritum, chciałabym wspomnieć jedną z moich ulubionych postaci „Lalki” Bolesława Prusa. I nie chodzi tu o nikogo z tzw. pierwszego planu, a o personie wręcz epizodycznej, spełniającej rolę semi-humorystyczną. Czy pamiętacie jeszcze hrabiego Licińskiego, zwanego też hrabią-Anglikiem? Dziś nazywano by go raczej „pozerem”.

Na parę dni przed wyścigami złożył mu w mieszkaniu wizytę hrabia–Anglik, z którym zaznajomił się podczas sesji u księcia. Po zwykłym powitaniu hrabia usiadł sztywnie na krześle i rzekł:

Z wizytą i z interesem — tek!… Czy wolno?…

Służę hrabiemu. […]

Bardzo pragnąłbym widzieć ten kraj kwitnącym i dlatego, panie Wokulski, posiada pan całą moją sympatię i szacunek, tek, bez względu na zmartwienie, jakie pan robi baronowi. Tek, był pewnym, że mu pan ustąpi konia…

Nie mogę.

Pojmuję pana — zakończył hrabia. —Szlachcic, Koń Szlachcic, choćby się odział w skórę przemysłowca, musi wyleźć z niej przy lada okazji. Pan zaś, proszę mi wybaczyć śmiałość, jesteś przede wszystkim szlachcicem, i to w angielskiej edycji, jakim każdy z nas być powinien.

B. Prus – „Lalka”

Liciński całym swym jestestwem usiłował zbliżyć się do stereotypu brytyjskiego szlachcica, czym wzbudzał raczej uśmiech i politowanie, niźli faktyczny podziw. Abstrahując od tego, jaki wpływ miała kultura angielska na ówczesne nadwiślańskie społeczeństwo, duch hrabiego Licińskiego zdaje się być obecny w duszach każdego, kto współcześnie uważa świat zachodni/anglojęzyczny za lepszy i warty tego, by się z nim utożsamiać (choć lepszym określeniem byłoby „asymptotyczne dążenie”)…

 

Co to właściwie znaczy mówić/rozumieć/znać język?

Czuję się zobligowana do, co najmniej pobieżnej, próby postawienia granic definicyjnych w tym całym wywodzie. Połowa czytających siedzi pewnie teraz jak na szpilkach, dumając intensywnie „Jezu, czy to o mnie? Czy zaliczam się już do tych, którzy znają angielski?".

Trudno mi tutaj narzucać jednoznacznie, czy tytuł wpisu tyczy się tych, którzy słabo radzą sobie z angielskim biernie, czynnie, czy też i tak i tak.

Uznajmy więc, że człowiek nieznający angielskiego to ten, który nie zna go na tyle, by móc wykorzystać go do swoich osobistych celów – celów, które są nieco ambitniejsze niż turystyczne rozmówki.

Dlaczego kwestia nieznajomości angielskiego wzbudza aż takie emocje?

Angielski to bodaj jedyny język, w którym publiczne zrobienie błędu prawie zawsze zakończy się linczem. Nie ma chyba takiego drugiego takiego narzecza, o jakim wygłasza się frywolne osądy, że jest trudne bądź łatwe, nie mając o nim głębszego pojęcia. Ja sama nie jestem w żaden sposób związana z angielskim, zaś jego warstwa językoznawczo-kulturowa nie obchodzi mnie prawie w ogóle. Lubię języki germańskie, ale gdyby ktoś kazał mi studiować filologię angielską, zapewne byłabym bardzo nieszczęśliwa. Mimo to angielski wszyscy znać muszą. Najlepiej w brytyjskim standardzie wymowy. I koniec.

Spokojnie, nie będę powtarzała tutaj (mniej lub bardziej prawdziwych) frazesów o tym, jak bardzo język angielski zdominował współczesny świat biznesu, handlu, rozrywki, nauki etc. Jest to na tyle intuicyjne i oczywiste, że dalsze analizowanie tego wywołałoby tylko lawinę dyskusji niekoniecznie „na temat".

Pewne jednak „pomniejsze" truizmy nie dają mi spokoju…

Przecież angielski zewsząd nas otacza!

Tak, podobnie jak kilka-kilkanaście gatunków drzew i krzewów, których mimo to nie potrafimy od siebie odróżnić. Owszem, jeśli ktoś chce i umie patrzeć, to angielski spotka niemal pod każdym stawianym przez siebie krokiem. Bądźmy jednak szczerzy – czy owo „osaczenie" językowe w skali codziennej i nieświadomej wykracza jakkolwiek poza napis „Burger King", z którego zakodujemy co najwyżej, że burger to burger, a king to król? Czy osoba niezmotywowana do własnego rozwoju wyniesie cokolwiek z tabliczek z napisem „Exit", witryny sklepu „Pretty Girl" bądź paczki papierosów „Camel"?.

A bo szkoła jest be i panie anglistki też są be

Coś w tym jest! Pisał o tym Wojtek, pisało wielu komentujących na Woofli. Gdybym miała opierać swoje anglojęzyczne być albo nie być tylko i wyłącznie na fakcie typowo szkolnej nauki tego języka od 5. roku życia do matury, to niestety nie zaryzykowałabym chyba aplikowania na zagraniczne wymiany. Samodzielność komunikacyjną osiągnęłam mniej więcej w okresie gimnazjalnym, i to raczej w obrębie korespondencji internetowych. Nie miało to za dużo wspólnego z faktem, że kazano mi śpiewać angielskie piosenki w przedszkolu.

Z drugiej jednak strony, uważam, że niewykorzystanie szkolnego przymusu nauki angielskiego jest grzechem! Prawda jest taka, że polski system oświatowy ani w tej kwestii specjalnie nie pomaga, ani nie przeszkadza. To trochę jak w tym dowcipie: „dyplom uniwersytecki to pisemne poświadczenie faktu, że miałeś okazję się czegoś nauczyć". Jeżeli urodziłeś się mniej więcej wtedy, co ja, to na 90% także miałeś taką okazję, prawdopodobnie przez większą część swojego życia, a być może dopiero od liceum. Znam osoby, które w 3 lata opanowały materiał od zera do matury rozszerzonej. Można?

Nie znasz angielskiego, bo może go wcale nie potrzebujesz?

No co? Bywa i tak. Może polskie napisy do filmów i seriali w zupełności cię satysfakcjonują, podobnie jak polskie przekłady książek, tłumaczenia instrukcji, wyłącznie polski skrawek internetu, polskie publikacje naukowe… Nieco trudno mi w to uwierzyć, jeżeli nie masz 50 lat i nie siedzisz zamknięty w domu, ale okej, przyjmijmy, że tak jest. W takim wypadku możesz zaniechać czytania w tym miejscu.

Jeżeli jednak urodziłeś się w latach 90., pracujesz, studiujesz, masz hobby i minimum ambicji, a mimo to twój angielski nie wystarcza do realizacji jakiegokolwiek z twoich celów, pasji czy obowiązków zawodowych, to… wybacz, ale nie ma dla ciebie usprawiedliwienia i nie zasługujesz na rozgrzeszenie.

Odpowiadając na nieco zakurzony już artykuł Karola – „Czy to wstyd nie znać języka obcego" – odpowiem w kontekście angielszczyzny:

Wstyd związany z nieznajomością tego języka powinien rosnąć wprost proporcjonalnie do liczby rzeczy/celów, które mógłbyś osiągnąć, gdybyś go znał. 

Cokolwiek jest tym celem.
I cokolwiek oznacza „znał".

 


 

Zobacz także…

Dlaczego nauka języka szwedzkiego jest teraz łatwiejsza niż kiedykolwiek?
Dlaczego nauka języka szwedzkiego jest teraz łatwiejsza niż kiedykolwiek – część 2
Angielski jako język globalny
Czy to wstyd nie znać języka obcego?
Jak (nie)uczyć się języków obcych – angielski
Jak wiele można wynieść z polskiej szkoły, czyli mankamenty i problemy polskiej sceny edukacji językowej

Obca literatura dziecięca: dobre źródło nauki?

astrid_powiesc

„Mio, mój Mio" w oryginale. (Fotografia własna)

Z tego wpisu dowiecie się między innymi, dlaczego tak bardzo lubię sięgać po opowiadania i powieści dla najmłodszych, kiedy to nachodzi mnie ochota na trening czytania w języku obcym. Czy „winna" jest moja domniemana infantylność lub też spychana do podświadomości tęsknota za dzieciństwem?  A może uda mi się udowodnić wam, że taka forma nauki ma kilka czysto metodycznych zalet? Powiem także, w którym momencie przestać polegać (naukowo, nie hobbystycznie) na książkach dla dzieci (tak naprawdę decyzja o tym „kiedy zejść ze sceny" tyczyć się może KAŻDEJ metody nauki CZEGOKOLWIEK). Tak więc zapraszam was do krainy wzruszających, baśniowych historii i dopełniających je doskonałych ilustracji – w klimacie, rzecz jasna, skandynawskim.

Jak przeczytać można w zakładce o autorach, moją pasją jest samodzielna nauka języka szwedzkiego. Nie bez powodu jednak nazwałam swój cykl „Dziecko z Bullerbyn" – gdyby nie kontakt z dziełami szwedzkiej autorki Astrid Lindgren, pół-szwedzkiej Tove Jansson oraz duńskiego Christiana Andersena, prawdopodobnie nie zainteresowałabym się tak mocno językami skandynawskimi w okresie późno-nastoletnim. Gdy dodamy do tej mieszanki moje fascynacje artystyczne, związane z klasyczną szkołą ilustracji, otrzymujemy wystarczającą dawkę sentymentu napędzającego językowy zapał.

"Dalej nie mogę chodzić. Ale to nie ma znaczenia w Krainie Zmierzchu"

„Dalej nie mogę chodzić. Ale to nie ma znaczenia w Krainie Zmierzchu" – A. Lindgren „W krainie zmierzchu" („I skymningslandet")

O wartości artystycznej książek Astrid (której śmierć jako ośmioletnia dziewczynka całkiem przeżyłam) przekonałam się jeszcze mocniej, mogąc przeczytać je w szwedzkim oryginale. Na uznanie zasługują polskie tłumaczenia Ireny Szuch-Wyszomirskiej, która wspaniale oddała bezpretensjonalną „prostotę" stylu szwedzkiej pisarki. Wydaje mi się, że pod względem językowym i stylistycznym pisanie dla dzieci wymaga wyjątkowego kunsztu – ale o tym nieco później. Forma wspaniale współgra z niekoniecznie cukierkową i beztroską treścią. Po czym bowiem poznać dobre dzieło adresowane do dzieci? Po jego nieprzemijającym ładunku moralnym, duchowym i psychologicznym, który trafi także w serce dorosłego (niekiedy nawet mocniej niż za młodu). Upraszczanie i „odtragizowanie" baśni, bajek i opowiadań jest według mnie najgorszym, co przytrafia się współczesnym książeczkom i dobranockom. Mam wrażenie, że do minimum ogranicza się nawet udział czarnych charakterów. Ale nie o tym miał być ten tekst.

Zmierzam do tego, iż niedocenienie wartości literackiej niektórych dzieł adresowanych do dzieci może zubożyć nas o dobrych kilka czytelniczych uniesień. A jak to się ma do nauki języków obcych? W tym miejscu przechodzę do kolejnego argumentu zachęcającego do sięgania po klasyków literatury dziecięcej:

Język, w jakim pisane są tego typu powieści, łączy w sobie dwie cechy: jest jednocześnie UPROSZCZONY (tj. zrozumiały na poziomie początkującym i średnio zaawansowanym) oraz LITERACKI (a więc umiarkowanie kolokwialny i względnie urozmaicony, posiadający, bądź co bądź, pewną wartość artystyczną).

Innymi słowy:

  • obecność nowego słownictwa nie powinna być przytłaczająca, co może mieć miejsce kiedy czytamy dorosłą beletrystykę – chociażby lubiane przez wszystkich szwedzkie kryminały;
  • …nawet jeżeli nowe słowo pojawi się w co drugiej linijce, nie sięgajmy do słownika co 30 sekund – dobrym rozwiązaniem może okazać się czytanie historyjki znanej i pamiętanej z dzieciństwa, w wyniku czego pamiętać będziemy ogólny rys fabularny;
  • większość dziecięcych książek oraz nowele, baśnie i opowiadania nie są zbyt obszerne, przez co nie będziemy czuli wyrzutów sumienia nie mogąc „wymęczyć" tekstu od deski do deski;

Przy okazji podróży do kraju języka, którego się uczymy, można także zaopatrzyć się w wydania z dołączonym audio, czytanym przez aktorów. Sama przepadam za taką formą treningu czytania, połączonym z jednoczesnym słuchaniem.

Niestety, legalne nabycie takich książek lub nagrań stanowi niekiedy finansowe wyzwanie. Tyczy się to chociażby Królestwa Szwecji, gdzie cenowy szok to dla Polaka codzienność. Warto wobec tego poszukać czegoś na stronach internetowych wybranej stacji radiowej – jest niemal pewne, że znajdziemy tam niejedną audycję adresowaną do dzieci – bardzo małych oraz nieco większych. O mojej korespondencji ze szwedzkim radiem, które za darmo udostępniło mi tekstowe wersje czytanych dobranocek pisałam w tym artykule.

Zdecydowałam się więc napisać do szwedzkiego radia (moje pierwsze, samodzielne i nieco łamane szwedzkojęzyczne maile, przy których dzielnie się upierałam, choć przecież mogłabym napisać do nich po angielsku) z prośbą o udostępnienie mi transkrypcji krótkich opowiadań dla dzieci, czytanych w ramach cyklicznej audycji dla najmłodszych. Były to dzieła fińskich autorów, chyba dość niszowe, ponieważ nie potrafiłam znaleźć w Internecie nawet oryginałów, nie mówiąc już o przekładach na szwedzki. Ogromnie miło wspominam korespondencję z redaktorkami i realizatorkami tamtej audycji. „Na cito” otrzymałam plik .doc z kilkunastoma tekstami bajek, które mogłam jednocześnie śledzić zarówno wzrokowo, jak i słuchowo.

Jakkolwiek to brzmi, zachęcam do brania przykładu z tej mojej przygody.

MINUSY, PUŁAPKI?

Pobieżna analiza gramatyczna większości tekstów adresowanych do dzieci pozwala zauważyć, że zdania nie są zbyt rozbudowane. Użycie czasów ogranicza się zazwyczaj do teraźniejszego lub najprostszego z przeszłych. Nie sądzę jednak, aby osoba początkująca oczekiwała wyższego poziomu wtajemniczenia.

Warto bowiem (w każdej metodzie i na każdym etapie nauki języka) uświadomić sobie pewien moment, który określi jasno, że warto wypłynąć na „głębsze wody". Jeżeli będziemy w stanie przeczytać ze zrozumieniem i zerowym niemal wysiłkiem ulubioną baśń, książkę czy opowiadanie, oznacza to (poza tym, że cel został osiągnięty), iż FORMUŁA TA PRZESTAŁA NAS CZEGOKOLWIEK UCZYĆ. 

Brak wysiłku oznacza brak postępu i stanie w miejscu. Trening języka nie różni się pod tym względem od treningu siłowego, gdzie zasada jest prosta – no pain, no gain.

Dawkowanie bólu i podnoszonego ciężaru powinno być jednak stopniowe. Dlatego za naturalne i zgodne z rozwojem człowieka uważam stopniowe wychodzenie najpierw od audycji na poziomie „Domowego przedszkola", stopniowo przechodząc do książeczek i komiksów dla dzieci nieco starszych, następnie brnąc przez literaturę młodzieżową, by w końcu sięgnąć po cegłę pokroju Tołstoja (oczywiście co kto lubi).

NIE TYLKO SKANDYNAWIA

https://www.facebook.com/przygodymikolajka/

https://www.facebook.com/przygodymikolajka/

Choć najbliższe mojemu sercu są muminkowo-andersenowo-bullerbynowe klimaty zimnej północy, to pragnę zaznaczyć, że bogactwo literatury dziecięcej znajdziecie absolutnie pod każdą szerokością geograficzną. Miłośnicy francuskiego sięgnąć mogą po oryginalnego „Mikołajka", germanofile po braci Grimm, zaś Kubuś Puchatek nierzadko wykorzystywany jest na kursach języka angielskiego. Nieco starsi czytelnicy pamiętają być może piękne wydania baśni narodów republik radzieckich bądź zakaukaskich. Jest zatem w czym wybierać (nie tylko w granicach Europy).

Nie mam najmniejszego pomysłu na zakończenie tego artykułu, wstawię więc cytat z Doliny Muminków w listopadzie. Ponieważ cytaty z Muminków poruszają mnie bardziej niż cokolwiek, co w życiu przeczytałam.

„Paszczak obudził się powoli i gdy tylko stwierdził, że jest sobą, zapragnął być kimś innym, kimś, kogo nie znał. Czuł się jeszcze bardziej zmęczony niż wtedy, kiedy kładł się spać, a tu tymczasem nastawał już nowy dzień, który będzie trwał do wieczora, a potem przyjdzie następny i jeszcze następny i ten znów będzie taki sam jak wszystkie dni w życiu Paszczaka."

Zobacz też…

Dlaczego nauka języka szwedzkiego jest teraz łatwiejsza niż kiedykolwiek?
Dlaczego nauka języka szwedzkiego jest teraz łatwiejsza niż kiedykolwiek – część 2
Praca własna z tekstem oraz audio gdy brak podręcznika
Nauka języka bez podręcznika – część 2 – czytanie

 

 

Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje przedwyjazdowe

Ilustracja autorstwa Ilon Wikland

Ilustracja autorstwa Ilon Wikland

W nadchodzącym roku uda mi się spełnić jedno z moich największych marzeń – spotka mnie bowiem szansa zamieszkania w Szwecji na pięć długo-krótkich miesięcy. Jako samouk języka szwedzkiego nie zamierzam ukrywać, że przygoda tego typu przemawia do mnie głównie pod kątem językowym, choć narzędziem do osiągnięcia tego celu okazały się studia – wszak sam wyjazd to nic innego jak wymiana studencka, honorowana na kierunku, który z filologią nie ma wiele wspólnego. Biorąc pod uwagę fakt, iż językiem wykładowym będzie angielski, zaś uczelniani współtowarzysze będą najpewniej stanowić mieszankę kultur całego świata, mogę mieć niemały kłopot z realizacją zamierzonego planu, jakim jest maksymalne wykorzystanie języka szwedzkiego w praktyce.

Zacznijmy jednak od tego, co potencjalnie działa na moją korzyść.

swedenDialekt. Jadę do miasta zwanego Örebro, położonego około 200 kilometrów od Sztokholmu. Region Szwecji, do którego należy Örebro, nosi nazwę Närke i nie graniczy z obszarem przypisanym stolicy. Poszukując informacji na temat osobliwości fonetycznych właściwych mieszkańcom Närke, korzystałam z solidnie opracowanej, głosowej encyklopedii szwedzkich dialektów, którą serdecznie polecam wszystkim pasjonatom. Ten przypisany mieszkańcom Stora Mellösa, osadzie należącej administracyjnie do Örebro, nie wydaje się być słuchowym wyzwaniem, choć faktycznie nie jest to standard sztokholmski, do którego przyzwyczaiły mnie podręczniki. Należy także pamiętać, że większe ośrodki miejskie przyciągają zazwyczaj osoby z różnych części Szwecji, więc niewykluczone, że w samym miejscu tymczasowego zamieszkania będę musiała zmagać się z wymową w jakiś sposób ujednoliconą. Zawsze mogło być gorzej, sądząc chociażby po wysłuchaniu przykładów z północnej części kraju.

Moje nastawienie. Jestem dość kontaktową osobą, a nieśmiałość to prawdopodobnie ostatnia cecha, jaką mogłabym sobie przypisać. Myślę, że z moją asertywnością także nie jest najgorzej i będę umiała zakomunikować, że NIE chcę przechodzić na angielski, nawet jeśli dzięki temu zrozumiemy się sprawniej.

Dlaczego jednak w ogóle przewiduję jakiekolwiek problemy na drodze realizacji moich szwedzkojęzycznych ambicji?

BO SZWEDZI TO I TAMTO…

Bo nie lubią nieznajomych. Bo nie patrzą w oczy. Bo są mało otwarci, a fakt, że ktoś uczy się ich języka, wcale im nie imponuje. Bo świetnie znają angielski i nie widzą powodu, by słuchać łamanego szwedzkiego w rozmowie z obcokrajowcem.

orebroDo wszelkich stwierdzeń przemawiających za teorią „osobowości narodu” zawsze pochodziłam z dużą rezerwą. Nie przepadam za generalizowaniem, choć z drugiej strony mówi się, że wyjątki stanowią tylko potwierdzenie reguły. Nie lubię też obrastać w takie uogólnione stwierdzenia mając za sobą kosmicznie niewielki czas spędzony poza granicami Polski, ba, a może i nawet własnego pokoju.

Trudno jednak powstrzymać się od zwerbalizowania kilku wstępnych obserwacji, jakie poczyniłam na Szwedach napotkanych w Internecie, bądź też na krajoznawczych wyprawach. Wykorzystam także wypowiedzi samych Szwedów, jakie zdołałam z nich wydusić na pewnym forum.

1. Polak uczący się szwedzkiego nie jest niczym szokującym, w końcu Polska jest zamorskim sąsiadem północy, zaś mgliste pojęcie Szwedów o Polsce każe zakładać, iż kontakty dyplomatyczne i handlowe są z nami możliwe. Co ciekawe, jedyny cień zdziwienia naszym zapałem do nauki szwedzkiego wywołuje u nich sam kontrast „zasięgowy" naszych języków: kraj 38-milionowy vs (tu cytat) „mniejsza i węższa" (polemizowałabym), 9-milionowa Szwecja.

2. Nie widzą w nas chyba typowego imigranta. Jeden z rozmówców wyraził nawet pewnego rodzaju obawę, iż „gdybyś przyjechała do Szwecji, władze gminy najprawdopodobniej wepchnęłyby cię na kurs szwedzkiego dla przybyszów z trzeciego świata". Co zaś jeśli nie mam woli, lub/i możliwości osiedlić się w kraju wikingów?…

3. …nie cały naród jednym głosem mówi – oczywiste jest, że pozytywne lub nawet na wpół entuzjastyczne reakcje na swoją walkę ze szwedzkim uzyskacie wśród społeczności, która sama języki obce lubi i kibicuje każdemu, kto je zgłębia.

4. Lecz nawet to nie wystarczy, by usidlić swojego „darmowego native speakera". Trudnościom w poszukiwaniu partnerów językowych w Internecie poświęciliśmy na Woofli już dwa artykuły, z których jeden wyszedł spod mojego pióra. Mając je w pamięci, trudno stwierdzić, czy chodzi o zjawiska tam opisane, czy o mentalność konkretnego narodu. Szwedzka ortografia bywa zwodnicza, nie wspominając o wymowie, tak więc jestem w stanie wyobrazić sobie, jak męcząca musi być rozmowa z osobą początkującą. Nawet wtedy, gdy myślałam, że nagranie siebie samej czytającej po szwedzku i wysłanie jej koledze zza morza nie wywoła zgorszenia, jego odpowiedź i tak zdołała wprawić mnie w osłupienie. „Wow! Brzmisz jak ktoś z Norrland!" (wiecie, ten dziwny akcent pół-Szwedów, pół-reniferów). Norrland? Mój boże, nigdy nie miałam takiego zamiaru. Czy to znaczy, że mówię niewyraźnie?

Wygląda na to, że generalizowanie tylko oddala nas od celu. Smagając się metaforycznym batem, wychodzić będę z prostego założenia: im lepiej będę mówić, tym bardziej zachęcę obcokrajowca i do pochwał i do wspólnych ćwiczeń konwersacyjnych.

Internet to jednak miejsce wyjątkowe, a rozpoczęcie z kimś znajomości jawi się bezsprzecznie jako mniej stresujące, niż w świecie realnym. Fizyczne przebywanie w Królestwie Szwecji (zwłaszcza na międzynarodowej wymianie) nie sprawi, że każdy Sven i Elsa będą lecieć do nas jak pszczoły do miodu.

Jakkolwiek stalkersko i przerażająco to brzmi, jedyne rozwiązanie upatruję w znalezieniu sobie szwedzkiej koleżanki lub kolegi na długo przed wyjazdem, oczywiście w celu budowania znajomości i podsycania wzajemnego zainteresowania sobą aż do dnia spotkania na uczelni. Jak? Chyba niestety w formie anonsu zamieszczonego wszędzie tam, gdzie w Internecie zrzeszają się studenci rzeczonego uniwersytetu. Opcję tę poleciłabym zarówno tym, którzy z pewnością siebie nie mają problemów, jak i ludziom w sytuacji odwrotnej.

Warto także zorientować się w działaniach podejmowanych przez lokalną Erasmus Student Network – jest to organizacja, która w Polsce (niestety nie wiem, jakie jeszcze państwa trudnią się czymś podobnym) realizuje chociażby program Mentor, polegający na swoistym „zaadoptowaniu" zagranicznego studenta przez osobę miejscową. „Opiekun" ten ma za zadanie ułatwić nowo przybyłemu zaaklimatyzowanie się w obcej dla niego kulturowo i językowo rzeczywistości. 

Na koniec (zgodna z tematem artykułu) anegdota z mojej wycieczki promem, obsługiwanym wyłącznie przez szwedzkojęzycznych pracowników. Była to w zasadzie pierwsza szansa przyszpanowania przed „nejtiwem", co prawda w obrębie słownictwa rybno-ziemniaczanego, ale zawsze. Stojąc w kolejce do wydawania posiłku, razem z moją mamą (nieznającą angielskiego ani szwedzkiego), starałam się dostrzec imię stojącego za ladą dżentelmena, aby upewnić się, czy jest on Szwedem z krwi i kości. Widząc na jego plakietce „Lukas" oraz słysząc szwedzki z jego ust wiedziałam już, że to mój wielki moment. Poprosiłam zatem o łososia, gryząc się w język za każdym razem, gdy nasuwały mi się zwroty brytyjskie. Wybór ziemniaczków okazał się nieco bardziej skomplikowany, bowiem restauracja oferowała opcję gotowaną i przypiekaną. „Które chcesz, mamo?" – spytałam pospiesznie. „Powiedz mu, że gotowane!" – usłyszałam. Zaraz ci powiem, Lukasie – pomyślałam z dumą, kiedy to rzeczony młodzieniec zabrał głos, używając całkiem niezłej polszczyzny: „Dla pani gotowane, tak?".

Tak właśnie kończą się dobre chęci.

Zobacz też:
Szwedzkie plateau boli najbardziej
SWEDEX: luźne przemyślenia
Po jakiemu uczyć się szwedzkiego?
Czy język szwedzki jest trudny

Jak ujarzmić szwedzkie samogłoski?

dlugie_aDzisiaj krótkie omówienie kwestii fonetycznej, której istotność  umieściłabym zdecydowanie bliżej początku „osi czasu" nauki języka szwedzkiego. Jej zaniedbanie upośledzi naszą umiejętność głośnego czytania już na samym starcie, zaś uważne jej traktowanie nie kosztuje wiele i może okazać się całkiem fajną zabawą. Mowa oczywiście o samogłoskach szwedzkich i ich podziale na krótkie i długie. Dlaczego jest to temat istotny? Po pierwsze, długość samogłoski determinuje wybór wariantu jej wymowy; po drugie, tak samo zapisane słowo może mieć dwa KOMPLETNIE różne znaczenia w zależności od tego, czy użyto w niej samogłoski krótkiej lub długiej. Zwrócę także uwagę na to, jak trenować wymowę poszczególnych samogłosek, gdyż dla niewprawionego ucha zlewają się one nierzadko w jedno.

Różne „bardzo śmieszne żarty" głoszą, że mowa Szwedów brzmi trochę jak ziewanie. Iloczas to inna nazwa tego zjawiska, które, mówiąc najprościej, determinuje długość dźwięku odpowiadającego wymawianej głosce lub sylabie. Dla niektórych nacji jest to rzecz intuicyjna – iloczas nie jest bowiem charakterystyczny wyłącznie dla szwedzkiego. Polacy niestety pozbawieni są takiego punktu odniesienia, ponieważ iloczas jest w polszczyźnie nieobecny od wieku XVI.

vokaler

[źródło: http://svenskab1b2.majby.se/doc/fonetik1.pdf] Kliknij, aby pobrać pdf z tablicą wszystkich znaków.

W szwedzkim, choć mówimy przeważnie o długości samogłosek (w tym przypadku aż dziewięciu: a, e, y, u, i, o, å, ö, ä), to zwraca się także uwagę na „długie", a więc podwojone spółgłoski, np. „tt", „bb". Znaleźć je można zazwyczaj na końcu wyrazu lub w jego środku. Zapisuje się je podobnie jak wydłużone samogłoski, używając czegoś w rodzaju trójkątnego dwukropka. Dla przykładu, w słowie sitter / (ktoś) siedzi / [‚sɪt:ɛr] jesteśmy „w obowiązku" poświęcić ułamek sekundy dłużej na oddanie „długiego t" = „t:". Rzeczą oczywistą jest, że w polskim takie geminaty, a więc podwojone spółgłoski, są zjawiskiem nierzadkim, chociażby w popularnych imionach (Adriana / Adrianna robi różnicę!).

Zwracam uwagę na choćby pobieżną znajomość międzynarodowego alfabetu fonetycznego, ponieważ uważam, że nawet osoba początkująca zrobi z niego ogromny użytek. W kontekście omawianego tematu, a więc (samo)głosek długich w języku szwedzkim, ustalenie ich obecności lub nieobecności w przyswajanym słowie będzie kwestią zaledwie kilku kliknięć w jakimś dobrym, internetowym słowniku. Ja lubię lexin, właśnie z powodu uwzględnienia zapisu fonetycznego.

Przydatne reguły? Owszem, istnieją! Jeżeli ktoś nie może się bez nich obejść, to powinien pamiętać o tym, że…

  • Po samogłosce długiej zawsze następuje krótka spółgłoska, zaś po samogłosce krótkiej – spółgłoska długa;
  • Samogłoska jest krótka, jeśli jest akcentowana i ma po sobie spółgłoskę długą;
  • W sylabach nieakcentowanych wszystkie głoski są krótkie;
  • Przed samogłoską akcentowaną również;
  • Sylaba akcentowana zawsze jest długa (cechowana przez długą głoskę).

Powoływanie się na prawidłowości tego typu wymaga od uczącego się znacznego rozszerzenia wiedzy o akcentach i fonetyce szwedzkiej i nie ma nic wspólnego z nauką intuicyjną i naśladowczą, która, w mojej opinii, powinna być co najwyżej weryfikowana przy pomocy literatury.

Samogłoskowe faux-pas? Jak najbardziej możliwe. Chcąc wypowiedzieć się o zmarłym, łysym (kal) mężczyźnie, możemy nieopatrznie nazwać go zimnym (kall). Dyskusja nt. wyborów (val) może wprawić w konfuzję niespodziewanym przywołaniem nieokreślonej tamy (vall). Pan nadużywający wódki na weselu może zostać wyzwany od brzydkich (ful) zamiast pijanych (full). A to tylko niektóre z licznych przykładów.

OK, wiemy już gdzie głoskę skrócić, a gdzie wydłużyć, a prawdopodobieństwo gafy zostało zredukowane do minimum. Przejdę teraz do części praktycznej. Jak sprawić, by szwedzkie samogłoski brzmiały naprawdę szwedzko?

http://www.digitalasparet.se/

http://www.digitalasparet.se/

Raz, że słuchać native'ów – jasne. Jednak świadome wychwycenie subtelnych różnic między dźwiękami to sprawa dydaktyczna i przy użyciu narzędzi dydaktycznych wydaje się najbardziej efektywna. Nie każdy ma nauczyciela, ale (prawie) każdy ma internet. Stąd na pewno natrafiliście kiedyś na lub witrynę. Sama z nich korzystałam (sądzę, że z dobrym skutkiem!) i złego słowa nie dam o nich powiedzieć. Można zaangażowaniem pójść o krok dalej i spojrzeć na plansze artykulacyjne jak chociażby ta, którą wkleiłam po prawej stronie. Najlepiej byłoby oczywiście zmniejszyć się jak w Kingsajzie wejść jakiemuś Szwedowi do buzi (na szczęście większość z nich ma ładne zęby).

Moim absolutnym ulubieńcem jest pan Jacek Kubitsky i jego opracowanie gramatyczne języka szwedzkiego wydane przez Natur och Kultur. Kilka rozdziałów jest poświęconych także fonetyce, zaś podrozdziały w sposób opisowy i miejscami humorystyczny dadzą pewne WYOBRAŻENIE tego, jak za pomocą posiadanych przez nas – Polaków – umiejętności artykulacyjnych będziemy mogli wyczarować dźwięki dalekiej północy. Osobny fragment publikacji w całości poświęcono wymowie litery „o". Moim zdaniem jest to najlepsze źródło „beznagraniowe" służące do zgłębiania omawianego tematu. Poniżej mała próbka treści:

 

Samogłoska***

Długa

Krótka

E

 „Długie e jest bardziej ścieśnione (tzn. ma wymowę zbliżoną do i) niż (…) polskie e w słowie Ewa. Przypomina wymowę e w słowie klej (ale brzmi nieco dłużej)".  „Litery e oraz ä odpowiadają głosce jak w polskim wyrazie ser".

A

 „Długie a wymawiamy z domieszką polskiego o. Przypomina dialektalną wymowę a w wyrażeniu: skończony dziad".  „Wymawia się jak w polskim słowie matka"

*** [Tabela opracowana na podstawie książki, której współautorem jest p. Jacek Kubitsky (dokładny opis bibliograficzny pod artykułem), konkretnie rozdziałów 8.5 i 8.6]

Nie ukrywam (a wręcz przyznałam się do tego w tym artykule), że do treningu fonetycznego cudownie nadają się audycje dla dzieci. Dzieje się tak z bardzo prostego powodu (powodów): primo, mają one za zadanie nauczyć jak najmłodszego widza nie tylko samych literek, ale i odpowiadających im dźwięków; secondo: w piosenkach i dialogach uczestniczą zawodowi aktorzy o lepszej niż przeciętna dykcji.

Przyjrzyjcie się temu fragmentowi programu Fem myror är fler än fyra elefanter. Uszy nie spuchną, gdyż muzycznie audycja stoi na dość wysokim poziomie.

Śpiewana głoska (nuta) trwa odpowiednio długo i jest powtarzana z teatralną dokładnością, tak więc dźwięk ma doskonałe warunki do zaistnienia w naszej pamięci słuchowej.

Mankamentem łączenia treningu fonetycznego ze słuchaniem piosenek (takich, lub „dorosłych") wiąże się poniekąd właśnie z iloczasem – język „śpiewany" nie odda wszystkich niuansów akcentowych ani tempa języka mówionego.


Polak uczący się języka szwedzkiego napotka oczywiście więcej trudności fonetycznych niż tylko rozróżnianie samogłosek. Wszelkie zbitki spółgłoskowe to temat na osobny artykuł, który być może kiedyś się pojawi.


Polecam / korzystałam z:

  1. Szulc, A. (1992) Gramatyka dydaktyczna języka szwedzkiego. Kraków: Wydawnictwo UJ.
  2. Viber Å., Ballardini K., Stjärnlöf S., Kubitsky J. (1992) Mål. Gramatyka szwedzka po polsku. Svensk grammatik på polska. Sztokholm: Natur och Kultur.

Zobacz także…
SWEDEX: luźne przemyślenia

Po jakiemu uczyć się szwedzkiego?
Pitch accent w języku szwedzkim, cz. 1

Czy język szwedzki jest trudny?

 

Szwedzkie plateau boli najbardziej

szwedzkie_plateau

Nie trać serca do języka!

Pamiętacie artykuły, w których przekonywałam, dlaczego nauka szwedzkiego jest teraz łatwiejsza niż kiedykolwiek? Z bólem serca spieszę ze sprostowaniem – miałam na myśli głównie mocno początkowy etap nauki tego pięknego języka.

Szwedzki jest językiem o tyle niewdzięcznym do nauki, że trudniej z nim wytrwać, niźli w ogóle zacząć. Szkoły językowe, mające języki skandynawskie + fiński w swojej ofercie, przeżywają od paru lat prawdziwą klęskę urodzaju. Zysk zawsze będzie się zgadzał, bo początkujących co roku jest cała masa. Lektorów, którzy mają kwalifikacje do nauczania nowicjuszy także nie brakuje – nie ma więc potrzeby zatrudniania chociażby native'ów. Schody zaczynają się wtedy, gdy ktoś wytrwa w tym (powszechnie uznawanym za niszowy) języku dłużej niż rok czy dwa. (Osobny post można by poświęcić powodom tego stanu rzeczy – tj. czy szwedzki w ogóle się przydaje, czy rzeczywiście JA go potrzebuję etc. W dalszej części tekstu poświęcę tej kwestii kilka słów). W miastach nieposiadających zaplecza skandynawistycznego trudno więc znaleźć wystarczającą ilość chętnych do utworzenia grupy na poziomach B1/B2+.

Nie jest moją intencją narzekać jednak na politykę prywatnych szkół językowych, czy też poziom motywacji większości ich klientów. Postulując wyższość działań samodzielnych nad zorganizowanymi, skupię się więc na problemie szwedzkojęzycznej posuchy, widzianej z perspektywy także zaawansowanych i średnio zaawansowanych samouków (w tym mnie). Podpowiem również, jak odczarować ten stan rzeczy, nie wydając przy tym fortuny.

1. ZABAW SIĘ W MATURZYSTĘ

Czy wiecie, że wraz z wejściem w życie zasad nowej matury, przez jeden rok (2005) można ją było zdawać także z zakresu znajomości języka szwedzkiego? Jedyne dwa arkusze (poziom podstawowy i rozszerzony), dostępne cały czas na stronie CKE, mogą stanowić ciekawe sprawdzenie się*, oczywiście mocno osadzone w realiach tego kontrowersyjnego egzaminu.

Same statystyki dotyczące popularności tego egzaminu w roku 2005 nie pozostawiają wątpliwości co do powodu usunięcia szwedzkiego z listy przedmiotów maturalnych. Pełna treść raportu z jakichś powodów została usunięta z serwera, jednak pamiętam, że liczba zdających nie przekraczała dwóch setek (przy czym rozszerzenie pisała dosłownie garstka młodzieży).

*Poziom podstawowy nowej matury z języka nowożytnego oscyluje w granicach poziomów A2/B1, zaś rozszerzenie reprezentuje średnio mocne B2.

2. SPRÓBUJ DOTRZEĆ DO MATERIAŁÓW PRZYGOTOWUJĄCYCH DO TISUSA

TISUS to certyfikat języka szwedzkiego na poziomie zaawansowanym, uprawniający do podjęcia studiów na uczelniach wyższych w Szwecji. Jako rozgrzewkę proponowałabym trening (już nie elementarnego) czytania i pisania z pomocą książeczek Text i Fokus oraz Form i Fokus, zaś bardziej odważnym zawodnikom polecam Skrivtrappan, który rozwinie nas przede wszystkim leksykalnie. Każdy, kto ma ze szwedzkim do czynienia więcej niż kilka miesięcy zauważy zapewne, że konstrukcje gramatyczne stosowane w prasie codziennej nie różnią się wyrafinowaniem od tych, które ogarnąć można w naprawdę niedługim czasie – rzecz jasna chodzi o szkielet prawidłowości gramatycznych, które w dalszych etapach nauki można już tylko szlifować. Sen z powiek do samego końca spędzać może co najwyżej stale poszerzający sskrivtrappanię zasób słownictwa wraz z jego rodzajnikami i typem deklinacyjnym/koniugacyjnym, a także stosowanie form określonej i nieokreślonej (podobny czort jak w angielskim – wielu uważa, iż poprawne stosowanie tzw. articles pośrednio świadczy o mistrzowskim opanowaniu mowy Szekspira). O literaturze nie czuję się jeszcze gotowa wypowiadać, gdyż w oryginale interesuje mnie póki co wyłącznie ta dziecięca.

Tutaj jednak napotykamy kolejną przeszkodę – swoisty monopol na wydawanie tego typu zaawansowanych i pewnych jakościowo materiałów edukacyjnych mają wydawnictwa powiązane z Folkuniversitetet, Svenska Institutet, czy też Natur och Kultur. Cena takiego podręcznika (ceny skandynawskie – wiadomo, kosmos), wraz z zestawem płyt czy zeszytów ćwiczeń, plus sprowadzenie tego wszystkiego przez Bałtyk do Polski przekracza możliwości finansowe wielu naszych rodaków. Jeśli jednak pieniądze, ewentualnie nielegalny dostęp do książek nie są dla was problemem, to warto rzucić okiem na tytuły, które wymieniłam.

3. BĄDŹ JĘZYKOWYM MAC GYVEREM

Tak naprawdę źródła do nauki kryją się wszędzie wokół nas – wystarczy trochę kreatywności, szczypta krytycznego myślenia i może jeszcze dobry słownik – miłośnikom papieru polecam ten autorstwa J. Kubitsky'ego – można go zażądać chociażby na urodziny, bo przy pięcioosobowej zrzutce wychodzą grosze.

Czy do (biernej co prawda, ale zawsze) analizy budowy zdań, doboru słów, podpatrywania stylistyki etc. potrzebna jest opracowana przez kilkunastu metodyków książka? A może wystarczy trochę podstawowej wiedzy o danym języku (oraz o językach w ogóle), nieco zróżnicowanych źródeł pisanych (chociażby skrawek bulwarowej prasy) i trochę internetu? Ewentualnie sieć znajomości zbudowana z pasjonatów mających te same ambicje i cele, co my?

PS-år-av-rivalitet-och-vänskapZdarza się, że biorę po prostu do ręki szwedzką gazetę (została mi po niedawnej wycieczce, ale równie dobrze można wejść sobie na pierwsze z brzegu Dagens Nyheter) i sprawdzam, czy na pewno rozumiem i potrafię wskazać powód użycia chociażby formy określonej (odpowiednik angielskiego THE). Bywa też, że zgłębiając historię stosunków polsko-szwedzkich chwytam po dwujęzyczną pozycję „Szwecja-Polska – lata rywalizacji i przyjaźni", w której symultanicznie porównywać mogę tekst w dwóch językach w obrębie jednej kartki. Korzyści, które wynoszę z tego rodzaju „prowizorki" zależą tylko i wyłącznie ode mnie, mojej ostrożności i głodu wiedzy.

To oczywiście rozwiązanie tymczasowe bądź fakultatywne, bowiem wiadomo, że zróżnicowanie źródeł i metod nauki pozwala na jak największą optymalizację całego procesu (oraz jego ciągłe ulepszanie!).

4. DLACZEGO SZWEDZKI?

Lubicie się tłumaczyć z powodów, dla których uczycie się określonego języka? Oczywiście o ile nie jest nim angielski, niemiecki, francuski czy rosyjski. Różne słyszy się głosy – z jednej strony, że poznanie jak największej liczby języków rozwija, z drugiej, że powodzenie nauki języków wyznaczane jest bezpośrednio przez zapotrzebowanie na codzienne ich użycie. Ostatnio natknęłam się na tekst o utrapieniu rękodzielników, czyli zamaskowanym wyszydzaniu ich „nudnej i nikomu niepotrzebnej pasji". Nie wiem na ile zalicza się do tego sytuacja nauki języka relatywnie niszowego, którym (a) nie mówi nasza rodzina czy partner, (b) którego nie używamy w pracy ani szkole, (c) którego nie używa się w naszym kraju, (d) na którym nie zarabiamy, a jedynie od czasu do czasu korzystamy z wytworów kultury w oryginale.

Na koniec ciekawy artykuł, bliski mi o tyle, że wypowiadającym się w nim nauczycielem jest mój były lektor-skandynawista. Szwedzki ma dla Polaków wiele twarzy – mimo wszystko przoduje ta związana z emigracją…

 

Zobacz też:

Faza plateau – czyli co to jest i jak przez to przejść
SWEDEX: luźne przemyślenia

Po jakiemu uczyć się szwedzkiego?
Czy język szwedzki jest trudny

Podręcznik jak ze snu

podrecznikDobry podręcznik to skarb. Wiedzą to zarówno nauczyciele, jak i uczniowie. Jednak jego obiektywna jakość przydatność nie jest kwestią tak łatwo mierzalną, jak by się wydawało. Po raz kolejny będę więc stać na straży podejścia mocno indywidualistycznego, w którym wierzę (i widzę), że potrzeby i sposób uprawiania nauki różnią się od człowieka do człowieka. W rzeczywistości podręczniki gwałcą to założenie w miażdżącej właściwie większości – bowiem pod względem struktury są najczęściej identyczne, i na identycznych schematach redakcyjno-metodycznych się opierają.

To nie będzie poradnik nt. tego, jak rozpoznać czy wybrać podręcznik idealny. To będzie fantazja – fantazja o podręczniku, który nie istnieje, bo istnieć nie ma prawa.

(Zapewne podobnie jak wymarzony mąż czy żona, o których śniliście za młodu)

Śnię zatem o podręczniku, który…

greetings1. Nie będzie rozpoczynał się trzylekcjowym treningiem witania się w pięćdziesięciu wariantach.

Przepadam wręcz za książkami, które „wprowadzenie do języka” ujmują raczej w formie zapoznania się z alfabetem, bardzo ogólnymi regułami fonetycznymi i informacją chociażby nt. szyku zdania, który w tymże języku dominuje (SOV, SVO, czy też mniej popularne kombinacje typu VSO). Podana na wstępie informacja o tym, że w języku szwedzkim nie używa się (poza imionami, nazwiskami czy obcymi nazwami własnymi) litery „W” jest nie tylko interesująca, ale także eliminuje „na dzień dobry” sporą część potencjalnych błędów w pisowni, które na początku możemy popełniać.

 

2. Uwidoczni, które z nauczanych przezeń struktur mają nierozerwalny związek z kulturą rozpatrywanego obszaru językowo-kulturowego.

W toku mojej szkolnej nauki języka angielskiego zapadło mi w pamięć szczególnie jedno ćwiczenie z repetytorium maturalnego, które jest zresztą ostatnim z miejsc, w którym spodziewałabym się czegoś, co mnie zaskoczy czy zaintryguje. Zadanie polegało na przekształceniu zdań dosadnych w bardziej dyplomatyczne i eufemistyczne, w myśl zjawiska zwanego (chyba…) polite English (wg mojej ówczesnej nauczycielki – bardzo zakorzenionego zwłaszcza w środowiskach pedagogicznych Wielkiej Brytanii). „Patrick is rude” nie jest dla Wyspiarzy dobrą opcją zaraportowania rodzicom braku kultury osobistej ich syna. „Patrick isn’t very polite towards teachers” zdaje się być o wiele bardziej społecznie akceptowaną formą takiego komunikatu.

angielskigrzeczny

3. Pozwoli mi odnaleźć swój idiolekt w języku obcym

To właściwie główna kwestia, jaką chciałam dziś poruszyć. Ucząc się języków biorę także pod uwagę pewne zmienne psychologiczno-osobnicze, o których pisałam chociażby w tym artykule. Idiolekt, definiowany jako „…zespół właściwości języka danej osoby (np. fonetycznych, leksykalnych), wg niektórych dodatkowo określany w danym okresie rozwoju tej osoby” zdaje się być głównym wynikiem interakcji pomiędzy językiem jako takim, a jednostką. Jeśli nie potraficie za bardzo wyobrazić sobie idiolektu w praktyce, przypomnijcie sobie chociażby postać pana Zagłoby, która to postać jest zresztą jednym z najczęściej przytaczanych przykładów w tej kwestii. Przyjmując, za różnymi innymi definicjami idiolektu, że jest on wypadkową warunków rodzinnych, kulturowych, tradycyjnych i środowiskowych, to łatwo będzie poddać w wątpliwość stwierdzenie o „wypracowaniu” swojego własnego idiolektu w języku nieojczystym (tzw. „second language”; L2). Nawet jeśli przyjmiemy taką ewentualność, to trudno będzie „przełożyć” swój naszpikowany polskimi realiami idiolekt na język z zupełnie obcego kręgu kulturowego (chociażby szwedzkiego, skoro już idę tropem własnych doświadczeń). Osoby, które władają jakimkolwiek językiem w stopniu bardzo dobrym mogą same odpowiedzieć sobie na pytanie, czy czują odbicie swojej osobowości, doświadczeń życiowych czy humoru w tymże języku. Nietrudno się domyślić, że ja przychylam się raczej ku odpowiedzi twierdzącej, choć jestem świadoma ostrożności, jaką należy tutaj przyjąć. Pytania i wątpliwości można mnożyć w nieskończoność: czy myślenie o idiolekcie można rozpocząć już na początku nauki? Czy moment rozwojowy ma znaczenie? Czy małe dzieci też mają swój idiolekt, który zmienia się w biegu życia? Czy ucząc się nowego języka „rodzimy się na nowo”? etc.

Są jednak rzeczy, których nie może zabraknąć w moim podręczniku marzeń, a których nie uświadczę raczej w podręcznikach ze świata, który znam:

a) WULGARYZMY

Zgorszonych proszę o przejście do kolejnego punktu. No bo jak to, sprośne słówka i żarty, przekleństwa, bluźniercze wykrzyknienia to przecież nie jest sprawa dla poważnych wydawnictw językowych. O takich okropnościach to można sobie poczytać w książeczkach typu „Hiszpański na ostro” (nie googlujcie, nazwę wymyśliłam), kupić komuś w empiku pod choinkę, bo to takie śmieszne, rubaszne, nieprzyzwoite i z dreszczykiem, hihi, hoho, tej, Andrzej, tylko dzieciom nie pokazuj! Jak myślicie, dlaczego tak wiele ludzi tak wcześnie interesuje się najczęściej używanymi wulgaryzmami w języku, którego się uczą? Bo mają mentalnie 15 lat? Bo jadą na Erasmusa? A może adekwatne zareagowanie na uderzenie się w mały palec u stopy jest dla nich równie ważną kwestią, co nauka zwrotu „na zdrowie”? Kilka lat temu czytałam wiadomości na szwedzkim portalu informacyjnym w dniu, w którym szwedzka księżniczka Victoria ogłosiła swoją pierwszą ciążę. Przewinęłam do komentarzy – same gratulacje. Grattis, Grattis, Grattis… Tak, to słowo już znam. Lecz nagle – bratnia dusza i wyrażenie, które zapamiętałam w ułamek sekundy – „VEM FAN BRYR SIG?!”. W wolnym tłumaczeniu: „KOGO TO K*RWA OBCHODZI?!”. No właśnie.

b) HUMOR

Miło by było, gdyby opisywany przeze mnie podręcznik nauczył mnie także, jak być zabawną w danym języku. Powszechna opinia głosi jednak, że humor to nierzadko cecha narodowa, a nawet jeśli nie narodowa, to ludzie gigantycznie różnią się między sobą jeżeli chodzi o rodzaj poczucia humoru. A może ten podręcznik marzeń umiałby dopasować się automatycznie do mojego?… Kwestie humorystyczne podejmowane są nierzadko w podręcznikach „konwencjonalnych” – przykładem sztampowym może być chociażby humor angielski, będę jednak szczera – w większości takich przypadków trzeba zmusić się do śmiechu.

profanity-73809626759_xlargec) CHAMSTWO, IRONIA, KŁÓTNIE

Większość podręczników nauczy cię jak przestawić się na tryb języka formalnego, urzędniczego tudzież akademickiego. Tryb „normalny" nauczy cię za to, jak być miłym na co dzień. Potocznie. Kolokwialnie. Tylko spróbuj być niemiłym. Podręcznik nie może pomnażać zła i goryczy, której już jest na świecie tak wiele!

Chcesz wiedzieć, jak jest po angielsku „odwal się"? Chcesz komuś dogadać, obrazić, pokłócić się, rzucić ironiczną uwagę? Sprawdź sobie na googlach, albo włącz MTV. Pojedź do Paryża, zakochaj się w pięknym Francuzie patrząc jedynie w jego orzechowe oczy. Tylko jak potem wyrazisz swoje niezadowolenie, kiedy odkryjesz, że zdradził cię z twoją współlokatorką?


 

Jeśli nie interesuje cię pojęcie idiolektu, to jednym z twoich priorytetów może być chociażby zbliżenie się stylem mówienia do rodzimych użytkowników języka, którego się uczysz. Moje zalecenia treningowe mogą jednak wywołać irytację u ludzi, z którymi przebywasz. Bowiem radzę ci, abyś od czasu do czasu… po prostu zabawił się w pozera (ang. wannabe). Naśladuj, papuguj, udawaj dystyngowanego anglika tudzież kalifornijską nastolatkę. Chociaż – czy nie lepiej byłoby być po prostu sobą – nawet w języku X?

*Jeśli artykuł zdenerwował cię, rozbawił (w negatywnym sensie) lub zgorszył, spróbuj przeczytać go ponownie, tym razem z przymrużeniem oka.

Aczkolwiek pisałam całkiem serio.

Podobne posty:

Praca własna z tekstem oraz audio gdy brak podręcznika
Ile klasyki w postępie
Nauka języka bez podręcznika – część 2 – czytanie
Patrz z własnej perspektywy; szyj metodę na miarę własnych potrzeb i możliwości
Najpiękniejszy z językowych przełomów

Językowe artefakty dzieciństwa

poloniacentreDzisiejszy wpis rozczaruje zapewne wszystkich, którzy poszukują na WOOFLi językowych porad, recenzji podręczników lub opisu skutecznych i sprawdzonych metod nauki. Mam jednak nadzieję, że wywoła on na twarzach niektórych czytelników uśmiech, obudzi wspomnienia albo sprowokuje uronienie łezki nostalgii.

Bywa, że sprzątanie mieszkania przypomina miejsce archeologicznych wykopalisk, a znajdywane na polu chaosu stare urządzenia i przedmioty wywołują w nas emocje porównywalne z odnalezieniem starożytnych artefaktów. W moim przypadku chodzi o dwa urządzenia wspomagające naukę języków obcych, „zawieszone" pomiędzy erą książek i druku, a erą całkowitej komputeryzacji – elektroniczny słownik produkowany przez Rom Tech Electronics w latach 90., oraz trudny nie tak trudny do internetowego zidentyfikowania odtwarzacz magnetofonowy w kształcie robota, prawdopodobnie dołączony do zestawu kaset zawierających kurs języka angielskiego dla najmłodszych.

Najpierw jednak garść refleksji podlotka wychowanego w czasach ultraszybkiego internetu.
Swego czasu fascynowało mnie zastanawianie się nad tym, jak przebiegało uczenie się języków obcych w czasach dość-bardzo, tudzież niezwykle zamierzchłych; bowiem nie tylko środki i narzędzia, ale też cele, zapotrzebowanie i rozpowszechnienie musiały być zupełnie inne niż współcześnie.

Naiwne to przemyślenia, choć jeśli spojrzymy chociażby na znanego i lubianego bohatera literackiego, Stanisława Wokulskiego, dostrzeżemy pewną uniwersalną prawdę – nigdy nie wiesz, kiedy znajomość języka obcego ci się przyda. Kto wie, jak długo jeszcze Izabela robiłaby go w konia, gdyby w odpowiednim czasie nie zasięgnął on korepetycji z języka angielskiego?

Ludzie w czasach bohatera „Lalki" mieli do dyspozycji zapewne nieco książek, być może nawet całkiem niezłych podręczników czy rozmówek; ci bogatsi lub bardziej zaradni szczycili się dostępem do native speakerów, bądź też przyswajali obce narzecza w realiach czysto podróżniczych. My, w roku pańskim 2015, dysponujemy już takimi narzędziami przepływu informacji, że niewykorzystywanie szans do nauki jest wręcz pewnego rodzaju grzechem.

Najciekawszym pod tymi względami okresem wydaje mi się jednak przełom wieków XX i XXI, kiedy to nie spodziewano się jeszcze, jak gigantycznie szybkie tempo będzie miał rozwój komputeryzacji i budzącego się do życia Internetu. Lata 80. i 90. to era zawieszona między technologiczną „prehistorią" a totalnym, informatycznym „science-fiction". Nauka języków obcych także musiała zyskać wówczas w oczach ludzi zupełnie nową jakość…

DSC_1033

Compu-dict: prosta i chwytliwa nazwa podstawową dźwignią handlu. Pod spodem klawiatura mojego laptopa, w celu oszacowania wielkości.

Israel Business Today, 10 kwietnia 1992:

„A new line of electronic dictionaries is being released for export by Rom Tech Electronics Ltd. The new Compu-Dict is available for translations from English to French, Spanish, Hungarian, Polish, Russian and Czech. The devices contain high-capacity dictionaries with more than 250,000 words and optional extension cards which can expand to include professional terms in business, medicine, science, and computing".

Z ciekawości spojrzałam, ile słów mieści się w niedawno nabytym przeze mnie słowniku szwedzko-polskim pana Jacka Kubitsky'ego, stanowiącym najczęściej polecaną obecnie pozycję tego typu. Śmiem szacować, że przeciętnej wielkości słowniki „papierowe" mieszczą współcześnie „około 37 000 haseł, 31 000 wyrażeń". Nie ulega wątpliwości, że (obecnie najpopularniejsze) słowniki internetowe wszelkiej maści biją Compu-dicta na głowę jeśli chodzi o mnogość haseł. Trzeba jednak oddać naszemu staruszkowi, że w latach 90. stanowić musiał kuszącą i bardzo nowocześnie wyglądającą, a co najważniejsze wygodniejszą alternatywę dla słowników drukowanych.

Mój konkretny model to słownik niemiecko-polski/polsko-niemiecki/angielsko-polski/polsko-angielski. Nie pamiętam kiedy dokładnie trafił do naszego domu, mogę jedynie szacować jego pojawienie się na wczesne lata 90. Pomimo moich późnych w stosunku do jego powstania narodzin w roku 1994, oraz osiągnięcia dojrzałości szkolnej w roku 2001, angielsko-polski segment słownika służył mi jeszcze jako pomoc w odrabianiu prac domowych z angielskiego w podstawówce.

Naklejka na spodzie urządzenia. Hm, to wygląda na to, że był to prezent od rodziny z Kanady.

Naklejka na spodzie urządzenia. Hm, to wygląda na to, że był to prezent od rodziny z Kanady.

Compu-dict posiadał „panoramiczny" wyświetlacz, który obecnie reaguje tylko generowaniem zniekształconych znaków przy naciskaniu poszczególnych klawiszy. Mówiąc prościej – jest zepsuty, nad czym bardzo ubolewam. Można było sprawdzać za jego pomocą synonimy, czasem też frazeologizmy, jednak największą frajdę stanowił wbudowany syntezator mowy. Jego brzmienie spokojnie spełniałoby wymogi studia nagrań zespołu Kraftwerk, straszył on bowiem swoim bardzo niskim, sztucznym, przerażającym wręcz głosem uciśnionego robota.

Na allegro znaleźć można wiele wersji tego urządzenia, z czego większość wydaje się nawet bardziej nowoczesna od mojego egzemplarza. I co najważniejsze – działają… Szukać polecam także na ebay'u, jeśli ktoś jest bardzo zdeterminowany.

DSC_1038

Tiger 2-XL. Podobnie jak Compu-dict – dar od rodziny zza oceanu.

Zdecydowanie bardziej intrygującym znaleziskiem, wprost z głębin mojej szafy jest odtwarzacz kasetowy w kształcie robota, o wdzięcznej, acz zupełnie nieadekwatnej do aparycji nazwie „Tiger 2-XL". Kształt i względna poręczność to jednak nie jedyne cechy szczególne tego urządzenia – robot, oprócz standardowych przycisków „stop", „rewind" oraz „play" posiada także kontrolki służące odpowiadaniu na tajemnicze pytania. „Yes", „No", „True" oraz „False" przywodzą na myśl coś w rodzaju pseudo-edukacyjnego quizu.

Okazuje się, że jest to specjalny robot edukacyjny, wykazujący się dość zaawansowanym, jak na końcówkę XX wieku, stopniem interakcji z użytkownikiem.

Robot był prezentem od babci z Kanady adresowanym do mojego starszego brata, dlatego moje osobiste doświadczenie z nim jest raczej niewielkie. Garść ogólnych informacji nt. tego wynalazku dostarczyła mi jednak angielska Wikipedia:

„2-XL (2-XL Robot, 2XL Robot, 2-XL Toy), was a popular toy robot marketed in the 1980s by the Mego Toy Corporation. The toy was then upgraded and re-introduced by Tiger Electronics in the 1990s. 2XL was the first „smart-toy" in that it exhibited rudimentary intelligence, memory, game play, and responsiveness. It was infused with a „personality" that kept kids concentrating and challenged as they played and interacted with the robot. 2-XL was the first toy that actively attempted to make learning fun through the use of jokes, funny sayings, and verbal reinforcements".

Jak łatwo się domyślić, zestaw anglojęzycznych kaset dołączonych do robota miał ułatwić mojemu bratu (wówczas około 8-10-letniemu) zarówno bierną, jak i w jakimś stopniu czynną (!) naukę języka obcego.

Wybór należy do ciebie.

Wybór należy do ciebie.

Jasne, ale jak to właściwie działało? Technicznie był to odtwarzacz taśmowy, nie zaś cyfrowy – w jaki sposób zachodził więc proces swoistej rozmowy i zabawy z robotem?

Z tego, co zrozumiałam z wikipediowego artykułu, pierwotna wersja robota (z lat 80.) zakładała włożenie doń kasety zawierającej osiem nagrań, które w prosty sposób „przewijały się" wskutek naciśnięcia przycisku. Wersja wydana dekadę później zawierała już tylko 4-nagraniowe kasety, „…one for the left and right channel on each side". Każde z równoległych nagrań mogło być w każdej chwili odtworzone w zależności od wybranego przycisku, do czego, jak mniemam, niewymagane było przekładanie kasety na drugą stronę (gdyby włożyć „tigerową" kasetę do zwykłego magnetofonu, dwa z czterech nagrań odtworzyłyby się „od tyłu"). „Iskry bożej" dodawał urządzeniu również fakt podświetlania na czerwono oczu i „aparatu gębowego" maszyny w chwilach, gdy wypowiadała ona do nas jakiekolwiek słowa.

Niestety, wszystkie kasety dostosowane do wymagań tego arcyciekawego urządzenia pochłonięte zostały przez czarną dziurę czasu i bałaganu, więc trudno mi zademonstrować działanie robota w akcji nawet samej sobie. Dla zainteresowanych wklejam jednak film znaleziony na YT:

 Jestem niezmiernie ciekawa, czy którykolwiek z czytelników jest w posiadaniu któregokolwiek z opisanych wyżej urządzeń. Kieruję również pytanie do osób nieco starszych niż ja – jak postęp technologiczny zmienił na przestrzeni lat wasze metody, warunki, skuteczność i wygodę uczenia się języków obcych?

 

Podobne posty:

Kiedy i jak korzystać z Wikipedii przy nauce języka obcego?
Nie samymi podręcznikami… – czyli internetowe pomoce naukowe (j. hiszpański)
Wyznania ANKIoholika
Dlaczego nauka języka szwedzkiego jest teraz łatwiejsza niż kiedykolwiek?
Dlaczego nauka języka szwedzkiego jest teraz łatwiejsza niż kiedykolwiek – część 2