Żywa łacina

Żywa łacina – lekcja mówienia w martwym języku. Część II

Pierwsza część wywiadu znajduje się tutaj.

Wspominałeś o poezji, która pojawia się na facebooku – naprawdę ktoś pisze i ktoś to czyta?

Tak, mnie też zdarza się popełnić jakiś epigram. W Watykanie organizowany jest corocznie konkurs poezji łacińskiej Certamen Poeticum Vaticanum – bierze w nim udział zwykle kilkadziesiąt osób z całego świata. Nawet w Polsce w tym roku zorganizowaliśmy taki konkurs w ramach Festiwalu ks. Macieja Kazimierza Sarbiewskiego (http://mckplonsk.pl/certamen-poeticum-sarbievianum/). Jego pomysłodawcą był mój znajomy działający w stowarzyszeniu Academia Europaea Sarbieviana. Gdy podzielił się ze mną swoim pomysłem i zapytał, czy mógłbym podjąć się zorganizowania takiego konkursu, pomyślałem, że to szczyt wariactwa – kto w tym weźmie udział? Ale raz kozie śmierć. Zorganizowałem jury, przygotowałem plakat, rozesłałem tu i ówdzie. Ostatecznie wpłynęło 19 zgłoszeń z 7 krajów świata (Polski, Włoch, Hiszpanii, Niemiec, Austrii, Francji i Kanady)! Powstało około 2000 wersów łacińskiej poezji! I to skrajnie różnej – metrycznej, rymowanej, pisanej wierszem białym… Niektóre utwory były naprawdę świetne. Wygrał Niemiec – Jonathan Geiger.

Poezja metryczna… Mój łacinnik tupał nogą recytując Eneidę i zachęcał nas do tego samego. Wyglądało to przekomicznie. Do dziś nie mogę zrozumieć, jak takie coś może kogoś zachwycać.

Rzeczywiście, nie wiemy, jak naprawdę poezję wykonywali sami Rzymianie. Grecy śpiewali, nawet zachowały się fragmenty zapisu muzycznego pewnych utworów i możemy dziś próbować rekonstruować coś z tego – i to też jest w internecie (kilka przykładów: https://www.youtube.com/watch?v=KjHNEbVKIGk – takie starożytne don’t worry, be happy! wygrawerowane na greckim nagrobku z I wieku; melorecytacja Homera: https://www.oeaw.ac.at/kal/sh/ czy w ogóle gra na zrekonstruowanych greckich instrumentach: https://www.oeaw.ac.at/kal/agm/ dla ciekawych mnóstwo publikacji na ten temat: http://homepage.univie.ac.at/Stefan.Hagel/ – nawiasem mówiąc, może niebawem uda nam się ściągnąć tego pana do Poznania na kilka performensów). A po Rzymianach nie pozostały nam żadne fragmenty zapisu muzycznego, żadne wskazówki. Naprawdę nie jesteśmy do końca pewni, jak Rzymianie wykonywali swoją poezję. Nie wiemy, jak łacińską poezję recytował Kochanowski! A przecież posługiwał się starożytnymi miarami metrycznymi (np. Carmen macaronicum napisał polsko-łacińskim heksametrem) – pozostaje tu nadal wiele do powiedzenia i wiele do odkrycia. To tupanie, czyli akcentowanie odpowiednich sylab dla zaznaczenia specyficznego rytmu, to bodaj wynalazek Richarda Bentleya żyjącego na przełomie XVII i XVIII wieku.

To jak to robiono przedtem?

No właśnie nie wiemy, i już wtedy nie wiedziano. Powstawało więc wiele koncepcji. Jedną z nich jest wspomniane tupanie, a inną np. śpiewanie.

Śpiewanie?

Skoro po łacinie wiersze nazywano słowem carmina – czyli po prostu pieśni, wielu uczonych było święcie przekonanych, że trzeba je śpiewać. A skoro nie zachowały się starożytne melodie, to tworzono nowe, które odpowiadały rytmowi łacińskiego wiersza. Jednym z wielu, którzy takie melodie tworzyli, był żyjący na przełomie XV i XVI wieku Petrus Tritonius. Napisał on 4-głosowe aranżacje do utworów Horacego i Filipa Kallimacha (Buonacorsiego) – dziełko dziś zapomniane, bo nie zostało dotąd przepisane na współczesną notację muzyczną i wydane, mało kto w ogóle to wykonuje – a już na pewno nie w Polsce. A szkoda, bo jest w tym i polski akcent – powstało ono w środowisku Filipa Kallimacha i Konrada Celtisa, humanistów działających w Krakowie w XV wieku. Kallimach jest z resztą pochowany u krakowskich Dominikanów (stela nagrobna w lewej ścianie prezbiterium). Oczywiście dziełko jest dostępne w google books:

https://books.google.pl/books?id=6dyIi0TbByQC&printsec=frontcover&hl=pl&source=gbs_ge_summary_r&cad=0#v=onepage&q&f=false I proszę – nie trzeba ruszać się z domu, by je zobaczyć!

Trudno jednak wykonywać z uczniami liceum albo studentami polonistyki czy historii 4-głosowe utwory XVI-wiecznej muzyki…

Rzeczywiście, to może być trudne. Ale mamy i prostsze rozwiązania. Wiesz, że niektóre łacińskie miary wierszowe można wykonać na znane dziś melodie? Np. Donec gratus eram tibi Horacego można całkiem zgrabnie podłożyć pod „Czerwone korale” Bratanków… W rzeczywistości jest to węgierska melodia wykorzystana przez ten zespół – kto nie wierzy, niech posłucha:

https://www.youtube.com/watch?v=1fDw9YQQM54&list=PL1273E23FBFFABCA8&index=4 Także i melodia innej węgierskiej piosenki pasuje idealnie do galijambu Katullusa – Super alta vectus Attis… https://youtu.be/WWdpIk4Ayl0?t=71 Są też i inne melodie pisane współcześnie, specjalnie do poszczególnych metrów czy utworów – wiele z nich można znaleźć na youtube – wystarczy wpisać hasło: TYRTARION, i wyskoczy cała playlista

(https://www.youtube.com/watch?v=wKLDQLjCLG4&list=PL1273E23FBFFABCA8).
W ten sposób o wiele łatwiej nauczyć się trudnych łacińskich miar wierszowych. Można je sobie ściągnąć jako MP3 i odsłuchiwać na słuchawkach w tramwaju czy podczas biegania.

Poezja, śpiew, audiobooki, ale filmów po łacinie to na pewno nie ma!

I znów Cię zaskoczę. A pamiętasz reklamę Simplus Maximus? Przecież była po łacinie –potem zamiast napisów dali lektora… nie wiem, po co… (https://www.youtube.com/watch?v=QLit0jaXxB8) I to zrobiona doskonale! Dobry tekst, poprawnie zrealizowany. Simplus Maximus Largissimus dat quingentas minutas loquendi! Jest też brytyjski serial Chelmsford 123 – pierwsze 10 minut pierwszego odcinka jest nakręcone w wybornej łacinie! (https://www.youtube.com/watch?v=n7uuMphhEX8) Obok tego mamy i inne produkcje – krótkometrażowe inscenizacje do podręcznika Familia Romana Ørberga (https://www.youtube.com/playlist?list=PL26E9179D48F4526E), obok nich oczywiście i wiele innych, nawet i videoclipy łacińskich i greckich przeróbek znanych piosenek (np. Call me maybe przerobione na pretensję Dydony do Eneasza, że nie chce do niej zadzwonić: https://www.youtube.com/watch?v=vpmjHLrj4Z4 albo Mamma mia przerobione na greckie Μα Τον Δια https://www.youtube.com/watch?v=q5fA6dTnyrE). Ale mamy i pełnometrażowe produkcje – niestety nie tak dobre… Przytoczę trzy przykłady – Sebastiane Dereka Jarmana (https://www.youtube.com/watch?v=CpDbLJX7sv8) – film specyficzny ze względu na samą tematykę i scenariusz, jak i nie grzeszący poprawną łaciną – denerwuje przede wszystkim brak konsekwencji w konwencji wymowy. Pominę błędy, bo nie jest ich aż tak dużo, poza tym wydaje się, że aktorzy rozumieją, co mówią, zupełnie przeciwnie niż w polskiej produkcji Imperator (https://www.youtube.com/watch?v=RRTh3qqZLkQ) – ta nie grzeszy poprawną łacińską idiomatyką ani gramatyką, pojawia się mnóstwo źle przeczytanych czy źle zaakcentowanych wyrazów, ale cum desint vires tamen est laudanda voluntas. Paweł Deląg też jest znany ze swej roli Marka Antoniusza, gdzie zdarzyło mu się wygłosić łacińską mowę (https://www.youtube.com/watch?v=BafD8q184U4). Dziwię się jednak, że producenci filmu nie zadbali o to, by ktoś nauczył go poprawnie wymawiać te wyrazy, dobrze akcentować, odpowiednio intonować zdania, rozumieć, co mówi. I wyszło jak wyszło. Z resztą pozostali aktorzy grają równie drętwo, chociaż robią mniej błędów. Dla cierpliwych i odważnych: https://www.youtube.com/watch?v=Kdc5mwIM02Q

Bo i tak większość widzów nie rozumiejąc, o czym mówią bohaterowie filmu, korzystała w tym czasie z napisów lub lektora. My też zawsze możemy skorzystać z przekładów, może więc nie warto się uczyć łaciny? Po co wyważać otwarte drzwi?

I tak i nie. Z jednej strony nie wszystko zostało przełożone (i prawdopodobnie nigdy nie zostanie przełożone, bo jest tego po prostu za dużo – http://jows.pl/sites/default/files/ochman.pdf – szacuje się, że wszystkie łacińskie dzieła powstałe w antyku, można zamknąć w zbiorze około stu 500-stronicowych książek współczesnego formatu – mam na myśli literaturę pogańską, natomiast uwzględniając antyczne teksty chrześcijańskie, byłby to zbiór około 500 takich książek; zaś wszystkie dzieła łacińskie powstałe od VI wieku aż po współczesność, zajęłyby – uwaga – 5 milionów takich książek, a więc 2500000000 stronic tekstu!) z drugiej strony ktoś musi robić te przekłady, a więc musi być stale ktoś, kto potrafi czytać ten język. Język polski się rozwija – przekłady mimo to, że nawet i czasem są (a przecież też nie wszystkiego), to się po prostu starzeją i potrzeba nowych. Trzeba też pamiętać, że tradurre è tradire – nie da się przełożyć każdego aspektu tekstu, zawsze trzeba z czegoś zrezygnować. Doskonałym przykładem tego jest przekładanie poezji, dowcipów z grą słowną, czy nawet przekład Biblii. Można zdobywać Himalaje, a można też oglądać ich zdjęcia – jak powiedział ostatnio Rafał Toczko – tak samo z literaturą – można czytać w oryginale, a można też i w przekładzie. Oczywiście nie uważam, że łacina jest każdemu do zbawienia koniecznie potrzebna, ale trzeba zachować jakąś rozsądną granicę, jakąś rozsądnie dużą grupę ludzi, którzy będą znali i doceniali ten język.

Jak dużą?

Np. w Niemczech (w zależności od landu) łaciny uczy się około 30% uczniów wszystkich szkół średnich, w Austrii, Szwajcarii czy Włoszech liczby te przedstawiają się podobnie (statystyki: http://www.ptf.edu.pl/nauczanie-laciny-w-innych-krajach/). Tymczasem w Polsce, w której łacina zachowała się bardzo długo, jako język urzędowy (do 1795 roku, dłużej zachowała się tylko na Węgrzech, gdzie była językiem obrad sejmu jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku), gdzie nasi pradziadowie mówili: eques Polonus sum, Latine loquor! (jestem polskim szlachcicem – mówię po łacinie), tylko niecałe 3% uczniów liceów ogólnokształcących (ogółem jest to – uwaga – 0,33% ucznów wszystkich szkół) uczy się łaciny. Łacina jest obecnie w około 82 Polskich szkołach (tak wynika z danych zgromadzonych ostatnio przez Polskie Towarzystwo Filologiczne – http://www.ptf.edu.pl/szkola-przyjazna-lacinie/ – choć statystyki mówią, że jest ich około 177), w wielu z nich w wymiarze godzinowym nie pozwalającym na jej opanowanie (http://www.ptf.edu.pl/nauczanie-laciny-stan-prawny/).

Nie każdy jednak będzie tłumaczem czy historykiem grzebiącym w archiwaliach.

Zgadza się, nie każdy. Ale czy jabłonka rodzi tylko te jabłka, z których wyrosną kolejne jabłonki? Tylko niektóre z nich wykiełkują i będą rodzić kolejne owoce, ale tak czy siak, jabłonki rodzą na potęgę, a my lubimy i jemy jabłka, prawda? Podobnie nie każdy będzie matematykiem czy inżynierem, a jednak uczymy w szkole matematyki. Zdobywając wiedzę ogólną w szkole, jesteśmy w stanie rozeznać, co lubimy, do czego mamy szczególne zdolności, co moglibyśmy robić in communem utilitatem. Nikt nie odkryje, że potrafi i lubi malować, jeśli nigdy nie dostanie pędzla do ręki. Nie chodzi też o to, by każdego uczyć robienia tłumaczeń ze słownikiem w ręku czy zrobić z niego specjalistę w dziedzinie gramatyki opisowej (chociaż może niektórzy rzeczywiście mają takie zakusy), ale o to, by umożliwić kontakt z tym językiem, dać jakieś podstawy, zainteresować historią i literaturą.
A dzieła starożytne pozwalają zrozumieć otaczający nas świat, nabrać do niego nieco dystansu, pozwalają z większym spokojem patrzeć na rzeczywistość – powiedzieć: to już było! To naprawdę budujące, gdy widzimy, że ludźmi od zarania dziejów targają te same namiętności, że mają te same problemy. Gdy o nich czytamy, to widzimy, jak sobie z nimi radzili, jak je rozwiązywali – w ten sposób możemy się od naszych przodków wiele nauczyć, w końcu (nie bez powodu mówimy) historia magistra vitae, nie?

Czego możemy się nauczyć?

Np. Niemczech koncerny farmaceutyczne wydają pieniądze na to, by kilka zespołów badawczych (jeden z przykładów: https://de.wikipedia.org/wiki/Johannes_Gottfried_Mayer#Forschergruppe_Klostermedizin) czytało dawne, starożytne i średniowieczne traktaty o medycynie i sporządzaniu leków, by sporządzali te leki, badali, czy rzeczywiście działają, czy są skuteczne, selekcjonowali z nich substancje czynne. Sprawdzali, czy można dziś takie leki produkować – by pomagać nam dziś przezwycieżać różne dolegliwości.

Ale to znów wiedza specjalistyczna.

Przykład może wąski, ale za to wyrazisty – bo wiążą się z tym realne pieniądze, wdrażanie nowoczesnych (haha! starożytnych i średniowiecznych!) rozwiązań i technologii oraz korzyść ogółu. Jednak żadna instytucja nie wpadnie na pomysł sponsorowania takich działań, jeśli wśród jej pracowników (powidzmy szczerze: wśród dyrektorów) nie ma osób, które miały kontakt z łaciną, tzn. takich, które wiedzą, z czym to się je. Podobnie – gdyby rządzący zdawali sobie sprawę z tego, że większość polskich archiwaliów to teksty łacińskie, które nigdy nie zostały wydane ani przetłumaczone, to przeznaczaliby więcej pieniędzy na ich opracowanie. A w aspekcie praktycznym przyczyniliby się do wzrostu zatrudnienia w tym sektorze – tym samym filolodzy klasyczni przestaliby „zabierać etaty” pracując „w nie swoim zawodzie”. Chociaż trzeba przyznać, że praca stróża nocnego jest świetnym rozwiązaniem – w tej pracy można spokojnie napisać doktorat. Ale czy naprawdę trzeba władać łaciną, by pilnować budowy?

Jednak wracając do „literatury pięknej”…

Czytając dzieła antyczne, które czytali i nasi przodkowie tworząc naszą kulturę, lepiej rozumiemy świat, w którym przyszło nam dziś żyć. Te teksty są po prostu częścią naszej tożsamości, nie tylko narodowej, ale w ogóle kulturowej. Ich lektura wpływa na samoświadomość, na kształtowanie naszej postawy obywatelskiej. Kilka lat temu p. Roman Giertych chciał wprowadzać do szkół lekcje patriotyzmu. Nie zauważyliśmy jednak, że patriotyzmu uczyliśmy się na wielu przedmiotach: na muzyce – gdy uczyliśmy się śpiewać polski hymn narodowy, gdy śpiewaliśmy polskie piosenki; na plastyce – gdy w pierwszych latach szkolnych kolorowaliśmy obrazki przedstawiające nasze symbole narodowe, pomniki, zabytki i słuchaliśmy o tym, co przedstawiają; na łacinie – gdy czytaliśmy po łacinie legendę o smoku wawelskim podaną przez Długosza, śmialiśmy się z tego, jak Kadłubek opisuje bitwy „starożytnych Polaków” z Aleksandrem Wielkim, gdy omawialiśmy mowę Cycerona przeciw Katylinie lub pro domo sua, dowiadując się, co to znaczy zdrada stanu, przewrót, zamach na demokrację, co to znaczy stawać w obronie własnego domu i wolności. Te elementy z polskich szkół zniknęły bezrefleksyjnie. Karolina Ekes stwierdziła ostatnio, że rezygnacja z łaciny w polskich szkołach jest niezgodna z Konstytucją z 1997 r. – a to dlatego, że w Preambule jest mowa o zobowiązaniu, by przekazać przyszłym pokoleniom wszystko, co cenne z ponad tysiącletniego dorobku – a dorobek ten w znacznej mierze jest łaciński. Tyle dzisiaj mówi się o zagrożeniach dla naszej kultury płynących z współczesnej wędrówki ludów o kulturze zupełnie innej, niż nasza, z globalizacji, różnych ideologii etc. Wydaje mi się jednak, że największym zagrożeniem dla naszej kultury jesteśmy my sami – bo przestajemy ją po prostu znać. A pytając właśnie „po co komu dziś łacina?” dajemy temu doskonałe świadectwo.


Autorem tekstu jest Martinus Loch – doktorant Uniwersytetu Adama Mickiewicza.

Żywa łacina – lekcja mówienia w martwym języku. Część I

Żywa łacina? A mówi się, że to język martwy…

Świetne pytanie, najlepiej zacząć od tego. Łacina tak naprawdę nie jest ani językiem żywym, ani językiem martwym. Jest jakby językiem zamrożonym. Pierwszy raz łacinę martwą nazwano bodaj w XVI wieku – w czasach, gdy cały świat nią władał – czy to nie wydaje się absurdalne? W czasach, gdy każdy wykształcony człowiek świetnie znał ten język. Ba! aż do XVIII wieku wykształcenie można było zdobyć tylko po łacinie – był to język wykładowy wszystkich szkół – zaczynając od szkół parafialnych, poprzez szkoły przyklasztorne – np. jezuickie czy pijarskie, a na uniwersytetach skończywszy. Polscy królowie elekcyjni (wszak nie zawsze Polacy z urodzenia) porozumiewali się z poddanymi po łacinie, Kościół sprawował liturgię po łacinie, po łacinie powstawała poezja, spisywano kroniki (przecież legendy o smoku wawelskim, Wandzie, co Niemca nie chciała i wiele innych znamy właśnie wyłącznie z łacińskich przekazów), po łacinie powstawały najważniejsze prace naukowe – to w tym języku Galileusz i Kopernik opisywali swoje odkrycia, to w tym języku Newton sformułował swoje zasady dynamiki. Skąd więc pomysł, by łacinę nazwać martwą? Tej przenośni – bo tak ją należy rozumieć – użył Marc-Antoine de Muret wyliczając walory języków klasycznych: w przeciwieństwie do języków, których używamy na co dzień, które bezsprzecznie żyją (a cechą życia jest to, że coś umiera i coś rodzi się na nowo), łacina jest jakby zamrożona w swym najlepszym stadium. Języki żywe zmieniają się – dlatego mamy problem ze zrozumieniem słów Bogurodzicy, czy kazań świętokrzyskich, dzisiejszy Francuz nie jest w stanie czytać tekstów napisanych w tym języku w XVI wieku, tak bardzo zmienił się francuski, podobnie nauczywszy się standardowego języka angielskiego mamy problem z przeczytaniem Szekspira. A łacina od czasów Cycerona jest stała i niezmienna, nie zmienia się jej gramatyka, nie zmienia się jej brzmienie – dzięki temu nauczywszy się łaciny możemy bez trudu czytać dzieła Cezara i Cycerona, Wergiliusza, Horacego, ale i św. Tomasza z Akwinu, św. Augustyna, Petrarki, Newtona, metryki chrzcielne wystawione w XIX wieku, encykliki Jana Pawła II, Benedytka XVI czy Franciszka – a przecież te teksty dzielą całe stulecia. Dlatego właśnie łacinę Muret nazwał „jakby martwą”, niezmienną, raz na zawsze utrwaloną, a przez to nieśmiertelną. To, że łacina taka jest, nie wyklucza możliwości mówienia w tym języku – oczywiście, że się da. (http://www.interlinguistik-gil.de/wb/media/beihefte/08/beiheft8-fritsch.pdf)

Ale do tego potrzebne są nowe słowa – rzymianie nie znali przecież telefonów, telewizorów, komputerów.

Rzeczywiście nie znali, co nie zmienia faktu, że wszystkie wymienione tutaj nazwy pochodzą z łaciny i greki. Telewizja – proszę: tele (po grecku: daleko) i visio (łac. widziany obraz), telefontele (znów greckie daleko) i fone (co po grecku oznacza: głos, dźwęk), komputer też jest z łaciny – computare to po prostu liczyć, rachować, także i kursor, monitor, klawiatura to słowa łacińskie. Podobnie większość symboli stosowanych w matematyce, fizyce, chemii czy w ogóle w technice ma łacińskie pochodzenie. Sinus (zatoka, skraj – chodzi oczywiście o kąty leżące przy przyprostokątnych, a więc kąty skrajne; oznacza także fałd – można to odnieść do wykresu funkcji) i tangens (dotykający – chodzi o przyprostokątne, a więc dotykające kąta prostego) – nieprzypadkowo związany z tangiem – to przecież wyrazy łacińskie, matematyczne r to oczywiście radius (promień koła), radio to też od tego. Symbol matematycznego pierwiastka pochodzi od małej literki r, skrótu od wyrazu radix, którym w matematyce nazywano właśnie pierwiastek. Jeśli ktoś ma ambicję, by liczyć do nieskończoności, to i tu bez łaciny się nie obejdzie (https://pl.wikipedia.org/wiki/Liczebniki_główne_potęg_tysiąca#Nazwy_utrwalone_w_pi.C5.9Bmiennictwie) – przecież te wszystkie miliony, biliony, tryliony, kwintyliony, duodecyliony, czyli nazwy liczb „wielozerowych”, oparte są na łacińskich liczebnikach! W samochodzie też mamy łacinę – V na desce rozdzielczej to przecież velocitas (nieprzypadkowo po angielsku velocity), h to hora, a więc godzina, no i – skoro już tak przyczepiłem się do litery „r” – to R na drążku skrzyni biegów to też od łacińskiego retro – do tyłu.

Boże! Nigdy już nie spojrzę tak samo na drążek skrzyni biegów…

Kiedyś wymyślano nazwy nowych wynalazków czerpiąc z łaciny i greki. Natomiast dziś żyjemy w czasach, gdy zaczęto używać w tym celu języka angielskiego – mamy przecież smartfony, a te już są z angielskiego smart i (tele)phone jako pospolitego wyrazu angielskiego, nie rozpoznawanego już jako wyraz grecki. Mamy tablet (nooo… trochę od łacińskiego tabula…), czytniki Kindle – ale równie dobrze moglibyśmy je nazwać optonami, czyli użyć nazwy, którą tak zgrabnie ukuł w grece Stanisław Lem. Oczywiście nowe słowa powstają i zawsze powstawały – przecież Newton, Kopernik, czy Galileusz też musieli jakoś nazwać swoje nowe koncepcje – a więc i oni wymyślali nowe łacińskie i greckie słowa. Dziś istnieją nawet specjalne słowniki, które takie słownictwo zawierają (https://www.youtube.com/watch?v=j7WBolRmzQc, http://www.lateinlexikon.com, https://www.amazon.de/Visuelles-Wörterbuch-Latein-Deutsch-Coventgarden/dp/3831090912, nawet w języku polskim: https://www.ceneo.pl/30245761), ale nie jest to główny nurt nauczania łaciny – uczymy się jej po to, by mieć kontakt z przeszłością, mówienie o smartfonach i tabletach jest kwestią nawet nie drugiego czy trzeciego, ale któregoś tam rzędu. Poza tym – czy rozmawiając nawet na co dzień w języku polskim, naprawdę tak często używamy tych „nowoczesnych” wyrazów? Skądże! Najczęściej rozmawiamy o prostych zdarzeniach, o pogodzie, o zakupach, naszych planach, problemach, uczuciach – przecież to tematy ponadczasowe, starożytni również pisali i rozmawiali o tym samym! A więc słownictwo znane Cyceronowi niemal w zupełności wystarcza. Neologizmy nie są potrzebne do czytania i interpretacji tekstów z przeszłości – a tym się głównie zajmujemy, wcale nie są również aż tak potrzebne do prowadzenia zwyczajnych rozmów przy piwie. Łacina jest takim ponadczasowym łącznikiem z przeszłością i o to nam głównie chodzi. Jak mawiał Otto von Habsburg: wer nicht weiss woher er kommt, der weiss nicht wohin er geht und wo er steht (kto nie wie, skąd pochodzi, ten nie wie, dokąd idzie ani gdzie jest).

A czy z przyszłością również?

Z przyszłością również – jeśli napiszemy coś poprawną łaciną dziś, to za 100, 500 czy 1000 lat będzie to nadal zrozumiałe – oczywiście pod warunkiem, że będzie istniał nadal ktoś, kto będzie znał łacinę. By to zrozumieć nie będzie musiał uczyć się kilku wariantów języka funkcjonujących w różnych czasach, tak jak my musimy uczyć się innego wariantu angielskiego, by zrozumieć Szekspira, czy średniowiecznego niemieckiego, by czytać Pieśń Nibelungów.

Czyli łacina jest ponadczasowa?

Tak. Ukuto kiedyś nawet taki termin – res publica litterarum (rzeczpospolita literacka), obejmujący całą łacińskojęzyczną spuściznę literacką oraz tych, którzy ją czytają i tworzą. By stać się jej obywatelem, wystarczy nauczyć się łaciny i zasiąść do lektury. W ten sposób możemy jakby porozmawiać z autorami odległymi nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie (coś jak messenger, tyle, że ponadczasowy) – wszak o książkach i bibliotekach pisano niegdyś: hic mortui vivunt, hic muti loquuntur (tutaj martwi żyją, tutaj rozmawiają niemi). Ale fenomen tej rzeczypospolitej rozumieją chyba tylko jej obywatele.

A nie masz zakus, żeby rzeczywiście ożywić łacinę? Jak niegdyś Eliezer Ben Jehuda ożywił język hebrajski?

Bynajmniej, to byłoby bez sensu! Kiedyś poważnie myślano nad tym, by łacinę uczynić językiem Unii Europejskiej – ale niestety, albo może nawet na szczęście nic z tego nie wyszło (https://pl.wikipedia.org/wiki/Żywa_łacina). Gdyby łacina znów weszła w użycie powszechne, znów zaczęłaby się zmieniać. Wtedy znów mówilibyśmy innym językiem na co dzień, niż tym, w którym pisał Cyceron – a to właśnie czytanie tekstów z przeszłości jest celem nauki. Najlepiej wyraził to chyba wspomniany Muretus:

„Mówi się, że łacina i greka już dawno umarły. A ja uparcie twierdzę, że one nie tylko żyją, ale i mają się nieźle, a nawet, jeśli mielibyśmy pozostać przy tej metaforze, cieszą się wspaniałym zdrowiem, po tym, gdy przestały być pod władaniem niewykształconego ludu. Jak długo bowiem pozostawały we władaniu pospólstwa, to znaczy, dopóki pozostawały w użyciu ludu, jak mówi Horacy (Ars poetica 72), poprawność i norma językowa nieustannie się zmieniały, kołysały, płynęły, nie były pewne, nie były stałe, nie mogły pozostawać niezmienne choćby przez jedno stulecie. A teraz, gdy ich używanie zostało ograniczone, że tak powiem, jedynie do środowiska optymatów (ludzi wykształconych), i gdy sięgamy po nie do najlepszych autorów, rządzą nimi raz ustanowione i pewne reguły, od wielu stuleci są utrwalone („zamrożone") i pozostają niezmienne. Gdyby pozostały w użytku ludu, dziś nie rozumielibyśmy Cycerona – tak jak w jego czasach nie były już zrozumiałe dzieła spisane w czasach Romulusa czy Numy; doprawdy niewielu było już wtedy tych, którzy rozumieli samo prawo XII tablic! Widzimy też i dziś, że nie możemy zrozumieć rzeczy spisanych czterysta czy pięćset lat temu.

Więc te języki, które zależą od codziennego używania niewykształconego pospólstwa, codziennie umierają i codziennie rodzą się na nowo, a te, które wyswobodziły się z jego niewoli i schroniły się w użyciu ludzi wykształconych, te nie tylko żyją, ale uzyskały w pewien sposób nieśmiertelność i niezmienność.

Zmuszani jesteśmy do uczenia się nie jednego, ale dwóch języków, nie tylko obcych, ale i dawno wygasłych i jakby pogrzebanych. Gdyby istniało bowiem jakieś miasto, jakiś lud, w którym mówiono by po grecku czy po łacinie, to wysyłalibyśmy tam nasze dzieci, by od wczesnych lat swego życia chłonęły umiejętność posługiwania się tymi językami. Ale teraz musimy dłużej zmagać się i trudzić już na samym początku, już w samych szrankach musimy wysilać się bardziej, niż w dawnych czasach, by dotarły one z linii startu do mety. Zanim będziemy mogli zaledwie gaworzyć po grecku czy po łacinie, musimy użyć wielkich starań, potrzeba nam wiele wysiłku, wielu nieprzespanych nocy, wielu nauczycieli – a w ich niedostatku przede wszystkim tych, którzy we własnej profesji sami potrzebowaliby dobrego nauczyciela. W ten sposób zmuszeni jesteśmy ścigać cień tych umiejętności, które starożytni bez wysiłku chłonęli z mlekiem matki, zdobywali w codziennym kontakcie z ludźmi, a na ich naukę musimy poświęcać najlepsze lata naszego życia."

Ale jednak i on przyznaje, że prościej byłoby wysłać dziecko do takiego miasta, gdzie mówiłoby się po łacinie czy po grecku…

Tak, nazywamy to dziś immersją, czyli zanurzeniem w języku, gdy przebywamy na co dzień wyłącznie z ludźmi, którzy posługują się danym językiem, rzeczywistość tego języka otacza nas, uczymy się go w konkretnych sytuacjach, w ten sposób jesteśmy w stanie szybciej nauczyć się takiego języka. I tu znów niespodzianka – na świecie istnieje kilka szkół, w których w taki sposób, czyli poprzez immersję, uczy się języka łacińskiego i starożytnej greki. Można wyjechać na studia do Vivarium Novum w Rzymie (https://vivariumnovum.net/en), można udać się do Jerozolimy do Polis – Jerusalem Institute of Languages and Humanities (http://www.polisjerusalem.org), a nawet do Ameryki na Uniwersytet w Kentucky (https://mcl.as.uky.edu/classics) lub do Paideia Institute (http://www.paideiainstitute.org). Organizowanych jest także wiele kursów (zwłaszcza w lecie) – ich wykaz możemy znaleźć chociażby tutaj: http://www.latinitium.com/blog/spoken-latin-summer2017. Robert Maier prowadzi także kalendarz wydarzeń łacińskich, do którego stara się wpisywać wszystkie wydarzenia związane z aktywnym używaniem języka łacińskiego: http://www.septimanalatina.org/txt/l/calendarium.html. Jeśli ktoś chce porozmawiać po łacinie dziś – nie będzie miał z tym żadnego problemu. Bez trudu znajdzie tysiące osób na całym świecie, które świetnie władają łaciną. A już tym bardziej w epoce internetu – możemy porozmawiać przez skype, czy na facebooku (zwanego po łacinie greckim zapożyczeniem: prosopobiblion – bo greka bardziej niż łacina lubi słowne nowotwory). Istnieją tam też różnorakie grupy skupiające łacinników. A rozmawia się o różnych rzeczach – przede wszystkim dzielimy się różnymi odkryciami – co kto ciekawego lub zabawnego wyczytał u jakiegoś łacińskiego autora – np. polecenie wytnij i wklej (w odniesieniu do redakcji tekstu) w liście samego Cycerona! Albo materiałami do nauki, linkami do audiobooków (a właśnie! można sobie posłuchać świetnych nagrań: https://www.youtube.com/playlist?list=PLfku8EBM-vSIIvVShg_DcOqKg3-yUAEsv). Wielu współczesnych poetów publikuje tam też swoje łacińskie wiersze – bodaj najbardziej znany z tego jest Martin Freundorfer z Wiednia (nagrodzony swego czasu przez papieża za swą twórczość).

Nie wiedziałem, że tyle się dzieje!

Tak, w naszej dziedzinie przeżywamy prawdziwy renesans – prof. Rico mówi nawet, że to szósty renesans w dziejach ludzkości (https://www.youtube.com/watch?v=-ZwJKvvdQTI). Zaczyna on również powoli docierać do Polski – coraz więcej młodych ludzi śledzi na bieżąco światowe trendy w dziedzinie studiów nad antykiem i językami klasycznymi, korzysta z internetu, gdzie z łatwością znajduje świetne materiały do nauki. Zaczynamy i w Polsce mieć absolwentów Vivarium Novum czy Polis Institute. Wydaje się, że takie aktywne podejście do nauczania języków klasycznych jest jedyną przyszłością studiów nad antykiem i literaturą łacińsko-grecką. Jeśli chcemy przetrwać, musimy sprawić, by łacina i greka stały się znów językami wykładowymi na filologii klasycznej, by czytać w tych językach teksty i w tych językach o nich dyskutować – zamiast opierać się na nieustannym ich przekładaniu na polski i dopytywaniu o formy gramatyczne – czasem mniej liczy się to, co autor ma nam do przekazania niż to, że robi to za pomocą ablativu absolutu albo ACI. Wspomniane wcześniej instytucje nie mogą narzekać na brak studentów, a wręcz przeciwnie – do niektórych z nich bardzo trudno się dostać – np. Vivarium Novum przyjmuje corocznie około 40 uczniów na około 200 kandydatów z całego świata, a trzeba przyznać, że tamtejsza komisja rekrutacyjna ma bardzo trudny wybór, bo zgłaszają się tam niezwykle zdolni ludzie. Tymczasem u nas filologia klasyczna świeci pustkami.

Nie każdego stać jednak na taką podróż czy udział w kursie poza granicami naszego kraju.

Mnie też nie stać, więc w zupełności to rozumiem. Ale skoro Mahomet nie może do góry, to może trzeba mu wybudować górę na miejscu?

Co masz na myśli?

Stworzyć taką szkołę w Polsce. Mamy potencjał, Polska w porównaniu do zachodu jest tania i to mogłoby być naszą kartą przetargową – nikt jednak niestety tego nie zauważa.

No więc na co czekasz?

Daj mi pieniądze, a zrobię to! Póki co zakładam stowarzyszenie, by móc o nie zabiegać. A kursy już mamy – jak do tej pory odbywają się po kosztach (https://scholaaestivaposnaniensis.wordpress.com/about/).

Może powiesz o nich coś więcej?

Pierwszy taki kurs odbył się w Poznaniu w 2001 roku. Od tamtej pory Letnie Szkoły Żywej Łaciny odbywają się co roku. W 2006 roku pierwszy raz wziąłem udział w takiej szkole i od tamtej pory udzielam się w ich organizowaniu. W 2007 roku wraz z przyjaciółmi zorganizowałem taki kurs w Krakowie, później w 2008 r. w Gdańsku. Od 2012 roku mamy już dwie szkoły rocznie – letnią i zimową, te także peregrynują – odbywały się już w Krakowie, we Wrocławiu, w Katowicach. W sumie odbyły się już 22 takie wydarzenia. Mamy więc już jakąś tradycję, wypracowujemy metody, sprawdzamy różne techniki dydaktyczne i podręczniki. Mamy niebywałą okazję do różnych eksperymentów, sprawdzania nowych rozwiązań. Wraz ze wzrostem zainteresowania kursami musieliśmy wprowadzić podział na grupy uwzględniając poziom zaawansowania uczestników. Słowem: dzieje się!

I kto bierze udział w takich kursach?

Mnóstwo świetnych ludzi – to niezwykła okazja do nawiązania wspaniałych znajomości i międzynarodowych przyjaźni. Od mniej więcej 5 lat w poszczególnych edycjach kursów bierze udział około 50 uczestników, szacuję, że w tym okresie w naszych kursach udział wzięło około 400 osób z 12 krajów świata, tzn. z Polski, Niemiec, Austrii, Białorusi, Litwy, Włoch, Szwecji, USA, Węgier, Wielkiej Brytanii, Czech, Francji. W tym roku (https://scholaaestivaposnaniensis.wordpress.com) będziemy mieć jeszcze prawdopodobnie kogoś z Bośni i z Hiszpanii. Z dumą mogę powiedzieć, że wiadomość o tegorocznej Szkole Letniej dotarła do odbiorców w aż 30 państwach świata, rozsianych na 5 kontynentach! Uczestnicy są w różnym wieku – mamy uczniów gimnazjum, liceum, studentów, osoby pracujące i emerytowane. Gdy ktoś zadaje mi pytanie, czy mamy jakieś ograniczenia wiekowe co do uczestników kursu, odpowiadam zawsze: „Łacina łączy stulecia, czemu więc nie miałaby i łączyć pokoleń?” I to rzeczywiście się sprawdza. Znikają bariery wiekowe i narodowościowe – rozmawiając ze sobą nie czujemy, że pochodzimy z różnych krajów, dzieli nas jakaś różnica wieku. Ba! w łacinie nie ma osobnych form grzecznościowych – wszyscy zwracają się do siebie w drugiej osobie, można oczywiście wyrażać szacunek przez dodanie jakiejś tytulatury (np. professor, domine, pater), ale jednak używa się przy tym i tak drugiej osoby liczby pojedynczej czasownika. To niesłychanie zbliża.

Wow! I wszyscy mówią po łacinie?

Tak, w tej sytuacji łacina staje się przymusowym językiem komunikacji. Intensywny 2-tygodniowy kurs daje naprawdę niesamowite efekty. Oczywiście kurs to nie tylko zajęcia, ale i wspólne spędzanie przerw – ludzie chodzą na papierosa „po łacinie”, proszą o podanie cukru, czy nalanie herbaty również w języku Rzymian. Niektórzy zaczynają nawet śnić po łacinie! Razem (w mniejszych grupach) jemy obiad, często także kolację, wieczorem wychodzimy do knajpy. Ktoś ukuł nawet takie słówko na „knajping” – cauponari (bo caupona to knajpa, cauponari to „knajpić się” – swoją drogą i polska wersja pasuje jak ulał do starych łacińsko-polskich słowników podających zawsze jakieś przekomicznie objaśnienia słówek). Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że to słowo w łacinie od dawna istnieje…

Takie bezwiedne wymyślenie słowa, które już istnieje, jest dowodem świetnej znajomości języka.

Tak, to prawda. Czasem komuś zdarzy się wymyślić coś już dawno wymyślonego. Ale jak to mówiono – pereant qui nostra ante nos dixere! (Niech zginą ci, którzy wpadli na nasze pomysły przed nami).

Kto prowadzi zajęcia podczas takich kursów?

Zapraszamy gości z zagranicy, ale korzystamy także z naszych „krajowych sił” – mamy już sprawdzoną, międzynarodową drużynę, w razie potrzeby zapraszamy do niej także nowe osoby.

Jednak Łacina jest trudna…

Bynajmniej! Nie jest trudniejsza od polskiego, a już dla Polaka zwłaszcza. Jest obrzydliwie regularna, no i nikt się nie krzywi, że nie tak wymawiamy jakieś głoski, bo fonetyka łaciny jest dziś zupełnie umowna. Nikt nie będzie się z nas śmiał, gdy będziemy mówić z polskim akcentem. Łaciny można nauczyć się w przynajmniej 180 godzin lekcyjnych (dodając oczywiście mniej więcej drugie tyle pracy w domu – na „odrabianie zadań domowych”) – oczywiście pod warunkiem, że będziemy się jej odpowiednio uczyli.

Odpowiednio? Ale przecież łacina to tabelki, regułki, deklinacje…

Tak uczono w XIX wieku, tak i wielu (niestety) uczy i dziś. Łacina hartuje ducha, ćwiczy cierpliwość, rozwija umiejętność logicznego myślenia… Do diaska! Ale matematyka, czy programowanie rozwija te same umiejętności! Nie ma co się dziwić, że gdy w dyskursie o przywróceniu łaciny do szkół posługujemy się takimi argumentami, nasi adwersarze wykorzystują je przeciwko nam, proponując wprowadzenie takich przedmiotów jak programowanie czy logika – skoro to właśnie logiczne myślenie ma być jakąś główną wartością czy korzyścią płynącą z nauki łaciny.

No tak, łacina matematyką humanisty!

I pierwszym stopniem do piekła, jeśli jej nauczanie ogranicza się do gramatyki i wertowania słownika. Wszyscy mówią o jakichś drugorzędnych korzyściach z uczenia się łaciny, zapominając jednak o głównym jego celu: uczymy się łaciny po to, by czytać teksty! Tak jak angielskiego uczymy się po to, by czytać książki, móc dogadać się za granicą. Nie po to, byśmy wiedzieli, że istnieje tabela czasowników nieregularnych i swim, swam, swum. Czy ktoś wypowiadając po angielsku zdanie I ask him to close the window myśli o tym, że to szczątki angielskiego ACI? Bynajmniej! A czy brak tej wiedzy przeszkadza mu w biegłym mówieniu i czytaniu po angielsku? Powtórzę: bynajmniej! Przy czym nie oznacza to, że moi uczniowie nie wiedzą, co to jest Ablativus albo ACI – po prostu stosujemy inne metody. Czym innym jest nauczanie gramatyki opisowej, a czym innym praktyczna nauka języka.

Właśnie – sam przyznajesz, że łaciny uczymy się po to, żeby czytać, a Ty wciąż mówisz o mówieniu. Raz mówisz, że łacina jest martwa, raz mówisz o szkołach żywej łaciny. Czy to nie jest sprzeczność?

Nie. Język jest stworzony właśnie do mówienia i słuchania, czytanie jest umiejętnością wtórną. Jak pisał Comenius i wspomina Wilfried Stroh: trudno przyswoić sobie język tylko oczami i rękami (czyli przez czytanie i pisanie odmianek), język jest dla języka i dla uszu, dopiero później dla oczu, które jednak stanowią wielką pomoc dla tych zmysłów. Właśnie – język dla języka, jak sama nazwa wskazuje. Mówiąc i słuchając, jednocześnie patrząc i działając nauczymy się języka szybciej, niż tylko czytając, deklinując i wertując słownik. Mówienie jest więc drogą do opanowania języka w sposób umożliwiający czytanie książek. To jak wchodzenie na 12. piętro wieżowca, by podziwiać widok – można pojechać windą albo iść schodami. Każda droga prowadzi do tego samego, jednak jedną dotrzemy na miejsce szybko i bez trudu, a obranie drugiej zabierze nam więcej czasu i wysiłku. Wybierając windę będziemy mieć więcej czasu na napawanie się widokiem, schody może i wpłyną na naszą muskulaturę, ale i zmęczą stawy, spowodują zakwasy, wielu w połowie zrezygnuje, a wytrwali – zmęczeni i wyczerpani, nie będą już mieli tyle radości z podziwiania upragnionego widoku. Oczywiście ktoś powie, że to zadanie dla wytrwałych i że dla nich właśnie warto uskuteczniać wchodzenie po schodach. Z jednej strony może i to prawda, ale z drugiej potem dziwimy się, że w szkołach nie ma łaciny – skoro rodzice męczyli się wchodzeniem po tych schodach, dano im za mało czasu na dojście do celu i przez to nigdy nie dotarli do podziwiania tego ponoć zapierającego dech w piersiach widoku, to trudno spodziewać się, że będą do tego wysiłku zachęcać potomność. Tak czy siak nie możemy powiedzieć, że winda albo schody są naszym celem. Mówienie jest drogą do czytania tekstów oryginalnych. Żywa łacina to takie hasło propagandowe, powstałe na początku XX wieku. Nazywano nim właśnie zastosowanie konwersacji czy metody bezpośredniej w nauczaniu łaciny. Chodziło o ożywienie lekcji martwego języka. Hasło się przyjęło i tak już zostało. To taka konwencja. https://www.youtube.com/watch?v=dXHhl0GNsak

Jednak trudno mi sobie wyobrazić inną lekcję łaciny, niż rozpoznawanie form z tabelką w ręku. Pierwsza lekcja to obowiązkowo wymowa i puella, puellae!

Można oczywiście zacząć od tego, że łacina w różnych okresach brzmiała różnie, że w różnych państwach brzmi różnie, że my mówimy ci-vi a Anglicy si-vi, że w Polsce mówimy weni, widi, wici, a Włosi mówią wiczi, tymczasem sam Cezar (a właściwie Kajsar) mówił: łeni, łidi, łiki. Ale to naprawdę w dzisiejszych czasach tylko konwencja. Zamiast teoretyzować, można przejść do działania. Może więc rozmówki? Salve! Quod est tibi nomen? Mihi nomen est Martinus. Esne Germanus? Minime, Polonus sum. Ubi habitas? Cracoviae habito. Uczniowie od razu widzą zastosowanie poszczególnych wyrazów i form – najpierw uczą się ich użycia, potem dowiadują się, że coś tam jest formą drugiej osoby czasownika, a coś pierwszą. Takich zwrotów możemy używać przecież na każdej lekcji – przy powitaniu, przy proszeniu kogoś do tablicy, cokolwiek (quidcumque! o!). Podajmy łacińskie wersje imion, każdy będzie się czuł znobilitowany, że wołają go do tablicy po łacinie – i jednocześnie osłuchawszy się zapamięta formę wołacza. W takich rozmówkach mamy już i orzeczenie imienne, i dativus possessivus, i składnię miast… Więc i gramatycznych ekstremistów też da się zadowolić. Dydaktyka w ostatnich latach niebywale się zmieniła i rozwinęła (są nawet kursy i podręczniki dla dzieci, np: http://www.banzaj.pl/Dar-Rzymianina-czyli-Lingua-Latina-CD-Kwiecinski-Lech-p15689-sklepy.html) – łaciny jest pełno w internecie, jest mnóstwo materiałów do nauki, są nagrania, filmiki, podcasty, audiobooki – żyć nie umierać! Mamy masę świetnych podręczników – dostępnych także w niedrogich lub całkiem darmowych PDFach (np. podręcznik Ørberga: http://munduslatine.weebly.com/cursos.html). W zeszłym miesiącu w Jerozolimie wydano podręcznik FORUM – najnowocześniejszy podręcznik do łaciny na świecie – i proszę, nagrania do niego są dostępne w internecie za darmo: http://www.polisjerusalem.org/forum-speaking-latin. Dzięki internetowi nauczyciele mogą wymieniać się doświadczeniami, materiałami, pomysłami, mogą się wzajemnie inspirować, mogą realizować wspólne projekty.

Wspólne projekty?

Tak. Np. w ramach programu Comenius czy Erasmus+. (O! I znów kłaniają się wielcy łacińscy pisarze). Uczniowie jednej z polskich szkół (IV LO w Gorzowie Wielkopolskim) wzięli udział w międzynarodowym projekcie eTwinning (brało w nim udział kilkanaście szkół z całej Europy) i zdobyli szereg nagród oraz wyróżnień. Ich prace (podsumowanie projektu można znaleźć tutaj: https://prezi.com/coyrwy86ylwb/latin-in-etwinning/ – zachęcam! Jest też filmik!) były naprawdę najlepsze – widziałem prace pozostałych, nasze znacznie się wyróżniały – pomysłowością i wykonaniem. Do tego potrzebny jest jednak świetny nauczyciel, który trzyma rękę na pulsie, wie, że takie projekty istnieją i zachęca uczniów do podjęcia wyzwania. W tym roku szkoła znów bierze udział w kolejnym projekcie (http://www.estudiosclasicos.org/proyecto-de-latin-hablado-en-bachillerato/) – trzymajmy więc kciuki!

Czyli można bez tabelek?

Ujmijmy to inaczej – tabelka ma porządkować wiedzę, nie być jedynym narzędziem i celem przekazywania wiedzy. Tabelka to przejrzyste uporządkowanie. Ale mnie przeraża jej nadużywanie. Później uczniowie zapamiętują, że w łacinie są formy gramatyczne, ale nie potrafią ich wykorzystać, albo w ogóle ich nie pamiętają, twierdzą, że po łacinie się nie mówi – bo to taki język do tabelkowania. Cały kurs poświęcają na opanowywanie reguł gramatyki, nigdy nie widząc na oczy żadnego tekstu! No i w społeczeństwie utrwala się przekonanie, że łacina jest trudna i niepotrzebna. I fakt – jaki użytek zrobię z wiedzy, że w angielskim istnieją czasowniki nieregularne? To nie jest znajomość języka, ale jakaś tam szczątkowa wiedza o języku.

Druga część wywiadu


Autorem tekstu jest Martinus Loch – doktorant Uniwersytetu Adama Mickiewicza.