Hiszpański na marginesach

oscar-waoGdyby ktoś mnie zapytał o ten ostateczny, bezpośredni impuls, który pchnął mnie swego czasu do sformułowania postanowienia „od dziś zaczynam uczyć się hiszpańskiego", odpowiedziałabym, że było nim przeczytanie książki Junota Díaza „Krótki i niezwykły żywot Oskara Wao". W dużej mierze właśnie o tej książce będzie mój dzisiejszy artykuł: o tym, co w jej formie może zainteresować osoby uczące się hiszpańskiego – i co w jej treści może zachęcić pozostałych do przeczytania.

Ale najpierw cofnijmy się nieco bardziej w czasie.  Jeśli nie jesteście psychologami poznawczymi,  zgodzicie się zapewne, że idee w ludzkich głowach nie biorą się znikąd. A jeśli nie jesteście przy okazji psychoanalitykami, myślę, że zgodzicie się również, że wyjątkowo rzadko jednemu zjawisku można przyporządkować jedną, punktową przyczynę. Tak więc rodzenie się pewnej idei, takiej jak pomysł podjęcia nauki hiszpańskiego, jest procesem; czasem nawet dość długim. Cofnijmy się zatem do czasu, kiedy przeczytanie książki Díaza jeszcze by nie zadziałało, bo zdarzenie to nie miałoby odpowiedniego podłoża. W jaki sposób formowało się owo podłoże?

Początków początku szukałabym w momencie, kiedy oglądałam pierwsze sezony „Dextera" i czujnie nasłuchiwałam, kiedy porucznik LaGuercie albo sierżantowi Batiście zdarzy się powiedzieć coś po hiszpańsku. Byłam zafascynowana brzmieniem tego języka, nie miałam jeszcze wtedy pojęcia, że to w dużej mierze zasługa portorykańskiego pochodzenia aktorów grających obie postacie. No i poznałam moje pierwsze hiszpańskie słowo: puta. Póżniej był inny serial, genialny „Breaking Bad". Stan Nowy Meksyk, bliskość prawdziwego Meksyku i wszechobecny hiszpański w tle, czasem i w tytułach odcinków. Do puty doszły inne słowa: pollo, hermano, salud, tío, negro, azul

Równolegle też odkrywałam hiszpańskojęzycznych autorów takich jak J.C. Somoza i J.L. Borges. I w pewnym momencie przyszło duże olśnienie: przeczytałam „Święto Kozła" M. Vargasa Llosy. Do Vargasa zraziłam się kiedyś po niefortunnej przygodzie z „Pochwałą macochy" i długo po niego nie sięgałam. Tym razem jednak to było to. Nie dość, że pokochałam autora, to jeszcze zaczęłam się mocno interesować historią Republiki Dominikany. Na przemian z kolejnymi pozycjami MVL, zaczytywałam się we wszystkim, co mi wpadło w ręce i w wyszukiwarkę na temat wspomnianej wysepki. Aż dotarłam do książki, która będzie dzisiaj naszą bohaterką dnia: „Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao".

Co takiego szczególnego ma w sobie książka Junota Díaza, że przeczytana w odpowiednim momencie zadziałała jak impuls do podjęcia nauki hiszpańskiego? Tajemnica tkwi w… formie, w jakiej została wydana. Díaz jest z pochodzenia Dominikańczykiem, a mieszka w USA. Pisze po angielsku, ale często wplata tu i ówdzie różne ciekawe hiszpańskie słowa i zwroty. Nie wiem, czy był to pomysł samego autora, czy polskiego wydawcy (podejrzewam, że pierwszego z nich), ale na marginesach znajdziecie tłumaczenia każdego z tych hiszpańskich wtrętów

oscar-wao-strona(po kliknięciu w obrazek zobaczycie stronę w całej okazałości). Jak widzicie, pomysł jest genialny w swojej prostocie. Czytacie tekst, w którym pojawia się np. słowo escopeta, zerkacie na bok i już wiecie, że oznacza ono strzelbę. Jeśli po kilku, kilkunastu  lub kilkudziesięciu stronach znowu pojawi się escopeta, w ślad za nią znów pójdzie tłumaczenie, bo przecież mieliście prawo już dawno zapomnieć, co to takiego. W ten sposób nie dość że przeczytałam naprawdę dobrą powieść, to jeszcze przyswoiłam kilka wulgaryzmów i innych pożytecznych słów. I… to wtedy. Wtedy właśnie uderzyła mnie z całą siłą swojej oczywistości myśl: Czemu poprzestawać tylko na tym? Czemu po prostu nie zacząć się uczyć hiszpańskiego?

Dziś, kiedy patrzę na te hiszpańskie słowa na marginesach, mam świadomość, że nie wszystkie należą do powszechnie używanych standardów, czy to w Europie, czy w Ameryce Łacińskiej. Niektóre z nich można spotkać wyłącznie w Republice Dominikany, niektóre – także w pobliskich krajach karaibskich. Oto kilka ciekawych przykładów:
jaba – kobieta z mieszanki rasowej, o białej skórze, jasnych włosach i cechach negroidalnych,
prieta – ciemna nędzarka,
guagua – autobus
plepla – bzdura (brzmi jakoś znajomo, prawda?)
Truji-líos – Truji-kłopoty (neologizm wymyślony przez mieszkańców RD, za chwilę stanie się jasne, skąd się wziął)

Wiecie już wszystko o niezwykłej formie naszej książki-bohaterki, czas więc, żebyście się dowiedzieli co nieco o treści (ale nie za dużo, bo naprawdę polecam każdemu jej przeczytanie). W tej sprawie głos oddam wydawnictwu Znak – przy okazji niedowiarki przekonają się, że istnieją opisy z okładek, które warto czytać:

Fukú to wyjątkowo uporczywa klątwa, zwłaszcza jeśli mieszkasz na Dominikanie.
Chyba że uda ci się znaleźć zafa, która ją z ciebie zdejmie.
Chyba że jesteś wyjątkowym dziwakiem jak Oscar – nastoletni Dominikańczyk – cichy, gruby, brzydki i cudaczny. Fukú. Maniak literatury SF, gier komputerowych i Gwiezdnych Wojen. Jedyny w historii Dominikany prawiczek uzależniony od seksu, który zakochuje się na zabój średnio co dziesięć minut. Fukú. Po kolejnym zawodzie miłosnym i kolejnej próbie samobójczej matka wysyła go do babci, gdzie Oscar oczywiście od razu się zakochuje. W starszej od siebie prostytutce. Fukú. Wybrance szefa policji. Fukú. I nagle historia wielopokoleniowej rodziny zaczyna się powtarzać…

Wspomniana historia wielopokoleniowej rodziny jest ściśle związana z ponad trzydziestoma latami dyktatury Rafaela Leonidasa Trujilla Moliny. Kim był Trujillo? Złodziejaszkiem i półanalfabetą, który dzięki wstawiennictwu swojego wuja skorzystał z niepowtarzalnej okazji obecności wojsk Stanów Zjednoczonych na terenie Dominikany i w wieku 26 lat wstąpił do marines. Od tego momentu jego kariera potoczyła się niezwykle szybko, a to dzięki połączeniu szczególnych cech osobowości (których zestaw możecie znaleźć w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób ICD-10 pod numerem F.60-2), wsparcia ze strony Stanów oraz odrobiny szczęścia. Od 1930 aż do 1961 r., kiedy padł ofiarą zamachu, rządził wyspą, sukcesywnie zmieniając ją w swój prywatny folwark. Od koniokrada do dyktatora – chciałoby się podsumować. Junot Díaz pisze:

Korpulentny, sadystyczny Mulat o świńskich oczkach, który wybielał sobie skórę, chodził w butach na platformach i miał słabość do odzieży z czasów napoleońskich, z czasem przejął kontrolę nad niemal każdym aspektem życia politycznego, kulturalnego, społecznego i gospodarczego RD dzięki potężnemu (i znajomemu) połączeniu przemocy, zastraszania, rzezi, gwałtu, werbunku i terroru; Trujillo (zwany również El Jefe, Niewydarzonym Krowokradem i Popierdolem) traktował cały kraj, jakby był jego plantacją, a on jej właścicielem. [1]

Ciekawa jest historia powstawania „Oscara Wao". Díaz pracował nad książką od ładnych paru lat, kiedy znienacka ukazało się „Święto Kozła" M. Vargasa Llosy (2000). No jakże to tak! Znany pisarz, niemal celebryt z drugiego końca kontynentu, a właściwie to już Europejczyk (MVL ma obywatelstwo hiszpańskie), pod…biera jemu, Dominikańczykowi, temat! I w dodatku podejmuje go po mistrzowsku. Díaz musiał poczuć się mocno rozżalony. Jeszcze siedem lat upłynęło, zanim wydał swoją książkę, w której – a jakże – kilkakrotnie polemizuje z Vargasem, zarzucając mu, że „źle" patrzy na niektóre aspekty historii jego kraju (m.in. za bardzo polubił prezydenta Balaguera).

Historia Republiki Dominikany i literatura nią inspirowana (Vargas Llosa i Díaz nie byli jedynymi), to dla mnie tzw. temat-rzeka. Jeśli tylko znajdę pretekst – i jeśli nie będziecie szczególnie mocno protestować – napiszę kiedyś więcej o „Święcie Kozła", o groteskowej rodzinie Trujillo i o tajemniczym doktorze Balaguerze.

—–

[1] Junot Díaz, „Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao", przeł. Jerzy Kozłowski, wyd. Znak, 2009, s. 12.

 

Zobacz także:

Urugwajskie głosy
Hiszpańskie filmy, które łatwo przeoczyć
Dlaczego warto oglądać obcojęzyczne „talent shows"
Jak słuchać, żeby usłyszeć
Czy Polak może się (na)uczyć hiszpańskiego meksykańskiego?
Meksykanie i ich język: prawdy, półprawdy, ćwierćprawdy i słówka-jokery

 

15 komentarze na temat “Hiszpański na marginesach

  1. Artykuł z kategorii najciekawszych 🙂

    ***

    Gry widzę nazwisko Díaz, moim pierwszym skojarzeniem jest Bernal Díaz del Castillo, żołnierz z oddziału Hernán'a Cortés'a, który jako bezdzietny, bliski już śmierci staruszek spisał swoje kontrowersyjne wspomnienia z podboju Ameryki Środkowej. Tutaj miejsce na ciekawą książkę o charakterze filozoficznym J.M.H. le Clézio „The Mexican Dream. Or, The Interrumped Thought of Amerindian Civilizations" [oryginał po francusku, ale posiadam wersję drukiem po angielsku] o poboju Twoich regionów. 🙂

    Gdy widzę nazwisko Trujillo, jednym z moich kilku skojarzeń jest Óscar Adolfo Naranjo Trujillo, znany generał policji kolumbijskiej (w służbie do 2012 roku), z którym wywiady bardzo często pokazują w kolumbijskich programach. Znam też innych manes o nazwisku Trujillo (począwszy od fikcyjnej postaci narkotykowego szefa ze wspomnianego niegdyś serialu El cartel de los sapos), ale Twój by mi nie przyszedł do głowy… 😀

    ***

    Nie potrafię Ci w tej chwili podać dokładnego zasięgu geograficznego użycia wyrazu prieta, ale dla mnie to po prostu „murzynka" i wyraz używa się powszechnie tak w Republice Dominikańskiej, jak na Kubie (często w kubańskich piosenkach) i -nie chcę przekłamać- ale jestem przekonany, że również w Puerto Rico i myślę, że rozumie się szerzej, więc nie należy do słów z kategorii „wyłącznie w Republice Dominikańskiej". Zerknijmy też do DRAE pod prieto:

    2. adj. Dicho de un color: Muy oscuro y que casi no se distingue del negro.
    4. adj. Cuba Dicho de una persona: De raza negra. U. t. c. s.
    5. adj. Méx. Dicho de una persona: De piel morena.

    W języku portugalskim preto to zwyczajne kolor „czarny", oraz „murzyn". Archaizm prieto w znaczeniu „ciemny" używany jest w niektórych gwarach kolumbijskich, np. przy granicy z Ekwadorem.

    Ciekawostką jest przy tym, że w Republice Dominikańskiej (co jasno potwierdzam z doświadczenia, jak również ze słownika dominikalizmów), oraz na Kubie (przynajmniej wedle tego, co widzę w DRAE) wyraz moreno odnosi się do koloru skóry, a nie zasadniczo włosów, jak obserwując fora internetowe wnioskuję, że nauczają hiszpańskiego w Polsce na zasadzie „morena – brunetka". Tak więc las morenas to „mulatki", a nie kobiety białe o ciemnych włosach [które mimo ciemnych włosów dla Dominikańczyków i tak będą blade jak śnieg, którego nie widzieli]. Ogólnie bym uważał z moreno w Ameryce Łacińskiej, by powiedzieć aby to, co zamierzamy powiedzieć.

    Również wyraz guagua w znaczeniu autobus używa się szerzej niż w Republice Dominikańskiej i nie należy do słów z kategorii „wyłącznie w Republice Dominikańskiej". Wyrazu tego w tym samym ściśle znaczeniu używa się powszechnie na Kubie. Pamiętam, kilka lat temu z niezrozumiałych dla mnie przyczyn wywołało uśmiech na mojej twarzy, jak mieszkająca w Polsce Kubanka powiedziała mi, że pojedzie guagua odnosząc się do polskiego autobusu miejskiego. 😀 DRAE dla guagua podaje:

    2. f. Can. y Ant. Vehículo automotor que presta servicio urbano o interurbano en un itinerario fijo.
    3. f. Cuba y R. Dom. Nombre genérico de numerosas especies de insectos hemípteros, pequeños, de color blanco o gris, que atacan a numerosas plantas, especialmente a los cítricos, y llegan a destruirlos.

    W kilku państwach w regionie andyjskim guagua z keczuańskiego wawa znaczy „dziecko". W Kolumbii w użyciu znów akurat przy granicy z Ekwadorem w dialekcie pastuso.

    1. Żebyśmy się zrozumieli 😀

      Napisałaś dokładnie:

      „Niektóre z nich można spotkać wyłącznie w Republice Dominikany, niektóre – także w pobliskich krajach karaibskich."

      Piszę jedynie, że te dwa słowa prieta i guagua są w właśnie tych „pobliskich krajach karaibskich", pozostałe z Twojej listy chyba tylko w RP.

      1. Jako ciekawostkę mogę dodać, że ‚guagua’ występuje w tym samym znaczeniu w jednej z części Hiszpanii – na Wyspach Kanaryjskich.
        Pozdrawiam

    2. Artykuł z kategorii najciekawszych 🙂

      Dzięki. Tego typu głos to dla mnie ważna informacja zwrotna, że warto pisać czasem i takie artykuły – które nie wygenerują jakiejś zawrotnej liczby wejść czy komentarzy. To tak jak z prowadzeniem zajęć (na studiach, w szkole, gdziekolwiek) – czasem dobrze jest podjąć temat mało popularny, ale w jakiś sposób wartościowy, choćby po to, żeby widzieć, że te dwie – trzy osoby z trzydziestu, słuchają z autentycznym zainteresowaniem, podczas kiedy reszta śpi albo sms-uje… 😉

      A książkę Junota Díaza naprawdę polecam. A najlepiej najpierw przeczytać „Święto Kozła" – Tobie oczywiście polecam w wersji oryginalnej „La fiesta del Chivo" (choć tłumaczenie Danuty Rycerz jest całkiem niezłe, nie licząc paru drobnych wpadek typu „w każdym BĄDŹ razie"). Jeśli ktoś – Ty albo inna osoba czytająca te słowa – skusi się na Vargasa (gorąco polecam!), to muszę jednak ostrzec, że niektóre fragmenty tej książki, z końcowych rozdziałów, trzeba potem „odchorować" i są raczej z gatunku tych, które czyta się tylko raz, ze względu na treść. Do innych z kolei fragmentów, np. dotyczących Joaquina Balaguera, chętnie wracam (tym razem w oryginale, żeby zobaczyć, jak słabo jeszcze znam język 🙂 )

      1. Jeśli Ci to w czymś pomoże, oto mój rankig Twoich dotychczasowych artykułów na Woofli:

        (1) Hiszpański na marginesach
        (2) Urugwajskie głosy
        (3) O łatwości języka hiszpańskiego
        (4) Jak oglądać telenowele i nie zwariować
        (5) Jak słuchać, żeby usłyszeć
        (6) O szkołach językowych
        (7) Nie samymi podręcznikami… – czyli internetowe pomoce naukowe

        Innymi słowy, to najlepszy artykuł! 🙂 Ogólnie rzecz biorąc, Twoje nowsze artykuły zwykły być coraz ciekawsze. Jednocześnie jednak dwa najciekawsze dla mnie artykuły zostały najsłabiej skomentowane…

        Bo widzisz, dla mnie osobiście podręczniki itp. to nuda, a w każdym razie są mi obecnie kompletnie niepotrzebne, szkoły językowe to natomiast dla mnie osobiście głupota, a w każdym razie też się mnie już nie mogą tyczyć [jedynie początkujących].
        W Hiszpański na marginesach lub Urugwajskie głosy natomiast piszesz o rzeczach po pierwsze ciekawych, po drugie o których nie miałem pojęcia i po trzecie się mnie nadal tyczących. Te książki mogę przeczytać, piosenki posłuchać, dzięki Tobie poznam coś nowego, coś co przeszło przez pewną selekcję i zostało tu obdarzone komentarzem kogoś (tj. Twoim) kto to już zdążył poznać i zna się na rzeczy. Takie artykuły naprawdę służą mi osobiście…
        Środkową pozycję w moim rankingu zajęły artykuły poruszające tematykę dla mnie ciekawą (np. wartość filmów w nauce hiszpańskiego, lub mity na temat tego języka), które przeczytałem z dużym zainteresowaniem (i się z przedstawionymi w nich myślami zgadzam), które jednak dla mnie osobiście nie wniosły wiele nowości do tego, co doskonale już wiedziałem.

      2. Hej,

        Szukam informacji jak podejść do nauki niszowego języka (może nie tak niszowego jak Twoje), ale chciałbym nauczyć się dobrze słowackiego z naciskiem na słownictwo górskie/taternickie/wspinaczkowe. Niewiele jest z tego co widziałem materiałów do nauki. Choć „pozorna" łatwość języka dla Polaka pewne sprawy ułatwia, jednak jakbyś kiedyś opisał swoje wypracowane metody nauki byłoby super.

        Dodam, że z pewnych względów (limitowany internet i ogólna niechęć do czatów, skype'ów) chciałbym maksymalnie oprzeć się (chociażby w początkowym etapie) na pracy własnej z tekstem i audio. Z tekstem rozumianym nie jako dedykowany podręcznik a raczej autentyczne fragmenty tekstu w interesujących mnie dziedzinach. Wskazówki jak ćwiczyć wymowę nie mając zbyt dużych zasobów audio (a jak już to bez transkrypcji tekstu) byłyby również bardzo pomocne.

        Myślę, że nie tylko mi by się taki wpis gościnny przydał, a będzie on miał zastosowanie uniwersalne również dla głównych języków jak np. angielski, niemiecki czy hiszpański.

        Proszę, pomyśl o tym 🙂

        Pozdrawiam
        Tomek

      3. @Czytelnik (Tomek)

        Miło mi, że ciekawi Cię moja porada. 🙂 Odnoszę jednak wrażenie, że doskonale wiesz, czego chcesz się uczyć i z jakich materiałów chcesz się uczyć. Nie widzę przeszkód, by się uczyć słowackiego ćwicząc się w pewnym stopniu na tekstach o tematyce taternickiej. Brzmi to jak gwarantowany sukces, gdyż stwarzasz sobie możliwości użycia języka i podtrzymywania pasji i ogólnie brzmi to fajnie. 🙂

        Jedna anegdotka – byłem kiedyś na pewnej studenckiej konferencji językowej, na której pewna dziewczyna opowiadała o swoich badaniach żargonu grotołazów w języku polskim. Dużo chodziłem po jaskiniach, ale jako kompletny aspołecznik i ze ‚środowiskiem grotołazów’ nigdy się nie utożsamiałem w minimum. Jak skończyła mówić, zauważyłem, że pewna część podanych przez Nią ‚specjalistycznych’, czy ‚żargonowych’ wyrazów zaczerpnięta jest najzwyczajniej z geologii (ewentualnie użyte bywają w nieco specyficznym sensie) i po części są to dla geologa najzwyczajniejsze w świecie, codzienne w użyciu słówka. Trochę się zmieszała i stwierdziła, że nie przyszło Jej nawet na myśl, że słowa grotołazów mogą pochodzić z geologii… 😉

        Wątpię, by moje ‚techniki specjalne’ nauki języka niszowego miały wiele do nauki języka Słowackiego. Słowacja jest przecież ‚cywilizowanym krajem’ (obrzydliwe określenie) ludzi potrafiących pisać i czytać, mających swoją literaturę i telewizję. Ja natomiast kiedy mówię o językach ‚niszowych’ mam na myśli naprawdę hardocorowe przykłady ‚z dżungli amazońskiej’, przy których rozwiązuję jednak nie te same trudności… Dla mnie ekspertem od języków słowiańskich jest @Karol Cyprowski; z pewnością będzie w stanie podpowiedzieć więcej niż ja…

        „Wskazówki jak ćwiczyć wymowę nie mając zbyt dużych zasobów audio (a jak już to bez transkrypcji tekstu) byłyby również bardzo pomocne."

        Ciężkie pytanie, bo namawiałbym właśnie w miarę możliwości do szerokiego osłuchiwania się. Nie wiem, jakiego rodzaju audio posiadasz, ale fajne mogą być np. piosenki, gdyż o ile wywiad po jednym dniu puszczania w kółko Cię może znudzić, piosenek można słuchać w kółko i z przyjemnością i przez parę miesięcy… Rozumiem, że pytasz o poziom A, lub B1?

      4. Te dwa, które wymieniłeś jako najciekawsze, są tymi, których pisanie dało mi najwięcej satysfakcji.Innymi słowy, są również i moimi ulubionymi z puli moich własnych artykułów (za to pozostałe uszeregowałabym nieco inaczej).

        Ale jak wiadomo, gusta i zapotrzebowania są różne. Tak jak już kiedyś wspomniałam, moją pisaninę kieruję w dużej mierze do osób, które niedawno zaczęły bądź rozważają rozpoczęcie nauki i szukają odpowiednich dla siebie metod, materiałów w sieci, podręczników… Cóż, mój najbliższy artykuł albo następny tuż po nim, będzie właśnie poświęcony podręcznikom 🙂 Zanudzisz się, ale mam na dzieję, że nie na śmierć, bo jednak lubię czytać Twoje komentarze. Z rzeczy, o których być może nie słyszałeś, napiszę o skinnerowskiej teorii przyswajania języka – mam nadzieję, że uda się w miarę ciekawie i przystępnie. I na pewno będzie jeszcze jeden artykuł wokół historii RD (oby Woofla nie padła przeze mnie z powodu braku odwiedzin – postaram się go wrzucić w momencie, kiedy będzie duży ruch spowodowany poprzednimi artykułami współpiszących 😉 )

        Obawiam się jednak, że większość tego co napiszę, to będą w nieunikniony sposób rzeczy, o których doskonale wiesz. Taki lajf. Im lepiej znasz język, tym mniej potencjalnie ciekawych rzeczy znajdziesz na jego temat w blogowych artykułach.

      5. @Ada
        oby Woofla nie padła przeze mnie z powodu braku odwiedzin – postaram się go wrzucić w momencie, kiedy będzie duży ruch spowodowany poprzednimi artykułami współpiszących
        Mogę się mylić, ale póki co zdajesz się mieć największą liczbę stałych czytelników spośród nas wszystkich 😉 Osobiście jestem zdania takiego jak Yana Para Puyu – brakuje mi osobiście na polskiej scenie blogowej artykułów oryginalnych, o czymś o czym jeszcze nikt nie pisał i niezwykle cieszę się, że mogę czasem poczytać wpis o dominikańskiej literaturze z wątkiem pana Trujillo nawet jeśli nie jest to główne pole moich zainteresowań.

  2. Bardzo ciekawy artykuł. Czytałam „Święto kozła". To była pierwsza (i póki co niestety ostatnia) książka Llosy jaką przeczytałam, i wywarła na mnie ona duże wrażenie. Chętnie sięgnę po „Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao”.

    A, co do słów, „guagua" mówi się na autobus także na Wyspach Kanaryjskich. Bardzo mnie rozbawiło to słówko, jest takie sympatyczne 🙂

  3. @Małgorzata Sosnowska, @Koharu

    Dzięki za info, nie spodziewałabym się, że i gdzieś na obszarze zaliczającym się do Hiszpanii mówią guagua na autobus. Ale to chyba w ogóle rejon dość specyficzny językowo?

      1. Nie przeczytałam wszystkich komentarzy i nie zauważyłam, że informacja którą podałam pojawia się już wcześniej 🙂

        Ciężko mi coś więcej powiedzieć o hiszpańskim na Gran Canarii, gdyż byłam tam tylko kilka dni i nie rozmawiałam dużo z rodzimymi użytkownikami języka. Na pewno używa się tam Preterito Indefinido w tych kontekstach, gdzie zazwyczaj powinno się stosować Preterito Perfecto (z hoy, esta semana).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ