Ile klasyki w postępie?

Nie tyrolska i nie turystyczna. Nudna i zacofana konserwa językowa – to ja.

Nie tyrolska i nie turystyczna. Nudna i zacofana konserwa językowa – to ja.

***Uwaga: wpis mocno subiektywny i oparty na moich własnych perypetiach związanych z nauką języków obcych. Przyda się osobom, które zauważają u siebie predyspozycje i preferencje zbliżone do moich.


Zauważyliście, że spora część postów na WOOFLi (no dobrze, powiedzmy, że połowa) zawiera w sobie dużo stwierdzeń opartych na przeczeniach, a więc lubimy mówić o tym jak NIE uczyć się języków, zamiast po prostu dzielić się z czytelnikami tym, jak MY „to” robimy? Oczywiście byłoby niesprawiedliwością generalizować tę myśl na całokształt naszych artykułów. Ale myślę, że osoba zainteresowana nauką języków większą radość, motywację i nadzieję wyniesie z tekstów będących drogowskazem i źródłem porad.

Problem w tym, że czytelnik oczekuje zwykle porad:
a)    uniwersalnych
b)    możliwie rewolucyjnych

Myślę, że nie muszę udowadniać, że bardzo o takie trudno.

Zwróćmy jednak uwagę na pewnego rodzaju trend we współczesnym myśleniu o metodologii nauczania i uczenia się języków. Mieliście kiedyś w ręku jakiś (nawet współczesny) podręcznik do wykładania łaciny i kultury antycznej w szkołach średnich? Chociażby Porta Latina, z której sama korzystałam w liceum. Praca z taką książką stawia sobie za cel przede wszystkim wpajanie struktury języka łacińskiego (nieużywanego przecież w codziennych sytuacjach komunikacyjnych) poprzez schemat: przedstawienie teorii gramatycznej – komentarz gramatyczno-leksykalny – rozdanie słowników – trening translatorski. Tylko i wyłącznie, powtarzam: tylko i wyłącznie tłumaczenie pełnych zdań, które wymaga takiego natężenia uwagi i łączenia wielu obszarów ledwo co nabytej wiedzy w jedno, że ma się ochotę jedynie splunąć i trzasnąć drzwiami.

Zdaje się, że szeroko pojęta praca z tekstem należy już do bardzo niepożądanych, wręcz archaicznych i znienawidzonych metod, szczególnie uznawanych za nieprzystające do realiów nauczania i uczenia się języków nowożytnych. Praca ze źródłem pisanym, skupiona na pewnego rodzaju analizie i zagłębianiu się w niuanse językoznawcze, jawi się wielu osobom jako żmudna, totalnie niepraktyczna, nierozwijająca, krzywdząca i zniechęcająca. Wszak każdy chciałby przede wszystkim „nauczyć się mówić”.

źródło: http://www.michelthomas.com/assets/downloads/INTRODUCTORY%20POLISH.pdf

źródło: http://www.michelthomas.com/assets/downloads/INTRODUCTORY%20POLISH.pdf

 

Powyższy zrzut ekranu, będący fragmentem opisu metody niejakiego Michela Thomasa (co ciekawe, natrafiłam nań  przeglądając oparty na niej kurs języka polskiego dla obcokrajowców), ma jednoznaczny wydźwięk: ludzie mają trudności z nauką języków, ponieważ nie pozwala im się wyjść ze szkolnych schematów. Ten pan utrzymuje chyba, że już sam kontakt z ołówkiem i kartką papieru, albo (Boże uchowaj) słownikiem, grozi histeryczną katatonią, afazją, otępieniem i zespołem stresu pourazowego.

A ja, psiakrew, lubię pracę z tekstem i cenię ją sobie jak nic innego, podobnie chyba jak Karol i Michał. Prawda jest taka, że lubię obcować z wieloma tekstami, najlepiej o dużym przekroju różnorodności i stopnia trudności. Lubię „wymiętosić” jedną frazę na wszystkie strony, rozumieć budowę zdania w każdym jego szczególe, tworzyć w głowie poznawczą reprezentację gramatycznego „szkieletu”, na który potem samodzielnie jestem w stanie układać „tkanki mięśniowe, kostne, narządy i układy narządów” złożone ze słów i interpunkcji.

To trochę jak z małymi chłopcami, którzy widząc zegarek od razu chcieliby go rozkręcić i poznać wszystkie jego mechanizmy, części, śrubki i zębatki. Inni zaś wolą po prostu mieć cały, gotowy, dobrze działający gadżet, z którego będą w stanie zwyczajnie odczytać godzinę, jeśli będzie im potrzebna. I nic w tym złego.
Kiedy zaczynałam samodzielną naukę języka obcego, zależało mi nieco na obcięciu kosztów źródeł potrzebnych mi do nauki. Uważałam wtedy, że najlepiej będzie zacząć od opracowywania prostych tekstów porównując je w miarę symultanicznie z ich głosowymi nagraniami. Chciałam ominąć konieczność nabywania książek z dołączoną płytą CD.

Zdecydowałam się więc napisać do szwedzkiego radia (moje pierwsze, samodzielne i nieco łamane szwedzkojęzyczne maile, przy których dzielnie się upierałam, choć przecież mogłabym napisać do nich po angielsku) z prośbą o udostępnienie mi transkrypcji krótkich opowiadań dla dzieci, czytanych w ramach cyklicznej audycji dla najmłodszych. Były to dzieła fińskich autorów, chyba dość niszowe, ponieważ nie potrafiłam znaleźć w Internecie nawet oryginałów, nie mówiąc już o przekładach na szwedzki. Ogromnie miło wspominam korespondencję z redaktorkami i realizatorkami tamtej audycji. „Na cito” otrzymałam plik .doc z kilkunastoma tekstami bajek, które mogłam jednocześnie śledzić zarówno wzrokowo, jak i słuchowo.

Na kanwie tych możliwości opracowałam bardzo lubiany przeze mnie do dziś trening fonetyczno-ortograficzno-polisensoryczny, który pewnie części czytelników przypominać będzie zwykłe dyktando, jednak nie do końca polega na tym samym.
Znając ogólne brzmienie głosek, prawidłowość ich zmienności w zależności od ułożenia, położenia akcentu etc. (ktoś pomyśli – co to w ogóle za kolejność uczenia się? Studiowanie alfabetu fonetycznego i podręczników dla filologów, podczas gdy mogłabyś przyswoić te zasady nieświadomie i naturalnie?), postanawiam wyłowić z nagrania dźwiękowego NIEZNANE MI wcześniej słowo, po czym (wsłuchując się uważnie, bez sprawdzania) usiłuję napisać je tak, jak je sobie „wyobraziłam” w formie tekstowej. Przy odrobinie wiedzy i szczęścia, uda mi się osiągnąć 100% ortograficznej poprawności, a ponadto ustalić długość poszczególnych samogłosek, rodzaj akcentu, postać i wzajemną relację dyftongów itd. itp.

Uwierzcie mi, że szwedzki potrafi płatać czasem różne figle na linii zapis – wymowa. Dlatego samodzielnie oceniam, że właśnie taka umiejętność jest bardzo dla mnie cenna i warta ćwiczeń. Ach, dodam jeszcze, że niesamowicie przydaje się to jeżeli chcemy (np. podczas oglądania obcojęzycznej telewizji) sprawdzić szybko w Internecie jakieś nurtujące nas słowo. Jednym słowem – uczymy radzić sobie bez transkrypcji słownej. Chyba też właśnie dlatego bardzo cenię sobie moją powierzchowną znajomość alfabetu fonetycznego. Podręcznik, który przy wprowadzaniu suchej leksyki uwzględnia ten uniwersalny zapis fonetyczny, jest w mojej opinii naprawdę cenny.

Nie oznacza to jednak, że pracuję wyłącznie na suchych tekstach, nagraniach, gotowych źródłach wspomagających rozumienie bierne (deprecjonując umiejętności czynnego posługiwania się językiem w mowie i w piśmie), albo siadam ze słownikiem polsko-szwedzkim i uczę się każdego słowa po kolei.

Tak naprawdę metoda, którą obierzesz, ma najmniejsze znaczenie. To nie metody zrewolucjonizują twoje postępy, mentalność, sposób patrzenia na to, co do tej pory robiłeś źle. Pozwólcie, że podzielę się na koniec moją myślą, którą dość dobrze zilustruje poniższy cytat:

„Languages cannot be taught, they can only be learnt. The best way is to tell students right away that they are responsible for their own learning process, and the teacher is just a guide who has to motivate them.”

Nie chodzi więc o konflikty między nauczaniem indywidualnym a grupowym; metodami wyniesionymi z przedwojennego szkolnictwa a tymi „nowoczesnymi”; sporem między „naciskiem na komunikatywność” a „puryzmem językowym”. Chodzi o przejęcie inicjatywy i odpowiedzialności za swoją własną naukę. Pełnej, kompletnej i globalnej – stąd też nie zgadzam się z ostatnią częścią cytatu – to nie „teacher” ma być źródłem motywacji, tylko nasze własne dążenia i potrzeby intelektualne.

Nikt ich za nas ani dla nas nie stworzy.

 

Zobacz też…

Kiedy i jak korzystać z Wikipedii przy nauce języka obcego?

Nie samymi podręcznikami… – czyli internetowe pomoce naukowe

7 grzechów głównych nauki języków obcych

5 komentarze na temat “Ile klasyki w postępie?

  1. 1. Są różne podręczniki do języków klasycznych (zwł. łaciny), w tym także oparte na „metodzie komunikacyjnej". Pozostałe można podzielić na dwie grupy: teksto-centryczne i gramatyko-centryczne. Świetnym przykładem tych ostatnich są wszystkie polskie podręczniki do scs jakie widziałem – idą bardzo metodycznie, zagadnienie po zagadnieniu, obszerny wykład diachroniczny, ale prawie zero tekstów. Tak jakby w opinii autorów jedyny sens nauki scs polegał na czynieniu z niego wprowadzenia do i podbudowy dla „gramatyki historycznej języka polskiego" – zmory studentów każdego rocznika polonistyki. I faktycznie, kto poza polonistami się scs uczy? Entuzjaści chcący poczytać pierwszą słowiańską biblię czy prześledzić refleksy różnych słów i znaczeń w poszczególnych językach słowiańskich mogą to zrobić (i pewnie robią) we własnym zakresie.

    Oczywista konstatacja: narzędzia są (albo powinny być) dostosowane do celu, a ten bywa różny. I stąd:

    2. Metoda Michela Thomasa jest w swojej lidze (czyli w ‚ośmielaniu do mówienia’ i w nauce stopniowego rozbudowywania wypowiedzi o nowe ‚komplikacje’ gramatyczne – porównaj np. zawartość kursów MT z Pimsleurem) bardzo dobra. Wszyscy wiemy, że nawet świetna znajomość bierna nie pociąga za sobą choćby miernej znajomości czynnej. Do kształcenia obu potrzebne są różne narzędzia (techniki, sposoby…). Zwykle jestem przeciwnikiem podejścia „ma być lekko, łatwo i przyjemnie", ale akurat tu, gdzie chodzi nie tyle o nabycie wiedzy czy umiejętności, ale przełamanie psychologicznych barier (lęku przed mówieniem) ośmielanie wydaje się bardziej na miejscu niż onieśmielanie (temu służy np. obecność błędów, wahań itd. w nagraniach MT).

    3. Ciekawa anegdota ze skryptami bajek. Wpisuje się w moje doświadczenia wielokrotnie potwierdzające sens wezwania „pukajcie a otworzą wam, proście a będzie wam dane". Jeśli wie się, czego się chce i potrafi się tę prośbę w minimalnie składny sposób wyłuszczyć, to naprawdę wiele drzwi stoi otworem.

    4. Cytat. Zgadzam się z nim w pełniejszej mierze niż Ty. Oczywiście, że motywacja wewnętrzna jest (niemal?) zawsze na długą metę silniejsza i zdrowsza od zewnętrznej, ale jeśli nauczyciel nie jest motywatorem, to po co w ogóle nam on? Ale o tym szerzej innym razem.

  2. Rzeczywiscie duza czesc komentarzy oparta jest na przeczeniach, a to chyba dlatego, ze na tematy jezykowe krazy bardzo wiele mitow i czesto trzeba je rozwiewac. Niektore sa tak naiwne, ze nawet szkoda miejsca na tym blogu, zeby je komentowac, ale sa i takie , ktorym naprawde warto poswiecic tu uwage. Jednak rozprawianie sie z mitami i krytykowanie cudzych metod to rzeczywiscie zajecie dosc proste i malo tworcze , w przeciwienstwie do opisania co robic, zeby sie szybko i dobrze nauczyc jezyka obcego.
    Czesto sie slyszy rady „madrych, starszych kobiet" dotyczace tego, czego nie nalezy w zyciu robic. Te przezorne panie posiadaja doglebna wiedze na temat wszelkich sposobow nie sluzacych zarobieniu duzych pieniedzy.Nie maja jednak ani jednego, jak te pieniadze zarobic. I to jest troche analogia do Nas na tym blogu, a przymajmniej tak to wyglada. Oprocz Michala chyba nikt jeszcze nie przedstawil swojej wspanialej metody nauki jezykow obcych. Wiec moze pora to zmienic? Moze niech kazdy zacznie zdradzac swoje tajemnice zamiast tylko nasladowac owe madre i przezorne panie z mojego porownania. Wiec moze do dziela, panie i panowie?

    1. @Night Hunter
      Może po prostu wspaniałych metod nie ma? 😉 Mówię to jak najbardziej poważnie – znam sposoby uczenia się lepsze i gorsze, ale obserwując różne osoby stwierdzam, że każdy uczy się w sposób jaki dla niego jest właściwy i często ciężko go zastosować do innej osoby. Osobiście na przykład bardzo często stosowałem metodę podobną do Michała – tłumaczenia z polskiego na język obcy uważam nadal za najlepszą metodę, żeby w krótkim odstępie czasu opanować słownictwo z danej dziedziny w sposób niemal perfekcyjny. Ciężko natomiast byłoby mi ją stosować codziennie, bo mam masę ciekawszych i bardziej kreatywnych rzeczy do roboty (co nie umniejsza w ogóle samej przedstawionej przez Michała metodzie).
      Niedługo jadę na Ukrainę i znów pewnie przelecę na szybko przez nagrania audio z podręczników tłumacząc z polskiego na ukraiński, żeby powtórzyć porozumiewanie się w tym języku, co zawsze było moją piętą achillesową. Ale to też jest metoda nastawiona na ten jeden cel, czyli na wyćwiczenie automatyzacji w rozmawianiu. Andruchowycza, Żadana czy Kociubins'kiego czytam i bez tego dla czystej przyjemności – znacznie zwiększają mój zasób pasywnego słownictwa (często kompletnie nieprzydatnego – wiedział ktoś, że „ciupaga" to w gwarze huculskiej „бартка"?), ale nie powiększają moich zdolności konwersacyjnych. Im dłużej interesuję się językami tym bardziej dochodzę do wniosków, że trzeba się czasem skupić na oddzieleniu różnych umiejętności i to właśnie na nich się skupiać, a nie na jakimś ogólnym i strasznie mętnym pojęciu znajomości języka. Podobnie ciężko o metodę, która w tym samym stopniu rozbudowuje wszystkie umiejętności.
      Wiem, że zabrzmi to znowu jak kolejny skrót myślowy, ale wierzę w to, że jeśli człowiek ma choć odrobinę instynktu samoprzetrwania to widzi jakie z tych językowych umiejętności są mu potrzebne i właśnie je wyćwiczy. I to się bardzo dobrze sprawdza w praktyce: robotnik na budowie w Niemczech nie musi znać niemieckiej gramatyki, więc się jej przeważnie nie uczy. Ba, nie musi nawet czytać – w jego wypadku jakakolwiek metoda oparta na tekście nie ma żadnego zastosowania. Ja natomiast bardzo chciałbym się kiedyś nauczyć łaciny w takim stopniu by móc ją czytać czy też głębiej wejść w tematykę ewolucji języków romańskich, ale nie sądzę bym uczył się łacińskich rozmówek, bo ich zastosowanie w praktyce byłoby niewielkie.

      Pozdrawiam,
      Karol

  3. Uczę się trzech języków obcych: angielskiego, niemieckiego i rosyjskiego. Jako że nie znoszę rad i wolę robić wszystko samodzielnie metodą prób i błędów, kombinowałam na różne sposoby jak by tu sensownie nauczyć się języka. Zauważyłam, że w codziennych sytuacjach stosuje się niewiele konstrukcji gramatycznych i ograniczony zakres słownictwa, a wszystko c bardziej zaawansowane przyswaja się dzięki słowu pisanemu. Ludzie, którzy dużo czytają mają z reguły bogatsze słownictwo i używają bardziej złożonych struktur. A czytając po polsku nie zapisujemy sobie słów, one same nam wchodzą do głowy po parokrotnym powtórzeniu w tekście. Toteż postanowiłam potraktować języki obce tak jak język polski i nie zważając na nic zabrałam się za czytanie w oryginale. Dzięki temu przełamałam się z angielskim, którego nigdy nie lubiłam i nie mogłam się nauczyć. Wielu konstrukcji zaczęłam używać intuicyjnie i nawet po krótkiej przerwie jestem w stanie poprawić tekst nie w oparciu o wyuczone reguły, ale po prostu dlatego, że „coś mi nie brzmi".

  4. Właśnie jestem w trakcie przerabiania w liceum podręcznika Porta Latina Nova. Powiem tylko tyle, że cała klasa ma pojęcie, że istnieje pewna składnia zwana ACI, w którym Accusativus łączy się z Infinitivo czasownika, ale stworzyć z tego zdanie przerasta każdego. Dlaczego? Ponieważ materiał wyłożony jest w sposób kompletnie bezmózgi, nauka łaciny z tym podręcznikiem sprowadza się tylko do bezmyślnego kucia, czy to końcowek, czy sentencji bez kontekstu. Przy okazji, czy ktoś może mi doradzić, których języków romańskich zauważalnie łatwiej jest nauczyć się, ze (szczątkową) znajomością łaciny?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ