Jak oglądać telenowele i nie zwariować

telenovelasKiedy zaczynałam naukę hiszpańskiego na intensywnym kursie dla początkujących i ledwie potrafiłam się w tym języku przedstawić i powiedzieć skąd jestem, nie mogłam się nadziwić koleżance z grupy, która nie dość że znała wyrażenia typu ¡No me digas! (Nie mów!), ¡Fuera de aquí! (Wynocha stąd; tutaj fuera to dosł. na zewnątrz) i sporo słownictwa dotyczącego życia codziennego, to jeszcze miała całkiem ładną wymowę (a na pewno lepszą niż ktokolwiek z nas, pozostałych uczestników kursu). Skąd jej się to wzięło? Właśnie z seriali, jak wyznała. Dopytana sprecyzowała, że chodzi o telenowele.

Cała sprawa zaintrygowała mnie na tyle, że rozpoczęłam poszukiwania telenoweli, którą mogłabym od czasu do czasu obejrzeć bez szkód na zdrowiu i zobaczyć, co z tego wyniknie. Na wstępie odrzuciłam wszystko to, co akurat emitowała polska telewizja, bo niezbyt mi się podobał pomysł wyławiania poszczególnych fraz, których akurat nie zagłuszył polski lektor. Zdecydowałam się na jedną z produkcji logo telemundoTelemundo (którą konkretnie i dlaczego – o tym za chwilę), na początek wybrałam wersję z napisami i rozpoczęłam eksperyment, który – jak się wkrótce okazało – dawał i nadal daje całkiem ciekawe rezultaty. A w międzyczasie, w różnych miejscach w sieci, poczytałam trochę o popularności metody „na telenowelę" jako metody pomocniczej w nauce języka hiszpańskiego.

Co takiego jest w telenowelach hiszpańskojęzycznych, że potrafią służyć jako naprawdę dobre wsparcie w przyswajaniu języka?

1. Niezależnie w jakiej części świata i w którym roku serial został nakręcony, niezależnie jak szerokie spektrum umiejętności aktorskich wykazują osoby w nim występujące, jednego możecie być zawsze pewni: będą mówić powoli i wyraźnie. (No, może od czasu do czasu przyspieszą trochę – w końcu mamy do czynienia z opowieściami o wielkiej namiętności, zazdrości, zdradzie, rozpaczy itd. – ale zawsze bez szkody dla dykcji).

2. Ważniejsze kwestie są zawsze powtarzane. Na różne sposoby. Jeśli nie zdążycie się zorientować, co takiego don Renato powiedział swojej żonie Evie, że tej aż szczęka opadła, nie musicie nawet cofać odcinka do początku kwestii, bo jest bardziej niż prawdopodobne, że Eva, jak już odzyska zdolność mówienia, sama powtórzy słowa męża, żeby się upewnić, że dobrze usłyszała, i wszystko stanie się jasne. Albo inny przykład. Widzicie ten obrazek u góry? Pani trzymana przez pana mówi: ¡Suéltame! (Puść mnie!). Drugi pan popiera jej żądanie, krzycząc: ¡Suéltala, imbécil! (Puść ją, durniu!). Możemy sobie jeszcze wyobrazić, że wbiega służąca i woła zrozpaczona: ¡Señor, por favor, suéltela! (Proszę, niech pan ją puści!). Naprawdę tak to wygląda!

3. Bohaterowie telenowel ciągle coś od kogoś chcą, często komuś grożą, kompulsywnie zastanawiają się „co by było gdyby", gorączkowo próbują zrekonstruować utracone wspomnienia, a do tego podsłuchują i powtarzają to, co usłyszeli… Innymi słowy, mamy nieustanną okazję uczenia się i / lub powtarzania praktycznie wszystkich używanych w codziennej mowie czasów i trybów. Należy, rzecz jasna, wziąć poprawkę na to, że formy gramatyczne i słownictwo z serialu np. argentyńskiego będą się nieco różniły o tych z serialu np. meksykańskiego. Dlatego, jeśli nie macie szczególnych preferencji co do dialektu, jakiego chcecie słuchać, polecam produkcje wspomnianego już Telemundo z USA. Grają w nich aktorzy najróżniejszego pochodzenia (najczęściej: Meksyk, Argentyna, Kolumbia), a używają wystandaryzowanej wersji hiszpańskiego (z lekkim przechyłem w stronę meksykańskiej).

4. Niezależnie od tego ile trupów i ile zmian sojuszy między bohaterami przypada na jeden odcinek, niezależnie od tego, jak piętrowe okazują się tożsamości niektórych i jak często uznani za zmarłych okazują się żywi, trzeba przyznać, że fabuła dowolnej telenoweli jest w gruncie rzeczy przewidywalna, bo oparta na podobnych schematach, a słownictwo – niewyszukane. Dzięki temu (i dzięki wspomnianym w poprzednich punktach rzeczom) na stosunkowo wczesnym etapie nauki języka można zrezygnować ze wspierania się napisami.

To tyle o potencjalnym zastosowaniu telenowel jako pomocy w nauce języka. A teraz czas na kwestię zasadniczą: jak wybrać telenowelę, którą dałoby się oglądać przez dłuższy czas bez uszczerbku dla zdrowia?

La casa de al lado - plakatZacznijmy od tego, że nie każdy musi je oglądać, a nawet nie każdy powinien. Powiedzmy sobie szczerze: telenowele są głupie. Czy naprawdę chcecie patrzeć, jak młoda dziewczyna, której życie jest w niebezpieczeństwie, słysząc dzwonek do drzwi, radośnie biegnie otworzyć i nawet nie pyta, kto tam? Albo jak młody mężczyzna, będąc kochankiem swojej lekarki, wciąż zwraca się do niej usted (pani)? Jeśli jednak charakteryzujecie się dużą odpornością na absurd i chcecie spróbować coś obejrzeć, mam dla Was dobrą wiadomość: współczesne telenowele odchodzą już od schematu „biedny kopciuszek po wielu perypetiach wreszcie poślubia księcia", a przypominają raczej seriale sensacyjne, a czasem thrillery. Akcja w nich pędzi, ciągle ktoś ginie, można nie nadążyć ze zliczaniem trupów.

Jako pierwszy serial do oglądania wybrałam „El rostro de la venganza" (polski tytuł: „Oblicze zemsty"), przede wszystkim dlatego, że dużo w nim strzelają, no i ze względu na tę zemstę w tytule. Główny bohater został niesłusznie skazany za zabójstwo i spędził w więzieniu 20 lat… Czy coś Wam to przypomina? Ale nie, to nie on będzie się mścił. On będzie tylko próbował nauczyć się żyć w społeczeństwie, jako jedyny dobry i naiwny w otoczeniu samych intrygantów. (A to? Z czymś się Wam kojarzy?) Będzie też próbował przypomnieć sobie, co tak naprawdę się stało 20 lat temu, a mnóstwo osób będzie mu w tym przeszkadzało, nie przebierając w środkach.

To nie jest tak, że męczyłam się oglądając i że robiłam to wyłącznie ze względu na naukę języka. Ten serial naprawdę mnie wciągnął, a kilka wątków i postaci uważam za całkiem nieźle nakreślone. Podobał mi się biznesmen-bandyta, grany przez Saúla Lisazo, elegancki, uprzejmy i niebezpieczny. I podobał mi się sposób, w jaki została sportretowana jego rodzinka. Po kilkudziesięciu odcinkach na scenę wkracza też najciekawsza i kluczowa dla serialu (i świetnie zagrana!) postać pielęgniarki z interesującym zaburzeniem osobowości. Oczywiście momentów żenujących jest sporo, w końcu mamy do czynienia z telenowelą, ale poziom żenady określiłabym jako porównywalny z pierwszym lepszym filmem hollywoodzkim. Jeśli miałabym Wam polecić jakąś telenowelę, to na pewno „El rostro…"

Teraz z kolei oglądam „La casa de al lado" (polski tytuł: „Dom po sąsiedzku") i nadal jest interesująco, choć współczynniki absurdu i żenady dużo wyższe. Mamy tu dom rodziny Conde, w którym, jak co chwila słyszymy, „nic nie jest takie, na jakie wygląda" (i już od pierwszego odcinka domyślamy się, co konkretnie takie nie jest), mamy też dom po sąsiedzku, w którym dla odmiany wszystko jest do bólu takie, na jakie wygląda: mąż zły-że-aż-strach i jego niemożliwie zahukana żona. Są oczywiście romanse, intrygi, co chwila ktoś pada trupem, a całość stylizowana jest na opowieść gotycką (nie żartuję!). Ten tytuł też polecam, ale z pewną taką ostrożnością.

Jeśli macie jakieś swoje ulubione seriale (niekoniecznie telenowele), które pomogły bądź nadal pomagają Wam w nauce języków – zapraszam do dzielenia się tytułami.

 

Zobacz także:

Hiszpańskie filmy, które łatwo przeoczyć
Czy Polak może (na)uczyć się hiszpańskiego meksykańskiego?
Meksykanie i ich język: prawdy, półprawdy, ćwierćprawdy i słówka-jokery
Dlaczego warto oglądać obcojęzyczne „talent shows"
Jak słuchać, żeby usłyszeć

37 komentarze na temat “Jak oglądać telenowele i nie zwariować

    1. Dzięki za tytuł. Widzę, że Aida jest na youtubie, tylko niestety w dość kiepskiej jakości. Ale za ty słychać, co mówią.

      Jeśli chodzi o hiszpańskie seriale, dużo dobrego słyszałam o „El internado" i przymierzam się do oglądania.

      1. Jakiś czas temu zaczęłam oglądać El Internado i najważniejsze, co trzeba powiedzieć o tym serialu, to to, że jak się już zacznie oglądać, to nie można przestać. Gdybym nie miała żadnych obowiązków, to chyba bym obejrzała wszystkie sezony naraz. Fabuła bardzo wciągająca. A jest i wątek nawiązujący do Polski 🙂 Jeśli jeszcze się nie zabrałaś za Internado, to gorąco zachęcam. I trupów jest znacznie więcej niż w YSBLF 😀

  1. Ciekawy artykuł, sama zastanawiałam się nad nauką języka poprzez oglądanie seriali po hiszpańsku, więc być może skorzystam z którejś z wymienionych pozycji 😉 Choć nie wiem jak dużo zdołam obejrzeć (trochę przeraża mnie sama ilość odcinków).
    Plus, jako że hiszpański troszkę już znam, miałam w planach oglądanie filmów z napisami w tym języku, nawet jeśli wiązałoby się to z wielokrotnym zaglądaniem do słownika. Niestety, słuch mam fatalny, dodatkowo nie jestem zbytnio obyta z wymową (wiedza książkowa…) więc myślę, że łatwiej byłoby mi w ten sposób nad nią popracować.

    Jeśli chodzi o seriale, to oglądałam parę (wprawdzie z lektorem) odcinków Águila Roja i wydawał się całkiem ciekawy.

  2. Yo soy Betty, la fea – chyba każdy zna. Wersja oryginalna, na podstawie której nakręcono historie brzydul na całym świecie. Ta telenowela skłoniła mnie do tego, żeby w ogóle uczyć się hiszpańskiego.

  3. W pełni zgadzam się z tym wpisem. Mam tylko do Ciebie jedno pytanie, gdzie znajdujesz te seriale w wersji oryginalnej? Możesz polecić jakieś źródło? Jakieś strony do oglądania?

  4. @Callitus
    O „Rodzinie Serrano" słyszałam prawie tyle samo dobrego, co o „Internacie". W tej chwili moim głównym problemem jest brak osłuchania z hiszpańskim z Hiszpanii, a dobry serial może być niezłym motywatorem. (Najwyżej będę się trochę wspierać napisami na początku).

    @MKlara
    Zawsze możesz obejrzeć kilka odcinków na próbę, są w sieci i nic nie kosztują 🙂
    A oglądanie z hiszpańskimi napisami to niezły pomysł, pewnie zastosuję, jak będę oglądać coś robionego przez Hiszpanów.

    @Jula
    „Brzydula" to już klasyk. Jak dla mnie jednak trochę za mało tam trupów 😉

    @ciekawy
    „La casa de al lado" jest chyba w całości na youtube, w dobrej jakości. „El rostro de la venganza" lepiej oglądać stąd: http://www.urracatv.com/category/el-rostro-de-la-venganza
    Natomiast jak ktoś potrzebuje odcinków z polskimi napisami, to pozostaje tylko gryzoń (ten co przechowuje jedzenie w polikach).

  5. Ja nie obejrzałem żadnej telenoweli. Nie kojarzę żadnego ze wspomnianych wyżej tytułów. Jestem mężczyzną.

    W Polsce wielu wie, kim jest Natalia Oreiro, lub wiedziało za czasów mojej młodości. Spytajcie o Nią w Ameryce Łacińskiej! Poza południowym krańcem Ameryki Południowej ciekawe, czy ktoś znajdziecie jedną osobę, która to by wiedziała… Gdy zaczynałem się uczyć hiszpańskiego spytałem jedna dziewczynę (nie pamiętam skąd, chyba taką z Ekwadoru) i nie wiedziała, więc zaintrygowany pytałem od osoby do osoby. Pytałem różne osoby aż mi się znudziło. Do dziś nie znalazłem w Ameryce Łacińskiej dziewczyny, która znałaby nazwisko Natalia Oreiro (choć dawno już nie pytałem, ostatnio ze trzy lata temu nieco starszą ode mnie Kubankę i nie wiedziała). Szczerze mówiąc jest to też jedyne nazwisko z telenoweli, jakie sam potrafię wymienić. Że jestem mężczyzną już wspominałem. Natalia była dobra, ale na tapetę i poza tym na poziomie początkującym A1-A2 uczyłem się z tekstów Jej piosenek. Na tym kończą się moje doświadczenia z telenowelami.

    Serialem (nie telenowelą), który dobrze się ogląda jest „El cartel de los sapos". Dużo na nim mówią z kilkoma akcentami. Można obejrzeć kilka razy: spisywać wyrażenia, porównywać akcenty itp. Niestety trzy główne role kobiece obsadziły blondynki; jasne, to przecież serial południowoamerykański… Nie zmusiłem się by obejrzeć więcej niż do połowy skróconą wersję filmową pod tym samym tytułem – ten film to kompletna porażka.
    Wręcz przeciwnie film „Sin tetas no hay paraíso" mnie wciągnął, podczas gdy serial pod tym tytułem jest dla mnie nieoglądalny (chyba nie skończyłem drugiego odcinka), choć koleżanka (Kolumbijka z Polski) serial zachwalała, że zabawny itp.

    1. Dzięki za „El cartel", przyda się.

      A co do wspomnianych wyżej „Rodziny Serrano" i „Internatu" to nie są telenowele, zdecydowanie 🙂 A „Aída", z tego co się zorientowałam, to sitcom. Wszystkie hiszpańskie.

      To ciekawe, co piszesz o Oreiro. Kojarzę ją choćby dlatego, że jedna jej piosenka swego czasu załapała się u nas nawet na Listę Trójki (!), a „Zbuntowany anioł" do tej pory leci wieczorami bodajże na Pulsie.

      1. Właśnie zabawne. Gdy zacząłem uczyć się hiszpańskiego, przestałem kojarzyć Amerykę Łacińską z telenowelami. Wiem, że są i wiem, że się je ogląda, ale nie przychodzą mi jakoś na myśl. Czy nie jest też tak, że niektóre telenowele są zwyczajnie produktem eksportowym? Ciężko mi inaczej wytłumaczyć, dlaczego jak twierdzisz tak powoli i wyraźnie mówią.
        Widziałem kilka chińskich filmów. W Polsce rzadko je puszczają, głównie z Hong Kongu, nie Chin i to jedynie takie, gdzie wszyscy się biją robiąc przy tym głupkowate miny (komedia, czy dramat, tak samo głupie). Niedawno znalazłem jednak ciekawy film chiński (po kantońsku?), na którym nikt się nie bił i nikt nie robił głupich min, a film był ciekawszy i w miarę rozwoju akcji zmuszał do intelektualnego wysiłku – czy ktoś uwierzy, że chiński!!!???

        Jeszcze odnośnie „El cartel de los sapos": zacząłem czytać też książkę pod tym tytułem, ale tylko pierwsze w niej słowa były interesujące. Dalej zaś nie przebrnąłem.

      2. Ja chyba w ogóle nie kojarzyłam Ameryki Łacińskiej z telenowelami – moje pierwsze skojarzenia to Vargas Llosa (choć dziś to już praktycznie Europejczyk), Borges i Cortazar. I chilijskie wina. Dopiero jak zaczęłam się uczyć hiszpańskiego, to w pewnym sensie zainteresowałam się telenowelami 🙂

        I wiesz? Mam swoją teorię, dlaczego w telenowelach mówią wyraźnie i się powtarzają. Są to seriale przeznaczone dla gospodyń domowych. A taka gospodyni domowa, oglądając, jednocześnie robi masę rzeczy. A to coś pokroi, a to wrzuci na skwierczący tłuszcz, a to zmyje parę naczyń. No i każdy taki odcinek jest obliczony tak, żeby mogła co jakiś czas stracić dwie-trzy minuty i nie pogubić się kto, z kim i dlaczego…

        Co do chińskich filmów to faktycznie stereotypy są jakie są. Chyba nie znam żadnego chińskiego filmu. Oglądałam za to kiedyś kilka koreańskich (z Korei Południowej oczywiście) i były bardzo dobre. Ale po prostu chyba koreańscy reżyserzy są bardziej niż chińscy znani na świecie.

      3. Twoje tłumaczenie dlaczego mówią wolno, wyraźnie i się powtarzają jest lepiej dopracowane od mojego. Może o to więc chodzi… Można mieć telewizor w pokoju i oglądać z kuchni.

        Widziałem za to film „Evo Pueblo" nakręcony na chwałę przywódcy boliwijskiego. Po mowie w życiu bym nie zgadnął, że ten film jest boliwijski. Mówią wolno, wyraźnie, z dziwnym akcentem, ścieżka dźwiękowa nakręcona niezależnie od obrazu i brzmią ohydnie (mówię w 100% dosłownie o moich fizjologicznych odczuciach). Wydaje mi się, że celem tego zabiegu językowego była eksportowość – jakie są alternatywy? Nie rozumiem… Dla mnie jednak był to zabieg zupełnie zbędny i tylko jeszcze bardziej odrealnił film, który i bez tego był jednym z najbardziej absurdalnych filmów, jakie widziałem (choć gdy się chwilę zastanowić propaganda strony przeciwnej w postaci filmu o tym, jak Chuck Norris leci do dżungli w A.Pd. walczyć z producentami narkotyków nie jest ani mądrzejsza, ani zgodniejsza z rzeczywistością, oraz kształtuje równie wypaczony obraz w społeczeństwie, z tą jedynie różnicą, że film nie jest „na faktach").

        We wspomnianym „El cartel de los sapos" język dostoswany jest może w tym sensie, że nie pamiętam, bym usłyszał choć jedno „hijo'e'puta" (nie gwarantuję, ale nie pamiętam, bym słyszał), co jest dość nienaturlane u ludzi z klas społecznych, do których ma należeć połowa bohaterów serialu. Poza tym mówią dość naturalnie. Jest kilka różnych akcentów z Kolumbii, ale też ze Stanów Zjednoczonych. Nowe akcenty dochodzą wraz z nowymi postaciami w kolejnych odcinkach serialu. Są liczne formy voseo i ustedeo: początkujący winni uważać, gdy słyszą ¡esperame! – nie to samo, co ¡espérame!
        Tak więc dalej z Twoich przykładów możemy usłyszeć raczej: !soltame! (chyba było) i ¡suéltela! (to było) raczej niż ¡suéltame! i ¡suéltala!, choć te formy są również możliwe. Wszystko jest wymieszane.

      4. @Piotrze, pytam z ciekawości, pamiętasz może tytuł tego filmu?
        Rzeczywiście jest problem ze znalezieniem dobrego (tj. takiego, który da się oglądać dłużej niż 15 min. ) kantońskiego filmu (z Hong Kongu) o mandaryńskich już nie wspominając ( z Chin kontynentalnych). 90% kantońskich filmów to:
        a) komedie – bijatyki (z Jackie Chanem i/lub Sammo Hung Kam Bo’em), przy których filmy z Brucem Lee są rozrywką intelektualną (swoją drogą filmy Małego Smoka nie są takie złe – mają jakieś przesłanie uzasadniające przemoc, zwłaszcza, że wcześniej dominowały mandaryńskie produkcje, w których bohaterowie latali, a w trakcie walki obcinali sobie wzajemnie kończyny, aż został sam korpus).
        b) filmy Stephen’a Chowa (周星馳) genialnego aktora grającego w reżyserowanych przez siebie ‘tragicznych’ filmach będących mieszanka kung-fu, komedii, absurdu i żenujących (to lekko powiedziane) żartów.
        c) śmiertelnie poważne filmy z udziałem gangów, triady, bosów mafijnych i łepków latających z maczetami.

        Dobre filmy z wątkiem kryminalno – policyjnym to trylogia: Infernal Affairs 《無間道》 (po polsku ‘Piekielna gra’), oraz przyzwoite: Confession of Pain 《傷城》 Bolesna spowiedź, Nightfall 《大追捕》Mroczny Hongkong, Running Out of Time 《暗戰》 Zdążyć przed czasem, oraz ze względów ‘estetycznych’ 😉 So Close 《夕陽天使》Zabójcze trio.
        Całkiem niezłe są też romantyczne (niekomedie): City of Glass 《玻璃之城》, Comrades: Almost a Love Story 《甜蜜蜜》 Historia pewnej przyjaźni i Chungking Express《重慶森林》.

      5. Kiedy oglądałem ten film wydawało mi się, że nie jest po mandaryńsku, stąd przypuszczałem, że może po kantońsku. Stąd też przez brak pewności napisałem znak zapytania. W tej chwili muszę bardzo przeprosić, gdyż w tym momencie na nowo się w wsłuchuję w dialogi i złapałem „wo ai" tłumaczone w angielskich napisach (są też chińskie napisy) na „I love", czyli jednak jest to język mandaryński…

        W napisach, które są po angielsku i chińsku często powtarza się China i nie widzę nigdzie słowa Hong Kong, więc domyślam się, że jest produkcji chińskiej.

        Tytuł filmu w wersji angielskiej to:
        5th September 2011 Clear to Cloudy

        Problem w tym, że na YouTube filme ten nie widnieje pod tym tytułem. Ja go ściągnąłem na dysk i zmieniłem nazwę pliku. Na YouTube jest jakoś inaczej podpisany, coś w stylu „Chinese erotic movies", to było dłuższe sformułowanie, którego już nie pamiętam… Powtarzam, że to nie jest film erotyczny, ale tak go na YouTube podpisano.

        W tym momencie dopiero dostrzegłem, że jest to jednak język mandaryński…

        Film jest ciekawy. Zaczyna się jak całkowicie zwyczajny filmik, jakieś romansidło może, nic szczególnego. W 1/3 okazało się, że jest czymś zupełnie innym niż się wydawał w pierwszych scenach. Myślałem, że już wiem, czym jest. W 2/3 zaś się okazało, że jest czymś zupełnie innym niż myślałem w 1/3. Musiałem oglądać w skupieniu, by zrozumieć przewrotną akcję. Film widziałem ledwie 28 września (sądząc po dacie modyfikacji nazwy pliku), w tej chwili mam ochotę znów go obejrzeć.

        Sorry za błąd!

      6. @Piotrze, spoko :). Na razie nie znalazłem, ale pewnie z ciekawości jeszcze poszperam.
        Nie wiem, czy zetknąłeś się kiedyś z ‘chińskim wynalazkiem’ tj. filmem z podwójną, równoległą ścieżką dźwiękową. To może być ciekawe doświadczenie https://www.youtube.com/watch?v=hQ6WeHcjj0s (niestety trochę słaba jakość obrazu): w lewej słuchawce / głośniku aktorzy mówią po kantońsku, w prawej po mandaryńsku, są też napisy po mandaryńsku i angielsku. Widziałem już kilka filmów w takiej konwencji :).

      7. Jeśli Ci Michale na filmie zależy, mogę Ci przesłać przez jakiegoś dropboxa. Niestety mam tymczasowy problem z internetem w postaci limitowanego transferu, więc dopiero w dogodnej chwili…

  6. Obejrzałam wczoraj przed snem pół odcinka „El cartel de los sapos" i musiałam się mocno koncentrować, żeby się połapać, o czym oni w ogóle mówią (z czego wnioskuję, że faktycznie muszą mówić naturalnie). Voseo akurat o tyle mnie zdziwiło, że kojarzyło mi się wyłącznie z rioplatense, no ale potem doczytałam w internetach i już mnie nie dziwi.

    A moje pierwsze zetknięcie z voseo to był moment, kiedy przypadkowo wpadłam na piosenki Urugwajczyka Fernando Cabrery (a mój hiszpański był wtedy gdzieś pomiędzy A1 i A2). Cabrery jest mnóstwo na youtubie, często z transkrypcją tekstu, więc słuchałam sobie, próbowałam coś tam tłumaczyć, no i widzę tytuł: „No te acordás". Ależ miałam zagwozdkę, co to takiego 🙂

    1. Obejrzałam wczoraj przed snem pół odcinka „El cartel de los sapos” i musiałam się mocno koncentrować, żeby się połapać, o czym oni w ogóle mówią (z czego wnioskuję, że faktycznie muszą mówić naturalnie).

      Mogę pochwalić się, że rozumiem chyba każdy wyraz wypowiedziany na przestrzeni 57 odcinków tego serialu. Deklaracja ta brzmi zobowiązująco, ale w istocie rozumiem co mówią od niechcenia. To jest jednak ściśle MÓJ DIALEKT (z innym dialektem byłoby oczywiście gorzej ;-)). Ten serial nie jest też szczególnie ciężki w rozumieniu pod względem wymowy – przykładowo, jakiś czas temu dałem tytuły kilku filmów, które są zdecydowanie trudniejsze. Ten serial klasyfikuję jako ŚREDNI w trudności (są kolumbijskie filmy prostsze i kolumbijskie filmy trudniejsze). Z drugiej zaś strony:

      1) Mój pierwszy w życiu kontakt z wiarę naturalną mową filmową z Kolumbii wyglądał chyba gorzej, niż to co opisujesz, bo nie rozumiałem praktycznie nic – ewidentnie znasz hiszpański sporo lepiej, niż ja wówczas. To kwestia osłuchania z językiem ogólnie, ale i osłuchania z regionalną wymową szczegółowo.

      2) To co może być rzeczywiście trudne językowo w tym serialu to wyrażenia potoczne i slangowe, obecne w praktycznie rzecz biorąc każdej wypowiedzi na przestrzeni odcinków (poza wypowiedziami formalnymi jak z ust adwokata, czy sędziny, które też są CENNE). To są wyrazy, większości których nie zrozumie nikt spoza Kolumbii, a pewną część z nich zrozumieją najbliżsi Kolumbii sąsiedzi (Wenezuela, Ekwador, Panama). Wyrazów jest dużo, łatwiej odesłać do specjalistycznego słownika, niż zrobić na szybko ich listę. Oczywiście, nie wszystkie są aż tak straszne, jak to rysuję, ale muszę przyznać, że jednak trzeba znać język ściśle z Kolumbii, by wszystko rozumieć. Nie wszystkie wyrazy zasługują na miano slangu, wiele z nich jest obecnych w języku codziennym Kolumbijczyków ze wszystkich warstw społecznych. Język potoczny potrafi się bardzo różnić pomiędzy państwami, czego nie sposób uchwycić na filmach dubbingowanych w kompletnie SZTUCZNYM hiszpańskim. Myślę jednak, że w kontekście wypowiedzi, zazwyczaj nie uniemożliwiają oglądania serialu.

      Z serialu można nauczyć się wielu naturalnie brzmiących sformułowań, typu Vos sabés cómo se mueren los sapos… ¡Destripados! (Ty wiesz jak umierają kapusie… Wypatroszeni!)

      Voseo używa się w kilku częściach Kolumbii i są to morfologicznie dwa różne rodzaje voseo, z czego w serialu można usłyszeć tylko ten powszechniejszy z nim i jest to morfologicznie ten sam rodzaj voseo co w rioplatense.

      Mimo wszystko, serial warty obejrzenia i przydatny w nauce od C1.

      1. I jeszcze co mogę dodać… Ty się Adriana uczysz hiszpańskiego z Meksyku. Niedawno widziałem film dokumentalny o pająkach produkcji meksykańskiej z dużą ilością wywiadów. Mówili bardzo wolno i bardzo wyraźnie. Rozumiałem wszystko (nie pamiętam, bym nie zrozumiał jakiegoś słowa). Mimo to, słuchałem z niezwykłym napięciem. Było dla mnie zauważalnie niewygodne wsłuchiwać się w mowę wolno, lecz naturalnie wymawiających Meksykan (przeciwnie niż wytrenowanych meksykańskich aktorów). Nikt w „moim" regionie tak nie wymawia! Tak więc kwestia rozumienia jest dialektalna.

    2. A moje pierwsze zetknięcie z voseo to był moment, kiedy przypadkowo wpadłam na piosenki Urugwajczyka Fernando Cabrery (a mój hiszpański był wtedy gdzieś pomiędzy A1 i A2).

      Moje pierwsze zetknięcie z voseo było w pierwszym tygodniu mojej nauki hiszpańskiego, jak zgadałem się na chacie z jakąś dziewczyną z Argentyny. Oczywiście, nasza rozmowa toczyła się głównie w języku angielskim. Zanim to było, już wiedziałem czym voseo jest i uczyłem się go jednocześnie z formą „zwyczajną". Ja się tak od pierwszych dni uczyłem jednocześnie po hiszpańsku i argentyńsku; dopiero na poziomie B1 porzuciłem Hiszpanię i Argentynę i skoncentrowałem się geograficznie „na środku". W różnym czasie byłem pod różnymi wpływami, ale jednak w „środkowym regionie". Kolumbia jest fajna pod tym względem gdyż obejmuje zarówno tuteo, voseo w dwóch odmianach, jak ustedeo, a nawet kolejne formy (choć nie gramatyczne) jak sumercé. To jest bardzo zmienne nie tylko regionalnie i nie tylko w zależności od tego do kogo się zwracają (grzecznościowe, potoczne), ale nawet od nastroju – Kolumbijczyk może zwracać się do Ciebie przez , ale gdy się obrazi zacznie Ci ubliżać przez usted, by się w ten sposób zdystansować.

  7. A, jeszcze co do Telemundo i ewentualnej eksportowości ich telenowel. Mogę się mylić, bo nie zgłębiałam tematu jakoś szczególnie, ale wydaje mi się, że kanał Telemundo jest wręcz przeciwieństwem eksportowości. Bo to kanał, który skupia wszystkich hiszpańskojęzycznych imigrantów w USA, którzy pewnie nawet niekoniecznie są zainteresowani nauką angielskiego. Stąd też pewnie wzięła się standaryzacja języka – żeby przynajmniej hiszpański nie brzmiał dla nikogo z nich jakoś szczególnie obco. Ja nawet tokszoły ich produkcji jestem w stanie oglądać bez szczególnego problemu – a przynajmniej dopóki gość, który występuje, za bardzo się nie zdenerwuje i nie zacznie podskakiwać, jednocześnie coś tam skandując, a najlepiej jeszcze przekrzykując się z innym gościem. (Inna sprawa, że tego typu programów nie da się oglądać na trzeźwo – to przekracza nawet moją skłonność do poświęcenia w imię nauki języka 😉 )

    Ciekawostka: jak jeszcze byłam przyklejona do programów informacyjnych i dokumentalnych telewizji dominikańskiej, zwróciłam uwagę na jedną dziennikarkę, która mówiła jakoś tak inaczej niż pozostali, jakoś bardziej zrozumiale. Okazało się, że z pochodzenia była bodajże Kolumbijką, a całą młodość wychowywała się w USA, w środowisku imigrantów.

  8. Zacząłem ubiegłej nocy oglądać serial „Regreso a la Guaca". Zobaczyłem 3 capítulos i serial zapowiada się ciekawie. Serial jest kontynuacją wydarzeń z filmu „Soñar no cuesta nada" (trzeba obejrzeć na początku zanim zaczniemy oglądać serial), który to film widziałem już dawno, gorąco go polecam i klasyfikuję jako raczej prosty w rozumieniu (serial zaś prosty/średni w rozumieniu, w sumie nie słyszę istotnej różnicy w trudności).
    Problem w tym, że nie dość, że poszczególne odcinki serialu są porozbijane na 5 kawałków, co jest dość niewygodne, to same odcinki są na YouTube błędnie ponumerowane. W efekcie jako pierwszy widziałem odcinek trzeci, podpisany jako pierwszy (którego mam tylko 4 kawałki), a dwa pierwsze odcinki zobaczyłem po odcinku trzecim cały czas się zastanawiając jak je poukładać po kolei… W serialu denerwuje mnie zbyt uporczywa ścieżka dźwiękowa i pokazywanie co było w poprzednim, a co będzie w kolejnym odcinku.
    W końcu, polecam obejrzeć przynajmniej film „Soñar no cuesta nada". Jest to coś w stylu dramatu/ filmu akcji, który ogląda się zdecydowanie jak komedię. Bardzo przyjemny filmik z wyraźną mową; wprawi we wspaniały nastrój.

    Przychodzi mi też na myśl serial „Operación Jaque" opowiadający prawdziwa historię. Odcinki na YouTube znów są porozbijane każdy na 7 kawałków. Serial liczy jednak tylko dwa odcinki, więc myślę o nim jak o dwuczęściowym filmie. Bardzo ciekawy, zwłaszcza pierwszy odcinek. Film klasyfikuję jako najwyżej średni w trudności rozumienia.

    Podobny tematycznie (opowiada o uprowadzeniu przez siły FARC) powyższemu serialowi/filmowi i również na faktach jest film, który widziałem kilka dni temu: „La Milagrosa". To jest doskonały film. Ponieważ przez pierwsze dwie minuty są tylko napisy i słychać sapanie, akcja zaczyna się w drugiej minucie. W trakcie trzeciej minuty pomyślałem sobie, że trzeba być chorym psychicznie, by to oglądać. W ósmej minucie (de facto szóstej minucie filmu) się popłakałem i musiałem zatrzymać na chwilę film, bo nie widziałem dobrze. Film polecam; klasyfikuję jako prosty w rozumieniu.

    1. Ubiegłej nocy skończyłem oglądać serial Regreso a la guaca. Również pod koniec odcinki bywały błędnie ponumerowane. Serial bardzo mi się spodobał; akcja tak mnie wciągnęła, że nie byłem w stanie myśleć o nauce języka, prędzej, gdy będę go oglądał drugi raz :-). Na przestrzeni serialu wyłapałem tylko lub aż 3 nowe słówka (mimo, że perfekcyjnie rozumialne z kontekstu), więc chodzi mi gł. o stały kontakt z akcentem. W serialu pojawia się kilka akcentów, choć nie słyszałem bardzo silnych, charakterystycznych akcentów regionalnych.

      „Regreso a la guaca" – „Powrót do skarbu" [guaca – Col. zakopany skarb]
      „El cartel de los sapos" – „Kartel kapusi" [sapo – Col. kapuś, sprzedawczyk, konfident]

      Oba seriale klasyfikuję jako średnie w trudności językowej. Widziałem niedawno urywki z odcinków kolumbijskiej telenoweli historycznej (okres walki o niepodległość) „La Pola". Trudność językowa SZOKUJĄCO NISKA. Myślałem, by mimo to spróbować obejrzeć, ale jedna rzecz mnie zniechęciła – ja poznaję twarze niektórych aktorów (grali w innych filmach kolumbijskich) i w La Pola mówią nie tylko znacznie wyraźniej, ale też ze zmienionym akcentem!!! Tę telenowelę puścili w różnych krajach poza Kolumbią. Rzeczywiście z językiem w telenowelach jest chyba coś nie tak, jest zmieniony, uproszczony.

      Z La Pola pewnie i można się uczyć na poziomie średniozaawansowanym, ale skoro aktorzy mówią z pozmienianymi akcentami, pytanie brzmi czego właściwie?

  9. 🙂 Dzięki za kolejne tytuły. Właśnie szukam czegoś w miarę nietrudnego w rozumieniu, co nie byłoby telenowelą, bo ostatnio mam wrażenie, że jednak zwariuję, jak dłużej będę oglądać „La casa de al lado" i kolejny raz zobaczę grupę ludzi niesamowicie zdziwionych, że ktoś w nocy wszedł im przez okno i uczynił ZŁO (czy te okna u nich otwierają się z zewnątrz?!?)

    1. To może zapytam tak: jaki gatunek by Cię interesował? Komedia, dramat, horror?

      Ja natomiast byłbym wdzięczny komuś za namiary na dobre w miarę współczesne filmy peruwiańskie. Sam mogę polecić dwa filmy peruwiańskie, bardzo ciekawe i raczej proste/średnie w trudności rozumienia ze słuchu:

      Máncora [Perú, 2008] – film dużo ciekawszy niż się zapowiada z pierwszych scen. Warto zobaczyć.

      Altiplano [Perú, Bélgica, Alemania, Holanda, 2009] – film mówiony w aż 5 językach z których dumnie władam trzema: hiszpański, chanka (quechua ayacuchano), angielski i w dwóch, których nie znam: francuski i bodajże perski (jak dobrze pamiętam). Jest nawet piosenka w języku polskim! Napisy po hiszpańsku zawsze gdy mówią w innym języku.

      Oba filmy godne polecenia i niezbyt trudne pod względem językowym, co nie znaczy, że do ich pełnego zrozumienia wystarczy sam hiszpański.

      1. Ah, przepraszam, nie jest czysty chanka (choć aktorka grająca główną bohaterkę jest jego użytkowniczką), ale mniejsza z tym, w jakim dialekcie kazano wypowiadać słowa aktorom. To jest „dobrze rozumiejący się" keczua południowy.

  10. Ja bardzo polecam „El Príncipe", serial na wysokim poziomie, poza tym jeśli znacie Arturo Perez-Reverte. I jego książkę „królowa południa" to jest też serial na podstawie o tym samym tytule. Dla mnie trochę za bardzo odchodzi od książki ale wciąż ciekawy,dość niej typowy serial.

    1. „El Príncipe” nie znam, ale „Królową południa" zaczęłam niedawno oglądać i bardzo lubię. Językowo zdecydowanie trudniejsza niż zwykłe telenowele, a przy tym naprawdę dynamiczna akcja. Aż się rozejrzę za książką, z Pereza-Revertego znam tylko „Klub Dumas".

    1. 1 – Extra auf deutsch

      2 – Deutsch Plus

      3 – Jojo sucht das Glück (z zastrzeżeniem, że to jest strasznie słabe)

      Wszystko dostępne w Youtube
      Pzdr.

  11. Dzięki wielkie!
    Czytając te komentarze mam wrażenie, że piszą tu tylko prawdziwi fascynaci,którzy tworzą małą społeczność na miarę XXI wieku, w końcu to internet 🙂

  12. Polecam gorąco Triumf Miłości (Triunfo del Amor), który oglądam jako odmóżdżacz, ale i po to, by wsłuchać się w ten piękny język. Akcja się ciągnie w nieskończoność, ale czy którakolwiek pani będzie narzekać, jeśli gra tam William Levy? Zwłaszcza, że każą temu przystojniakowi zdejmować koszulkę, kiedy tylko może… 😀

  13. własnie przymierzam sie do obejrzenia jakiegoś serialu w celach naukowych i mam prośbe o podanie linka z filmikami zawierającymi odcinki telenowel, w których napisy będa po hiszpańsku. Będę wdzięczna za pomoc, pozdrawiam

    1. @Aneta

      Niestety, nie pomogę Ci w znalezieniu dokładnie tego, czego szukasz, ale nie chcę zostawić Twojego pytania bez odpowiedzi, bo obawiam się, że takim już mogłoby pozostać.

      Ale…

      A gdybyś tak spróbowała bez napisów? Szukasz czegoś z hiszpańskimi napisami, z czego wnioskuję, że coś już rozumiesz po hiszpańsku, prawda? Wierz mi, że telenowele (w większości) naprawdę są łatwe do zrozumienia. A jeśli nie są od razu zrozumiałe, to jest to kwestią przyzwyczajenia. Czasem tylko będziesz musiała zajrzeć do słownika, żeby się upewnić, jak pisze się dane słowo.
      Jeśli jeden tytuł nie będzie Ci odpowiadał, to sprawdź następny, a potem jeszcze następny. Zawsze byłam i nadal jestem zwolenniczką stopniowania trudności: uważam, że należy zaczynać od rzeczy, które są dla nas w miarę zrozumiałe.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ