Jeszcze o szkołach językowych

stalowkaJeszcze o szkołach językowych

„Chciał(a)bym zacząć uczyć się nowego języka” lub „przydałoby się popracować nad znajomością języka X”: kiedy takie myśli kiełkują Ci w głowie, od czego zaczynasz? Przeglądasz oferty szkół językowych i ogłoszenia korepetytorów, zaczynasz szukać na własną rękę w internecie lub w bibliotece porad i materiałów? Kiedyś bez zastanowienia obrałabym tę pierwszą taktykę, lata doświadczeń sprawiły, że nieco zmieniłam poglądy, choć wciąż jestem nastawiona do szkół językowych bardziej pozytywnie niż Adriana, która poruszyła ten temat tutaj. Jednoznacznie krytykując szkoły językowe, podcinałabym gałąź, na której sama siedzę, więc pozwolę sobie wtrącić trzy grosze do dyskusji.

Nie wiem, jakie są Wasze doświadczenia związane z nauczaniem języków w szkołach publicznych, ale moje nie należą do najlepszych. W liceum chodziłam do klasy z rozszerzonym (w teorii) angielskim. Jak to wyglądało w praktyce? Nauczycielka notorycznie spóźniała się lub zadawała nam coś do zrobienia, a sama np. przesłuchiwała chętnych do udziału w szkolnym konkursie talentów. Do dziś żałuję, że nie zdecydowałam się na klasę z niemieckim. Musiałam jednak jakoś przygotować się do rozszerzonej matury. Po konsultacji z mamą zapisałam się na kurs językowy i to była dobra decyzja. Nie byłam wtedy na tyle zmotywowana i zorganizowana, by sama rozplanować naukę. Uważam, że jeśli zamierzamy np. zdobyć certyfikat z języka obcego, uczęszczanie na kurs może być bardzo przydatne. Podczas zajęć możemy ćwiczyć rozwiązywanie zadań, strategie egzaminacyjne, rozwijać sprawności językowe wymagane ne egzaminie, a wszystko to pod okiem nauczyciela. Nie twierdzę tutaj, że kurs jest w tym przypadku jedyną czy najlepszą opcją, ale na pewno jedną z wartych rozważenia. Niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z kursem ogólnym, czy egzaminacyjnym, uczęszczając na niego, przeznaczamy te Y godzin w tygodniu na naukę, najczęściej mamy też prace domowe i testy lub kartkówki, co zachęca do pracy osoby, które miewają problemy z wewnętrzną motywacją i potrzebują „bata”. Ważny jest również, zwłaszcza w początkowych etapach nauki, kontakt z nauczycielem. Lektor wytłumaczy kłopotliwe zagadnienia i wyłapie błędy, zanim je sobie utrwalimy (z doświadczenia wiem, że takie błędy trudno potem wyplenić). Dobry, cierpliwy i wykwalifikowany nauczyciel to prawdziwy skarb.

Niestety, nikt jeszcze nie nauczył się języka obcego dzięki samemu chodzeniu do szkoły językowej (a przynajmniej ja nikogo takiego nie znam). Sama złapałam się na tym, że mając półtorej godziny tygodniowo zajęć z japońskiego rzadko zasiadałam do nauki tego języka, bo zakodowałam sobie, że „przecież w środę się tym zajmę”. Niestety, te 90 minut bardzo niewiele, niezależnie od tego o jakim języku mówimy, a w odniesieniu do japońskiego, posługującego się innym systemem pisma, to tylko kropla w morzu naukowych potrzeb. Uczenie się i nauczanie znaków to temat-rzeka, który zresztą wielokrotnie podejmował w swoich inspirujących wpisach Michał. Na pewno nie wystarczy kilkakrotne zapisanie kanji podczas zajęć, należy im poświęcić więcej czasu i znaleźć metody, które będą dla nas skuteczne.

Zajęcia oceniam pozytywnie: czytaliśmy i tłumaczyliśmy różnorodne teksty, poznawaliśmy nowe zagadnienia gramatyczne, rozmawialiśmy… Jedynie tych rozmów nieco zabrakło i często ograniczały się one do „co robiłeś w tym tygodniu”, mimo że na tym poziomie można by prowadzić może nie dysputy na tematy polityczne czy filozoficzne, ale nieco bardziej rozbudowane dialogi.

Tak jak pisała Adriana, wiele zależy nie od samej szkoły, a od lektora, a rozbieżność poziomu zajęć w szkołach jest ogromna.  Na co więc zwrócić uwagę wybierając szkołę języków obcych, aby zwiększyć prawdopodobieństwo zadowolenia z wyboru?

Lektorzy i ich kompetencje. Z pewną dozą nieufności podchodzę do szkół, które reklamują się słowami „u nas uczą tylko native speakerzy”. Oczywiście, nauka z rodzimym użytkownikiem danego języka ma mnóstwo zalet, a jeśli ten posiada przygotowanie pedagogiczne, kursy, doświadczenie w nauczaniu, to już w ogóle cud, miód i orzeszki. Niestety, nie zawsze tak jest i czasami uczą osoby „z ulicy”, studenci Erasmusa, którzy chcą sobie dorobić itp. Mogą oni przeprowadzić ciekawe konwersacje (chociaż z drugiej strony, przy tylu wymianach językowych na żywo i online, porozmawiać można też za darmo), ale niekoniecznie wartościowe zajęcia z gramatyki, słownictwa, itp. Najczęściej miałam do czynienia z następującym modelem: wymiennie zajęcia z native speakerem i polskim lektorem.

Istotny jest też metajęzyk, którym posługuje się lektor. O ile na kursach z angielskiego na poziomie B1+/B2 rozmawialiśmy cały czas angielsku, to w przypadku kursu japońskiego od podstaw lektorka musiała się nieraz nagimnastykować, żeby mieszanką japońskiego i angielskiego z dodatkiem polskich wstawek i gestykulacji wytłumaczyć pewne zagadnienia. W końcu wszystko udało się zrozumieć i było to ciekawe doświadczenie.

Liczba osób w grupie. Zwykle uczyłam się grupie nie większej niż 6 osób. To tylko liczba orientacyjna, ale moim zdaniem więcej to już tłum.

Cena kursu i lokalizacja szkoły.

Wykorzystywane pomoce naukowe i ich dostępność. Jestem zwolenniczką podręczników, więc nie zapisałabym się na kurs reklamujący „naukę bez żadnych podręczników”, ale niewykluczone, że na takim kursie oferowane materiały dydaktyczne są wyselekcjonowane, różnorodne i interesujące. Niestety, bywa to trudne. Moje doświadczenie z kursu wakacyjnego hiszpańskiego od podstaw, który miał być rozgrzewką przed studiami: hispanohablante (nie pamiętam, z jakiego kraju), który na jednym z pierwszych zajęć kazał nam opisać nasz ulubiony film. Nie znając żadnego słownictwa dotyczącego kina, ba, mając bardzo ograniczone słownictwo w ogóle, nie mogłam sobie poradzić z tym zadaniem. Gdybyśmy chociaż dysponowali jakimś planem kursu i wiedzieli z wyprzedzeniem, jakim tematem będziemy się zajmować, moglibyśmy przygotować się w jakikolwiek sposób. Z drugiej strony, kurczowe trzymanie się podręcznika i skupianie się na „przerabianiu” go zamiast poznawaniu języka również nie jest korzystne.

Po prostu nauka. To super, jeśli szkoła organizuje wydarzenia związane z językiem i kulturą danego kraju. Fajnie urozmaicić zajęcia grami i komentarzami kulturowymi. Sama z nostalgią wspominam swój pierwszy kurs japońskiego, gdy graliśmy w karutę i składaliśmy origami, ale na wyższych etapach oczekiwałabym jednak skupienia się na nauczaniu jako takim.

I to właśnie jest najważniejsze. Niezależnie od tego, czy zdecydujemy się na kurs w szkole językowej, zajęcia indywidualne czy zostaniemy samoukami, musimy zadbać o kontakt z językiem i po prostu skupić się na nauce: nieraz praco- i czasochłonnej, ale jakże satysfakcjonującej!

Podobne posty:
O szkołach językowych
Czy warto zapisać się na kurs językowy?

8 komentarze na temat “Jeszcze o szkołach językowych

  1. Gosiu zgadzam się z Twoim zdaniem, wybór szkoły językowej to nie lada sztuka. Należy też pamiętać o tym, że żadna szkoła nas nie nauczy – uczymy się sami, a szkoła jedynie pomaga 😉

  2. Jedno małe sprostowanie: nie powiedziałabym, że mój artykuł o szkołach językowych był w tonie negatywnym, po prostu bardziej uwypukliłam zarówno potencjalne korzyści jak i pułapki związane z zapisaniem się do szkoły językowej. A jeśli faktycznie "brzmi" bardziej negatywnie niż pozytywnie, to pewnie dlatego, że Woofla w początkach działalności była ostoją radykalnych zwolenników nauki w 100% samodzielnej i możliwe, że nieświadomie dostosowałam się do klimatu 😉 Cieszy mnie jednak, że powoli, wraz z nowymi autorami, zaczyna panować w tej kwestii coraz większy pluralizm poglądów 🙂 Osobiście uważam, że trudno przecenić motywacyjny aspekt zajęć zorganizowanych. Zresztą pisałam o tym tutaj: http://woofla.pl/75-samouctwa-czyli-czarna-owca-na-woofli/ Oczywiście nie spotkałam się ze zrozumieniem ze strony radykalnych samouków, ale nauczyłam się, że nie mam się czego wstydzić ani z czego tłumaczyć. W tym akurat wypadku mogę z pełną szczerością napisać, że szanuję ich opinie, choć moje doświadczenie pokazuje, że dla mnie dobra jest nieco inna droga niż wyłącznie samodzielna nauka od początku do końca. (Hi hi, niektórzy będą musieli przygotować się na ciężki szok w związku z artykułem, który planuję gdzieś na koniec października – listopad).

    Zgadzam się oczywiście, że liczebność grupy w szkole językowej to ważny czynnik. Na moim pierwszym kursie zaczynaliśmy od bodajże ośmiu osób, pod koniec przychodziły już tylko trzy i nie ukrywam, że bardzo mi się podobał taki stan rzeczy.

    Zawsze też będę podkreślać, że wszystko tak naprawdę zależy od lektora. I żeby było śmieszniej, przynajmniej na poziomie początkującym stopień znajomości języka u nauczyciela nie ma aż takiego znaczenia jak jego umiejętności organizacyjne i atmosfera na zajęciach. Nie będę tu się rozpisywać, bo nie wiem, kto potencjalnie może ten mój komentarz przeczytać, więc powiem tylko, że jeśli chodzi o polskich nauczycieli i moje 1,5 kursu A1 i A2, to bez porównania więcej wyniosłam z kursu, na którym osoba prowadząca znała język – jak dziś widzę – słabo (ale wystarczająco, żeby nauczyć początkujących) niż z tego, który prowadziła osoba o naprawdę dobrej znajomości języka, ale niekoniecznie posiadająca umiejętności dydaktyczne.

  3. Wypowiadałam się już pod artykułem Adrianny w tym temacie i jeszcze raz powtórzę, że ja byłam bardzo zadowolona ze swojej szkoły językowej. Szkółka mała, lokalna, ale to nie przeszkadzało temu, by mieć świetnego lektora, który nie tylko uczył, ale i zarażał miłością do samego języka, jak i kultur krajów hiszpańskojęzycznych. Dużym plusem uczęszczania na zajęcia do szkół językowych jest systematyczność. Na własną rękę nie zawsze mamy do tego motywację. Poza tym towarzystwo. Grupa ma ten sam cel i razem do niego dąży. Jest wzajemna motywacja, wsparcie i pomoc. Bo czasami zagadnienie wytłumaczone przez nauczyciela może dalej sprawiać nam problemy. A jak ktoś inny wytłumaczy nam to samo, tylko, że innymi słowami, na "chłopski" rozum, od razu zapamiętamy w czym rzecz.
    A przy samym wyborze szkoły, można wziąć te wszystkie ważne aspekty pod wzgląd, ale i tak trzeba mieć też trochę szczęścia. To, że szkoła ma świetnych lektorów, grupy są małe, sposób nauczania jak najbardziej nam odpowiada nie znaczy, że będziemy się tam dobrze czuć. Duże znaczenie ma też to, kogo spotkamy w swojej grupie, z kim będziemy się uczyć. Nauka języka powinna być przyjemnością. Na zajęcia powinniśmy chodzić bez przymusu.
    I wiadomo, 2-3h tygodniowo nie wystarczą, by faktycznie nauczyć się języka. Ważna jest też praca w domu. Dlatego dobrze jest, gdy lektor zadaje prace domowe. A także obcowanie z żywym językiem. My na zajęciach często wymieniałyśmy się namiarami na jakieś ciekawe strony internetowy, filmy, muzykę itp.

    1. Zgadzam się z tym co piszesz i w sumie pokrywa się to z moim ideałem nauki w szkole językowej 🙂 Cieszę się, że Twoje doświadczenia w tym temacie są pozytywne. Mogłabyś napisać, jakiego języka uczyłaś się w ten sposób i na jakim poziomie?

    1. @Adriana, obawiam się, że nie jestem autorytetem w tej dziedzinie, bo czasy fascynacji anime mam już dawno za sobą, ale w sumie chętnie bym do tego wróciła i na jakichś konkretnych przykładach skomentowała język tam używany. Pomysł bardzo ciekawy, dziękuję za niego!

  4. Hm…w szkole językowej wszystko trochę zależy jak się trafi. Czy nauczyciel do nas dotrze. duże znaczenia ma też poziom grupy. Ja dopóki nie zaczęłam uczyć się sama nie wierzyłam do końca w rezultaty samodzielnej nauki… teraz akurat przerabiam kurs metodą Emila Krebsa tzw. krebsmethod.com i przyznam, że moje doświadczenia pokazują, że 2 miesięczny kurs daje mi więcej niż nauka w szkole… ale pewnie zależy od osobnika i od szkoły.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ