Język i myślenie: rozłącznie nierozłączni

jezykmyslenie

Myśl, co mówisz; mów, co myślisz… czy jakoś tak.

Pomimo tego, że teksty okołopsychologiczne cieszą się na Woofli raczej niewielkim powodzeniem (zrzućmy to na karb wcześniej ukształtowanych przyzwyczajeń czytelniczych), to kolejny tego typu artykuł trafia dziś na wasze stoły.  Zbierając w jednym miejscu znaną mi literaturę, postaram się przybliżyć dotychczasowe (znane nauce) odpowiedzi na pytanie: „Czy procesy myślowe mają czysto językowy charakter?".

Wypracowanych koncepcji jest w tej sprawie co najmniej kilka, z czego jedne zakładają minimalny prymat języka nad myśleniem, inne udowadniają, że procesy myślowe doskonale obejść się mogą bez umiejętności posługiwania się mową, jeszcze inne zakładają wzajemny, interakcyjny charakter języka i myślenia, spośród których (ostatnia z możliwych opcji) żadne nie ma dominującej roli.

„Language is froth on the surface of thought”

– John McCarthy

„Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa”

– Juliusz Słowacki

„Słowa podobne są do promieni X. Jeśli się nimi umiejętnie posługiwać, przenikają wszystko”

– Aldous Huxley

Wystarczy jednak odwołać się do zdroworozsądkowej wiedzy, aby zauważyć, że ludzkie poznanie nie ogranicza się wyłącznie do nazywania wszystkiego słowami. Dla wielu z nas niewysławialną koncepcją jest chociażby ta zakładająca istnienie Boga, zaś sfrustrowanym poetom nie udaje się często uzyskać satysfakcjonującego poziomu przekazu opartego na słowie.

internal_monologue

www.genius.com

Z drugiej strony, powszechne (także literackie) rozumienie samego procesu myślenia, rozmyślania czy przetwarzania bodźców ogranicza się do czegoś w rodzaju wewnętrznego monologu, często połączonego z „cichym mówieniem do siebie”, któremu towarzyszyć może mikroskopijne napięcie mięśni odpowiedzialnych za artykulację (mowa subwokalna). Nie należy także zapominać o słynnym, Joyce’owskim strumieniu świadomości, jako wiernej (możliwej do słownego spisania) reprezentacji myśli bohatera/bohaterów w skali niemalże 1:1.

JĘZYK MYŚLENIE?

Nie ulega wątpliwości, że widząc kota leżącego na stole, automatycznie pojawi się w naszym umyśle jego poznawcza reprezentacja. No dobrze, może nie jest to tak bardzo oczywiste, ale uwierzcie mi, że tak właśnie się zdarzy. Owa reprezentacja nie przyjmie wyłącznie postaci imagenu, tj. obrazowego wyobrażenia rzeczonego kota na rzeczonym meblu – jego koloru, ułożenia, czy szczegółów wyglądu. Wg Paivio, kodowanie spostrzeżonej sceny odbędzie się także na poziomie werbalnym (logogenowym).

imagenlogogen

Kot jest mój.

 

Na wymienionych wyżej poziomach nie rozróżnia się jednak wpływu jednego sposobu spostrzegania na drugi. Występują one równocześnie i są równie istotne w późniejszym rozpoznaniu danego obiektu.

Jednak czy sposób, w jaki manipulujemy słowem, może wpłynąć na to, jak myślimy o dowolnym zdarzeniu, osobie bądź zjawisku? Oczywiście – gdyż właśnie „manipulowanie" jest kluczowym pojęciem, zapewne wywołującym w czytelnikach specyficzne skojarzenia. Manipulowanie językiem rodem z Orwella, bądź też z (doskonale znanej naszemu narodowi) codzienności totalitarnej, to najbardziej koronne przykłady kreowania rzeczywistości za pomocą języka. Widząc niemieckie obozy zagłady większość z nas zobaczy zbrodnię ludobójstwa – zagorzały nazista nazwie ją jednak „ostatecznym rozwiązaniem kwestii żydowskiej".

Ciekawą, i chyba dość powszechnie znaną koncepcją jest teoria determinizmu językowego (Sapira-Whorfa), która postuluje absolutny wpływ języka na spostrzeganie rzeczywistości i formułowanie sądów przez ludzi. Ciekawym, praktycznym rozwinięciem tego typu stwierdzeń jest Goldbergowska hipoteza leksykalna, która posłużyła do stworzenia tzw. modelu „Wielkiej Piątki" ludzkiej osobowości. Analizując swobodne opisy usposobienia wielu ludzi, a także po prostu wertując słowniki i przyglądając się wszelkim przymiotnikom danego języka, wybierano te, które mogą służyć do opisu ludzkiej osobowości. Zatem „to, jaki jestem" oraz „to, jacy są inni" w całości sprowadzić można do dostępnych w danym języku słów i wyrażeń. Stosując odpowiednie metody statystyczne, głównie analizę czynnikową, oraz wielokrotne tłumaczenia międzynarodowe, panowie Costa i McCrae zaproponowali sprowadzenie niemal całego naszego jestestwa do pięciu nadrzędnych cech, wyrażonych rzecz jasna w języku: otwartości na doświadczenia, neurotyczności, ekstrawersji, ugodowości oraz sumienności.

Stojąca niejako opozycji do teorii Sapira-Whorfa koncepcja relatywizmu językowego w sposób przewidywalny osłabia uniwersalność takich konstruktów teoretycznych jak Wielka Piątka. Nie ma bowiem na świecie dwóch takich samych języków, które w identyczny sposób wyrażałyby rzeczywistość (zwłaszcza społeczną!).

 

MYŚLENIE JĘZYK?

Wtórność pojawienia się języka (mowy) do procesów myślowych zdaje się być oczywista z punktu widzenia chronologii rozwoju ludzkiego. Dziecko, a raczej niemowlę, które nie potrafi jeszcze posługiwać się językiem, wykazuje zdolności do percepcji, rozpoznawania, zapamiętywania informacji oraz rozwiązywania najprostszych problemów.
Również brak opanowania przez istotę ludzką umiejętności mówienia (lub bardzo późne jej nabycie, co oczywiście wyklucza jej pełny rozkwit) nie upośledza inteligencji pozawerbalnej. Znane są przypadki tzw. dzieci wilczych, które wzrastając z dala od cywilizacji i, w wyniku kontaktu z cywilizacją osiągając rozwój mowy właściwy dzieciom kilkuletnim, doskonale radziły sobie z zadaniami niewymagającymi posługiwania się językiem. Np. trzynastoletnie Genie, poddana intensywnej rehabilitacji i nie będąca w stanie wyjść poza telegraficzny styl wypowiedzi, osiągała dobre rezultaty wykonując czynności manipulacyjne i wzrokowo-przestrzenne. (Curtiss, 1977; Maruszewski, 2011).

Co w sytuacji uszkodzenia ustroju? Czy osoba dotknięta afazją, a więc czasowym bądź trwałym upośledzeniem rozumienia (odbioru) bądź wytwarzania mowy, utraci wszelkie zdolności umysłowe i wpasuje się w kategorię najcięższych upośledzeń? Afazja, ruchowa bądź czuciowa, związana jest z uszkodzeniem bardzo konkretnych, pojedynczych części mózgowia, odpowiedzialnych za produkcję bądź rozumienie mowy. Nie wpływa zatem ani na inteligencję ogólną, ani na żadne inne procesy intrapsychiczne i umysłowe właściwe człowiekowi zdrowemu. Mózg, choć zbadany w naprawdę sporym procencie, nadal nie odkrywa przed ludźmi ostatecznej odpowiedzi nt. tego, w jaki sposób mężczyzna dotknięty afazją nominalną, tj. niepotrafiący nazwać trzymanego w ręce kubka, doskonale zna jego zastosowanie i z łatwością zaparzy kawy całej rodzinie.

BRAK ROZSTRZYGNIĘCIA

Mam świadomość zarówno braku rozstrzygnięcia kwestii postawionej we wstępie, jak i niedostatecznego wyczerpania tematu. Czy myślenie może istnieć bez udziału języka? Czy język determinuje nasze myślenie o świecie?

A być może wystarczy po prostu mówić głośno tylko to, co gruntownie przemyślane?…

(Osobom zaintersowanym chociażby eksperymentom na małpach (ich zdolności przyswajania parajęzyka oraz inteligencji pozawerbalnej) oraz koncepcji nieco bardziej nudnych złożonych, jak np. teoria modularności Fodora, gorąco polecam literaturę uzupełniającą, wymienioną poniżej)

Warto zajrzeć:

  • Nęcka, E., Orzechowski, J., Szymura, B. (2006). Psychologia poznawcza. Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN.
  • Maruszewski, T. (2011). Psychologia poznania. Umysł i świat. Gdańsk: GWP.

Zobacz też…
Nie ma mówcy bez słuchacza, czyli nabywanie języka okiem B.F. Skinnera
O mowie słów kilka
Najpiękniejszy z językowych przełomów
Niemowląt sprawności językowe – część 1
Niemowląt sprawności językowe – część 2 + o dwujęzyczności słów kilka

14 komentarze na temat “Język i myślenie: rozłącznie nierozłączni

  1. Trochę bałaganu z tym Sapirem-Whorfem. Po pierwsze, determinizm to mocna wersja hipotezy (paradoksalnie niemająca wiele wspólnego z czymkolwiek, co napisał Sapir, czy nawet Whorf) właściwie przez nikogo współcześnie nie brana poważnie. Po drugie, nie ma żadnej sprzeczności pomiędzy determinizmem, a relatywizmem językowym. Wręcz odwrotnie: jeśli język determinuje sposób myślenia to z konieczności różne języki = różne sposoby myślenia; nie ma uniwersalnych prawd i zasad, a jedynie relatywne. Relatywizm jest w opozycji nie do determinizmu, a do uniwersalizmu językowego (który postuluje, że języki różnią się tylko „na powierzchni" a ich „struktura głęboka" jest taka sama).

    ***

    „Nie ma bowiem na świecie dwóch takich samych języków, które w identyczny sposób wyrażałyby rzeczywistość (zwłaszcza społeczną!)"

    Co masz na myśli?

    ***

    Tekst jest ogólnie fajny, ale moim zdaniem powinien być dwu- albo trzykrotnie dłuższy, żeby uniknąć wypaczających jego wymowę skrótów myślowych.

    1. Tekst jest ogólnie fajny, ale moim zdaniem powinien być dwu- albo trzykrotnie dłuższy, żeby uniknąć wypaczających jego wymowę skrótów myślowych.

      Pełna zgoda.

      Faktycznie, niefortunnie sformułowałam zależność między determinizmem oraz relatywizmem jako przeciwstawną/wykluczającą się.
      To o rzeczywistości społecznej było podobnież postulowane przez twórców koncepcji determinizmu; wydaje mi się, że próbowano udowadniać to badaniami głównie nad ludami prostymi (uproszczone w stosunku do „naszego" nazewnictwo kolorów etc.)
      Przypuszczam też, że między językami tzw. świata ucywilizowanego ciężko o dokładne oddanie realiów polityczno-społecznych z jednego języka na drugi.

      1. Język wyraża rzeczywistość – w jakim sensie ‚wyraża’? Że mówimy przeważnie o rzeczach, zjawiskach etc. znanych nam z doświadczenia? Że jest jakiś związek kauzalny między językiem a rzeczywistością społeczną? (np. znaczenie więzów rodzinnych w kulturze = bardziej rozbudowane słownictwo dot. pokrewieństwa; ale co z Chinami – oddzielne słowa na ‚starszego brata’ i ‚młodszego brata’ [i analogicznie z siostrami] w społeczeństwie jedynaków; ten argument trochę demagogiczny, ale patrz moja wymiana z Night Hunterem w komentarzach bodaj pod Peterlin 6). Że Szwedowi ‚rząd’ czy ‚państwo’ kojarzy się inaczej niż Polakowi, ma inne oczekiwania i domniemania co do jego działań? Ale przecież i po szwedzku i po polsku można opisać jakie skojarzenia ma druga strona i spekulować o przyczynach.
        ***
        Kolory. Zapewne chodzi o prace Berlina i Kaya. Istnieje (wg nich) 12 podstawowych kolorów; jeśli w jakimś języku jest mniej, to kolejność w jakiej się ‚pojawiają’ jest stała: jeśli są dwa to będzie to opozycja czarny/biały; jeśli 3 – jw + czerwony; jeśli 4-5 – jw + zielony i żółty; potem przybywa niebieski; następnie brązowy itd. Te wyniki (oczywiście później podważane, modyfikowane, bronione etc.) były silnym argumentem za uniwersalizmem (struktura głęboka wszędzie taka sama; 12 slotów na kolory uaktywnianych w stałej kolejności). Przy okazji – polski ma uboższy system kolorów podstawowych niż rosyjski.
        ***
        Kolory 2. W ostatnich 10-15 latach pojawiło się sporo badań potwierdzających miękką wersję Sapira-Whorfa – typowe przykłady to różnice w szybkości rozpoznawania kolorów pomiędzy użytkownikami języka który ma niebieski jako podstawowy kolor, a takimi, dla których niebieski to odcień zielonego. Tyle że w praktyce polega to na tym, że o ile jeden wykonuje zadanie z opóźnieniem 85 ms, to drugi zamiast tego ma 95 ms. Różnica jest, ale gołym okiem niewychwytywalna.
        ***
        „Ludy proste". Dziwny termin, pachnie XIX wiekiem (jak i determinizm językowy ;-)). Jeśli chodzi o to, co ja określam kulturami peryferyjnymi (tj. niebędącymi częścią dużego kręgu kulturowego /cywilizacji) to na ogół stopień komplikacji języka jest tam wyższy od ogólnoświatowej przeciętnej.

      2. „Ludy proste". Dziwny termin, pachnie XIX wiekiem (jak i determinizm językowy ;-)). Jeśli chodzi o to, co ja określam kulturami peryferyjnymi (tj. niebędącymi częścią dużego kręgu kulturowego /cywilizacji) to na ogół stopień komplikacji języka jest tam wyższy od ogólnoświatowej przeciętnej.

        Broń boże nie sugerowałabym się na twoim miejscu tym, że użyłam pierwszego lepszego określenia „kultur peryferyjnych", jakie wpadło mi do głowy. Tym samym nie zakładałabym, że utożsamiam poziom rozwoju cywilizacyjnego ze stopniem komplikacji języka.
        Co do Szwedów – lepiej mówię po angielsku i to po angielsku właśnie zdarza mi się częściej prowadzić dyskusje światopoglądowo-polityczne z obcokrajowcami. Być może faktycznie to nie różnice językowe, a poziom wiedzy nt. wschodu prezentowany przez przeciętnego, amerykańskiego nastolatka są tu problemem.
        Jestem jednak pewna, że im kultura bardziej oddalona od naszej, tym więcej czasu potrzeba na znalezienie odpowiednich słów do opisu naszej, polskiej rzeczywistości. Inną sprawą jest tłumaczenie „innostrańcowi" czegoś specyficznie polskiego na zasadzie porównań do zjawisk/obiektów, które dobrze zna ze swojej kultury.

  2. W artykule wykazałaś, że odpowiedź na postawione we wstępie pytanie „Czy procesy myślowe mają czysto językowy charakter" jest przecząca. Twoje Karolina problemy (tj. „brak rozstrzygnięcia") biorą się m.in. stąd, że nie wszystko, co się pojawia na drodze argumentacji (np. manipulacja słowna), w ogóle tyczy się pytania ze wstępu.

    (1) Niezdefiniowane procesy myślowe nie mają podłoża czysto językowego – moja papuga też myśli, a słowami się nie posługuje. (2) Podstawową funkcją słów jest funkcja komunikacyjna – ta u człowieka jest bardziej rozbudowana, niż u papug. (3) Komunikacja słowna jest rozbudowanym sposobem wpływania na cudze myśli („obozy są wspaniałym rozwiązaniam problemu żydów", lub „przynieś mi banana", ale równie dobrze mogę bezsłownie klepać się po brzuchu), (4) co nie znaczy, że procesy myślowe opierają się na słowach – nasza komunikacja (tj. sposoby wpływania na myśli) jest bardziej rozbudowana, ale jeśli nie mamy racjonalnego powodu by myśleć, że nasze procesy myślowe w podstawach różnią się od tych u papugi, to nie myślmy. Dziwi mnie, że psycholodzy tego wszystkiego nie wiedzą.

    Jeśli pytanie nie ma rozstrzygnięcia, błąd albo jest w pytaniu, albo część z drogi argumentacji nie tyczy się pytania.

    1. YPP, miło mi widzieć Cię ponownie jako komentatora pod moimi wpisami. 🙂

      Rzeczywiście, stwierdzenie o braku rozstrzygnięcia w stosunku do postawionego wcześniej pytania jest gwałtem na logice. Prawdopodobnie spiesząc się zapomniałam przeformułować wstęp.
      Jak pewnie widzisz, tekst zawiera zarówno argumenty „za", jak i „przeciw", dlatego nie może być mowy o moim orzekaniu o zdeterminowaniu myślenia wyłącznie przez język (vide Twoja papuga, jak i również mój kot).

      Dziwi mnie, że psycholodzy tego wszystkiego nie wiedzą.

      Ależ właśnie wiedzą… I to bardzo dobrze. Mój tekst może i jest niedopracowany, ale tendencyjny raczej nie. 😉

      1. YPP, miło mi widzieć Cię ponownie jako komentatora pod moimi wpisami.

        Mi miło czytać znów Twój artykuł. 🙂

        Rzeczywiście, stwierdzenie o braku rozstrzygnięcia w stosunku do postawionego wcześniej pytania jest gwałtem na logice. Prawdopodobnie spiesząc się zapomniałam przeformułować wstęp.

        Przeformułować wstęp? Czyli zadane w artykule pytania MIAŁY nie mieć odpowiedzi? Chciałabyś ułożyć wstęp z pytaniem, na które celowo nie zdołasz odpowiedzieć?

        Jak pewnie widzisz, tekst zawiera zarówno argumenty „za", jak i „przeciw", dlatego nie może być mowy o moim orzekaniu o zdeterminowaniu myślenia wyłącznie przez język (vide Twoja papuga, jak i również mój kot).

        Twój tekst nie zawiera argumentów „za" i „przeciw". Zawiera argumenty „przeciw" („chronologia rozwoju ludzkiego", „wilcze dzieci", „niewysławialne koncepcje"), gdyż argumenty „za" („kreowanie rzeczywistości za pomocą języka", „mowa subwokalna", „Paivo" itd.) jak już pisałem nie tyczą się pytania ze wstępu (ściśle biorąc tak jak zostało ono sformułowane), do tego po części są bzdurne („Wielka Piątka" to jakiś żart, „determinizm językowy" był temat niedawnej dyskusji na Woofli, natomiast „Paivo" brzmi zatrważająco nieściśle, oraz i tak nie trafia w pytanie). Widzę jednak, że argumenty wymagają każdy z osobna dłuższego komentarza (tylko dlaczego piszę to wszytko ja nie będąc psychologiem, ani lingwistą? :-/ ). Powyższe powinno jednak wynikać ze schematu, który już opisałem komentarz wyżej.

        BRAK ROZSTRZYGNIĘCIA

        Mam świadomość zarówno braku rozstrzygnięcia kwestii postawionej we wstępie, jak i niedostatecznego wyczerpania tematu. Czy myślenie może istnieć bez udziału języka? Czy język determinuje nasze myślenie o świecie?

        Skoro w zakończeniu pytasz, czy myślenie może istnieć bez języka i piszesz, że nie odpowiedziałaś na to postawione we wstępie pytanie mimo, że przecież po drodze (niechcący?) zdołałaś przekonująco wykazać, że może istnieć myślenie bez języka, nie jest to kwestia przeformułowania wstępu, ale właśnie przeformułowania zakończenia… Ktoś mógłby stwierdzić, że brakło zdefiniowania „procesów myślowych", ostatecznie jednak pytanie ze wstępu było bardzo dobrze sformułowane, gdyż teza da się bardzo łatwo zanegować i faktycznie w artykule została przekonująco odrzucona. Złym pytaniem byłoby takie, na które nie da się odpowiedzieć.

        Ależ właśnie wiedzą… I to bardzo dobrze. Mój tekst może i jest niedopracowany, ale tendencyjny raczej nie.

        Rzecz właśnie w tym, że może tekst powinien być tyńkę tendencyjny? Jeśli zacytujesz każdy najbzdurniejszy pomysł, jaki ktoś kiedyś wymyślił i siedzi w podręcznikach psychologii tylko po to, by przedstawić zagadnienie najwszechstronniej i by nikt Ci nie mógł zarzucić tendencyjności, NIEUCHRONNIE skończysz na tym, że w artykule zawrzesz więcej bzdur niż prawd. Napisałaś artykuł, z którego nic miało nie wyniknąć, by Ci ktoś nie zarzucił tendencyjności, gdyby coś wynikło! Ja jako czytelnik zakładam, że autor znając temat jest w stanie dokonać jakiejkolwiek selekcji tego, co warte zacytowania i odrzucić to, co jest zbyt bzdurne, by zajmowało cenne w popularyzatorskim tekście miejsce (podchodzę z rozsądną dozą tak dystansu, jak zaufania). Do szczegółów zawsze możesz odesłać w spisie literatury uzupełniającej (dowolnie długim), ale sama w artykule popularyzatorskim DOKONUJESZ selekcji, bo przy nawet najszczerszych nawet chęciach w tekście tej objętości napisać o wszystkim się nie da, a też nie wszystko jest proste do ciekawego przedstawienia dla ogółu.

        O wiele bardziej mnie interesuje, CO MYŚLISZ TY, niż co myślą Twoje podręczniki. Nie wyrażasz własnego zdania, by Ci ktoś nie zarzucił tendencyjności?

      2. Przeformułować wstęp? Czyli zadane w artykule pytania MIAŁY nie mieć odpowiedzi? Chciałabyś ułożyć wstęp z pytaniem, na które celowo nie zdołasz odpowiedzieć?

        Wprost przeciwnie. Jakiekolwiek pytanie ze wstępu zostałoby po prostu usunięte.
        Z zakończenia w sumie też, bo zadawanie pytań w powietrze pachnie bardzo prymitywną pisaniną przypominającą rozprawkę (zwłaszcza w tekstach tak krótkich objętościowo, jak mój).

        Widzę jednak, że argumenty wymagają każdy z osobna dłuższego komentarza (tylko dlaczego piszę to wszytko ja nie będąc psychologiem, ani lingwistą? :-/ ).

        Ja też nie jestem psychologiem, ani lingwistą. Dlatego wolałabym, żebyśmy założyli, że oboje mamy równe prawo się mylić i pisać bzdury. 😉

        Do szczegółów zawsze możesz odesłać w spisie literatury uzupełniającej (dowolnie długim), ale sama w artykule popularyzatorskim DOKONUJESZ selekcji, bo przy nawet najszczerszych nawet chęciach w tekście tej objętości napisać o wszystkim się nie da, a też nie wszystko jest proste do ciekawego przedstawienia dla ogółu.

        Dokonałam selekcji, być może po prostu niewłaściwej?

        Nie wyrażasz własnego zdania, by Ci ktoś nie zarzucił tendencyjności?

        Tak, robię to bardzo często. Może nie w dyskusjach prywatnych, ale publiczne wyrażanie własnego zdania w formie quasi-dziennikarskiej zawsze napawało mnie lękiem.

    1. Dzięki za link. Trochę groch z kapustą. Artykuł miesza treści z (całkiem fajnej zresztą) popularyzatorskiej książki z nadinpretowanymi wynikami solidnych badań i „rezultatami" badań wręcz kuriozalnych (bo zaskakujących powierzchownością znajomości badanego przedmiotu), a wszystko to ze swobodnymi przeskokami z tematu na temat i dowolnie formułowanymi wnioskami.
      ***
      Hipoteza Sapira-Whorfa (której tak naprawdę żaden z nich nie sformułował) ma to wspólnego z teorią względności, mechaniką kwantową, ‚efektem motyla’, dziedzicznością itp., że im gorzej jest rozumiana, tym częściej przywoływana.
      ***
      Gdybym był językoznawcą mógłbym się załamać widząc jak wykrzywiany przez laików jest obraz tego, czym językoznawstwo się zajmuje i do jakich rezultatów dochodzi. Mógłbym, ale nie powinenem, bo to samo dotyczy także i innych dziedzin – patrz choćby traktowanie ‚statystyki’ i ‚liczenia średniej arytmetycznej’ jako synonimów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ