Czy warto iść na filologię? Kastylijska spowiedź

filologiaTrzy lata na filologii hiszpańskiej minęły jak jeden dzień. Teraz, z dyplomem studiów licencjackich w dłoni (niestety nie dosłownie, gdyż będzie on gotowy dopiero w październiku) zasiadam do tego wpisu, jednego z serii bardziej osobistych. Postaram się jednak przemycić również ogólne myśli i wskazówki dla osób, które rozważają podjęcie studiów filologicznych. Skupię się na tym, czy kierunek jest ciekawy i rozwijający, pozostawiając na marginesie bardzo ważny aspekt, jakim są perspektywy pracy zawodowej, o którym dopiero będę mogła się wypowiedzieć. Czy gdybym mogła cofnąć to poszłabym na ten sam kierunek? Odpowiedź brzmi: bez wątpienia tak! No to zaczynamy!

Studia rozpoczęłam bez znajomości języka hiszpańskiego, co na pewno wpłynęło na mój pozytywny odbiór kierunku. Chociaż studia filologiczne to nie kurs językowy (zdanie, z którym zetknął się chyba każdy, kto myślał o pójściu na filologię – wyświechtane, ale prawdziwe), moim głównym celem było poznanie języka od zera do, jak zakłada program, poziomu C1. Czy się udało? Powiedziałabym, że prawie. Zdałam z dobrymi wynikami egzamin na tym poziomie, ale na pewno nie odważę się powiedzieć, że osiągnęłam C1 we wszystkich sprawnościach językowych. Kluczowym przedmiotem była Praktyczna Nauka Języka Hiszpańskiego, podzielona na moduły: konwersacje i rozumienie ze słuchu, język pisany, gramatyka oraz słownictwo i czytanie. Zajęcia przeprowadzali w kolejnych semestrach różni wykładowcy. Właśnie ta wielotorowa nauka i rozwijanie równolegle różnych sprawności językowych, moim zdaniem niemożliwe do osiągnięcia na kursie językowym nawet przy dużej liczbie godzin, najbardziej spodobało mi się na filologii. Najwięcej pracy wymagał pierwszy rok, na którym musieliśmy opanować język hiszpański na tyle, by od drugiego roku móc uczestniczyć w zajęciach tylko po hiszpańsku razem z grupą zaawansowaną. Na przykład na zajęciach ze słownictwa zajmowaliśmy się dwoma działami z zawierających sporo ćwiczeń książek „Vocabulario en diálogo" i „Viva el vocabulario", a ze słownictwem z kolejnych kilku działów musieliśmy się zapoznać w domu. Na zajęciach z języka pisanego nie tylko pisaliśmy teksty, ale i poznawaliśmy ortografię oraz interpunkcję. Pracochłonne było przyswojenie reguł gramatycznych, chociaż na przykład tryb Subjuntivo okazał się mniej problematyczny, niż się z początku wydawało. Na gramatyce korzystaliśmy z materiałów z wielu książek, ale wiodące były „Uso de la gramática española” (dostępne również dla wyższych poziomów) oraz „Gramática básica del estudiante de español”. Polecam zwłaszcza tę drugą pozycję, która zauroczyła mnie pomysłowymi ćwiczeniami i nieraz absurdalnymi, a dzięki temu łatwo zapadającymi w pamięć zdaniami np. negowaniem, jakoby ślimak miał inteligencję większą od ludzkiej, oczywiście z użyciem trybu Subjuntivo 😉 Podczas konwersacji mogliśmy przećwiczyć ostatnio opanowane słownictwo i gramatykę.

Na niektórych przedmiotach (zwłaszcza na PNJH) nasza znajomość materiału była regularnie sprawdzana poprzez kartkówki i kolokwia, na innych dopiero dzięki końcowemu kolokwium lub egzaminowi. Brak jednego, wiodącego podręcznika oraz korzystanie z materiałów zebranych i przygotowanych przez wykładowców były z mojej perspektywy ogromną zaletą, choć niestety i tak mam skłonność do opierania się za bardzo na podręcznikach i od początku za mało sięgałam po żywy język.

Oprócz PNJH w poszerzeniu wiedzy o hiszpańskim i o językach w ogóle pomogły mi wstęp do językoznawstwa oraz gramatyka opisowa: fonetyka, morfologia i składnia. Poznałam też w pewnym stopniu drugi język romański – spośród francuskiego, włoskiego i portugalskiego wybrałam ten ostatni. Pozostałe przedmioty to między innymi: historia literatury Hiszpanii i Ameryki Łacińskiej, historia Hiszpanii i Ameryki Łacińskiej, historia języka hiszpańskiego, metodologia pracy z tekstem literackim, wstęp do literaturoznawstwa, łacina, akwizycja języków obcych, a także przedmioty opcyjne z oferty całego uniwersytetu (np. bardzo interesujące zajęcia z psychologii!) lub instytutu. Oczywiście, programy filologii są różne na różnych uniwersytetach, dlatego przyszłych kandydatów gorąco zachęcam do przejrzenia programu studiów. Ponadto radzę zasięgnąć języka u wyższych roczników, gdyż bardzo dużo zależy od wykładowcy: przedmiot z bardzo intrygującą nazwą i ciekawym programem może się okazać kiepsko prowadzony, i odwrotnie.

Na osobny akapit zasługuje możliwość udziału w stypendiach zagranicznych, w tym najbardziej popularnym: Erasmusie. Miejsc dla mojego kierunku było tyle, że właściwie każdy chętny mógł spędzić semestr lub dwa zagranicą (osoby z wyższą średnią miały pierwszeństwo wyboru uczelni). Poza licznymi uniwersytetami w Hiszpanii mogliśmy wybrać również któryś w Portugalii, Francji, Czechach lub Niemczech, choć oczywiście największym zainteresowaniem cieszył się kraj Cervantesa. Spośród szerokiej oferty z bardzo przyziemnych powodów wybrałam Universidad de Almería, uczelnię bardzo młodą (moją rówieśnicę ;)). Nowoczesny kampus blisko morza, małe i przyjemne miasteczko oraz przede wszystkim możliwość posługiwania się hiszpańskim na co dzień stanowiły niezaprzeczalne zalety tego wyjazdu. Na początku zaskoczenie wywołał kontakt z andaluzyjskim hiszpańskim: szybkie tempo wypowiedzi, „zjadanie” liter s i d na końcu słowa (i nie tylko). Warto skorzystać z możliwości wyjazdu na Erasmusa, zwłaszcza będąc na studiach językowych. Nawiasem mówiąc, tego co wiem, na niektórych zagranicznych uczelniach wyjazd do kraju studiowanego języka stanowi obowiązkową, integralną część studiów. Zamykając temat Erasmusa, nie zapominajmy też o możliwości zwiedzania Hiszpanii oraz oczywiście o walorze towarzyskim.

Jednak nie tylko Erasmus był doskonałą okazją do nawiązania interesujących znajomości. Ludzie z mojego kierunku są naprawdę świetni. Wielu z nich to dwukierunkowcy lub osoby, które zdecydowały się na kolejne studia, stąd o monotonii nie mogło być mowy. Około trzydzieści osób na roku, niewielki instytut oraz stosunkowo niewielu wykładowców: dla niektórych może to być wadą, dla mnie było zaletą, być może dlatego, że wcześniej miałam do czynienia z bardziej niszową filologią, gdzie i ludzi, i miejsca było jeszcze mniej.

Niestety, i w tej beczce miodu znalazła się łyżka dziegciu. Poza problemami organizacyjnymi (ale na której uczelni się one nie zdarzają!), program, choć ciągle modyfikowany, nadal określiłabym jako nieco archaiczny. O ile zgadzam się, że znajomość literatury i historii danego obszaru językowego jest niezbędna dla filologa, to ograniczyłabym nieco literacko-historyczne przedmioty (z jednym wyjątkiem, ale o tym za chwilę) np. na rzecz tłumaczeniowych, które niestety pojawiają się dopiero na studiach magisterskich. Mam wrażenie, że za bardzo skupiliśmy się na dawnej literaturze, traktując po macoszemu ostatnie, powiedzmy, sto lat, bogate przecież w wartościowe dzieła w języku hiszpańskim. Zabrakło mi także możliwości zdobycia uprawnień nauczycielskich, chociaż pozwalałyby one do nauczania w edukacji publicznej tylko do pewnego etapu.

Poza tym uświadomiłam sobie, że to, co wiem i umiem, to tylko czubek góry lodowej. Samo aktywne uczestnictwo w zajęciach to za mało, wiedzę należy ciągle poszerzać i mieć stały kontakt z językiem. Na przykład, na moim kierunku naucza się hiszpańskiego z Półwyspu Iberyjskiego, zainteresowani bogactwem dialektów i odmian z Ameryki Łacińskiej muszą zgłębić temat we własnym zakresie. Ba, sama Hiszpania ma w sobie jeszcze wiele tajemnic, które chętnie odkryję, najlepiej podczas kolejnego pobytu w Hiszpanii: podczas studiów magisterskich moim celem jest najstarszy w tym kraju uniwersytet (w Salamance) i jego bogate zbiory biblioteczne. Podsumowując: jestem zadowolona z wyboru, a tym, którzy chcieliby poznać język od podszewki, polecam studia filologiczne.

Może Cię zainteresować również:

Będąc niemłodą już iberystką: pierwsze wrażenia ze studiów

W obronie filologii i nauczycieli

23 komentarze na temat “Czy warto iść na filologię? Kastylijska spowiedź

  1. Podzielę się kilkoma luźnymi przemyśleniami. Ponumeruję, żeby oddzielić jedne od drugich i żeby łatwiej było potem ewentualnie się do któregoś odnieść.

    1. Ostatnio większość wolnego czasu spędziłam na uważnym czytaniu programu studiów I stopnia iberystyki na UW i mogę stwierdzić, że nie różni się on od programów rozmaitych filologii hiszpańskich na innych uczelniach (liczba godzin PNJH, przedmioty językowe i okołojęzykowe itp.). Dlatego tym bardziej dziwi mnie i wkurza, że na UW po ukończeniu iberystyki otrzymuje się licencjat… kulturoznawstwa. Jeśli chciałabym oficjalnie móc nazywać się filologiem, musiałabym zrobić mgr. Dopiero studia uzupełniające widnieją pod nazwą filologia.

    2. Erasmus. Gdybym miała pojechać do Hiszpanii, nie wyobrażam sobie innej jej części niż południe. Zdecydowanie wolę, żeby zjadali spółgłoski, niż żeby mieli szeplenić 😉

    3. Warianty amerykańskie. Ciekawostka: na iberystyce na UW podobno studenci sekcji portugalistycznej uczą się odmiany z Brazylii. Co do sekcji hispanistycznej nie mam złudzeń, ale jest jeszcze coś takiego jak otwartość na dialekty amerykańskie, która pewnie zależy od indywidualnego widzimisię wykładowcy. Żeby było śmieszniej, orientacja w tych dialektach wymagana jest jako efekt nauczania w grupie C1 🙂

    4. Nigdy nie rozumiałam, w jakim kontekście mówi się o tym, że filologia to nie kurs językowy. Jasne, że nie. Filologia to coś o wiele więcej, to rozbieranie języka na części, to językoznawstwo, gramatyka opisowa, a przy tym dużo historii, literatury itp. Przeczuwam, choć jeszcze nie wiem na pewno, że może chodzić o to, iż łatwo tu wpaść w pułapkę myślenia „studia mają mnie nauczyć języka" – tzn. przerzucenia CAŁEGO ciężaru nauki na studia i rezygnacji z własnych poszukiwań i własnej kreatywności. Wiadomo, że tak to nie działa.

    1. 3. Do czego sprowadza się ta „orientacja" w dialektach amerykańskich? Do eliminacji „vosotros" i zmiany wymowy „z", „ce" i „ci"? Może dojdzie do tego wykład o presente psicológico? Może dwóch-trzech rzeczy im trzeba, by się już orientować… 🙂

      1. Przyznam, że nie mam pojęcia, przytaczam tylko to, co przeczytałam. Stawiam, że chodzi też o umiejętność zrozumienia ze słuchu Meksykańca czy innego Kolumbijczyka i o nierobienie wielkich uszu (że zacytuję Twoją niedawną wypowiedź na Woofli) jak się usłyszy, że coś „zjadają" 🙂

      2. Jeżeli za formę wzorcową języka hiszpańskiego latynoamerykańskiego chcielibyśmy uznać jego wersję znaną z mass mediów, tzw. español neutro, to pewnie jest tak, jak Pan/Pani napisał(a). Język standardowy to właściwie habla culta madrileña z niewielkimi modyfikacjami narzuconymi przez ich rozpowszechnienie wśród elit Limy czy miasta Meksyk. Dodałbym jeszcze do tego (niekonsekwentną) tendencję do zastępowania czasów prostych złożonymi. Nieco odmienne jest słownictwo, które ja bym nazwał „przyziemnym" – nazwy przedmiotów (anteojos vs. gafas, carro vs. coche), niektórych miejsc (campo de fútbol czy cancha de futbol, boliche zamiast discoteca), owoców i roślin (lima czy limón, maní-cacahuete-cacahuate, choclo czy maíz), pewne preferencje do wybierania znaczeń np. czasowników, które są zrozumiałe w Hiszpanii, chociaż rzadko albo wcale tam nieużywane (apurarse zamiast darse prisa, agarrar zamiast coger, manejar zamiast conducir itp.). Problem jest taki, że na poziomie kolokwialnego użycia języka ten standard jest niereprezentatywny dla dużej części społeczeństw w zależności od kryteriów geograficznych, ekonomicznych itp. Stąd mnogość akcentów (niektóre mają zdecydowanie więcej wpływów andaluzyjskich niż tylko seseo) oraz różnice w intonacji niejednokrotnie wpływające na zrozumienie (często trzeba się po prostu z akcentem osłuchać). Formy standardowe, wzorcowe są w zasadzie bardzo podobne do hiszpańskich ze względu na bogatą tradycję puryzmu językowego, na którego straży do dziś stoi RAE, jednak w przypadku dialektologii czy to hiszpańskiej czy latynoamerykańskiej formułowanie generalnych osądów na podstawie standardu uważam za nieco ryzykowne i zwodnicze.

      3. @Rafał Kowalczyk

        Nikt tu nie twierdził, że hiszpański z Ameryki się mało różni – wręcz przeciwnie chodziło o to, że różni się bardziej, niż studenci przypuszczalnie mają szansę się o tym dowiedzieć. Nikt tu też nie formułował generalnych osądów na podstawie standardu.

        Dodałbym jeszcze do tego (niekonsekwentną) tendencję do zastępowania czasów prostych złożonymi.

        Przykładowo jest właśnie ciekawe, że „ludzie" nie potrafią podać innych przykładów niż Twój przykład czasów prostych i złożonych, podczas gdy różnic gramatycznych jest sporo więcej… Niektórzy dodają jeszcze voseo, albo różnice w czasie przyszłym, no i oczywiście brak „vosotros". I na tym chyba kończy się wiedza Polaków. W szczegółach różnic gramatycznych pomiędzy regionami jest dużo, ale z takich „większych" spraw zastanawia mnie np., dlaczego Polacy żyją w tak błogiej nieświadomości różnic w subjuntivo pomiędzy Hiszpanią, a Ameryką.

        Nieco odmienne jest słownictwo, które ja bym nazwał „przyziemnym" – nazwy przedmiotów (anteojos vs. gafas, carro vs. coche), niektórych miejsc (campo de fútbol czy cancha de futbol, boliche zamiast discoteca), owoców i roślin (lima czy limón, maní-cacahuete-cacahuate, choclo czy maíz)

        Nie do końca rozumiem, czemu służą te przykłady. Nie są to ani różnice pomiędzy Ameryką, a Hiszpanią, ani słownictwo uniwersalne dla Ameryki.

        – Wyraz „gafas" jest w użyciu w niektórych regionach Ameryki – jest to najpowszechniejsze w użyciu określenie okularów np. w Kolumbii. Nie cała Ameryka używa więc wyrazu „anteojos".

        – „lima"/"limón". Twoim zdaniem, którego wyrazu używa się gdzie? „Limón" jest kwaśny, a „lima" jest słodka.

        – „campo de fútbol/cancha de futbol". Jak wyżej. Oglnie rzecz biorąc „campo" jest duże na stadionie, a „cancha" jest mała dla dzieci.

        – Pierwsze słyszę wyraz „boliche" – sprawdziłem właśnie w słowniku: 9. m. Arg., Bol., Par. y Ur. Bar, discoteca., czyli również używa go tylko nieduża część Ameryki.

        – Część Ameryki, np. Meksyk, używa słowa „cacahuate", ale zdecydowanie większa część Ameryki, np. Kolumbia, używa słowa „maní".

        – Po pierwsze wyraz „choclo" [zapożyczony z keczua] nie jest odpowiednikiem słowa „maíz"!!! „Choclo" oznacza kolbę kukurydzy, a „maíz" oznacza kukurydzę. Po drugie słowa „choclo" używa tylko część Ameryki: od południowej części Kolumbii na południe po samą Argentynę. Karaiby mówią na „choclo" mówią głównie „mazorca", a Mekysyk i Ameryka Środkowa mówią głównie „elote" [z náhuatl]. Są też inne określenia w różnych regionach, np. „jojoto" w Wenezuelli obok karaibsko-hiszpańskiego „mazorca".

      4. PS. Z Twojej listy zapomniałem napisać o „carro/coche": Wyraz „carro" również nie jest w uniwersalnym użyciu w Ameryce, a „coche" miejscami w Ameryce się używa.

      5. 🙂 Mimo napastliwego tonu mojego adwersarza, widzę, że udało mi się udowodnić, że wchodząc w regionalizmy dojdziemy do wniosku, że nie ma czegoś takiego jak słownictwo ogólne dla Ameryki – okazuje się bowiem, że praktycznie każdy przykład dotyczy tylko konkretnego regionu, co z kolei powoduje, że standard „madrycki" słownictwa jest szeroko znany i używany przez osoby hiszpańskojęzyczne, żeby uniknąć nieporozumień. W zasadzie mimo wielu regionalizmów bardziej bądź mniej rozpowszechnionych (choć istotnych) chyba nie ma słowa z zakresu standardowego słownictwa, które w całej Ameryce miałoby inne znaczenie niż w Hiszpanii, bo zawsze znajdzie się jakiś kraj, który wyłamie się z danego konceptu. W istocie nie ma jednolitego standardu amerykańskiego, niemniej jednak pojedyncze odchylenia dotyczą czasami sporych obszarów i dużej liczny ludności posługującej się językiem Cervantesa.

        Reasumując, krytyka Yana Para Puyu generalnie potwierdza to, co napisałem. Co do paru moich przykładów uściślę jedynie kilka rzeczy, gdyż nie zawsze jest ona celna.

        „Przykładowo jest właśnie ciekawe, że „ludzie" nie potrafią podać innych przykładów niż Twój przykład czasów prostych i złożonych, podczas gdy różnic gramatycznych jest sporo więcej…"
        Na pewno, tylko że znowu żadna nie jest charakterystyczna dla całego obszaru Ameryki. Dodałbym jeszcze na przykład brak męskoosobowego „leismo", które do standardu RAE zostało dołączone stosunkowo niedawno ze względu na powszechność użycia w Hiszpanii. Gdybym stwierdził, że w Ameryce niektóre wyrazy są innego rodzaju (niezgodnie zresztą ze słownikiem RAE) np. „el sauna" zamiast „la sauna", to i tak zawsze można podać przykład kubański, gdzie w słownictwie potocznym rodzaj jest zgodny z normą iberyjską.

        – „lima"/"limón". Twoim zdaniem, którego wyrazu używa się gdzie? „Limón" jest kwaśny, a „lima" jest słodka

        Hiszpania – odpowiednio cytryna/limonka, Peru i Meksyk – na odwrót. Nie znam żadnego Meksykanina ani Peruwiańczyka, który używa tego zgodnie ze znaczeniem europejskim.

        – „campo de fútbol/cancha de futbol". Jak wyżej. Oglnie rzecz biorąc „campo" jest duże na stadionie, a „cancha" jest mała dla dzieci.

        W Meksyku powszechnie preferuje się formę „cancha de futbol" (przy okazji – bez akcentu), wyraz „campo" w tym znaczeniu boisko jest używany zdecydowanie rzadziej.

        – Pierwsze słyszę wyraz „boliche" – sprawdziłem właśnie w słowniku: 9. m. Arg., Bol., Par. y Ur. Bar, discoteca., czyli również używa go tylko nieduża część Ameryki.

        Bingo! Znowu regionalizm, ale jednak istotny. Argentyńczyk, który nie mieszkał poza Argentyną raczej nie spyta o dyskotekę używając wyrazu „discoteca". Wiem z doświadczenia. 🙂

        – Po pierwsze wyraz „choclo" [zapożyczony z keczua] nie jest odpowiednikiem słowa „maíz"!!! „Choclo" oznacza kolbę kukurydzy, a „maíz" oznacza kukurydzę.

        W wersji standardowej – 100% racji, w mowie potocznej w Peru używa się jednak jako synonim wyrazu „maíz" (konsultowane ze znajomym Peruwiańczykiem).

        Po drugie słowa „choclo" używa tylko część Ameryki: od południowej części Kolumbii na południe po samą Argentynę. Karaiby mówią na „choclo" mówią głównie „mazorca", a Mekysyk i Ameryka Środkowa mówią głównie „elote" [z náhuatl]. Są też inne określenia w różnych regionach, np. „jojoto" w Wenezuelli obok karaibsko-hiszpańskiego „mazorca".

        To jeden ze sztandarowych przykładów różnic regionalnych, jest na tyle znany, że nie chciało mi się robić kolejnego copy-paste z Internetu. Niemniej jednak jako kolejny potwierdza tezę o niemożliwości rozpatrywania hiszpańskiego amerykańskiego jako jakiejś odrębnej całości od języka używanego w Europie.

        Reasumując, cały ten wywód generalnie dowodzi, że trzeba zdecydowanie więcej niż „dwóch-trzech rzeczy (…) by się już orientować" w kwestiach dialektalnych. Ja na przykład nigdy nie preferowałem żadnego dialektu (używam raczej – choć nie za stuprocentową konsekwencją – europejskiego hiszpańskiego), w związku z tym znam dość dobrze język w wersji standardowej ioraz znam nieco powszechnych aberracji od tego standardu, natomiast nigdy nie powiem, że rozumiem bardzo dobrze język potoczny – tu wszystko zależy od natężenia cech regionalnych/slangowych…

      6. @Rafał Kowalczyk

        okazuje się bowiem, że praktycznie każdy przykład dotyczy tylko konkretnego regionu, co z kolei powoduje, że standard „madrycki" słownictwa jest szeroko znany i używany przez osoby hiszpańskojęzyczne, żeby uniknąć nieporozumień.

        To jest nieprawda. Na darmo będzie pytać w Kolumbii czy w Peru, jak jest w „standardzie madryckim" jakieś słowo. Oni znają swoje słowa regionalne i nie mają w życiu tylu okazji słyszeć Hiszpanów, by wiedzieć, jak się nazywa kolbę kukurydzy w Madrycie… Bardzo naiwne by było liczyć na to, że np. Peruwiańczyk będzie do nas mówił w hiszpańskim z Madrytu.

        Wspomniany „standard madrycki" nie funkcjonuje poza Hiszpanią. Dla przykładu słowniki gwar kolumbijskich tłumaczą słowa na „standard kolumbijski", a nie na „standard madrycki". Podobnie słowniki keczua tłumaczą słowa na „hiszpański peruwiański", a nie na „hiszpański madrycki" i to samo ze słownikami nahuatl, które tłumaczą na hiszpański meksykański.

        „Przykładowo jest właśnie ciekawe, że „ludzie" nie potrafią podać innych przykładów niż Twój przykład czasów prostych i złożonych, podczas gdy różnic gramatycznych jest sporo więcej…"
        Na pewno, tylko że znowu żadna nie jest charakterystyczna dla całego obszaru Ameryki. Dodałbym jeszcze na przykład brak męskoosobowego „leismo", które do standardu RAE zostało dołączone stosunkowo niedawno ze względu na powszechność użycia w Hiszpanii.

        Oczywiście, że jest męskoosobowe leísmo w Ameryce, ale uchodzi za niepoprawne.

        O ścisłe różnice ciężko, bo na dobrą sprawę nawet formy „vosotros" da się bardzo rzadko w Ameryce spotkać w języku potocznym. Jeśli jednak mówimy o wyraźnych tendencjach, to jednak przesadzasz, bo jest ich więcej, wspólnych dla Ameryki, a odróżniajćych od hiszpańskiego madryckiego. Niemniej zgadzam się, że aby się lepiej zagłębić, należałoby rozbić Amerykę najpierw na kilka regionów, a później na dziesiątki regionów.

        Hiszpania – odpowiednio cytryna/limonka, Peru i Meksyk – na odwrót. Nie znam żadnego Meksykanina ani Peruwiańczyka, który używa tego zgodnie ze znaczeniem europejskim.

        Konsultowałem przed chwilą w Ekwadorze – używają zgodnie ze znaczeniem „europejskim" i zgodnie tym widniejącym w słowniku RAE. Oczywiście w komentarzu wyżej zadałem Ci tu tylko pytanie, skąd Ci się coś takiego wzięło… Różnice regionalne w postaci „odwrócenia" pomiędzy różnymi regionami Ameryki oczywiście mogą istnieć. Nie mniej w tej parze podział nie przebiegałby na linii Hiszpania/Ameryka, gdyż w „mojej Ameryce", a mówię po kolumbijsku, używa się tych słów w sposób zgodny ze słownikiem RAE, a nie odwrócony.

        W Meksyku powszechnie preferuje się formę „cancha de futbol" (przy okazji – bez akcentu), wyraz „campo" w tym znaczeniu boisko jest używany zdecydowanie rzadziej.

        A w Kolumbii używa się obu form. Z akcentem. Co to znaczy, że się „preferuje"? W Kolumbii też częściej usłyszysz „cancha de fútbol" zwyczajnie dlatego, że jest ich w dzielnicach więcej i dzieci tam grają, a nie tylko zawodowi piłkarze. Nie znaczy to, że się nie używa „campo", i że się coś „preferuje".

        Bingo! Znowu regionalizm, ale jednak istotny. Argentyńczyk, który nie mieszkał poza Argentyną raczej nie spyta o dyskotekę używając wyrazu „discoteca". Wiem z doświadczenia.

        Nieco wyżej pisałeś, że standard „madrycki" słownictwa jest szeroko znany i używany przez osoby hiszpańskojęzyczne, żeby uniknąć nieporozumień.

        W wersji standardowej – 100% racji, w mowie potocznej w Peru używa się jednak jako synonim wyrazu „maíz" (konsultowane ze znajomym Peruwiańczykiem).

        Peruwiańczycy w potocznej rozmowie ze mną używają „maíz" na określenie kukurydzy ogólnie, a „choclo" w odnieniesiu do kolby [i to samo rozróżnienie zachodzi w keczua pomiędzy „sara" i „chuqllu"]. Twoje zestawienie „choclo vs. maíz" jest błędne, gdyż różnica pomiędzy tymi wyrazami jest znaczeniowa, a nie dialektalna. Nie jest mi wiadomo, by w jakimkolwiek dialekcie wyraz „maíz" wyszedł z użycia i w Peru „choclo" go nie zastępuje, gdyż nawet w języku potocznym używa się też „maíz".

      7. Hiszpania – odpowiednio cytryna/limonka, Peru i Meksyk – na odwrót. Nie znam żadnego Meksykanina ani Peruwiańczyka, który używa tego zgodnie ze znaczeniem europejskim.

        PS. Coś ściemniasz… Właśnie zapytałem moją kolezankę z Cusco (Peru) y odpisała: „Limón es ácida y lima es dulce". Nie tylko Quito w Ekwadorze, ale też w Cusco, czyli w Peru, używają tych słów w sposób zgodny ze słownikiem RAE, a nie na Twoj sposób.

    2. 1. Zastanawiam się, na ile ten „filolog" ma znaczenie dla innych, m.in. pracodawców 🙂 Koleżanka jest na japonistyce na UW i z tego co wiem nie ma gramatyki opisowej czy wstępu do językoznawstwa, co zgadzałoby się z kulturoznawczym profilem.

      2. U mnie też seplenili niektórzy 😉 A najtrudniej było zrozumieć osoby starsze.

      3. U nas mamy jednego wykładowcę, który z wykształcenia nie jest filologiem, tylko prawnikiem i filozodem, a większość życia spędził w Meksyku i Chile. To słychać, zawsze nam zwraca uwagę na jakieś ciekawe słówka, jego wymowa jest dosyć charakterystyczna.

      4. Wydaje mi się, że ogólnie łatwo jest zrzucić ciężar nauki na cokolwiek: „nauczą mnie studia/kurs/korepetycje". Myślę, że kontekście tego „filologia to nie kurs językowy" chodzi głównie o to, żeby ostrzec wszystkich, którzy nie lubią np. czytać wielu starych tekstów (chociaż ja też wielką fanką nie jestem :D) żeby przemyśleli pójście na inne studia i naukę języka we własnym zakresie bądź na kursie. Nie zapominajmy też, że filologia to język(i) + różne kompetencje filologiczne, często nieprzydatne z punktu widzenia rynku pracy. Różne opinie słyszałam: że najlepiej mieć w ręku fach i język dodatkowo, z drugiej strony że lepiej filologa z doskonałą znajomością języka przyuczyć do innych zadań w pracy… Zobaczymy 🙂

      Uff, mam wrażenie, że odniosłam się do tego co napisałaś baardzo luźno, czasem wręcz za luźno 😉

  2. Na kursy językowe uczęszczają ludzie, którzy chcą się po prostu dogadać, a studia kształcą specjalistów. Potem słyszy się żale zawiedzionych studentów, że przerabiana jest masa niepotrzebnego materiału – jednak to wszystko daje niesamowity warsztat i ogromną świadomość językową. Tylko trzeba pamiętać, że poziom C2, jaki się zdobywa na studiach, jest dopiero początkiem nauki. Osoba, która zdobyła C2 ma do native speakera jeszcze bardzo daleko – i prawdopodobnie nigdy nie pozna języka aż tak dobrze, chyba że po wielu latach mieszkania za granicą, ale to wątpliwe.

    1. Zasadniczo się zgadzam, chociaż byłabym bardziej optymistyczna co do możliwości opanowania języka. Zależy to w sumie od tego, o jakim rodzimym użytkowniku mówimy: o przeciętnym Kowalskim czy np. doktorze nauk humanistycznych? 🙂 No i co znaczy „znać język dobrze"? Jeśli chodzi o wymowę, naturalność wypowiedzi na pewno będzie trudno native'owi dorównać, ale nie sądzę, że to niemożliwe.

  3. Zgadzam sie z komentarzami Ady i Jacka. Nie mozna traktowac studiow filologicznych jakos kursu jezykowego bo to tak nie dziala. Inna sprawa jest taka; iz bedac studentem filologii angielskiej uczymy sie kultury angielskiej ( cywilizacja, literatura, historia) po to zeby lepiej zrozumiec jezyk, mentalnosc ludzi, pewne niuanse itd. Dlatego bardzo mnie smuci fakt, ze przewaznie te zajecia oprocz PNJ sa traktowane jako zlo konieczne i godziny, ktore zapychaja grafik. Z pewnoscia mozna z nich wiele wyniesc.
    Pozdrawiam 🙂

    1. Myślę, że uważanie PNJ na anglistyce za zło konieczne może wynikać m.in. z tego, że studenci przychodzą już z bardzo dobrą znajomością języka angielskiego. Oczywiście nie popieram traktowania PNJ po macoszemu 🙂

      1. Tak Gosiu dokladnie, a poza tym wiekszosci z nich wydaje sie ze sa „walking encyclopedia" , a niestety wcale tak nie jest :p

  4. @Yana Para Puyu
    Poszukaj na forach, ja już znalazłem kilka przykładów limón jako „limón verde " w Meksyku. W tej chwili dyskusja niestety robi sie bezprzedmiotowa.

    1. @Rafał Kowalczyk

      PS 2. Rafale…. Musiało Ci się wszystko poplątać. 😉

      Zapytałem przed chwilą Meksykankę o „lima" i „limón" i dopowiedziała na sposób zgodny z RAE i sprzeczny z tym co piszesz na temat Meksyku.

      Ponadto skonsultowałem słownik „Diccionario del español usual en México" pod regakcją Luis Fernando Lara:

      lima1 s f 1 Fruta parecida al limón, pero de mayor tamaño, que tiene la cascara gruesa, lisa, de color amarillento verdoso, y una tetilla o saliente muy abultada en una de sus bases. Su pulpa es jugosa, de sabor agridulce y está contenida en gajos: „Échale cacahuates, limas y tejocotes a la piñata", „Jaime hace una sopa de lima deliciosa", un refresco de lima

      limón s m 1 Fruto del limonero, de color amarillo o verde, esférico, de 4 a 6 cm de diámetro, con una pequeña saliente en su base, de pulpa jugosa y ácida reunida en 10 gajos. Contiene muchas vitaminas, en particular ácido ascórbico (o vitamina C); se le utiliza para preparar bebidas, medicinas y como condimento 2 Limonero.

      Czyli zarówno słownik meksykański, jak moja native speakerka z Meksyku, jak moja native speakerka z Peru (oraz kolejna z Ekwadoru) używają słów „limón" i „lima" w sposób zgodny ze słownikiem RAE, a nie na sposób, który podajesz dla Meksyku i Peru.

      W tym samym słowniku meksykańskim pod hasłem „campo" widnieje:

      II 1 Terreno abierto en donde se practica algo: campo de futbol, campo de entrenamiento, campo militar

      Czyli wyrazu „campo" się używa i jak widać nie znikł w Meksyku na rzecz „cancha".

      ***

      Przepraszam za drobny offtopic. To mój ostatni komentarz [jak się za którąś próbą wklei]. Pozdrowienia! 🙂

  5. Swoja droga pragne zwrocic uwage, że zachowanie na tym forum Yana Para Puyu, który/a wychodzi z założenia, że nikt poza nim / nia nie może mieć racji, a własne racje popiera tendencyjnym doborem źródeł, w zależności od wygody w postaci niereprezentatywnego dla jezyka potocznego słownika badź niereprezentatywnego znajomego (tutaj zachodzi konfrontacja miedzy jej znajomym z Casco a moim z Limy) z gruntu wyklucza wszelka dyskusje. Poza tym nie rozumiemy sie absolutnie w kwestii terminologii. To co ja nazywam standardem opartym na słownictwie madryckim, a niestety każdy standard włacznie z kolumbijskim opiera sie na habla culta madrileña (dodaje że z pewnymi najbardziej rozpowszechnionymi regionalizmami), nie ma wiele wspólnego z jezykiem, który usłyszysz na ulicach Madrytu.

    1. @Rafał Kowalczyk

      a własne racje popiera tendencyjnym doborem źródeł, w zależności od wygody w postaci niereprezentatywnego dla jezyka potocznego słownika badź niereprezentatywnego znajomego (tutaj zachodzi konfrontacja miedzy jej znajomym z Casco a moim z Limy) z gruntu wyklucza wszelka dyskusje.

      Zrobiło się wesoło… Jestem tendencyjny, gdyż mam „niereprezentatywnego znajomego" z Cusco, oraz cytuję „niereprezentatywny słownik" meksykańskiego hiszpańskiego. 🙂

      1. Ciekawe, jak niektórzy ludzie potrafią uczepić się jednego niezbyt istotnego przykładu, żeby odwrócić uwagę od sporej głupoty, którą palnęli na samym początku…

      2. @Rafał Kowalczyk

        Od początku dyskusji wycofujesz się z twierdzeń połowicznie, podczasz gdy należałoby się z nich po prostu wycofać – wiele byś sobie zaoszczędził, a strasznej hańby na nazwisku za kilka spudłowanych słówek by nie było. Pokazawszy Ci, że w Peru „choclo" nie jest synonimem „maíz" [o zgrozo!], że wyraz „campo de futbol" widnieje w słowniku meksykańskim, i że słowa „lima" i „limón" w Meksyku i Peru używa się w sposób zgodny ze słownikiem RAE, stwierdzasz, że ja jestem tendencyjny i mam „niereprezentatywny słownik" meksykański i „niereprezentatywnych znajomych", a Ty masz na myśli tylko jakiś język potoczny, którego nie odnotowują ani słowniki, ani native speakerzy.

        Nie wiem od której „sporej głupoty", którą palnąłem, odwracam uwagę. Może masz na myśli moją reakcję na tę Twoją wypowiedź:

        okazuje się bowiem, że praktycznie każdy przykład dotyczy tylko konkretnego regionu, co z kolei powoduje, że standard „madrycki" słownictwa jest szeroko znany i używany przez osoby hiszpańskojęzyczne, żeby uniknąć nieporozumień.

        Po czym stwierdzasz:

        To co ja nazywam standardem opartym na słownictwie madryckim, a niestety każdy standard włacznie z kolumbijskim opiera sie na habla culta madrileña (dodaje że z pewnymi najbardziej rozpowszechnionymi regionalizmami), nie ma wiele wspólnego z jezykiem, który usłyszysz na ulicach Madrytu.

        Myślę, że jeśli ja Cię nie rozumiem, Kolumbijczyk też Cię nie zrozumie. El habla culta madrileña to nie el habla culta bogotana i w Google pod hasłem „el habla culta madrileña" i podobnymi zapytaniami wyskakuje mowa z Madrytu. Substrat z okolic Madrytu we współtworzeniu standardów w Ameryce miał zróżnicowane znaczenie (jeśli to masz na myśli). Ciekawa sytuacja jest np. w Wenezueli, w której to największym prestiżem cieszy się mowa z Caracas, w której „podłoże madryckie" było mniejsze niż w mniej prestiżowych wenezuelskich dialektach o silniejszym „podłożu madryckim". Zazwyczaj sytuacja jest odwrotna i warianty bardziej konserwatywne zwykły cieszyć się wyższym prestiżem, ale w szczegółach zależy to od wielu czynników innych niż ściśle językowe. W Kolumbii mowa ze stolicy Bogoty owszem cieszy się dużo wyższym prestiżem niż „andaluzyjsko-murzyńska" mowa z departamentu Chocó, ale z drugiej strony Kolumbijczycy lubią się śmiać z nieprestiżowego dialektu z el Nariño, który jest wybitnie konserwatywny.

  6. Co do użycia wyrazu lima w Ekwadorze – właśnie skonsultowane z Ekwadorczykiem cytuje – „la lima es verde, también en Ecuador tenemos el limón verde y el limón amarillo, difieren en sabor". Co do inwersji znaczeniowej w Meksyku – bazuje na tym, co powiedział mój meksykański nauczyciel. Dyskusje na forach to potwierdzaja.

    1. @Rafał Kowalczyk

      Co do użycia wyrazu lima w Ekwadorze – właśnie skonsultowane z Ekwadorczykiem cytuje – „la lima es verde, también en Ecuador tenemos el limón verde y el limón amarillo, difieren en sabor".

      Rafale, przeczytaj uważnie zdanie, które cytujesz. Przeczytawszy swoje zdanie porównaj je z defnicjami w słowniku meksykańskim, który podaje, że „lima" ma kolor „amarillento verdoso", podczas gdy „limón" ma kolor „amarillo o verde"!!! Przecież Twój Ekwadorczyk podaje dokładnie to samo, co podaje słownik meksykański!!! Nie rozmawiamy o tym, w ilu subodmianach występuje „limón" [lub stopniach dojrzałości], lecz o różnicy pomiędzy „limón", a „lima". Prawdziwa jednak różnica pomiędzy tymi owocami nie w kolorze tkwi, a np. w smaku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ