Nie, nie, nie. Tak nie mówimy

poprawnosc-memeW ramach kontynuacji ostatniego wpisu chciałbym zająć się kolejnymi rodzajami błędów – tym razem jeszcze nam bliższym, bo popełnianymi podczas mówienia (i pisania). Szczególną uwagę chciałbym poświęcić błędom fleksyjnym oraz ogólnej kulturze języka. Ale zanim o tym powiem (a raczej napiszę):

Po co, na co i dlaczego? 

Jak powszechnie wiadomo, język jest strukturą żywą, wykorzystywaną codziennie przez miliony ludzi we wszystkich możliwych postaciach. Istnieje, ponieważ to my go budujemy – my, użytkownicy. Popełniamy błędy, mylimy się, ale ogólnie niestrudzeni porażkami dalej używamy języka, ponieważ musimy się komunikować. Choć niektórzy nie zważają na to, jak mówią, to często kompletnie nieświadomie zaczynają zauważać problem, gdy pojawiają się niejasności lub nieporozumienia w komunikacji. Zresztą o tym pisałem już wcześniej tutaj. Poprawność językowa w żadnym wypadku nie polega na tym, by stać się grammar nazi, lecz na tym, by ułatwić sobie życie. Dlatego w tym miejscu należałoby zastanowić się nad tym, jaki ma to sens. Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to sposób, w jaki prezentujemy siebie i swoją osobę. To, jak ktoś się wypowiada, wpływa znacząco na postrzeganie jego własnego ja przez innych. Oczywiście jest to niezwykle korzystne w sytuacjach oficjalnych, kiedy ktoś dąży do uzyskania jakiegoś konkretnego efektu: począwszy od rozmowy z nauczycielem, przez ubieganie się o stanowisko w pracy, aż po wygłaszanie przemówień na szczycie ONZ. Język towarzyszy człowiekowi w każdym momencie i najbardziej komfortową sytuacją jest nauczenie się wykorzystywania pełnego spektrum jego możliwości. Jak można łatwo zauważyć, język wzorcowy wykorzystywany jest w telewizji, czasopismach, radiu, przemówieniach i tym podobnych sytuacjach. Dlaczego? Ponieważ tam nie ma możliwości dopowiedzenia, poprawienia czy skorygowania informacji. Muszą one być podawane w taki sposób, by były zrozumiałe dla wszystkich: ludzi z północy Polski oraz z jej południa i jednocześnie dla obcokrajowców uczących się polskiego. To rzecz, która jest dla mnie najważniejsza: poprawny odbiór i zrozumienie treści przekazywanej w komunikacie. Stosowanie form wzorcowych, znanych wszystkim, praktycznie wyklucza możliwość nieporozumienia. Naturalnie, jeśli ktoś mówi nieskładnie, a jego wypowiedzi są nieklarowne, to choćby nie wiem jak oficjalnych form używał, to i tak nic mu z tego. Można na to spojrzeć też z innej perspektywy. Język polski jest pięknym zabytkiem, naszą ogólnonarodową spuścizną, o którą należy dbać. Nie mówię tutaj o przesadyzmie, nadmiernej dbałości, gdyż poprawianie wypowiedzi innych, według kultury języka traktowane jest jako faux pas, ale o zwykłej trosce o wypowiadane słowa.

Błędy fleksyjne

Błędy fleksyjne odnoszą się do sposobu, w jaki odmieniane są wyrazy (zarówno do deklinacji, jak i koniugacji). Polski jest językiem fleksyjnym, co oznacza, że występują w nim wspomniane zjawiska, które dokonują się poprzez dodawanie końcówek (morfemów) do rdzeni wyrazów.

Jednym z najczęściej popełnianych przez Polaków błędów jest niepoprawna odmiana zaimka „ta” w bierniku. Wynika ona z tego, że jako jedyna forma spośród wszystkich rodzajów jest nieregularna. Wszystkie formy w rodzaju męskim i nijakim oraz pozostałe w żeńskim odmieniają się regularnie we wszystkich przypadkach. Poprawna forma to „tę”. Należy ją po prostu zapamiętać, jest to najkrótsza droga. Słyszałem kiedyś też o innym sposobie zapamiętania tej końcówki: jeśli zapisujemy jakieś słowo i chcemy wstawić tam zaimek „ta”, a w wyniku odmiany coś w głowie podpowiada nam „tą albo tę”, to forma, której powinniśmy użyć, powinna pokrywać się z końcówką odmienionego rzeczownika. Zasada ta jednak nie sprawdza się zawsze. 

Na przykładach widać to znacznie lepiej:

księgarnię mianowano najstarszą w mieście. 

Proszę Cię mamo, kup mi zabawkę

Gdybym był tobą, wybrałbym  drogę

Kolejnym przykładem błędu, który chcę poruszyć, jest niepoprawna odmiana rzeczowników i czasowników w formach, w których kończą się one na -ą lub -om. Co prawda są to błędy ortograficzne, ponieważ odnoszą się do ich zapisu, ale wynikają one z niepoprawnej odmiany. Ciekawym zjawiskiem, które można zaobserwować w społeczeństwie, jest również wymowa takich wyrazów. Z czasem zaczynamy odchodzić od dokładnego wypowiadania samogłosek nosowych (czyli ą i ę) na rzecz o i e lub ich zniekształconych form. Zniekształcanie głosek nosowych może powodować to, że zamiast usłyszeć wyraźne „oni gotują”, ktoś słyszy „gotujom”. Nie raz i nie dwa zastanawiałem się już nad tym, dlaczego tak się dzieje: czy wynika to z braku wiedzy o ortografii lub poprawnej wymowie u niektórych? Otóż doszedłem do wniosku, iż to właśnie wina niepoprawnej odmiany, a raczej braku świadomości jej istnienia. Żeby było ciekawiej dodam, że rozwiązanie tego problemu jest bardzo proste. Najłatwiej jest zapamiętać, że czasowniki w żadnej możliwej formie nie przyjmują końcówki -om. Jest ona zarezerwowana jedynie dla rzeczowników. Czasowniki mogą przyjmować m.in. końcówkę i ę, ale nigdy -om. Ktoś jednak może zapytać, co z rzeczownikami? Przecież przy deklinacji wykorzystuje się zarówno końcówki -ą, -ę, jak i -om. Ja natomiast odpowiem, że to bardzo dobre pytanie. Otóż rozwiązanie jest równie proste, co uprzednio. Końcówka -om występuje jedynie w celowniku w liczbie mnogiej. Żaden inny przypadek nie przyjmuje takiej końcówki w żadnym rodzaju. Natomiast końcówki i ę pojawiają się wyłącznie w liczbie pojedynczej.

Na moment powrócimy jeszcze do zaimków. Często popełnianą pomyłką, nad którą ubolewają językoznawcy, jest niepoprawne stosowanie skróconych i pełnych form zaimków osobowych w przypadkach innych niż mianownik. Mówię teraz o: mnie – mi, ciebie – cię itd. Naturalnym odruchem jest skracanie i wykorzystywanie możliwie najkrótszych form; nie oznacza to jednak, że skracać można wszystko (tak samo, jak w matematyce, za skracanie na skos, pójdziesz na stos). Formy skrócone powstały, by nie wydłużać wypowiedzi tam, gdzie nie jest to konieczne, ponieważ to nie podmiot jest w nich najważniejszy. Stwarza to dodatkowe możliwości, by bezpośrednio wskazać najważniejszy element zdania.

Form pełnych używa się przede wszystkim na początku zdań: kiedy zaimek osobowy jest pierwszym wyrazem, to zwracam uwagę odbiorcy na wykonawcę czynności. Jeśli pierwszy jest czasownik, to można skorzystać z formy skróconej. Dlaczego „można”, a nie „należy”? Bo nie ma takiego obowiązku – krótsze formy są jakby „dodatkiem”. Jeśli w zdaniu ważna jest, na przykład, nie tylko czynność, lecz także jej wykonawca, to można użyć formy skróconej. Warto również pamiętać, że po przyimkach, powinno się stosować formy pełne.

Bardzo dobrze widać to na przykładach z czasownikiem kochać.

Ciebie i tylko Ciebie kocham. 

Kocham Cię. 

Albo na przykładzie czasownika podobać się. 

Mnie nie podobają się obrazy Matejki. 

Nie podobają mi się obrazy Matejki. 

Podaję jeszcze przykłady użycia zaimków po przyimkach:

Dla mnie najładniejszy jest kolor niebieski. 

Według mnie mijasz się z prawdą. 

Obecnie językoznawcy, m.in. prof. Jan Miodek czy prof. Jerzy Bralczyk, biją na alarm, iż tak bardzo się do tych form przyzwyczailiśmy, że wiele osób nie potrafi korzystać z form pełnych, co grozi ich wyginięciem z języka w drodze naturalnego rozwoju. Niektóre zdania mogą wręcz brzmieć dziwnie, tak bardzo zakorzeniły się w języku polskim krótkie formy.

Dalsza część rozmowy o czasie skupi się na… datach (a konkretniej na ich zapisie). Chodzi o wyrażenia piąty lipca, ósmy września itd. Nie jest on nazbyt skomplikowany, pomimo tego często stosowany jest niepoprawnie. Tak naprawdę jest skrótem myślowym, który zastosowany w pełnej postaci, znacznie ułatwia jego odmianę.

Wygląda to tak:

piąty (dzień) lipca

dziesiąty (dzień) lutego 

dwudziesty (dzień) października 

Nazwa miesiąca musi wystąpić w dopełniaczu, ponieważ dzień jest kogo? czego? jakiegoś miesiąca. Nawet gdy słowo dzień się nie pojawia , to należy mieć je w pamięci. Z jednego ważnego względu: pomaga to w odmianie. Jeśli ktoś pomiędzy wstawi (w myślach; w tekście nie musi się ono pojawić) to słowo, to nie ma możliwości, by użyć konstrukcji niepoprawnie.

Błędy składniowe

Zanim przejdę do błędów frazeologicznych, opowiem jeszcze o błędzie składniowym. Otóż istnieją pewne połączenia wyrazów, które występują ze sobą nierozłącznie, w odpowiedniej kolejności, połączone w odpowiedni i stały sposób. Jakie to wyrażenia? Choćby pierwsze z brzegu, klasyk gatunku: nie tylko…, lecz także… . Wykorzystujemy je na co dzień w mowie i piśmie. Najpopularniejsze to:

O ile…, to…

O ile…, o tyle…

Jeśli…, to… 

Tak…, jak…

Dlatego…, że… 

Im…, tym… 

Ktoś jednak może zapytać co to oznacza w praktyce? Chodzi o to, że są to wyrażenia, które nie ulegają zmianie i używanie ich w inny sposób jest niepoprawne. Jeden z najczęstszych błędów w tym zakresie, to mówienie dlatego…, bo… . Równie częstym błędem jest zmienianie słów lecz lub także w pierwszym z wyrażeń. W tym przypadku językoznawcy postanowili jednak ułatwić nam życie: w mowie dopuszcza się: nie tylko…, lecz również/ale także/ale również itd. Wszystkie te formy uznawane są za równorzędne, lecz w piśmie zobowiązani jesteśmy, by używać formy wzorcowej, podanej na początku.

Błędy frazeologiczne

Podobnie jak powyższe złożenia są stałymi elementami języka, tak i związki frazeologiczne są niezmienne. Żeby mówić o błędach frazeologicznych, należy zastanowić się nad tym, czym jest związek frazeologiczny. Otóż jest to stałe połączenie różnych słów w wyrażenie, którego właściwe znaczenie jest inne od dosłownego. Co to oznacza w praktyce? Oznacza tyle, że przy używaniu takich związków, należy zachować ostrożność. Związki frazeologiczne są utartymi wyrażeniami, zatwierdzonymi przez językoznawców. Zmienianie ich lub po prostu używanie ich w niewłaściwy sposób jest błędem, ponieważ zniekształca to ich znaczenie, które nie dość, że nie jest dosłowne, to często nie da się go odczytać bezpośrednio z samej ich treści. Wymienię tylko trzy podstawowe i szeroko stosowane związki. Jeden z nich to: rzucać się z motyką na słońce. Całkiem niepozorne, wszystkim znane połączenie. Jednak jeśli ktoś zamieni słońce na chociażby księżyc, to już jest to błąd. Nie wiem dlaczego, ale zauważyłem, że w regionie, z którego pochodzę, prawie nikt nie rzuca się na słońce, lecz na księżyc… W pewnym stopniu można to nawet potraktować jako regionalizm.

Innym przykładem jest: wziąć coś na tapet. Tak drodzy Czytelnicy, na tapet! Sam byłem niezwykle zdziwiony, gdy się o tym dowiedziałem (tyle lat w nieświadomości…). Wyrażenie to nie ma absolutnie nic wspólnego z tapetą, którą wykładamy ściany swoich mieszkań czy domów. Czym w takim razie jest tapet? To po prostu dawna nazwa na stół obrad, który najczęściej przykrywano zielonym suknem. Od teraz sam staram się nie brać spraw na tapetę, bo szkoda niszczyć ściany. Ostatnim, nagminnie zmienianym i namiętnie maltretowanym wyrażeniem jest: rzucać się w oczy. Konsekwentnie nie rzucamy się w oko/ucho/uszy/twarz i jakąkolwiek inną część ciała. Jeśli komuś już bardzo na tym zależy to może ewentualnie wpaść komuś w oko, ale to już kompletnie inne znaczenie niż przy rzucaniu się.

Inne błędy

Jeśli ktoś uczy się niemieckiego, to wie, że czasowniki oznaczające ruch łączą się z innym przypadkiem, a te oznaczające brak ruchu z innym. To pociąga za sobą dwa osobne słówka pytające: jedno dla bezruchu i jedno dla ruchu, oba w odniesieniu do położenia. Po polsku sytuacja jest taka sama. Mamy gdzie (czyli niemieckie wo), i mamy dokąd (czyli niemieckie wohin). Różnica w użyciu tych słów jest znaczna, ponieważ oba wskazują na przeciwne stany. W konsekwencji słów tych nie można używać wymiennie, co i tak wiele osób czyni. Zatem zdanie Gdzie idziesz? jest błędne. Należy mówić: Dokąd idziesz/jedziesz/zmierzasz? 

Podobnie ma się sytuacja z dwoma innymi słowami: gdy oraz kiedy. Ponownie odniosę się do języka zachodnich sąsiadów: tam różnica jest niewielka, bo dzieli je tylko jedna litera, jednak szyk niemieckiego zdania może pomóc w zapamiętaniu różnicy pomiędzy tymi wyrazami. Kiedy po niemiecku to wann. Słowa tego najczęściej używa się w pytaniach, co oznacza, że występuje w zdaniu jako pierwsze. Tak samo jest po polsku. Słowo kiedy odnosi się do jakiegoś nieokreślonego punktu na osi czasu. Wenn oznacza po niemiecku gdy. Słowo gdy nie musi odnosić się do konkretnego czasu: ma zaznaczać następstwo czasów (akcentuje kolejność wykonywania jakichś czynności) lub określać czas odbywania się czynności, o której mowa w zdaniu. W mowie jednak uznaje się to za kosmetyczną różnicę, więc nie ma co zawracać sobie nią zbytnio głowy. Warto jednak o tym wiedzieć podczas czytania, bo może to znacząco ułatwić interpretację lub zrozumienie jakiegoś tekstu.

Tautologia

Błędem, który często wyłapują ludzie ze słuchu, ale nie potrafią go nazwać jest tzw. „masło maślane”. Taki błąd to tautologia (lub pleonazm) – niepotrzebne powtórzenie jakiegoś słowa w inny sposób. Na co dzień wykorzystujemy wiele utartych wyrażeń, które wydają się nam być poprawne. Czasami okazuje się jednak, że te wyrażenia są błędne, ponieważ, można rzec, że „jest w nich za dużo treści”. Jedno z najpopularniejszych to np. fakty autentyczne. Skoro fakt, to w definicji ma stwierdzoną prawdziwość, czy też autentyczność. Nie należy tego powielać, gdyż słowo fakt swoim zakresem znaczeniowym już to obejmuje. Należy się zdecydować: albo fakt, albo autentyczne wydarzenie. Czy tautologii w ogóle nie wolno używać? Nie. Jedyny warunek jest taki: niech jej użycie będzie uzasadnione. Jeśli zamysł autora jest taki, by podkreślić coś szczególnie, to można sobie na nią pozwolić. Należy jej jednak unikać w miejscach, w których takie rzeczy są oczywiste. Inne często spotykane tautologie to: w każdym bądź razie, w dniu dzisiejszym, w dniu/dnia 5. lipca, najprawdziwsza prawda, tylko i wyłącznie.

Zbędne "nowe" słowa

Język nieustannie rozwija się, niektóre formy tworzy samodzielnie, a niektóre przyswaja w formie pożyczek. W podobny sposób my próbujemy posługiwać się językiem: tworzymy kalki, przerabiamy obce konstrukcje  i sztucznie wcielamy je do języka. Wprowadzają one chaos do ojczystego systemu językowego i są formami konkurencyjnymi dla rodzimych wyrażeń. Jest ich całkiem sporo, często nie zdajemy sobie sprawy z ich pochodzenia. Najczęściej rusycyzmy wydają się normalnymi polskimi strukturami, niestety nimi nie są. Najpopularniejsza kalka? Z wielkiej/małej litery. Jest to bezpośrednie zapożyczenie z języka rosyjskiego: с бoльшой/малой буквы. Po polsku, czyli poprawnie według naszego systemu, należy mówić dużą/małą literą. Inne popularne rusycyzmy to: póki co w znaczeniu na razie; wiodący w znaczeniu główny, rozpracować w znaczeniu przeanalizować. Istnieją całe grupy wyrazów, które pochodzą z innych języków i są używane pomimo konkurencyjnych form rodzimych. Współcześnie popularne są anglicyzmy, co wynika z ekspansji języka angielskiego. O ile zapożyczanie słów i wcielanie ich do słownika innego języka to normalne zjawisko, to używanie wyrazów, których odpowiedniki w naszym języku istnieją, jest niebezpieczne. Najczęściej anglicyzmy spotyka się w gwarze uczniowskiej lub tzw. korpogadce, ale jest to żargon, co zmienia sytuację. Natomiast coraz częściej spotykam się z anglicyzmami w sytuacjach oficjalnych lub w codziennych rozmowach – nie tylko ja zauważyłem to zjawisko, również moje otoczenie, a w szczególności część społeczeństwa, która angielskim się nie posługuje. Jak już napisałem, nie chodzi o bycie purystą, ale o świadomość i możliwe zapobieganie temu.  

Zakończenie

 

Słowa, jakich używamy, są czymś takim, jak ubranie, które nosimy, albo rodzaj fryzury. Można się ubrać krzykliwie na naradę w biurze albo włożyć ciemny garnitur na plażę, ale większość ludzi powie, że jest to niestosowne.

–  prof. Mirosław Bańko, fragment wypowiedzi z Poradni Językowej PWN

Mając w pamięci słowa profesora, zachęcam nie do hiperpoprawności, lecz do (mam nadzieję) udanych spotkań z polszczyzną wzorcową. W razie wątpliwości polecam korzystanie ze strony Słownika Języka Polskiego oraz Poradni Językowej PWN, która jest prawdziwą (i przede wszystkim pewną) kopalnią wiedzy na temat języka polskiego w Internecie.


Zobacz także…

Jak wiele można wynieść z polskiej szkoły, czyli mankamenty i problemy polskiej sceny edukacji językowej
Noworocznie i językowo o Polsce
Komunikatywność w języku: co to takiego?
Polski – najtrudniejszy język świata?

28 komentarze na temat “Nie, nie, nie. Tak nie mówimy

    1. Trafne pytanie. Oczywiście masz rację – "w każdym bądź razie" jest kontaminacją, dokładniej kontaminacją frazeologiczną, powstawałą w wyniku połączenia dwóch wymienionych przez Ciebie frazeologizmów. Jednakowoż fakt, iż jest to kontaminacja, nie wyklucza możliwości istnienia innego błędu w tym wyrażeniu, czyli tautologii. Jeśli się nad tym dobrze zastanowić, to oba wyrażenia powtarzają się. "w każdym razie" i "w każdej możliwej sytuacji, która ma nastąpić" oznaczają przecież prawie to samo. Również sama definicja kontaminacji wskazuje na ten fakt: kontaminacja [łac. contaminatio ‘zmieszanie’], językozn. zmieszanie, skrzyżowanie i zespolenie 2 elementów językowych (wyrazów lub związków frazeologicznych), w którego wyniku powstaje nowy wyraz lub związek frazeologiczny, funkcjonalnie zbieżny z jednym ze składników k. lub będący wypadkową ich obu; (definicja za Encyklopedią PWN). W definicji wskazano już na to, iż jest to konstrukcja z bieżna z jej składnikami.

  1. Naprawdę nietrudno jest wykorzenić u siebie te wszystkie błędy. Zwłaszcza że tych najbardziej bolesnych miejsc w „najtrudniejszym języku świata” jest tak niewiele i na dodatek wciąż tylko na nie zwraca się uwagę w każdym wydawnictwie poprawnościowym czy nawet popularnych artykułach. Ale chyba użytkownicy „najtrudniejszego języka świata” w większości dopuszczają takie różne odstępstwa, bo ich poprawianie byłoby gwałtem na ich wersji „najtrudniejszego języka świata” – tej otrzymanej z mlekiem matki, rodzinnej, bliskiej, ukochanej, ojczystej.

    1. Polacy to taki dziwny naród, który lubi chwalić się tym, jaki to ich język jest trudny. Określanie języka jako trudny bądź łatwy tylko i wyłącznie pod względem tego, że "tak już jest i na zawsze tak pozostanie" jest kompletnie bezsensowne. Na trudność języka w oczach jednostki indywidualnej wpływa wiele sensownych czynników.

      Wszystkich błędów nie da się wykorzenić. Zawsze będziemy przynajmniej w jednej kwestii odstawać od normy, ponieważ tak już przyjęliśmy mówić. Tak samo jest w każdym języku świata, nikt nie zna perfekcyjnie swojego języka. Jest to niemożliwe z uwagi na fakt, że jest to żywy twór ciągle ewoluujący. Trzeba byłoby poświęcić całe życie, by osiągnąć taką perfekcję, choć wydaje mi się, że to i tak byłoby za mało.

      Wersja języka "otrzymana z mlekiem matki, rodzinna, bliska, ukochana, ojczysta" wynoszona jest przede wszystkim z domu. Istnieje też coś takiego jak norma wzorcowa języka. Nie jest ona jednak niemożliwie ścisła i rygorystyczna, bardzo często dopuszcza kilka wariantów odmiany części mowy oraz wymowy. Mimo to wielu ludzi popełnia błędy kardynalne, które nie mieszczą się w normie, nie znajdują się nawet na najniższym jej poziomie. Do takich błędów należą m.in. formy "przyszłem", "poszłem", "wziąść" itd. Nie jest więc tak, że wszystkie odstępstwa są tolerowane. Bynajmniej, niektóre z nich powinny być kategorycznie tępione, gdyż kaleczą język.

    1. Oprócz tego nieliczne przypadki akcentu na sylabie innej niż druga od końca. Też za trudne, bo w końcu tyle tych wyjątków jest :/ Irytujące są też przypadki przegięcia w drugą stronę, typu náuka,

      1. Przypadki występowania akcentu na sylabie innej niż na przedostatniej wcale nie są nieliczne. Odstępstw paroksytonezy (występowania akcentu właśnie na przedostatniej sylabie) jest w sumie całkiem sporo.

        Głównym odstępstwem są rzeczowniki obcego pochodzenia zakończone na ~ika/~yka w mianowniku liczby pojedynczej. Jeśli liczba sylab w formie fleksyjnej wynosi tyle, ile ma w mianowniku liczby pojedynczej, to akcent w wymowie wzorcowej powinien padać na trzecią sylabę od końca (proparoksytoniczny). W wymowie potocznej może padać na przedostatnią. To samo tyczy się form 1. i 2. osoby liczby mnogiej czasowników w czasie przeszłym (np. prze-CZY-ta-łem, a nie *prze-czy-TA-łem), z tą jednak zmianą, że akcent paroksytoniczny jest błędny.

        Natomiast w przypadku form trybu przypuszczającego mamy już dwa rodzaje wyjątków – pierwszy to akcent proparoksytoniczny we wszystkich formach liczby pojedynczej i w 3. osobie liczby mnogiej (np. ZRO-bił-bym), drugi zaś to akcent aż na czwartej sylabie od końca w 1. i 2. osobie liczby mnogiej (np. zro-BI-li-byś-my). Jeśli któryś z czasowników w tym trybie zawiera cząstkę "się", to do rachunku dojdzie jeszcze jedna sylaba.

        Istnieje jeszcze wiele kategorii wyjątków, gdzie występuje akcent proparoksytoniczny, wspomnę jednak o akcencie oksytonicznym (padającym na ostatnią sylabę). O tym, że w języku polskim istnieje, nie wolno zapomnieć. Dotyczy on przede wszystkim literowców (np. PKP, AZS, PKO), derywatów z przedrostkami arcy-, eks-, super- oraz wice- (pod warunkiem, że rzeczownik będący podstawą słowotwórczą jest jednosylabowy) oraz zapożyczeń francuskich nieprzyswojonych (tzn. takich, które przeniesione do języka-biorcy zostały w formie i znaczeniu takich, jakie mają w języku dawcy) – jeśli więc ktoś nie wymawia w sposób poprawny słów takich jak "exposé", "purée", "camembert" czy "sauté", stawiając akcent na ostatniej sylabie, co jest charakterystyczne dla języka francuskiego, jest jakiś niedouczony.

        "Też za trudne, bo w końcu tyle tych wyjątków jest". W życiu wiele jest trudnych rzeczy. Często, by coś osiągnąć, trzeba się napracować – nauki języka też to dotyczy. Jeśli ktoś nie chce, nie będzie posługiwał się poprawnie językiem. Trzeba chcieć, trzeba pracować. Mówienie: "to za trudne" jest oznaką bezsilności, a ten, kto jest bezsilny, nigdy nie nauczy się żadnego języka, nawet gdyby był to język ojczysty.

      2. Nie dojdziemy do porozumienia, bo mamy zupełnie różne wyobrażenie na temat ile to jest „całkiem sporo”. Zagadnienie dające się z powodzeniem opisać w jednym akapicie to naprawdę nie jest żadne „całkiem sporo”, więc jak dla mnie odpada ten rodzaj usprawiedliwienia dla niechlujności językowej.

  2. Nie rozumiem kto i po co trzyma to nieszczęsne "tę" w polszczyźnie. Mimo że 99,9% użytkowników polskiego mówi "tą", mimo że wszystkie zaimki w rodzaju żeńskim dawno wymieniły końcówkę w bierniku (tamtą, siamtą, owamtą) to nasi językoznawcy sztucznie utrzymują ten relikt. Nadal oficjalnie należy mówić "tę" a w piśmie, nawet w tekstach potocznych jest tylko jedna obcja.
    Mnie najbardziej razi użycie "tę" w polskim kinie, gdzie nieraz gangsterzy sypiący wulgaryzmami nagle sobie przypominają poprawną polszczyznę mówiąc "rzuć kurwa tę spluwę". Przecież nikt normalny nie użyje spontanicznie takiej formy, po co się tak pastwić nad naturalnym rozwojem języka?

    1. Czy JEDEN fleksyjny archaizm, i to w najtrudniejszym języku świata, jest rzeczywiście czymś aż tak irytującym i dziwnym?

    2. W moim idiolekcie forma "tą" nie istnieje. Jeśli zostanę gangsterem, mówić będę "rzuć tę spluwę". Nie wyobrażam sobie, bym choć w najbardziej spontanicznej sytuacji powiedział "tą spluwę". Po prostu "tą" nie istnieje w moim idiolekcie. Takiego słowa nie ma i już.

      Gdy Kubanka zapytała się mnie o różnicę pomiędzy "tą" i "tę" odpowiedziałem coś w tym stylu, że obie formy są poprawne, ale "tę" ładniej brzmi, i że ja mówię "tę".

      Podobnie słowa zakończone na "ę" brzmią mi dużo lepiej niż ich odpowiedniki zakończone na "ak": "kurczę", nie "kurczak"; "dziecię", nie "dzieciak"; "niemowlę", nie "niemowlak". Choć te drugie u mnie w Małopolsce zdążyły się bardzo rozpowszechnić i wypierać pierwsze, pierwsza forma dla mnie jest piękna, a druga brzydka, a może zwyczajna, ale pisząc poezję formy "kurczak" bym nie użył. W Warszawie mówi się inaczej, a nawet mówią do mnie Warszawiacy "dziękuję Tobie". Czy musi istnieć jedna poprawna mowa dla całej Polski? Ja będę mówił "dziękuję Ci", a jak Warszawiacy chcą mówić "dziękuję Tobie", to niech mówią i nie będę im zwracał na to uwagi i poprawiał.

      1. A to "tę" wymawiasz z nosówką na końcu czy mówisz poprawnie "te"? A co masz we krwi "tę" czy "tą"? Musisz się pilnować żeby czasem nie wyleciało "tą"? Miałem taką polonistkę , która wymawiała starannie ( czyli niepoprawnie) wszystkie samogłoski nosowe, a już przy słowie "tę" niemal nos sobie skręcała w trąbkę. Raz jednak w pośpiechu rzuciła ku uciesze klasy "daj tą książkę!" Nie wiem jak w innych częściach Polski, ale na Podlasiu nikt nie miał we krwi formy "tę", jeśli ktoś jej używał to musiał bardzo uważać, nie wiem tylko w imię czego.

      2. A to „tę" wymawiasz z nosówką na końcu czy mówisz poprawnie „te"?

        Wymiawiam "ę" z nosówką: "rzuć tę spluwę".

        Musisz się pilnować żeby czasem nie wyleciało „tą"?

        Nie muszę się pilnować. Słowo "tą" dla mnie nie istnieje, więc z nieuwagi mi się nie powie. Istnieje "tę" zakończone nosówką.

        Miałem taką polonistkę , która wymawiała starannie ( czyli niepoprawnie) wszystkie samogłoski nosowe, a już przy słowie „tę" niemal nos sobie skręcała w trąbkę.

        Nie wymawiam starannie, wymawiam odruchowo. Przesadziste i przeciągnęte w wieczność "tę" w stylu Miodka z telewizji mnie brzydzi. Ja tak nie mówię: wymawiam normalne nosowe "ę" i ani nie musze się pilnować (by nie powiedzieć "tą" lub "te"), ani nie robię z siebie pośmiewiska zbytnio przeciągając "ę". Wstrętnie przeciagają chyba Ci, co wymawiają na siłę głoskę, która nie jest dla nich naturalna. Dla mnie "tę" jest naturalne i przypuszczam, że szłysząc mnie nawet byś nie zwrócił na moją wymowę uwagi. Nie mówię jak nauczycielka.

      3. Forma "tę" w bierniku liczby pojedynczej wcale nie jest nieszczęsna, ponieważ mieści się w normie wzorcowej i jest jak najbardziej poprawna. Owszem, większość Polaków używa zamiast niej formę "tą", która – uwaga – również mieści się w normie wzorcowej, a to ma swoje uzasadnienie w uzusie. Jednak nie wszystko, co mieści się w uzusie, mieści się w normie wzorcowej. To nie jest żaden relikt. Prędzej reliktami mogą być formy "mełłem" i "pełłem" od czasowników odpowiednio "mielić" i "pielić", które – o dziwo – również mieszczą się w normie wzorcowej, mimo iż nie są one często używane. Chociaż jak dla mnie nie są to relikty, dopóki żyją osoby, które właśnie w taki sposób mówią.

        Użytkownikowi @PBB nie można więc niczego w tym przypadku zarzucić. Ma on również rację, jeśli chodzi o przykłady słów, które brzmią lepiej. Jak dla mnie to forma "dzieciak" bynajmniej nie brzmi miło, według mnie nacechowana jest negatywnie.

        Co do wymowy formy "tę" – występuje tutaj osłabienie nosowości. Zakłada je norma językowa, czasami jednak sankcjonuje ona pełne odnosowienie. Wymawianie głosek zapisywanych literą "ę" w wygłosie (tzn. na końcu wyrazu) z pełną nosowością jest błędne. (Jeśli ktoś mi nie wierzy, może sprawdzić: Tomasz Karpowicz, "Kultura języka polskiego. Wymowa, ortografia, interpunkcja", PWN, Warszawa 2016, str. 38).

      4. Skoro słowo "tą" dla Ciebie nie istnieje, to jak "się posłużysz tą spluwą"? Oprócz biernika są jeszcze inne przypadki, np. narzędnik.

        Wróćmy do biernika. Słowo "książka" (w bierniku "książkę") jest rzeczownikiem, z kolei przymiotniki rodzaju żeńskiego w bierniku kończą się "-ą". Jeżeli "ta" jest zaimkiem przymiotnym, to na logikę powinno być "tą". Ja staram się mówić "czytam tę grubą książkę", ale nie potępiam mówiących "czytam tą grubą książkę", ani też nie posypuję sobie głowy popiołem, gdy w ten sposób sam się pomylę.

  3. @PBB

    Mam nadzieję, że jednak słowo "tą" dla Ciebie istnieje, tylko w narzędniku. Chyba jednak powiesz "nie idź TĄ drogą" albo "z TĄ dziewczyną"? Bo hiperpoprawność to chyba najbardziej prostacki błąd.

  4. ,,Które wydają się nam być poprawne" to błąd. Zapożyczenie z łaciny. Powinno być: ,,które wydają się poprawne" / ,,wydaje nam się, że są poprawne". ,,Wydawać się" + przymiotnik / spójnik, NIE ,,wydawać się" + czasownik. Poza tym bardzo fajny artykuł 🙂

  5. @PW

    Polscy językoznawcy widocznie bardzo się nudzą doszukując się akcentu na ostatniej sylabie np. w przypadku skrótowców. Podobne zjawisko można znaleźć w zdaniach "on ma psa", "jego nos" tam są dwie ćmy", "witamina C"- szkoda, że takich przykładów nie podają. Jest w języku polskim naprawdę wiele trudności, którymi mogliby się zająć, np. czy istnieje forma czasownika w drugiej osobie liczby pojedynczej czasu przeszłego dla rodzaju nijakiego? W trzeciej osobie mamy trzy formy, np. był, była, było, w pierwszej dwie- byłem, byłam – a jak jest w drugiej? Czy można powiedzieć do drzewa "byłoś"?

    1. Czy istnieje forma czasownika w drugiej osobie liczby pojedynczej czasu przeszłego dla rodzaju nijakiego? Tak.

      Formy takie jak: "byłom", "byłoś", "zrobiłom", "zrobiłoś" używane są głównie w poezji – jeśli np. podmiot zwraca się bezpośrednio do rzeczownika rodzaju nijakiego (np. Słońce, oko, piwo) albo rzeczownik taki mówi o sobie. Pod względem gramatycznym formy te są poprawne. W użyciu jednak prawie że nie są, bo w rzeczywistości Słońce, oko, piwo itd. nie potrafią mówić, a my do nich też się raczej nie zwracamy bezpośrednio (no bo po co?).

      Jeśli zaś chodzi o wyrazy takie jak "dziecko", "dziecię", "zwierzę" – w tych przypadkach dostosowujemy formę gramatyczną do płci dziecka albo gatunku zwierzęcia. Powiemy więc: "Dziecko drogie, zrobiłeś (zrobiłaś) to?".

  6. A czym w ogóle są zmiany językowe jeśli nie błędami, które się przyjęły? Czy więc warto tak te błędy tropić, utrzymywać sztucznie jakieś relikty, pielęgnować wyjątki i pytać o zdanie językoznawców albo , nie daj Boże, prosić ich o pozwolenie na jakąś formę? Gdyby nie błędy to prawie całe Europa i część Azji mówiłaby w języku praindoeuropejskim.
    Dla mnie błędy bazujące na zmianach językowych ( tą, szłem, matemaTYka) to w ogóle nie błędy.
    Doszukiwanie się nieprawidłowości w zapożyczonych słowach, których brak w polszczyźnie to wręcz sabotaż. Odmiana przez wszystkie przypadki zwrotu "rodzimy użytkownik danego języka" żeby nie powiedzieć "nejtyw" to czysty masochizm stosowany bez najmniejszego uzasadnienia. Równie dobrze tacy "puryści" mogliby mówić "odbiornik i przetwarzacz fal radiowych" zamiast "telewizor".
    Kalki z innych języków, choć są dość rażące (tymniemniej, w miedzyczasie, daj mi ten długopis proszę) też są do przyjęcia jako nieuchronne zmiany językowe.
    Za to za prawdziwe błędy uważam pleonazmy, ale tylko te oparte na nierozumieniu któregoś członu. "Cofnąć się do tyłu", "podnieść do góry" – to jeszcze od biedy przejdzie, ale już "akwen wodny", "kawalkada samochodów", "edycja wydania", "najwyższe podium"- to jest po prostu komiczne.
    A za najgorszy błąd uważam hiperpoprawność-" przyglądać się kobietą", "opata, okieć" "z tę panią", "parking klientom", "niebiewski"- to już prawdziwe prostactwo!

    1. Cieszę się, że w końcu ktoś to napisał. Czytając ten artykuł, czułem się, jakbym wrócił na gimnazjalne lekcje języka polskiego prowadzone przez nauczycielkę-preskryptywistkę. Skoro tak bardzo cenimy sobie stare, "lepsze" formy, to może odeślijmy kobietę do koba, wyrzućmy z języka słowa takiego jak "lekcja" czy "kościół" i przywróćmy aoryst? Wątpię, że komukolwiek przyszłoby to do głowy.
      Choć generalnie można zrozumieć to zamiłowanie do form z języka standardowego, wyniesionego na piedestał, wśród raczej konserwatywnego polskiego społeczeństwa, nie spodziewałbym się takiego wpisu na stronie prowadzonej przez lingwistów (amatorów bądź z zawodu). Język zawsze zmieniał się, zmienia się i zmieniać się będzie. I żaden językoznawca tego nie powstrzyma.
      Choć ja osobiście dla świętego spokoju przyswoiłem sobie formy typu "tę" czy "szedłem", żeby nie być poprawianym na każdym kroku, to w głębi serca uważam je jedne z wielu naturalnych przemian, które zachodzą w języku i prowadzą do jego uproszczenia. W końcu nie bez powodu nasi przodkowie pozbyli się ablatywu, prawda? Skoro można odnosowić "ę" w "kobietę", to czemu nie można odnosowić "ą" w "pracują", rozszerzając je do zbitki "om"? Czy ujednolicenie akcentu do paroksytonicznego utrudni porozumiewanie się, czy raczej je ułatwi? Nie zrezygnuję z mojego "matemaTYka", choćby mi dopłacali, a o to, czy słowo "gdzie" w kontekście "Gdzie idziesz?" jest poprawne, stoczyłem swojego czasu batalię z moją nauczycielką od niemieckiego, a potem od polskiego i naprawdę nikt mnie nie przekona, że mam na siłę używać tego dziwnego "dokąd". Czasy się zmieniają, a razem z nimi polszczyzna.
      Pleonazmy, choć mnie też do pewnego stopnia rażą, są do zrozumienia. Zwroty typu "cofnąć się do tyłu" można uznać za chęć podkreślenia danego aspektu wypowiedzi, co ma miejsce również w innych językach (np. choćby w hiszpańskim — po co mówić "A mí no me conoce", skoro można powiedzieć "No me conoce"?). Myślę również, że podobny jest powód zwrotów typu "akwen wodny". Być może to właśnie niepełne "wyczucie" znaczeń słów takich jak "akwen" czy "kawalkada" sprawia, że Polacy czują potrzebę doprecyzowania danego wyrażenia?
      To, co naprawdę przyprawia mnie o gęsią skórkę, to zapożyczenia w miejsca słów, na które są idealne polskie odpowiedniki, i to nieustępujące swoim rywalom w łatwości wypowiedzenia. Jeśli jednak Polacy chcą tak mówić, to kimże jestem, żeby ich osądzać?
      A od hiperpoprawności niechże nas Latający Potwór Spaghetti broni! Jeśli takie formy, jak wymienił kolega wyżej, weszłyby na stałe do języka, nie miałbym wyboru, ale póki używają ich tylko osoby chcące popisać się swoją rzekomą "znajomością" języka polskiego, czuję się usprawiedliwiony, wzdrygając się na ich dźwięk lub widok.

  7. Po przeczytaniu dyskusji i ja dorzucę swoje trzy grosze.

    Zacznę od tego, że opozycja "naturalny rozwój języka" vs. "ustalane przez językoznawców normy" jest opozycją fałszywą. To właśnie uzus językowy, czyli inaczej zwyczaj, jest podstawą do tworzenia norm. Rada Języka Polskiego od początku swojego istnienia podkreśla znaczenie ewolucji języka, oto typowy przykład:

    W roku 1993 leasing miał już swoje hasło w jednotomowym „Małym słowniku języka polskiego PWN”, powtarzane i w następnych jego wydaniach (…) Podobnie w „Nowym słowniku poprawnej polszczyzny PWN” z roku 1999 pod red. A. Markowskiego znalazło się na s. 389 nie tylko hasło leasing, lecz także osobne hasło leasingować.

    http://www.rjp.pan.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=1103:opinia-o-wyrazie-qleasingq&catid=44&Itemid=145
    Wiele można o Radzie powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest instytucją konserwatywną i ślepą na naturalne zmiany. Poloniści (i nie tylko) o bardziej purystycznym zacięciu twierdzą wręcz coś dokładnie przeciwnego 🙂

    W ramach ciekawostki dorzucę, że ładnych parę lat temu chodziłam na wykłady do prof. Markowskiego – już wtedy przewodniczącego Rady. Wykłady (z Kultury języka polskiego) były znakomite i nie przesadzę ani trochę, jeśli powiem, że ukształtowały moje podejście do ojczystego języka, ale pamiętam zabawną rzecz: zdarzało się niekiedy, że byliśmy (tzn. my, studenci) wręcz zszokowani, kiedy okazywało się, że jakieś słowo, o którym przez całe życie nas uczono, że jest błędne, za chwilę stanie się normą i wejdzie do słowników. Przykładów nie podam, bo niedokładnie pamiętam, a nie chcę konfabulować. W każdym razie już wtedy przebąkiwało się, że forma "tę" dla biernika liczby pojedynczej rodzaju żeńskiego staje się przestarzała i w nieunikniony sposób, wcześniej czy później, zostanie wyparta przez "tą".

    No dobrze, uzus jako podstawa normy językowej. Nie sposób nie zauważyć, że w podejściu tym kryje się potencjalna pułapka. Bo "uzus językowy" jest idealnym przykładem kategorii super pojemnej, za pomocą której możemy uzasadnić praktycznie każdą skrajność, a nawet dowolny absurd, jeśli się uprzemy: przecież skoro miliony użytkowników Internetu piszą "widziałem jakiś ludzi", "płyta Bob'a Dylan'a", "umiem język", a kolejne miliony mówią "wziąść"*) i "włanczać" – to, jakby nie patrzeć, jest to uzus! Wierzę jednak w rozsądek Rady Języka Polskiego

    Wracając do kwestii "tę / tą" – osobiście nie mam problemu z używaniem formy "tę" (która, jak na razie, wciąż zdaje się stanowić element normy wzorcowej) wszędzie tam, gdzie wypowiadam się publicznie. Jednak na co dzień mówię tak, jak nauczono mnie w domu, czyli używam formy "tą". I nie mam poczucia rozdwojenia jaźni 🙂 Równocześnie dawno już wykorzeniłam (u siebie i najbliższych) formę "wziąść", którą wyniosłam z tego samego domu.

    Uważam, że jako rodzimi użytkownicy **) języka polskiego, jesteśmy zobowiązani do dbałości w posługiwaniu się nim. Nie mówię o przesadzie – każdy z nas popełnia błędy (o własnych kalkach z hiszpańskiego mogłabym napisać elaborat), poza tym inne reguły rządzą mową potoczną, a inne np. pisaniem artykułu czy wygłaszaniem wykładu, to zrozumiałe. Trzeba jednak mieć świadomość istnienia normy, która – co starałam się pokazać i nie wiem, na ile się udało – nie jest czymś sztucznie narzuconym i oderwanym od rzeczywistości, przeciwnie, ewoluuje wraz z językiem. Normy nie należy też mylić z hiperpoprawnością, o której już ktoś wyżej wspomniał. Przykład, pierwszy z brzegu: pewnie każdy z nas zna osoby, które wymawiają słowa takie jak "ławka" czy "szybko" jako "łaWka", "szyBko" i nie mają świadomości, że w gruncie rzeczy popełniają błąd, bo w polskiej fonetyce istnieje zjawisko upodobnienia wstecznego.

    *) Kilka razy spotkałam się też z formą "wziąźć" – cóż za urocze połączenie błędu i dążenia do hiperpoprawności.
    **) Jestem całym sercem za tym, żeby w języku polskim przyjęła się forma "nejtyw"!

    1. Jeśli forma "nejtyw"się przyjmie to Woofla będzie miała niewątpliwy w tym udział. Kiedyś używałem tu formy "native" spolszczając ją lekko poprzez odmianę przez przypadki i zapisując to bez apostrofu. A że w formie "nativów" sąsiedztwo "v" i "ó" było mało naturalne zwróciłem się do Karola o pozwolenie na słowo"nejtyw" i przy braku Jego sprzeciwu używam go i innych do tego zachecam. A komu się to spolszczenie nie podoba proponuję stworzenie czegoś alternatywnego. "Rodzimy użytkownik języka angielskiego" brzmi wprawdzie lepiej niż "nejtyw języka angielskiego" i tych pięć sylab więcej w mowie i jedenaście liter w piśmie dużej różnicy nie robi. Ale już w często używanym na blogu językowym wyrażeniu "rozmawiać z nejtywami" ( ogólnie, nie ważne jakiego języka) oszczędzamy 12 sylab i 25 liter w stosunku do "rozmawiać z rodzimymi użytkownikami danego języka".
      Poza tym "nejtyw" to nie zapożyczenie stricte lecz skrót myślowy, jego angielska podstawa to przymiotnik, część wyrażenia "native speaker", które jest przydługie i nie nadaje się na zapożyczenie, wręcz przeciwnie, Angole mający tak długie wyrażenie mogliby zapożyczyć zgrabne słówko "nejtyw" wymawiając je po swojemu jako "nedżtył":-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ