Niemowląt sprawności językowe, cz. 1

noworodek

Grafika autorstwa… autorki.

Artykuł poświęcam mojemu Bratu.

Już Mickiewicz skarżył się na bezlitosny upływ czasu, który nie pozwala mu powrócić do utraconego raju dzieciństwa. Jako, że autobiograficzne wątki w jego poezji stanowiły temat mojej prezentacji maturalnej, to z dużą dozą pewności mogę zapewnić, że tęsknił on za dzieciństwem dość wczesnym, a jego wspomnienia dotyczyły głównie beztroskich zabaw nad wodami Niemna.

 


„Niemnie, domowa rzeko moja! gdzie są wody,
Które niegdyś czerpałem w niemowlęce dłonie,
Na których potem w dzikie pływałem ustronie,
Sercu niespokojnemu szukając ochłody? (…)”

Adam Mickiewicz – Do Niemna (fragment)


Gdyby Mickiewicz żył, to kto wie – może byłby autorem tekstu do „Życie jest nowelą"?

Uniwersyteckie kursy z zakresu rozwoju psychicznego dziecka poddały w wątpliwość tę część moich polonistycznych fascynacji – „niemowlęce dłonie”? Czy wieszcz faktycznie byłby w stanie dokładnie pamiętać, że bawił się nad wodą będąc niemowlęciem? Psychologia jednoznacznie rozstrzyga ten problem, wprowadzając pojęcie amnezji dziecięcej, a więc zjawiska całkowitego braku świadomych wspomnień z okresu przed ukończeniem trzeciego roku życia.

Tak, tak, mnie też (jak wielu, wielu ludziom) wydaje się, że pamiętam urywki scen z mojego własnego inkubatora. Nie ma jednak co się kłócić – poeta Adam zapewne „wykreował” owe wspomnienie tylko na potrzeby wiersza. Może mama mu opowiedziała?

Jednak nie o Mickiewiczu dzisiaj, a o niemowlęctwie właśnie. Znacie jakieś plusy cofnięcia się w czasie do tego najwcześniejszego etapu życia? Oczywiście z wyjątkiem szansy naprawienia wielu błędów i głupstw. No, dalej, jesteśmy wszak na stronie traktującej o językach. Wspaniale byłoby przyswoić równolegle jeszcze jeden, albo i nawet dwa języki obce, prawda? Mimochodem, naturalnie.

Nieistotny jest fakt występowania wspomnianej wcześniej amnezji dziecięcej – do dzieci należy mówić często, dużo, otaczać je „słowną kąpielą” już od pierwszych dni życia.

Nieistotny jest także fakt, że dziecko do mniej więcej 2. roku życia nie będzie umiało stworzyć zdania (a nawet po przekroczeniu 24 miesiąca tworzy zdania co najwyżej dwuwyrazowe). Niemowlę (a więc dziecko, które nie ukończyło pierwszego roku życia) to po łacinie infans – a więc „niemy, niemówiący” – wyraz polski także kryje w sobie to ukryte znaczenie.

A jednak artykuł ten będzie o kompetencjach JĘZYKOWYCH, dostępnych lub rozwijanych przez dziecko w okresie niemowlęctwa właśnie. Oprę się w ogromnej większości na abstraktach prac badawczych zaprezentowanych na hiszpańskiej konferencji „Workshop on Infant Language Development”, organizowanej przez Basque Center on Cognition, Brain and Language.

wild


NIEMOWLĘ & SŁUCH I FONETYKA

Niemowlęta z całą pewnością są zdolne do rozpoznawania słów wyłapywanych z ustnej wypowiedzi drugiego człowieka, mimo, iż nie pojmują jeszcze ich logicznego i głębszego sensu. Eksperymenty z tego zakresu polegają głównie na prezentowaniu dzieciom kolorowych obrazków, koncentrujących się na prostych pojęciach, takich jak poszczególne składniki żywności, czy części ludzkiego ciała, z jednoczesnym głośnym odczytaniem ich nazw przez eksperymentatora. Naukowców dzieli jednak kwestia tego, co właściwie wpływa na wrażliwość słuchowego różnicowania u tak małego człowieka. Na początku sądzono, że fiksacja wzrokowa na danym obrazku wiąże się z faktem prezentowania go przez matkę danego niemowlęcia. Nowsze badania pokazują, że zmienność osoby mówiącej jest całkowicie niezależna od faktu rozpoznania lub braku rozpoznania przez dziecko danego słowa kojarzonego z obrazkiem. Dzieci 6-8 miesięczne rozpoznawały dany rzeczownik tak samo dobrze, kiedy to nieznany mężczyzna przeprowadzał eksperyment. Uwaga dzieci ulegała rozproszeniu tylko w przypadku lekkiej, zdawałoby się niezauważalnej dla tak młodej osoby zmiany jednego z fonemów – np. angielskie słowo „hand” zamieniono na „hund”. Dzieci 12-14 miesięczne jednoznacznie okazały się być wrażliwe właśnie na zmiany fonetyczne, nie zaś przywiązanie do znanego głosu osoby mówiącej.

Infant word comprehension: Robust to speaker differences but sensitive to single phoneme changes
Bergelson, E. & Swingley, D.
University of Pennsylvania

Także umiejętność segmentacji, a więc oddzielania poszczególnych słów od siebie okazuje się być, w świetle najnowszych badań, dobrze rozwinięta u niemowląt. W sytuacji gdy my, dorośli, zaczynamy uczyć się nowego języka (zwłaszcza takiego, który rządzi się zupełnie innymi własnościami rytmicznymi niż polszczyzna), nierzadko napotykamy trudności z poprawnym wyłapaniem, kiedy dane słowo kończy się, a drugie zaczyna. Podręcznikowe nagrania jawią nam się z początku jako jednolity potok dźwięku, z którego dopiero później uczymy się wyszczególniać rzeczowniki, czasowniki, przecinki, pauzy, partykuły, przyimki i tym podobne składowe zdań. Również w przypadku niemowląt sądzono, że tylko zbliżony prozodycznie (akcentowo, rytmicznie) język do tego, które dziecko słyszy na co dzień, nie będzie stanowił segmentacyjnego wyzwania dla maluchów.

I rzeczywiście – monojęzyczne grupy 9-miesięcznych niemowląt brytyjskich i niderlandzkich udowodniły swoją zdolność do rozdzielania dwusylabowych wyrazów w obrębie tych dwóch narzeczy. Co więcej, inne badanie wykazało brak takiej zdolności w sytuacji przebadania małych Brytyjczyków i Francuzów.

Co się jednak okazało? Dwusylabowe wyrazy w językach germańskich (a więc angielskim i niderlandzkim) to zazwyczaj tzw. trocheje. Zaś francuski składa się głównie z dwusylabowych wyrazów jambicznych. Z wyjaśnieniem spieszy Wikipedia:

trochejjamb

Tako rzecze Zarat… Wikipedia. Wolna, ale jednak encyklopedia.

 

Stąd też mali Anglicy nie radzili sobie z segmentacją francuskich jambów.

Inni badacze postanowili więc porównać grupy angielsko-hiszpańskie, w których to językach przeważają dwusylabowe wyrazy trocheiczne. Należy zwrócić uwagę, że w dalszym ciągu były to języki należące do zupełnie innych klas rytmicznych (myślę, że nie ma co do tego wątpliwości).

Stworzono dwie listy, każda składająca się z dwóch, dwusylabowych rzecz jasna, hiszpańskich słów.

Mówiąc precyzyjniej, były to pary gancho/salsa oraz gesto/venda. Jedna z list była prezentowana danemu dziecku przez 60, a drugim eksperymencie przez 45 sekund. Później, to samo dziecko słuchało już listy czterech słów – z czego dwa były mu już wcześniej czytane. Wyniki testu poddano statystycznej analizie i interpretacji. Tu następuje mała dygresja w postaci słabego dowcipu: statystyka jest jak latarnia dla pijanego. Służy do podparcia, a nie do oświetlenia. Pozdrawiam mojego pana profesora W.S. Oto, co wykazały obliczenia:

  • Monojęzyczne dzieci pochodzenia brytyjskiego (wiek: 8,5 miesiąca) z powodzeniem wysegmentowały hiszpańskie trocheje, które prezentowano im wcześniej w sekwencji 60-sekundowej.
  • Sekwencje 45-sekundowe okazały się za krótkie do wystąpienia takiej segmentacji.

Na podstawie powyższych, oraz wcześniejszych badań obalono teorię, jakoby to sam fakt nienatywnego rytmu wypowiedzi uniemożliwiał niemowlętom segmentację słów. Jako głównego winowajcę wskazano właśnie to nieszczęsne podobieństwo prozodyczne w obrębie słów trocheicznych bądź jambicznych (cyt. „the unfamiliarity of the prosodic shape of the target word").

Non-native rhythm does not block word segmentation in infants
Sundara, M. & Mateu, V.
UCLA Department of Linguistics

A CO Z WYDAWANIEM DŹWIĘKÓW?

Ustaliliśmy na początku artykułu, że dzieci poniżej 1 roku życia nie mówią, co rzecz jasna nie stoi na przeszkodzie, by wydawać z krtani różne dźwięki – nie tylko podczas płaczu.

Mały człowiek na początku głuży, a więc wydobywa z siebie pojedyncze głoski lub zbitki głoskowe, najczęściej gardłowe. Około 6. miesiąca życia dziecko zaczyna gaworzyć, a więc posługiwać się prostymi sylabami, w których łączy samogłoski ze spółgłoskami. Gaworzenie ma funkcję praktyczną, pozwalającą na pierwszy trening artykulacyjny. Gdzie tu ciekawostka? Otóż dzieci na całym globie, niezależnie od szerokości geograficznej i ojczystej mowy swojego kraju gaworzą dokładnie tak samo. Z moich uczelnianych notatek wynika, że zjawisko to nosi nazwę „dryfowanie gaworzenia". Dziecko na tym etapie rozwoju nie wpasowuje się jeszcze w żadne ramy fonetyczne swojego własnego języka – ani w chińskie tony, ani w szalone dźwięki języków afrykańskich, ani w trudne dla Polaków zbitki głoskowe Szwedów, ani w trudne dla Amerykanina słowiańskie językołamacze. Dopiero z nadejściem mowy właściwej dzieci tracą zdolności wydawania z siebie uniwersalnych dźwięków, na rzecz specyfiki swoich lingua mater.


W następnym odcinku wpisie postaram się przybliżyć najciekawsze badania z w.w. konferencji, dotyczące tematów:

NIEMOWLĘ & DWUJĘZYCZNOŚĆ

NIEMOWLĘ & SYNTAKTYKA

NIEMOWLĘ & UCZENIE SIĘ


 

Przeczytaj także…

7 grzechów głównych nauki języków obcych

A nie mylą ci się te języki?

Co przyjdzie z słuchania radia przez godzinę dziennie?

Najpiękniejszy z językowych przełomów

16 komentarze na temat “Niemowląt sprawności językowe, cz. 1

  1. „…fakt, że dziecko do mniej więcej 2. roku życia nie będzie umiało stworzyć zdania (a nawet po przekroczeniu 24 miesiąca tworzy zdania co najwyżej dwuwyrazowe)…"

    Moja córka mając półtora roku powiedziała swoje pierwsze zdanie. Brzmiało ono tak „mam cycy da". To był pojedynczy przejaw jej słowotwórczości. Do drugiego roku życia nie powtórzyła tego wyczynu.

  2. A ja się do tej pory uczę mówić… 🙂

    Także umiejętność segmentacji, a więc oddzielania poszczególnych słów od siebie okazuje się być, w świetle najnowszych badań, dobrze rozwinięta u niemowląt. W sytuacji gdy my, dorośli, zaczynamy uczyć się nowego języka (zwłaszcza takiego, który rządzi się zupełnie innymi własnościami rytmicznymi niż polszczyzna), nierzadko napotykamy trudności z poprawnym wyłapaniem, kiedy dane słowo kończy się, a drugie zaczyna. Podręcznikowe nagrania jawią nam się z początku jako jednolity potok dźwięku, z którego dopiero później uczymy się wyszczególniać rzeczowniki, czasowniki, przecinki, pauzy, partykuły, przyimki i tym podobne składowe zdań.

    Gdyż w mowie słowa się nie kończą i nie zaczynają tak jak to sobie myślimy…

    Myślę sobie tak… Język trzeba zsegmentować na poziomie (1) najmniejszych morfemów i (2) kompletniejszych jednostek znaczeniowych. W żadnym z tych przypadków segmentacja nie odbywa się na poziomie słów.

    Tak więc maluch słyszy „co najmniej" jako „co najmniej", a może jako „conajmniej" i „przynajmniej" jako „przynajmniej", a może „przy najmniej"? Ile jest to słów? Jedno, a może dwa?
    Powiedziałbym chętnie, że „co najmniej" to jedno słowo i, że trzeba je zrozumieć jako całość, bo tak się je chyba wymawia i rozmie, ale to przecież nie to samo co „co najwyżej", lub „przynajmniej", więc trzeba je poza tym posegmentować wewnętrznie.

    Polak, który nauczył się języka polskiego jako niemowlę (pierwszy język) „co najmniej" i „przynajmniej" w mowie segmentuje identycznie (racja?). Mogę się jednak założyć, że obcokrajowiec uczący się języka polskiego „co najmniej" z początku wymówi jako dwa słowa, a „przynajmniej" jako jedno słowo, bo tak miał to napisane… Ale jednym z problemów ortografii keczuańskiej jest fakt, że ludzie ją tworzący nie doszli do porozumienia, gdzie się niektóre słowa kończą i zaczynają. 😛

    Badacze wzięli hiszpańskie wyrazy „gancho", „salsa", „gesto", venda" i twierdzą, że 8.5 miesięczne brytyjskie dzieci z powodzeniem je wysegmentowały usłyszawszy 60 sekundowy fragment i jak rozumiem, piszesz @Karolina, że u dzieci ta umiejętność segmentacji jest lepiej rozwinięta niż u dorosłych! Te nagrania czytał im może Polak? Bo ludzie! Gdzie w „salsa de tomate" są pauzy, by je można było wyselekcjonować?
    Czy pomiędzy „sa" i „de" jest w mowie jakaś większa pauza niż „sal" i „sa", lub w „hijoeputa"? W mowie wyglądałoby to (przykładowo) tak: „Megusta lasalsade tomate". Oczywiście „tomate" (czyli rzeczownik „pomidor"), to nie to samo (tosamo?) co „tomate" (czyli zwrotny czasownik „weź sobie").
    Myślę sobie, że skoro (żeskoro?) pomiędzy „me" i „gusta" nie ma (niema?) spacji (o ile świadomie jej nie zaintonujemy), to aby wysegmentować „me" i „gusta" i odróżnić np. od „tegusta", trzeba „megusta" i „tegusta" na przestrzeni długiego czasu usłyszeć w odpowiednio wielu kontekstach, aż w końcu stanie się jasne, że „megusta" składa się z dwóch członów o domiennym znaczniu (me)(gusta), a nawet trzech: (me)(gus)(ta) w odróżnieniu np. od (me)(gus)(tó), gdyż mamy tu do czynienia (doczynienia?) z fleksją… Równie dobrze mogę dla podkreślenia zaintonować megus.tó i wówczas się okażę że „me gustó" to jednak „megus tó".

    Wychwycenie języka z mowy to dla dorosłego wiele lat nauki mimo, że mu uprzednio świadomie powiedziano i napisano, jakie są słowa, gdzie się zaczynają i kończą i co znaczą w jakim układzie. A mimo to dorosły słucha i nie rozumie (o ile nie mówią do niego „jak do dziecka"?)! Mam uwierzyć, że 8.5 miesięcze brytyjskie dziecko dokona rozkładu w 60 sekundowym fragmencie w języku hiszpańskim, tj. w języku OBCYM, którego wcześniej nie słyszało, w którym nie mówią do niego rodzice?
    Dokona tego nie prędzej niż dziecko hiszpańskie, tj. po wielu lat osłuchiwania się, wyłapywania sylab w różnych układach i kontekstach. Inna sprawa, że do dzieci zwykło się mówić w bardzo specyficzny sposób… Zawsze mnie bawiło, że do uczących się języka obcego mówią jak do niemowlęcia. 😀 I po ilu latach to niemowlę zaczyna być mowlęciem?

  3. @Piotr

    O ile dobrze zrozumiałam, to tym dzieciom przez 45 albo przez 60 sekund powtarzano po prostu: salsa salsa gancho salsa gancho gancho salsa. Co nijak nie ma się do naturalnego rytmu mowy, a cały eksperyment mówi o przyswajaniu języka dokładnie tyle, co badania na temat pamięci z użyciem ciągu bezsensownych sylab mówią o ludzkiej pamięci… Czyli nic. To jest nie jest oczywiście z mojej strony krytyka artykułu Karoliny, a psychologii jako nauki. Czysty zbieg okoliczności, ale właśnie w najbliższym czasie zamierzam podjąć temat psychologii i przyswajania języka i, w pośredni sposób, wyjaśnić kilka mitów, jak się uda.

    Co do gaworzenia natomiast – tu całkowita zgoda. Z biegiem czasu te dźwięki się selekcjonują zgodnie z tym, jak je kształtuje otoczenie. Ale dokładnie to samo zauważył Skinner (postrach polskich psychologów), o którego koncepcjach niedługo napiszę.

    W związku z tematem ciekawostka: kiedy jako małe dziecko byłam prowadzana do kościoła, nie przestawałam się zastanawiać, co znaczy czasownik „toczyńcie" („to czyńcie na moją pamiątkę"). Jedna znajoma, również w kościele i w wieku oczywiście dziecięcym, miała zagwozdkę, co znaczy „izduch" („i z duchem twoim"). 🙂

  4. A, dodam jeszcze.
    @Karolina, mam nadzieję, że nie poczujesz się przez te nasze komentarze zniechęcona do pisania dalszych części. Bo artykuł jest bardzo ciekawy i rzetelnie prezentuje aktualny stan wiedzy psycholingwistycznej. A że psychologia, jako nauka wciąż młoda, ma pewne niedociągnięcia i że pomiędzy teoriami trafnymi znajdzie się mnóstwo rzeczy do weryfikacji – to inna sprawa. Zresztą warto słuchać tego, co mają do powiedzenia niepsychologowie, bo często widzą to, czego my nie widzimy, zafiksowani na pewnym sposobie patrzenia. Pamiętam, jak rozmawiałam kiedyś ze studentami o eksperymencie Milgrama. I automatycznie powtarzałam to, czego mnie nauczono: eksperyment ten badał wpływ autorytetu na zachowanie ludzi. Bo przecież nikt z własnej woli nie raziłby prądem drugiego człowieka, wiedząc, że jest to bardzo bolesne i niebezpieczne… Żaden ze znajomych psychologów nigdy nie kwestionował takiej interpretacji. Dopiero znajomi spoza „środowiska" zwrócili moją uwagę na fakt, że każdy człowiek ma w sobie pokłady agresji/sadyzmu/okrucieństwa, a sytuacja poczucia zwolnienia z odpowiedzialności jest wręcz wymarzona, aby uwolnić takie tłumione ciągoty. Jest zatem bardzo prawdopodobne, że wielu badanych, między różnymi sprzecznymi emocjami, odczuwało po prostu frajdę będąc przekonanymi, że właśnie kogoś kopią prądem.

    Tak czy inaczej, chciałam powiedzieć, żebyś się nie przejmowała, jeśli niektóre z teorii czy metodologii badań będziemy kwestionować. A może zdarzy się tak, że np. któraś z takich dyskusji wręcz zainspiruje Cię do podjęcia własnych badań?

  5. A że psychologia, jako nauka wciąż młoda, ma pewne niedociągnięcia i że pomiędzy teoriami trafnymi znajdzie się mnóstwo rzeczy do weryfikacji – to inna sprawa.

    Widzę to zupełnie inaczej. Psychologia nie ma niedociągnięć, a metoda nauki jest dobrze znana, choć psycholodzy (dobrze – nie tylko psycholodzy) demotywująco często o niej zapominają. Psychologia jest bardzo dobrą nauką, a o tym, czy dana teza jest hipotezą naukową nie decyduje jest „naukowo brzmiąca" treść (czy na jakiej konferencji ją przedstawiono), tylko METODA, dzięki której została sformułowana. Istnieją dwie zasady w nauce: (1) hipoteza musi być pasymonistyczna i (2) testowalna. Te dwie zasady decydują, czy hipoteza stoi na gruncie nauki, czy pseudonaukowych dywagacji, parapsychologii, głupoty, czy jak to sobie nazwiemy.
    Przez testowalność wbrew temu co piszesz, nie rozumiem weryfikacji (najwyżej wykażemy niesprzeczność z faktami), a falsyfikację (sprzeczność z faktami jest możliwa do wykazania), czyli aby teza była hipotezą naukową musi istnieć SKUTECZNY sposób na jej odrzucenie. Zasada parsymonii polega zaś na dążeniu do najmniej skomplikowanych wyjaśnień i każde wyjaśnienie, która nie jest najprostsze z możliwych, nie stoi na gruncie nauki.

    Oto moim zdaniem przykład hipotezy prostej i falsyfikowalnej:
    „Mogę się jednak założyć, że obcokrajowiec uczący się języka polskiego „co najmniej” z początku wymówi jako dwa słowa, a „przynajmniej” jako jedno słowo, bo tak miał to napisane…"
    Jeśli moje stwierdzenie jest błędne, można je obalić bardzo łatwo. Mechanizm, ktory zaproponowałem jest prosty.

    Chciałbym za usłyszeć propozycję metodę, którą możnaby spróbować obalić to twierdzenie:
    „Gaworzenie ma funkcję praktyczną, pozwalającą na pierwszy trening artykulacyjny."
    Jak można obalić twierdzenie, że (1) gaworzenie ma funkcję praktyczną i (2) jest nią własnie trening artykulacyjny? I na jakiej podstawie zostało to w ogóle sformułowane? Czy niemowlęcia, które mniej gaworzą w dorosłości mają wady wymowy?

    W biologii wyrazem funkcji praktycznej jest statystyczne powiązanie cechy z iloczynem liczby i przeżywalności potomstwa osobnika. Funkcję praktyczną gaworzenia moglibyśmy więc spróbować sprawdzić dopiero zestawiając grupę dzieci więcej i mniej gaworzących z ich przeżywalnością i sukcesem rozrodczym w życiu dorosłym (a najlepiej jeszcze sukcesem ich rodzeństwa – cześć wspólnych genów). Teoretycznie to jest badanie możliwe, choć CIĘŻKIE do przeprowadzenia. W prosty sposób nie powie nam to jednak, w jaki sposób gaworzenie wpłyneło na przeżywalność. Czy aby napewno poprzez ćwiczenie artykulacji? To najprostsze wyjaśnienie? A guzik! Może było inaczej: dzieci więcej gaworzące i płaczące więcej przykuwały uwagę rodziców, przez co otoczone były lepszą opieką. Gadanie nie jest dziecku wcale potrzebne, dziecku potrzebny jest cycek itd.
    Zastanawiam się, czy twierdzenie „Gaworzenie ma funkcję praktyczną, pozwalającą na pierwszy trening artykulacyjny." aby w ogóle twardo stoi na gruncie nauki. Jest przeraźliwie złożone (funcji może być wiele itd.) i w dodatku ciężkotestowalne. Stworzyć „hipotezę", której nikt nigdy nie obali, bo przez błąd metodologiczny się obalić jej nie da, to żadna zasługa dla nauki.

    W psychologii nie ma niedociągnięć. Są jedynie hipotezy naukowe stojące na gruncie psychologii i hipotezy nienaukowe stojące na gruncie pseudopsychologii, często mylonej w psychologią.

  6. Zgadzając sie z @Piotrem

    „Myślę sobie tak… Język trzeba zsegmentować na poziomie (1) najmniejszych morfemów i (2) kompletniejszych jednostek znaczeniowych. W żadnym z tych przypadków segmentacja nie odbywa się na poziomie słów."

    Rozwinę nieco temat.

    Abstrahując od niemowląt, wetknę kij w szprychy – w zagadnienie związane z parcjonowaniem tekstu na słowa i zapisywania pewnych słów łącznie lub rozdzielnie, co jest kwestią zupełnie ARBITRALNĄ, a reguły z tym związane Rada Języka Polskiego mogłaby zmienić w nocy ze „środy na czwartek”.

    https://www.youtube.com/watch?v=51TVg7dVl4s
    od 8.30
    „nieklasyfikowany” czy „nie klasyfikowany”
    „nieusprawiedliwione” czy „nie usprawiedliwione”
    „niepalący” czy „nie palący”
    „nie wykorzystany” czy „nie wykorzystany”

    Pójdę dalej w reformatorstwie. Po co w ogóle stosujemy spacje? Przecież w mowie w żaden sposób nie oddajemy (w sposób bezpośredni) faktu ich istnienia na papierze. Wypowiedź ustna jest statystycznie zlepkiem 8-10 słów pomiędzy którymi, nie ma żadnych spacji. Spacja jest znakiem graficznym, a nie fonologicznym.
    Czy ktoś rzeczywiście jest w stanie rozpoznać ze słuchu istnienie lub brak spacji w słowach:

    „na pewno”
    „naprawdę”

    W większości wypadków w języku polskim akcentujemy słowa na przedostatnią sylabę, zatem słysząc potok: „napEwno” czy ” naprAwdę” jesteśmy w stanie jedynie podać, w którym miejscu słowo się kończy, akcent nic nam nie mówi czy „na” jest oddzielnym słówkiem czy przedrostkiem.

    Po co, w ogóle, stosować spacje?

    1. Dla uściślenia tego, co autor ma na myśli:

    Mata ta = (ta mata (do ćwiczeń))
    Ma tata
    Mama ma
    Ma mama
    …a Rektor….
    Arek(,) tor (jest do naprawy)

    2. Dla zdewulgaryzowania nieszczęśliwego sąsiedztwa pewnych sylab:

    cocipowiem, tocipowiem. = Co Ci powiem, to Ci powiem.
    no, ekstra(c)huj! = no, ekstrahuj!

    3. Wygody

    elementysemantyczneniższegorzęduprowadządodalszejpodkategoryzacjiczasowników, które, jeślioczywiścieniezmieniąswojejprzynależnościdoinnejklasy, wykazująwswojejklasiesemantycznejcechywiążącejezposzczególnymiprzypadkamigłębokimi, wynikającymizfunkcjisemantycznejfraznominalnych.

    Czy da się żyć bez spacji?

    Przecież w chiński czy japońskim spacji się nie używa. „Nawet” na papierze trzeba się domyślać gdzie kończy się jedno słowo, a zaczyna drugie (cokolwiek termin „słowo” w tych językach oznacza).

    Analogicznie jak w mowie, brak klarownego podziału na słowa prowadzi niekiedy do podwójnych interpretacji.

    Kantoński:

    …分左手… = 分左_手 czy 分_左手 (rozłą-czyć dłonie (zerwać ze sobą) versus podzielić lewą dłoń)
    …有機會… =有_機會 czy 有機_會 (mieć szan-sę / okaz-ję versus orga-niczne spotkanie)
    Podwójna interpretacja: …重要… waż-ny versus重_要 ponadto / jeszcze musisz.
    Niektórzy, dla większej jasności stosują w tym wypadku homofoniczny znak (仲=重 ), 仲要 czyli仲_要, który wyklucza pierwszą interpretację.

    Japoński:

    Naukę japońskiego zaczyna się od zapisywania zdań hiraganą (fonetycznie)

    にほんごはえいごよりもずいぶんむずかしいですね。
    nihongołaejgojorimodzuibunmudzukasijdesne

    (tłum. Japoński jest o wiele trudniejszy niż angielski, prawda?)

    Bardzo trudno czyta się (oczami) takie zlepki, trzeba je sobie wpierw przeczytać fonetycznie w myślach, żeby domyślić się które znaczki wpisane w kwadrat możemy „zakwalifikować” jako jedno słowo, a które jako kolejne.

    Sprawę znacznie ułatwia „normalny” zapis – współistnienie znaków kandzi (będących w pewnym sensie niepełnym substytutem spacji), hiragany (i katakany).

    日本語は英語よりもずいぶん難しいですね。

    Nie trzeba sobie „literować” w głowie słów, bo od razu kilkukrotnie szybciej, bez przechodzenia przez stadium dźwięku widać, że:
    日本語 to: japoń-ski język
    は to: partykuła
    英語 to: angielski język

    „Codzienny” zapis jednak nie rozwiązuje choćby problemu podziału dłuższego fragmentu „hiraganowego” na „słowa”:
    よりもずいぶん = より_ も_ずいぶん = niż_partykuła_ dużo-bardziej
    難しいto: trudn-y (temat zapisywany chińskim znakiem; „końcówka” hiraganą)
    です – spójka
    ね – partykuła pytajna

    Na koniec mogę powiedzieć tyle, że obecnośc spacji ułatwia rozumienie tekstu pisanego, ale jednocześnie generuje multum problemów i regułek ortograficznych.

  7. @Piotr
    Odniosę się tylko do pierwszych i ostatnich zdań Twojej wypowiedzi, bo z całą resztą się zgadzam.

    Ja też wierzyłam w naukowość psychologii… Dopóki nie zaczęłam jej studiować. 😉

    Kilka faktów:

    Psychologowie posługują się takimi pojęciami jak inteligencja, osobowość, ale nikt nigdy tak naprawdę nie ustalił, czym miałyby one być. Istnieje WIELE modeli teoretycznych, które po prostu funkcjonują równolegle, obok siebie. Częściowo ze sobą sprzeczne, częściowo na siebie nachodzące. Powstaną pewnie nowe modele, których autorzy wcale nie będą chcieli zweryfikować prawdziwości poprzedników, po prostu stworzą kolejny. Jak to możliwe? Dzięki istnieniu takiego magicznego narzędzia statystycznego jakim jest analiza czynnikowa. Psycholog A stwierdzi, że osobowość ma 5 czynników i wyjdzie mu 5. Inny w chwili natchnienia wymyśli, że musi być 16 – i bardzo łatwo osiągnie, żeby było 16. (W największym uproszczeniu wygląda to tak, że najpierw powstaje narzędzie psychometryczne, czyli kwestionariusz psychologiczny, zwany popularnie testem. Już na tym etapie wiele decyzji jest podejmowanych w sposób czysto uznaniowy. Potem robi się analizę statystyczną poszczególnych itemów, ze wstępnym założeniem, ile ma wyjść czynników. Korelacje wewnątrz czynników powinny być znacząco wyższe niż pomiędzy czynnikami. Jeśli coś wyjdzie niezgodnie z oczekiwaniami, istnieje kilka myków, które to mogą naprawić). A potem studenci psychologii dowiadują się, że istnieje 15 równoważnych teorii na temat osobowości, co ma świadczyć o tym, jak skomplikowana i umykająca klasyfikacjom jest psychika ludzka 🙂

    Skoro już mówimy o korelacjach. Niemal cała psychologia opiera się na badaniach korelacyjnych. Problem w tym, że wystarczy, że współczynnik korelacji między A i B wyjdzie minimalny, bliższy 0 niż 1, żeby powszechnie trąbić o istnieniu zależności między A i B. Czytałam wiele artykułów „peer reviewed", gdzie w dyskusji wyników wysuwano daleko idące wnioski, a jak się przyjrzeć tym wynikom, to współczynniki korelacji wynosiły 0.35 – 0.4.

    Co do falsyfikowalności, prężną gałęzią psychologii są nurty psychodynamiczne/psychoanalityczne, które opierają się na stwierdzeniach niefalsyfikowalnych.

    Jeśli miałabym określić etap, na jakim w tej chwili znajduje się psychologia jako nauka, porównałabym ją do astronomii z czasów teorii epicykli Ptolemeusza. Istnieją zresztą głosy, że psychologia nie przetrwa jako taka, że nastąpi jej rozbicie na wiele dziedzin, zważywszy na ich skrajną różnorodność pod każdym względem (np. genetyka zachowania, neurokognitywistyka, psych. humanistyczna, behawioryzm, psychoanaliza, …).

    Z różnych powodów nie chcę jednak ciągnąć tego tematu. Ale jeśli ktoś z Was będzie zainteresowany, to polecam książkę „Zakazana psychologia" Tomasza Witkowskiego. Oczywiście fakty tam przedstawione nie są w żaden sposób „zakazane", o wielu rzeczach, takich jak przekręty Freuda czy wyczyny Watsona, uczą się już studenci pierwszego roku. Ale to zdecydowanie dobra książka dla osób, które chcą zweryfikować swoje przekonania na temat psychologii i psychologów. Bo w tym temacie widzę dwa skrajne podejścia, oba dalekie od prawdy: jedni postrzegają psychologię jako rzetelną naukę bliską naukom przyrodniczym, inni jako totalną szarlatanerię, wrzucając ją do jednego worka z chiromancją czy astrologią.

    1. Pewnie jest psychologia tajna, znana tylko elitarnym grupom, specsluzbom, szpiegom itp.. Ale to co oficjalnie trafia pod strzechy, psychologia akademicka dla mas, rzeczywiscie bardziej pasuje do szarlatanerii,astrologii czy chiromancji. Dzisiejszy psycholog to osoba, ktora po fakcie, przed kamerami wymadrza sie na temat tego, co sie stalo i jak mozna bylo temu zapobiec.
      Przyklad ze slynnej sprawy zamordowanej Madzi z Sosnowca- gdyby nie chamski lecz skuteczny manewr Rutkowskiego, wszyscy psycholodzy byliby jeszcze dlugo kompromitowani przez mlodociana szachrajke. Ale gdy prawda wyszla na jaw, natychmiast kilku psychologow zauwazylo, ze matka caly czas mowila o Madzi w czasie przeszlym i to wskazywalo, ze oczywiscie… ble, ble ble… Jacy oni sie stali madrzy po fakcie!
      A niedawno do lez rozsmieszyla mnie jedna psycholozyna, komentujac przypadek jakiegos molestowania seksualnego dziecka. Ta niezwylke biegla w psychologii pani wysunela teze , ze „czesto sprawcami takich przestepstw sa osoby z bliskiego otoczenia ofiary", i tym jednym zdaniem zakonczyla swoje powazne wystapienie. No coz za odkrywczy wniosek! Uzywajac slowa „czesto" powiedziala zatem , ze czasem tak jest a czasem nie, bo czasem sa to osoby obce. Wiecej mozliwosci nie ma. Czy wiec trzeba az piec lat studiowac tak powazna dyscypline, zeby przed kamerami dokonac az tak nieslychanego odkrycia??!

      1. Jeśli chodzi o medialne psycho-gwiazdy, to szczerze ich nie cierpię. Ale muszę uczciwie przyznać, że ogromna część, jeśli nie większość środowiska psychologów się od nich odżegnuje.

        Inna sprawa to to, jak dziennikarze potrafią spreparować materiał. Byłam kiedyś świadkiem jak jeden dawny znajomy, świetny polski etolog, dość ostro potraktował uprzejmą prośbę dziennikarki o udzielenie pięciominutowego wywiadu o zachowaniach bodajże zwierząt domowych. Zdziwiona, zapytałam, skąd ta reakcja. I dowiedziałam się, że już kiedyś podobnego wywiadu udzielił. Powiedział tyle ważnych i ciekawych rzeczy, ile mógł przy ograniczeniu czasowym. Po czym w tv wyemitowano materiał, w którym on, dr X Y z Zakładu Takiego i Takiego Uniwersytetu Warszawskiego mówi z powagą jedno jedyne zdanie: „Pies jest przyjacielem człowieka".

        A co do służb specjalnych. Poznałam kiedyś kogoś, kto najprawdopodobniej (bo oczywiście niektórych szczegółów jego licznych poszatkowanych opowieści mogłam się tylko domyślać) był przez lata z nimi związany. Przy całej jego specyfice charakteru, muszę przyznać, że poznałam tylko dwie osoby o porównywalnym „wyczuciu" ludzi: panią psychologi kliniczną i panią psychiatrę, obie z wieloletnim doświadczeniem w pracy w szpitalach psychiatrycznych.

        Ktoś kiedyś (oczywiście niepsycholog) zauważył słusznie, że psychologowie zawsze będą poznawać naturę ludzką w bardzo ograniczony sposób. Czynnikiem, który ogranicza, jest etyka. Dziś żadna komisja etyki badań nie pozwoliłaby nawet na eskperyment Zimbarda. I chyba żaden naukowiec o normalnej emocjonalności nie pokusiłby się na coś bardziej skrajnego. Stąd pewnie ta wyjątkowość wiedzy osób, które „widziały więcej".

      1. Skoro miałbyś co, to PISZ 🙂 Bo aż ciekawa jestem. W końcu to ja wywołałam temat. Jeśli będę w stanie odpisać tak, aby obyło się bez ofiar w ludziach (psychologach, znaczy), to odpiszę. Choć raczej już nie dziś, bo się zaraz zabieram za nowy artykuł.

      2. @Adriana

        Nie, jednak nie ciągnijmy tego tematu. Jedynie streszczając:

        Bo w tym temacie widzę dwa skrajne podejścia, oba dalekie od prawdy: jedni postrzegają psychologię jako rzetelną naukę bliską naukom przyrodniczym, inni jako totalną szarlatanerię, wrzucając ją do jednego worka z chiromancją czy astrologią.

        Otóż w naukach przyrodniczych (wypowiadam się o biologii i geologii) bezmyślnie powtarzane błędy metodologiczne są na skalę taką samą, jak to co Ty opisujesz dla psychologii. Z tego co się rysuje nie widzę jakiejś różnicy pomiędzy dziedzinami [gwoli ścisłości: bogowie chrońcie mnie przed szarlatanami-kreacjonistami krytykującymi metodologię tych dziedzin, gdyż ci chorzy ludzie odrzucający naukę w imię boże lub pod wpływem guru ze strony internetowej o teoriach spiskowych w nauce to jeszcze inna bajka]. Jeśli więc odrzucasz psychologię jako naukę, trzebaby razem z nią odrzucić też (chyba wszystkie) pozostałe nauki przyrodnicze.

        Mimo to jest dla mnie jasne, że każdą dziedziną przyrodniczą (do których wliczam psychologię jako -jak dla mnie- dziedzinę biologii) można się zajomować jako nauką i ludzie to robią przecież. Odnoszę wrażenie, że gdy człowiek nauczy się działać (logicznie i krytycznie myśleć) w jednej dziedzinie nauki, niemalże z marszu (przesadzam, ale jednak…) może robić to samo w innych dziedzinach. Mówię źle: w rzeczywistości nauka jest jedna, z paru przyczyn m.in. dlatego, że cała jej definicja jest spójna i ogranicza się do metody (jak to ująłem: parsymonia + testowalność). Mądry genetyk powie więcej mądrego o psychologii niż głupi psycholog i vice versa, ale to na marginesie już.

        Z powyższych wynika (skrótkowo, ale mam nadzieję, że widać), dlaczego moim zdaniem nie da się odrzuć psychologii jako nauki, lub może lepiej to ująwszy: nie da się wykreślić nauki z psychologii. Odrzuć można z nauki jedynie poszczególne publikacje i hipotezy (choćby większą ich część, jeśli ktoś chce…).

        Zamiast więc skreślać psychologię jako naukę, może lepiej być psychologiem-krytykiem?

        Tak sobie myślę… 🙂

        I już zupełnie nawiasem mówiąc na żywo i własne uszy słyszałem psychologów Uniwersytetu Warszawskiego z przekonaniem w głosie podkreślających jaką to ścisłą dziedziną jest psychologia i jak to niczego nie przyjmują na wiarę „w przeciwieństwie do filozofów". 😉

        Odnośnie służb specjalnych i tego co człowiek robi, lub ja robię w warunkach CAŁKOWITEGO zwolnienia z odpowiedzialności lub etyki itp. w kolejnym odcinku… 🙂

      3. Dopiero znajomi spoza „środowiska” zwrócili moją uwagę na fakt, że każdy człowiek ma w sobie pokłady agresji/sadyzmu/okrucieństwa, a sytuacja poczucia zwolnienia z odpowiedzialności jest wręcz wymarzona, aby uwolnić takie tłumione ciągoty.

        Ktoś kiedyś (oczywiście niepsycholog) zauważył słusznie, że psychologowie zawsze będą poznawać naturę ludzką w bardzo ograniczony sposób. Czynnikiem, który ogranicza, jest etyka. Dziś żadna komisja etyki badań nie pozwoliłaby nawet na eskperyment Zimbarda. I chyba żaden naukowiec o normalnej emocjonalności nie pokusiłby się na coś bardziej skrajnego. Stąd pewnie ta wyjątkowość wiedzy osób, które „widziały więcej”.

        Można dość łatwo poobserwować siebie samego w warunkach CAŁKOWITEGO zwolnienia z etyki i odpowiedzialności. Wielokrotnie znalazłem się w takich warunkach i wiem co wówczas zrobiłem, lub nie zrobiłem. 🙂

        Instrukcja na przeprowadzenie eksperymentu jest prosta: tzw. świadome śnienie. Dla tych którzy nie słyszeli, tzw. świadomy sen to sen, w którym śniący (tj. śpiący) jest świadom tego, że znajduje się wewnątrz snu. Oznacza to, że sobie śpię i znajdując się wewnatrz snu mam pełną świadomość faktu, że otaczajaca mnie rzeczywistość to tylko sen, który się skończy, a wszystko co zaraz zrobię nigdy się nie wydarzyło. Mam przy tym zdolność do rozumowania ze stanu jawy, pewien dostęp do pamięci z jawy itd.

        Innymi słowy, znika wszelka odpowiedzialność za popełnione czyny. Nie tylko odpowiedzialność znika – znika też wszelka etyka: otaczające mnie postacie choć realistyczne w wyglądzie, w dotyku, we wszystkim, tak naprawdę nie istnieją! Cały ten świat nie istnieje! Taki ja dostaję powiedzmy 15 minut (czy ile będzie trwał sen) na zrobienie wszystkiego, co jestem w stanie sobie wyobrazić, przy zerowej odpowiedzialności i zerowej etyce. Co zrobię? Lub, co zrobisz Ty czytelniku tego komentarza? 😀

        Acha i warto dodać, że można sobie w tym śnie stworzyć dowolny przedmiot, lub osobę, albo znaleźć się w dowolnym miejscu we wszechświecie. Masz komentarzowy Czytelniku ochotę na spotkanko z ulubioną aktorką? Stojąc obróć się o 180 stopni w przekonaniu, że jest za Toba i Ona tam będzie! Będzie jak żywa: chwycisz Ją za dłoń, w pełni „fizycznie" poczujesz Jej dotyk, ciepło… Tylko komentarzowy Czytelniku uważaj!!! Jeśli przed snem oglądałeś Obcego, bardzo możliwe, że w pewnym momencie rozerwie Jej piersi…

        Z Obcym to bynajmniej nie żart – wszelkie strachy, obawy się MATERIALIZUJĄ jak w filmie Kula i to NATYCHMIASTOWO (opóźnienie 1s?). Dobry wgląd w samego siebie, w to co siedzi w umyśle i w to, co się zrobiło w warunkach nieograniczonych możliwości połączonych z całkowitym zwolnieniem z odpowiedzialności i całkowitym zwolnieniem z etyki. 🙂

        Dodam jeszcze, że osobiście nigdy nie wyraziłem żadnej formy okrucieństwa fizycznego w świadomym śnie. Nie potrafię sobie wyobrazić, bym wykorzystał ten stan na zabawę w rażenie ludzi prądem…

        Acha! Jeśli ktoś odważy się spróbować: oczywiście istnieją różne techniki wchodzenia w taki sen!

  8. Pierwszy taki sen mialem podczas dojrzewnia i chyba kazdy sie domysli, co zrobilem z pania od geografii (lat27,biust min.4) , a co z innymi starymi , wrednymi zmijami…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ