[MN19] O alternatywnym postrzeganiu rzeczywistości – percepcja informacji graficznej (wstęp)

Funny girl Shadow IllusionWspółczesny system edukacji przypomina mi typowy holliwodzki film. Piękni aktorzy, szybkie samochody, wykwintne jedzenie, nieskazitelny porządek w apartamencie,  odważne sceny łóżkowe. Jako odbiorcy (widzowie, uczniowie) jesteśmy karmieni fasadą, której odpowiednikiem w przypadku edukacji jest kult logicznego myślenia i możliwość rozumowego wyjaśnienia niemal wszystkiego.

Objawy filmowego – zewnętrznego sukcesu mają jednak swoje źródło w czynnościach, o których nie „wypada" wspominać. Z pracą wiążą się strugi potu, komplementarna do czynności jedzenia jest konieczność skorzystania z toalety, starte kurze są rezultatem ślęczenia na kolanach ze szmatą w ręku. Gdy jednak spodziewamy się gości, przywdziewamy odświętne ubranie (które ktoś musiał wyprać i wyprasować), udajemy, że taki porządek mamy zawsze, a ziemniaki same przyszły ze sklepu i wyskoczyły z mundurków na półmisek.

Powyższy opis jest zbieżny z  sytuacja, z która mamy do czynienia w szeroko interpretowanej „szkole". Przez lata nauczyciele wmawiają nam, że aby wzbogacić swoją wiedzę o jakieś zagadnienie,  „wystarczy" je zrozumieć. Ktoś, kto już tą wiedzą dysponuje jakąś cząstką wiedzy wykazuje tendencję do przyoblekania jej w szatę powagi, uczoności. Taki nauczyciel już (niestety) nie zastanawia się w jaki sposób cały ten zasób wiedzy znalazł się w jego głowie. Jest nawet gorzej, wydaje mu się, że zawsze tam był, wręcz nie może zaakceptować tego, że jego uczniowie tego nie wiedzą, „przecież to takie proste, wystarczy się nauczyć". (Ale jak?) Właściwa edukacja opiera się jednak na operacjach myślowych budowanych na skojarzeniach, które, jeśli chodzi o estetykę, mają więcej wspólnego z zapleczem spożywczaka, niż recepcją w eleganckim hotelu.


Elegancja metody versus jej skuteczność…

Realne procesy zachodzące w naszej głowie różnią się od publicznych akademickich wywodów w podobnym stopniu jak obraz ukazany w „Dniu świra" od dowolnego film o Jamesie Bondzie.

Można delektować się pięknem jakiejś dziedziny wiedzy w sposób jaki robi to Autorka bloga „Znakownia". Metafizyczny opis genezy znaków kandzi 漢字 pozwala wręcz przesiąknąć kulturą japońskiego pisma. Bez cienia ironii, z nieudawanym podziwem, polecam wspomnianą stronę wszystkim pasjonatom języka japońskiego.

Jednak, aby skutecznie przyswajać znaki chińskiego pisma na szczęście nie trzeba mieć tak dużo wolnego czasu,  wzrodzonego, wysublimowanego poczucia smaku oraz przekrojowej wiedzy na temat realiów życia w czasach starożytnych.

Odważę się w końcu przedstawić swoją hipotezę:

  1. Z dwóch osób nie mających wcześniej do czynienia z językami zapisywanymi pismem ideograficznym, w tym samym czasie większą liczbę znaków (czy słów złożonych z kilku morfemów) opanuje ta, która zerwie z tradycyjnym podejściem.
  2. Minimalna wiedza o kluczach i budowie chińskich znaków, umiejętność odnajdywania w ideogramach fragmentów graficznych obecnych w szerokorozumianym ‘otoczeniu’ osoby uczącej się, oswojenie się z tworzeniem nielogicznych skojarzeń wiążących znaczenie słowa z jego formą wizualną, dostępność ‘dynamicznych’ formatek (w przypadku pierwszych kilkuset znaków) wskazujących kolejność kresek, to wszystko co potrzeba by opanować grafię dowolnego znaku. Nieistotna jest przy tym kolejność opanowywanych ideogramów, naukę można zacząć od dowolnego, choćby bardzo skomplikowanego. Możliwość przyswojenia znaku nie jest obarczona koniecznością uprzedniego poznania znaczenia fragmentów go tworzących.

W kilku ostatnich artykułach poruszałem tematy językoznawcze bazując na analitycznym podejściu do budowy znaków chińskiego pisma. Po części starałem się przemycić / udowodnić, że czaso- i pracochłonna próba rozumowego wyjaśnienia struktury ideogramów nie przekłada się, aż tak bardzo, na łatwiejsze ich zapamiętanie. Chiński ideogram, to na ogół jakiś bazgroł, któremu należy przypisać znaczenie i tyle, nie ma w tym większej fizjologii. Historyczno – analityczne zadęcie zostawmy na dyskusje z zapaleńcami.


Czym jest wiedza?

Jedynie w przypadkach, które można policzyć na palcach jednej ręki, współczesna forma graficzna znaków chińskiego pisma pozwala, dostrzec ideę, która stała u ich podstawy. Światło na genezę znaków rzucają nam podręczniki, artykuły, słowniki ideogramów. Nierzadko sprzeczne i naciągane próby logicznego wytłumaczenia obecności poszczególnych elementów graficznych, choć wiążą się z ogromną ilością czasu, którą trzeba zmarnotrawić, aby w ogóle rozwiązać tę zagadkę, to nie gwarantują zapamiętania poszukiwanego znaku. Ta pozorna sprzeczność wynika z tego, że:

rozumienie ≠ wiedzy

lecz

pamięć = wiedzy

„Rozumienie" jest, tylko i aż, narzędziem umożliwiającym rozsądne zarządzanie informacjami, które już zmagazynowaliśmy (zapamiętaliśmy). „Rozumienie" umożliwia również zrozumienie, że nie warto usiłować wszystkiego zrozumieć, by to skutecznie zapamiętać.


Powrót na ćwiczenia z termodynamiki

Niektórzy, zapewne pozostający pod wrażeniem lekcji z fizyki, twierdzą, że nie jest ważna metoda i traktują ją jak funkcję stanu.

„Zmiana wartości funkcji stanu zależy tylko od stanu początkowego i końcowego układu, a nie od sposobu w jaki ta zmiana została zrealizowana."

Jednak w ziemskim życiu liczy się nie tylko to, że przeszliśmy ze stanu „nie umiem > umiem", lecz również to ile czasu, energii i pieniędzy to pochłonęło, co jest związane również z motywacją, poczuciem (lub brakiem) sukcesu. Innymi słowy „metoda nauki" jest raczej funkcją procesu.

„Funkcja procesu (funkcja drogi) – funkcja termodynamiczna zależna od historii układu (procesu termodynamicznego). Zmiana wartości funkcji procesu zależy od sposobu w jaki ta zmiana została zrealizowana."


Nadmiar informacji

Patrząc z perspektywy  sinologa natrafiwszy na znak 警察, aby go rozumowo przyswoić powinniśmy „zbadać" jego strukturę:

警察

警 chronić przed…=>敬 respekt + 言 język

敬 respekt=> 苟 beztroski + 攵 dłoń trzymająca kij

苟 beztroski => 艹 trawa + 句 zdanie

句 zdanie=>勹 obejmować +口 usta

po czym to samo zrobić z drugim znakiem 察 i zapamiętać, że 警察 oznacza „policjanta". To koszmarne, zwiększające w sposób lawinowy liczbę informacji do zapamiętania, podejście gwarantuje jedynie to, że stracimy multum czasu na wertowaniu słowników.

Jeśli przerabiamy tekst, w którym pojawiło się to słowo, to jedyną informacją, którą musimy na tę chwilę przyswoić jest umiejętność zapisania formy graficznej tego złożenia 警察 (i zapamiętanie wymowy; fonetyka nie jest jednak tematem tego cyklu). Nie musimy wiedzieć co oznacza każdy z tych ideogramów, a tym bardziej nie jest potrzebna nam wiedza co oznaczają jego elementy składowe, ani jakie prostsze znaki można z niego wyprowadzić. „Wystarczy" zapamiętać kolejność i ułożenie na płaszczyźnie poszczególnych elementów składowych (przy czym nie jest nawet istotna znajomość rzeczywistych znaczeń fragmentów, które możemy wyizolować w sposób niemal intuicyjny):

警=> 艹+勹+口+攵+言


„Gdy umysł śpi, rodzą się demony…"

Wielu osobom (w tym nauczycielom!) wydaje się, że najlepsza jest metoda „na pałę". Milion razy z rzędu przepisz znak / słowo jednocześnie wymawiając je na głos. Ten znakomity sposób na odmóżdżenie sprawdza się, gdy robimy serię pompek, ale zawodzi jeśli bierzemy się za czynności o charakterze intelektualnym. Dzieje sie tak, ponieważ, gdy robimy coś nudnego, powtarzanego wielokrotnie w krótkich odstępach czasu, nasz umysł dość szybko zasypia.

Metoda na pałę

W poszukiwaniu inspiracji przeglądam czasem blogi i profile Polaków uczących się chińskiego. Niektórzy bardzo chętnie chwalą się swoim hobby jednocześnie załączając bogaty materiał ilustrujący to, że naprawdę potrafią napisać te „kosmiczne krzaczki". Nie chcę nikogo ośmieszać, więc tym razem celowo nie podaję źródła, ale załączone obok zdjęcie doskonale pokazuje do czego prowadzi tak popularna „metoda na pałę".

Sztuka pamięci to sztuka koncentracji

Fan piłki nożnej przepisał poprawnie do zeszytu słowo 足球 (足 „stopa";球 „piłka"), po czym zakasał rękawy, włączył sobie w głowie tryb kogoś, kto przeinaczając słowa pewnego hiphopolowca „siłę mózgu przezwycięża siłą muskuł"  i przepisał złożenie 18 razy: 足球, 足球, 足球, 足球, 足球, 足球, 足球, 足球, 足球, 足球, 足球, 足球, 足球, 足球, 足球, 足球, 足球, 足球, aż do znudzenia dosłownie i w przenośni.

Przyglądając się jednak uważniej zauważymy, że na zdjęciu pierwsza i każda kolejna reprodukcja różni sie od wzorca jednym i tym samym szczegółem – dodatkową kreską 一 pod 口。

Zamiast ideogramu 足 możemy podziwiać 18 reprodukcji egzotycznego znak wyglądającego jak bardzo popularna spójka 是, w której podmieniono 日 na 口:

足< *<是

* nie jest to oczywiste, ale obawiam się, że (…) [znak widoczny na zdjęciu], nie istnieje, przynajmniej w znanej części kosmosu

Jak powiedział kiedyś Stanisław August Poniatowski: „szkoda czasu i atłasu". Ocenę skuteczność metody uczenia się polegające na wyłączeniu mózgu i marnowaniu tuszu i papieru pozostawię jednak Czytelnikom.

Dlaczego traktuje się ucznia jak kompletnego idiotę? (Bo tak łatwiej)

znajdź różnicePrzeglądając różne książki i komputerowe pomoce do nauki chińskiego pisma często odnoszę wrażenie, że autorzy traktują swoich uczniów / czytelników jak osoby niepełnosprytne. Gdybym był przedszkolakiem, to nie tylko „nie grymasiłbym i nie płakał", ale też rozwiązywałbym zadania w stylu czym różnią się te dwa >> obrazki.  Być może jest to rozwijający intelektualnie problem, ale raczej dla kogoś, kto ma 3 – 4 lata, a nie 20, 30, 40…

Wielu nauczycieli uważa jednak, że taki właśnie sposób nauki chińskiego pisma jest odpowiedni również dla kogoś, kto już wyrósł z krótkich majtek, a grabki dawno temu zagrzebał w piaskownicy. Dzięki temu stojąc u progu nabycia umiejętności sprawnego przepisywania chińskich tekstów (pisząc te słowa oczyma wyobraźnie widzę pełne absurdu i politowania spojrzenie adeptów języków zapisywanych alfabetem łacińskim), musimy rozgryzać problemy logiczne na poziomie jednokomórkowca (co po prostu jest, nie bójmy się tego słowa, wkurzające). Dzięki temu natrafiwszy na drugi z ideogramów 舞, z którego złożony jest czasownik ‚tańczyć’  跳舞, musimy 13 razy odpowiedzieć sobie na pytanie czym różni się od siebie każda kolejna para obrazków:

 舞 formatka舞

Autorzy czasem „ułatwiają" zadanie oznaczając, jak wyżej, nową kreskę innym kolorem. Niekiedy zaznaczają również miejsce, od którego należy rozpocząć reprodukcję kolejnej kreski. Wszystkie te zabiegi są godne pochwały, ale przecież można podejść to tego problemu w  sposób bardziej skuteczny.

Jak już wspomniałem wcześniej metoda, tylko niby, nie ma znaczenia. Zwłaszcza, że opanowanie ok. 500 losowo wybranych ideogramów rozbraja niemal wszystkie wątpliwości jakie mogą pojawić przy spotkaniu z niewidzianym nigdy wcześniej pięćset pierwszym znakiem.  Można jednak skondensować rozwleczone na kilkanaście rysunków informacje na jednej formatce i wykorzystać dodatkowe – kinestetyczne bodźce poprzez użycie strzałek wykorzystujących złudzenie dynamiki. To jest moim zdaniem najlepsza metoda umożliwająca, przynajmniej bierne (reproduktywne), posługiwanie się językiem chińskim na piśmie.

formatki do rysowania chińskich znaków

Formatki zaczerpnąłem z książki Moniki Mey: „Chinesisch für Einsteiger. Modernes Mandarin effektiv lernen."; Podałem wymowę ideogramów w języku kantońskim.

Dlaczego autorzy materiałów edukacyjnych tak rzadko (chlubne wyjątki 1 i 2)  decydują się na własnoręczne wykonanie takich pomocy dydaktycznych?

„Jedźmy [dalej] nikt nie [odpowiada] (…)"

Adam Mickiewicz; „Stepy Akermańskie"


Pierwotna idea i jej współczesny cień

Prawda jest taka, że celem osoby uczącej się języka jest pamięciowe przyswojenie kilku tysięcy znaków, które są jedynie cieniem idei, z którymi są związane. Poniższy rysunek dobrze ilustruje metodę, którą proponuję. Załóżmy, że naszym zadaniem jest zapamiętanie kształtu cienia, któremu odpowiada słowo „sprzątacz". Problem polega na tym, że widząc jedynie cień nie bylibyśmy w stanie odgadnąć rzeczywistego znaczenia pierwowzoru. Przyjmijmy jednak, że cień jest podpisany jako „sprzątacz". Możemy zatem odszukać ów cień w słowniku (gdyby taki istniał) i dowiedzieć się, że ten fragment pochodzi od ‚wiaderka’, tamten to ‚miotła’ jeszcze inny to ‚nos’. Choć znamy już w tym momencie elementy składowe, to nadal nie zmienia faktu, że niemal w żaden sposób fragmenty cienia ich nie przypominają, a więc niespecjalnie ułatwiają zapamiętanie całości.

Możemy też podejść do tego zagadnienia inaczej. JakoFunny girl Shadow Illusion osoby widzące cień mamy jakieś pierwsze, często bardziej atrakcyjne dla naszej pamięci, skojarzenie. Poszczególne „elementy" z czymś nam się kojarzą, poniekąd są dla nas znajome.

Skojarzenia graficzne służą właśnie temu by informację abstrakcyjną zamienić na łatwo wyobrażalny obraz, który można już potem z łatwością powiązać z inną informacją. Najprostszym przykładem są liczby. Nie trzeba wiele wysiłku, aby spojrzawszy na ‘zero’ zobaczyć jajko, w jedynce dostrzec zagiętą słomkę do napojów, w dwójce łabędzia. Patrząc na 3 można mieć skojarzenia anatomiczne, a w dziesiątce odnaleźć wojownika (Zulusa) z dzidą i tarczą.

0          jajko

1          słomka

2          łabędź

3          pośladki

4          żaglówka

5          hak

6          wisienka

7          kosa

8          bałwan

9          balon na sznurku

10        włócznia i tarcza

Na podobnej zasadzie funkcjonuje swoisty żart ze studentów informatyki.

Japońskie ‘krzaczki’ oczyma informatyków:

目        szafa serwerowa

鈕        choinka koło szafy serwerowej

器        sieć komputerowa

明        dwie szafy serwerowe

員        dwa serwery

管        dwa serwery z kablami nad nimi

自        szafa serwerowa z anteną Wi-fi

開        komputer z dwoma monitorami

Wbrew pozorom jest to pouczający przykład. Dostrzeżenie w abstrakcyjnym znaku graficznym elementów ze swojego otoczenia, zgodnych ze swoimi zainteresowaniami, jest pierwszym krokiem do tego, aby stał się on własnością naszej pamięci. O tym, jak powiązać rzeczywiste znaczenie dowolnego ideogramu z ‚cieniem’ – zbiorem elementów, które przypominają budowę omawianego znaku podyskutujemy sobie jeszcze w kolejnych artykułach.


Zobacz również:

Problematyka pisma ideograficznego (część 1)

Problematyka pisma ideograficznego (część 2)

Problematyka pisma ideograficznego (część 3)

Jak ‚nauczyć się’ hiragany… w godzinę?

Patrz z własnej perspektywy; szyj metodę na miarę własnych potrzeb i możliwości

Lepsza własna wędka, niż cudza ryba, czyli jak nie dać się złowić w sieć „edukacyjnych uzależniaczy”

Ortograficzny chaos

Zagadki pisma ideograficznego, czyli o wróżeniu z kuli żuka gnojarza

Wróżenia z fusów chińskiej herbaty ciąg dalszy

About Michał Nowacki

http://woofla.pl/michal-nowacki/

21 komentarze na temat “[MN19] O alternatywnym postrzeganiu rzeczywistości – percepcja informacji graficznej (wstęp)

  1. Przyznam, @Michał, że bardzo się zdziwiłam, kiedy napisałeś, że w edukacji panuje „kult logicznego myślenia i możliwość rozumowego wyjaśnienia niemal wszystkiego". Całkowicie przeczy to moim doświadczeniom z podstawówki i liceum, kiedy to dominowało podejście „zakuć, zdać i zapomnieć", nauczycielom nawet przez myśl nie przeszło pokazać nam jakiekolwiek powiązania pomiędzy konkretnymi problemami nauczanego przedmiotu (a już broń Boże pomiędzy różnymi dziedzinami), a ze słowami „logika" i „zrozumienie" spotkałam się dopiero na studiach.

    I tak się zastanawiam, co może być przyczyną, że moje doświadczenia są tak różne od Twoich. O ile się nie mylę, dzieli nas mniej niż dekada, ale wystarczająco dużo lat, żeby diametralnie zmieniło się podejście do nauczania. Ja jestem jeszcze ze „starego" szkolnictwa, Ty z „nowego". Drugą przyczyną może być różnica w jakości szkół – ja chodziłam do kiepściutkiego małomiasteczkowego liceum, pełnego poważnych patologi na linii uczeń-nauczyciel. Pewnie w Twojej szkole nauczyciele byli bardziej ambitni i być może trochę nadgorliwi we wdrażaniu nowego programu.

    Do czego zmierzam? Do tego, że przesada w każdą stronę jest niedobra. Bo ucząc się jakiejkolwiek dziedziny chyba każdy (tak jak Ty i tak jak ja) dochodzi do wniosku – jeśli ma choćby minimalny wgląd w siebie i choćby odrobinę interesuje się samym procesem przyswajania wiedzy – że pewne rzeczy po prostu trzeba zapamiętać, przyjąć do wiadomości, że jest tak a nie inaczej i że na niektóre pytania najlepszą odpowiedzią jest „bo tak". Nie zmienia to faktu, że na pewnym etapie nauki zaczyna się widzieć wzajemne relacje pomiędzy elementami zdobywanej wiedzy, nabiera się „wyczucia" i głębszego zrozumienia całości… A po drodze i tak wciąż napotyka się „botaki" 😉

    Jeszcze inną sprawą jest próba odpowiedzi na pytanie „co się dzieje w głowie", kiedy przyswaja się wiedzę. Cóż, to zależy 🙂 Myślę, że tu nie da się udzielić uniwersalnej odpowiedzi. Piszesz o przyswajaniu informacji graficznej, o skojarzeniach. No ja akurat muszę się mocno wysilić, żeby w jedynce zobaczyć słomkę czy w trójce pośladki. Kiedy widzę „1", po prostu automatycznie w głowie słyszę „jeden". Pamiętam jak kiedyś wkleiłeś tabelkę z obrazkami mającymi „ułatwić" naukę alfabetu Morse'a. Nauczyłam się swego czasu tego alfabetu, lata temu, choć przez nieużywanie zapomniałam. Ale pamiętam, że nauczyłam się szybko. I ostatnią rzeczą, jaka by mi przyszła do głowy, byłyby próby kojarzenia informacji związanych z długością sygnału – z grafiką. Kiedy zobaczyłam tamte obrazki, pierwszą moją myślą było „o rany! żeby aż tak skrajnie sobie to utrudniać!" 🙂 Oczywiście wiem, że dla jakiejś części osób będzie to dla odmiany znaczne ułatwienie. Pokazuję tylko, jak skrajnie różny potrafi być sposób kodowania informacji u różnych ludzi. W tym temacie gorąco polecam tekst Katji: http://kociswiatasd.blox.pl/2015/04/DANE-JEST-X.html a pod nim koniecznie komentarz użytkownika o nicku althorion. To świetne zestawienie myślenia obrazami (Katja) i myślenia słowami i obiektami (althorion). Nie przejmuj(cie) się, że blog jest o autyzmie (zresztą polecam lekturę wszystkich tekstów Katji, są mądre i ciekawe).

    Co z tego wszystkiego wynika? Chyba to, że nauczyciele, niezależnie od dziedziny, mają naprawdę przechlapane, jeśli chcą być naprawdę dobrymi nauczycielami i dotrzeć do jak największej liczby uczniów 🙂

    1. @Adriano,

      dziękuję za komentarz i Twoje spojrzenie na edukację.

      Nie wiem, czy do końca się dobrze zrozumieliśmy. Na razie zrezygnuję z możliwości załamywania rąk nad poziomem edukacji gimnazjalnej i licealnej. W tym momencie nieszczególnie mnie to ekscytuje (zresztą mam na ten temat mieszane odczucia), a osobom, które wrzeszczą, że receptą na wszystko będzie „zlikwidowanie gimnazjów” zalecałbym zabieg trepanacji czaszki.

      Wgryzając się w jakąś dziedzinę wiedzy można dostrzec, że szczególnie doceniane są teorie oparte na (często pseudo-) naukowym bełkocie. Rozwiązanie musi być „eleganckie”, „poważne”, dopiero wtedy może zyskać akceptacje środowisk naukowych. Stąd masa bełkotliwych profesorskich terminów takich jak „nowoczesne i glottodydaktycznie dobrze przygotowane narzędzie nauczania”, pomimo, że szary użytkownik ma ochotę tym „narzędziem” rzucić o ścianę.

      Jeśli chodzi o naukę, to dla „elegancji” założonego modelu często nie wspomina się o przypadkach, które się w tym modelu nie mieszczą. Udaje się, że doświadczenia, których wyniki wystają poza przyjętą teorię nigdy nie miały miejsca. Ale nie zamierzam ciągnąć tego tematu.

      Cofnę się może do początku studiów. W przypadku takich przedmiotów jak: analiza matematyczna, algebra, statystyka, fizyka, chemii fizyczna czy spektroskopia było można dostrzec rozdźwięk pomiędzy praktycznym zastosowaniem aparatu matematycznego, a teorią (definicjami, twierdzeniami) stojącymi u podstaw tychże nauk. Studenci nie mieli na ogół problemów z zaakceptowaniem i nauczeniem się pewnych algorytmów pozwalających rozwiązać problem mający związek z rzeczywistością. Schody zaczynały się, gdy na egzaminie należało recytować definicje i twierdzenia złożone ze zlepków różnych literek, słówek typu „jeśli” i ciągów „dziwnych” terminów, których naukowa definicja była jeszcze większym bełkotem. Student mógł znakomicie poprawnie liczyć najtrudniejsze z problemów bez umiejętności wyrecytowania którejkolwiek z tych definicji, jeśli jednak na egzaminie nie był w stanie wyklepać danego twierdzenia, to w często w oczach profesorów był po prostu śmieciem. Pamiętam, jak przygotowując się do egzaminów ustnych z matematyki łaziłem po pokoju czytając na głos definicje, które nic nie wnosiły, jeśli chodzi o zrozumienie tej dziedziny wiedzy. Wiedziałem jak „coś” policzyć, ale najtrudniejsze było wkucie kilku linijek bełkotu czymże to „coś” jest. Przytoczenie z pamięci odpowiedniej definicji mogło uchronić przed byciem wykopanym za drzwi sali egzaminacyjnej.

      Mówiąc o „kulcie logicznego myślenia” mam na myśli właśnie te „piękne, naukowe twierdzenia”, których umiejętność wygłoszenia budzi szacunek wśród profesorów, ale nie ma najmniejszego znaczenia jeśli chodzi o praktykę.

      Rzeczywiście w znajomość dziesięciu najdłuższych rzek Ameryki Południowej nie mieści się w mojej definicji „kultu logicznego myślenia”. Nie wiem po co to w ogóle zapamiętywać. Taką faktografię można znaleźć w 10 sekund w internecie. Nie ma równie sensu, żeby chemik (niezależnie czy jest profesorem czy studentem) znał na pamięć układ okresowy. Bo układ jest właśnie po to, żeby z niego korzystać.

      Nie akceptuję jednak sformułowania, że „coś PO PROSTU trzeba zapamiętać”. Zawsze wtedy zadaję dwa pytania:
      1) po co?
      2) jak dokładnie?

      Napisałaś:
      „No ja akurat muszę się mocno wysilić, żeby w jedynce zobaczyć słomkę czy w trójce pośladki. Kiedy widzę „1", po prostu automatycznie w głowie słyszę „jeden"”

      Te wyobrażenia mają sens, gdy chcesz zapamiętać, że jedynce odpowiada jakaś informacja, dwójce inna, trójce jeszcze inna. Wtedy wiedza, że „jedynka to jedynka” nie wystarcza, bo nie jest to konkretny obraz. Do tego „problemu” niedługo powrócę, ale będzie dotyczył nie cyfr, ale chińskich ideogramów.

      Napisałaś:
      „Pamiętam jak kiedyś wkleiłeś tabelkę z obrazkami mającymi „ułatwić" naukę alfabetu Morse'a. Nauczyłam się swego czasu tego alfabetu, lata temu, choć przez nieużywanie zapomniałam. Ale pamiętam, że nauczyłam się szybko.”

      Gratuluję 😉 . Szukam jednak bardziej uniwersalnych recept (jak?), wyjaśnienie „ bo jestem sprytna i wybitna…” https://www.youtube.com/watch?v=YLa38RwFmlQ mi nie wystarcza 😉 .

      1. @Michał

        Faktycznie nie do końca się rozumiemy, ale chyba nic nie stoi na przeszkodzie, żeby spróbować dojść do jakiegoś porozumienia 🙂

        1. Co do edukacji i jej metod. Napisałeś:

        Jako odbiorcy (widzowie, uczniowie) jesteśmy karmieni fasadą, której odpowiednikiem w przypadku edukacji jest kult logicznego myślenia i możliwość rozumowego wyjaśnienia niemal wszystkiego.

        Czytając zarówno ten fragment jak i dalszy Twój wywód, odbiorca ma święte prawo pomyśleć, że masz na myśli cały przebieg edukacji, a nie specyficzny jej wycinek. Stąd moje przypuszczenie, jak się okazało, mylne, że w „nowym" szkolnictwie, a zwłaszcza wśród ambitniejszych nauczycieli, zaczęło się nagle promować rozumienie i logiczne myślenie.
        Ale to akurat mało istotna sprawa. Przejdę do rzeczy o wiele ważniejszej:

        2. Metody przetwarzania i zapamiętywania informacji.
        Piszesz:

        Te wyobrażenia mają sens, gdy chcesz zapamiętać, że jedynce odpowiada jakaś informacja, dwójce inna, trójce jeszcze inna. Wtedy wiedza, że „jedynka to jedynka” nie wystarcza, bo nie jest to konkretny obraz.

        Czytałeś zalinkowany przeze mnie tekst Katji i komentarz althoriona? Jeśli nie, to przeczytaj proszę, bo oni tam idealnie pokazują, jak ogromnie ludzie potrafią się różnić w sposobach myślenia i zapamiętywania. Osoby myślące obrazami potrzebują ZUPEŁNIE INNYCH metod niż osoby myślące słowami/obiektami. Żadna z tych stron nie jest bardziej czy mniej „sprytna i wybitna", tu w ogóle nie ma miejsca na wartościowanie – przyznam, że mocno zaskoczyło mnie, że tak zinterpretowałeś moją wypowiedź o alfabecie Morse'a, zwłaszcza, że chwilę potem tłumaczę, po co w ogóle piszę o własnych doświadczeniach. Otóż po to, żeby pokazać na przykładzie rzecz równie banalną, co prawdziwą: LUDZIE SĄ RÓŻNI. Naprawdę. 🙂 Zdarzyło mi się w życiu, nie raz i nie dwa, uczyć różnych nowych rzeczy, także takich, które wymagały łączenia różnych treści z liczbami i uwierz mi, że nie było tam miejsca na wizualizacje liczb w postaci kształtów. Po prostu mój umysł funkcjonuje zupełnie inaczej. To, co Tobie pomaga, dla mnie jest skrajnym utrudnieniem. I ani ja, ani Ty nie jesteśmy przypadkami jednostkowymi, raczej typowymi egzemplarzami dwóch mocno odmiennych sposobów przetwarzania informacji.

        Michał, co tak naprawdę ujmuje Twojej metodzie stwierdzenie, że nie jest i nie może być ona uniwersalna? Takie np. uczenie się słownictwa metodą shadowing, które dla mnie jest czymś świetnym, Ty byś odrzucił jako bezsensowne i dla Ciebie nieużyteczne. Nic to nie ujmuje ani mi, ani Tobie, ani metodzie shadowing. A wiesz, co robię, kiedy gram w Mahjonga? Gadam sama do siebie! 😀 Bardzo mi to pomaga i nie wyobrażam sobie zapamiętywać i łączyć w pary kształtów bez ich przynajmniej cząstkowego nazywania (ten taki pofałdowany zakrętas, ten taki wziuuuuu! itp.), ale musiałabym być szalona, żeby zalecać taki sposób gry jako uniwersalny, także dla osób, które myślą obrazami.

      2. Znów +1 do całości, ale

        Bardzo mi to pomaga i nie wyobrażam sobie zapamiętywać i łączyć w pary kształtów bez ich przynajmniej cząstkowego nazywania (ten taki pofałdowany zakrętas, ten taki wziuuuuu! itp.)

        +100 za użycie ideofonu na piśmie. Widzieliście jakąś gramatykę polskiego, czy choćby artykuł wspominający o ideofonach, a nie tylko onomatopejach (jeśli dobrze rozumiem wziuuuuu wyżej to opis kształtu, a nie próba oddania dźwięku)? Chętnie bym poczytał.

      3. (jeśli dobrze rozumiem wziuuuuu wyżej to opis kształtu, a nie próba oddania dźwięku)?

        Tak.

        I ja też bym chętnie poczytała o ideofonach.

      4. @Adriana,

        Napisałaś:
        „Czytając zarówno ten fragment jak i dalszy Twój wywód, odbiorca ma święte prawo pomyśleć, że masz na myśli cały przebieg edukacji, a nie specyficzny jej wycinek.”

        Znów wykręcę kota ogonem 😉 . Pośrednio dotyczy to jednak „całej edukacji”. Przypomnijmy sobie kpiarskie spojrzenie licealnych profesorów, gdy uczeń próbował posłużyć się „regułą prawej dłoni” wiążącą ze sobą kierunek linii pola magnetycznego z kierunkiem prądu. Przecież to „niepoważne" posługiwać się taką protezą, wspomnianą zależność w przestrzeni „wystarczy zapamiętać”.

        Nie wiem dlaczego tak szafujesz terminem „nowe” szkolnictwo. Wydaje mi się, że różnice między tym co jest, a co było w „starym” są marginalne. Niektórzy narzekają na to, że obniżył się poziom. Z drugiej jednak strony, wielu z nas wydaje się, że x lat temu byliśmy dokładnie tak samo mądrzy jak teraz i przez ten pryzmat oceniamy młodszych od siebie.

        Napisałaś:
        „Osoby myślące obrazami potrzebują ZUPEŁNIE INNYCH metod niż osoby myślące słowami/obiektami”.

        Nie za bardzo wiem, jak można myśleć „słowami”. KAŻDY MYŚLI OBRAZAMI. Jeśli myślisz o czymś materialnym, to w umyśle nie wyświetla Ci się słowo „dżdżownica”, lecz oślizgły robal, którego przecięłaś w poprzedni weekend łopatą babrząc się w ogródku. Jeśli twierdzisz, że myślisz słowami, to bez chwili zastanowienia wyrecytuj od końca nazwę wspomnianego owada literka, po literce. W przypadku chińskich znaków jest jednak inaczej. Bez problemu można wymienić „od tyłu” elementy, z których jest zbudowany, bo ów bazgroł widzisz oczyma wyobraźni de facto w całości, wystarczy, że nazwiesz i zwokalizujesz jego elementy składowe.

        Wracając do języków zapisywanych alfabetem, w przypadku słów niematerializowanych np.: „albowiem” też nie myślisz słowami, najwyżej słyszysz w głowie brzmienie tego słowa. Tak czy inaczej raczej nie myślimy spójnikami. One są potrzebne tylko na papierze, do uporządkowania wywodu. W języku chińskim występują znacznie rzadziej niż u nas i da się bez wielu z nich obejść. Po co komu „że”?

        Napisałaś:
        „Żadna z tych stron nie jest bardziej czy mniej „sprytna i wybitna", tu w ogóle nie ma miejsca na wartościowanie – przyznam, że mocno zaskoczyło mnie, że tak zinterpretowałeś moją wypowiedź o alfabecie Morse'a, zwłaszcza, że chwilę potem tłumaczę, po co w ogóle piszę o własnych doświadczeniach.”

        Chodziło mi raczej o to, że każdy przykład, który przedstawię można sparować stwierdzeniem, „a ja nauczyłam/em się tego „znaku” z palcem w nosie, bez stosowania bez żadnych metod.” Świetnie. Tylko, że nie ma to dla mnie absolutnie żadnego znaczenia, dopóki nie poznam sposobu, w jaki się to rzeczywiście odbyło. Też są pewne typy informacji, które zapamiętuję łatwiej, ale nie oznacza to, że „to się dzieje samo”. Są jakieś mechanizmy czy doświadczenia z przeszłości, które powodują, że WYDAJE się, że ta porcja wiedzy z łatwością przeteleportowała się do naszej pamięci.

        Napisałaś:
        „Zdarzyło mi się w życiu, nie raz i nie dwa, uczyć różnych nowych rzeczy, także takich, które wymagały łączenia różnych treści z liczbami i uwierz mi, że nie było tam miejsca na wizualizacje liczb w postaci kształtów. Po prostu mój umysł funkcjonuje zupełnie inaczej.”

        Rzeczywiście, ja też nie zawsze „myślałem liczbami”. Ale nie robiłem tego tylko wtedy, gdy jedynie udawałem, że chcę je zapamiętać. Mógłbym się przez kilka godzin wgapiać w kartkę pełną dat lub sylab języka chińskiego z doklejonymi numerami tonów i niewiele z tego wyniosę, dopóki roboczo nie przypiszę liczbom pewnych wizualnych ekwiwalentów. Niekoniecznie mam na myśli przytoczoną w artykule relację opartą na kształcie cyfr. Chodzi o wizualizowalny odpowiednik (nie tylko cyfr, ale i liczb) – alternatywne postrzeganie rzeczywistości. Kiedyś rozwinę tę myśl.

        Rzeczywiście, metoda shadowingu nie należy do mojego arsenału metod nauki, ale może dlatego, że mnie, w odróżnieniu od większości osób, nie zależy w pierwszej kolejności na mówieniu językiem obcym. Zawsze bardziej interesowała mnie jego forma wizualna (pisanie i ‘ciche’ czytanie).

      5. @Michał

        Nie wiem dlaczego tak szafujesz terminem „nowe” szkolnictwo. Wydaje mi się, że różnice między tym co jest, a co było w „starym” są marginalne.

        Nie szafuję, wręcz przeciwnie. Jeśli wrócisz do początku dyskusji i prześledzisz jej przebieg, z łatwością zauważysz, że po raz pierwszy użyłam tego wyrażenia próbując zgadnąć, o co może chodzić z tym „kultem logicznego myślenia", i rzuciłam pierwszą hipotezę, jaka mi przyszła do głowy, a po raz drugi użyłam go tylko po to, żeby wyjaśnić o co mi chodziło za pierwszym razem i przyznać, że się myliłam. Trudno w takiej sytuacji pewnych słów nie powtórzyć. A teraz powtórzę jeszcze po raz trzeci, żeby zgodzić się z Tobą, że różnice pomiędzy „nowym" a „starym" istotnie są marginalne.

        Nie za bardzo wiem, jak można myśleć „słowami”. KAŻDY MYŚLI OBRAZAMI. Jeśli myślisz o czymś materialnym, to w umyśle nie wyświetla Ci się słowo „dżdżownica”, lecz oślizgły robal, którego przecięłaś w poprzedni weekend łopatą babrząc się w ogródku. Jeśli twierdzisz, że myślisz słowami, to bez chwili zastanowienia wyrecytuj od końca nazwę wspomnianego owada literka, po literce

        Faktycznie, nie wiesz, jak można myśleć słowami, co nie znaczy, że całkiem spora część ludzkości właśnie w ten sposób nie myśli. (To zabawne i znamienne, że spostrzegasz to jako… WIZUALIZOWANIE sobie danego słowa napisanego literka po literce gdzieś w przestrzeni 🙂 ). Wiesz, w tym momencie wkraczamy już w obszary „udowodnij, że nie jesteś wielbłądem". No nie jestem wielbłądem, ale masz na to wyłącznie moje słowo. Takie rzeczy jak czyjś świat wewnętrzny czy – szerzej – osobnicze doświadczenie – są nieprzekazywalne, choć bardzo chciałabym, żeby było inaczej.

        Podejmę jednak bardzo niedoskonałą próbę przybliżenia tego, co dzieje się w mojej głowie. Kiedy myślę o dżdżownicy, w moim umyśle przede wszystkim słyszę słowo „dżdżownica", ewentualnie gdzieś w tle mogę słyszeć hiszpańskie „lombriz" czy angielskie „earthworm" przy założeniu, że są to słowa dobrze mi znane i oswojone.
        W drugiej kolejności – mam w umyśle wycinki wrażeń, trwające mniej niż sekundę. I składają się na nie: jakiś niewyraźny obraz jakiejś dżdżownicy, obserwacja jej ruchu, zapach piasku, w którym pełzała, odczucie obrzydzenia, które we mnie wywołuje jej widok, twardość trzonu łopaty w mojej dłoni… i wiele innych. Obraz tu nie dominuje i jest najmniej stabilny na tle pozostałych wrażeń. Żeby utrzymać obraz w umyśle, muszę co chwila przywoływać go od nowa, bo błyskawicznie znika. Prawie nigdy nie „widzę" go w całości.

        … a jeśli jest mi do czegoś potrzebne samo pojęcie dżdżownicy, to staje się ona po prostu abstrakcyjnym punktem, kropką, którą wplatam w jakiś schemat powiązań. Bo ja, oprócz myślenia słowami, myślę też schematami. Jak mają inni – nie mam pojęcia i przyznam, że chętnie poczytam.

        A co do metody shadowing – chodzi właśnie o to, że jej efekty nie odnoszą się ani wyłącznie ani nawet w pierwszej kolejności do mówienia. To jest po prostu metoda na przyswojenie pewnych słów czy struktur, które później są używane zarówno w języku mówionym, jak i pisanym.

        Tak czy inaczej, poza próbami przekonania Cię, że jednak nie jestem wielbłądem, nie polemizuję z Twoją metodą. Wiem, że sporo osób z niej skorzysta. (I równie sporo będzie potrzebowało zupełnie innej metody). Dla mnie Twoje artykuły mają sporą wartość – pokazanie zupełnie odmiennego spojrzenia na przyswajanie informacji. Jeśli kiedyś wrócę do dydaktyki, a istnieje możliwość, że tak się stanie, będę się starała pamiętać, że nie każdy jest słuchowcem… 😉

      6. Nie za bardzo wiem, jak można myśleć „słowami”. KAŻDY MYŚLI OBRAZAMI.

        Nie wątpię, że da się wypracować taką definicję „obrazu", żeby wykazać, że i osoba niewidoma od urodzenia „myśli obrazami", ale obawiam się, że taka definicja bardzo odbiegałaby od tego, co normalnie rozumiemy przez „obraz".

        Kiedy piszę, (1) argumenty w dyskusji przychodzą mi na myśl już uformowane, potem (2) świadomie składam je w słowa i zdania, które zapisuję (w tym sensie „myślę słowami", np. przed chwilą pomyślałem „w tym sensie „myślę słowami"" etc.). Ale to, co rozumiem przez właściwe ‚myślenie’ zachodzi przecież *przed* (1). Jak? Nie mam pojęcia. Większość aktywności naszych mózgów, zarówno odnoszącej się do wprawiania w ruch mięśni, jak i percepcji, ale też ‚myślenia’ odbywa się bez udziału świadomości.

        Teza: To całe „wyświetlanie" czy „słyszenie w głowie" to metafory używane w introspekcji, kiedy staramy się ‚myśleć o myśleniu’. Nie ma powodu by zakładać, że ‚myślenie o myśleniu’ i ‚myślenie bezmyślne’ (mam nadzieję, że pomimo świetnego żartu jest jasne o co mi chodzi) to procesy przebiegające tak samo. Obserwacja zakłóca to, co ma być obserwowane. Z praktycznego punktu widzenia to, jakich metafor użyjemy jest ważne, bo pozwala dostosować się (lub nie) do preferowanego przez dany mózg (czy daną jaźń) ‚metajęzyka’ – ale to nie jest, moim zdaniem, najbardziej podstawowy poziom.

        I jeszcze dalej w gąszcz: czy na pewno jest jakieś „ja", które czegoś doświadcza, coś czuje, o czymś myśli, czy też raczej, to co uważamy za „ja" to nic więcej jak właśnie strumień doświadczeń, uczuć i myśli, bez ‚zewnętrznego’, odczuwającego je podmiotu? Polecam „I am a strange loop" Hofstadtera – w zasadzie jedna b. rozbudowana impresja, ciekawa, ale nieprzekonująca.

      7. @Adriano,

        Nie myślisz zatem SŁOWAMI, tylko POJĘCIAMI.
        Wizualizowanie słowa literka po literce zaczerpnąłem z metody @YPP 😉 . „(…) często zamykam oczy i widzę „wydrukowany" napis a p a s a n q a zawieszony w pustej czerni mojego umysłu i widząc ten napis skojarzam go z ptasznikiem."
        http://woofla.pl/jak-z-glowa-wybierac-materialy-do-nauki-tak-aby-nie-meczyc-sie-bez-potrzeby/#comment-5000

        Wierzę na słowo, że nie jesteś wielbłądem 😉

        Mnie sie jednak wszystko z czymś kojarzy. Widząc po raz pierwszy Twoje imię, pierwsza myślą było to, co się stało z drugim „n" 😉 ? Drugą, że kojarzy mi się, ze względów fonetycznych, z wizerunkiem dziewczyny Robin Hooda – Marianny 😉 .
        Mam nadzieję, że @Marlena sie nie obrazi ;), ale jako, że w życiu realnym nie znałem dotąd żadnej Marleny, to widząc to imię, w głowie wyswietlała mi się wysuszona, pomarańczowa morela – znów wizualny odpowiednik fonetycznego przybliżenia 😉 .
        Być może to wczesne (?) objawy choroby psychicznej 😉

      8. @Michał

        Nie myślisz zatem SŁOWAMI, tylko POJĘCIAMI.

        Te wszystkie słowa i zdania po polsku, które mi BRZMIĄ w głowie non stop, ten kran, który po obejrzeniu przeze mnie serialu po hiszpańsku szumi mi wodą frazy takie jak „De dónde sacaste esa teoría tan extraña"… „Presisamente contigo nesecito hablar"… etc. – jeśli to mają być pojęcia, dobra, niech będą 🙂
        A bardziej serio, chyba każdy w jakimś stopniu myśli pojęciami. A jeśli jeszcze zwrócimy uwagę na kwestię, którą poruszył Piotr, właściwie temat rzeka, mianowicie do jakiego stopnia jesteśmy w stanie obserwować samych siebie myślących… to już naprawdę można zwariować!!! 😉

  2. Króciutko: ze swojej pół-mastodonciej perspektywy zgadzam się z Adrianą co do „kultu logicznego myślenia", którego nie widzę ani sięgając do wspomnień z własnej edukacji, ani też przyglądając się obecnym studentom, którzy czasem trafiają do nas na praktyki.
    Nie sądzę też, by ktoś (poza skrajnymi zapaleńcami) naprawdę uczył się chińskiego pisma metodą historyczną-układankową; od najmniejszych elementów znaczących do ich złożeń, poprzez logiczne wyjaśnianie ich znaczeń i kombinacji, co zdajesz się uważać za metodę „tradycyjną". Bazgroł to bazgroł, a jeśli potrafi się coś ‚wyciągnąć’ z jego elementów, to dobrze, może lepiej się zapamięta; jak nie – trudno. Inaczej mówiąc dla mnie etymologizowanie wygląda bardzo podobnie do proponowanych przez Ciebie rozwiązań mnemotechnicznych. Różnica w tym, że to co „łatwo wyobrażalne" dla Ciebie, nie jest łatwo wyobrażalne dla mnie, i zapewne vice versa.
    Wreszcie, zgadzam się z Adrianą również co do obrazków, cyfr itd. Dwa to dwa, a nie łabędź. Skąd się bierze graficzne skojarzenie, wiem, ale dlatego, że się domyśliłem, nie że to widzę. Kształt dwójki kojarzy mi się po prostu z dwójką 🙂

    1. @Piotrze,

      odpowiadając Adrianie usiłowałem wyjaśnić, że nośnikiem „kultu logicznego myślenia”, o którym piszę nie są studenci, lecz osoby stojące po drugiej stronie katedry.

      Napisałeś:
      „dla mnie etymologizowanie wygląda bardzo podobnie do proponowanych przez Ciebie rozwiązań mnemotechnicznych.”

      Jest jedna zasadnicza różnica. Zabawa w etymologię wymaga równoległego korzystania z wielu książek, znalezienie każdego znaku – przypadku zajmuje x-czasu. Dopiero wtedy możemy się zabrać za zapamiętywanie.

      Wyobraźnia natomiast jest pod ręka – w głowie, gotowa od razu do użycia. Jest to tylko narzędzie do przyswajania bazgrołów. To co tak naprawdę może oznaczać jakiś fragment bazgrołu można nabywać później, przy okazji, budując swoje doświadczenie.

      Napisałeś:
      „Wreszcie, zgadzam się z Adrianą również co do obrazków, cyfr itd. Dwa to dwa, a nie łabędź.”

      W jednym z kolejnych artykułów wyjaśnię o co mi chodzi. Cyfry i litery to jednak abstrakcja – abstrakcja mająca swoje wizualne odbicie w świecie wyobrażeń graficznych, które mogą mieć praktyczne zastosowanie. Do tego zagadnienia wrócę w stosownym czasie.

      Rzeczywiście, skojarzenia sa kwestią indywidalną. Można się jednak starać formułować ogólne reguły (zamierzam je niedługo przestawić), które pozwolą szybko tworzyć własne skojarzenia. Oczywiście takie zasady mogę zilustrować jedynie swoimi skojarzeniami. W tej „dziedzienie" nie ma prawdy absolutnej.

      1. To, co opisujesz, to nie kult logicznego myślenia, ani tym bardziej rozumienie, czy rozumowe wyjaśnianie. Jeśli liczy się dokładne odtworzenie definicji, „piękne, naukowe twierdzenia" to to abstrakcyjny scholastyczny dogmatyzm, a nie wyjaśnianie czy rozumienie czegokolwiek. I tu przestaję się dziwić, bo dogmatyzm, w odróżnieniu od „kultu logicznego myślenia" łatwo mi już dostrzec wokół.

        Etymologizowanie ma tę przewagę, że kogoś etymologia znaków może interesować niezależnie, i w ten sposób „przy okazji" badań historyczno-językowych dostaje on jakąś tam pomoc w zapamiętywaniu, jakiś zasób wiedzy, do której może się odwołać. Ale nie namawiam do pracochłonnego wyszukiwania etymologii znaków! Namawiam do korzystania „przy okazji" z tego co się już wie, co się nasuwa na myśl, ale nie do świadomego wyszukiwania skojarzeń czy mnemotechnik na siłę. Jestem sceptyczny, bo z własnego doświadczenia widzę, że im bardziej luźne, abstrakcyjne robię notatki, tym trudniej mi potem odtworzyć, o co chodziło, do czego dokładnie się odwołują. Problem „końskiego nazwiska" u Czechowa.

        Jak zatem zapamiętuję? Pewnie na tej samej zasadzie na jakiej teraz pamiętam elementy Twojego wywodu. Jak je zapamiętałem? Nie wiem, i szczerze mówiąc nie uważam, żeby ta wiedza była do czegoś przydatna. Uważam też, że masz niewielkie szanse na znalezienie uniwersalnych recept, których poszukujesz 🙂

      2. @Piotrze,

        „Uważam też, że masz niewielkie szanse na znalezienie uniwersalnych recept, których poszukujesz :)"

        W coś trzeba wierzyć 😉 , trudno zmierzać dokądkolwiek jeśli nie ma choćby wyidealizowanego celu.

        Użyte przeze mnie sformułowanie: „kult logicznego myślenia" wynika nie tylko z twierdzeń i definicji, ale również z dowodów. Dowód, właśnie z definicji, powinien być czymś logicznym lub na tejże logice się opierać. Jednak z tego co pamiętam, w przywoływaniu wiekszość tych wyprowadzeń i dowodów bardziej były pomocne zapamiętane szczątki wykładów, niż czysta inteligencja. Niby wszystko da się wyprowadzić, ale, ze wstydem musze przyznać, że często łatwiej było takie wyprowadzenie wykuć, niż „na nowo" wymyślić.

  3. Wielu osobom (w tym nauczycielom!) wydaje się, że najlepsza jest metoda „na pałę". Milion razy z rzędu przepisz znak / słowo jednocześnie wymawiając je na głos. Ten znakomity sposób na odmóżdżenie sprawdza się, gdy robimy serię pompek, ale zawodzi jeśli bierzemy się za czynności o charakterze intelektualnym. Dzieje sie tak, ponieważ, gdy robimy coś nudnego, powtarzanego wielokrotnie w krótkich odstępach czasu, nasz umysł dość szybko zasypia.

    W poszukiwaniu inspiracji przeglądam czasem blogi i profile Polaków uczących się chińskiego. Niektórzy bardzo chętnie chwalą się swoim hobby jednocześnie załączając bogaty materiał ilustrujący to, że naprawdę potrafią napisać te „kosmiczne krzaczki". Nie chcę nikogo ośmieszać, więc tym razem celowo nie podaję źródła, ale załączone obok zdjęcie doskonale pokazuje do czego prowadzi tak popularna „metoda na pałę".

    Którymś ze swoich artykułów [przepraszam, nie chce mi się szukać w którym] stwierdziłeś, że zapisywanie nie pomaga zapamiętać, gdyż zapisujemy coś po to, by nie musieć pamiętać.

    Wklejasz tu zdjęcie pracy osoby [jak rozumiem prowadzącej inny blog o chińskim], która zapisywała chińskie symbole i piszesz przy tym „Nie chcę nikogo ośmieszać, więc tym razem celowo nie podaję źródła". Używasz ponadto wobec tej metody nieco pogardliwego określenia „na pałę". Szkoda, że nie zalinkowałeś, bo chętnie bym przeczytał, co ów ‚ośmieszony przez Ciebie pałowiec’ ma w sprawie nauki chińskich symboli do powiedzenia. Może w miejscu Twojego zapisujemy po to, by nie pamiętać stwierdziłby, iż ZAPAMIĘTUJEMY TO, CO ODTWARZALIŚMY – LICZĄ SIĘ POWTÓRZENIA.

    W miejscu cudownej metody mnemotechnicznej, która na raz pozwala „łyknąć" wyraz, potrzebne są POWTORZENIA WYRAZU, np. z programem Anki. Zwłaszcza jednak powtórzenia wyrazu w AKCJI. Przykładem pasywnym jest czytanie DUŻEJ ILOŚCI tekstów, nawet jeśli słabiej przeanalizowanych, raczej niż Twoje „tłumaczenie robocze" itp. W nauce języków obcych bardzo ważna jest ilość – często lepiej więcej, nawet jeśli nieco mniej dokładnie.

    W zapamiętywaniu jednak jeszcze WAŻNIEJSZE SĄ POWTÓRZENIA AKTYWNE. Prosty przykład: skuteczność powtarzania słów ZNACZĄCO zwiększy użycie niedawno poznanego wyrazu AKTYWNIE W ROZMOWIE, lub aktywnie pisząc jakiś tekst.

    Zamin przejdę do nauki chińskich znaków, wyobraź sobie, że nigdy nie przyrządzałeś pewnej potrawy. Którą z form nauki uznajesz za skuteczniejszą:
    (A) Podaję Ci listę składników, oraz procedurę postępowania, a Ty układasz sobie mnemotechniczą historyjkę o sprawnionym podróżniku, który idąc w berecie przez pustynię zobaczył kurę w zielonym berecie.
    (B) Bierzemy składniki, dodajemy je do siebie, mieszamy i własnorecznie przyrządamy potrawę.
    Jak trwalej zapamiętasz składniki? (A) skojarząc kurę z jajkiem, pragnienie z wodą, piasek pustyni z mąką, a zielony beret z owocami i zapamiętując całą tą historyjkę? Czy też może samemu (B) ODRĘCZNIE przyrządzając tę potrawę?

    Jeśli będę się przez 5 minut gapił na chiński znak i widział w nim żagle, bałwany, wisienki i kosy, po czym zrobię sobie 30 minut przerwy i spróbuję zapisać ten znak, szczerze wątpię bym go wiernie odtworzył.
    Jeśli zamiast tego będę te znak przez 5 minut pisał raz po razie „na pałę" i zrobię sobie 30 minut przerwy, jest bardzo możliwe, że po przerwie wiernie ten znak zapiszę. Jeśli go będę pisał przez kolejne 5 minut dnia następnego po przespaniu się, nauczę się.

    W zapamiętywaniu ważne są POWTÓRZENIA, a jeszcze lepiej jeśli są to powtórzenia AKTYWNE, takie jak np. zapisywanie, przeciwnie do metod mnemotechniczych, które (1) liczą na cudowne „łykanie" słów i (2) są całkowicie pasywne.

    Niestety jestem pałowcem, bo aby TRWALE I SKUTECZNIE nauczyć się danego słowa, lub danej konstrukcji gramatycznej, potrzebuję to słowo lub konstrukcje gramatyczną (1) powtarzać i (2) najlepiej powtarzać AKTYWNIE.

    1. @YPP

      Napisałeś:
      „ W którymś ze swoich artykułów [przepraszam, nie chce mi się szukać w którym] stwierdziłeś, że zapisywanie nie pomaga zapamiętać, gdyż zapisujemy coś po to, by nie musieć pamiętać.”

      Pisałem o tym w komentarzu: http://woofla.pl/jak-nauczyc-sie-hiragany-w-godzine/#comment-3813

      Może słowa zabrzmiały zbyt kategorycznie, ale nadal się z tym zgadzam. Zapisując coś dajemy sobie przyzwolenie, żeby zająć się tym później. Myślimy sobie: „Nie muszę tego teraz zapamiętywać, bo mam zapisane na świstku i mogę do tego wrócić w dowolnej chwili”. Ta „wolna chwila” często nigdy się nie pojawia, bo została zmarnowana na bierną reprodukcję na kartce papieru.

      Nie oznacza to, że zalecam naukę ze związanymi rękoma. Często warto „przepisać” informacje, które chcemy posiąść, ale robiąc to AKTYWNIE. Czymś takim jest moje „tłumaczenie robocze”, które stosuję po to, by wstępnie przygotować informacje, które chcę zapamiętać (stosuję swoją transkrypcję, swoje tłumaczenie, a treść reorganizuję po względem przestrzennym – to zupełnie co innego niż przepisywanie podręcznika, które jest procesem biernym i bezsensownym, skoro nasza ręczna kopia nie ma żadnej wartości dodanej).

      Napisałeś:

      „Wklejasz tu zdjęcie pracy osoby [jak rozumiem prowadzącej inny blog o chińskim], która zapisywała chińskie symbole (…) Używasz ponadto wobec tej metody nieco pogardliwego określenia „na pałę". Szkoda, że nie zalinkowałeś, bo chętnie bym przeczytał, co ów ‚ośmieszony przez Ciebie pałowiec’ ma w sprawie nauki chińskich symboli do powiedzenia. Może w miejscu Twojego zapisujemy po to, by nie pamiętać stwierdziłby, iż ZAPAMIĘTUJEMY TO, CO ODTWARZALIŚMY – LICZĄ SIĘ POWTÓRZENIA.”

      Zdjęcie pochodziło z profilu na FB pewnego studenta, pewnej uczelni, na pewnym kierunku (nie sinologii), na którym język chiński, przynajmniej z nazwy, jest kierunkiem wiodącym. Wspomniany gentleman nie miał pod tym zdjęciem nic rozsądnego do dodania.
      Pytanie pierwsze brzmi, jaki sens ma zapamiętywanie czegoś, co jest 17-krotnie powtórzonym błędem?

      Powtarzanie małej porcji wiedzy w bardzo krótkich odstępach czasu jest ZA ŁATWE. To tak jakbyśmy biernie przepisywali patrząc na wzorzec. Niewiele z tego wynika.

      Pytanie drugie: czy uczeń, któremu kazano napisać 100 razy na tablicy „nie będę się spóźniał na lekcje”, rzeczywiście nie będzie się spóźniał i czy będzie się spóźniał rzadziej niż ten, któremu każe się napisać wcześniejszą deklarację tylko jeden raz (albo wcale)?

      Powtórzenia powtórzeniom nie równe. Sylabizowanie 18 razy pod rząd jakiegoś słowa wydaje mi mało skutecznym pomysłem.
      O powtarzaniu w odstępach czasu sam przecież pisałem (może nie o ANKACH, OLKACH i ELKACH, ale o metodzie kalendarzowo – zeszytowej http://woofla.pl/jak-uczyc-sie-w-oparciu-o-tlumaczenie-robocze/ Zgadzam się, że powtórzenia są istotne, ale rozsądnie rozplanowane.

      Twoja kulinarna symulacja wydaje mi się dosyć średnio trafna. To, że raz przyrządzisz własnoręcznie potrawę, nie oznacza, że zapamiętasz co po kolei dodać, w jakiej dokładnie ilości i ile czasu mieszać, gotować. To tak jak z powrotem pociągiem do domu. Pomimo, że własnocieleśnie wracam tą samą trasą każdego dnia, to jednak nie jestem w stanie wymienić wszystkich obiektów, które mijam, czy nazw ulic, które przecinam. O wiele więcej nauczyłbym się nie wyściubiając nosa z domu, siedząc nad mapą pokonywanej trasu i angażując metody mnemotechniczne.

      Inna, chyba najważniejsza sprawa, po jakiego grzyba zapamiętywać przepisy kulinarne i obiekty tworzące tło drogi do domu?

      Co do znaków i mnemotechnicznego patrzenia się versus przepisywana mam odmienne zdanie. Jeśli ktoś potrafi przepisywać chińskie teksty, to ręczne przepisanie „nowego” znaku ma niewielka wartość dodaną. To tak jak przepisanie nowego słowa złożonego ze znanych literek. Czy Ty @Piotrze każde nowe hiszpańskie słówko przepisujesz 18 razy pod rząd? Co dzięki temu ćwiczysz, z wyjątkiem benedyktyńskiej cierpliwości?

      Napisałeś:
      „W zapamiętywaniu ważne są POWTÓRZENIA, a jeszcze lepiej jeśli są to powtórzenia AKTYWNE, takie jak np. zapisywanie, przeciwnie do metod mnemotechniczych, które (1) liczą na cudowne „łykanie" słów i (2) są całkowicie pasywne.”

      Metody mnemotechniczne nie są pasywne – pozwalają strawić, rozmiękczyć przyswajaną wiedzę przy użyciu tego, co już wiemy lub widzieliśmy w przeszłości. To przepisywanie na pałę jest pasywne (to tylko udawanie aktywności).

      1. Czy Ty @Piotrze każde nowe hiszpańskie słówko przepisujesz 18 razy pod rząd? Co dzięki temu ćwiczysz, z wyjątkiem benedyktyńskiej cierpliwości?

        Otóż nie przepisuję słów, gdyż dla mnie słowa są dźwiękami, a nie obrazami. Litery jedynie [obrzydliwie niewiernie] oddają to, co słyszę. Skuteczniejsze od zapisania wyrazu ((a) na kartce, lub (b) poprzez wyświetlenie liter w wyobraźni, choć metodę (b) przyznam, że stosuję) jest dla mnie usłyszenie wyrazu ((a) w słuchawkach, lub (b) w wyobraźni). Ponoć większość ludzi jest wzrokowcami, ale nie wychodzę ze zdumienia, bo język jest przecież w naturze swojej rzeczą mówioną i słyszaną, a próba jego zapisu jest wydziwem. Przeciwnie za to chińskie znaki, które są rysunkami, przez co bym je rysował (ale patrze wyjaśnienie niżej).

        Metody mnemotechniczne nie są pasywne – pozwalają strawić, rozmiękczyć przyswajaną wiedzę przy użyciu tego, co już wiemy lub widzieliśmy w przeszłości. To przepisywanie na pałę jest pasywne (to tylko udawanie aktywności).

        Przepisywanie jest pasywne, ale pisanie jest aktywne. Chodzi o to, by 18 razy pod rząd zapisać znak 足球 z głowy. Pisząc znak drugi raz nie patrzeć, jak wygląda znak zapisany po raz pierwszy, a pisząc znak zapisany po raz trzeci nie patrzeć, jak wygląda znak zapisany po raz drugi (chyba, że mimo WYSIŁKU nie jesteśmy w stanie go z pamięci zapisać). Oczywiście nie wiesz, jak zrobił to ten student… Może zrobił tak jak ja?
        Moja przygoda z chińskim była zbyt krótka, by o nie mówić, ale uczyłem się znaków porzez ich zapisywanie tę właśnie metodą bez tworzenia jakichkolwiek skojarzeń i widzenia kos i sieci komputerowych. Hiszpańskiego się w ten sposób nie uczę, bo owszem nie miałoby to dla mnie użyteczności, bo hiszpański to język a nie zbiór rysunków.

        W jakim sensie metody mnemotechniczne są aktywne?

        Pytanie drugie: czy uczeń, któremu kazano napisać 100 razy na tablicy „nie będę się spóźniał na lekcje”, rzeczywiście nie będzie się spóźniał i czy będzie się spóźniał rzadziej niż ten, któremu każe się napisać wcześniejszą deklarację tylko jeden raz (albo wcale)?

        Tutaj ni chodzi o wpojenie informacji do umysłu, a o uciążliwą karę pisania, zamiast pójście do domu. Równie dobrze mógłby zamiast tego zdania przepisywać fragment z Mickiewicza, taka sama kara i chyba zapamięta za co ta kara… Poza tym ponoć (źródła mało wiarygodne) podświadomosć nie zna zaprzeczeń i zdanie może wywrzeć efekt odwrotny do zamierzonego. Ponoć znacznie skuteczniejsze byłoby podejście pozytywne, tj. na zasadzie kazać przepisywać zdanie takie: „Szybciej przyjdę, szybciej wyjdę".

      2. PS. Należy zrobić rozróżnienie pomiędzy tym, co (A) stosuję i (B) uważam są najskuteczniejsze. A i B są sobie tożsame w znacznym stopniu, bo oczywiście nie zwykłem stosować metod, które uważam za zupełnie bzdurne, ale jednak w praktyce A i B nie pokrywają się w zupełności. Ze względów praktycznych, nie zawsze (B) jest łatwe. O wiele sprawiej zapamiętuję hiszpańskie słowa, które usłyszałem na jakimś filmie, ale język mowiony jest ubogi i większość nowego słownictwa zdobywam w praktyce z literatury pięknej, którą widzę, nie słyszę. Słowa powtarzam z Anki, który to program mi je wyświetla, a nie czyta. Jak wspominałem w jakimś komentarzu, jeśli Anki wyświetli wyraz, który pierwotnie poznałem ze słuchu, syszę go w moim umyśle z łatwością, łącznie z akcentem i głosem osoby, która go powiedziała np. na tym filmie. Jeśli wyraz jest z tekstu, dobrze zapamiętuję jego pochodzenie pod warukiem, że je wkleiłem do Anki w postaci cyctatu z np. książki, co też w jakimś komentarzu już pisałem i ogólnie bez takiej rewelacji jak w wyrazach zasłyszanych. Jeśli nie wkleję cytatu z książki z oryginalnym pochodzeniem wyrazu, w ogóle ciężko mi się wyrazu nauczyć. Jeśli jednak wkleję cytat, nie zauważyłem problemu z wprowadzeniem wyrazu do mojego słownictwa aktywnego.

        Pytasz się mnie o hiszpański, cytujesz mój przykład z keczua i samemu piszesz o chińskim. Ta trójka reprezentuje skrajnie odmienne rzeczywistości językowe:

        1. Keczua to język mówiony z ubogim piśmiennictwem (nie zamierzam czytać Biblii w keczua, ani w kółko Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka). Moje użycie keczua koncentruje się i zawsze koncentrowało się na słuchaniu, nie czytaniu. Akurat wyraz apasanqa, do którego się odnosisz, poznałem jednak z pisma! Jeśli wziąć bardziej typowy przykład typu maskay (szukać), czy tariy (znaleźć), poznałem te wyrazy z piosenek i doskonale je słyszę w moim umyśle. Również tapuy (pytać) poznałem z piosenki, ale kutichiy (odpowiadać) już z tekstu pisanego bajki dla dzieci, przez co było mi ciężej się słowa „odpowiadać" nauczyć. Ciężej, mimo, że po rozkładzie na morfemy kuti-chi-y otrzymuję coś ‚logicznego’ w stylu „robić powrót". Keczuańskie słowa owszem więc rozkąłdam na części skladowe, podobnie jak możnaby rozłożyć chiński znak na częśki składowe. Mój rozkład tyczy się entymologii. To tak jak w Twoim „tradycyjnym podejściu" do chińskich znaków, które krytykujesz. Z samego „robić powrót" bez kontekstu również nie tak łatwo wywnioskować, że chodzi o „odpowiadać".

        2. Hiszpański to język mówiony, jak również pisany i zapisywany alfabetem łacińskim w sposób odbiegający od wymowy, ale najczęściej pozwalający wydedukować wymowę wyposażywszy się w arsenał wiedzy (arsenał – nie pierwszą stronę z podręcznika). Język mówiony mnie zachwyca, ale jak pisałem wyżej obecnie jestem w stanie nowe słowa wychwycić niemalże wyłącznie z pisanego. Na filmach jest fajne, że wchodzą do głowy bardziej kompletne zwroty, użyte w sytuacjach życia itd. i, że się to wszystko łatwo i dźwięcznie zapamiętuje.

        3. Chiński jak wiesz… Ciekaw za to jestem, jakimi technikami zapamiętujesz wymowę w poszczególnych językach chińskich? Metodą mnemotechniczną?

      3. @YPP,

        Odsmażam kotleta;

        Napisałeś:
        „Chodzi o to, by 18 razy pod rząd zapisać znak 足球 z głowy. Pisząc znak drugi raz nie patrzeć, jak wygląda znak zapisany po raz pierwszy, a pisząc znak zapisany po raz trzeci nie patrzeć, jak wygląda znak zapisany po raz drugi (chyba, że mimo WYSIŁKU nie jesteśmy w stanie go z pamięci zapisać).”
        Nadal wydaje mi się, że ma to średni sens. Gdyby ktoś kazał mi się w ten sposób uczyć, to miałbym wrażenie, że uważa ma mnie za niepełnosprytnego i mnie bezwstydnie obraża. Ta metoda jest pasywna. Umysł błądzi. To (pewnie) jak składanie długopisów (nie wiem, nie mam doświadczenia w tym „biznesie”). Coś tam majdrujesz rękoma, ale mentalnie odpływasz.

        Zapytałeś:
        „W jakim sensie metody mnemotechniczne są aktywne?”

        @YPP, pozwól, że na to pytanie, powoli, acz systematycznie, będą odpowiadały moje kolejne artykuły. Nie chcę zbywać Cię jednym zdaniem w stylu „w bardziej intensywny sposób angażują naszą obecną wiedzę, która jest zderzana z tym, co chcemy zapamiętać”.

        Napisałeś:
        „jeśli Anki wyświetli wyraz, który pierwotnie poznałem ze słuchu, syszę go w moim umyśle z łatwością, łącznie z akcentem i głosem osoby, która go powiedziała np. na tym filmie.”

        W moim wypadku taka metoda nie działa. Czasem nie mogę sobie przypomnieć od którego /której ze znajomych mi osób usłyszałem jakąś plotkę. Jest to informacja zupełnie zdepersonalizowana. Na ogół nie mam jednak problemów ze wskazaniem autora choćby drobnego fragmentu tekstu pisanego.

        Zapytałeś:
        „Ciekaw za to jestem, jakimi technikami zapamiętujesz wymowę w poszczególnych językach chińskich? Metodą mnemotechniczną?”

        Tony zawsze zapamiętuję metodami mnemotechnicznymi. Jeśli chodzi o „wymowę sylabiczną” to staram się z jednej strony zapisywać ją w taki sposób, żeby przypominała mi (orto)graficznie łatwo wyobrażalne słowa. Zatem jeśli mam morfem, który osoby anglojęzyczne zapisują w transkrypcji jako 會 „wui”, to ja zapisuję go jako „łój”, bo przywodzi mi na myśl zwierzęcy tłuszcz. Mógłbym tę informację fonetyczną zapisać w inny sposób „łuj”, „łui”, „łói”, ale te wersje nie umożliwiają mi zderzenia foni tego morfemu, z czymś co poznałem już wcześniej jako użytkownik języka polskiego. W ogóle staram się zauważać i eksponować podobieństwo fonetyczne (względem języka polskiego) nowopoznanych słów w sposób (orto)graficzny. Największe problemy mam zawsze ze słowami, które nie kojarzą mi się z żadnymi polskimi. Czy to już /jeszcze mnemotechnika? Nie wiem.

        Często jest jednak tak, że znam formę graficzną jakiegoś słowa, a nie pamiętam jego wymowy, albo pamiętam wymowę tylko w jednym z języków chińskich. Ostatnimi jednak czasy zupełnie się tym nie przyjmuję, gdyż najczęściej piszę na telefonie z systemem android i każdy znak „wmalowuję” palcem co wbrew pozorom jest dosyć szybkie, jeśli stosuje się pewne „skróty”, wiec nie ma dla mnie znaczenia jaka jest wymowa jakiegoś ideogramu, nawet się nad tym nie zastanawiam. Zresztą chińskiego używam praktycznie wyłącznie do pisania. Czsem niektórzy Chińczycy mnie komplementują, że dobrze MÓWIĘ po kantońsku, chociaż w istocie nie słyszeli jednego wypowiedzianego przeze mnie słowa. Wynika to z tego, że dość sprawnie posługuję się ortograficzną wersją języka mówionego i potrafię ten język zapisać na „papierze” (to, co się rzeczywiscie mówi). W tym sensie mogę w sposób niemy „rozmawiać” palcami nawet bez przechodzenia przez stadium dźwięku, skoro odstawiam typograficzne metody fonetyczne na rzecz graficznych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ