Peterlin 4 – style twarde i miękkie, czyli czy być miłym czy okrutnym

peterlin_4Jeśli ktoś choćby pobieżnie zetknął się z wschodnimi sztukami walki, nie jest mu obce przeciwstawianie „stylów twardych" (np. karate kyokushin: blokowanie ciosów tak, by przeciwnikowi zgruchotać ręce; łamanie bykom rogów kantem dłoni i inne fajerwerki) tym „miękkim" (np. aikido: spokój, uniki,  oszczędność ruchów, siła przeciwnika obrócona przeciwko jemu samemu). Uwagi w nawiasach to oczywiście karykatura, a nie opis; ale dzięki nim, myślę, wyraźnie widać o co chodzi – ten sam cel można starać się osiągnąć radykalnie różnymi środkami.

Z nauką języków podobnie – wiele metod, wiele dróg, a wszystkie (przynajmniej w teorii) mają prowadzić z grubsza w tym samym kierunku. Jak wybrać taką, która pozwoli dojść jak najdalej? W dzisiejszej części ponownie zastanawiam się „jak się uczyć", ale chodzi tu o inne „jak" niż poprzednio. Tam mowa była o technikach i zasadach postępowania, tu – o stylu i podejściu do własnej nauki i do uczenia innych.

Jeśli chcesz zostać świętym musisz być okrutny wobec siebie

Moje instynkty są chyba jasne dla czytelników poprzednich części cyklu. Uważam intensywność nauki za kluczowy warunek jej skuteczności. Staram się wiele wymagać od innych, ale przede wszystkim od siebie. I wreszcie – bardziej interesuje mnie to, co robię źle, niż to, co robię dobrze. Krytyczne podejście, tropienie dziur w całym, źle może wpływa na samozadowolenie i spokojny sen, ale jest nieodzowne – by móc poprawić swoje błędy, trzeba wiedzieć, że się je popełnia. Żeby próbować zostać świętym, trzeba być dotkliwie świadomym swoich grzechów; żeby próbować zostać mędrcem – zdawać sobie sprawę, jak wiele się nie wie (a propos dyskusji o znaczeniu klasyki – warto poczytać Platona, żeby zobaczyć z bliska to „wiem, że nic nie wiem")

Udzielając się kiedyś na forum dla obcokrajowców uczących się polskiego, programowo nie rozpływałem się w zachwytach (wszystkie „well done" i „good job" tępiłem jak zarazę) – w końcu jeśli dzieci uczą się języków szybciej niż dorośli, to między innymi ze względu na „presję rówieśniczą"; jeśli któreś mówi śmiesznie, czy inaczej od innych, to banda kolegów-sześciolatków go bezlitośnie wyśmieje. Teraz nie próbowałbym już odtwarzać takiego podejścia, ale wciąż uważam szczere wytknięcie błędów, choć bolesne, za bardziej przydatne, niż cukierkowe i puste zachęty. Pasja, chęć, parcie naprzód, powinny wypływać ze środka, nie z zewnątrz; jeśli krytyka Cię zniechęca, to problem z Tobą, nie z krytyką, w końcu, że zacytuję książkę Feynmana „What do you care what other people think?" Co Cię obchodzi, co myślą inni? (dla jasności – nie chodzi o to by krytykę ignorować [przeciwnie!], zresztą – przeczytajcie tę książkę)

Jeśli spotkasz czterolatka, który myśli, że biega najszybciej na świecie, to dlaczego miałbyś mówić mu, że to nieprawda?

I tu konieczna korekta. Opisane wyżej uporczywie samokrytyczne, wiecznie z siebie niezadowolone podejście sprawdza się pod warunkiem, że wiesz, że można, że nawet jeśli osiągnięcie celu nie jest pewne, to przynajmniej można się do niego zbliżyć. W przypadku świętości z cytatu to proste, każdy słyszał Arkę Noego i wie, że „Taki duży, taki mały może świętym być". Ale mówiąc poważnie, w wielu, wielu sferach życia krępowani jesteśmy przekonaniem o własnej niemocy. Nie umiem grać na żadnym instrumencie bo „nie mam słuchu", a nie dlatego, że nigdy tak naprawdę nie próbowałem, a nie próbowałem, bo już od małego „wiedziałem", może ktoś życzliwy mi powiedział, że słuchu nie mam. Podobnie z „talentami" do matematyki, języków, plastyki, sportu, czego tam jeszcze. Siedmio- czy dziesięciolatek  słyszy, że skoro nie dostał się do szkoły sportowej czy muzycznej, to już sportowcem czy muzykiem nie będzie, pech taki, za późno. Przedmiot X przychodzi mu trudniej – widać nie ma uzdolnień, a skoro nie ma, po co ma się starać? I mamy sprzężenie zwrotne gotowe, bo skoro się nie stara… To podejście, które można streścić „nigdy się nie nauczę, bo jeszcze nie umiem"  (tymczasem jest dokładnie odwrotnie: to gdybyś coś umiał, nie mógłbyś już się nauczyć) uważam za skrajnie szkodliwe.

Warto byłoby je zastąpić „ormiańskim" (taki dialog z jednego z opowiadań Saroyana):

Wujek zostawił kluczyki w samochodzie, chcesz się przejechać? A umiesz prowadzić? Nie wiem, jeszcze nigdy nie próbowałem.

No właśnie, a kiedy już, zamiast zakładać, że się „nie da", spróbujesz czemuś poświęcić, dajmy na to 100 minut przez 100 dni, najlepiej kolejnych, mogę się założyć, że efekty będą; oceniaj je tak krytycznie jak tylko możesz ale nie rezygnuj i próbuj rzetelnie – ot i cała tajemnica.

Oczywiście, że nie każdy wystąpi kiedyś w Carnegie Hall, ale każdy może nauczyć się grać dla własnej i cudzej przyjemności. Z językami podobnie – być może nigdy nie staniesz się klasykiem literatury języka, którego się uczysz (jak Korzeniowski-Conrad), dziennikarzem prestiżowych obcojęzycznych mediów, gwiazdą talk-show czy popularnym komikiem (choć to możliwe), ale z pewnością możesz nauczyć się dowolnego języka tak, by używać go podobnie sprawnie jak wykształcony rodzimy użytkownik. To tylko (i aż!) kwestia wkładu pracy i chęci, nie pokładów talent.

I have never met anybody who studied hard

Nauka to przede wszystkim kwestia włożonego czasu, ale gołym okiem widać, że nie do końca. Dlaczego jedni „wyciągają" więcej z godziny  poświęconej na naukę? Są mądrzejsi? Znają jakieś tajemne sztuczki? Nie odrzucając całkowicie ani jednego ani drugiego, zaryzykuję tezę, że decydujące znaczenie ma inny czynnik: intensywność. O komasowaniu nauki w czasie, by go nie tracić na cykl zapomnień i przypomnień już było, ale chodzi też o dawanie z siebie więcej niż minimum, koncentrację, skupienie, wysiłekPrawie nikt prawie nigdy -o sobie wiem, innych podejrzewam na podstawie licznych poszlak- nie zbliża się nawet do granicy swoich możliwości. Oczywiste są i konsekwencje, i powody: i ja i ty możemy biegać po te same 30 minut pięć razy w tygodniu, ale jeśli ja w tym czasie truchtam z tętnem na 60% maksymalnego, a ty robisz interwały i tempówki na 95%, to łatwo zgadnąć kto po pół roku będzie biegał szybciej i miał lepszą kondycję. Ale z drugiej strony, ja swoje pół godziny będę spędzał w błogim komforcie, a ty przynajmniej przez część tego czasu będziesz miał ochotę się -uczciwszy uszy- porzygać ze zmęczenia. Przy tym ja będę sobie słuchał muzyki, układał w myślach plan dnia, śnił na jawie, a ty – będziesz miał w głowie pustkę. No czy coś w tym dziwnego, że takich jak ty jakoś znajdzie się mniej, niż takich jak ja?

Jaki byłby językowy odpowiednik tych „interwałów i tempówek"? Przecież nie wgapianie się w kartkę tak uporczywie aż krew pocieknie z nosa i uszu !? Klucz do tej intensywności to koncentracja, powstrzymanie się od robienia czegoś „przy okazji", namysł zamiast zgadywania odpowiedzi do ćwiczeń gramatycznych, czytanie świadomie wnikliwe zamiast pobieżnego i inne czasochłonne i męczące czynności. Ciężka, uporczywa praca przynosi efekty ale bywa nudna, niewdzięczna i … jest ciężka.

I was there to push people beyond what's expected of them. I believe that is an absolute necessity. – Terrence Fletcher, postać z filmu „Whiplash

I tu pojawia się jakaś rola dla nauczyciela (czy jakiejkolwiek osoby z zewnątrz). Ponieważ zbliżanie się do granicy własnych możliwości jest nieprzyjemne, pozostawiony sam sobie wolę zatrzymać się w bezpiecznej odległości, nie ryzykować. Jak wie każdy rekrut piechoty morskiej, ktoś non-stop ryczący ci nad uchem i nie przyjmujący „już nie mogę" za odpowiedź, jest w stanie bardzo szybko sprawić, że zadania, które wydawały się nieosiągalne staną się chlebem powszednim. Wyciągać innych ze strefy komfortu i pchać poza (pozorne) granice ich możliwości – to ważna rola jaką może odegrać nauczyciel, niekoniecznie nawet używając takiego repertuaru chwytów jak Terrence Fletcher. Rola ważna, ale szalenie wymagająca, a granica pomiędzy potrzebną dla rozwoju konsktruktywną presją, a zbędnym sadyzmem – bardzo cienka. By jej nie przekroczyć trzeba mieć wiedzę, pasję, ideały, autorytet i niewyczerpane pokłady energii. Mało takich osób się znajdzie, ich szukania – nie doradzam, bo koszta pomyłki są ogromne.

Ten wątek rozważań uważam za wartościowy z dwóch względów: po pierwsze skonstatowanie mobilizującej roli stresu pozwala częściowo odtworzyć „konstruktywną presję" w bezpiecznych, domowych warunkach. Podjęcie publicznych zobowiązań, z których trudno się wycofać bez utraty twarzy, znacznie zwiększa motywację do pracy. Zaliczka wzięta, termin nagli, ludzie na mnie liczą – chciał, czy nie chciał, muszę napisać ten artykuł, (wygłosić wystąpienie na konferencji, tłumaczyć te ważne rozmowy ….), choć gdybym mógł to bym się wycofał, bo boję się, że mnie to przerasta. Warto stawiać sobie wyzwania nieco na wyrost, czasem nawet paląc za sobą statki, jak Hernan Cortez.

I druga refleksja: konstatacja, że nauczyciel, któremu zależy by rozwinąć talent ucznia, jest wobec niego wymagający, nawet surowy, pozwala inaczej spojrzeć na tych, którzy zagłaskują swoich uczniów (a właściwie klientów). Tak, każdy rysunek wykonany przez czterolatka jest ładny i trzeba go pochwalić, ale Ty, drogi czytelniku, masz lat więcej niż cztery i jeśli ktoś obchodzi się z Tobą jak z jajkiem – nabieraj podejrzeń! Zastanów się nad motywacjami: czy chodzi o to, by „nauczyć jak najszybciej, jak najwięcej" czy może jedynie „uczyć jak najdłużej"? Ucznia usamodzielnić czy uzależnić i utrzymać?

Na koniec powrót do wschodniej analogii. Częsty motyw w filmach o kung-fu czy karate: wiele już potrafiący adept po długiej wędrówce dociera do niedostępnej siedziby mistrza, a tam… służba nie wpuszcza go do środka. Mistrza nie ma, jest zajęty, nie przyjmuje gości. Adept siada przed bramą i czeka. Godzinę, dwie, dzień, drugi… Pada nań deszcz, śnieg, grad, kąsaja osy, słudzy z okien pracowni wylewają pomyje. Siedzi. W końcu drzwi się otwierają. Wchodzi, ale mistrza przez najbliższy rok nie spotka – będzie nic tylko nosił wodę, drwa rąbał, gnój przerzucał. Dopiero po roku-dwóch mistrz wreszcie zaczyna go uczyć, a w końcu czyni powiernikiem tajemnic i spadkobiercą…

Kiedy byłem mały, nie rozumiałem tego kompletnie – co to za strata czasu? Adept przecież wiele już umie, dlaczego zamiast go jak najszybciej douczyć, pozwala się by sporo z nabytych już umiejętności zapomniał, przez dwa lata nie ćwicząc? Teraz rozumiem, że istotne są nie umiejętności, a wytrwałość i samozaparcie. Kogoś pozbawionego tych cech uczyć nie warto – szkoda czasu i wysiłku. Prawdziwy mistrz nie jest komiwojażerem, specjalistą do wynajęcia.

I odwrotnie – jeśli ktoś jest na tyle zdeterminowany, że wysiedzi przed bramą, że wytrzyma poniżenia prac domowych, to nauczy się wszystkiego, co trzeba, choćby na starcie nic nie potrafił. Ciekawie wpisuje się w to rezultat badań Gladwella nad sukcesem życiowym studentów z Pensylwanii. W skrócie: studenci Penn (należy do Ivy League) radzą sobie o wiele lepiej niż studenci Penn State (mniej selektywny, do Ivy League nie należy), ALE ci studenci którzy dostali się na obie uczelnie, a wybrali studia na „gorszym" Penn State, radzą sobie równie dobrze jak studenci Penn. Inaczej mówiąc, istotne jest czy przeszli selekcję do Ivy League, a nie to, czy w Ivy League (przy wszystkich jej domniemanych przewagach) faktycznie studiowali…

Zakończmy dzisiejsze rozważania żydowskim powiedzeniem „kiedy uczeń jest dobry, chwalą nauczyciela". Decydujące znaczenie ma nie nauczyciel, nie metoda i nie talent, ale posiadane chęci, włożony wysiłek, zdolność do poświęceń. No i właściwe podejście do krytyki – samemu tropić własne błędy, uwagi innych przyjmować, ale nie dać się im stłamsić i zniechęcić.

W następnym odcinku chwila namysłu nad tym, po co się starać. Po co się uczyć języków?

11 komentarze na temat “Peterlin 4 – style twarde i miękkie, czyli czy być miłym czy okrutnym

  1. Musimy stawiać sobie cele zauważalnie wykraczające poza nasze obecne umiejętności, ALE jednocześnie przyjemne…

    https://www.youtube.com/watch?v=27_wbHyf8hY

    By dać dobry przykład (zadanie dość trudne, ale tak samo przyjemne), z własnego słuchu pierwszy na świecie dokonam transkrypcj piosenki Sumaq papa puquchisun („Wyhodujmy pięknego ziemniaka") oraz bezpośredniego jej tłumaczenia z bołudniowoboliwijskiego keczua na trzy języki: hiszpański, angielski i polski! Aż do chwalebnego dnia publikacji transkrypcji piosenki wraz z tłumaczeniami klikam splamiony!!! 😀 Kliknę „Opublikuj komentarz" i trochę mnie to przeraża (przez nadal słabo mi znany dialekt, sporą długość tekstu, „jakieś dziwne głoski" itp. itd., ale to tylko wymówki), ale zarazem czuję narastajacą euforię – jeśli wykonam zadanie, podołam chyba wszystkiego, czyż nie? Czy takie zadania są z grubsza przesłaniem Twojego artykułu, @Piotrze? 🙂

    Termin zadania nieokreślony, bo mam najpierw w tegotygodniowych planach coś „ambitniejszego" na temat języka angielskiego. 🙂

    1. Obawiam się, że robienie czegoś dla samego siebie (tj. bez angażowania innych) i podejmowanie pół-żartobliwych zobowiązań w Internecie nie zadziała zbyt dobrze. Przejrzyj moje strony, a znajdziesz więcej niż parę niedotrzymanych zapowiedzi. Konsekwencje – żadne i wartość motywacyjna – niewielka, bo jaka jest stawka, czym ryzykuję? Że zamiast 20 odwiedzin/dzień będę miał 15, bo ktoś się zniechęci? Chodzi mi raczej o zobowiązania z których nie można się wycofać bezkosztowo, podejmowane wobec konkretnych osób. Tyle, jeśli chodzi o motywację.
      Ale samo uczenie się keczua, żeby tłumaczyć piosenki ze słuchu – jak najbardziej. Ja zapytałbym „po co tłumaczyć?" (tj. Tobie wystarczy, że rozumiesz, czy znajdzie się jeszcze ktoś zainteresowany?), ale jeśli sprawia Ci to radość…

      1. Obawiam się, że robienie czegoś dla samego siebie (tj. bez angażowania innych) i podejmowanie pół-żartobliwych zobowiązań w Internecie nie zadziała zbyt dobrze. Przejrzyj moje strony, a znajdziesz więcej niż parę niedotrzymanych zapowiedzi. Konsekwencje – żadne i wartość motywacyjna – niewielka, bo jaka jest stawka, czym ryzykuję? Że zamiast 20 odwiedzin/dzień będę miał 15, bo ktoś się zniechęci? Chodzi mi raczej o zobowiązania z których nie można się wycofać bezkosztowo, podejmowane wobec konkretnych osób. Tyle, jeśli chodzi o motywację.

        Nie mam więc pojęcia, jakiego to zadania mógłbym się podjąć… To musiałoby być zadanie za pieniądze, bo gdy nie ma mowy o pieniądzach, zawsze można się wycofać i nic nikomu nie trzeba się tłumaczyć.

        Ale samo uczenie się keczua, żeby tłumaczyć piosenki ze słuchu – jak najbardziej. Ja zapytałbym „po co tłumaczyć?” (tj. Tobie wystarczy, że rozumiesz, czy znajdzie się jeszcze ktoś zainteresowany?), ale jeśli sprawia Ci to radość…

        Racja… Przyjemne jest słuchanie piosenek. Ja piosenkę Sumaq papa puquchisun rozumiem w 4/5 z biegu niewyciągając słownika i mi to starcza dla przyjemności jej słuchania. Rozjaśnienie brakującej 1/5 dla mnie samego będzie cenne i czegoś się nauczę, ale tłumaczenie (na egzotyczne języki: hiszpański, angielski, polski) to już nie to samo rozkoszowanie się keczua, a raczej istna KATORGA szukania wyrażeń możliwie przybliżających oryginalny sens, który to i tak przecież rozumiem w oryginale. Weźmy dla przykładu wyraz „uywakullawaykupuni" w piosence Quyllur z mojego blogu, który przetłumaczyłem na dwa (i tylko dwa, bo mógłbym na wiele) różne sposoby „zawsze się nami opiekuj / oczywiście wychowuj nas", które i tak mają w sobie coś z interpretacji i już na dobry zły początek rdzeń uywa to „zwierzę hodowlane"(!), a odzew na artykuł był zerowy (żadnego komentarza, mało odwiedzin itd.). Tak więc po co tłumaczyć?

        Zostałem właśnie kompletnie zdemotywowany. :-/

      2. Zadanie bez pieniędzy? Jeśli obiecam komuś bliskiemu (dziecku, żonie, dziewczynie), coś na czym jemu/jej zależy, to chęć niesprawienia zawodu podnosi poziom motywacji. Koszty też są, choć nie materialne („obiecujesz, ale nigdy nie robisz"). Innego przykładu dostarcza woofla – mamy grafik publikacji, jeśli zawalę swój termin, ktoś będzie musiał zapychać dziurę. Niby końca świata nie będzie, ale wstyd przed redakcją.

        I jeszcze jedno wyjaśnienie – jeśli już możesz się rozkoszować (piosenkami, językiem, czymkolwiek), to się rozkoszuj, a nie ucz. Jeśli się rozkoszować jeszcze nie możesz, to się ucz, możliwie jak najintensywniej (żeby było jak najkrócej).

      3. Zadanie bez pieniędzy? Jeśli obiecam komuś bliskiemu (dziecku, żonie, dziewczynie), coś na czym jemu/jej zależy, to chęć niesprawienia zawodu podnosi poziom motywacji. Koszty też są, choć nie materialne („obiecujesz, ale nigdy nie robisz”). Innego przykładu dostarcza woofla – mamy grafik publikacji, jeśli zawalę swój termin, ktoś będzie musiał zapychać dziurę. Niby końca świata nie będzie, ale wstyd przed redakcją.

        Jak się łatwo domyśleć, nie mam ani (1) dziecka, ani (2) dziewczyny/żony, ani (3) nie znam nikogo (a) osobiście lub (b) przez Internet, kogo interesowałby keczua w stopniu na tyle minimalnym, by mnie o coś powiązanego z keczua prosić i -bo wtrącić ogólnikowy komentarz typu „przydałby się komentarz gramatyczny" można łatwo- bym przy tym uwierzył, że to na serio dla Niego/Niej ważne… Nigdy nie odczuwałem jakiejś minimalnej presji zewnętrznej na naukę, lub użytkowanie keczua, a raczej spotkałem się z nieporównanie większą ilością reakcji „A na co ci keczua? Nie lepiej chiński?"

        W zasadzie, jak na język, który (1) nie może służyć praktycznie do niczego poza słuchaniem (nieraz bardzo fajnych) piosenek, (2) do którego nauki nikt i nic mnie nigdy nie namawiało, a raczej (3) musiałem pokonywać nieskończone przeszkody (np. (a) super cieżki dostęp do użytkowników, (b) niemalże brak sensownych materiałów podręcznikowo-słownikowych, (c) praktycznie brak kodyfikacji języka, (d) super rozdrobnienie dialektalne: każdy piosenkarz śpiewa w innym, każdy z trudem złowiony w sieci użytkownik posługuje się innym), a język (4) nie jest mi w minimalnym stopiu niezbędny nawet do rozmów z jego użytkownikami (gdyż Ci znają hiszpański), myślę, że osiągnąłem w keczua południowym całkiem dużo… 🙂 To na mojej motywacji wewnętrznej. Nie wyobrażam sobie, kto z bliskich mi osób mógłby mieć do mnie jakąś prośbę związaną z keczua!

        W przypadku języka hiszpańskiego, również nigdy nie odczuwałem zewenętrznego nacisku. Zacząłem się uczyć z własnej woli (i z nikim pomysłu nie konsultując) i wciąż uczę się z własnej woli dialektu, który nawet nie posiada prawdziwego słownika (gorzej niż dialekty keczuańskie), którego się raczej nie naucza i na który się raczej nie tłumaczy (książka Ingrid Betancourt No hay silencio que no termine rzeczywiście została przetłumaczona z francuskiego właśnie na kolumbijski, ale to specyficzny przypadek). O zainteresowaniu jakim polskie społeczeństwo i polskie media darzą Kolumbię nie będę nawet wspominał… Również o niechęci jaką większość Polaków uczących się hiszpańskiego (z Hiszpanii) darzy Amerykę nie ma co się rozpisywać i nie dziwi mnie również po tym, jak niedawno Hiszpanka z InterPals napisale mi, bym „przestał rozmawiać z Latynosami i dał sobie pomóc Hiszpanom" i, że „Latynosi kaleczą język, z którego jako Hiszpanka jest dumna" i, że w ogóle to „nie mówią po hiszpańsku". Właściwie jedyne proby nacisku z jakimi się spotykałem, były negatywne (zwłaszcza w zakresie dialektalnym)…

        Czytając Twój artykuł pomysł stawiania sobie wyzwań na wyrost wydawał mi się bardzo sensowny (uczymy się próbując zrobić coś, czego jeszcze nie umiemy) i tak np. osobiście od pierwszych dni nauki zwykłem korzystać z nieuproszczonych materiałów (choćbym musiał kolejno tłumaczyć niemalże każde kolejne słowo w całym tekście tak zwykłem robić), ale pomysł zobowiazania się (dziewczynie, pracodawcy, czy komukolwiek) w celu wytworzenia presji jest dla mnie jakiś odrealniony (jaki ogłoszeniodawca będzie potrzebował tłumaczenie na kolumbijski i która dziewczyna w naszym kraju chociaż odpowie mi na pytanie, z czym graniczy Kolumbia od południa?), przynajmniej w moim życiu i moim zestawie języków. Tylko się utwierdziłem w przekonaniu, że nie istnieje motywacja inna niż wewnętrzna. Chyba, że zadziałam na przekór i na złość: mówią mi nie ucz się keczua, nie ucz się kolumbijskiego, to właśnie będę się uczył! 😛

      4. Piotrze, rozwiercając do końca (mam nadzieję) temat zobowiązań/motywacji: Po pierwsze, oczywiście motywacja wewnętrzna jest podstawą, jeśli „się nie chce chcieć" to nacisk z zewnątrz niewiele pomoże. Po drugie, przywoływałem przykłady bliskich jako kontrargument do Twojej tezy, że zobowiązania o jakie mi chodzi muszą być zawodowe/finansowe w charakterze. Nie muszą. Po trzecie, nie serwuję zupy w proszku, ani innych gotowych recept, ale to, co uważam (na podstawie *własnych* doświadczeń i obserwacji) za ogólne zasady. Określenie, czy i jak można je zastosować w Twojej sytuacji pozostawiam Tobie.
        Co powiedziawszy, jeszcze dwie uwagi:
        1. Fakt (a raczej subiektywna interpretacja faktów). Gdybym na samym początku nie obiecał reszcie redakcji ok. 10-odcinkowego cyklu artykułów, to zapewne ani na woofli, ani na moim blogu (gdzie trudno szukać przykładów regularnej publikacji tekstów o podobnej objętości) nie powstałby ani taki cykl, ani nic mu równoważnego. Redakcyjne doświadczenie uczy też, że jeśli ktoś zgłasza się do współpracy z mglistym „postaram się coś napisać", to szanse na ciąg dalszy są wątłe. O ile wiem, zarówno pop-psychologia jak i nauka o zarządzaniu wspierają mnie w tezie, że złożenie publicznego i konkretnego zobowiązania o jasnych ramach czasowych i kryteriach sukcesu, działa lepiej (tj. owocuje większą efektywnością) niż wyznaczanie sobie samemu celów ogólnych i rozmytych w czasie.
        2. Gdybanie. Jeśli interesowałbym się keczua, to być może: -spisałbym swoje uwagi np. na temat ortografii, czy zróżnicowania dialektalnego (masz pewnie jakieś hipotezy nt. historii językowej) i przesłałbym je do akademii keczua (jest w Cuzco, czy się mylę?) i/lub ośrodków uniwersyteckich. Żeby uniknąć reakcji „Niech pan professor zobaczy co ten świr z Polski nawypisywał! Co mu odpowiedzieć?" musiałbym przemyśleć wszystko gruntowniej i wyłożyć staranniej, niż na potrzeby rozmowy przy piwie, czy artykułu na wooflę [przy okazji – na ogół profesorowie odpowiadają b. miło i grzecznie, delikatnie wytykając ogólną amatorszczyznę i szczególnie rażące błędy – parę razy się tak wstydu najadłem, ale i czegoś nauczyłem]; – skontaktował się z jakimś NGO działającym w Andach (np. amerykańskim) i spróbował nająć jako wolontariusz-tłumacz (np. broszur, materiałów na stronę internetową); – dołączył do jakiejś wyprawy trekkingowej (polskiej lub międzynarodowej) obiecując im „dzięki mnie zobaczycie takie Peru jakiego nikt nie widział, będziemy spać w wioskach i rozmawiać z czarownikami"; – nawiązał kontakt z działaczami keczuańskiego ruchu narodowego / obrony praw mniejszości językowych / krzewienia tożsamości czy czegoś podobnego, proponując, że wystąpię (przez Skype lub osobiście) podczas najbliższego zlotu/konferencji.
        Mam nadzieję, że wyjaśniłem, co mam na myśli, nawet jeśli, być może, nie znajdziesz tu nic nadającego się do wykorzystania.

      5. Wiem, że jestem aspołeczny i bardzo marudny, ale nic z wymienionych… Dzięki jednak za przykłady, bo setny raz powróciłem myślami do pewnego sporo starszego pomysłu na narzędziowe wykorzystanie hiszpańskiego, a może nawet keczua, dużo dla mnie lepszego od wymienionych i możliwego do realizacji. Tylko, że ów pomysł znów nie wiąże się z jakimikolwiek naciskami zewnętrznymi.

  2. Dostrzegam analogię w naszym sposobie myślenia. Ja także nie lubię chwalić – bo jeśli coś jest ok, to nie ma o czym mówić. Krytykować juz tak – bo to wykaz tego, co jest do poprawienia.
    Siebie krytykuję mocniej niż innych i najwięcej od siebie wymagam.
    Twoje podejście więc zdecydowanie mi się podoba.

    Choć jako nauczyciel byłbyś postrachem szkoły. 😉

    1. Choć jako nauczyciel byłbyś postrachem szkoły.

      Nie byłem. A przynajmniej żadne takie sygnały do mnie nie dotarły (terror był więc pełny) ;-). „Cisnąć, bo trzeba cisnąć" to zła zasada. Jeżeli studenci nie mają wyboru, a wykładany przedmiot nie jest im do niczego potrzebny (tak było z gramatyką perską, której uczyłem), oczekiwanie pełnego zaangażowania jest szaleństwem. Co innego, jeżeli osoby zainteresowane *naprawdę chcą* (albo tak im się wydaje) – tylko wtedy to, o czym piszę ma sens.

      I z innej beczki, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości: nie mam nic przeciwko ‚rekreacyjnemu’ bieganiu (uczeniu się, robieniu czegokolwiek), mówię po prostu, że przynosi ono ograniczone efekty, i apeluję, żeby świadomie wybierać i nie oszukiwać samego siebie, nie zatrzymywać wpół drogi. Nie podoba mi się też, kiedy ktoś oferuje ‚rekreacyjny’ produkt, obiecując ‚poważne’ efekty – niestety o przykłady nietrudno.

  3. Miałem przez rok pedagogikę na studiach. Był to najgłupszy i najgorzej nauczany przedmiot o jakim słyszałem i może stąd moja skrajna niechęć do niego. Niechęć pogłębiona tym, że znałem kilkoro dzieci nauczycieli. Nie były jakoś specjalnie głupie, ale i tego, ze ich rodzice maja pedagogikę w małym palcu nie zauważyłem. Pedagogika przydała mi się tylko raz, gdy opiekowałem się kilkuletnim dzieckiem. Koniecznie chciało,żebym kupił mu motocykl w kiosku. Znając podstawy pedagogiki nie powiedziałem, ze nie mam pieniędzy, ale, że ten motocykl jest brzydki i wszyscy by się śmiali z jego posiadacza. Gdy oddawałem dziecko matce usłyszałem:
    – Mamo, widzieliśmy w kiosku motor, ale był taki brzydki, że go nie kupiliśmy (MY!).

    No dobra. Jednym słowem nie wierzę w jakieś pedagogiczne chwyty. Pamiętam rozmaite mody (na podręczniki Alexandra, metodystów, Berlitza. Methode Orange) i wydaje mi się, że istnieje tylko kilka metod uczenia się języka i to w zasadzie nie będących przedmiotem wyboru jak uczenie się pierwszego języka i kolejnych w dzieciństwie, uczenie się z nauczycielem używającym języka ojczystego uczni a lub nie, wyjazd do kraju, w którym nie mówi się językiem ucznia i może jeszcze kilka. Mam wrażenie, że wszelkie wymyślanie wyrafinowanych technologii nauczania jest bezcelowe i zależy bardziej od np. selekcji uczniów i ich motywacji niż od sposobu nauczania.
    To coś jak z odchudzaniem. Istnieją tysiące środków na odchudzanie, a naprawdę działające sposoby są dwa: bardzo chcieć schudnąć i nie mieć forsy na żarcie.

    PS. Panie Piotrze, czy Pańskie dziecko mówi po persku?

    1. W kwestii PS – nie. Mniej więcej do ukończenia 3 lat mówił więcej po persku niż po polsku, ale od powrotu do Polski perskiego nie używa w ogóle. Na pytania nie odpowiada, i -na ile możemy stwierdzić- naprawdę nic nie rozumie (w każdym razie nie udało się nam go ‚złapać’).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ