Płynny w 3 miesiące… Czy aby na pewno?

Najpierw miało być podsumowanie listopada, następnie artykuł o roli podręczników, który w końcu się rozmył, tj. poruszyłem tyle wątków, że napisanie go jako pojedynczej jednostki mijałoby się z celem. Pomysłów w każdym razie starczy na jakieś 5 artykułów. Tak czy inaczej jednak miało to wiele wspólnego z tym o czym napiszę dzisiaj. Wielu z was o Bennym Lewisie słyszało, czytało, może nawet jest czytelnikami jego bloga „Fluent in 3 months". Sam do niedawna należałem do grupy tych ostatnich, zamieszczając nawet linka do jego strony w bocznym panelu. Ostatnimi czasy musiałem jednak nieco zrewidować swoje poglądy na tą sprawę.

Motywacją do tego stała się rozmowa jaką przeprowadziłem z dwoma znajomymi z pewnego polskiego forum językowego. W końcu zeszła ona na temat poliglotów zamieszczających filmy na youtube takich jak Alexander Arguelles (http://www.youtube.com/user/ProfASAr), Moses McCormick (http://www.youtube.com/user/laoshu505000), czy wspomniany już wyżej Benny. Takie osoby często mogą być inspiracją dla początkujących miłośników języków obcych i w internecie aż roi się od osób, które uznają ich za swojego rodzaju guru o nadziemskich umiejętnościach. Tymczasem rzeczywistość wygląda różnie, szczególnie w przypadku, gdy ktoś zamierza na nas zarobić w możliwie najszybszym czasie.

Do profesora Arguellesa przyczepiać bym się nie chciał – raczej uważam go za postać wartą polecenia każdemu człowiekowi zainteresowanemu językami obcymi i ma przynajmniej elementarną znajomość języka angielskiego. Jego filmy, niektóre lepsze, niektóre gorsze, potrafią być naprawdę inspirujące (przynajmniej w mojej opinii). Moses McCormick zamierza poznać 60 języków – trochę sporo jak na mój gust, aczkolwiek stara się być w tym wszystkim skromny i nie pretenduje do władania „płynnie" każdym z nich (właściwie jego celem jest dojście do każdego na poziom średnio zaawansowany). Tymczasem pan Lewis z moich obserwacji wiedzę ma najmniejszą, a chwali się osiągnięciami jakie są dla zwykłego śmiertelnika raczej niemożliwe…

Nazwa bloga brzmi „Fluent in 3 months" – jest kapitalna, wielu ludzi zacznie czytać z nadzieją, że ich problem związany z językami obcymi zniknie jak bańka mydlana. Niestety w końcu okazuje się, że tak naprawdę nie znajdziemy tam nic odkrywczego. Bo, powiedzmy sobie szczerze, na to, że najlepszym sposobem na naukę języka obcego jest wyjazd do obcego kraju i rozmowy z tubylcami wpadł chyba każdy… W sumie porady niewiele dadzą większości ludzi, którzy z takiej formy nauki skorzystać nie mogą. Postanowiłem więc się przyjrzeć jak wygląda jego „fluency" w języku o jakim mam przynajmniej mgliste pojęcie, czyli w niemieckim. Wywiad w języku niemieckim znajdziecie tu: http://www.youtube.com/watch?v=zOogAZ5ivxo

Wszystko bardzo fajnie, osoba nie znająca niemieckiego pewnie byłaby zachwycona. Ja znam niemiecki raczej słabo i oczekiwałem, że ktoś kto jest „fluent" powali mnie na nogi. Tymczasem nie powalił. Wrażenie jest jeszcze mniejsze, gdyż mogę przypuścić, że mniej więcej wiedział na jaki temat będzie mówił. I nie piszę tego, aby powiedzieć wszystkim, że autor „Fluent in 3 months" niemieckiego nie umie. Owszem, umie, ale na pewno daleko mu do tego by głosić wszem i wobec, że płynnie nim włada. A mniej więcej na tym opiera się jego strona – jest „poliglotą władającym płynnie 8 językami, z których każdego nauczył się w 3 miesiące". I wszystko to bym jeszcze scierpiał, gdyby nie fakt, że tym hasłem reklamuje swój przewodnik do nauki języków obcych (jej recenzję znajdziecie u Michała na „LangSpocie"). I nie wiem jak pozostali, ale ja się poczułem trochę oszukany (książki na szczęście nie kupiłem).

A jak jeszcze przeczytałem jego poglądy na temat językoznawców i obronę tego stanowiska („sports stars are to sports journalists what language learners are to linguists") to… Powiedzmy, że to przemilczę.

Jakie jednak wnioski z tego warto wyciągnąć?
1. Język obcy to nie jest coś co możesz opanować bez ciężkiej pracy w krótkim odstępie czasu. I powie to niemal każdy, kto języka obcego się naprawdę nauczył do wysokiego poziomu.
2. Warto być czasem skromnym i nie rzucać na lewo i prawo zwrotami w stylu „płynnie mówię po…". Bo można się naciąć. Najsmutniejsze jest też to, że bardzo często osoby znające jakiś język bardzo dobrze, widząc ile im brakuje do rodzimych użytkowników, oceniają swoją znajomość bardzo przeciętnie. Sam zresztą jestem najlepszym przykładem – 3 lata temu oceniałem swój rosyjski znacznie lepiej niż obecnie, mimo że, w gruncie rzeczy, byłem w nim słabszy.

Podobne posty:
Blog językowy AJATT – ciekawa metoda nauki
A nie mylą ci się te języki?
5 rzeczy jakich nauczyła mnie nauka czeskiego
Nie masz siły – zrób coś małego
Historia motywacyjna

52 komentarze na temat “Płynny w 3 miesiące… Czy aby na pewno?

  1. À propos skromności, idąc za radą Barry'ego Farbera, nauczyłem się sztuczki, którą z ogromną satysfakcją wypróbowuję na ludziach od czasu do czasu, żeby zobaczyć ich reakcję.
    Jak ktoś znający moje językowe zamiłowania spyta mnie: „Piotrek, ile ty właściwie znasz jezyków?", odpowiadam stanowczo i z powagą: „Jeden — polski". Tu czasami następuje niezręczne zmieszanie u mojego rozmówcy, więc po chwili (ale takiej dłuższej) dodaję: „Ale uczę się angielskiego, japońskiego, rosyjskiego, łaciny, fińskiego, esperanta" (i co tam jeszcze ostatnio wziąłem na warsztat) . Ubaw można mieć niezły, polecam wypróbować.

    Polecam też świetną książkę Barry'ego Farbera pt. „How to Learn Any Language", jeśli ktoś jeszcze nie zna. Wisi w internecie, można ja łatwo znaleźć. Doskonale hamuje zapędy w stylu „fluent in 3 months", a jednocześnie daje nadzieję na bezstresowe opanowanie kilku języków, jeśli się człowiek trzyma się kilku żelaznych, zdroworozsądkowych zasad.

  2. Sama mam mieszane uczucia.. wlasciwie po 3 miesiacach zycia we Wloszech nie podpieralam sie juz nawet angielskim, ale to nie bylo jeszcze to.. dopiero w kolejnych miesiacach zaczal sie robic „fluent", po pol roku bylo juz na prawde przyzwoicie, ale dalej odczuwalam pewien niedosyt… Opanowalam go szybko, ale dzieki solidnej podstawie, ktora stanowil hiszpanski.. W pol roku po odcieciu sie od wloskiego zatracilam zdolnosc komunikowania sie.. szybko przyszlo szybko wyparowalo.. rozumialam, z mowieniem katastrofa.. to tez na pewno moja wina,ze go nie pielegnowalam..
    Z kolei w Grecji, teraz po 3 i pol roku moge powiedziec, ze znam grecki dobrze.. pierwsze trzy miesiace staralam sie mocno go nauczyc.. rozentuzjazmowana predkoscia nauki wloskiego..jednak grecki byl dla mnie zbyt trudny.. umialam powiedziec po 3 miesiacach kilka zdan..odpuscilam sobie, wtedy na scene wszedl czas i powoli powoli sie udalo.. I dodam, ze polskiego wcale juz nie uzywalam, maz grek, otoczona rodzina grecka, greckimi znajomymi… i mimo, ze sie wysilalam nie udalo mi sie.. po 3 miesiacach nie umialam NIC.. nie generalizuje, ze tak samo bedzie w przypadku kazdej osoby.. jednak wydaje mi sie, ze bez porzadnych ksiazkowych podstaw znajomosc chocby „biegla" jezyka bardzo szybko runie.. i ze nie kazdego jezyka mozna sie nauczyc w tym samym stopniu poswiecajac ta sama ilosc czasu…
    Podsumowujac rowniez nie wierze w „fluent in 3 months", a wszystkie podreczniki i kursy, ktore glosza, ze naucza jezyka w miesiac-trzy omijam szerokim lukiem, bo niemal zawsze sa bezwartosciowe..

  3. Mnie również wydaje się, że „języki w 3 miesiące" i tym podobne wyrażenia to tylko marketingowe hasła 🙂 co do płynności, biegłości i bycia wielojęzycznym – trudno to zmierzyć i określić siebie lub kogoś zgodnie z prawdą.

    Bo po pierwsze, różne języki mają różne określenia poziomów znajomości, np. europejskie oznaczenia to system poziomów A1 – C2, ale już języki chińskie lub japoński mają zupełnie inny sposób oznaczeń.

    Po drugie, nawet w obrębie tego samego systemu mogą istnieć różnice w poziomach ze względu na trudność danego języka. Mam wrażenie, że z tego powodu ktoś będący na średnozaawansowanym poziomie z francuskiego (dość trudny język) zna ten język słabiej niż osoba posługująca się angielskim na tym samym poziomie.

    Dalej, nawet certyfikat mówi tylko tyle, że kiedyś było się na takim poziomie i nic więcej…

    No i trudno przesądzać o kompetencjach w sposób ogólny, bo na język składa się przecież wiele umiejętności (czytanie, pisanie, słuchanie, mówienie, dalej: poprawność ortograficzna i gramatyczna etc.), w każdej z tych „dyscyplin" można być na różnym poziomie zaawansowania.

    I w końcu: do kogo się porównywać? Do native speakerów, filologów, tłumaczy przysięgłych?

    Pozdrawiam 🙂

  4. I co tu napisać ludziom, którzy się ze mną zgadzają? Szczerze mówiąc liczyłem, że rozwinie się jakaś żarliwa dyskusja i ktoś posądzi mnie o obrazę świętości;)

    A teraz na poważnie odniosę się do paru kwestii jakie poruszyliście:
    @Piotrek
    Książkę Farbera oczywiście znam, w zasadzie swego czasu dzięki niej zacząłem korzystać z fiszek. No i dała niesamowitego kopa motywacyjnego.

    @Ev
    Ja może nie do końca omijam szerokim łukiem podręczniki, które obiecują, że nauczą w 3 miesiące. Na dobrą sprawę Assimil jest taką serią przecież 😉 Po prostu traktuję je jak narzędzie do zdobycia podstaw w danym języku, ale nie jakiejkolwiek biegłości.

    @Kot Mateusz
    Witaj Kocie Mateuszu!
    Na starcie muszę powiedzieć, że nick masz wręcz genialny 🙂
    Bardzo celna uwaga z tym certyfikatem – to jest rzeczywiście jedynie dowód na to, że kiedyś się miało taki poziom znajomości języka.
    Co do porównywania się to raczej wykluczałbym tu porównywanie się do filologów, bo skończenie obcej filologii niekoniecznie wiąże się z biegłą znajomością języka – smutne, ale niestety to prawda. Ja zawsze uważam, że rodzimy użytkownik języka (zostańmy przy tym pięknym polskim określeniu) jest najlepszym odniesieniem.
    Pozdrawiam również i zapraszam do częstych odwiedzin 🙂

  5. O obrazę świętości nikogo tutaj nie posądzę, ale w moim komentarzu troszeczkę obronie Lewisa.

    „(…)1. Język obcy to nie jest coś co możesz opanować bez ciężkiej pracy(…)"

    Co do tego stwierdzenia- Czy Lewis mówi, że wyjeżdża do danego kraju i uczy się tam jezyka bez wysiłku?Czy dla was kompletne przerzucenie się na język obcy, którego nie znacie dobrze jest czymś prostym i nie męczącym? Ja sądzę troszeczkę inaczej.

    Ja wierzę Lewisowi oraz w to co on robi. Dostrzegam to na swojej skromnej osobie. W wakacje 2008 roku wyjechałem na miesiąc do Anglii, do siostry aby wkońcu podłapać angielskiego ponieważ znałem tylko kompletne podstawy tego jezyka. Chodziłem do szkoły codziennie gdzie miałemdwugodzinne zajęcia. Po powrocie z Anglii nie miałem już problemu z komunikacją w tym języku, z czytaniem artykułów oraz z oglądaniem filmówaz językiem obcym poczas pobytu miałem tycznosć tylko jakieś 5 godzin dziennie a nie tak jak Lewis 24 h na dobę.

    Fakt, że może Lewis z tą płynnością troszeczkę przesadził, ale ma on w tym trochę racji.

    PS Soryy za literówki i jakiekolwiek błędy, ale pisałem tego posta bardzo szybko pod presją siostry, która musiała szybko przeczytać kilka e-maili.

  6. Karol raczej nie w tym sensie sie wypowiadalam odnosnie kursow trzymiesiecznych, nietrafnie sie wypowiedzialam, po prostu je omijam, bowiem wiem, ze po ich przerobieniu nie bedzie sie na takim poziomie na jakim obiecuja, ze sie bedzie.. takie kursy wlasciwie zadnego tematu nie traktuja wyczerpujaco, gramatyki, struktur tez nie. Jest to tak jak piszesz wprowadzenie, podstawy, akurat dla kogos kto sie szykuje do wyjazdu na troche do obcego kraju.
    Assimil sprawdzam.. biorac sie za niego tez mu nie wierzylam.. jednakze jest on uwazany za jeden z lepszych kursow na swiecie.. zatem cos musi w tym byc.. teraz poniekadz zaczynam zmieniac zdanie.. skoro w pierwszych lekcjach ucza jak jest „lapka na myszy"… ale po to eksperymentuje i nie watp nawet czy mi sie uda bo ja bede pierwsza osoba jaka znasz, ktora nie tylko przerobi jednego Assimila, ale od razu 4 rozne 😀 juz mam na stanie nawet czesci rozszerzone heh zrobic to ja Assimila zrobie tylko nie wiem z jakim skutkiem…

    Sitar- oczywiscie, ze nauka jezyka obcego w obcym kraju nie tylko nie jest latwa, ale jest makabrycznie trudna i stresujaca… chcialoby sie juz od zaraz mowic i nie mozna.. nie kazdy zna angielski,i czesto nie mozna sie dogadac.. i macha sie rekami, wyterza umysl i oj…. nawet mi sie nie chce wspominac co dwa razy w zyciu przezywalam uczac sie od 0 jezykow, zamieszkujac w innych krajach.. Jednakze odnosnie Lewisa ja po prostu sie obawiam, ze za kilka lat straci zdolnosc komunikacji..bo skupia sie ciagle na nowych jezykach i juz ogladajac rozne filmiki na youtube widze, ze nie w kazdym jezyku wypowiada sie z duza latwoscia, ze zaczyna miec problemy z koncentracja, ze skupieniem sie na jednym jezyku , w ktorym chce mowic.

  7. @Ev. Cytat: „oczywiscie, ze nauka jezyka obcego w obcym kraju nie tylko nie jest latwa, ale jest makabrycznie trudna i stresujaca".
    Ale dlaczegóż? To przecież jest fajnie i bardzo przyjemnie, dla mnie to jest najfajniejszy odpoczynek i najlepszy sposób spędzić wakacje. Nie mogę sobie wyobrazić, jak musi ta ciężka praca wyglądać.

    Co do płynności. Ciekawa jestem, jak by Lewis mówił, gdyby go zapytano o coś, co wymaga więcej słów, niż te najprostsze, których tu używa.

  8. Tzn. co do Lewisa to nie mozna mu zarzucic, ze uzywa jedynie najprostszych slow i sformuowan, zeby tak kazdy z nas byl komunikatywny w jezykach, ktorych sie uczymy..

    makabrycznie trudna i stresujaca- w moim przypadku taka byla, bo w obu przypadkach, mieszkania we Wloszech jak i w Grecji, spotykalam od pierwszego dnia pobytu ludzi, ktorzy nie mowili po angielsku wcale. Moje wyjazdy nie byly wakacjami w zadnym z przypadkow, od poczatku bylam zdana sama na siebie, potrzebowalam sie komunikowac, a nie potrafilam. Zaden z tych wyjazdow nie byl planowany, byly one mozliwoscia, ktora sie pojawila w ostatniej chwili.. zatem nie mialam czasu przygotowac sie ani troche przed wyjazdem. Jezyk byl potrzebny do pracy, do spotkan ze znajomymi.. przez wiele dni czulam sie odizolowana bo inni nie znali angielskiego i zaledwie dwie trzy osoby w grupie cos tam jakies urywki na bierzaco mi tlumaczyly. Bardzo sie wysilalam, aby w jak najszybszym czasie opanowac np. jezyk wloski. Meczyla mnie nieustanna koncentracja.. z poczatku kiedy zaczelam sie komunikowac czasem nie mialam sily sie juz wysilac i przechodzilam na angielski bo bylam po prostu zmeczona.. Az nagle z dnia na dzien przekroczylam magiczna bariere i wszystko stalo sie przyjemne i proste i juz mowilam tylko po wlosku..
    Mysle, ze inaczej wyglada nauka gdy sie jedzie do obcego kraju na wakacje, nie ma presji, nie ma obaw, jestzabawa. Kiedy sie zamieszkuje z dnia na dzien na stale w innym kraju i trzeba tam zyc to wygladaja te sprawy inaczej.. zwlaszcza kiedy tabun ludzi potrzebuje sie dogadac na temat spraw waznych i gdy oni zadnego innego po za swoim ojczystym jezykiem nie znaja.. Brak jezyka po prostu uniemozliwial funkcjonowanie, dlatego bylo to meczace.. dlatego nauka byla ekstremalnie wyczerpujaca i predka.. tzn. przez pierwsze dni, tygodnie, miesiace.. =)
    Straszna rzecza jest kiedy chcesz z kims porozmawiac, potrzebujesz a nie potrafisz.. =)

  9. @Karol: Dzięki, zapraszam również do mnie 🙂 co do niedoścignionego wzoru biegłości językowej: rodzimy użytkownik języka jako wzór do naśladowania chyba zawsze będzie niedościgniony pod względem biegłości:P ale przecież nauka języka to właśnie ciągła praca i to do końca życia (bądź językowej „kariery").

    Myślę wobec tego, że nawet gdyby przyjąć, że poziom C1 to zaawansowany, C2 biegły, a potem są już tylko „rodzimi użytkownicy", to i tak taka klasyfikacja niewiele nam mówi o kompetencjach językowych: nie da się tego sprowadzić do symbolu czy wyniku w teście.

    Podsumowując Twoje rozważania, warto zachować do siebie dystans i być świadomym swoich mocnych stron i ograniczeń.

    @Ev, Natalie, Sitar – nauka języka za granicą może być przyjemnością, a może być katorgą…

    Natomiast „cudowne metody" albo „w 3 miesiące" to być może jest jakiś sposób na poprawę konkretnych kompetencji albo solidny start, ale na pewno nie bezbolesna, szybka i skuteczna droga, aby opanować język i już go nigdy nie zapomnieć. Cudów w tym biznesie nie ma 🙂

  10. 🙂 No to przyszedł czas na moje komentarze – od góry do dołu…

    @Sitar
    Dzięki za zajęcie przeciwnego stanowiska:) W moim przypadku używanie języka obcego, którego dobrze nie znam nie oznaczało raczej zmęczenia. Raczej przychylam się tu do zdania Natalie – zawsze był to bardzo fajny sposób spędzania wakacji. W zasadzie to na takich wakacjach nierzadko zdarza się, że jestem bardziej rozmowny niż gdy siedzę w Polsce (mimo oczywistej bariery językowej).

    @Natalie
    To też racja – na pytania w stylu „Wie geht's?", czy „Wie hast du Deutsch gelernt?" potrafiłaby odpowiedzieć każda osoba na poziomie chyba nawet początkującym. Pytanie jak wyglądałaby dyskusja o sporcie, czy polityce (choć tu należy też uwzględnić osobiste preferencje – ze mną np. nawet po polsku trudno byłoby rozmawiać o biologii).

    @Ev1 (ta liczba po nicku z tego powodu, że osobne wątki poruszam)
    Nie chodziło mi o przerobienie Assimila, lecz o przejście przez niego metodą „shadowing" 🙂 Sam przerobiłem 4 w ramach powtórki – bo zrobiłem coś podobnego do twego „Experimentum". Przy czym jedynie niemiecki w dwóch fazach – pozostałe od razu jechałem na aktywnej, bo nie widziałem sensu przechodzenia na pasywnej fazie przez angielski czy rosyjski. No i nie robiłem tego z zastosowaniem „shadowingu". Tym bardziej jestem więc ciekaw jakie wrażenia z tego będziesz mieć.

    @Ev2
    Co do Benny'ego i małej ilości słów – zarzucać bym nie zarzucał, gdyby nie fakt, że nazywa tą „płynnością".
    Poza tym ciekawe jest to co napisałaś o wyjeździe w celu zarobkowym do kraju, w którym używa się języka kompletnie nieznanego. Trudno mi się do tego odnieść, bo nigdy podobnego wydarzenia w moim życiu nie miałem. Daje to więc możliwość rewizji poglądów i stwierdzenia, że nauka taka dla jednych może być zabawą, lub katorgą (tak jak to napisał potem Kot Mateusz) – w zależności od idealnych preferencji i warunków w jakich przyszło wyjeżdżać.

    @Kot Mateusz
    Piszesz Mateuszu zacne rzeczy, z którymi się w pełni zgadzam. Szczególnie w kwestii poziomów językowych (A1-C2) mam podobne zdanie, że niesamowicie trudno jest sprowadzić do jednego poziomu ogólnych umiejętności w posługiwaniu się językiem obcym. Jeśli pisałem o tym na blogu, to z reguły na życzenie osób, które chciały wiedzieć na jakim jestem poziomie.
    A „Istotę szarą" odwiedziłem i naturalnie zaraz dodam do listy linków.

  11. Ja także określam się w ww. skali; nie mam bowiem innego wyjścia 😀 jest to jedyna konkretnie określona klasyfikacja, opracowana nota bene przez Radę Europy.

    Mówić w systuacjach zawodowych / naukowych o swych kompetencjach językowych w inny sposób (szerzej, opisowo) to albo narazić się na zarzut autopromocji bądź „lania wody", albo też wprost przeciwnie – wywrzeć niechcący wrażenie na słuchaczu (bo słowo: biegły robi wrażenie, prawda?).

    Toteż wydaje mi się, że ta skala może być pomocna.

    Ale spotkałem się kiedyś z dziwną sytuacją: na rozmowie kwalifikacyjnej w instytucji publicznej (nota bene zajmującej się integracją europejską i funduszami unijnymi, więc powinni być zorientowani w temacie) tłumaczyłem zdumionym urzędnikom czymże są te magiczne cyfry i literki Common European Framework of Reference for Languages 🙂

  12. Κarol.. hmm u mnie na stronei w komentarzu pisales ostatnio, ze probowales uczyc sie metoda „shadowing" a tu piszesz, ze nie zastosowales tej metody w Assimilach. Moglbys powiedziec mi w odniesieniu do jakich materialow probowales zastosowac „shadowig" i jak go wykonywales? w 100% tak jak kaze profesor?? I jeszcze w jaki sposob uczyles sie z Assimila i jakie sa Twoje wrazenia. Tez mnie to bardzo interesuje =) Ale pewnie w odpowiedzi na ten komentarz to moglbys nowa notke napisac, jesli jednak mialbys czas to odpowiedz mi kiedys, bo chcialabym tez miec jakies odniesienie.

    P.S ukrainskiego nie musze sie uczyc.. dziewczyna zna rosyjski bardzo dobrze.. wiec ech… rozwazam dodanie Assimila rosyjskiego do rutyny hah 😀 mam 10 dni na nauke rosyjskiego ^^

  13. „Shadowing" stosowałem do Assimila, ale nie przerobiłem całego podręcznika tą metodą, bo po prostu nie miałem ku temu warunków i predyspozycji. Osobiście ucząc się języków wolę siedzieć w domu niż wychodzić na dwór. Przerobiłem więc może około 15 lekcji z niemieckiego Assimila metodą „shadowing". Inna sprawa, że nie zaczynałem tego języka od kompletnego zera, więc nie potrzebowałem całościowego spojrzenia na język, jako że już je w pewnym sensie miałem.

    Samo przetwarzanie materiałów audio oraz „blind shadowing" stosowałem wielokrotnie, chociażby z ukraińskim (TY), afrikaans (Colloquial), bułgarskim i niderlandzkim (Assimil) – uważam to za najciekawszą część, bo tak naprawdę pozwala stosować wiedzę z języków, które już poznałaś wcześniej w rozumieniu tych nowych. W twoim wypadku mogłabyś mieć świetną zabawę próbując tej techniki z rumuńskim, portugalskim, katalońskim bądź prowansalskim – jako że znasz kilka języków romańskich. A zabawa jest przednia nawet jeśli nie chcesz żadnego z tych języków opanować. Polecam z całego serca 🙂

    Pozwól, że moje podejście do Assimila opiszę w osobnym poście (jakoś w weekend, tuż obok artykułu o języku afrikaans), bo zajęłoby to dość sporo miejsca.

  14. Karol oczywiście, ze pozwalam ^^ co wiecej, bede czekac niecierpliwie na opis Twojego podejscia i wrazen dotyczacych Assimila.
    Zachecasz mnie bawic sie w „shadowing" z innymi jezykami… nie zachecaj.. Ty zdajesz sobie sprawe z tego, ze ja dziennie walcze o 8 jezykow??? ^^ i czemu czemu… im wiecej jezykow zaczyna sie otwierac i zaczyna pojawiac sie zrozumienie.. czemu czuje sie tylko jak wiekszy nieuk, zeby nie powiedziec idiota.. z tego powodu, ze nie rozumiem innych jezykow… czemu apetyt rosnie w miare jedzenia?? ech… im wiecej wiem, tym bardziej uwazam ze wiem malo, w stosunku do tego co powinnam wiedziec… nie kus mnie oj nie kus nawet na zabawe z innymi jezykami obcymi.. musze sie skupic na 7 obcych i doprowadzic je do poziomu, ktorego nie bede musiala sie wstydzic, wtedy ewentualnie pomysle co dalej..

  15. @Sitar
    Tak, pojawi się 🙂 Chciałem go napisać już dziś, ale nie wiem, czy się z czasem wyrobię.

    @Ev
    Mimo wszystko polecam na przyszłość 🙂 Puszczenie sobie kiedyś w tle na 5 minut czegoś niezrozumiałego jest dla mnie niemal równoznaczne z słuchaniem muzyki. A tak jak wcześniej mówiłem, najlepsza zabawa jest gdy będzie to język spokrewniony z jakimś, który znasz już bardzo dobrze…

  16. Kilka szybkich uwag:

    Myślałem, że wszyscy mają świadomość, że w hasłach, tytułach, sponsorowanych artykułach prasowych etc. nieco wyolbrzymia się walory produktu („sam się nie pochwalisz, chodzisz jak opluty"), a uważna lektura tego, co „drobnym drukiem", jest konieczna, by nie czuć się oszukanym. Jeśli się w Benny'ego wczytać, to okaże się, że w jego trzymiesięcznych ‚misjach’ nie zawsze chodzi o osiągnięcie ‚biegłości’. Facet ma poczucie humoru, łatwość pisania, jest komunikatywny i bezpretensjonalny, nie ukrywa jak chce zarabiać na życie – ja nie oczekuję niczego więcej. Że rady nieodkrywcze? A czego tu się spodziewać? Magicznych recept nie ma. Chcesz mówić – ćwicz mówienie; chcesz czytać – ćwicz czytanie.

    Napisałem „produktu", bo to jest najzwyklejszy biznes – albo sprzedaje się coś w sensie ścisłym (książkę, kursy językowe wg. swojej metodą) albo „buduje własną markę (tj. swój wizerunek jako hiper(duper?)poligloty)". Stąd właśnie małe samochwalstwo (konieczne, by przyciągnąć uwagę), stąd częste uaktualnianie bloga, stąd konieczność odpowiadania na komentarze/hiperaktywności na forach/kręcenia wciąż nowych filmów. To wszystko oczywiście zabiera czas i odrywa od właściwej nauki (no i używania wyuczonych języków do czegokolwiek), ale cóż – jak to się mówi „jeść trzeba" 🙂

    Koncentracja na treściach anglojęzycznych pozwala najprościej dotrzeć do największej liczby klientów. Skądinąd ma to coś z paradoksu -delikwent propaguje uczenie się języków, bo niby otwiera to wrota do nowych kultur, ubogaca etc., a w praktyce i tak pisze po angielsku (nawet jeśli metoda nazywa się „all japanese all the time" 😉

    A co do tego, czy da się osiągnąć biegłość w 3 miesiące, to właściwym pytaniem nie jest „czy się da" (bo się da – oczywiście nie po przerobieniu tak zatytułowanego kursu), ale „jakim kosztem" (tj. z jakich innych zajęć trzeba zrezygnować, by móc uczyć się po 12h dziennie) i „czy warto" (nie warto).

    I na koniec wyświechtana klisza: nie wystarczy nauczyć się obcego języka – trzeba jeszcze mieć w nim coś do powiedzenia…

  17. Miło Cię znów widzieć, peterlin!

    Wydaje mi się, że przeceniasz nieco ludzką świadomość na temat kupowanego produktu. Problem polega bowiem na tym, że ludzie cały czas z czymś sobie nie dają rady (co często ma związek z tym, że nie wkładają po prostu dość wysiłku w swoją pracę) i szukają magicznego wyjścia, które pomoże im dokonać wielkich rzeczy bez kiwnięcia palcem. Niestety czytanie małych druczków na dole strony nie leży wtedy w ich interesie. Lubią wierzyć w rzeczy niemożliwe – ot, taka jest ludzka natura. Z drugiej strony uświadamiasz mi znów, że nie ma co się przejmować tym, że świat nie jest tak idealny i rozumny. Po prostu jest jak jest i należy się z tym pogodzić.

    Z końcówką komentarza natomiast trudno mi się nie zgodzić.

  18. Odpowiem przysłowiem:

    دیوانه حرف می‌زنه ابله باور می‌کنه
    diwane harf mizane, ablah bawar mikone
    „wariat gada, idiota wierzy"

    Cóż mogę powiedzieć? Pewnie, że wielu ludzi myśli tak, jak to opisujesz, ale to już ich problem (na szczęście naiwność i brak krytycyzmu są uleczalne – swoją drogą szkoła powinna uczyć przede wszystkim nie zbioru faktów a „czytania tego co drobnym drukiem")

    A wracając do Benny'ego Lewisa – sam pisze mniej więcej tyle, że „przed językami" był nieśmiały i niepewny siebie, a „sukces" dał mu w praktyce nową, „fajniejszą" osobowość. I o ile osobiście uważam, że styl życia, jaki prowadzi, jest na dłuższą metę wielką pomyłką (i tak naprawdę odreagowaniem kompleksów / niechęcią przed dorośnięciem), to sądzę też, że jego „recepta" (musisz się przełamać, bo innego wyjścia nie ma; będzie bardzo ciężko, ale możesz sobie ten proces nieco ułatwić, np. poprzez wyznaczanie małych zadań do wykonania i odpowiednie przygotowanie) jest całkiem dobra nie jeśli chodzi o samą naukę języków, ale o wyjście z nieśmiałości, co jest sprawą życiowo dużo ważniejszą.

  19. Trafna uwaga co do tej nieśmiałości – tego nawet nie zamierzałem kwestionować. Inna sprawa, że nie do końca podoba mi się łączenie pokonywania nieśmiałości z najnowszymi gadżetami a'la iPhone i robieniem z siebie kogoś w rodzaju „króla imprezy" – osobiście często wolę osoby nieśmiałe, mówiące niewiele, ale do rzeczy, niż hurraoptymistów.

  20. Cóż za zbieg okoliczności. Wczoraj zastanawiałem się nad rozpoczęciem nauki filipińskiego (zostawmy zawiłości filipiński/tagalog), a dziś odkryłem, że Benny siedzi na Filipinach i się uczy języka tagalog i to w DWA miesiące!!! Benny coraz szybciej przyswaja wiedzę, chyba teraz czekamy na polski w jeden miesiąc? 🙂
    A tagalog brzmi jak dla mnie pięknie, tylko, że jak zauważył Benny, wszyscy i tak tam mówią po angielsku. A ja wiem, że Filipinki, z którymi pisywałem zawsze znały angielski lepiej ode mnie. Tak więc, pierwszy raz nie wróżę Benniemu po tych dwóch/trzech miesiącach nie dogadać się… 😀

  21. Po moim ostatnim wpisie nauczenie się tagalog siedząc na Filipinach w 2 miesiące i tak wydaje się całkiem prawdopodobne 😉
    A skąd Twoje nagłe zainteresowanie językiem tagalog? Czyżby portugalski miał iść w odstawkę?

  22. Nie mam pojęcia co zrobić z moim portugalskim. Z jednej strony język ten mnie fascynuje, ale z drugiej chyba jednak przeszkadza mi jego podobieństwo do hiszpańskiego. Po prostu nie wiem co zrobić i jak to rozwiążę, a ostatnio praktycznie nie używam portugalskiego, choć jeśli tylko chcę to mam taką możliwość. Nie zdziwię się jak zostawię ten język do końca, nie zdziwię się też jak jeszcze dziś zacznę wkuwać portugalksie słówka, po prostu nie wiem…

    Jeśli chodzi o tagalog, to tak jak wielokrotnie pisaliśmy, poza względami czysto praktycznymi, nauka języka ma największy sens wtedy gdy pociąga nas kraj i kultura ludzi nim się posługujących. Prawie nic nie wiem o Filipinach, ale paru Filipinkom, z którymi miałem jakiś kontakt, w przyjacielskości i otwartości dorównują tylko kobiety z NIEKTÓRYCH krajów Ameryki Łacińskiej, więc jestem pozytywnie nastawiony do tych ludzi :). Lepsze poznanie tak obcej kultury (a jednocześnie przyjaznej europejczykowi i chrześcijańskiej) mogłoby być interesujące. Sytuacja językowa na Filipinach też jest interesująca, mówią tam w ok. 70 różnych językach, a Filipinki wymieniały mi, że znają po kilka. Chyba sobie tagalog jednak daruję ze względów praktycznych, to jedno państwo na końcu świata, gdzie wszyscy mówią po angielsku, który jest językiem oficjalnym obok tagalogu (czy jak kto woli jego zestandaryzowanej wersji – filipińskiego).

  23. Nawiasem mowiac, ten samozwańczy poliglota, z którym jest przeprowadzany wywiad po niemiecku, robi błędy i to raczej „gryzące w uszy" na pewnym etapie nauki. M.in. mówił coś, że wyjechał do innych krajów – powiedział chyba „nach andere Länder", powinno być „nach anderen Ländern" (nieprawidłowa odmiana przymiotnika i rzeczownika) i oprócz tego usłyszałem „fahr ich", gdzie wyraźnie chodziło o przeszłość (a ‚fahr’ może odnosić się tylko do teraźniejszości/przyszłości jako potoczna wersja ‚fahre’).

    PS. Sam nie jestem superekspertem od niemieckiego (poziom gdzieś B2), więc na wyższym poziomie tym bardziej nie powinien tych błędów popełniać.

  24. @student SGH
    No cóż, ja nie mam pojęcia o języku niemieckim więc nie ocenię. Nie jesteś jednak pierwszą osobą, której Jego niemiecki nie zachwycił.

    Na pewnym forum pisałem, że ciężko dziwi mnie fakt, że w tekstach, które pisze po portugalsku, nie potrafię wyłapać ani jednego słówka, którego bym nie rozumiał, choć znam ten język jak szacuję na poziomie A2. Wniosek: na za wysokim poziomie to one nie są…

    Za to w hiszpańskim popełnia bardzo liczne błędy gramatyczne oraz ortograficzne, brzmi jak Kali i oczy bolą od czytania tego, i nawet zdarza mi się mieć wątpliwości, co chciał Benny napisać. Do tego robi z siebie idiotę próbując pisać (i mówić) po amerykańsku ze słownikiem odmiany hiszpańskiej, zresztą kto go wie po jakiemu próbuje – totalny brak konsekwencji. Słyszałem jak mówi i uszy bolą. Chyba próbuje mówić po amerykańsku. Totalnie nie trzyma melodii języka, uderzająco błędnie akcentuje wyrazy. Nie potrafi wymówić wielu głosek, choćby „v", „b", „ch", „a" i chyba nawet nie próbuje. Moim zdaniem jest maksymalnie w dolnej części B2.

    Podsumowując, Benny jest komunikatywny (temu nie zaprzeczę), ale języków nie zna dobrze.

  25. Jeżeli chodzi o hiszpański, Benny zdał go na poziome C2, natomiast jeżeli chodzi o niemiecki, zdał 3 części C2, 1 warunkowo zdał, i 1 oblał, czyli suma sumarum nie zdał. Pomimo iż nie potrafię posługiwać się tymi językami, sądzę, że świadczy to o tym, że tymi językami W PEWNYM MOMENCIE SWOJEGO ŻYCIA posługiwać się umiał. Z certyfikatami jest jak z niektórymi egzaminami na studiach – można zdać na 3Z lub 4Z, i Benny w tą stronę zmierza. Ale ciężko podważyć fakt, iż jego metoda wywindowała go na taki poziom zaawansowania (C2), a gdyby pracował nad jego utrzymaniem, efekty byłyby zgoła inne. (Co do hiszpańskiego odbyło się to chyba w ciągu roku, a nie sławnych 3 miesięcy).

    Oczywiście metodę można analizować na wiele sposobów. Benny nie wychodził poza krąg języków indoeuropejskich, a kiedy to robił (węgierski) celowo skracał okres do 2 miesięcy, tak by po 3 miesiącach nie było ‚surprise’ że jednak taki płynny to on nie jest. To samo teraz z tagalogiem. Czemu 2 miesiące ? Łatwa wymówka żeby nie mówić płynnie…
    Poza tym, z jego bloga można się dowiedzieć iż uczył się wcześniej niemieckiego przez parę lat w szkole (a to jest przewaga), część jego rodziny pochodzi z Brazylii bodaj, i francuski też kiedyś ‚liznął’. Włoski, hiszpański i francuski ze swoimi podobieństwami chyba same się nasuwają jako zgoła ‚nie najtrudniejsze’ do opanowania, jeśli opanowało się chociaż jeden z nich na poziomie biegłym.

    Co do samej metody Bennego… myślę, że jednak coś w tym jest, w sensie idea mówienia w danym języku, używania go w praktyce, od samego początku, a nie tylko ćwiczenia, słownictwo i gramatyka, co dla mniej zmotywowanych lub mniej uzdolnionych jest trudniejsze i nudniejsze. Języków uczą się nie tylko wielcy pasjonaci, albo w tym kierunku uzdolnieni. Oni zawsze się nauczą, nie ważne jaką metodą ani kiedy. Chodzi o tzw. „ogół".

    Mimo to, żadnej pozycji z jego biblioteczki bym nie kupił.

  26. Znam osoby, które posługują się hiszpańskim na poziomie C2 i uwierz, że Benny nie mówi tak jak one… Ja tym osobom sięgam do kolan, a Benny max. do pięt jeśli chodzi o znajomość języka, że tak to zobrazuję. Poza tym ciężko mi uwierzyć, że zdał egzamin na C2 po zaledwie roku nauki, choć może to negatywnie już o egzaminach świadczyć. W sumie to spotkałem się już posiadaczami certyfikatu DELE Superior (C2) i mnie hiszpańskim jakoś nie zachwycili (w porównaniu to native speakerów, których wspominam powyżej).

    Obawiam się, że jedyny język jaki Benny kiedykolwiek opanował na C2 to jego własny ojczysty. Patrząc na błędy, które popełnia po hiszpańsku ciężko mi uwierzyć, by to był jedynie efekt zapominienia. Native speakerzy języka hiszpańskiego popełniają full błędów, ale zupełnie innego rodzaju. Przede wszystkim jednak, to co pisze brzmi mi okropnie sztucznie i przeraźliwie prosto, nawet gdy teoretycznie jest poprawne. To nie jest C2, ani nawet C1 to nie jest…

  27. Nie wiem jak mówi, bo nawet filmików nie oglądałem, z resztą sędzia byłbym co najmniej średnim w przypadku języka hiszpańskiego. Tyle piszę i wiem, co u niego przeczytałem.

    Co do poziomów, certyfikatów i nativów – ja nigdy nie porównywałbym poziomu językowego do nativów, bo poziom C2 językowy to poziom sprawdzający nie tylko płynność w zwykłej rozmowie, ale także fachowe, specjalistyczne słownictwo. Tak to przynajmniej wygląda w języku francuskim i niemieckim, i uważam że naprawdę spora część nativów miałaby kłopot ze zdaniem tego typu egzaminu (z resztą znam z autopsji wiele takich przykładów, notabene ludzi wcale nie słabo wykształconych). To, że 38 mln Polaków umie mówić po polsku, nie oznacza, że mówią poprawnie, co więcej, nie oznacza wcale, że rozumieją co się do nich mówi, albo co czytają w gazetach. A nawet jeżeli rozumieją każde pojedyncze słowo, zdanie, czy nawet tekst, nie zawsze mają coś do powiedzenia w tym temacie…

    Ale teraz poruszyłem odrębny temat. A co do Bennego – ciekawostka, nie krytykowałbym tak bardzo, bo można go oczywiście równo ‚obsmarować’. Uważam, że to co robi jest w zasadzie głupie (bo nie utrzymuje poziomu językowego tylko uczy się nowych języków, przez co właśnie w dawniej nauczonych brzmi jak brzmi) natomiast pokazuje, że naprawdę DA SIĘ nauczyć języka na poziomie komunikatywnym (zostanę przy tym określeniu, mniej kontrowersyjnym niż płynny) w niedługim czasie, pomimo mienia słabych ocen z języków w szkole itd. itd. I tyle.

  28. @Anonimowy
    „Co do poziomów, certyfikatów i nativów – ja nigdy nie porównywałbym poziomu językowego do nativów, bo poziom C2 językowy to poziom sprawdzający nie tylko płynność w zwykłej rozmowie, ale także fachowe, specjalistyczne słownictwo. Tak to przynajmniej wygląda w języku francuskim i niemieckim, i uważam że naprawdę spora część nativów miałaby kłopot ze zdaniem tego typu egzaminu (z resztą znam z autopsji wiele takich przykładów, notabene ludzi wcale nie słabo wykształconych). To, że 38 mln Polaków umie mówić po polsku, nie oznacza, że mówią poprawnie, co więcej, nie oznacza wcale, że rozumieją co się do nich mówi, albo co czytają w gazetach. A nawet jeżeli rozumieją każde pojedyncze słowo, zdanie, czy nawet tekst, nie zawsze mają coś do powiedzenia w tym temacie…"

    To, że wielu nativów by nie zdało egzaminu na C2 to prawda. Wydaje mi się, że w przypadku hiszpańskiego nawet oblałoby egzamin znacznie więcej osób (myślę, że ogromna większość, długo szukać hiszpańskojęzycznego, który chociaż zna ortografię… :D) niż w przypadku angielskiego (anglosasi w większości jak chcą to potrafią przestrzegać zasad ortografii). Problem w tym, że ludzie, którzy zrobili sobie certyfikat na C2 zazwyczaj głoszą, że mówią „praktycznie jak native speaker" lub „jak native speaker", przy czym ja widzę jednak ogromną różnicę pomiędzy nimi, a native speakerami, w każdym razie w przypadku hiszpańskiego.
    Nie zgodzę się jednak z tym „fachowym", „specjalistycznym" słownictwem. Dla mnie „fachowe, specjalistyczne słownictwo" to po polsku np. „pinakocyt", „pygidium", „entocel" itd., wymieniając słowa z mojej dziedziny… Ponad 99% osób zdających egzamin na C2 nie ma pojęcia co to jest, nie mówiąc już o tym, ja to będzie w języku obcym. Specjalistyczne słownictwo nigdy nie pojawia się na egzaminie o charakterze ogólnym. Egzaminy na C2 wymagają szerokiego słownictwa, ale nie fachowego i specjalistycznego.

    W to, że Benny jest komunikatywny, jak już pisałem nie wątpię. Twierdzę jedynie, że słabo zna języki.

  29. Ja znam niemiecki i moge powiedziec, ze facet po niemiecku mowil co prawda w miare poprawnie, ale z plynnoscia nie mialo to nic wspolnego… i bylo widac, z jakim wysilkiem mu to przychodzi. Osoba znajaca dobrze jakis jezyk tak sie nie jaka i nie posluguje sie jedynie najprostszymi konstrukcjami na poziomie ucznia podstawowki. Koniec, kropka.
    PS. Swietny blog 🙂
    Ula

  30. Dzięki za taką opinię, Ulu 🙂
    O to właśnie mi w tym artykule chodziło – może nie tyle o ukazanie, że Benny nie umie mówić po niemiecku, ale że posługuje się tym językiem płynnie. Powiedziałbym nawet, że jak na trzymiesięczny pobyt wśród samych użytkowników tego języka to jest to wynik bardzo przeciętny biorąc pod uwagę, że niemieckiego uczył się już wcześniej.

  31. Masz rację. Tym bardziej uważam, że ostrożność przy wydawaniu opinii o różnych „poliglotach" nie zaszkodzi. Sama marzę o opanowaniu co najmniej 10 języków obcych, ale nie nazwałabym sama siebie poliglotką posiadając umiejętność czytania w większości języków słowiańskich (odnoszę się naturalnie do Twojego artykułu :)), jednak nie umiejąc wydusić zdania w żadnym z nich. Zresztą, nawet jeśli, to oczywiście można dyskutować, czy to wystarczy do użycia określenia „poliglota".
    Co do pana Benny'ego, generalnie drażnią mnie ludzie uważający się za guru i autorytety w sprawach, w których tak naprawdę nie do końca się orientują. Poza tym dla mnie to już trochę podchodzi pod oszustwo – facet obiecuje Ci umiejętność płynnego posługiwania się danym językiem po trzech miesiącach, nie potrafiąc samemu udowodnić, że to możliwe!
    Chyba już wolę Arguellesa, który znowu jest dla mnie przypadkiem beznadziejnym 😉 Podziwiam go, ale z drugiej strony trochę przeraża mnie tak ekstremalne poświęcenie jakiemukolwiek tematowi 🙂
    Pozdrawiam serdecznie 🙂
    ula

  32. Uważam, że należy być w ogóle raczej powściągliwym w nazywaniu siebie „poliglotą", niezależnie od tego jakie języki, ile i jak dobrze się je zna. W zasadzie osoby, które same tak siebie określają częściej narażają się w moim mniemaniu na śmieszność. Z drugiej strony jednak, tak jak Peterlin już kiedyś pisał w komentarzach (jeśli jeszcze nie odwiedzałaś jego bloga, to gorąco polecam) chyba faktycznie nie ma się co przejmować.

    Jeśli mowa zaś o Arguellesie – tego człowieka naprawdę podziwiam i nie wiem czy ktokolwiek jest dla mnie większą inspiracją. To, że się ekstremalnie poświęca jest też poniekąd związane z jego pracą. Niewielu ludzi natomiast ma do tego tak naprawdę warunki. Gdybym mógł poświęcałbym na naukę języków również sporo czasu, ale są na świecie ważniejsze rzeczy jak chociażby rodzina, praca, szkoła, które wymagają pewnej uwagi. Tak naprawdę człowiek ma relatywnie niewiele czasu na rozwijanie swoich zainteresowań dla nich samych.
    Pozdrawiam również 🙂

  33. Trochę to zabawne opowiadać o osiągnięciu poziomu C1, ale bez tak podstawowych zdolności jak czytanie gazet:) Poza tym poziom C1 wymaga od użytkownika już pewnego bogactwa językowego, a naprawdę wątpię w to, by Benny był w stanie opanowywać pasywnie do 100 kompletnie nowych słów dziennie.
    Tutaj jest wypowiedź Steve'a Kaufmanna co do tego orzeczenia, z którą się w pełni zgadzam – http://www.youtube.com/watch?v=Yoc9wxSg5KM

  34. Obejrzałem oba filmy. Nagranie Benny'ego o języku chińskim jest śmieszne. Bardziej zainteresowało mnie jednak jego nagranie, na którym konwersuje w keczua:

    http://www.fluentin3months.com/quechua/

    Brzmi to imponująco. Imponująco zmontowane nagranie. Sprawia wrażenie wiele rozumieć, słuchać i się uczyć z poważną miną, aż tu nagle w 3:53 sek. podpowiadają mu jak jest „dziękuję" w keczua… Wygląda na to, że siedział tam jak na tureckim kazaniu i zero rozumiał. Nie znając kilku słów z pierwszej i drugiej strony rozmówek Lonely Planet, z których ponoć się uczył, wszedł (a właściwie to weszli, bo na samym początku ta kobieta w liczbie mnogiej się pyta skąd przybywają, a ten po wyciętej z nagrania podpowiedzi jak należy odpowiedzieć, w liczbie pojedynczej odpowiada, bo to on jest gwiazdą) w grupę indianek i nakręcał jak się uczy i konwersuje w keczua… Nie widzę sensu we wchodzeniu w grupę indianek nie znając uprzednio kilku słów w keczua. Na koniec wygłosił monolog w keczua, prawdopodobnie odczytany z kartki przy kamerze, z której to strony na jego końcu słychać gratulacje od jego tłumaczki i wszyscy się śmieją z wyczynu. Oto miało być podsumowanie kilku tygodni spędzonych w Peru. Poza tym keczuański tekst do napisów spisał mu ewidentnie półanalfabeta.

    A pod spodem komentarz Carolynn:

    „I'm really curious to know how you learned so much Quechua. It had to have been more than a Lonely Planet guide :)"

    I odpowiedź Benny'ego:

    „Yes of course I used more than LP – I also used the most important learning resource of all fi3m.com/hb !"

  35. @Piotr
    Hmm, nie znam quechua ale faktycznie dobrze zmontowane 🙂

    W ogóle zgadzam się ze Stevem Kaufmannem który chyba powiedział (albo to stwierdził ktoś inny), że dla niego uczenie się 5-ciu nowych języków w roku zamiast szlifowanie i rozwijanie już poznanych jest głupie.

    Tak jak nie można być specjalistą od wszystkiego, tak moim zdaniem nie można być na poziomie C2 z wielu języków (chyba że te testy są skopane w badaniu poziomu i nie odpowiadają faktycznemu poziomowi „prawie native").

    A Benny występuje jako żywy przykład skuteczności swoich metod które sprzedaje, to jego sposób na życie, więc musi podnosić poprzeczkę :-).

  36. Benny występuje jako przykład pajaca i szarlatana , Żerującego na naiwności ludzi. Póki co skutecznosci swojej metody nie dowiódł , a żałosne filmiki o zwiedzaniu świata nic nie wnoszą. Osobiście ciesze sie że sie facet kompromituje, bo jeszcze rok temu były głosy że przesadzam z jego krytyką – dziś kazdy moze zobaczyć że to komercyjny pajac.

  37. Steve Kaufmann powiedział, że nie wierzy, że Benny'go zna hiszpański i francuski na poziomie C2. Stwierdził, że owszem jego poziom jest wysoki, ale nie jest to C2. Ja osobiście nie chcę kompletnie odrzucać możliwości opanowania języka obcego na poziomie C2, ale twierdzenie, że włada na tym poziomie jednocześnie trzema językami (ojczystym ang., oraz obcymi hiszp. i franc.), w dodatku jeśli wiemy, że nie jest hiszp. i franc. na codzień otoczony, a teraz się rozdrabnia ciągle na inne języczki, wydaje się niedorzeczne. W którym z tych trzech języków myśli? Mogę założyć się, że na codzień myśli po angielsku, nie po hiszpańsku lub francusku.

    Widzę, że w moich komentarzach sprzed półtora roku bardzo poważnie i chyba dość kolorowo skrytykowałem poziom hiszpańskiego Bennego przez błędy w wymowie itp., ale w zasadzie teraz musiałbym tego na nowo posłuchać.
    Zastanawiam się tylko, dlaczego jego peruwiańska tłumaczka keczuańska mówi do niego po angielsku, zamiast po hiszpańsku, skoro Benny ponoć zna hiszp. na C2… Albo chciała wykorzystać niecodzienną okazję, by rozmawiać po angielsku z nativem, albo też hiszp. Bennego brzmi na tyle obco, że uznała, że lepiej będzie mówić po angielsku. Możliwe, że chciała wykorzystać okazję do rozmowy po angielsku, gdyby jednak Benny brzmiał po hiszp. jak native speaker, naturalne byłoby do niego mówić po hiszpańsku.

  38. Pedro nie oszukujmy sie widac po kolesiu że jedyny poziom C jaki osiągnął to tylko jego ojczysty angielski i możliwe że narodowy irlandzki.

    Wszyscy wiemy jak trudno dojśc do poziomu C ile to wymaga czasu ( liczonego w latach ), poświęcenia, ile razy człowiek ma ochote to rzucić w kąt, ile trzeba godzin rozmów, czy czytania obcego tekstu – a tutaj widzimy historyjki jak kolega sobie kupuje rozmówki Lonely Planet, raz poleci do Rio , raz do Limy potem na Tajwam, i wszedzie osiaga poziom „fluent" używajac cudownych rozmówek bądź ucząc sie 3 miesiace z kursów w necie.
    Kogo on chce oszukać ?
    Nie rozumiem też ludzi ktorzy go bronią, sprzedawać cos co nei działa to jest złodziejstwo i oszustwo i koniec dyskusji.

    Jeśli ktoś w to wierzy to znaczy że jeszcze nie ma doświadczenia z nauką jezyka obcego i tylko sam sobie szkodzi go sluchając , bo każdy inny tylko sie stuknie w głowe.
    Poza tym koles ma tendencje do tworzenia opinii o sobie i przedstawiania sie jako jakiegoś guru – zauważyłem że te bardziej konstruktywne i ostrzejsze komentarze krytykujące go po prostu usuwa.

  39. Biegłe posługiwanie się językiem obcym po jedynie trzech miesiącach jego nauki to taki słaby żart, że aż żałosny. Trzynaście lat uczyłem się języka angielskiego (od 1 klasy podstawówki do I roku studiów), lecz nadal mam pewien niedosyt, jestem niepewny, czy płynnie go znam. Sam sobie odpowiadam, że nie, mimo że przez 5 lat chodziłem też do szkoły językowej na zajęcia, a w Internecie obracam się głównie w środowisku stron anglojęzycznych.

    Jeśli chodzi o przechwalanie się – to nie jest dobre, ponieważ rzeczywiście można sobie w piętę strzelić. Chociaż uczę się samodzielnie japońskiego i łaciny, to kiedy ktoś mnie spyta: „Jakie znasz języki obce", odpowiadam – angielski i niemiecki, bo tych właśnie uczę się najdłużej i nie mam problemu, żeby się w nich dogadać.

  40. Benny Lewis twierdzi, ze w 3 miesiące jest w stanie w każdym języku przeprowadzić podstawową rozmowę – widziałem ostatnio jego próby w języku polskim.
    Jednym zdaniem – tragedia.
    Trudno faceta było w ogóle zrozumieć, a jego rozmówczyni na siłę podpowiadała mu zdania, bo tak się koleś jąkał, że to po prostu nieprzyjemnie było słuchać.
    Sam bym zrobił wiele by już skończył się męczyć…
    Tak jak podejrzewałem, że to co on on wciska ludziom, nie zadziała, jeśli komuś z Zachodniej Europy przyjdzie do nauki czegoś trudniejszego niż jezyki romańskie jak włoski/hiszpański \, francuski czy germańskie jak angielski.
    Cieszę się, że sam wreszcie odarł swoją metodę z kłamstw.

  41. w takim razie ile się trzeba uczyć? 5, 10, 15 lat? Osobiście uważam, że pół roku to wystarczająco dużo czasu żeby opanować język na poziomie 2-3 letniego dziecka, a to pozwala na pewną komunikację z rodzimymi użytkownikami języka. Jasne nie będziemy w stanie porozmawiać na temat mechaniki kwantowej czy chemii molekularnej, ale będziemy w stanie zapytać o jakieś podstawowe rzeczy czy kupić jakieś towary w sklepie.
    Nie używałbym rodzimych użytkowników języka do porównywania naszego poziomu językowego, bo powiedzmy sobie szczerze, wielu rodzimych użytkowników języka kaleczy swój własny język.
    Osobiście nie posunął bym się do stwierdzenia, że znam język polski, bo o ile jako osoba mieszkająca w Polsce od urodzenia potrafię go używać to są takie konstrukcje gramatyczne, że nie jestem w stanie wytłumaczyć dlaczego użyłem takiej, a nie innej w inny sposób jak: bo czułem, że tak powinno być.
    Język jest umiejętnością czynną, przy doskonaleniu go nieistotne jest ile lat to robimy, a jak często go używamy.
    I na koniec powiem tak: osoba, która twierdzi, że zna jakiś język na 100% jest albo ignorantem, albo idiotą albo po prostu kłamie. I nie ma tu znaczenia czy to jest nasz kolejny język czy język kraju w którym się urodziliśmy

    1. Oczywiście, że pół roku, a nawet trzy miesiące wystarczą Irlandczykowi znającemu angielski i francuski, zeby opanować dowolny język germański lub romański w stopniu podstawowym. Polak może to zrobić z dowolnym językiem słowiańskim i co najmniej z większością romańskich.
      Nie mogę tylko zrozumieć czemu ma służyć znajomość na poziomie podstawowym, a nawet średnio zaawansowanym, jeśli nie jest to angielski lub gdy się nie mieszka w danym kraju. Czy mógłby mi ktoś podać choćby jedną wymierną korzyść płynącą z takiej umiejętności? Oczywiście oprócz hobby,satysfakcji, zaspokojenia ciekawości czy możliwości popisywania się?
      Znajomość języka na 100% oczywiście nie istnieje, ale porównywanie się do nejtywów jak najbardziej ma sens, gdyż jest to chyba jedyne choć w miarę obiektywne kryterium. Bo o czym mówi egzamin na B2 zdany na 75%?-absolutnie o niczym. A jeśli Cię nejtywi nie mogą odróżnić, to znaczy, że co najmniej wymowę masz dobrą i solidne podstawy gramatyki zakodowane w podświadomości.

      1. Znajomość języka na poziomie średniozaawansowanym pozwala już choćby na czytanie gazet oraz literatury zajmującej się naszą dziedziną wiedzy. Niewiele rzeczy rozwinie np. historyka (nie-historyka też, ale chciałem podać najbardziej jaskrawy przykład) tak jak czytanie tejże z różnych, nie tylko polskojęzycznych źródeł. Płynność w mówieniu nie jest w tym wypadku w ogóle przydatna.

        Sam jestem bardzo zainteresowany światem dookoła i wcale nie żałuję tego, że w swoim czasie nauczyłem się afrikaans do poziomu, który określiłbym jako B1 na tyle by czytać bez większych problemów gazety czy słuchać tamtejszego radia. Czasem to robię i sprawia mi to ogromną frajdę, zwłaszcza że przekaz znacznie różni się od radia angielskojęzycznego (języków bantu niestety nie poznam). Nie widzę jednak zbytnio powodów, by kontynuować sumienną codzienną pracę nad tym językiem po godzinę dziennie, jak to zwykłem robić, bo szkoda mi czasu, a wysiłek byłby niewspółmierny do korzyści. Średniozaawansowany poziom de facto jest całkiem niezłym pomostem do poznawania obcego świata. Dla ludzi, którzy są go choć trochę ciekawi.

      2. @Night Hunter

        Oczywiste jest, że im lepsza znajomość języka, tym w teorii więcej da się z nim zrobić. Jakie jednak „wymierne korzyści" niby płyną z bardzo zaawansowanej (tzn. podobnej do pierwszego języka) znajomości języka obcego? Powiedzmy, że potrafię w języku hiszpańskim wszystko to co w języku polskim i co…? Wynika z tego tyle, że w Hiszpanii mogę zrobić to samo co w Polsce zawsze mogłem zrobić (bez poświęcania długich lat nauce języka obcego). Tyle tylko, że (np.) w Hiszpanii. Do czego służy język to już nie jest pytanie natury językowej tylko kwestia tego, co kto chce zrobić ze swoim życiem i w koniec końcom sprowadzi się to do wymienionych przez Ciebie „hobby, satysfakcji, zaspokojenia ciekawości".

        Aby opanować język obcy na podstawowym poziomie wiele czasu nie trzeba. Odniosę się do języka niemieckiego ponieważ w tym miesiącu spędziłem dwa tygodnie w Austrii. Języka niemieckiego uczyłem się kilka godzin przed wyjazdem plus trochę na miejscu, gdzie odbyłem wiele [bardzo prostych oczywiście] rozmów w języku niemieckim i próbowałem się coś uczyć, słuchać, obserwować, powtarzać słówka z Anki. W zasadzie w tej chwili jestem skłonny zadeklarować niemiecki A1. [Inna sprawa, że bez cienia wątpliwości umiałbym po niemiecku co najmniej kilkukrotnie więcej niż umiem, gdybym w tym czasie zamiast włóczyć się po Austrii siedział w domu w Polsce i przyłożył się porządnie do nauki, mając więcej czasu i lepsze możliwości skupienia.] Ten niemiecki A1 jest przydatny, choć najczęściej do tego, by poprosić o przejście na język angielski. Odnośnie płynności wypowiedzi [moich prostych] zdań, pierwsze kilka dni w Austrii były dla mnie bardzo ciężkie, ale po kilku dniach zacząłem tworzyć zdania płynnie no i do tego ten huczący w głowie wszechobecny akcent miło wierzyć, że zrobił swoje. Żartem więc powiem, że jestem w języku niemieckim fluent in 2 weeks, bo (a) owszem po dwóch tygodniach tworzę względnie automatycznie wypowiedzi na bazie koło setki aktywnych wyrazów i (b) czuję, że zaspokaja to wszystkie moje niemieckie potrzeby [gdyż te nie są duże, bo w razie potrzeby (np. rozwiązanie problemu w hotelu, rozmowa o objawach choroby i dawkowaniu leków w aptece) z powodzeniem przechodzę na angielski], a nawet (c) -bez poparcia- przypuszczę, że osłuchanie połączone z całkowitym brakiem strachu przed mówieniem potencjalnie skutkuje lepszym akcentem niż u większości Polaków po ledwie dwóch tygodniach nauki niemieckiego. Niemiecki zaliczony i więcej mi nie trzeba. 🙂

  42. Ja nie traktuję rozmówek w sklepie czy na plaży jako czegoś, co mógłbym określić mianem „nauczenia się języka".
    Tym sposobem to znam 21 języków.

    DLa mnie właśnie porównanie do rodzimego użytkownika jest odpowiednie, bo to jest najwyższy poziom opanowania – nie dlatego, że rodzimy użytkownik, to jest mistrz gramatyki, stylistyki czy zna wszystkie słowa, bo oczywiście, że nie.
    Natomiast rodzimy użytkownik dysponuje umiejętnością swobodnego rozumienia co się do niego mówi, odpowiada bez większych problemów, tworzy mniej lub bardziej podświadomie poprawne zdania, nie zastanawia się nad regułami gramatycznymi tylko mówi, bo on po prostu zna ten system komunikacji od dziecka.
    Kiedy doszedłem w znajomości arabskiego do poziomu bardzo zaawansowanego, zacząłem słuchać audycji naukowych – co się okazało, co jakiś czas nie rozumiałem pewnych zwrotów, wiedziałem o co chodzi z kontekstu ale nie rozumiałem ich.
    Natomiast tak samo jest w polskim, jak posłucham audycji o inwestowaniu na giełdzie to tez nie w cholerę nie rozumiem o czym mowa, bo się na tym nie znam i już – także czemu w arabskim miałoby być inaczej?
    Więc skąd moje zadowolenie, a stąd, że jestem w stanie swobodnie rozmawiać, podświadomie tworze poprawne zdania, rozumiem mowę potoczną i chyba najważniejsze – coraz częściej zacząłem się przyłapywać, że jak o czymś myślę, to w języku arabski – moim zdaniem, to jest właśnie to, kiedy można powiedzieć, „tak, opanowałem dany język".

    A Benny?
    No, błagam, chłopak ma swój pomysł na życie, ale niech nie wygaduje bzdur „fluent in 3 months" bo to jego fluent po polsku, ani w jednym zdaniu się nie objawiło. I zakładam, że tak jest w większości języków, którymi nasz Benek, postanowił się popisać, i ludzie po prostu są z natury mili wobec osoby starającej się mówić w ich rodzimym języku i tyle – gdy jednak rodak popełni najmniejszy błąd, to zaraz mu wypomną każdy brak przecinka.

  43. @ Karol

    Wszystko, co podałeś odnosi się do kategorii „hobby, ciekawość świata, satysfakcja lub bardzo specyficzny i rzadki przypadek", poza nią żadne korzyści praktyczne z tego nie płyną. Ludzi zarażonych językowym bakcylem nikt nie musi motywować ani instruować. Pozostali zachwyceni popisami „poliglotów" albo wierzą w możliwość opanowania języka na wysokim poziomie w krótkim czasie, albo liczą na jakąkolwiek praktyczną przydatność dość słabej „komunikatywności". W obu przypadkach spotka ich duży zawód.

  44. @PBB

    To gratuluję zaliczenia kolejnego języka! 🙂 .Jestem pewien, że słowa „haben" i „heute" zapamietałeś w ciągu sekundy, więc śmiało możesz puścić w świat nową metodę- „jedno słowo w jedną sekundę" czyli poziom A1 (100 słów) w dwie minuty. A jak ktoś wyciągnie wniosek, że to C2 w 12 minut…- na pewno znajdzie się niemała trzódka, która w to uwierzy. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ