Podręcznik jak ze snu

podrecznikDobry podręcznik to skarb. Wiedzą to zarówno nauczyciele, jak i uczniowie. Jednak jego obiektywna jakość przydatność nie jest kwestią tak łatwo mierzalną, jak by się wydawało. Po raz kolejny będę więc stać na straży podejścia mocno indywidualistycznego, w którym wierzę (i widzę), że potrzeby i sposób uprawiania nauki różnią się od człowieka do człowieka. W rzeczywistości podręczniki gwałcą to założenie w miażdżącej właściwie większości – bowiem pod względem struktury są najczęściej identyczne, i na identycznych schematach redakcyjno-metodycznych się opierają.

To nie będzie poradnik nt. tego, jak rozpoznać czy wybrać podręcznik idealny. To będzie fantazja – fantazja o podręczniku, który nie istnieje, bo istnieć nie ma prawa.

(Zapewne podobnie jak wymarzony mąż czy żona, o których śniliście za młodu)

Śnię zatem o podręczniku, który…

greetings1. Nie będzie rozpoczynał się trzylekcjowym treningiem witania się w pięćdziesięciu wariantach.

Przepadam wręcz za książkami, które „wprowadzenie do języka” ujmują raczej w formie zapoznania się z alfabetem, bardzo ogólnymi regułami fonetycznymi i informacją chociażby nt. szyku zdania, który w tymże języku dominuje (SOV, SVO, czy też mniej popularne kombinacje typu VSO). Podana na wstępie informacja o tym, że w języku szwedzkim nie używa się (poza imionami, nazwiskami czy obcymi nazwami własnymi) litery „W” jest nie tylko interesująca, ale także eliminuje „na dzień dobry” sporą część potencjalnych błędów w pisowni, które na początku możemy popełniać.

 

2. Uwidoczni, które z nauczanych przezeń struktur mają nierozerwalny związek z kulturą rozpatrywanego obszaru językowo-kulturowego.

W toku mojej szkolnej nauki języka angielskiego zapadło mi w pamięć szczególnie jedno ćwiczenie z repetytorium maturalnego, które jest zresztą ostatnim z miejsc, w którym spodziewałabym się czegoś, co mnie zaskoczy czy zaintryguje. Zadanie polegało na przekształceniu zdań dosadnych w bardziej dyplomatyczne i eufemistyczne, w myśl zjawiska zwanego (chyba…) polite English (wg mojej ówczesnej nauczycielki – bardzo zakorzenionego zwłaszcza w środowiskach pedagogicznych Wielkiej Brytanii). „Patrick is rude” nie jest dla Wyspiarzy dobrą opcją zaraportowania rodzicom braku kultury osobistej ich syna. „Patrick isn’t very polite towards teachers” zdaje się być o wiele bardziej społecznie akceptowaną formą takiego komunikatu.

angielskigrzeczny

3. Pozwoli mi odnaleźć swój idiolekt w języku obcym

To właściwie główna kwestia, jaką chciałam dziś poruszyć. Ucząc się języków biorę także pod uwagę pewne zmienne psychologiczno-osobnicze, o których pisałam chociażby w tym artykule. Idiolekt, definiowany jako „…zespół właściwości języka danej osoby (np. fonetycznych, leksykalnych), wg niektórych dodatkowo określany w danym okresie rozwoju tej osoby” zdaje się być głównym wynikiem interakcji pomiędzy językiem jako takim, a jednostką. Jeśli nie potraficie za bardzo wyobrazić sobie idiolektu w praktyce, przypomnijcie sobie chociażby postać pana Zagłoby, która to postać jest zresztą jednym z najczęściej przytaczanych przykładów w tej kwestii. Przyjmując, za różnymi innymi definicjami idiolektu, że jest on wypadkową warunków rodzinnych, kulturowych, tradycyjnych i środowiskowych, to łatwo będzie poddać w wątpliwość stwierdzenie o „wypracowaniu” swojego własnego idiolektu w języku nieojczystym (tzw. „second language”; L2). Nawet jeśli przyjmiemy taką ewentualność, to trudno będzie „przełożyć” swój naszpikowany polskimi realiami idiolekt na język z zupełnie obcego kręgu kulturowego (chociażby szwedzkiego, skoro już idę tropem własnych doświadczeń). Osoby, które władają jakimkolwiek językiem w stopniu bardzo dobrym mogą same odpowiedzieć sobie na pytanie, czy czują odbicie swojej osobowości, doświadczeń życiowych czy humoru w tymże języku. Nietrudno się domyślić, że ja przychylam się raczej ku odpowiedzi twierdzącej, choć jestem świadoma ostrożności, jaką należy tutaj przyjąć. Pytania i wątpliwości można mnożyć w nieskończoność: czy myślenie o idiolekcie można rozpocząć już na początku nauki? Czy moment rozwojowy ma znaczenie? Czy małe dzieci też mają swój idiolekt, który zmienia się w biegu życia? Czy ucząc się nowego języka „rodzimy się na nowo”? etc.

Są jednak rzeczy, których nie może zabraknąć w moim podręczniku marzeń, a których nie uświadczę raczej w podręcznikach ze świata, który znam:

a) WULGARYZMY

Zgorszonych proszę o przejście do kolejnego punktu. No bo jak to, sprośne słówka i żarty, przekleństwa, bluźniercze wykrzyknienia to przecież nie jest sprawa dla poważnych wydawnictw językowych. O takich okropnościach to można sobie poczytać w książeczkach typu „Hiszpański na ostro” (nie googlujcie, nazwę wymyśliłam), kupić komuś w empiku pod choinkę, bo to takie śmieszne, rubaszne, nieprzyzwoite i z dreszczykiem, hihi, hoho, tej, Andrzej, tylko dzieciom nie pokazuj! Jak myślicie, dlaczego tak wiele ludzi tak wcześnie interesuje się najczęściej używanymi wulgaryzmami w języku, którego się uczą? Bo mają mentalnie 15 lat? Bo jadą na Erasmusa? A może adekwatne zareagowanie na uderzenie się w mały palec u stopy jest dla nich równie ważną kwestią, co nauka zwrotu „na zdrowie”? Kilka lat temu czytałam wiadomości na szwedzkim portalu informacyjnym w dniu, w którym szwedzka księżniczka Victoria ogłosiła swoją pierwszą ciążę. Przewinęłam do komentarzy – same gratulacje. Grattis, Grattis, Grattis… Tak, to słowo już znam. Lecz nagle – bratnia dusza i wyrażenie, które zapamiętałam w ułamek sekundy – „VEM FAN BRYR SIG?!”. W wolnym tłumaczeniu: „KOGO TO K*RWA OBCHODZI?!”. No właśnie.

b) HUMOR

Miło by było, gdyby opisywany przeze mnie podręcznik nauczył mnie także, jak być zabawną w danym języku. Powszechna opinia głosi jednak, że humor to nierzadko cecha narodowa, a nawet jeśli nie narodowa, to ludzie gigantycznie różnią się między sobą jeżeli chodzi o rodzaj poczucia humoru. A może ten podręcznik marzeń umiałby dopasować się automatycznie do mojego?… Kwestie humorystyczne podejmowane są nierzadko w podręcznikach „konwencjonalnych” – przykładem sztampowym może być chociażby humor angielski, będę jednak szczera – w większości takich przypadków trzeba zmusić się do śmiechu.

profanity-73809626759_xlargec) CHAMSTWO, IRONIA, KŁÓTNIE

Większość podręczników nauczy cię jak przestawić się na tryb języka formalnego, urzędniczego tudzież akademickiego. Tryb "normalny" nauczy cię za to, jak być miłym na co dzień. Potocznie. Kolokwialnie. Tylko spróbuj być niemiłym. Podręcznik nie może pomnażać zła i goryczy, której już jest na świecie tak wiele!

Chcesz wiedzieć, jak jest po angielsku "odwal się"? Chcesz komuś dogadać, obrazić, pokłócić się, rzucić ironiczną uwagę? Sprawdź sobie na googlach, albo włącz MTV. Pojedź do Paryża, zakochaj się w pięknym Francuzie patrząc jedynie w jego orzechowe oczy. Tylko jak potem wyrazisz swoje niezadowolenie, kiedy odkryjesz, że zdradził cię z twoją współlokatorką?


 

Jeśli nie interesuje cię pojęcie idiolektu, to jednym z twoich priorytetów może być chociażby zbliżenie się stylem mówienia do rodzimych użytkowników języka, którego się uczysz. Moje zalecenia treningowe mogą jednak wywołać irytację u ludzi, z którymi przebywasz. Bowiem radzę ci, abyś od czasu do czasu… po prostu zabawił się w pozera (ang. wannabe). Naśladuj, papuguj, udawaj dystyngowanego anglika tudzież kalifornijską nastolatkę. Chociaż – czy nie lepiej byłoby być po prostu sobą – nawet w języku X?

*Jeśli artykuł zdenerwował cię, rozbawił (w negatywnym sensie) lub zgorszył, spróbuj przeczytać go ponownie, tym razem z przymrużeniem oka.

Aczkolwiek pisałam całkiem serio.

Podobne posty:

Praca własna z tekstem oraz audio gdy brak podręcznika
Ile klasyki w postępie
Nauka języka bez podręcznika – część 2 – czytanie
Patrz z własnej perspektywy; szyj metodę na miarę własnych potrzeb i możliwości
Najpiękniejszy z językowych przełomów

16 komentarze na temat “Podręcznik jak ze snu

  1. Krótko na temat wulgaryzmów, humoru oraz chamstwa – mam tutaj zupełnie odmienne zdanie i szczerze mówiąc mógłbym opowiadać bez końca o wadach niektórych podręczników, ale na pewno nie zaliczyłbym do nich tego, że nastawiają się one przede wszystkim na naukę języka formalnego. Podręcznik przeznaczony jest do nauki formalnej, więc adekwatna jest jego treść. Rzeczy, o których wspomniałaś mają charakter czysto emocjonalny i nie można się ich, przynajmniej moim zdaniem, dobrze nauczyć z podręcznika – do tego potrzebna jest praktyka języka w naturalnym środowisku. Naturalnie zawsze dobrze jest znać zwroty powszechnie uważane za obraźliwe, ale reguły ich użycia są nierzadko ciężkie do objaśnienia na formalnym kursie.

    Powtórzę też to, co już kiedyś napisałem pod innym artykułem – o ile mówiąc standardem w kolokwialnej sytuacji brzmimy po prostu śmiesznie, o tyle mówiąc językiem kolokwialnym w oficjalnej sytuacji brzmimy jak ludzie niedouczeni. Z dwojga złego wolę mimo wszystko to pierwsze. Niewykluczone, iż piszę tak, gdyż sam jestem osobą raczej średnio rozmowną, która znacznie większą radość widzi w czytaniu niż rozmowach z przypadkowymi ludźmi, przez co mój język kolokwialny zawsze (może z wyjątkiem krótkich epizodów gdy pracowałem jako archeolog na Ukrainie) był gorszy niż język standardowy. Jeśli jednak już przez dłuższy czas miałem z konkretnym obcokrajowcem dłużej do czynienia to w pewien sposób przejmowałem jego charakterystyczny sposób wysławiania się, w tym również wulgaryzmy. Co ciekawe, podobne zjawisko zaobserwowałem również w języku polskim – wydaje mi się, że język przez nas używany jest po prostu funkcją języków używanych przez ludzi, z którymi wchodzimy w kontakt. Posługując się językiem matematycznym, dla mnie język standardowy to taka funkcja y=ax. Sam podręcznik, choćby nie wiem jak dobry jest w stanie zmienić jedynie parametr a. Więcej nie zmienimy jeśli nie wejdziemy w bliski kontakt z żywą osobą – ta jest w stanie dostarczyć nam do naszej prostej odrobinę odchyleń od normy np. y=ax+2cosα 😉

    Pozdrawiam,
    Karol

  2. Świetny artykuł! 🙂
    Co do żartów, to można było je znaleźć w podręczniku Как дела?, jednakże z racji, że był to podręcznik skierowany do szkół, to żarty nie były najlepsze 🙂
    Jeśli chodzi o książeczki w stylu "Hiszpański na gorąco, to uważam, że są one ciekawe, zwłaszcza jeśli podana jest etymologia wulgaryzmów, co z pewnością zaciekawiłoby niejednego językoznawcę. Kiedyś miałem w posiadaniu taką książkę o wulgaryzmach w języku niemieckim i mogę stwierdzić, że ich bogactwo może zadziwić, tym bardziej, że często się słyszy opinie, że to nasze słowiańskie języki są najbardziej obfite w wulgaryzmy, ale osobiście wydaje mi się, że to twierdzenie może być tak prawdziwe jak "polski – najtrudniejszy język świata" ")

    1. Hej. Dziękuję za komentarz i miłe słowa.
      Moim zdaniem traktowanie wulgaryzmów, ich etymologii, zastosowania i zróżnicowania międzykulturowego jako kwestii marginalnej (głównie ze względu na emocje, jakie wzbudza) jest trochę zatrzeciewione.

  3. Karol, nie wiedziałam, że znasz się też tak dobrze na matematyce ;).

    Ja też mam trochę ambiwalentne zdanie co do wpisu Karoliny.

    Zasadniczo ma rację: większość podręczników ma jakieś wady, chyba nie wymyślono jeszcze "idealnego" podręcznika do nauki języka obcego.

    Podpisuję się także pod "Nie będzie rozpoczynał się trzylekcjowym treningiem witania się w pięćdziesięciu wariantach" i nie tylko. W ogóle część tematów się z czasem deaktualizuje lub/i jest dla szerokich mas uczących się po prostu bez znaczenia (rany! Te rezerwacje hotelu!! Czy znacie kogoś, kto w dzisiejszych czasach rezerwuje hotel NIE przez internet lecz telefonicznie lub wręcz osobiście?? Albo to pytanie o drogę – też traci powoli znaczenie, bo każdy ma nawigację na smartfonie. Albo te rozmowy o zwierzętach domowych…!).

    W ogóle jeśli chodzi o tematy poszczególnych lekcji, to (też jako autorka podręczników) byłabym (i jestem) ostrożna. Bo ludzie mają najróżniejsze potrzeby językowe, jeden jedzie do pracy (i to w róóóżnych dziedzinach i na róóóżnym poziomie), inny szuka partnera, inny zwiedza, inny przeprowadza się na stałe itp. itd. Jakoś mam wrażenie, że główne tematy przerabiane w podręcznikach są "dla wszystkich", a więc też "dla nikogo" konkretnie.

    Wydaje mi się, że zbyt dużą wagę przywiązuje się do dialogów, których uczący się może się najwyżej (jak się uprze) wykuć na pamięć, bo nawet niewielkie odchyłki od treści rujnują gramatykę, której uczący się nie ma jeszcze opanowanej… Generalnie uczący się za mało może robić SAM. Podręcznik jest albo samouczkiem i nikt naszych "wypocin" nie sprawdzi albo pomocą na kursie w grupie, gdzie odezwiemy się przez 10 sekund raz na 20 minut ;). Dlatego jestem oczywiście zdania Karola – podręcznik podręcznikiem, ale szukajcie ludzie kontaktów! :).

    Jestem też ogólnie przeciw wulgaryzmom. To po prostu niespecjalnie kulturalne. Jeśli ktoś koniecznie chce się ich nauczyć i je stosować, to oczywiście znajdzie takie możliwości, ale w "normalnym" podręczniku raczej ich nie powinno być.

    1. Dziękuję za komentarz i na wstępie chciałam powiedzieć, że jest mi bardzo, bardzo miło, że otrzymałam go właśnie od Ciebie. 🙂
      Tak, poruszone przez Ciebie kwestie rejestracji hotelowych, dialogów i samodzielności (piszę skrótami myślowymi, bo nie za bardzo chce mi się kopiować dokładnie ;)) to coś, pod czym mogę się podpisać rękami i nogami.
      Dobrze odgadłaś też ukryty podtekst mojego wpisu – skoro wymarzony podręcznik nie istnieje, to znaczy, że sam w sobie absolutnie nie jest wystarczającym źródłem nauki. I być może to samo odnosi się do "postulatów", które sama wysnułam.

      Piszesz: "Jestem też ogólnie przeciw wulgaryzmom. To po prostu niespecjalnie kulturalne".

      Jeśli język jest jakimś odbiciem świata, a ten nie zawsze jest kulturalny… 😉

  4. Podręcznik może (nie musi) istnieć, jedynie jako POMOC ‚przy’ nauce języka obcego. Sens może mieć wprowadzenie do gramatyki i wprowadzenie do fonetyki języka (ze świadomością, że mowa o wprowadzeniu). Cała reszta nie ma sensu.

    Co w ogóle ma znaczyć, że podręcznik "pozwoli mi odnaleźć swój idiolect w języku obcym"??? Mój idiolekt jest sumą moich doświadczeń: sumą konstrukcji, słów, czy gotowych wyrażeń napotkanych w obejrzanych przeze mnie serialach, przeczytanych przeze mnie książkach y napotkanych w odbytych przez mnie rozmowach itd. Oczywiście jedne wyrażenia "się przylepiają" (czy tak się to mówi po polsku?), inne wchodzą jedynie do mojego zasobu pasywnego. Pomysł, że "podręcznik jak ze snu" miałby pozwolać z góry świadomie kreować specyficzny, całkowicie indywidualny styl wypowiedzi, jest absurdalny.

    O takich okropnościach to można sobie poczytać w książeczkach typu „Hiszpański na ostro” (nie googlujcie, nazwę wymyśliłam), kupić komuś w empiku pod choinkę, bo to takie śmieszne, rubaszne, nieprzyzwoite i z dreszczykiem, hihi, hoho, tej, Andrzej, tylko dzieciom nie pokazuj!

    Istnieje taka książeczka jak "Hiszpański bez cenzury". Książka zawiera ileś rozdziałów tematycznych zawierających wulgarne, w tym spośne, słownictwo (z różnych krajów) do użycia w różnorodnych sytuacjach życiowych.

    Czy muszę wypuktowywać powody, przez które jedyną osobą, której ta książka może posłużyć jest człowiek, który w swoim psychopatycznym umyśle sobie wyobraża różne hipotetyczne sytuacje życiowe, w których sam nigdy się nie znajdzie, wyobrażając sobie przy tym jakim to wulgarnym, czy sprośnym słownictwem w tych zamkniętych w jego umyśle sytuacjach to rzuca??? Dla człowieka, któremu hiszpańsku służy do kontaktu ze światem ZEWNĘTRZNYM, książka ta jest bezużyteczna. Mało tego, człowiek naraziłby się na śmieszność próbując zawartą w niej tzw. ‚wiedzę’ zastosować w życiu.

    1. @Yana Para Puyu
      Co do hiszpanskich wulgaryzmow- znasz moze wyrazenie (chyba czysto iberyjskie) "cambiar pesetas"? Czy po wprowadzeniu

      1. Nie znam wyrażenia "cambiar pesetas"… Przed momentem spytałem o to wyrażenie dwie dziewczyny: z Ekwadoru i z Boliwii, które mam w tej chwili dostępne. Obie odpowiedziały, że pierwszy raz je słyszą i podobnie jak ja, nie wiedzą, co znaczy…

      2. Kiedys w Hiszpanii znaczylo "puscic pawia", ciekawe czy jeszcze jest aktualne…

    2. @YPP,
      Dzięki za komentarz.

      "Pomysł, że "podręcznik jak ze snu" miałby pozwolać z góry świadomie kreować specyficzny, całkowicie indywidualny styl wypowiedzi, jest absurdalny"

      Nie kreować z góry, a próbować te indywidualne doświadczenia, ew. idiolekt, jakim odznaczasz się w języku polskim, "przełożyć" na język obcy. Kwestie, o których piszę, nie są zbadane na tyle, żeby móc je już teraz, zaraz wcielać w życie. Ja tylko głośno myślę.

      Tak, wydaje mi się, że właśnie "Hiszpański bez cenzury" to książka, którą miałam gdzieś z tyłu głowy pisząc ten akapit (kiedyś miałam ją w rękach). Ja odwołuję się do narzucanego w podręcznikach tradycyjnych ugrzecznionego i w zasadzie nieistniejącego stylu bycia, zupełnie jakby słownictwo wulgarne czy seksualne było dla ludzi z marginesu, podczas gdy często jest codziennością taką samą, jak ćwiczone w nieskończoność w najróżniejszych książkach dialogi typu ‚cocktail party’.

      "Czy muszę wypuktowywać powody, przez które jedyną osobą, której ta książka może posłużyć jest człowiek, który w swoim psychopatycznym umyśle sobie wyobraża różne hipotetyczne sytuacje życiowe, w których sam nigdy się nie znajdzie, wyobrażając sobie przy tym jakim to wulgarnym, czy sprośnym słownictwem w tych zamkniętych w jego umyśle sytuacjach to rzuca???"

      Cały artykuł jest pewną dywagacją, metafora "wymarzonego podręcznika" to w mniejszym stopniu realny pomysł, a bardziej zwrócenie uwagi na to, że obszary tematyczne poruszane w repetytoriach i wydawnictwach, które znamy, wbrew pozorom nie przystają do życia wielu z nas.
      Psychopatyczną i hipotetyczną sytuacją życiową DLA CIEBIE może być X, a dla mnie Y. Na słownictwie podróżniczym zazwyczaj się nudzę, bo osobiście jestem człowiekiem o minimalnej mobilności (jeżdżę na wózku, 90% czasu spędzam w domu i na uczelni) i załatwianie czegokolwiek na dworcu to dla mnie abstrakcja, ewentualnie rzadkość. To samo tyczy się sportu.
      Chodzi o refleksję nt. tego, jak bardzo nasz styl życia odbija się na języku, którego używamy – NA PRZYKŁAD słownictwie i stopniu jego wulgarności (nie jesteś wulgarny – ok, nie każę ci być).

      "Dla człowieka, któremu hiszpańsku służy do kontaktu ze światem ZEWNĘTRZNYM, książka ta jest bezużyteczna. Mało tego, człowiek naraziłby się na śmieszność próbując zawartą w niej tzw. ‚wiedzę’ zastosować w życiu"

      No właśnie, no bo z jakiej racji stanowi ona jednolite tematycznie, OSOBNE wydawnictwo, które w swojej całości i "jako-takości" posłużyłoby tylko tzw. menelstwu? Czy wszystko na świecie musi być zerojedynkowe?

      1. Nie kreować z góry, a próbować te indywidualne doświadczenia, ew. idiolekt, jakim odznaczasz się w języku polskim, "przełożyć" na język obcy.

        W języku obcym mam po części inne doświadczenia niż w języku ojczystym i po części rozmawiam o czym innym. Czy muszę po hiszpańsku używać tych samych idiomów, które używam po polsku? Ludzie w każdym języku się inaczej wyrażają, na czym więc ma polegać to przekładanie idiolektu z języka na język?

        No właśnie, no bo z jakiej racji stanowi ona jednolite tematycznie, OSOBNE wydawnictwo, które w swojej całości i "jako-takości" posłużyłoby tylko tzw. menelstwu? Czy wszystko na świecie musi być zerojedynkowe?

        Ta książka niczego nie uczy. Jest zbiorem ciekawostek, słówek pozbawionych kontekstu, których prawdziwość wydawcę zdaje się nie interesować. Używając wyrażeń z tej książki poważnie ryzykujesz, że zrozumieją coś innego niż za autorami książki zakładasz, że mówisz.

  5. bardzo fajny wpis, też mi się marzy taki podręcznik idealny, ach…

    Zdziwił mnie bardzo stosunek do ewentualnych wulgaryzmów w takim podręczniku. I to z ust (palców) osób, które namawiają do kontaktu z rodzimymi użytkownikami języka. Czy chcemy czy nie chcemy, czy nam się podoba czy nie podoba to wulgaryzmy istnieją i są jak najbardziej używane i dlatego, moim zdaniem, powinny w podręcznikach występować. Oczywiście nie po to aby uczący się je stosował, tylko potrafił je rozpoznać. Gdy go ktoś na przykład obraża. Albo słucha "rozmowy" natiwów. Albo film ogląda.

    PS
    Ja zaś, zamiast scenek i słownictwa związanego z kupowaniem biletów, wolałbym w dzisiejszych czasach słownictwo jakiego używa policja, gdy "grzecznie prosi kogoś by zechciał położyć się na ziemi", albo informuje nas, że popełniliśmy jakieś wykroczenie, albo trzeba zachować ostrożność w związku z … itp.

  6. Według mnie to dobry pomysł, żeby podręczniki przeznaczały np. 1 – 2 rozdziały na omówienie języka potocznego, w tym wulgaryzmów i ich etymologii. To też jest część języka. Na szczęście mamy fora dyskusyjne, mamy youtube. Wystarczy poczytać sobie komentarze w jakiejś możliwie najbardziej kontrowersyjnej sprawie i można nauczyć się wielu wulgaryzmów, używanych przez "native speaker'ów" w naturalnym kontekście.
    I mówię to wszystko jako osoba, która… nie lubi wulgaryzmów w języku, którego aktualnie się uczy, czyli w hiszpańskim 🙂 Tak czy inaczej, mimo że używać raczej nie zamierzam (bo hiszpański to dla mnie osobiście taka "jasna strona mocy"), to poznaję je, tak jak każde inne słownictwo.

  7. Moim zdaniem język potoczny powinien być wspomniany w podręcznikach do nauki jęz. obcego. Co do wulgaryzmów – spokojnie może bez nich się obejść, można ich nie używać, ale znajomość bierna jest wielce przydatna. Dla mojego ojca, który nie jest Polakiem słowo kurde i ku*wa znaczy to samo, co jak wiemy nie jest prawdą. O ile słowo kurde można powiedzieć nawet w jakiejś formalnej sytuacji, to kur.. raczej jest "niedozwolona" i nie świadczy zbyt dobrze o mówcy. Filmy i książki także mogą wypaczyć znaczenia konkretnego wyrazu (eufenizmy itp.). Dlatego w takim idealnym podręczniku można by zrobić gradację: co się nadaje do powiedzenia w pół formalnym towarzystwie, w dowcipie wśród rodziny, co jest naprawdę mocnym przekleństwem i można za to oberwać. Uczenie się brzydkich wyrazów z popkultury czy komentarzy czasem nie jest dobre (mój ojciec bazę brzydkich słów opiera na filmach polskich z lat 90-tych np. Psy). Dla niego "zły pan" czy "zła kobieta" to synonim wszystkiego, co ‚najgorsze’ (złodziej to zły pan, prostytutka to zła kobieta). Jak widzi tabliczkę "uwaga zły pies!" to zawsze śmieje się w niebogłosy, bo dla niego pies=policjant, a jak jest ‚zły’ to pewnie COŚ brzydkiego zrobił i dlatego taką tabliczkę mu dali sąsiedzi(ostracyzm). I pomimo, że wie od paru lat, co oznacza zły pies to i tak pierwotne/pierwsze skojarzenie jest bardzo silne.

  8. O idiolektach. Idiolekt = to, jak mówisz. Poszukiwanie idiolektu w książce brzmi mi jak szukanie recept na to "jak odnaleźć swoje prawdziwe ja" czy "jak być sobą". A to "ja", które czegoś szuka, to niby jest nieprawdziwe, obce? Już masz swój idiolekt, nie musisz go szukać, problem jedynie w rozbudowywaniu repertuaru środków wyrazu. Ale na tym właśnie polega uczenie się języka, zadanie o skali tak ogromnej, że żadna książka tego nie załatwi. Potrzebę rozumiem i podzielam, ale wyczucia językowego pozwalającego na to, by być błyskotliwie dowcipnym nie da się zastąpić wyuczeniem 200 czy 500 żartów, zwrotów czy powiedzeń (a tylko to drugie można zawrzeć w książce)

    ***
    Kolokwializmy/wulgaryzmy. Jestem jak najbardziej za uwzględnianiem w podręcznikach języka potocznego. Przykładów negatywnych mam mnóstwo (patrz niemal każdy podręcznik do arabskiego [MSA] czy tom 1 perskiego Pur Rahnamy) – po co uczyć się mówić tak, jak nie mówi NIKT i NIGDY? Nie wyobrażam sobie zmuszania uczących się francuskiego do używania w mowie form z ‚nous’ zamiast ‚on’ itd. etc.

    Wulgaryzmy też lubię i cenię, co widać po moich stronach i blogu. Ale do ich umieszczania w podręcznikach mam b. ostrożne podejście. To są wyrażenia o b. dużym ładunku emocjonalnym i skrajnie silnym uzależnieniu od kontekstu (kiedy, z kim i o czym się mówi), który trudno ująć w siłą rzeczy skrótowym opisie. Źle użyte rażą, a czasem i obrażą, a uczący się nie mają na ogół wyczucia (znane zjawisko – łatwiej kląć po obcemu niż po swojemu – bariera psychologiczna dużo słabsza) co, kiedy i komu można powiedzieć. Namawiałbym raczej do pasywnej obserwacji niż własnych eksperymentów.

    Przykład: perskie wyrażenie "boro gom szo" znaczy dosłownie "idź, zgub się", i wydawało mi się, że to odpowiednik polskiego "spadaj", czyli nic bardzo ostrego, ale kiedyś powiedziałem tak szczególnie natrętnemu ulicznemu sprzedawcy i natychmiast zrobiło mi się strasznie głupio, bo on -nastolatek raczej niż dziecko- faktycznie mnie zostawił, ale miał łzy w oczach, ewidentnie dotknięty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ