dialekty

Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje w trakcie wyjazdu

Örebro [œrə'bruː] – miasto w regionie Örebro w środkowej Szwecji.

Örebro [œrə'bruː] – miasto w regionie Örebro w środkowej Szwecji.

Czas na drugą porcję przemyśleń zapoczątkowanych w sierpniowym artykule. Głównym zamysłem było (i nadal jest) napisanie trzech części – przedwyjazdowej, wyjazdowej i powyjazdowej – związanej z moim użyciem szwedzkiego w praktyce podczas studenckiej wymiany. Podstawowe fakty są nadal  aktualne – pobyt odbywa się w ramach programu Erasmus, obejmuje okres od stycznia do czerwca 2016 roku, zakłada studiowanie w języku angielskim, zaś uczelnią docelowa jest Uniwersytet w Örebro w środkowej Szwecji. Jeżeli jesteście ciekawi, jak staram się udowodnić swoją znajomość języka szwedzkiego po kilku ładnych latach samodzielnej nauki, zapraszam do czytania.

W pierwszej części planowanej trylogii wymieniłam niemal wszystkie obawy, jakie kołatały się w mojej głowie w związku z językowym aspektem wyjazdu. Martwiła mnie przede wszystkim świetna znajomość angielskiego – zarówno moja, jak i większości Szwedów (niezależnie od wieku!), która mogłaby zniweczyć moje ambitne plany konwersacyjne. Bałam się także mnogości dialektów i wariantów wymowy, jakie można w tym studenckim miasteczku napotkać, oraz nastawienia samych Szwedów wobec szaleńców uczących się ich języka bez żadnego wyraźnego (imigranckiego) powodu. Nie byłam również do końca pewna, czy uda się z odpowiednią, reprezentatywną próbką rodzimych native'ów w ogóle zapoznać – wszak większość czasu na takiej wymianie spędza się w towarzystwie anglojęzycznym, międzynarodowym, niekoniecznie związanym kulturowo z krajem tymczasowego pobytu. I wreszcie – modliłam się o przełamanie własnych oporów, wstydu i fałszywej skromności, zwłaszcza, że szwedzki to właściwie jedyny język obcy poza angielskim, z którym doszłam do co najmniej komunikatywnego poziomu. Zatem zacznijmy od początku…

NEVER UNDERESTIMATE THE POWER OF ERASMUS

Będąc częścią ESN (Erasmus Student Network) trzeba się naprawdę nieźle nagimnastykować, aby uniknąć zawierania co najmniej kilkunastu znajomości tygodniowo, przynajmniej przez pierwsze tygodnie wymiany. Pomijając osoby ze wszystkich zakątków Europy i świata, grupami opiekuje się całkiem spora garstka Szwedów, choć oczywiście w samym akademiku zdarzają się Skandynawowie wręcz unikający jakiegokolwiek kontaktu z ‚Erasmusami’. Wracając do przykładów nieco bardziej pozytywnych, już blisko 3 tygodnie po inauguracji letniego semestru, opiekunowie wyszli naprzeciw zapotrzebowaniu studentów międzynarodowych, chcących zaczerpnąć podstaw tajemniczego i melodyjnego języka szwedzkiego. Powstały dwa kółka semi-naukowe, z czego pierwsze zaczynało zupełnie od zera, zaś drugie czuło się mniej więcej na poziomie A1-A2. Nikt nie pytał po co, dlaczego, ani nie oczekiwał wynagrodzenia – ot, grupka szwedzkich studentów (część z nich studiująca pedagogikę) poświęcała 2-3 godziny tygodniowo na przekazanie wiedzy o swoim ojczystym języku. Rzecz jasna zapał obcokrajowców szybko się ostudził i, z tego co widzę obecnie, spotkania są nagminnie odwoływane z powodu mikroskopijnej liczby chętnych. Niemniej jednak brawa dla naszych nordyckich przyjaciół za odpowiedzialne i entuzjastyczne podejście do tematu.

Ja niestety nadal miałam problem – gdybym miała znowu uczyć się cyfr, kolorów, przedstawiania się czy pytania o drogę, najprawdopodobniej trafiłabym do szpitala psychiatrycznego w stanie ciężkiej katatonii. Należało się zatem postarać o prywatnego kolegę lub koleżankę z dodatkową funkcją nauczycielską.

I'M SORRY, I CAN'T UNDERSTAND SKÅNSKA AT ALL

Najbardziej absurdalną sytuacją było chyba chwalenie się swoją jako-taką znajomością szwedzkiego w rozmowie z rodzimym użytkownikiem tego języka, przeprowadzanej całkowicie w języku angielskim. Szybko zrozumiałam, że bez przymusu niewiele się uda, tak więc na lotniskach, w sklepach i innych punktach usługowych udawałam, że angielskiego po prostu nie znam. Szło wspaniale, niestety udawanie wannabe-Szwedki nie było już takie łatwe w sytuacji, gdy rozmówca wiedział, że jestem Polką na Erasmusie i angielski znam zapewne ponadprzeciętnie dobrze. Zdarzyło mi się także usłyszeć wymówkę, jakoby to usposobienie Szwedów kazało im pozostawać przy angielskim – nie chcą, by ktokolwiek czuł się niekomfortowo siląc się na zbudowanie zdania po szwedzku (nawet, jeśli ten ktoś się tego języka dzielnie uczy, a rozmowa z nativem jest jego niepowtarzalną szansą na trening).

Tęcza nad kampusem. fot. własna

Tęcza nad kampusem. Fot. własna

Całe szczęście, znalazły się przynajmniej dwie osoby, które moje ambicje potraktowały z pełną powagą i do dziś zmuszają mnie do wyrażenia w ich języku wszystkiego, co chcę im przekazać. Z jedną z tych osób nie zamieniłam po angielsku ani jednego pełnego zdania, choć wierzcie mi, że nieraz go o to w zmęczeniu prosiłam.

Cudownym aspektem bycia częścią Uniwersytetu w Örebro jest możliwość uczestnictwa w jego naprawdę bogatym życiu studenckim. Kampusowy klub nocny, spełniający także funkcję pubu i kawiarni oraz możliwość wolontaryjnej pracy tamże bardzo pomogły mi zanurzyć się w całkowicie i prawdziwie szwedzkojęzycznej rzeczywistości.

Co zaś tyczy się dialektów – jest jedna koleżanka, z którą postanowiłyśmy pozostać przy angielskim, właśnie ze względu na wariant wymowy, jakim się posługuje. Szwedzki ze Skåne pokonał mnie już na etapie zrozumienia prostego pytania ‚jak się masz’, zaś używane przez innego kolegę finlandssvenska przypasowało mi chyba najbardziej.

SPRAWY WAŻNE I WAŻNIEJSZE

Poznając jakiegokolwiek Szweda lub Szwedkę (a w ostatnich tygodniach mam ku temu coraz więcej okazji), staram się od razu dać im znać o mojej chęci praktykowania szwedzkiego. Nie robię tego dla splendoru, bardziej po to, by jak najprędzej odzwyczaić ich od angielskiego, no i oczywiście sprawdzić, czy mam w ich języku jakiekolwiek zdolności przekonywania. Reakcje są praktycznie zawsze bardzo pozytywne, tym bardziej szkoda, gdy czar pryska, kiedy na angielski po prostu muszę przejść. Dzieje się tak w kilku następujących sytuacjach:

  • ktoś chce powiedzieć mi coś bardzo osobistego i wymaga ode mnie równie osobistego komentarza – niestety na dyskusje o związkach i sensie życia i śmierci mój szwedzki jest nieco zbyt kulawy;
  • chcę uzyskać pewność, że ktoś zrozumie mnie w jakiejś ważnej sprawie – zazwyczaj chodzi o odpowiedzialność w pracy;
  • inna ważna sprawa musi być przedyskutowana szybko i sprawnie, tak aby żadna ze stron nie pomyliła się w dalszych działaniach;
  • …lub po prostu w towarzystwie znajdują się osoby nie mówiące po szwedzku i kultura nakazuje włączenie je do rozmowy.

A DOBRZE ZNASZ TEN SZWEDZKI?

Dobre pytanie, które powinnam stawiać sobie praktycznie codziennie. Zawsze utrzymywałam, że moja znajomość szwedzkiego formowała się bardzo nierównomiernie – moje rozumienie ze słuchu znacznie przewyższa czytanie, zaś o mówieniu na głos przed wyjazdem w ogóle nie mogło być mowy. Zdarza mi się otrzymywać informacje zwrotne o zabarwieniu w zasadzie zawsze pozytywnym (w najgorszym wypadku neutralnym), choć chciałabym wspomnieć o zjawisku komplementów przyznawanych bardzo, bardzo na wyrost, które także słyszę. Ich podstawową wadą jest to, że bardzo zakłócają ogólny obraz feedbacku, który winien być raczej szczery i złożony zarówno z pochwał, jak i wskazania ZAWSZE obecnych niedociągnięć. Ludzie mają chyba różne rozumienie słowa ‚płynny’, gdyż ja swojego szwedzkiego bym z pewnością tak nie określiła. Jest wciąż bardzo wiele relatywnie prostych tematów, na które nie potrafię porozmawiać, przy jednoczesnej znajomości pojedynczych słów wykraczających poza mój ogólny poziom. Ważne jest zatem, by nie budować swojej samooceny językowej na zbyt małej liczbie ‚ocen’.

CO DALEJ…

Trzecia (ostatnia) część cyklu powstanie już po moim powrocie (o którym w tej chwili nie umiem myśleć bez wszechogarniającego smutku), gdzie postaram się podsumować moje półroczne doświadczenie od strony wyłącznie językowej. Póki co, wracam do świata książek, kawy, piwa i napojów energetycznych. Hej då!


Zobacz także…
Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje przedwyjazdowe
Jak ujarzmić szwedzkie samogłoski?
Szwedzkie plateau boli najbardziej
SWEDEX: luźne przemyślenia

Garść informacji na temat akcentu

wymowaGdy zaczynamy naukę, języka prędzej czy później musimy się zmierzyć ze smutną prawdą, że niestety nasz akcent odbiega dość znacznie od tego, który prezentują native speakerzy. Ale spokojnie – nie oznacza to wcale, że jesteśmy skazani na niepowodzenie i już nie mamy szans – wręcz przeciwnie – akcent nie jest czymś stałym. Artykuł oparłam na najbardziej rozpowszechnionym akcencie języka angielskiego –  brytyjskim, ponieważ najwięcej z Was ma z nim styczność. Z tego tekstu dowiecie się, jak pracować nad swoim akcentem, co zrobić, by go definitywnie zmienić oraz jakie angielskie słowa sprawiają trudności osobom, które uczą się angielskiego jako L2. Zaczynamy!

Co nazywamy akcentem? Jest to sposób, w jaki brzmimy, gdy produkujemy dźwięki. Akcent towarzyszy nam zawsze, po prostu nie da się mówić bez akcentu. Skoro jesteśmy na niego skazani, to jak sobie z nim poradzić, gdy przeszkadza nam w nauce L2? Bazujemy na angielskim, więc wyobraźcie sobie Hindusa mówiącego po angielsku – coś Wam się nasuwa na myśl? Azjaci z zasady zupełnie inaczej rozróżniają dźwięki, więc produkcja języka mówionego w ich wykonaniu czasem wydaje się dość dziwna. Absolutnie nie chcę nikogo obrażać ani wyśmiewać – chcę tylko powiedzieć, że każdy akcent jest specyficzny. Oczywiście dużo łatwiej by było, gdyby w każdym języku istniały te same reguły fonetyczne i podobne dźwięki, wtedy nie mówilibyśmy już o silnym akcencie, ale za to wszyscy brzmieliby tak samo. Akcent podczas nauki L2 wynika z faktu, że każdy język ma pewien zestaw dźwięków, które wykorzystuje do budowy słów. Dźwięki te w różnych językach nie pokrywają się ze sobą: bywa, że albo są podobne, albo nie istnieją w naszym języku ojczystym – opcji jest bardzo dużo. Niemniej jednak główny problem polega nie na samym występowaniu tych dźwięków, ale na naszej pracy, którą wkładamy w ich produkcję. To od realizacji dźwięków zależy, z jakim akcentem mówimy.

Tutaj warto lepiej  przyjrzeć się tym różnicom językowym. Powszechnie znany fakt – w japońskim nie ma rozróżnienia pomiędzy dźwiękami l i r – więc wyobraźmy sobie, ile nauki i pracy musi włożyć mieszkaniec Kraju Kwitnącej Wiśni, żeby usłyszeć różnicę pomiędzy słowami light i right. Z kolei w języku francuskim nie istnieje krótkie i, które występuje w angielskim słowie ship. Dlatego też rozróżnianie słów typu ship i sheep przychodzi Francuzom bardzo ciężko. Co więc słyszy Francuz w zdaniu I took a ship to the island? – "zabrałem owcę na wyspę" lub "popłynąłem (statkiem) na wyspę". Wystarczy inaczej wypowiedzieć jedno słowo, a zmieniamy sens całego zdania.

Kolejny ważna rzecz  – speakers are lazy. Myślę, że każdy z tym się zgadza – mówimy szybko, skracamy, maksymalnie upraszczamy po to, żeby było nam łatwiej. Dlatego też, nawet gdy uczymy się angielskiego, to z tym naszym akcentem bywa różnie. Czasem uważamy, że "słówka i parę czasów" wystarczą, by mówić; nie zastanawiamy się jednak nad tym, jak brzmimy – ważne, że w ogóle się odzywamy 😉 Oczywiście nie jest to regułą. Nie uważacie jednak, że zbyt mały nacisk kładzie się na pracę nad akcentem? Moim zdaniem w naszym kraju niestety wciąż to kuleje, przede wszystkim w szkolnictwie.

Wracając do akcentu – jeśli chodzi o angielski, przeważnie dążymy do standardu RP. Received Pronounciation (czy też BBC English) jest uważane za odmianę bardzo prestiżową i kojarzone jest z angielskim oksfordzkim. Chyba najlepszym przykładem osoby mówiącej RP English jest Sir David Attenborough, który ma rewelacyjny głos, możecie go posłuchać w tym miejscu. Polecam do tego jeszcze jeden link: jeżeli klikniecie tutaj, macie okazję porównać sobie akcent amerykański i brytyjski.
Jednak pozostaje pytanie – jak mówić tak jak Sir David? Tutaj można powiedzieć tylko, że practice makes perfect. Poniżej prezentuję Wam kilka sposobów na to, jak polepszyć swoją wymowę – są to uniwersalne rady, dla każdego języka.

  1. Pokochaj audio!
    Osłuchanie się z językiem jest kluczem do nabycia dobrego akcentu. Samo słuchanie nie wystarczy, trzeba się starać imitować dźwięki po to, by zbliżyć się jak najbardziej do akcentu native’a – filmy bez dubbingu i napisów, audiobooki, podcasty, radio – słowem wszystkie chwyty dozwolone.
  2. Naśladuj.
    Kiedy już usłyszysz dźwięk, staraj się go powtórzyć, zachowując oryginalny akcent i melodię zdania. Początki mogą być trudne, ale nie zniechęcaj się – to naprawdę bardzo pomaga.
  3. Nagraj się.
    To chyba najważniejsza rzecz – jeżeli mówimy zdanie w obcym języku prawie zawsze wydaje nam się, że dobrze akcentujemy. Wystarczy się nagrać i nagle okazuje się, że usłyszymy zupełnie inny (obcy ;)) głos, który brzmi dziwnie. O wiele lepiej jest przesłuchać swoje własne nagranie i porównać je na przykład z fragmentem audiobooka, żeby dostrzec swoje ewentualne błędy lub niedociągnięcia – naprawdę polecam!
  4. Mów!
    Nic tak nie przybliża nas do biegłości językowej jak właśnie rozmowa. Ćwicz konwersacje jak najczęściej, staraj się rozmawiać z osobami, dla których dany język jest również L2, skup się na ich akcencie i porównuj go z oryginałem. Zwróć uwagę, jak inne osoby realizują trudne dla Ciebie dźwięki i jaki to ma wpływ na odbiór ich wypowiedzi.
  5. Myśl w L2.
    Ogromnym błędem uczących się języka obcego jest to, że nie starają się myśleć w języku obcym. Jak to działa? Taka osoba układa sobie w głowie zdanie, które po polsku brzmi świetnie i stylistycznie powala na kolana – strofa w stylu „Pana Tadeusza” – i zaczyna się orka. Tłumaczy sobie słowo po słowie, d o s ł o w n i e, bez żadnego zastanowienia, czy taki wyraz ma zastosowanie w języku obcym w tym konkretnym kontekście. To nigdy nie wychodzi dobrze, stąd gorąca prośba – myślmy w L2 – mniejszy wysiłek, a zyskujemy o wiele więcej.
  6. Powtarzaj i zapamiętuj.
    Niestety słowa mają tendencję do ulatywania z pamięci, a szkoda by było wszystkiego zapomnieć. Staraj się, ucząc się nowych słówek, zwracać uwagę na ich poprawną wymowę i ćwiczyć ją, a potem powtarzać. To bardzo ważny element pracy z językiem, nie wolno go pomijać.
  7. Metoda indywidualności.
    Tutaj tak naprawdę chcę zwrócić uwagę na to, że za każdym razem należy sprawdzać wymowę słówka. Przykład z angielskiego – skoro znamy słowo table, to jak przeczytamy comfortable? Niestety kierując się analogią, popełnić możemy klasyczny błąd. Czyli każde słówko ma swoją unikatową wymowę i tego się trzymamy.

Angielska fonetyka to rzecz dość złożona, pełna zasad i wyjątków, ale naprawdę warto się chwilę zastanowić nad tym, jak mówimy i dlaczego akurat tak. Poniżej dołączam listę słów, które najczęściej wypowiadamy błędnie (lub inaczej niż powinniśmy).

  • Zaczynamy od wiewiórki – squirrel – głoska r średnio nam tutaj wychodzi.
  • Podobnie jest ze słowem rural – sekwencja spółgłoska-samogłoska-spółgłoska nas tu pokonują.
  • I ważne słowo – often – wymawia się bez głoski /t/ w środku.
  • Podobnie ze słowem climb – końcowe /b/ jest nieme.
  • Moje ulubione to słowo pojazd – vehicle – też mamy z tym trudności.

Bez względu na to, czy podczas nauki angielskiego wybieramy odmianę brytyjską czy amerykańską, ważne jest, by co chwilę tego nie zmieniać, tylko systematycznie doskonalić wybrany akcent. Mieszanie akcentów w wypowiedzi brzmi dość dziwacznie.

Niezależnie od tego, jakiego języka się aktualnie uczycie, zawsze starajcie się zwracać uwagę na wymowę i reguły fonetyczne. Bez tego ciężko będzie Wam osiągnąć biegłość na miarę C2.

Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje przedwyjazdowe

Ilustracja autorstwa Ilon Wikland

Ilustracja autorstwa Ilon Wikland

W nadchodzącym roku uda mi się spełnić jedno z moich największych marzeń – spotka mnie bowiem szansa zamieszkania w Szwecji na pięć długo-krótkich miesięcy. Jako samouk języka szwedzkiego nie zamierzam ukrywać, że przygoda tego typu przemawia do mnie głównie pod kątem językowym, choć narzędziem do osiągnięcia tego celu okazały się studia – wszak sam wyjazd to nic innego jak wymiana studencka, honorowana na kierunku, który z filologią nie ma wiele wspólnego. Biorąc pod uwagę fakt, iż językiem wykładowym będzie angielski, zaś uczelniani współtowarzysze będą najpewniej stanowić mieszankę kultur całego świata, mogę mieć niemały kłopot z realizacją zamierzonego planu, jakim jest maksymalne wykorzystanie języka szwedzkiego w praktyce.

Zacznijmy jednak od tego, co potencjalnie działa na moją korzyść.

swedenDialekt. Jadę do miasta zwanego Örebro, położonego około 200 kilometrów od Sztokholmu. Region Szwecji, do którego należy Örebro, nosi nazwę Närke i nie graniczy z obszarem przypisanym stolicy. Poszukując informacji na temat osobliwości fonetycznych właściwych mieszkańcom Närke, korzystałam z solidnie opracowanej, głosowej encyklopedii szwedzkich dialektów, którą serdecznie polecam wszystkim pasjonatom. Ten przypisany mieszkańcom Stora Mellösa, osadzie należącej administracyjnie do Örebro, nie wydaje się być słuchowym wyzwaniem, choć faktycznie nie jest to standard sztokholmski, do którego przyzwyczaiły mnie podręczniki. Należy także pamiętać, że większe ośrodki miejskie przyciągają zazwyczaj osoby z różnych części Szwecji, więc niewykluczone, że w samym miejscu tymczasowego zamieszkania będę musiała zmagać się z wymową w jakiś sposób ujednoliconą. Zawsze mogło być gorzej, sądząc chociażby po wysłuchaniu przykładów z północnej części kraju.

Moje nastawienie. Jestem dość kontaktową osobą, a nieśmiałość to prawdopodobnie ostatnia cecha, jaką mogłabym sobie przypisać. Myślę, że z moją asertywnością także nie jest najgorzej i będę umiała zakomunikować, że NIE chcę przechodzić na angielski, nawet jeśli dzięki temu zrozumiemy się sprawniej.

Dlaczego jednak w ogóle przewiduję jakiekolwiek problemy na drodze realizacji moich szwedzkojęzycznych ambicji?

BO SZWEDZI TO I TAMTO…

Bo nie lubią nieznajomych. Bo nie patrzą w oczy. Bo są mało otwarci, a fakt, że ktoś uczy się ich języka, wcale im nie imponuje. Bo świetnie znają angielski i nie widzą powodu, by słuchać łamanego szwedzkiego w rozmowie z obcokrajowcem.

orebroDo wszelkich stwierdzeń przemawiających za teorią „osobowości narodu” zawsze pochodziłam z dużą rezerwą. Nie przepadam za generalizowaniem, choć z drugiej strony mówi się, że wyjątki stanowią tylko potwierdzenie reguły. Nie lubię też obrastać w takie uogólnione stwierdzenia mając za sobą kosmicznie niewielki czas spędzony poza granicami Polski, ba, a może i nawet własnego pokoju.

Trudno jednak powstrzymać się od zwerbalizowania kilku wstępnych obserwacji, jakie poczyniłam na Szwedach napotkanych w Internecie, bądź też na krajoznawczych wyprawach. Wykorzystam także wypowiedzi samych Szwedów, jakie zdołałam z nich wydusić na pewnym forum.

1. Polak uczący się szwedzkiego nie jest niczym szokującym, w końcu Polska jest zamorskim sąsiadem północy, zaś mgliste pojęcie Szwedów o Polsce każe zakładać, iż kontakty dyplomatyczne i handlowe są z nami możliwe. Co ciekawe, jedyny cień zdziwienia naszym zapałem do nauki szwedzkiego wywołuje u nich sam kontrast "zasięgowy" naszych języków: kraj 38-milionowy vs (tu cytat) "mniejsza i węższa" (polemizowałabym), 9-milionowa Szwecja.

2. Nie widzą w nas chyba typowego imigranta. Jeden z rozmówców wyraził nawet pewnego rodzaju obawę, iż "gdybyś przyjechała do Szwecji, władze gminy najprawdopodobniej wepchnęłyby cię na kurs szwedzkiego dla przybyszów z trzeciego świata". Co zaś jeśli nie mam woli, lub/i możliwości osiedlić się w kraju wikingów?…

3. …nie cały naród jednym głosem mówi – oczywiste jest, że pozytywne lub nawet na wpół entuzjastyczne reakcje na swoją walkę ze szwedzkim uzyskacie wśród społeczności, która sama języki obce lubi i kibicuje każdemu, kto je zgłębia.

4. Lecz nawet to nie wystarczy, by usidlić swojego "darmowego native speakera". Trudnościom w poszukiwaniu partnerów językowych w Internecie poświęciliśmy na Woofli już dwa artykuły, z których jeden wyszedł spod mojego pióra. Mając je w pamięci, trudno stwierdzić, czy chodzi o zjawiska tam opisane, czy o mentalność konkretnego narodu. Szwedzka ortografia bywa zwodnicza, nie wspominając o wymowie, tak więc jestem w stanie wyobrazić sobie, jak męcząca musi być rozmowa z osobą początkującą. Nawet wtedy, gdy myślałam, że nagranie siebie samej czytającej po szwedzku i wysłanie jej koledze zza morza nie wywoła zgorszenia, jego odpowiedź i tak zdołała wprawić mnie w osłupienie. "Wow! Brzmisz jak ktoś z Norrland!" (wiecie, ten dziwny akcent pół-Szwedów, pół-reniferów). Norrland? Mój boże, nigdy nie miałam takiego zamiaru. Czy to znaczy, że mówię niewyraźnie?

Wygląda na to, że generalizowanie tylko oddala nas od celu. Smagając się metaforycznym batem, wychodzić będę z prostego założenia: im lepiej będę mówić, tym bardziej zachęcę obcokrajowca i do pochwał i do wspólnych ćwiczeń konwersacyjnych.

Internet to jednak miejsce wyjątkowe, a rozpoczęcie z kimś znajomości jawi się bezsprzecznie jako mniej stresujące, niż w świecie realnym. Fizyczne przebywanie w Królestwie Szwecji (zwłaszcza na międzynarodowej wymianie) nie sprawi, że każdy Sven i Elsa będą lecieć do nas jak pszczoły do miodu.

Jakkolwiek stalkersko i przerażająco to brzmi, jedyne rozwiązanie upatruję w znalezieniu sobie szwedzkiej koleżanki lub kolegi na długo przed wyjazdem, oczywiście w celu budowania znajomości i podsycania wzajemnego zainteresowania sobą aż do dnia spotkania na uczelni. Jak? Chyba niestety w formie anonsu zamieszczonego wszędzie tam, gdzie w Internecie zrzeszają się studenci rzeczonego uniwersytetu. Opcję tę poleciłabym zarówno tym, którzy z pewnością siebie nie mają problemów, jak i ludziom w sytuacji odwrotnej.

Warto także zorientować się w działaniach podejmowanych przez lokalną Erasmus Student Network – jest to organizacja, która w Polsce (niestety nie wiem, jakie jeszcze państwa trudnią się czymś podobnym) realizuje chociażby program Mentor, polegający na swoistym "zaadoptowaniu" zagranicznego studenta przez osobę miejscową. "Opiekun" ten ma za zadanie ułatwić nowo przybyłemu zaaklimatyzowanie się w obcej dla niego kulturowo i językowo rzeczywistości. 

Na koniec (zgodna z tematem artykułu) anegdota z mojej wycieczki promem, obsługiwanym wyłącznie przez szwedzkojęzycznych pracowników. Była to w zasadzie pierwsza szansa przyszpanowania przed "nejtiwem", co prawda w obrębie słownictwa rybno-ziemniaczanego, ale zawsze. Stojąc w kolejce do wydawania posiłku, razem z moją mamą (nieznającą angielskiego ani szwedzkiego), starałam się dostrzec imię stojącego za ladą dżentelmena, aby upewnić się, czy jest on Szwedem z krwi i kości. Widząc na jego plakietce "Lukas" oraz słysząc szwedzki z jego ust wiedziałam już, że to mój wielki moment. Poprosiłam zatem o łososia, gryząc się w język za każdym razem, gdy nasuwały mi się zwroty brytyjskie. Wybór ziemniaczków okazał się nieco bardziej skomplikowany, bowiem restauracja oferowała opcję gotowaną i przypiekaną. "Które chcesz, mamo?" – spytałam pospiesznie. "Powiedz mu, że gotowane!" – usłyszałam. Zaraz ci powiem, Lukasie – pomyślałam z dumą, kiedy to rzeczony młodzieniec zabrał głos, używając całkiem niezłej polszczyzny: "Dla pani gotowane, tak?".

Tak właśnie kończą się dobre chęci.

Zobacz też:
Szwedzkie plateau boli najbardziej
SWEDEX: luźne przemyślenia
Po jakiemu uczyć się szwedzkiego?
Czy język szwedzki jest trudny

5 języków słowiańskich, o których nigdy nie słyszeliście – (2/5) kajkawski

100_7535

Kościół św. Marka w Šestine pod Zagrzebiem

W naszym cyklu poświęconym niszowej słowiańszczyźnie opuścimy dziś granice Niemiec (nie będziemy bowiem mówić w tym cyklu o językach łużyckich, które, choć nie mogą się poszczycić sporą liczbą użytkowników, posiadają oficjalny status) i udamy się na dłuższą chwilę do północnej Chorwacji, bo właśnie tam znajduje się kolebka drugiego języka, o którym chciałbym opowiedzieć. Sam artykuł będzie też swego rodzaju rozliczeniem z przeszłością – starsi czytelnicy "Świata Języków Obcych" pamiętają zapewne, że cztery lata temu wyjechałem na krótko do Zagrzebia (zahaczając przy okazję o Macedonię, co zaowocowało dwoma wpisami na temat tamtejszego języka). Były wielkie plany, by poważnie zająć się chorwackimi dialektami, a zwłaszcza stołeczną gwarą i napisać na ten temat serię artykułów, które z różnych powodów się nie urzeczywistniły. Czas więc nadrobić zaległości i jednocześnie uzupełnić parę luk we wcześniejszych wpisach o językach byłej Jugosławii.

Na Woofli wielokrotnie już pisaliśmy, że różnica pomiędzy językiem a dialektem jest bardzo płynna i nierzadko większe znaczenie na tym polu odgrywają względy polityczno-historyczne niż językowe. Obszar byłej Jugosławii dostarcza nam w tej materii wielu paradoksów. Jesteśmy przyzwyczajeni do sytuacji, w której na skutek dominacji jednego z dialektów formuje się jeden język standardowy. W Chorwacji mamy sytuację całkiem odwrotną – wskutek zawirowań politycznych na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat z jednego dialektu oficjalnie wyodrębniły się aż cztery języki (serbski, chorwacki, bośniacki, czarnogórski). Sam standard chorwacki z powodów politycznych został paradoksalnie oparty na najbardziej serbskim wariancie – gdy w XIX wieku popularne wśród południowych Słowian były tendencje zjednoczeniowe ojciec języka chorwackiego Ljudevit Gaj poszedł dokładnie tą samą drogą co jego serbski odpowiednik Vuk Karadžić, dzięki czemu powstał faktycznie jeden język, kompletnie ignorujący fakt istnienia peryferyjnych dialektów, które, co warto zaznaczyć, miały już na swoim koncie bogaty dorobek literacki. Gdyby historia potoczyła się trochę inaczej moglibyśmy mieć dziś do czynienia z trzema rzeczywiście różniącymi się językami – w zamian mamy cztery, które, choć faktycznie bliźniaczo podobne, ze względów czysto politycznych niekiedy na siłę usiłuje się zmieniać w celu odróżnienia od pozostałych. Jak się mają natomiast dialekty, które mimo wyraźnych cech odrębnych nie stały się podstawą jakiegokolwiek języka urzędowego? Jak wygląda przede wszystkim sytuacja kajkawszczyzny, która od wieków była rodzimą mową mieszkańców Zagrzebia i okolic (to co dziś nazywamy językiem chorwackim przyszło do Zagrzebia faktycznie dopiero na przełomie XIX i XX wieku)?

karta_Kajkavski_jezík.jpg

Współczesny zasięg kajkawszczyzny. Źródło: zvirek.net

Na początek scenka z zagrzebskiego życia codziennego – wchodząc do kuchni witały mnie niemal zawsze dwie rzeczy. Pierwszą była nadająca bez przerwy lokalna rozgłośnia radiowa, w której pomiędzy utworami biesiadnymi a reklamami regularnie emitowano hasło "Radio Kaj za kajkavski kraj". Drugą był nasz współlokator, pochodzący z Zagorja Damir, którego chorwacki standard był gęsto ubarwiony lokalnym dialektem (wszechobecne "kaj" czy "kužiš" to tylko najbardziej oczywiste przykłady) i trochę czasu minęło zanim w pełni dostroiłem się do jego sposobu wyrażania samego siebie. Jako osoba rozmiłowana we wszelkiego rodzaju różnicach dialektalnych, ale jednocześnie też zupełnie świadoma ich stopniowego zaniku, z pewną rezerwą podchodziłem do danych mówiących o przewadze dialektu kajkawskiego w okolicach Zagrzebia. Miłym zaskoczeniem był dla mnie więc fakt, że mnóstwo elementów tegoż było rzeczywiście wykorzystywanych w codziennej mowie mieszkańców stolicy. Usłyszenie natomiast partykuły pytającej "što" użytej przez kogokolwiek miejscowego graniczyło niemal z cudem. Bo w Zagrzebiu niepodzielnie panuje "kaj". Im dalej na północ, w kierunku Varaždina, tym mowa tubylców ma mniej cech wspólnych z językiem urzędowym. Inna jest też mentalność, architektura – przeciętnemu Polakowi Chorwacja kojarzy się przede wszystkim z dalmatyńskim wybrzeżem oraz wyspami, podczas gdy tak naprawdę jest to strasznie zróżnicowany kulturowo kraj i wiele razy odnosiłem wrażenie, że jego poszczególne poszczególne części składowe zwyczajnie do siebie nie pasują i tylko przypadek sprawił, iż dziś połączone są w jeden organizm państwowy. Przebywając na Zagorju, które jest bastionem kajkawszczyzny i rozmawiając z miejscowymi bez problemu można wyczuć poczucie odrębności oraz lokalną dumę z bycia najbardziej ułożoną, gospodarną i najchłodniejszą w kontaktach międzyludzkich społecznością w Chorwacji. Kulturowo jest Zagorcom znacznie bliżej do Słoweńców, Austriaków czy Węgrów niż do swoich nadmorskich pobratymców. W samej kajkawszczyźnie znajduje się zresztą mnóstwo zapożyczeń z niemieckiego i węgierskiego, a z racji pokrewieństwa niektórym gwarom bliżej do języka słoweńskiego niż chorwackiego (kolejny z serii jugosłowiańskich paradoksów).

100_7659

Rynek w Varaždinie

Historia samego języka (celowo używam terminów zamiennie, bo jak zaraz się okaże, ciężko o jednoznaczność w tym temacie) kajkawskiego jest równie ciekawa. Jedna z ciekawszych hipotez mówi, iż przed przybyciem plemion madziarskich na tereny Wielkiej Niziny Panońskiej ludność ją zamieszkująca używała dialektów kajkawskich oraz wchodzących dziś w skład grupy zachodniosłowiańskiej słowackich, które do początków X wieku rozwijały się obok siebie zachowując do dziś zresztą wiele cech wspólnych (o tych szerzej pod koniec artykułu). Jak już wspomniałem w poprzednim artykule, pojawienie się Węgrów poważnie zachwiało światem słowiańskim i doprowadziło do tego, iż grupa zachodnia i południowa zaczęły się rozwijać całkiem niezależnie od siebie. Zamieszkujący obecne tereny Węgier ludność słowiańska z czasem przyjęła język najeźdźców, a niedobitki przetrwały na Słowacji i na Zagorju. Panowanie węgierskie, które od 1526 było równoznaczne z panowaniem dynastii Habsburgów w ogromnej mierze wpłynęło na pogłębianie różnicy pomiędzy kajkawszczyzną, a sąsiednimi dialektami czakawskim i sztokawskim. Kajkawcy nigdy nie zaznali niewoli tureckiej i, podobnie jak Polacy, pielęgnowali mit obrońców Europy przed muzułmanami – daremnie więc szukać w ich mowie tureckich zapożyczeń, tak szeroko rozpowszechnionych we wszystkich językach opartych na dialekcie sztokawskim. Długi dystans dzielił też Kajkawców od Adriatyku, co jednocześnie spowodowało brak elementów pochodzenia włoskiego, których jest mnóstwo w czakawskich gwarach Dalmacji oraz Istrii. Zapożyczano natomiast głównie z niemieckiego i węgierskiego.

100_7004

Trg bana Jelačića w Zagrzebiu

Po kajkawsku od połowy XVI wieku również pisano przez co zdawał się on być na dobrej drodze do wyewoluowania w nowoczesny język urzędowy. Stało się jednak inaczej. W XIX wieku dostrzegano odrębność kajkawskich dialektów, ale językoznawcom bardzo ciężko było jednoznacznie określić do czego najłatwiej je przyporządkować. Osobom znającym chorwacki polecam krótką pracę Mijo Lončarića pt. "Kajkavsko narječje u svjetlu dosadašnjih pručavanja", gdzie problem opisany jest znacznie szerzej – tutaj postaram się streścić kilka panujących ówcześnie poglądów na temat językowej przynależności kajkawszczyzny:
a) kajkawski wraz ze słoweńskim jako język chorwacki w opozycji do serbskiego, który zawierał dialekty czakawskie i sztokawskie
b) kajkawski wchodzący w skład języka słoweńskiego (zwolennikiem tego poglądu był ojciec języka słoweńskiego Jernej Kopitar)
c) kajkawski i/lub czakawski jako język chorwacki w opozycji do sztokawskiego, który uważany był za język serbski
d) kajkawski wchodzący w skład szeroko rozumianego języka serbsko-chorwackiego, ostatecznie opartego wyłącznie na dialektach sztokawskich (zwolennikiem tej opcji był Ljudevit Gaj i z czasem większość chorwackich językoznawców)
Wygrała opcja ostatnia, język chorwacki został oparty na dialektach sztokawskich przejmując bardzo niewiele z kajkawskiej leksyki. Następne lata były okresem stopniowej degradacji kajkawszczyzny i ekspansji dialektu sztokawskiego, który szerzył się zwłaszcza w ośrodkach miejskich za sprawą masowej migracji zarobkowej z terenów Slawonii, Dalmacji czy Bośnii. Paradoksalnie dopiero ostatnimi laty podejmuje się, w dużej mierze sztuczne, próby przeładowania języka oficjalnego peryferyjnymi wyrazami celem powiększenia dystansu do języka serbskiego – dialekty kajkawskie świetnie się akurat do tej roli nadają, bo, w odróżnieniu od wszystkich pozostałych, z Serbią nie miały na przestrzeni wieków zasadniczo nic wspólnego i dysponują sporym arsenałem sobie tylko właściwych zwrotów.

100_7560

Samobor

Jak wygląda i brzmi język kajkawski? W odróżnieniu od przedstawionego w poprzednim odcinku języka połabskiego możemy się tu pokusić o znacznie ciekawsze przykłady niż "Ojcze nasz". Bardzo ciekawą stroną, na której można znaleźć masę materiałów poświęconych kajkawszczyźnie (zarówno po kajkawsku i angielsku) jest zvirek.net, gdzie znajdziemy zarówno dzieła literackie, artykuły naukowe jak i krótkie prezentacje na temat cech odróżniających język kajkawski od chorwackiego – w tych ostatnich ogromny nacisk jest położony m.in. na podobieństwa języka kajkawskiego do języków zachodniosłowiańskich:
– w kajkawskim zachowane zostały dyftongi "uo, oa, ie": kaj. duogi – pl. długi – chorw. dugi
– w kajkawskim istnieją tylką długie formy przymiotników podobnie jak w zachodniej słowiańszczyźnie
– w kajkawskim nie ma zamiany spółgłosek k,g,h na c,z,s w odmianie rzeczowników: kaj. oblak – oblaki, słow. oblak – oblaky, chorw. oblak – oblaci
– podobnie jak w czeskim "v-" znajduje się przed "u" i "o" na początku: vugurek, vuho, vulica
– w kajkawskim tworzy się tak samo czas przyszły: kaj. ja bu(de)m čital, pl. ja będę czytał, hr. ja ću čitati
– rzeczowniki rodzaju męskiego w dopełniaczu liczby mnogiej kończą się na "-ov": kaj. jezikov, pl. języków, chorw. jezika
– rzeczowniki rodzaju żeńskiego w dopełniaczu liczby mnogiej tracą sufiks: kaj. krav, pl. krów, chorw. krava
– jer przeszedł w "e" zamiast "a": kaj. den, veter, pekel – słow. den, vietor, peklo – chorw. dan, vjetar, pakao
Zdecydowanie inna jest też kajkawska wymowa, która w pewnym stopniu przypomina pod względem ruchomego akcentowania język rosyjski. Najlepszym przykładem jest film chorwackiej telewizji o gwarach kajkawskich w gminie Dubravica – narracja jest oczywiście w standardowym chorwackim, ale warto posłuchać od 7 minuty krótki fragment czytany po kajkawsku.

Do zagłębiania się w tematykę dialektalną oczywiście jak zwykle gorąco zachęcam – czasem zdaje się to być z czysto praktycznej perspektywy mało przydatne, ale w rzeczywistości pozwala nam lepiej zrozumieć rzeczywistość, w której się znajdujemy, łatwiej wniknąć w mikroświat tubylców i choć przez chwilę żyć jak oni, czerpiąc z danego miejsca znacznie więcej niż jest to dane zwykłemu turyście. Zachęcam też do wizyty w Zagrzebiu i okolicach – nie ma tam plaży, słońca, ludzie są bardzo zdystansowani (zwłaszcza gdy porówna się ich z pozostałymi narodami zamieszkującymi Bałkany), ale jest to naprawdę ciekawy region z malowniczymi miasteczkami i wzgórzami oraz austro-węgierskimi tradycjami, który można polubić.

Cykl "5 języków słowiańskich, o których nie słyszeliście":

1/5 – język połabski

Podobne artykuły:
O dwóch legendarnych słowiańskich literach
Dlaczego serbski? Dlaczego chorwacki?
W jakim języku się mówi w byłej Jugosławii?
Język macedoński w praktyce
Macedoński – wstęp i z czego się uczyłem przez ostatni miesiąc

[MN6] Zaczynając naukę języka, wpierw określ sobie cel i ‚obszar’ działania*

W kolejnym cyklu artykułów chciałbym przedstawić swoją metodę samodzielnej nauki języków obcych. Nim jednak przejdę do opisu konkretnych wskazówek metodologicznych, które mam nadzieję, że zainteresują Czytelników, uważam, że warto poświęcić nieco miejsca aspektom o charakterze bardziej ogólnym, lecz nie mniej ważnym, a właściwie będącym fundamentem. Poniszy artykuł jest również moją odpowiedzią na pytanie postawione przez Piotra tj. –  "Od czego zacząć naukę języka obcego?".

Zaczynając coś, określ sobie cel działania

(* Tytuł artykułu jest aluzją do jednego z rozdziałów  – " Zaczynając coś, określ sobie cel działania" z książki Sean'a Covey'a "The 7 Habits of Highly Effective Teens"; z jej polskiej wersji językowej pochodzi powyższy obrazek.)


„Mieć wzniosłe ambicje i dążenia, (…) jasną wiedzę i myśli – wszystko to zależy ode mnie. Dlatego też człowiek szlachetny szanuje to, co jest w jego własnej mocy (…), z każdym dniem idzie do przodu (…)”.

Xunzi


Sformułowanie celu

Żeglarze nigdy nie wpisują do dziennika pokładowego portu przeznaczenia zanim w nim nie zacumują, jednakże takie asekuranctwo, w przypadku nauki języków obcych, już na starcie zmniejsza szansę na osiągnięcie ‘sukcesu’. Jeśli nie zdefiniuje się celu, to siłą rzeczy nie da się go zrealizować.

Ludzie mają zwykle dwa powody, dla których coś robią: jeden prawdziwy i jeden, który dobrze brzmi.”

John Pierpont Morgan

Niekiedy chęć nauczenia się języka, będąca wynikiem pewnego rodzaju, dramatycznego ‚odkrycia’,  jest jedynie środkiem do ‚wyższego celu’, jak choćby  w przypadku bohaterów literackich: Edmunda Dantèsa ("Hrabia Monte Christo") czy Martina Edena. W pierwszym wypadku jest nim chęć zemsty, w drugim natomiast – stania się godnym kobiety z wyższej sfery.

"Mądry wybiera właściwy moment. Po czym używa całej swojej siły, póki nie ukończy zadania nie odpoczywa w południe, ani u schyłku życia."

Konfucjusz

W życiu realnym (nie)stety (?) rzadko doświadczamy tak emocjonalnego wpływu na chęć samodzielnej edukacji językowej.

Pamiętajmy również, że największą frajdą jest samo dążenie do celu. Jego osiągnięcie zwykle nie daje już tyle satysfakcji. Niemniej jednak jest do dobry punkt do postawienia przed sobą kolejnych, jeszcze bardziej ambitnych wyzwań.

"Gdzie to koniec tego pędu? Gdzie koniec sławy, siły, potęgi? – Nie masz go wcale…"

Książę Jeremi Wiśniowiecki

Henryk Sienkiewicz; "Ogniem i mieczem"


Mój cel (prawdziwy ?, czy ten, który dobrze brzmi ? 😉 ) 

W przypadku języka kantońskiego swój cel sformułowałem poprzez zaprojektowanie okładki książki, którą, mam nadzieję, że kiedyś będę w stanie uczciwie napisać.

 Jak samemu nauczyć się języka chińskiego - projekt okładki podręcznikaTutaj powstaje jednak pytanie co oznacza pojęcie „nauczyć się języka obcego”. Wydaje się to dosyć mało konkretny cel. Najbardziej skłaniam się ku poniższej definicji:

„W studiach dochodzi się do momentu, w którym zaczyna postępować się zgodnie ze swą wiedzą, i na tym studia się kończy. Jeśli ktoś postępuje zgodnie ze swoją wiedzą, oznacza to, że wszystko zrozumiał do końca, i taki człowiek jest mędrcem. Mędrzec zatem to ten, (…) kto rozróżnia prawdę i fałsz, którego słowa i czyny są jednakie.”

Xunzi


Praktyczne hobby?

Często łapię się jednak na tym, że próbuję, co prawda w  nieśmiały, ale logiczny, sposób usprawiedliwiać swoje hobby,  jakim jest ‘grzebanie się’ w języku kantońskim (i kilku innych). Mógłbym napisać, że uczę się tego języka ze względu na odczuwaną fascynację kulturą starożytnych Chin, chęć sprzeciwu wobec komunizmu i łamania praw człowieka, uwielbiam filmy i samą postać Bruce’a Lee, chcę mieć poczucie, że chronię pewne dziedzictwo kulturowe i podać jeszcze milion innych powodów: np.: że kantoński jest prestiżowym językiem biznesu południowo – wschodniej Azji, najbardziej popularnym również wśród (potomków) chińskich emigrantów rozsianych po całym świecie, kluczem do zrozumienia wielu zjawisk lingwistycznych, doskonałym poligonem do testowania metod mnemotechnicznych …ale to wszystko nieprawda.

 „(…) w każdym hobby nie o to chodzi i wszyscy hobbyści popełniają ciągle ten sam błąd: starają się (…) wytłumaczyć swe hobby z punktu widzenia praktyczności, zamiast się przyznać, że zastosowanie tego zamiłowania nie ma w praktyce absolutnie żadnego znaczenia. Oczywiście hobby może być praktyczne, (..) ale (…) tylko przy okazji (…) bo (…) hobby jest niczym innym jak ucieczką od rzeczywistości. Relaksem psychicznym. Oddaniem sprawom właśnie niepraktycznym, nieprzynoszącym dochodów, niepotrzebnym gospodarce narodowej i zawadzającym w domu.

A także pochłaniającym czas. (…) hobby pochłania czas, wciąga i angażuje (…) mózg. Hobbyści jako normalni ludzie nawykli do celowości działania na każdym kroku, wszystkimi siłami starają się usprawiedliwić te swoje niepraktyczne działania i robią to zupełnie niepotrzebnie, bo jedynym celem praktycznym [hobby] (…) jest właśnie (…) cudowna, ożywcza niepraktyczność, która daje efekt na wskroś praktyczny: pozwala odpocząć od codziennego działania praktycznego.”(…)

 Jacek Fedorowicz; „W zasadzie ciąg dalszy” (1978)

Nie wiem jak te, nico ironiczne, słowa odbierają Czytelnicy, ale moim zdaniem jest w nich dużo, choć może nieco ‚wstydliwej’, prawdy.


Wybór języka

„Kto chce iść jednocześnie dwiema drogami, nie dojdzie nigdzie (…)”.

 Xunzi

Aby jednak zawęzić pole działania do rozsądnych rozmiarów warto z pełną świadomością, przekonaniem i premedytacją zdecydować się na jeden język (a jeśli azjatycki, to w jednym systemie znaków). Poniżej przedstawiłem moją ścieżkę selekcji wynikającą z zainteresowań, dostępności materiałów edukacyjnych, potencjalnej użyteczności, subiektywnego ‘piękna’ fonii i grafii języka oraz … chęci pójścia pod prąd.

Wybór:

  1. języka ‚narodowego’: koreański, wietnamski, japoński, chiński v
  2. grupy języków: 官guan (mandaryński), 吳wu, 贛gan, 湘xiang, 閩min, 客家hakka, 粵yue (kantoński) v
  3. grupy dialektów: yue hai v, si yi, gao lei, qin lian, gui nan
  4. standardu miasta: Kanton (廣州), Hong Kong (香港)v
  5. formy graficznej; znaki: tradycyjne v, uproszczone

Zgubny poliglotyzm

Moim zdaniem naukę każdego kolejnego ‚nowego’ języka warto zaczynać dopiero wtedy, gdy dobrniemy z poprzednim(i) do jakiegoś mierzalnego poziomu. Nie chodzi tu o zdobycie certyfikatu, ‚wystarczy’ choćby gruntowne przerobienie dobrego podręcznika. Lepiej domknąć jedno zagadnienie, nim ‘rozgrzebie’ się kolejne. Nie oznacza to, że nie warto uczyć się kilku języków jednocześnie, warto, o ile pozostałe doprowadziliśmy uprzednio do pewnego poziomu.

Choć to sprawy pozornie oczywiste, to muszę jednak przyznać, że wielokrotnie, z opłakanym skutkiem, łamałem tę zasadę. Taki jest niestety rezultat zbytniej lingwistycznej ‘ciekawości’ i poczucia znużenia wałkowaniem języka, do którego nauki nie ma się przekonania. Problem potęgują wyrzuty sumienia, że przecież poświęciliśmy już na naukę kilku języków trochę czasu i pieniędzy, i bez większego przekonania miotamy się między nimi „dzięki” czemu nie jesteśmy w stanie opanować żadnego z nich na średnim choćby poziomie. Każdy znamy trochę, ale za mało, by coś z tym zrobić. Wydaje mi się, że panaceum na taką sytuację jest myśl zawarta w prostych słowach Yody (mistrza Jedi z Gwiezdnych Wojen):

 „Rób, albo nie rób. Nie próbuj.”

Yoda

Nie masz przekonania do jakiegoś języka, to nie trać czasu na jego naukę. Jeśli nie jesteś pewien / pewna, którego języka (z kilku potencjalnie możliwych lub już ‚rozbabranych’) chcesz się uczyć to, po prostu nie ma znaczenia, który wybierzesz, ale ważne, żeby to był jeden.

"(…) w którą stronę mam pójść?

-Zależy to w dużym stopniu od tego, w którą stronę zechcesz pojść – powiedział Kot.

-Nie zależy mi na tym, w którą… – powiedziała Alicja.

-Więc nie ma znaczenia, w którą stronę pójdziesz. (…)"

Lewis Carroll; "Przygody Alicji w Krainie Czarów"


Niezależnie od tego jak nasz cel zostanie sformułowany, jego realizacja będzie wiązała się z opanowaniem umiejętności (czytania, pisania, mówienia, rozumienia ze słuchu, tłumaczenia) bazujących na zapamiętywaniu. Jednak do tego potrzebna nam jest metoda – metoda odpowiadającą naszym predyspozycjom (o czym już wspominał Piotr) i … mam wrażenie, że często wynikająca z naszych, niemających związku z językami, zainteresowań z dzieciństwa, o czym napiszę w bardziej odległej przyszłości.


Hasło przewodnie mojej metody

Aby nauczyć się czegokolwiek istotna jest koegzystencja trzech czynników: motywacji, czasu i metody. Jeśli metoda jest skuteczna, to potrzeba mniej czasu na dostrzeżenie efektów swoich działań, a co za tym idzie rośnie motywacja do dalszej nauki. Podstawowa idea mojego sposobu uczenia się polega na tym, by nie zmarnować niczego na co JUŻ poświęciłem uwagę, a hasło przewodnie mogłoby brzmieć „Lepiej mniej, ale lepiej” gdyby nie było wcześniej zarezerwowane przez… Włodzimierza Lenina 😉 (tytuł manifestu politycznego – Лучше меньше, да лучше [Łuczsze mieńsze, da łuczsze]).

W kolejnym artykule odpowiem na, wpisujace się w powyższą ‚sentencję’, pytanie: "Jak, z głową, wybierać materiały do nauki tak, aby nie męczyć się … bez potrzeby?"


Na koniec przestroga dla wszystkich maniakalnie uczących się czegokolwiek, (nie tylko języków):

(…) hobby jest niebezpieczne i wciąga. Potrafi wciągnąć tak dalece, że stopniowo zastąpi nam świat realny i stanie się czymś żywo przypominającym narkomanię, tyle, że zdrowszym dla organizmu, ale za to zgubnym dla naszych działań realnych”.

 Jacek Fedorowicz; „W zasadzie ciąg dalszy” (1978)

 

Zobacz również:

Od czego zacząć naukę języka obcego?

Ilu języków tak naprawdę potrzebujesz?

Jakiego języka warto się uczyć?

Języki egzotyczne – jak, gdzie i czy warto?

Chcesz być wiecznie młody i zdrowy? Ucz się języków.

A nie mylą Ci się te języki?

Po naszemu… czyli kilka słów o gwarach wielkopolskich

"Cudze chwalicie, swojego nie znacie" – coś podobnego (na pewno nie był to dokładnie przytoczony tu związek frazeologiczny) powiedział mi kiedyś dziadek, kiedy będąc dzieckiem wychwalałem pod niebiosa spędzanie wakacji poza Polską. Od małego przejawiałem głęboką fascynację czymś obcym, ale ciężko było mi dostrzec piękno rzeczy znajdujących się tuż obok. Nie inaczej było w przypadku języków – o ile te obce interesowały mnie zawsze w mniejszym lub większym stopniu, o tyle ten ojczysty był dla mnie czymś powszednim, co w żadnym razie mnie nie pociągało. Zresztą nie jestem chyba odosobnionym przypadkiem – w artykułach autorstwa różnych miłośników języków obcych próżno szukać jakichkolwiek informacji o naszej ojczystej mowie. Szkoda, bo kto jak nie my jest w stanie o niej najwięcej powiedzieć? Ja polonistą nigdy nie byłem i prawdopodobnie nie będę, chciałbym jednak mimo to poświęcić dziś trochę miejsca odmianie języka polskiego używanej w miejscu, w którym spędziłem moje dzieciństwo, czyli w Szamotułach leżących 30 kilometrów na północny zachód od Poznania.

Na co dzień zupełnie nie zastanawiamy się nad faktem rozbicia dialektalnego języka polskiego. Nic zresztą w tym dziwnego – lata telewizyjnej propagandy spowodowały, że dziś w naszym państwie niepodzielnie króluje literacki standard, natomiast resztki czegoś co nazywamy dialektami można usłyszeć przeważnie jedynie w audycjach poświęconych jakimś umierającym tradycjom. Czasem naprawdę zazdroszczę Niemcom albo Włochom – w tych państwach dialekty faktycznie są czymś żywym, spełniają do dziś funkcję znacznie wykraczającą poza sferę folkloru i często ich używanie jest nawet powodem do dumy. Znacznie większy jest też ich wpływ na użycie języka standardowego – inaczej w Hochdeutschu mówi ktoś urodzony w Saksonii, Bawarii czy Fryzji. W Polsce dialekty zostały niestety zmarginalizowane – owszem są pewne wyjątki, jak kaszubski czy śląski, co do kwestii uznania których za osobne języki do dziś trwają poważne spory. Każdy też pewnie przynajmniej raz w życiu miał okazję usłyszeć charakterystyczny zaśpiew osób pochodzących z Podlasia, czy mowę tatrzańskich górali. Tym niemniej są to nieliczne wyjątki na polskiej mapie językowej – przeważnie tego co pozostało z neigdysiejszych dialektów trzeba uważnie szukać. Jak to wygląda w przypadku Wielkopolski?

dialekty_polskie

Dialekty języka polskiego. Źródło: www.dialektologia.uw.edu.pl

 

Wielkopolska wymowa
Powyższa mapa ukazuje, że wielkopolski jest najbardziej wysuniętym na zachód ze wszystkich polskich dialektów. Historia regionu miała niebagatelny wpływ na rozwój słownictwa i frazeologii – lata kontaktów z Niemcami (w XIX i na początku XX wieku w miasta, z których wywodzi się moja rodzina zjawisko dwujęzyczności było czymś naturalnym) spowodowały, że ilość germanizmów jest porównywalna z gwarami śląskimi czy kaszubskimi. Brak też w dialekcie wielkopolskim zaśpiewu znanego ze wschodnich regionów naszego państwa. Melodia (zwłaszcza w pytaniach) jest charakterystyczna, ale oszczędzę jej opisu. Zdarza się nam też wymówić dość specyficznie niektóre głoski: przeważnie liczbę "33" wymawiamy jako "czydzieści czy". W repertuarze samogłosek posiadamy na przykład długie "a" znane z niektórych dialektów niemieckich przez co przymiotnik "biała" często brzmi bardziej jak "bioło". Z tym dźwiękiem miałem kiedyś poważny problem w szkole, bo myślałem, iż wyraz "czasami" pisze się "czosami" (bo tak go faktycznie wymawiałem). Oprócz tego bywa, że inaczej wymawiane są samogłoski nosowe: "ę" wymawiamy jak "yn", a "ą" jak "un" (ksiunżka). Nierzadko występuje zjawisko podobne do języka kaszubskiego polegające na wymawianiu "o" jako "ue", "uy" lub "uo" (po kaszubsku oznaczane jako "ò") – w tradycyjnej gwarze mamy więc nie "okno" ale "uekno" (osoby z zacięciem slawistycznym mogą to sobie porównać z ukraińskim "вікно"). Z racji, iż nastąpiła w ciągu ostatnich lat znaczna standardyzacja języka powyższe różnice ciężko uznać obecnie za regułę. Przeważnie dotyczą one jedynie osób w starszym wieku – tak czy inaczej, jeśli ktoś się wychował w Wielkopolsce to musiał przynajmniej raz w życiu się o nie obić.

wuchta_wiary

Wielkopolskie słownictwo
Trochę lepiej niż charakterystyczna wymowa ma się natomiast gwarowe słownictwo, które, szczególnie ostatnimi czasy stało się wyznacznikiem bycia Wielkopolaninem. Jest ono na tyle rozpowszechnione w życiu codziennym, że przyswajają je nawet studenci, którzy przyjeżdżają studiować do Poznania z innych regionów Polski. Na odmienność używanego przeze mnie słownictwa zwróciło moją uwagę przede wszystkszypa,im częste obcowanie z osobami spoza Wielkopolski, kiedy zdarzało mi się powiedzieć coś czego nikt w towarzystwie nie rozumiał. Kto z Was potrafi wyjaśnić co znaczą takie wyrażenia jak: stetrany, bana, łe jery, pa to tej, klunkry, chynchy, plyndze, ajntopf, pamperek, bejmy, barzy gorzy, bimba, tej, korbol, wiara (nie w Boga), haferfloki, pyry, na szagę, fertyś, kejter, szlauch, bamber, fifny, tytka, szczun, wuchta, giry, szplejty ? Jeśli pochodzicie z okolic Poznania to zapewne połowę z nich rozpoznacie bez problemów. Bonus mają też osoby znające niemiecki, z którego pozostało w naszej gwarze sporo naleciałości (m.in. "to nie idzie" = "das geht nicht"). Wyrazy takie jak pyry czy tej stały się symbolem Wielkopolski i zdają się być powszechnie znane (niewiele osób zdaje sobie jednak sprawę z tego, że tej jest tak naprawdę jedynym swojego rodzaju archaizmem – jest to po prostu zaimek osobowy 2 osoby l.poj. ("ty") w formie wołacza), reszta słów jest natomiast dla większości osób spoza regionu zapewne zagadką – odpowiedzi dla osób ciekawskich mogę naturalnie udzielić w komentarzach.

Źródła i słowniki gwary wielkopolskiej
Gwara jest oczywiście językiem żywym i niesłychanie ciężko jest jej używać, kiedy żyje się od niej z dala. Osoby zainteresowane tematem są jednak w stanie znaleźć całkiem sporo opracowań, jakie są w stanie przekazać więcej informacji niż mój artykuł, który z racji swojego charakteru może mieć jedynie charakter czysto opisowy. Trzy z nich chciałbym polecić na początek. Pierwszą książką na temat gwary poznańskiej, jaką miałem okazję nabyć był "Słownik gwary poznańskiej. Z naszego na polski. Z polskiego na nasze" Waldemara Wierzby. Autor miał okazję odwiedzić niegdyś bibliotekę w Szamotułach i stałem się dzięki szczęśliwym posiadaczem egzemplarzu z dedykacją autora. Nakładem wydawnictwa PWN ukazał się też "Słownik gwary miejskiej Poznania", którego hasła dostępne są on-line. Osobom natomiast zainteresowanym ogólnie dialektami języka polskiego i różnicami pomiędzy poszczególnymi wariantami polecam "Dialekty i gwary polskie. Kompendium internetowe". Na stronie można znaleźć masę interesujących rzeczy – od szczegółowych językoznawczy map po nagrania opowiadań ludzi zamieszkujących rozmaite regiony naszego kraju, które jak nic innego pokazują dawną różnorodność dialektalną języka polskiego. Różnorodność, jaka w dużej mierze już zanikła i najprawdopodobniej nigdy nie da się jej odbudować. Nadal jednak mamy pozostałości gwarowe, które są częścią naszej tradycji i nadal są żywe, mimo tego, iż przez ostatnie kilkadziesiąt lat wmawiano nam, że gwara to coś gorszego, czego należy się pozbyć, z czego nie można być dumnym. Zatrzymajmy się więc czasem i poświęćmy trochę uwagi czemuś w czym tak naprawdę byli zakorzenieni nasi dziadkowie, rodzice, a w ogromnym stopniu również my. Gwara to część każdego z nas i tylko my jesteśmy w stanie sprawić, że przeżyje przez następne pokolenia.

Podobne artykuły:
Język kaszubski – nowe źródła
Najbardziej zagrożony język w Polsce – wilamowski
Słownik polsko-kaszubski jest dostępny
Język kaszubski – jedyny język regionalny w Polsce
Języki regionalne Francji – oksytański

Języki regionalne Francji – Alzacki

 

 W związku z moim zeszłorocznym pobytem we Francji powstało trochę tekstów, które początkowo miały się znaleźć na nowej stronie poświęconej szeroko rozumianym podróżom. Ostatnimi czasy jednak doszliśmy z moją dziewczyną do wniosku, że ciężko pogodzić wszystkie obowiązki i na kolejnego bloga niestety nie starczy czasu. W poczekalni czeka więc mnóstwo artykułów podróżniczych i nie tylko. Nie byłbym bowiem sobą, gdybym nie stworzył tekstów opisujących obecną sytuację językową we Francji. Dlatego też w najbliższym czasie na blogu pojawią się artykuły o dialekcie pikardyjskim, językach bretońskim, baskijskim oraz dwóch wariantach oksytańskiego. Na początek jednak wybierzemy się do regionu leżącego na granicy niemiecko-francuskiej zwanego Alzacją, gdzie kilkadziesiąt tysięcy ludzi ciągle włada germańskim dialektem znanym powszechnie jako język alzacki.
„Und jetzt fahren wir nach Strassburg.” – powiedziałem naszemu kierowcy. „Strasbourg” – poprawił mnie nieznajomy, ewidentnie akcentując fakt, iż jest to miasto francuskie i o symbolizowanej przez głoskę „sz” niemieckości nie może być mowy. Wjechawszy jednak do Strasburga trudno nie oprzeć się wrażeniu, że germański duch unosi się nad centrum przynajmniej w takim samym stopniu jak ten europejski nad okolicami  parlamentu i ciężko poczuć, że oto jesteśmy we Francji. Alzacja jest bowiem tworem szczególnym, będącym przez lata obiektem rozgrywek pomiędzy europejskimi mocarstwami, w ciągu ostatnich 150 lat zmieniając przynależność państwową w stopniu podobnym do mieszkańców regionów znacznie nam bliższych.
Flaga Alzacji.

Sam Strasburg był przez długie lata wolnym miastem cesarskim, w którym najwięcej do powiedzenia miały kontrolujące nadreński handel możne rody kupieckie. O bogatej przeszłości świadczą liczne szachulcowe budynki i wznosząca się na głównym placu gotycka katedra – symbole niegdysiejszej wolności zakłóconej przez imperialne zakusy silniejszych sąsiadów. Pierwszym monarchą, który postanowił naruszyć neutralność Strasburga był Ludwik XIV – jego wojska zajęły miasto w roku 1681 i na okres niemalże 200 lat ustanowiły w nim władzę francuską. W 1871 roku na skutek wojny francusko-pruskiej Strasburg został przyłączony do nowo powstałych Niemiec i jako stolica Alzacji-Lotaryngii był w ich składzie aż do końca I wojny światowej. Po abdykacji cesarza Wilhelma II posłowie alzaccy ogłosili niepodległość swojego landu, ta jednak nie była respektowana przez żadną ze stron konfliktu i zachodni brzeg Renu powrócił w granice Francji, by po ponad 20 latach znów stać się ofiarą wojny.

II wojna światowa odcisnęła na mieszkańcach Strasburga szczególnie mocne piętno. Najpierw miasto ewakuowano, a następnie władze III Rzeszy zezwoliły na powrót jedynie mieszkańcom niemieckiego pochodzenia, z których wielu wcielono siłą do nazistowskich sił zbrojnych. „Malgré-nous” (pl. „wbrew nam”), bo tak przyjęło się nazywać Alzatczyków służących wbrew swej woli w Wehrmachcie, ginęli na wszystkich europejskich frontach, a po wojnie na fali propagandy antyniemieckiej bywali oskarżani o kolaborację z okupantem i prześladowani przez władze francuskie. Dla wielu mieszkańców tego regionu stali się oni symbolem alzackiego kryzysu tożsamościowego. Bo trudno jednoznacznie powiedzieć kim są Alzatczycy.
Dwujęzyczna tablica z nazwą ulicy w Colmarze.

Pierwotnym językiem używanym w okolicach Strasburga były dialekty alzackie z grupy alemańskiej przypominające w pewnej mierze szwajcarską odmianę niemieckiego. Od czasów rewolucji francuskiej sytuacja lingwistyczna na tym terenie była idealnym odbiciem politycznej – żadne z państw nie poczuwało się do tego by szanować kulturową odrębność mieszkańców Alzacji, których w zależności od realiów politycznych próbowano wychować na przykładnych Niemców lub Francuzów. W dużej mierze przyczyniło się to do stopniowego wymierania miejscowych dialektów. Dziś na szczęście język alzacki powoli wraca do łask. Na ulicach Colmaru i Strasburga można zobaczyć alzackie nazwy ulic, na wsiach zakładane są dwujęzyczne szkoły, a charakterystyczne Winstubezdają się być najpopularniejszymi lokalami w okolicy. Wszystko to jednak jest zaledwie cieniem tego, czym było kiedyś.

Plakat z lat 50. nawołujący do nauki języka alzackiego.

Co dwa lata w alzackiej wsi Ohlungen odbywa się festiwal kultury alzackiej „Summerlied”, na który ściągają ludzie z całego regionu, żeby pobawić się przy dźwiękach ludowej muzyki, popijając Meteora  i zajadając Flammkueche, czyli miejscowe piwo oraz coś na kształt pizzy. Dzięki znajomościom Haliny mieliśmy zaszczyt stać się gośćmi specjalnymi tej imprezy, podczas której można było poczuć zupełnie inne, niefrancuskie oblicze Francji. Do Ohlungen zjechali wykonawcy z rozmaitych regionów Francji, w których tradycyjnie używa się innych języków. Obok Alzatczyków mieliśmy więc również okazję zobaczyć Bretończyków i korsykański zespół I Muvrini. Łatwo było wyczuć atmosferę wzajemnej współpracy na rzecz zachowania dorobku tych tradycyjnych społeczności. Wśród miejscowych kramów znalazło się nawet miejsce dla osób rozdających broszury informujące o panującym we Francji totalitaryzmie językowym oraz wzywające do obrony tożsamości regionalnej. I rzeczywiście trudno nie oprzeć się wrażeniu, że o ile rewolucja francuska wprowadziła nową jakość jeśli chodzi o równość ludzi bez względu na ich pochodzenie, o tyle wprawiła w ruch machinę dążącą do całkowitej unifikacji kraju pod względem lingwistycznym. Ci którzy się owym zabiegom oparli dziś są już w znaczącej mniejszości, a Alzatczycy, mimo stosunkowo niewielkiej liczebności, zdają się być jedną z grup najlepiej zorganizowanych. Lata romanizacji zrobiły jednak swoje.

Alzatczycy w strojach ludowych pod katedrą w Strasburgu.

Jean-Pierre jest członkiem Rady Języka Alzackiego i mieliśmy z nim okazję porozmawiać na temat sytuacji dialektów we współczesnej Francji. Z jednej strony alzacki nie jest już kojarzony z kolaboracją, można się go uczyć w szkołach i nietrudno go usłyszeć nawet na ulicach dużych miast, które w pozostałych regionach Francji są w pełni zromanizowane (konia z rzędem temu, kto w Rennes usłyszy bretoński).  Z drugiej natomiast pojawiają się liczne trudności, które stoją na przeszkodzie dalszemu rozwojowi tego języka. Alzacja jest bardzo zróżnicowana dialektalnie i fakt, iż dwie osoby z różnych części tego regionu mówią w germańskim dialekcie wcale nie musi oznaczać, iż się rozumieją. Trudno natomiast utworzyć ogólnie przyjętą zestandaryzowaną wersję, bo siłą rzeczy musiałaby ona faworyzować mieszkańców któregoś z pobliskich miast. Kolejnym wielkim problemem jest używanie języka tradycyjnego przez dzieci i młodzież – cóż z tego, że uczą się go w szkole, kiedy na podwórku go nigdy nie używają i przekazanie go potomkom zdaje się być w takiej sytuacji bardzo wątpliwe. Przechodzenie w takiej sytuacji na znacznie atrakcyjniejszy francuski jest kwestią naturalną. Nawet w samym języku alzackim zwroty tak podstawowe jak „dzień dobry”, „dziękuję”, „proszę” zostały całkowicie zapożyczone z francuskiego, a ich germańskie odpowiedniki są według naszego znajomego jedynie archaizmami, których nikt już nie używa.  Innym niezwykle interesującym zjawiskiem jest używanie w konwersacji Alzatczyków dwóch bądź trzech (w przypadku gdy dana osoba zna jeszcze Hochdeutsch) języków jednocześnie. Dla wielu mieszkańców tego regionu rzeczą normalną jest opowiadanie o czymś po francusku, by tuż za chwilę przejść na dialekt alzacki i dokończyć swój wywód po niemiecku. Jest to coś niesamowitego i jednocześnie obrazującego faktyczną multikulturowość Alzatczyków.

Pisana wersja dialektu alzackiego jest względnie zrozumiała, przynajmniej dla osób znających niemiecki. Na jednym z plakatów nawołujących do nauki alzackiego dziecko pyta się dziadka po francusku "Grand-père, pourquoi n'y a-t-il plus de cigognes en Alsace?" ("Dziadku, dlaczego już nie ma bocianów w Alzacji?"). Dziadek natomiast, i to już polecam sobie wszystkim osobom niemieckojęzycznym samemu przetłumaczyć, odpowiada: "Weisch bue, wenn d'Stoerick uewers Elsass flieje, heere se uewerall Franzeesch reede, dann meine se, sie wäre noch nit ankumme un flieje widdersch."

Podobne posty:

Macedoński – wstęp i z czego się uczyłem przez ostatni miesiąc

Czasu na napisanie dwóch artykułów na pewno nie starczy (bo we wrześniu raczej go nie będzie), więc postanowiłem w jednym zmieścić tyle informacji, aby każdy był zadowolony. Zarówno ci, których interesuje wyłącznie to jak się uczyć języków obcych, jak i ci zainteresowani językową różnorodnością w ogóle. Tematem będzie język macedoński, trochę informacji o jego historii, jego pokrewieństwie z bułgarskim i serbskim oraz kilka „wyznań” na temat tego jak się go uczyłem przez ostatni miesiąc. Zaczynajmy!
Wcześniej pisałem już trochę o sytuacji językowej w byłej Jugosławii i tym dlaczego warto uczyć się serbskiego. Jedynymi językami uznawanymi obecnie za urzędowe w republikach byłej Jugosławii, których wcześniej nie tknąłem były słoweński i macedoński. O obydwu miałem pojęcie raczej mgliste i zapewne niewiele w tym względzie by się zmieniło, gdyby nie seria mniej lub bardziej losowych zdarzeń, które spowodowały, że w ostatnim czasie jeden z nich znajdował się w centrum moich językowych zainteresowań.
Szczerze mówiąc trudno pisać o macedońskim i Macedonii krótko – przy czym nie mam tu na myśli jakichś romantycznych uniesień na temat tamtejszego krajobrazu, ale to, że temat jest bardzo skomplikowany i dla kogoś nie zaznajomionego z historią Bałkanów dość trudny. Proszę też osoby bardziej zorientowane w temacie o to, by nie pisały, że potraktowałem rys historyczny po macoszemu, bo doskonale zdaję sobie z tego sprawę – w tej kwestii łatwiej byłoby mi napisać referat na kilkadziesiąt stron niż streszczenie na jedną. Jeśli kiedyś założę stronę poświęconą szeroko rozumianym Bałkanom, co zresztą mam w planach, to postaram się ten temat należycie rozwinąć. Żeby dokładniej zrozumieć istotę problemu nawet laik jednak musi sobie zdać sprawę z tego, że w starożytności istniało państwo o wdzięcznej nazwie Macedonia, na którego czele któregoś dnia stanął Aleksander Wielki. Aż do VII wieku był to region w ogromnej części zamieszkały przez Greków i miejscową ludność, która uległa w mniejszym lub większym stopniu hellenizacji (przede wszystkim Ilirów i Traków). Następnie przybyli na te ziemie Słowianie, którzy zachwiali demograficzną strukturą owego regionu do tego stopnia, że pod koniec XIX wieku każde państwo graniczące z Macedonią uznawało jej mieszkańców za Bułgarów, Greków lub Serbów, w zależności od tego czy była to opinia Sofii, Aten czy Belgradu. By sytuacja była ciekawsza miejscowa ludność zaczęła zauważać swoją odrębność i określać się jak Macedończycy, a cała kraina wchodziła w skład Imperium Osmańskiego. Nie czas teraz oczywiście na dokładne opowiedzenie historii walk Macedończyków o swoją odrębność. Myślę jednak, że sam ten szybki przekrój ukazuje złożoność problemu. 
Macedonia jako państwo i Macedonia jako historyczna kraina – źródło: Wikipedia
Sam język macedoński należy do języków południowosłowiańskich i historycznie jest on najbliższy temu, co nazywamy staro-cerkiewno-słowiańskim, który oparty był na słowiańskich dialektach z okolic Salonik (tudzież Sołunia, bo tak to miasto po słowiańsku się nazywa). Paradoksalnie jednak jest to język dość młody, przynajmniej pod względem jego kodyfikacji i uznania międzynarodowego.  Macedoński nie był bowiem aż do lat 40. XX wieku (kiedy to został językiem urzędowym w socjalistycznej Jugosłowiańskiej Republice Macedonii) powszechnie uznawany za osobny twór, a i dziś budzi spore kontrowersje. Według Bułgarów chociażby jest to jeden z bułgarskich dialektów, a nie samodzielny język – mój pogląd w tej sprawie jeszcze przedstawię. Jeszcze inne spojrzenie na kwestię językową mają Grecy, którzy nie przyjmują do wiadomości nazwy „macedoński” używając w jej miejsce terminu „słowiano-macedoński” (gr. slavomakedoniki glossa – Σλαβομακεδονική γλώσσα).  Jest to jeden z elementów, które wchodzą w skład szerszego konfliktu pomiędzy Grecją a Macedonią dotyczącego nazewnictwa i symboliki używanej w tej byłej republice jugosłowiańskiej. Między innymi dlatego Macedonia na forum międzynarodowym musi obecnie używać nazwy FYROM (Była Jugosłowiańska Republika Macedonii), bo nazwa Macedonia według Greków odnosi się przede wszystkim do historycznej krainy oraz do obszarów, których stolicą są Saloniki. Tyle w skrócie. 
Czy macedoński ma prawo być osobnym językiem?
Najpierw powiem, że samo pytanie uważam za głupie, ale niestety czasem warto zadać głupie pytanie, żeby sprawa była bardziej przejrzysta. Moim zdaniem różnica między osobnymi dialektami a językami jest bardzo płynna. Jako przykład zawsze lubię podawać Niemcy i Jugosławię. W Niemczech mamy oficjalnie jeden język niemiecki rozbity na kilka nawzajem niezrozumiałych dialektów. Jeśli ktoś w to nie wierzy to polecam sobie obejrzeć kiedyś jakieś regionalne szwajcarskie programy w telewizji 3sat i spróbować zrozumieć tamtejsze dialekty – z reguły dla ułatwienia na dole ekranu są podawane napisy w Hochdeutschu. Podobnie ma się sprawa ze wspominanym już na tym blogu językiem dolnoniemieckim (Plattdeutsch), któremu nierzadko bliżej do niderlandzkiego. Pytanie zresztą, czy gdyby historia się potoczyła inaczej nie uznawalibyśmy niderlandzkiego za kolejny dialekt? Z drugiej strony mamy natomiast Jugosławię, gdzie aktualnie istnieją oficjalnie przynajmniej 4 języki pochodzące od serbsko-chorwackiego, które są niemal identyczne, a ich użytkownicy bez problemu się nawzajem rozumieją.
Mając zatem na uwadze poglądy bułgarskich językoznawców spojrzałem na macedoński głównie pod tym względem i doszedłem do wniosków dość zadziwiających. Otóż odnoszę wrażenie, iż mam do czynienia z jakąś przedziwną bułgarsko-serbską mieszanką – gramatyka jest bardzo podobna do bułgarskiej (uproszczona deklinacja, bogata koniugacja i rozwinięte czasy), natomiast słownictwo jest tak podobne do serbskiego, że od dnia pierwszego nie miałem większego problemu z czytaniem jakichkolwiek tekstów. Przy czym czytanie było o tyle zabawne, że rozumiałem większość przekazu, ale trafiały się czasem słowa tak pospolite jak „nawet” (mac. дури), których nie rozumiałem, bo były jednymi z niewielu wyrazów akurat charakterystycznych dla języka macedońskiego. Różnice leksykalne pomiędzy bułgarskim a macedońskim są jednak widoczne gołym okiem i o ile mówiony macedoński rozumiem w całkiem niezłym stopniu, o tyle bułgarski jest dla mnie niemal czarną magią. W języku pisanym różnica jest mniejsza, ale nadal dzięki znajomości serbskiego widzę spore różnice pomiędzy obydwoma językami w niemal każdym aspekcie. Na pewno są one znacznie większe niż pomiędzy serbskim a chorwackim.
Chciałem jeszcze napisać o rzeczach, które mnie zaskoczyły jako Polaka, który zaczął się uczyć macedońskiego, bo trochę ich było, ale zauważam, że długość tego artykułu zaczyna być już trochę przytłaczająca, a obiecałem jeszcze dodać coś dla ludzi zainteresowanych stricte nauką języka.
Jak się więc zabrać do nauki języka od zera? Jak się uczyłem macedońskiego?
Po pierwsze trzeba mieć motywację, bo bez tego daleko się nie zajedzie. Ja mimo tego, że kocham się uczyć kolejnych języków i faktycznie motywację mam, biorąc pod uwagę, że do końca września będę tego języka musiał używać, to nie zawsze byłem w stanie znaleźć chwilę czasu by go szkolić. Nie wierzę więc, by ktokolwiek bez motywacji był w stanie się języka nauczyć. Jeśli natomiast masz motywację, to naprawdę niewiele potrzeba by rozpocząć swoją „językową wyprawę”.  Tu nie są potrzebne żadne magiczne sztuczki, specjalne techniki – tak naprawdę wszystko potrafi zastąpić czas i skupienie. W celu nauki macedońskiego zgromadziłem w sumie trzy rzeczy:
1. podręcznik – „Macedonian. A course for beginning and intermediate students” autorstwa Christiny Kramer, naprawdę świetna książka, która okazuje się nieocenionym towarzyszem podróży po odmętach tego języka. Wiem, że niektórzy lansują naukę języka bez gramatyki itp., czego absolutnie nie neguję – jeśli komuś to odpowiada to tym lepiej dla niego. Ja osobiście gramatykę na swój sposób lubię i nie wyobrażam sobie nauki bez użycia choćby najprostszego podręcznika. Sam podręcznik posiada jeszcze nagrania audio, co jest moim zdaniem jednym z musów (nawet jeśli nagrania są kiepskiej jakości).
2. coś do czytania – bo ile można czytać dialogi, w których Branko narzeka, że chciałby mieć psa. O źródła czytane jest względnie łatwo w dobie Internetu, jako że każda licząca się gazeta ma stronę internetową. Jedną z nich jest Нова Македонија – http://www.novamakedonija.com.mk/. Do tego postanowiłem od czasu do czasu czytać artykuły o interesujących mnie rzeczach z macedońskiej Wikipedii – swoją drogą szczególnie ciekawe jest porównywanie tych samych artykułów w wersjach macedońskiej, bułgarskiej i greckiej.
3. coś do słuchania – tu mój wybór padł na Radio77 – http://www.kanal77.com.mk/ .
4. zeszyt do pisania i usta do mówienia – bo lubię przepisywać wszystkie dialogi i niezrozumiałe słowa/zdania oraz od czasu do czasu mówić jakieś zdania związane bezpośrednio z moim życiem bądź tłumaczyć z polskiego na język, którego się uczę.
I tyle. Wiem, że ktoś teraz zarzuci mi brak native speakerów. Po pierwsze – szybkość mojego Internetu nie pozwala mi na użytkowanie skype’a, po drugie – będę miał ich niedługo aż w nadmiarze:)
Temat macedońskiego jest oczywiście na tyle szeroki, że jeszcze go znacznie rozwinę w przyszłości. Pomysłów mam bowiem na przynajmniej kilka artykułów, tylko czasu trochę brak i mam świadomość, że nie każdy ma cierpliwość by brnąć przez coś dłuższego niż 8000 znaków. Tak więc myślę, że jeśli artykuł spotka się z pozytywnym odzewem to będę kontynuować te macedońskie sprawozdania.
Podobne posty:

Dialekty języka hiszpańskiego i ich nauka – autor: Piotr

Zawsze uważałem, że w kwestiach, w których sami nie jesteśmy specjalistami powinniśmy oddawać głos innym osobom, które mają trochę więcej do powiedzenia na dany temat. Dlatego też na "Świecie języków obcych" istnieje takie coś jak gościnne artykuły. Kilka miesięcy temu mieliście okazję przeczytać znakomity gościnny artykuł o języku arabskim i o tym jak się go uczyć. Sądząc po komentarzach okazał się to strzał w dziesiątkę. Wiedząc o tym, że sporo osób uczy się, bądź myśli o nauce języka hiszpańskiego (do którego mi na razie, niestety, nie jest zbytnio po drodze) postanowiłem oddać głos koledze Piotrowi, który już niejeden raz przekazywał swoje cenne uwagi w komentarzach do innych artykułów i którego wiedza na temat języków iberoromańskich jest znacznie większa niż moja. Zachęcam więc do przeczytania jego artykułu i do komentarzy!

Za uprzejmością, jak również zachętą ze strony Karola mam przyjemność podzielić się na ramach Jego blogu informacjami na temat dialektów języka hiszpańskiego i kilkoma moimi osobistymi doświadczeniami. Aby artykuł był "czytalny" również dla osób nie uczących się hiszpańskiego rezygnuję w nim ze szczegółowej charakterystyki gramatycznej, fonetycznej i leksykalnej poszczególnych grup dialektów, natomiast osobom zainteresowanym ich nauką spróbuję pod koniec również krótko poradzić i podpowiedzieć.

Język hiszpański zdaje się cieszyć coraz większym zainteresowaniem w naszym kraju. Mimo coraz bogatszego wyboru podręczników możliwości nauki tego bogatego języka wyłącznie na ich podstawie są jednak skromnie ograniczone zaledwie do jednego z wariantów używanych na Półwyspie Iberyjskim. W Polsce bowiem tradycja nakazuje nauczać europejskich dialektów języków obcych, takich jak angielski z Wielkiej Brytanii, lub właśnie hiszpański z Hiszpanii, a nie ich wariantów zamorskich. Przyjrzyjmy się teraz szerzej sytuacji językowej w świecie hiszpańskojęzycznym, w tym również zobaczmy na ile sprawdza się w komunikacji przyjęty w polskim systemie nauczania "standard" z Hiszpanii.

Rodzimi użytkownicy języka hiszpańskiego na świecie. Źródło – wikipedia.org.

Język hiszpański dotarł do Ameryki wraz z jej podbojem przez Hiszpan, począwszy od przełomu wieku XV i XVI. Na początku warto powiedzieć, że kolonizacja Ameryki następowała w większości z południowych regionów Hiszpanii, tj., głównie z Andaluzji. Używany w Hiszpanii standard literacki (jak również ten nauczany w Polsce) oparty jest natomiast na dialektach północnych. Język przeważającej części kolonizatorów od początku się więc różnił, z biegiem czasu w wyniku izolacji od Hiszpanii (i poszczególnych regionów Ameryki od siebie wzajemnie) zmiany się nasilały. Trzeba jednak wyraźnie zauważyć, że od czasów konkwisty język ewoluował po obydwu stronach oceanu i od wieku XVI lub XVII również na Półwyspie Iberyjskim zdążył się zauważalnie zmienić. Co ciekawe, w efekcie czego wiele słów w powszechnej świadomości ludzi uważanych za amerykanizmy, jest tak naprawdę archaizmami, które przetrwały w pewnych regionach Ameryki, a w Hiszpanii już wyszły z użycia, choć dawiej używane były. Podobnie w Hiszpanii nadal używane są słowa, które w Ameryce zdążyły już wyjść z użycia. Dwa etnolekty rozdziera więc zarówno powstawanie nowych, jak i zanikanie użycia dawnych wyrazów i struktur gramatycznych. Po obu stronach oceanu język był też pod wpływem innych języków obcych. Szczególnie interesujące jest to w Ameryce, gdzie wśród kolonizatorów pomiędzy Hiszpanami byli obecni ludzie innych narodowości, a zwłaszcza afrykańscy niewolnicy pochodzący w większości z okolic dzisiejszej Nigerii. W Ameryce kolonizatorzy zmieszali się z lokalną ludnością indiańską. O ile w przypadku brytyjskiego podboju Ameryki powiemy raczej o wyparciu ludności rdzennej na skolonizowanych terenach, takie kompletne wyparcie nie powiodło się Hiszpanom na wielu obszarach położonych bardziej na południe, w mniej korzystnym klimacie. Ludzie czystej "rasy białej" stanowią dziś mniejszość populacji Ameryki Łacińskiej, przeważa natomiast w różnych proporcjach mieszanka "rasy białej" (konkwistadorzy), "czarnej" (niewolnicy) i napotkanych tubylczych. Nawet na obszarach gdzie miejscowa ludność indiańska została doszczętnie wyparta (np. wyspiarska część Karaibów, od której rozpoczęła się konkwista) zachowała się do dziś pewna ilość wyrazów wywodzących się z lokalnie używaych języków. Niektóre z indiańskich i afrykańskich zapożyczeń weszły do ogółu zasobu języka hiszpańskiego (w tym tego z Półwyspu Iberyjskiego), wiele natomiast używanych jest współcześnie jedynie lokalnie na określonych obszarach. Rówież w gramatyce i fonetyce zaznacza się wpływ języków obcych. Wśród języków jakie wywarły wpływ na dialekty amerykańskie można wymienić m.in. język angielski, włoski, yoruba, ogromną liczbę języków lokalnej ludności w tym nahuatl, keczua, aymara, taíno, języki majów. 

Skończmy już przynudnawą część teoretyczną i zobaczmy jak wygląda współczesna sytuacja w języku hiszpańskim w praktyce. Poszczególne dialekty łączy pewien wspólny szkielet gramatyczny i leksykalny, który choć i w dość zasadniczych elementach (typu odmiana czasowników) nieraz się różni pomiędzy dialektami, spaja je w jeden… waham się użyć słowa "język". Na tym zbliżonym do siebie szkielecie wisi jednak nieco zróżnicowane słownictwo i tak dla przykładu w Hiszpanii fasolę nazywają "judía", w Argentynie "poroto", w Republice Dominikany "habichuela", w Wenezuelii "caraota", w Peru "frejol", w Kolumbii "fríjol", a w Meksyku "frijol". Fasolkę szparagową natomiast w Hiszpanii nazywają "judía verde", w Argentynie "chaucha", w Republice Dominikany "guandul", w Wenezuelii i Peru "vainita", w Kolumbii "habichuela", a w Meksyku "ejote". Prawdą jest jednak, że w innych krajach często powtarza się któreś z już powyżej wymienionych słów, lub jest dość podobne i zrozumiałe. Dla nas istotne jest, po pierwsze, na ile sami rodowici użytkownicy języka hiszpańskiego rozumieją słowa z innych regionów, po drugie, na ile istniejące różnice utrudniają komunikację pomiędzy rodowitymi użytkownikami języka i po trzecie, jak duże utrudnienie sprawią osobie uczącej się języka hiszpańskiego jako obcego. Wyrazy nie wchodzące w skład słownictwa potocznego, są zwykle w pewnym stopniu rozumiane na szerszym obszarze, choć nie jest to regułą i tyczy się gł. sąsiadów. Jako jednak, że dochodzi do tego zbliżony "szkielet" języka (czyli większość wypowiadanych słów, choćby mało kluczowych dla przekazu to jednak wspólnych) nie uniemożliwia to komunikacji pomiędzy rodowitymi użytkownikami języka hiszpańskiego z oddalonych obszarów, ale o tym i czy na pewno później. Z pewnością dochodzi do wielu nieporozumień i utrudnień. Celowo dałem przykład fasoli i fasolki szparagowej gdyż zdarzyło mi się właśnie z początku nie porozumieć z pewną dziewczyną z Republiki Dominikany, gdy użyłem słowa "habichuela", które jak widzimy powyżej w Kolumbii oznacza fasolkę szparagową, a w Republice Dominikany zwykłą fasolę, czyli już inne warzywo. Trzeba jedynie dodać, że im język bardziej potoczny, tym różnice leksykalne się nasilają w zasadzie czyniąc dwa dialekty niezrozumiałymi.

Pomiędzy dialektami istnieją również liczne różnice gramatyczne takie jak inne użycie czasów, trybów, przyimków, zaimków, ogólnie różnorodnego rodzaju konstrukcji gramatycznych. Podobnie jak w przypadku słownictwa, różnice nasilają się przechodząc do języka coraz bardziej potocznego lub gwarowego. Również język oficjalny jest w pewnym, choć niewielkim stopniu zróżnicowany gramatycznie, a różnice gramatyczne można odnaleźć już przeglądając prasę.

Niewątpliwie najbardziej skomplikowana do opisania jest kwestia akcentu, oraz wymowy. Sytuacja jest na tyle skomplikowana, że np. w Kolumbii można wyznaczyć kilkanaście lokalnych dialektów o pewnych różnicach gramatycznych, leksykalnych i tak silnych różnicach fonetycznych, to brzmienie jednego Kolumbijczyka może być bardziej podobne do brzmienia mieszkańca Madrytu niż do brzmienia drugiego Kolumbijczyka z innego regionu kraju. Punktem wyjścia jest z jakiego regionu Hiszpanii pochodziła przeważająca część kolonizatorów. O ile słownictwo standardowe w całym kraju będzie wspólne, to jednak cechy silniej gwarowe nie wchodzące w skład języka oficjalnego, jak również kwestie fonetyczne nie układają się zgodnie z granicami państw, a raczej geograficznie. W ten sposób mowa Kolumbijczyka z Barranquilli na wybrzeżu Morza Karaibskiego, bardziej przypomina mowę mieszkańca Panamy, Wenezuelii lub nawet Kuby, czyli innych regionów Karaibów, niż mowę mieszkańca Bogoty w kolumbijskich Andach. Tutaj jako ciekawostę dodam, że znajoma ze wschodniej Kuby powiedziała mi niedawno, że nie potrafi po mowie odróżnić między sobą mieszkańców zachodniej Kuby i mieszkańców Portoryko. Niestety nie jestem dobrze osłuchany z brzmieniem zachodniokubańskim, by oceniać, na ile jest podobne do portorykańskiego (choć możliwe, że faktycznie dostrzegam podobieństwo), jednak jej dość charakterystyczny dla mnie środkowo-wschodniokubański akcent różni się od dominikańskiego (czyli wyspę dalej) lub portorykańskiego (dwie wyspy dalej) dość wyraźnie. W ten więc sposób kwestie fonetyczne są niezwykle złożone lokalnie i np. mieszkańcy Republiki Dominikany też w zasadzie mówią na kilka różnych sposobów. Tutaj w ramach ciekawostki mogę się pochwalić, że na podstwie błędów ortograficznych (w postaci przybliżania zapisu do wymowy, co przez fatalny poziom edukacji na wyspie jest normą) jestem w stanie przybliżyć, z której części Republiki Dominikany jest dziewczyna. Sztuczka opiera się na tym, że w jednych częściach państwa istnieje wyłącznie głoska "l", a w innych wyłącznie "r". Znacznie łatwiej numer powtórzyć jest jednak w Kolumbii, gdzie jak już wspomniałem różnice w wymowie, jak rówież pewne różnice w gramatyce i słownictwie są znacznie większe. Ogólnie trzeba powiedzieć, że wymowa każdego człowieka w pewnym stopniu odbiega od pisma. Różne dialekty charakteryzują się odejściem w różnym stopiu i na odmienne sposoby, dochodzi do tego ogólna różnica w akcencie.

Spróbujmy odpowiedzieć na dwa, jak myślę, podstawowe dla nas pytania, czyli po pierwsze, na ile rodowici użytkownicy języka z różnych regionów się ze sobą dogadują w praktyce, a po drugie, jak przekłada się to na możliwości komunikacyjne osoby uczącej tego języka i trudność jego nauki. To na ile się dogadują osobiście znam najlepiej z relacji Wenezuelki (od m.in. której się uczę), która na pół roku wyjechała do Madrytu. Jak wynika z opowieści po przyjeździe "nic nie rozumiała z tego co mówią". W ciągu tygodni przywykła do nowego akcentu, nowej wymowy i rozumiała normalnie. Opowiadała mi z przykładami jakie to dziwne rzeczy usłyszała w Hiszpanii, kiedy czegoś nie zrozumiała, lub Jej nie zrozumieli. Jako, że ja koncentruję się na wariantach z Jej części Ameryki przyznaję, że sam byłem słuchając tego zaszokowany i też na Jej miejscu bym nie zrozumiał. Z zabawniejszych sytuacji – poszła kiedyś do salonu i interesował Ją telefon LG. Ogłupiała kobieta w salonie rozgląda się i nie może znaleźć takiego telefonu, a to dlatego, że "LG" w Wenezuelii przeliterowują jak po angielsku, tymczasem gdy w Hiszpanii po hiszpańsku. Funkcjonowanie Wenezuelczyka w Madrycie jest możliwe; w ciągu kilku miesięcy Wenezuelczyk nauczy się rozumieć wszystko co istotne, jednocześnie jednak jest nieco utrudnione. Główny problem stanowi język potoczny, czyli dwa wzajemnie niezrozumiałe światy oraz różnice w wymowie i akcencie. W dalszej kolejności liczne różnice w słownictwie standardowym, na końcu pewnie różnice gramatyczne, które choć umiarkowane, również często zmieniają dokładne znaczenie wyrażenia. Poza Hiszpanami, w świecie hiszpańskojęzycznym za szczególnie ciężkich do zrozumienia uchodzą Kubańczycy, czasem Argentyńczycy, choć niektórzy oglądając telenowele są z nimi akurat osłuchani. Ja osobiście słuchając np. piosenki w hiszpańskim z Hiszpanii niby rozumiem, ale nie opuszcza mnie wrażenie, że słucham czegoś po czesku lub w jakimś innym języku obcym. Warto zauważyć, że w świecie hiszpańskojęzycznym nie panuje zgoda w kwesti tego, czy posługują się jednym, czy wieloma różnymi językami. Wśród szczególnie obstających za podziałem języka na kilka są Argentyńczycy, którzy sami przy tym posługują się jednym z bardziej specyficznych etnolektów.

Zanim dojdziemy do tego jakiego dialektu się uczyć i jak to robić, najpierw krótko ich podział. Dialekty można przypisać do kilku szerszych grup:
1. Hiszpania. Hiszpania to ogromna liczba zróżnicowanych gwar, mieszczących się jednak pod wspólnym standardem literackim. Standard ten jest szczególnie specyficzny i odrębny od dialektów zza oceanu. Jak wspomiałem w części historycznej, spośród tych gwar odmiany z Ameryki najbardziej przypomina mowa z Andaluzji.

2. Meksyk. Wariant ten jest spośród amerykańskich najczęściej nauczany i łatwo o podręczniki do niego. Wymowa meksykańska jest względnie prosta do nauki i zrozumienia jako, że spółgłoski są z reguły dość wyraźnie wymawiane, natomiast samogłoski mogą być na pewne sposoby redukowane.
3. Ameryka Środkowa. Dialekty te mają w słownictwie i gramatyce najwięcej cech wspólnych z Meksykiem, z drugiej strony wyraźne są też różnice. Wymowa charakteryzuje się bardzo silnym odejściem od pisma i może sprawiać trudności, w tym przez przekształcenia niektórych spółgłosek. Na język w tym regionie wpływ miały wysoki analfabetyzm, dość silna izolacja, oraz języki rdzenne tych obszarów. Brak materiałów szkoleniowych, relatywnie ciężki dostęp do "żywych materiałów" i native speakerów.
4. Karaiby. Obejmują wyspy Karaibskie, oraz w nieco mniej czystej postaci również karaibskie wybrzeża Ameryki Południowej, Środkowej i Panamę. Wymowa dość podobna do tej z Ameryki Środkowej, liczna redukcja spółgłosek, pewne przekształcenia samogłosek. Jest natomiast różnica w akcencie, który w moim odczuciu może być trudniejszy od środkowoamerykańskiego. Poza tym jest trochę łatwiejszy dostęp do native speakerów i żywych materiałów do nauki, w tym choćby dość ekspansywna w świecie muzyka.
5. Andy. Generalnie podobnie jak Meksyk powinny być względnie proste do nauki. Powinno być łatwo o "żywe materiały", czasem trafiają się w internecie nawet jakieś materiały szkoleniowe.
6. Chile. Ponoć różni się dość znacznie od północnej części łańcucha górskiego, niestety mało o nim wiem. Według mojego osobistego wrażenia trudniejszy od wariantów północnych.

7. Rioplatense, czyli Argentyna, Urugway i Paragwaj. Dialekty te są dość specyficzne, widać m.in. wpływ jezyka włoskiego. Łatwo o "żywe materiały" i native speakerów z Argentyny.

Który z dialektów wybrać do nauki? Jeśli celem nauki jest pomyślne zdanie matury lub zrobienie certyfikatu, to w zasadzie nie ma wyboru i trzeba się uczyć hiszpańskiego z Półwyspu Iberyjskiego. Jeśli jednak uczymy się "dla siebie" i z pasji, mamy wybór. Najłatwiej dostać anglojęzyczne materiały do nauki wariantu z Meksyku. Chcę jednak zaznaczyć, że nauka danego dialektu, podobnie jak ogólnie nauka języka i tak zawsze pozostanie jednak gł. samodzielnym czytaniem źródeł w nim napisanych (typu gazet online, książek), wyłapywaniem słówek, słuchaniem nagrań (choćby lokalnego radia online), czytaniem źródeł lingwistycznych na temat danego dialektu (naprawdę wystarczy internet) i rozmową z rodowitymi użytkownikami danego dialektu (osobiście, lub choćby przez internet). W ten sposób możemy się nauczyć dowolnego dialektu, brak podręczników nie stanowi przeszkody. Jeśli więc kogoś pasjonuje np. Argentyna, nie widzę przeszkód, dlaczego miałby nie spełniać swojej pasji przez naukę tamtego języka. Osobiście sporo koncentrowałem się na Kolumbii i jej okolicach, po pierwsze ze względu na dość znaczną liczbę rodowitych użytkowników, a po drugie i ważniejsze, przez położenie geograficzne mieszają się tam warianty andyjskie, karaibskie i środkowoamerykańskie, dając względnie uniwersalne komunikatywnie połączenie. Chyba jedyną dotąd rzeczą, w której ja i Benny (autor bloga "Fluent in 3 months") się zgadzamy jest wybór wariantu kolumbijskiego, w przypadku, gdy ktoś ma trudności z określeniem się geograficznie, co mu jest potrzebne, lub go interesuje.

Podsumowując zaryzykuję wyciągnąć wniosek, że język hiszpański przez swoje zróżnicowanie geograficzne jest niezwykle trudny, jeśli chcemy go doprowadzić do stanu faktycznej użyteczności. Native speakerzy mają większą od nas wiedzę ogólną i możliwości domyślania się sensu wypowiedzi. My Polacy natomiast musimy się bardzo wiele nauczyć. Wszystkim uczącym się życzę dużo sukcesów i stale narastającej pasji. Piotr

Podobne posty:
Język arabski – MSA, dialekty, od czego zacząć i jak się uczyć – autor: Mahu
Najłatwiejszy język świata
Najtrudniejszy język świata
Jakiego języka warto się uczyć?
Języki egzotyczne – jak, gdzie i czy warto?