język hiszpański

Mini-projekt: walczę z językowymi słabościami!

booksPod tym przydługim tytułem na Wooflę trafia wpis o osobistym charakterze, związany z moim trwającym od dawna zastojem w nauce języków obcych. Zakładam, że o ile taki kryzys u osoby znanej jedynie z kilku wpisów (lub wcale) nie jest dla potencjalnego czytelnika niczym interesującym, to być może niektóre z moich przemyśleń, zastosowanych metod bądź źródeł, na które się powołam, stanie się inspiracją. Jednocześnie ten tekst to publiczne zobowiązanie się do realizacji mini-projektu, a świadomość, że jest on dostępny szerokiemu gronu czytelników, którzy mogliby mnie potem rozliczyć z poczynionych postępów, będzie stanowiła dodatkową motywację do działania.

Mini-projekt językowy – założenia
Zgodnie z nienowym już, ale moim zdaniem bardzo interesującym artykułem na Językowej Oazie, przeprowadzenie językowego projektu, rozumianego jako konkretne zadanie do wykonania w określonym czasie, poświęcone jakiemuś aspektowi nauki języka, stanowi dobrą metodę rozbudzenia na nowo motywacji. A dlaczego zaledwie „mini”? Zależy mi na dobrych rezultatach, ale jednocześnie chciałabym, żeby ten projekt nie jawił się jako przykry obowiązek, i aby czas spędzony na jego realizacji był przyjemny.

Krok po kroku

1. Wybór języka
Obecnie posługuję się na różnym poziomie pięcioma językami obcymi: angielskim, hiszpańskim, portugalskim, włoskim i japońskim. Mój angielski i hiszpański są dość dobre, w nauce portugalskiego i japońskiego miałam dużą przerwę, która znacznie odbiła się na ich poziomie, a mój włoski pozwala na razie na zamówienie kawy w barze czy kupno biletu kolejowego. Początkowy pomysł wybrania trzech lub nawet więcej z nich i przypisania nauki każdego do konkretnego dnia odrzuciłam właściwie od razu – postępy w każdym z języków byłyby zbyt wolne. Poza tym przy tak ambitnym i szeroko zakrojonym planie trudno mówić o projekcie, i łatwo mogłoby znowu dojść do głosu zniechęcenie i poczucie bezsensu. Postanowiłam, że w najbliższym miesiącu stawiam na język hiszpański.

2. Zidentyfikowanie słabych stron
Na początek kilka słów o sprawnościach językowych, które dzielą się na czynne: mówienie i pisanie oraz bierne: słuchanie ze zrozumieniem, oraz czytanie ze zrozumieniem (Europejski System Opisu Kształcenia Językowego dzieli dodatkowo mówienie na interakcję i produkcję). Zgodnie z założeniem celem projektu będzie rozwinięcie w zakresie jednego języka tych sprawności, które do tej pory były u mnie na najniższym poziomie. Bez większego zastanowienia (i ze wstydem) przyznaję, że moją najsłabszą stroną we wszystkich językach obcych jest ta uważana za najważniejszą: mówienie. Nie wiem, czy macie podobne doświadczenia, ale w szkołach, do których uczęszczałam, stawiano raczej na wypełnianie ćwiczeń i rozwiązywanie zadań egzaminacyjnych, nie na konwersacje. Poza tym jestem introwertyczką, a jeśli chodzi o języki, zdecydowanie lepszym teoretykiem niż praktykiem. Lubię językoznawstwo, gramatykę opisową i rozwiązywanie zadań gramatycznych. Najlepszym okresem, jeśli chodzi o mój mówiony hiszpański, był oczywiście pobyt na stypendium Erasmus, ale obecnie ze względów osobistych nie planuję kolejnego wyjazdu. Oczywiście przebywanie w danym kraju jest nie do przecenienia, jeśli chodzi o rozwijanie umiejętności językowych (o ile nie zamkniemy się w jedynie polskim środowisku), i podobnie jak chyba wielu ludzi, traktowałam to jako wymówkę („nie mogę wyjechać, więc nie mam szans dobrze mówić”). Myślałam, że zapadnę się pod ziemię, kiedy poznałam na wymianie językowej kolegę niezajmującego się zawodowo ani akademicko hiszpańskim, mówiącego płynnie i z ładnym akcentem. Kolegę, który spędził w Hiszpanii bodajże tydzień czy dwa (i który, mam nadzieję, wybaczy mi posłużenie się jego przykładem w celach motywacyjnych). Inną historię znajdziemy tutaj. Na studiach magisterskich niestety zajęć po hiszpańsku mam jak na lekarstwo, ale nie chciałabym całej winy zrzucać na studia: powinnam sama dbać o stały kontakt z językiem i konwersacje. Podsumowując: celem jest mówienie!

3. Plan
Chciałabym, żeby wyznaczone cele były mierzalne i określone w czasie. Na ich realizację daję sobie 6 tygodni.

  • Znaleźć minimum dwóch partnerów/partnerek do wymiany językowej na żywo i/lub na Skype i rozmawiać z nimi min. 2 razy tygodniowo.
    We Wrocławiu mieszka wiele osób hiszpańskojęzycznych i o ile umówienie się na pierwsze spotkanie nie powinno stanowić problemu, to trudniejszym zadaniem będzie znalezienie kogoś, kto byłby zainteresowany ćwiczeniem języka polskiego oraz miałby czas i ochotę spotykać się regularnie. Poszukiwanie partnerki/partnera do takiego konwersacyjnego tandemu rozpoczęłam w grupach o wymianie językowej na Facebooku.
    Jednocześnie będę szukać partnerów do rozmowy online m.in. na Interpals.netLang8 i na forach tematycznych. Mimo zatrzęsienia wiadomości typu „hi, how are U?” otrzymanych na portalu Interpals, nadal mam nadzieję na nawiązanie tam wartościowej znajomości, jako że raz udało mi się poznać tam interesującą osobę i spotkać się z nią na żywo – w Japonii! Dobrym wyjściem mogą okazać się fora lub portale np. o podróżach – jeśli ma się podobne zainteresowania, tematy do rozmowy nie powinny się szybko wyczerpać. Podczas poszukiwań będę brała pod uwagę spostrzeżenia zawarte w artykule Łukasza „Jak w praktyce wygląda poszukiwanie partnera językowego„.
  • Uczestnictwo w minimum dwóch spotkaniach językowych
    Gorąco polecam uczestnictwo w spotkaniach językowych – tak określam wydarzenia, które nie są typową wymianą jeden do jednego z konkretną osobą, ale raczej okazją do krążenia między stolikami i rozmowy z wieloma uczestnikami. Na spotkaniu, na które uczęszczam, dominuje angielski, a bardzo chciałabym się wybrać na spotkanie poświęcone konkretnie językowi hiszpańskiemu. To, czy i kiedy odbywają się takie w Twoim mieście, można sprawdzić na Facebooku (np. wpisując w wyszukiwarkę hasło „language exchange" lub"wymiana językowa") albo na Couchsurfingu.
  • Znalezienie i utrzymanie pracy, w której posługiwałabym się językiem hiszpańskim (w większym zakresie niż podczas korepetycji)
  • Ćwiczenie wymowy. Mam zamiar ćwiczyć wymowę zarówno pojedynczych dźwięków, które sprawiają mi problem, jak i pracować nad akcentem i intonacją. Nie podjęłam jeszcze decyzji co do materiałów, ale na pewno sięgnę po notatki z fonetyki, a gdy tylko znajdę godną polecenia stronę w Internecie, podzielę się z Wami odnośnikiem.

Dodatkowo chciałabym się zająć: słuchaniem muzyki i podcastów (np. dostępnych na stronie RTVELengalia, Notes in Spanish), czytaniem hiszpańskojęzycznych stron i blogów o tym, co mnie interesuje, m.in. o podróżach. Te działania dodatkowe również będą miały wpływ na mówienie: pozwolą mi poszerzyć słownictwo, które potem będę mogła wykorzystać w rozmowie.

Sam pomysł jest raczej spontanicznym zrywem, i dopiero czas pokaże, czy osiągnę rzeczywiste postępy i czy niektóre założenia lub sposób ich realizacji nie ulegną zmianie. Dlatego zachęcam czytelników, aby podeszli do niego z pewną dozą ostrożności do czasu publikacji kolejnego artykułu, w którym przedstawię swoje spostrzeżenia oraz postępy, które będę zapisywać na bieżąco.

Które sprawności językowe są Waszą mocną stroną, a z czym macie największy problem? Próbowaliście podjąć kiedyś takie językowe wyzwanie? Czy uważacie, że takie działanie może pomóc odzyskać motywację do nauki i osiągnąć rzeczywiste postępy?


Zobacz także…
(Nie)płynny w 3 miesiące, czyli eksperyment językowy
Dwa tygodnie i trzy pytania, czyli eksperymentu językowego ciąg dalszy
Poziom znajomości języka po 80 godzinach nauki, czyli podsumowanie eksperymentu językowego
Zaczynając naukę języka, wpierw określ sobie cel i obszar działania

Hiszpańskie seriale (komediowe i nie tylko)

serialehiszpaniaOglądanie programów telewizyjnych, filmów i seriali w języku, którego się uczymy, nie tylko pomaga w poczynieniu postępów w nauce, ale również pozwala miło spędzić czas i poszerzyć horyzonty. Dziś chciałabym zająć się seriami telewizyjnymi, które mogę z czystym sumieniem polecić osobom zainteresowanym Hiszpanią i hiszpańskim z Półwyspu Iberyjskiego. Jestem przekonana, że poszczególne kraje Ameryki Łacińskiej również mają w tym zakresie wiele do zaoferowania, gorąco zachęcam więc wszystkich, niezależnie od wariantu(ów) hiszpańskiego, który ich fascynuje, do dzielenia się propozycjami w komentarzach. Nie będzie więc (niestety) mowy o telenowelach, które zapewne dla niejednej osoby były pierwszą okazją do kontaktu z hiszpańskim.

 

Coś dla początkujących

Szybkie tempo wypowiedzi i nagromadzenie kolokwialnych wyrażeń w serialach emitowanych w hiszpańskiej telewizji, przeznaczonych dla rodzimych użytkowników języka może zniechęcić początkujących. Na początku swojej drogi do językowej biegłości (drogi, która nigdy się kończy) zetknęłam się z następującymi seriami:

“Extr@”

Kadr z serialu Extr@

„My się tym zajmiemy"

Być może spotkaliście się z tym tytułem wcześniej a propos nauki innego języka, gdyż ten sympatyczny serial edukacyjny ma 4 wersje językowe: angielską (pierwszą i dłuższą niż pozostałe), hiszpańską, francuską i niemiecką. Fabuła jest dość prosta: obcokrajowiec, nieposługujący się zbyt dobrze językiem hiszpańskim (lub innym językiem zgodnie z oglądanym wariantem) przyjeżdża w odwiedziny do swojej korespondencyjnej koleżanki. Bohaterowie mówią wolno i często wypowiadają kwestie kilka razy bądź powtarza je na głos zagubiony Brytyjczyk, chcąc się upewnić, że dobrze zrozumiał (co zwykle mu się nie udaje). “Extr@” to produkcja komediowa, nakręcona z myślą o młodzieży, ale myślę, że i starsi widzowie nieraz się uśmiechną podczas oglądania. Odcinki serialu znaleźć można na YouTube.

“Mi Vida Loca” (“Moje szalone życie")

Interaktywny serial edukacyjny od BBC. „Mi Vida Loca" nie tylko pokazuje interesującą historię, ale i angażuje widza, który nieraz musi coś powiedzieć na głos, dopasować, etc. Poza samym serialem dostępne są między innymi transkrypcje w formacie pdf, listy słówek z danego odcinka, objaśnienia gramatyczne i porady dla nauczycieli. Widz zostaje zaproszony do Madrytu przez swoją koleżankę, Teresę. Sam staje się bohaterem opowiadanej historii i musi odkryć tajemnicę…

Serial można obejrzeć tutaj. Jako że strona jest stworzona z myślą o osobach anglojęzycznych, poruszanie się po niej stanowi dobrą okazję do kontaktu z angielskim. Niestety komentarze gramatyczne są dostępne właśnie po angielsku i mogą być niezbyt przydatne dla osób nieposługujących się zbyt dobrze tym językiem.

Dla średniozaawansowanych i zaawansowanych

Do tej pory najczęściej sięgałam po seriale komediowe, dlatego to im poświęcę najwięcej miejsca, jednak zachęcam do lektury również czytelników niezainteresowanych tym gatunkiem.

Zacznijmy od emitowanego na Antena 3 w latach 2003-2006 “Aquí no hay quien viva” (w wolnym tłumaczeniu: “Tutaj nie da się mieszkać”), często pojawiającego się w zestawieniach najlepszych hiszpańskich seriali. Konflikty między sąsiadami to stary i ograny motyw? Nie szkodzi! W „Aquí no hay quien viva" gromada barwnych postaci i szereg zabawnych sytuacji sprawiają, że widz nie nudzi się ani chwili. Wścibskie sąsiadki-emerytki, na pozór przykładna rodzina z dwojgiem dzieci, para homoseksualna, dwie dziewczyny po trzydziestce, które nie mogą się ustatkować, i młoda para, która dopiero co wprowadza się do kamienicy na madryckiej ulicy o wiele mówiącej nazwie Desengaño – to ich zabawne perypetie będziemy śledzić. 

Kiedy zaczęłam oglądać ten serial, rozumiałam naprawdę niewiele, ale z czasem było coraz lepiej i jestem pewna, że to właśnie oglądanie „Aquí no hay quien viva" znacznie przyczyniło się do poprawy poziomu mojego hiszpańskiego, a dość szybkie tempo wypowiedzi i akcent bohaterów dobrze przygotowały mnie na wyjazd do Andaluzji. Seria liczy 5 sezonów i można ją obejrzeć na Youtube.

“La que se avecina” to serial o podobnej tematyce (choć tym razem mamy do czynienia z „luksusowym" budynkiem na obrzeżach, nie z kamienicą w centrum), powiązany z powyższym również dzięki aktorom: wielu z nich gra w obydwu produkcjach, czasem w zupełnie innych rolach, co jest dodatkowym smaczkiem dla osób znających obydwie serie. Obecnie na kanale Telecinco emitowany jest dziewiąty sezon. “La que se avecina” jest bardziej dosadne w pokazywaniu sytuacji seksualnych, a humor – nieco “mocniejszy”. Mimo spadku formy w ostatnich sezonach, o którym piszą hiszpańscy widzowie, warto zapoznać się z tym serialem. Obejrzymy go na stronie MiTele, gdzie można zapoznać się również z innymi filmami i programami, aczkolwiek dostęp do niektórych jest płatny.

Alli abajo

Bohaterowie „Alli abajo" w drodze na obchody Feria de Sevilla

Wyprodukowany dla Antena 3 serial “Allí Abajo” (“Tutaj na dole”) to moje najnowsze odkrycie. Podejmuje podobną tematykę co “Ocho apellidos vascos” (wyświetlane w polskich kinach pod tytułem “Jak zostać Baskiem”): eksploruje różnice między różnymi regionami Hiszpanii, w tym przypadku między krajem Basków a Andaluzją. Seria oczywiście operuje stereotypami, ale jest przy tym bardzo sympatyczna i autentycznie zabawna. Główny bohater, Iñaki, który dotąd opuścił rodzinny Kraj Basków tylko raz (aby… zatankować samochód w pobliskiej Francji) wyrusza z mamą na wycieczkę do Sewilli, gdzie sprawy przybierają nieoczekiwany obrót… Serial można obejrzeć online tutaj

Wśród seriali obyczajowych uwagę zwraca “Cuéntame como pasó”, liczący obecnie aż 17 sezonów. To ciepła saga o rodzinie Alcántara, której losy śledzimy od 1968 do 1985 roku, co pozwala nam dowiedzieć się sporo o realiach tamtych czasów i wydarzeniach, które miały wtedy miejsce w Hiszpanii i na świecie. Państwo Alcántara, podobnie jak wielu Hiszpanów, wyemigrowali do Madrytu w latach pięćdziesiątych, a ich dzieci – Tony, Inés i Carlos – urodziły się już w stolicy. Rodzina stara się związać koniec z końcem i odnaleźć radość w życiu codziennym. Narratorem jest najmłodszy z rodzeństwa, Carlitos, który już jako dorosły przypomina sobie dawne czasy. Serial można obejrzeć na stronie RTV.esOgromny plusem dla uczących się jest możliwość wyświetlenia transkrypcji oglądanych odcinków. Na stronie znajdziemy inne seriale, filmy oraz programy telewizyjne. 

Serial “Grand Hotel” to interesująca mieszanka dramatu, kryminału i romansu, choć nie brakuje w nim również elementów humorystycznych. Akcja rozpoczyna się w 1905, kiedy młody chłopak, Julio Olmedo, przyjeżdża do tytułowego luksusowego hotelu w poszukiwaniu siostry. Serial przywodzi na myśl “Downton Abbey”, do którego bywa nieraz porównywany w hiszpańskich mediach. Jego potencjał dostrzegła polska telewizja, gdzie od niedawna jest on emitowany pod tytułem “Zagadka hotelu Grand” (w niezbyt przydatnej dla uczących się wersji z lektorem).

Główni bohaterowie serialu "Gran hotel"

Główni bohaterowie serialu

Kolejną serią, o której chciałabym wspomnieć, jest zaliczane do gatunku science fiction (po hiszpańsku: ciencia ficción) “Ministerio del tiempo”, opowiadające o tajnej instytucji zajmującej się… czasem, a konkretnie podróżowaniem w czasie i zapobieganiem ingerencji intruzów, którzy chcieliby zmienić bieg historii. Seria do tej pory doczekała się dwóch sezonów, z którymi można się zapoznać na wspomnianej już, dysponującej transkrypcjami stronie RTV.es.

Oczywiście, lista zawiera tylko przykłady interesujących serii, po które sama miałam okazję sięgnąć, a (choć nieraz mam na to ochotę) nie można poświęcić oglądaniu całego czasu, aby nie zaniedbać rozwoju zdolności językowych i, co ważniejsze, innych sfer życia. Mam nadzieję, że któraś z zaproponowanych pozycji przypadnie Wam do gustu, osłuchacie się dzięki niej z językiem i rozwiniecie swoje słownictwo. Zachęcam do dzielenia się w komentarzach opiniami na temat wszelkich hiszpańskojęzycznych produkcji telewizyjnych, które obejrzeliście, i życzę miłego oglądania!

 

Zobacz również:

Hiszpańskie filmy, które łatwo przeoczyć

Jak oglądać telenowele i nie zwariować

Dlaczego warto oglądać obcojęzyczne talent shows

Du cinéma! Przegląd komedii francuskich

Kanały na YouTube, które pomogą Ci szlifować francuski

Angielski w 3 miesiące i 5 języków jednocześnie, czyli pytania od czytelników

pytaniaPierwszą sprawą, jaką chciałem się zająć po powrocie na Wooflę z długo oczekiwanego urlopu miało być podsumowanie mojego małego projektu nauki afrikaans. W międzyczasie jednak otrzymałem na skrzynkę mailową wiadomości od dwóch czytelników z pytaniami dotyczącymi nauki języków obcych, na które, zgodnie z zasadą mówiącą, iż czytelnik jest najważniejszy, czuję się po dwóch tygodniach zwłoki zobowiązany odpowiedzieć. W związku z tym, że pytania są natury dość ogólnej postanowiłem utworzyć z nich bazę do pełnoprawnego wpisu, z którego będą mogły skorzystać bądź go uzupełnić osoby odwiedzające nasz skromny serwis. Czytelników oczekujących na podsumowanie „Eksperymentu językowego" chciałbym jednocześnie poinformować, iż szczegółowe omówienie tegoż pojawi się na Woofli już za trzy dni.

Chcę za 3 miesiące nie bać się popisać z kimś na forum po angielsku a w późniejszym czasie rozmawiać na „żywca".

Pierwsza zwróciła się do nas Magda:

(…) Postawiłam cel: za 3 msc mam nie bać się popisać z kimś na forum po angielsku a w późniejszym czasie rozmawiać na „żywca". U mnie ten język leży… Od czego zacząć naukę? Mam kilka książek z gramatyką. Co polecasz krok po kroku? Mam codziennie czas (ok. godziny) na naukę. Nie wiem czy to istotne ale posiadam słuch muzyczny (gram na skrzypcach). (…)

Przede wszystkim cieszy mnie, że cele są wyraźnie sprecyzowane – Magda chce w ciągu 3 miesięcy nie bać się popisać z kimś na forum, a w późniejszym czasu rozmawiać po angielsku. Szkoda natomiast, że oprócz skromnej wzmianki o tym, iż język leży nie wiadomo nic o poziomie jego znajomości. Sam uważam, że mój angielski leży mimo iż miesiąc temu bez specjalnego przygotowania zdałem egzamin potwierdzający jego znajomość zwalniający mnie z zajęć na studiach, na co dzień czytam angielskojęzyczną literaturę, słucham radia. Nie jest to jednak język, który kiedykolwiek mnie specjalnie pociągał, więc znacznie mi bliżej do czegoś co nazwałbym mianem „Standard-Central-European", co widać zwłaszcza w kontakcie z ludźmi, dla których język ten jest ojczystym. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Skupmy się więc przede wszystkim na tym co chcemy osiągnąć i przygotujmy się na parę stwierdzeń zahaczających czasem o truizm, ale ciężko mi inaczej udzielić szczerej odpowiedzi.
Chcesz znać angielski na tyle by pisać na anglojęzycznym forum? Możesz oczywiście przerobić podręcznik Wiedzy Powszechnej (poziom podstawowy zupełnie w tym wypadku wystarczy), robić tłumaczenia z polskiego na angielski w sposób podobny jak ja przy nauce afrikaans (uprzedzam jednak, iż bez pewnych skłonności do masochizmu ciężko wytrwać 3 miesiące), mieć włączone cały czas anglojęzyczne radio w tle, czytać brytyjskie gazety poświęcając na to prawie każdą wolną chwilę – tak zapewne zrobiłbym ja, gdybym chciał się nauczyć języka od podstaw. Ale wcale tego nie polecam.
Tak naprawdę najwięcej da Ci natychmiastowa rejestracja na wspomnianym forum i próby udzielania się na nim. Bo po co robić rzeczy poboczne, jeśli można się skupić się akurat na tym na czym nam najbardziej zależy? Nie chcę by zrozumiano mnie źle – uważam, że należy w pewnym stopniu znać każdy aspekt języka, ale przede wszystkim należy wiedzieć do czego danego języka chcemy używać i dostosować naszą znajomość do wymogów rzeczywistości tak by nie tracić niepotrzebnie czasu na coś co nam się w najbliższym czasie nie przyda. Przykładów takiego dostosowania jest mnóstwo. Duży odsetek Xhosa nie potrafi czytać i pisać w swoim ojczystym języku, ale zupełnie nie przeszkadza im to w rozmowie. Mój mówiony afrikaans jest słaby, ale absolutnie nie wpływa to ujemnie na moją umiejętność czytania w tym języku, która jest dla mnie znacznie ważniejsza. Do czego zmierzam? Choć byśmy nie wiadomo ile ćwiczeń wykonali, natura języka polega przede wszystkim na jego użyciu w praktyce, a poziom znajomości przeważnie jest zależny od jego obecności w naszym życiu (patrz wcześniejszy artykuł pt. Ilu języków tak naprawdę potrzebujesz?). Tak jak już wspomniałem, warto przerobić przynajmniej jeden podręcznik, żeby mieć podstawy leksykalno-gramatyczne, ale nie można zapominać, że język to przede wszystkim jego praktyczne użycie. Dlatego jestem zwolennikiem nie tyle nauki co włączenia języka w swój życiowy rytm. Uczymy się pisać na forum poprzez pisanie na forum. Uczymy się mówić poprzez mówienie. Tego nie nauczą nas nawet najlepsze podręczniki i najbardziej wymyślne metody. Nie ma czegoś takiego jak droga na skróty. Wyobrażam sobie, że strach przed pisaniem na forum po angielsku może być przytłaczający, ale często jest to kwestia jakiejś kolejnej życiowej bariery, którą należy przekroczyć. Po co bać się czegoś czego pragniemy? Dlaczego nie robić tego czego pragniemy? Nikt za nas nie będzie pisać na forum. Nikt za nas nie będzie też rozmawiać. A to kiedy zaczniemy to robić w znacznie większym stopniu zależy od nas samych, a nie od naszej znajomości języka.

Angielski, niemiecki, norweski, hiszpański oraz francuski – jednocześnie

Parę dni później otrzymałem maila od Jacka, który tak opisał swoją znajomość języków obcych:

Angielski – nauczony głównie z filmów z napisami. Polskimi oczywiście. Jeszcze wcześniej z zamiłowania do Linuxa. Cała dokumentacja po angielsku więc czytanie i próba zrozumienia treści . O dziwo na przemienne korzystanie z tych dwóch źródeł pomogło mi na w miarę sprawny kontakt w tym języku.

Niemiecki – 4 lata w szkole podstawowej i 5 lat średniej. Generalnie forma nauczania wszystkim znana. Wkuwanie słówek i zaliczanie gramatyki jakiś tam efekt przyniosło ale żebym był z tego jakoś zadowolony to nie bardzo. „Dogadać" się potrafię ale dużo mi jeszcze brakuje.

Norweski – po znakomitym kursie(…). Poziom A1-A2. W planie rozszerzenie tego zagadnienia. Obecnie podjąłem pracę w Norwegii więc będę miał gdzie się rozwijać 🙂

Następnie Jacek zadał pytania:

Rozbudowane pytanie numer 1.
W jednym z wpisów na blogu polecałeś kurs Assimil. Niestety nie mam do tego zbytniego dostępu więc chciałbym zasięgnąć opinii co zakupić. Czy dwa kursy z polskim lektorem czy może obcojęzyczną. Na domiar tego obcojęzyczna ma dwie opcje:
angielsko-niemiecka
http://fr.assimil.com/methodes/german
albo
niemiecko-angieska
http://fr.assimil.com/methodes/englisch-ohne-muehe
Wszystko po to aby mniej więcej wyrównać poziom tych dwóch języków.
Z której opcji byś skorzystał w takiej sytuacji? (…) Bo generalnie to angielski i niemiecki w miarę ogarniam a dostępne są podręczniki z Assimila do francuskiego i hiszpańskiego… Więc jakby wszystkie cztery języki za jednym podejściem przeanalizować? Angielsko-feancuski i niemiecko-hiszpański. Sam nie wiem czy to dobry pomysł.
Daj znać jak Ty to byś widział.

Po pierwsze – lektorzy w podręcznikach Assimil to zawsze rodowici użytkownicy języka, jakiego się uczymy, więc to jaką wersję językową wybierzemy nie gra tak naprawdę dużej roli. Po drugie – jako że po angielsku potrafisz się porozumiewać to odpuściłbym sobie przerabianie kolejnego podręcznika dla początkujących i większą uwagę skupił na źródłach pozainformatycznych (dokumentacje są pisane językiem specyficznym mającym niewiele wspólnego z tym, czego używamy w codziennej komunikacji) oraz ewentualnie przerobił jakieś repetytorium gramatyczne. Po trzecie – nie polecam się językowo rozdrabniać. Mimo niesłychanie interesującej intelektualnie przygody, jaką jest nauka kolejnych języków obcych muszę powiedzieć, że znacznie sensowniejsze wydaje się szlifowanie 240px-Flag_of_Norway.svgjednego do wysokiego poziomu niż nauka kolejnych do poziomu A2/B1, a następnie ich zapomnienie ze względu na brak czasu, w którym można ich użyć. Równoległa nauka kilku języków to przedsięwzięcie tyleż ambitne co nieefektywne. O ile można starać się utrzymać kilka języków na znośnym poziomie (choć też zajmuje to sporo czasu – nasuwa się pytanie czy warto?), o tyle poczynienie postępów wymaga już sporych nakładów czasu – godzina dziennie, wbrew temu co niektórzy optymiści twierdzą, to moim zdaniem minimum.
Osobiście skupiłbym się na norweskim (mieszkasz w Norwegii, ciężko o lepsze warunki), szlifując przy okazji angielski. Gdy starczy Ci czasu i gdy osiągniesz wysoki poziom w tych językach podszedłbym do niemieckiego. Z innymi językami poczekałbym jeszcze przez przynajmniej dwa lata.

Mniej rozbudowane pytanie numer 2:
W jednym z wpisów polecasz podręczniki wydawnictwa Wiedza Powszechna. Mam jeden do norweskiego. Dobry, z tym tyko że ja posiadam Język norweski dla początkujących a Ty polecasz serię Mówimy po… . I tu rodzi się pytanie… Który lepszy?

O ile mi wiadomo wydawnictwo nie ma w swojej ofercie książki „Mówimy po norwesku", a „Język norweski dla początkujących" jest jedynym dostępnym tytułem. Nigdy jednak nie zawiodłem się na publikacjach Wiedzy Powszechnej i książka powinna Ci dobrze służyć jako baza do dalszego kontaktu z językiem. Od tego czy posiadamy dobre materiały dydaktyczne dużo ważniejszy jest jednak sam proces nauki i używania języka. Bardzo często problem ludzi polega na tym, że zbyt długo szukają konkretnych materiałów, podczas gdy mogliby ten czas przeznaczyć znacznie produktywniej. Dlatego polecam już dziś spędzać nad swoim norweskim przynajmniej godzinę dziennie – w ciągu pół roku powinieneś zrobić naprawdę spore postępy.

Lektura dodatkowa

Powyższe odpowiedzi w dużej mierze są oparte na tym co zawarłem we wcześniejszych artykułach, jakie ukazały się na Woofli, które polecam przeczytać wszystkim osobom zainteresowanym moją opinią na temat nauki języków obcych.
Praca własna z tekstem oraz audio gdy brak podręcznika
Nauka języka bez podręcznika czyli część 2 – czytanie
Myśl samodzielnie i nie patrz na innych czyli krytyka poliglotów
Ilu języków tak naprawdę potrzebujesz
Ilu języków warto się uczyć jednocześnie
Najlepsza rada dotycząca nauki języków obcych

Meksykanie i ich język: prawdy, półprawdy, ćwierćprawdy i słówka-jokery

carnaval-en-huejotzingo

Carnaval en Huejotzingo, José Chávez Morado, 1939

Jako że mój dzisiejszy tekst jest naturalną kontynuacją i uzupełnieniem poprzedniego, tym razem wejdę w temat niemalże z marszu. Tytuł mówi wszystko: postaram się uporządkować nieco fakty dotyczące meksykańskiej wersji hiszpańskiego, konfrontując je z różnymi obiegowymi opiniami krążącymi w sieci. Przekonacie się, że nie każda taka obiegowa opinia musi być… kłamstwem. Zapoznam Was też z kilkoma wybranymi słówkami-jokerami, kolokwializmami, które mogą oznaczać dosłownie wszystko i na punkcie których Meksykanie mają najprawdziwszą obsesję. Ale zrobię coś jeszcze. Przerwa świąteczna, która na chwilę wyrwała mnie z półświatka studentów iberystyki i wrzuciła w wir kontaktów z osobami niemającymi nic wspólnego z językiem hiszpańskim w jakiejkolwiek postaci, skłoniła mnie do kilku przemyśleń. Jeśli należycie do tej grupy, a z jakichś powodów czytacie moje słowa, pierwsza połowa artykułu będzie dedykowana właśnie Wam. Co konkretnie zamierzam zrobić? Zmierzę się ze stereotypowym obrazem Meksyku i jego mieszkańców i nawet wytypuję winnego rozpowszechniania dużej części tych stereotypów: są to mianowicie Stany Zjednoczone i ich wszędobylskie hollywoodzkie produkcje.

 

ILE JEST PRAWDY W STEREOTYPACH NA TEMAT MEKSYKU I JEGO MIESZKAŃCÓW?

 

Drodzy anglofile, jakie są Wasze pierwsze skojarzenia na dźwięk słów Meksyk, Meksykanin? Pomijamy oczywistości typu tequila, mariachi czy Matka Boska z Guadalupe. Co zostaje? Nielegalni imigranci w USA? Średnio rozgarnięci furiaci, którym daleko do wszelkiej racjonalności czy poczucia humoru? Przemoc? Narkotyki? Machismo, czyli po naszemu seksizm połączony z kultem samca? Myślę, że wszystkiego po trochu. Oczywiście skłamałabym, gdybym stwierdziła, że zjawisko machismo (obecne, rzecz jasna, także w wielu innych krajach Ameryki) to już tylko bajki z przeszłości. Weźcie jednak pod uwagę, że równe traktowanie kobiet i mężczyzn to bardzo częsty przedmiot debaty i kampanii społecznych, obecny na co dzień w mediach. Powoli coś się zmienia. No i te prezenterki radiowe, których słucham, nie brzmią zupełnie jak kobiety gnębione. Pamiętajcie też, gdzie i w jakich czasach urodziły się Frida Kahlo i María Grever, Artystki w każdym calu, także pod względem trybu życia i swobody obyczajowej, które w dodatku odniosły niekwestionowany sukces (no dobrze, ta druga nie siedziała na tyłku w Meksyku, jeździła trochę po świecie. Ale wracała).

W kwestii przemocy i handlu narkotykami też nie będę mydlić Wam oczu: problem oczywiście istnieje i jest duży, wystarczy posłuchać radia bądź zajrzeć do prasy: zdarza się, że ludzie znikają bez wieści, po czym zostają znalezieni martwi, istnieją strefy, w których policja jest bezsilna, a dziennikarze za poruszanie pewnych tematów otrzymują groźby śmierci. Jednak za każdym razem, kiedy pytałam którąś z kilku poznanych osób mieszkających w różnych częściach kraju (Guanajuato, Guadalajara, Hermosillo, Miasto Meksyk), spotykałam się z jedną i tą samą, ciekawą z punktu widzenia psychologii odpowiedzią: tak, w Meksyku ogólnie jest bardzo niebezpiecznie, ale na szczęście problem ten nie dotyczy miasta, w którym mieszkam. Jasne, że takie odpowiedzi nie zamykają tematu, ale przynajmniej pokazują, że to nie wygląda tak, że każdy boi się wyjść na ulicę. Co do nielegalnych imigrantów (albo emigrantów, zależnie od punktu odniesienia), ostrożnie powiem tylko tyle: naprawdę nie każdy Meksykanin marzy o tym, żeby za cenę życia osiedlić się w Stanach Zjednoczonych. Mało tego, w ostatnich latach więcej Meksykanów wraca ze Stanów niż do nich emigruje. (Specjalnie dla Was znalazłam artykuł po angielsku). Więcej miejsca chcę poświęcić owemu nieszczęsnemu i najbardziej krzywdzącemu stereotypowi furiatów.

Kilka razy słyszałam od Was, drodzy anglofile, że uczę się języka ludzi, którzy nie potrafią myśleć racjonalnie, na wszystko reagują natychmiastową furią i są oczywiście głupi oraz całkowicie pozbawieni poczucia humoru. Tak, dzieciństwo z Hollywoodem zostawia ślady na całe życie. I, cóż, wszelkie próby udowodnienia, że A nie jest B zawsze kończą się tym samym: porażką, dlatego uważam, że nie warto ich podejmować. Mogłabym poszukać badań porównujących mieszkańców różnych państw pod kątem cech osobowości Wielkiej Piątki (a wśród nich impulsywności i otwartości), ale wierzcie mi, że każde wyniki tego typu badań można zakwestionować – oczywiście wynikami badań, które pokazują coś przeciwnego. Mogę za to przedstawić Wam Meksykanów i ich kraj takim, jakim go widzę ja. Nie muszę chyba zaznaczać, że nie roszczę sobie pretensji do jakiejkolwiek obiektywności, daleko mi do bycia ekspertką. Nie twierdzę nawet, że obalę jednoznacznie nasz ostatni stereotyp, bo i nie obaliłam poprzednich – jedyne, co mogę zrobić, to pokazać, że jest on w najgorszym razie mocno przesadzony. I że wśród Meksykanów niezwykle łatwo znaleźć osoby z ogromnym poczuciem humoru i dystansem do siebie oraz zdrowym (no dobrze, czasem też niezdrowym, choćby dla wątroby) podejściem do otaczających problemów.

Jak zatem jawi mi się Meksyk? Jako kraj ludzi, którzy:

1. Specyficznie traktują nie tylko śmierć, ale i życie (jedno z drugim jest najprawdopodobniej ściśle powiązane). Widać to w najprzeróżniejszych wytworach kultury i popkultury – począwszy od twórczości największych pisarzy i poetów, aż po motywy wszechobecne np. w serialach, słychać w tematach podejmowanych w audycjach radiowych, czuć w kontaktach z meksykańskimi znajomymi: ta często spotykana postawa bycia nieco poza głównym nurtem rzeczywistości. Przecież życie to pasmo cierpienia, niedogodności i zasadzek, ale nie sposób od niego uciec, tak jak nie sposób uciec od samego siebie, dlatego trzeba się kurczowo chwytać wszystkiego, co daje wytchnienie, a nawet czasem chwile szczęścia: czarny humor, zatracanie się w ulubionych aktywnościach bądź w zabawie i oczywiście zamiłowanie do używek. Warto tu dodać, jako ciekawostkę, że ceny alkoholi w barach (lub antros) są na tyle niskie, że nawet zarabiający dorywczo student może sobie pozwolić na całonocne przemieszczanie się ze znajomymi z baru do baru. Czasem zabawa zaczyna się już w czwartek i trwa, z przerwą na piątkowy wypad do szkoły albo pracy na kacu, aż do końca weekendu. Taki czwartek ma wtedy nawet swoją specjalną nazwę: juebebes (od jueves – czwartek i beber – pić) bądź viernes chiquito (malutki piątek).

2. Mają swoje liczne obsesje i uwielbiają o nich mówić, prześcigając się w niezwykle celnym uchwycaniu istoty każdej z nich. Niezależnie, czy będzie chodziło o jedzenie, seks, matkę, śmierć, sąsiada-molocha z północy, czy też słówka-jokery (które z kolei są metaobsesją, bo odzwierciedlają wszystkie wyżej wymienione plus parę innych), chcąc przyjrzeć się bliżej którejś z nich, zawsze możecie być pewni, że znajdziecie niezliczone artykuły i kilometrowe dyskusje na forach internetowych. I że czytając, zawsze będziecie co najmniej chichotać. Na próbę obejrzyjcie sobie uważnie ten gif, bardzo chętnie udostępniany przez Meksykanów w rozmaitych mediach społecznościowych, a poświęcony obsesji dodawania do wszystkiego soku z limonki.

3. Jeśli nie lubią swojej pracy, mówią o tym otwarcie. A słyszę mediach co chwila, że blisko 50% Meksykanów nie lubi swojej pracy i ma z jej powodów poważne problemy natury psychosomatycznej. I wiecie co? Założę się, że w naszym kraju jest podobnie, ale u nas praca to świętość, a problemy z nią związane to temat tabu. Tymczasem w Meksyku do programów radiowych zapraszani są eksperci (lekarze, psychologowie), którzy nawet jeśli nie potrafią zaproponować najlepszych rozwiązań, to przynajmniej rzetelnie analizują problem i nazywają rzeczy po imieniu. (A skoro o nazywaniu mówimy, obok rzeczownika trabajo, w mowie potocznej równie często możecie spotkać się ze słowem chamba, czyli bardziej kolokwialnym synonimem tego pierwszego).

 

Zmęczony głosowaniem na szczury? Zagłosuj na kota...

Zmęczony głosowaniem na szczury? Zagłosuj na kota…

4. Na partie polityczne mówią ratas (szczury) ze względu na korupcję. Fakt ten wykorzystali w zeszłym roku mieszkańcy miasta Xalapa, stolicy stanu Veracruz, proponując przy okazji lokalnych wyborów jako kandydata kota, który zrobi ze wszystkim porządek. El Candigato Morris (candigato to gra słów bazująca na połączeniu candidato – kandydat i gato – kot) zyskał sławę w całym Meksyku, pisano o nim także w USA i Kanadzie i stał się bohaterem internetów. Hasła wyborcze Morrisa to np.: „Zmęczony głosowaniem na szczury? Zagłosuj na kota", „Xalapa bez szczurów? Morris może. Potwierdzone doświadczenie", „Powinieneś zagłosować na inne zwierzę". Wydarzenie wzbudziło oczywiście chwilowe ożywienie i liczne ogólnokrajowe dyskusje, ale jak to przeważnie w różnych miejscach na świecie bywa, dyskusje stopniowo przycichły i chyba nic z nich nie wynikło. Niestety.

5. A poza tym, jak już wspomniałam, Meksykanie są sympatyczni, otwarci, pomocni. Do tego są chorobliwie niepunktualni (słynne ahorita doczekało się setek analiz, wykresów, poematów, czego tylko chcecie) oraz zrobią wszystko, powiedzą rzecz najdziwaczniejszą, żeby tylko uniknąć bezpośredniej odmowy (jeden z moich kolegów np. upodobał sobie pranie ciuchów – jeśli twierdzi, że idzie prać i zaraz wraca, ale potem na pewno prześle mi obiecany link, to już wiem, że żadnego linka się nie doczekam).

Mam nadzieję, że przynajmniej trochę udało mi się zachwiać jednowymiarowymi i niezbyt przyjemnymi stereotypami na temat Meksyku i jego mieszkańców – oczywiście wśród tych z Was, którzy je sobie hodowali; pozostałym mam nadzieję, że zapewniłam po prostu w miarę interesującą lekturę. Najwyższa pora na kolejny punkt programu.

 


 

HISZPAŃSKI MEKSYKAŃSKI: KILKA POPULARNYCH OPINII I KILKA SŁÓWEK-JOKERÓW

Uczycie się hiszpańskiego? Na pewno wcześniej czy później zetkniecie się – a najprawdopodobniej już się zetknęliście – z przekazywanymi w formie ciekawostek z cyklu „A czy wiedzieliście, że…?", stwierdzeniami na temat meksykańskiej bądź też – szerzej – latynoamerykańskiej wersji języka. Jak to z obiegowymi opiniami (które w czasach Internetu rozpowszechniają się z zawrotną szybkością) bywa, różnią się one między sobą pod względem stopnia zawartości prawdy. Przyjrzyjmy się im zatem po kolei i ustalmy, ile tej prawdy, w odniesieniu do hiszpańskiego meksykańskiego zawiera każda z nich.

1. Nie używa się formy vosotros. Prawda! Forma ta w ciągu wieków najzwyczajniej w świecie zanikła w codziennym użyciu (jak ktoś zna hiszpański i lubi naukowo i z tabelkami, polecam link). Dla 2. i 3. osoby liczby mnogiej stosuje się formę ustedes z jej normalną odmianą.*) Jakie to wygodne, prawda?

2. Nie używa się czasu pretérito perfecto compuesto (he dicho, he estado), zastępując go pretérito indefinido (dije, estuve). Półprawda. Faktem jest, że Meksykanie nie są aż tak przywiązani do czasu złożonego jak Hiszpanie, żeby używać go do opisu wszystkich czynności, jakie odbyły się w zasięgu ostatnich kilkunastu godzin, aż do – patrząc wstecz – pewnego magicznego momentu, kiedy zeszła noc przechodzi we wczoraj i już można zacząć opowiadać normalnie, czyli w czasie przeszłym prostym. Tym niemniej, w innych kontekstach, tych realnie powiązanych z teraźniejszością, w odniesieniu do czynności jeszcze potencjalnie niezakończonych, jak najbardziej możecie usłyszeć Meksykanina używającego pretérito perfecto. Prezenterka porannej audycji radiowej, mówiąc o dotychczas otrzymanych wiadomościach od słuchaczy, powie: los mensajes que he recibido. Audycja się jeszcze nie skończyła, wiadomości cały czas przychodzą. Kolega na chacie facebookowym, pytając o to, jak mi idzie na uczelni, zapyta: ¿cómo te ha ido en la uni?, czyniąc optymistyczne założenie, że nadal studiuję. Serialowy zabójca na zlecenie zapyta swojego nowego ucznia ¿has matado? i możecie mieć pewność, że nie będzie to pytanie o to, czy właśnie zabił kogoś dziś po śniadaniu, a o to, czy zrobił to kiedykolwiek w życiu. Oczywiście wiele zależy od okoliczności i samej wypowiadającej się osoby (jej wykształcenia, wrażliwości językowej itp.), ale wierzcie mi, że Meksykanin używający czasu przeszłego złożonego nie jest zjawiskiem rzadkim. Tutaj też mam link dla osób czytających po hiszpańsku i chcących zgłębić temat od strony bardziej naukowej.

3. W miejsce hablar używa się platicar. Półprawda. A może nawet mniej niż pół. Platicar to oczywiście słowo bardzo meksykańskie i bardzo popularne, nie wyparło jednak zwykłego, powszechnie znanego hablar, które w dodatku ma o wiele szersze zastosowanie. Platicar może być synonimem hablar w znaczeniu: rozmawiać, mówić (o czymś), ale może też znaczyć: (o)powiedzieć (coś komuś). I tu właśnie tkwi haczyk. Platicamos de las drogas – rozmawialiśmy o narkotykach, ale: mi amiga me platicó que… – moja przyjaciółka (o)powiedziała mi, że… Zainteresowanym mogę polecić porównanie definicji hablar i platicar w DEM.

4. Na koniec zostawiłam przekonanie chyba najdziwniejsze, z którym jednak spotkałam się kilka razy w życiu. Żeby dokładnie ująć jego istotę, zacznę od opisu pewnej sytuacji: kiedy zaczynałam naukę hiszpańskiego, zetknęłam się raz, w okolicznościach dla opowieści nieistotnych, z pewnym dialogiem. Dialog ten, śledzony przez kilka osób, zawierał sporo (jak na moje ówczesne standardy) kolokwializmów, przez co odbierałam go jako trudny do zrozumienia. W pewnym momencie ktoś uśmiechnął się ironicznie i rzucił: „Ach, ci Latynosi!". Problem w tym, że wszelkie znaki na niebie i na ziemi wskazywały, że mamy do czynienia nie z Latynosami, a z rodowitymi Hiszpanami. No cóż, plusy tamtego zdarzenia są dwa: mam teraz o czym pisać, a poza tym pamiętam do dziś, że pasta dla Hiszpanów to takie kolokwialne dinero, czyli pieniądze (po meksykańsku to będzie lana, gdyby ktoś pytał). A owo dziwne przekonanie można najkrócej zapisać jako: meksykanizm (lub szerzej: amerykanizm) <=> kolokwializm. Oczywiście ujęte w ten sposób nie zawiera ani grama prawdy. Każdy wariant danego języka ma swoje kolokwializmy, zazwyczaj to właśnie ich zrozumienie przysparza najwięcej problemów, kiedy nie jesteśmy do danego wariantu przyzwyczajeni. Ale przecież język nie składa się z samych kolokwializmów. Młoda Meksykanka, która mówi do koleżanki, używając słów: neta, lana, pendeja, bez najmniejszych problemów powie: verdad, dinero, tonta, jeśli tego będą wymagały okoliczności.

 

El Comodín. Bardzo meksykański joker. Autor: diablillo71

Bardzo meksykański joker. Autor: diablillo71

A teraz pora na gości specjalnych programu, czyli cztery meksykańskie słówka-jokery. W ramach krótkiego wprowadzenia warto wyjaśnić, co to za stwory i czym charakteryzuje się gatunek, z którego się wywodzą. Otóż słówka-jokery jako takie nie są oczywiście niczym specyficznie meksykańskim, podejrzewam, że pojawiają się, a wręcz panoszą, w każdym języku. W polskim na pewno. Wiecie, co to jest joker. To taka karta, która może zastąpić w grze dowolną inną kartę. Słowo-joker może być dowolną częścią mowy – rozpoznacie je po tym, że liczba jego znaczeń jest w zasadzie nieskończona. Pamiętacie pewnie z edukacji szkolnej taki koszmarek jak wypracowania z serii „Scharakteryzuj postać X z lektury Y". I pamiętacie, czego należało się wystrzegać przede wszystkim: nadużywania czasowników „był(a)" i „miał(a)". Czyli właśnie słów-jokerów. Każdy obiekt (rzecz – kolejne słowo-joker), ożywiony i nieożywiony, a nawet byt abstrakcyjny, jest, choćby przez sam fakt, że istnieje, a także ma jakieś właściwości (czasem, z dwojga złego, lepiej żeby je miał, niż posiadał).

Słowa-jokery, te najbardziej neutralne, kojarzą się raczej z ubóstwem językowym niż z jego bogactwem. Sprawa przybiera nieco inny obrót, kiedy dochodzimy do kolokwializmów, zwłaszcza tych o zabarwieniu wulgarnym. Widziałam kiedyś rewelacyjną grafikę pokazującą, jak zmienia się znaczenie polskich czasowników – tych na j, p i k, których wypowiadać w kulturalnym towarzystwie nie wypada – wraz ze zmianą przedrostków (prze-, za-, wy-, u-, o-, od-). To naprawdę piękne rodziny słów-jokerów, pokazujących bogactwo słowotwórcze naszego języka.

Meksykańskie słówka-jokery, które zaprezentuję, to kolokwializmy, które mogą być wykorzystywane w połączeniach o zabarwieniu wulgarnym (nr 3 i zupełnie niewinny nr 2) bądź same w sobie są lub bywają wulgaryzmami (nr 4 i nr 1). Warto jednak pamiętać, że w Meksyku (jak i w Hiszpanii i – podejrzewam – w pozostałych krajach hiszpańskojęzycznych) wulgaryzmy mają zupełnie inny, mniejszy ciężar gatunkowy niż w Polsce – co nie znaczy oczywiście, że można ich używać wszędzie i bez ograniczeń, ale to chyba wynika z definicji wulgaryzmu.

4. Pedo

To słowo w Meksyku może mieć różne oblicza. Niekiedy oznacza problem. ¿Cuál es tu pedo? – Jaki masz problem? – zapyta zniecierpliwiony zachowaniem kolegi drugi kolega. No hay pedo – nie ma problemu. Pedo, czasem również w formie żeńskiej peda, to także borrachera, czyli po naszemu popijawa. Efektem takiej popijawy może z kolei być stan, w którym ktoś está pedo albo – żeby było całkowicie po meksykańsku – anda bien pedo, co oznacza, że jest nieźle wstawiony. Innymi słowy, pijany. I pomyśleć, że w swoim podstawowym znaczeniu, pedo to po prostu bąk (tak, ten o niemiłym zapachu).

3. Güey albo wey

Jeśli chcecie rozpętać dyskusję na 50 ekranów, zapytajcie na jakimś meksykańskim forum dyskusyjnym, która z dwóch wersji pisowni jest tą poprawną, głosy podzielą się niemal po równo, a argumenty obu stron będą naprawdę ciekawą, choć do samej sprawy niewiele wnoszącą lekturą. Ja, za moimi dwoma słownikami, będę używała formy güey.

W najprostszym i najbardziej ogólnym ujęciu güey oznacza dowolną osobę, niezależnie od płci i wieku. W praktyce jednak sprawy nie wyglądają aż tak prosto. Pomijając już wszelkie implikacje tego, że mamy do czynienia z kolokwializmem, co oznacza, że nikt nie zwróci się w ten sposób do swojej babci czy szefa – to czy można nazwać tak dobrą koleżankę? Tu też zdania będą podzielone. Jedni stwierdzą, że jak najbardziej tak, w końcu mamy równouprawnienie, inni zastrzegą, że jeśli już, to raczej w formie güeya, a jeszcze inni/inne powiedzą, że nigdy w życiu, że sobie nie życzą i że güey to określenie zarezerwowane wyłącznie dla młodych mężczyzn i nastoletnich chłopców. Wśród ostatnich można zresztą wyróżnić trzy stopnie zażyłości znajomości: 1) usted (pan), 2) (ty) i 3) güey.

Żeby jeszcze bardziej skomplikować: wyobraźcie sobie grupkę Meksykanów, przyjaciół, jadących samochodem, którym na drogę wychodzi i zaczyna do nich machać grupa innych, nieznanych osób. Jakie pytanie padnie najprawdopodobniej z ust któregoś z tych z samochodu? Ni mniej ni więcej, tylko: ¿Qué quieren esos güeyes? Czego chcą ci kolesie? Kolesiami może zostać także towarzystwo płci mieszanej. Co jednak by się stało, gdyby były tam same dziewczyny? (To pytanie retoryczne).

2. Madre

Matka. Mówi się, że jest tylko jedna, ale w hiszpańskim meksykańskim powiedzenie to najwyraźniej nie ma zastosowania, gdyż aż roi się w nim od madres. Co to jest madre? To… rzecz. Dowolny obiekt, który możemy wskazać, a którego z różnych powodów w danym momencie nie chce nam się nazywać. Wihajster. To takie coś. Pásame esa madre. No, no, la otra. Podaj mi to coś. Nie, nie, to drugie.

Ale to nie wszystko. Meksykańska matka ma naprawdę wiele postaci. Me vale madre(s), niekiedy skrócone do me vale oznacza: jest mi obojętne. Do kogoś, kto zachowuje się, jakby nie miał wstydu, zamiast zwyczajnego eres un sinvergüenza można powiedzieć: no tienes madre. Z kolei no entiendo ni madre to inaczej no entiendo nada, czyli nic nie rozumiem. I wreszcie: a toda madre – to coś prawie jak padre, a zatem coś świetnego, co nam się bardzo podoba.

I wierzcie mi, że tego jest więcej, dużo więcej, nawet jeśli pominąć banalne i powszechnie używane wulgaryzmy typu puta madre.

1. Chingar y sus derivadas (i jego pochodne)

To słowo, a raczej cała rodzina słów otrzymuje zasłużone pierwsze miejsce w moim prywatnym (i wszystko wskazuje, że nie tylko moim) rankingu. Nikt nie opisze, czym jest la chingada i czasownik chingar tak dobrze, jak rodowity Meksykanin, autor poświęconego im artykułu, którego fragmenty zacytuję w tłumaczeniu własnym:

Chingar
Czasownik regularny, synonim wszystkiego, co możecie sobie wyobrazić, a także tego, czego nie możecie. Szczególnie przydatny do wyrażania radości, gniewu, frustracji, euforii, znudzenia, smutku i obojętności. To największy joker w hiszpańskim meksykańskim. Jego znaczenie może, albo i nie, zależeć od zdania lub kontekstu, w którym się go używa i może przybierać różne formy gramatyczne (…)

La chingada
Mityczne miejsce, do którego trafia się prościutko i bez przesiadek. Częściej zdarza się, że to ktoś wysyła cię pod ten adres, niż że chcesz tam iść sam, choć to też jest dozwolone. Jeśli sama chingada jest tą, która właśnie cię zabiera**), jest to oznaką złego losu.

Czasownik chingar i jego pochodne najlepiej jest poznawać stopniowo, inaczej umyka nam duża część zabawy. (Już teraz czuję się, jakbym Wam spoilerowała dobry film, ale trudno, zresztą i tak wszystkiego nie zaspoileruję). U mnie zaczęło się chyba od zasłyszanego gdzieś w serialu vete a la chingada (patrz: cytowana definicja). Ledwie zdążyłam się przyzwyczaić, a doszły chingaderas, czyli rzeczy kiepskiej jakości, a przynajmniej za takie uznane aktualnie przez osobę mówiącą. A zaraz potem ¿qué chingados? jako wyraz zaskoczenia pomieszanego ze złością. I me chingué la moto – zepsułem sobie motocykl. I, dla odmiany, eres un chingón, jako wyraz podziwu. I tak dalej, aż myślałam, że wiem już naprawdę sporo, dopóki nie przeczytałam gdzieś słów: hace un chingo de calor. No tak. Un chingo. Jest w cholerę gorąco. A teraz, kiedy to piszę, hace un chingo de frío. I już naprawdę przestaję spoilerować, jeśli chcecie więcej przykładów (po hiszpańsku), to zachęcam do klikania w link tam wyżej.

 

Oczywiście la chingada doczekała się rozmaitych, w tym całkiem poważnych opracowań. Zajął się nią swego czasu też Octavio Paz, którego duch unosi się nad poruszanymi w tym tekście treściami. Ale Octavio Paz i jego eseje, wiersze oraz opowiadania (!) to temat na osobny, rozbudowany artykuł. Może kiedyś, gdzieś.

 

——

*) Voseo w Meksyku, jako zjawisko marginalne, pomijam.
**) Chodzi o powiedzenie me lleva la chingada, znane też pod innymi postaciami, np. me lleva el tren,
którego używa się, kiedy w życiu dzieje się naprawdę, ale to naprawdę źle.

 

Zobacz także:

Czy Polak może (na)uczyć się hiszpańskiego meksykańskiego?
Co Polak może zaoferować światu? Wymiana nie tylko językowa
Angielski z kryminałem + wyznania językowej monogamistki
Będąc niemłodą już iberystką: pierwsze wrażenia ze studiów
Hiszpański na marginesach
Dlaczego warto oglądać obcojęzyczne „talent shows"

 

 

Czy Polak może (na)uczyć się hiszpańskiego meksykańskiego?

mexicoBądźmy szczerzy: żyjemy w kraju, w którym stwierdzenie „uczę się hiszpańskiego" w powszechnej świadomości oznacza wybór jedynej istniejącej, a w najlepszym wypadku nieuchronnie ostatecznej opcji, czyli wariantu z Półwyspu Iberyjskiego. Chcesz poznać język? Witaj w świecie corridy, flamenco i tortilli z ziemniaków. A Ameryka? Przecież to inny kontynent. Trzeba by w którymś z jej krajów mieszkać, i to co najmniej przez 20 lat, jeszcze lepiej urodzić się tam, a już najlepiej – idąc tym tropem – od kilku wcieleń w kółko reinkarnować, żeby w ogóle można było mówić o nauce języka stamtąd  jako  o czymś więcej niż przelotny, niemożliwy do zrealizowania kaprys.

SERIO?

Między nami ocean. A z nami router i komputer. 

Proponuję Wam małe ćwiczenie: rozejrzyjcie się wokół siebie, przejrzyjcie listę znajomych na fejsie. Nie macie tam przypadkiem z jednej, ze dwóch, a może i ze trzech osób, które dobrze opanowały angielski używany w Stanach Zjednoczonych, będąc Polakami, mieszkając w Polsce i odwiedzając Jankesów co najwyżej sporadycznie w celach turystycznych, o ile w ogóle? Ja znam dwie takie osoby. A jeśli można tak z angielskim, to dlaczego nie z hiszpańskim? Odpowiedź na pytanie tytułowe musi być zatem tylko jedna: TAK, Polak jak najbardziej może uczyć się meksykańskiej (czy też kolumbijskiej, argentyńskiej, a nawet peruwiańskiej, jeśli tak sobie wymyśli) odmiany hiszpańskiego i nie widzę powodu, innego niż brak motywacji, żeby się jej nie nauczył na przyzwoitym poziomie. Nie w czasach Internetu, gdzie na wyciągnięcie ręki mamy portale wymiany językowej, mamy YouTube, na którym jest, w przybliżeniu, wszystko, mamy stacje radiowe, prasę, literaturę. Pytaniem właściwym będzie zatem nie „czy", ale „jak" i to na nim się skupię w moim dzisiejszym artykule, pozostawiwszy jednak tytuł w niezmienionym kształcie.

Co tak właściwie może oznaczać stwierdzenie: „Uczę się hiszpańskiego meksykańskiego"? Wyróżniłabym tu dwa etapy, z których przynajmniej przez pierwszy przechodzi – pozwolę sobie nieostrożnie uogólnić – każda zainteresowana osoba. Pomijam oczywiście tych, których do nauki skłoniły tzw. siły wyższe, czyli dłuższy pobyt w Meksyku bądź związek uczuciowy z mieszkańcem tego kraju.

  1. Uczysz się odmiany meksykańskiej, bo jest łatwo dostępna i o wiele ładniejsza niż hiszpański z Hiszpanii – komu na początku nie przyświecały tego typu motywy, niech pierwszy rzuci papryczką jalapeño (najlepiej w moim kierunku, chętnie złapię). Prawda jest taka, że większość osób mających jakiekolwiek pojęcie o tym, że istnieją różne warianty języka hiszpańskiego, wśród najładniejszych wymienia właśnie meksykański, a także kolumbijski, czasem argentyński. Niektórzy twierdzą też, że wersja meksykańska jest łatwiejsza do zrozumienia od tej z Półwyspu, ale tutaj byłabym bardzo ostrożna. (Wiecie, współczesne telenowele są fajną i zaskakująco skuteczną pomocą w nauce na pewnym etapie, ale choć dają już jakiś wstępny obraz języka, to nie jest to jeszcze ten w pełni prawdziwy meksykański).
  2. Uczysz się hiszpańskiego meksykańskiego, masz za sobą duże kilkaset, a może i więcej, godzin kontaktu z żywym językiem w jedynej słusznej wersji i w najróżniejszych jego formach, masz znajomych Meksykanów. Używając języka hiszpańskiego, nie zawahasz się (przynajmniej w myślach… no dobrze, przeważnie w myślach) dodawać słówka pinche do wszystkiego, co akurat stanęło na przeszkodzie twojemu spokojowi ducha (pinche teléfono, ese pinche loco de al lado y su pinche perro). Od dawna doskonale wiesz, dokąd posyła się rozmówców, którzy właśnie cię zirytowali albo stali się nagłą przyczyną twoich problemów (a la chingada). Uważasz za zupełnie normalne, kiedy hiszpańskojęzyczny znajomy powie, że twoje zdjęcie z wakacji jest bien padre. I tak dalej. I uwielbiasz te wszystkie mocne r kończące wypowiedzi (a pomyśleć, że kiedyś ta rzecz cię drażniła).
  3. , 4., 5,… HA! Miały być tylko dwa etapy. Ale na pewno istnieją kolejne, choć na razie Wam o nich nie napiszę, bo i dla mnie stanowią zagadkę. Założę się (albo: mam nadzieję), że jednym z tych etapów jest całkowite zrozumienie i bezbłędne powtarzanie w stosownych kontekstach tych wszystkich dziwnych słów i zwrotów bezpośrednio zaczerpniętych z nahuatl.

Oczywiście etap pierwszy nie musi wcale prowadzić nieuchronnie do drugiego. Powiedziałabym nawet, że zazwyczaj nie prowadzi. Wszystko zależy od kombinacji kilku czynników: równoległego zainteresowania kulturą Hiszpanii (na marginesie, wielu osobom jest tak naprawdę wszystko jedno, Meksyk, Hiszpania, jeden pies – i zostawmy je w spokoju, obojętność jest świętym prawem człowieka), długości i intensywności kontaktu z edukacją w formie zorganizowanej oraz indywidualnych cech jednostki, wśród których czasem nie sposób pominąć upodobania do utrudniania sobie życia. Co jednak ma począć osoba, której ów opis, przedstawiony w punkcie 2., wydaje się z jakichś powodów atrakcyjny? (Bo jeśli ktoś już odnajduje w nim siebie, oznacza to, że dobrze wiedział, co począć).

Jak to co?

 

CZERPAĆ PEŁNYMI GARŚCIAMI Z TEGO, CO OFERUJE INTERNET.

 

1. ROZMOWY Z RODZIMYMI UŻYTKOWNIKAMI

Znacie już trochę hiszpański? Chcecie rozwijać znajomość języka w wariancie meksykańskim? Jesteście w świetnej sytuacji, bo na każdym kroku znajdziecie Meksykanów chętnych do nawiązania kontaktu. Niejednokrotnie zdziwi Was ich otwartość i gotowość do pomocy (oby ta druga za mocno Was nie zdziwiła – czasem służą rozwiązaniami Waszych problemów nawet wtedy, kiedy chcecie po prostu sobie pomarudzić, a rozwiązanie to ostatnia rzecz, jakiej akurat szukacie – ale to takie moje spostrzeżenie na marginesie, nieistotne). Jeśli w dalszym ciągu nie wiecie, gdzie ich szukać, poczytajcie sobie to, to i to.

W tym temacie zostało napisane chyba już wszystko. Jedyne, co mogę dodać, to że nie warto wybrzydzać, jeśli chodzi o wiek rozmówców. Grunt to móc znaleźć z daną osobą – jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało w tym kontekście – wspólny język. Przyznam, że miałam naprawdę dużo szczęścia, poznając z jednej strony trzydziestokilkuletniego prawnika z Hermosillo, z którym wymieniałam wielowątkowe maile i od którego dużo się nauczyłam, jeśli chodzi o budowanie w miarę spójnych wewnętrznie, dłuższych wypowiedzi – a z drugiej strony, nawiązując kontakt z młodziutkim studentem z Guanajuato, melancholikiem z lekkim pociągiem do kontrolowanej autodestrukcji, specjalistą od barów, imprez i kaca.

 

Sr-Avila

Kadr z serialu Sr. Ávila. Od lewej: Ana, nieboszczyk, Iván, Ávila

2. SERIALE, SERIALE, SERIALE…

Zazdrościliście Waszym znajomym, którzy nauczyli się angielskiego na Dexterze, Breaking Bad i innych, podobnych i – niestety, trzeba to przyznać – bardzo dobrych produkcjach ze Stanów? Już nie musicie. Okazuje się, że Meksykanie też zaczęli robić przyzwoite, a niekiedy świetne seriale. Nie wiedziałabym tego, gdybym pewnego upalnego wczesnego ranka nie zapytała wspomnianego młodego kolegi (u którego z kolei był upalny późny wieczór), czy zna jakieś ciekawe, warte polecenia tytuły. No i znał.

Sr. Ávila

Nie bez powodu wymieniłam takie tytuły jak Dexter i Breaking Bad. Można śmiało powiedzieć, że Sr. Ávila to ich kuzyn z południa, nie tylko nieustępujący im pod żadnym względem, ale wręcz atrakcyjniejszy, bo związany z o wiele ładniejszym i ciekawszym językiem. Głównym bohaterem serialu, nakręconego przez HBO Latino, jest mężczyzna, który pracuje w zakładzie pogrzebowym. I nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby zakład ten, przy okazji oficjalnej działalności, nie realizował zleceń specjalnych, których przedmiotem są ludzie wciąż żywi, a podmiotem ci, którzy pragną ich śmierci i są w stanie zapłacić za ich zabójstwo odpowiednią sumę. Nasz bohater, dorabiający sobie jako szeregowy zabójca na zlecenie, pewnego dnia zostaje mianowany szefem. I od tego momentu w jego życiu pojawiają się prawdziwe problemy.

Scenariusz stworzony z dbałością o każdy szczegół, rewelacyjny czarny humor, świetni aktorzy, ciekawe, pełnokrwiste postacie (w tym dwójka, której nie da się nie kochać: Iván i Ana) – co tu jeszcze dodać? Chyba tylko to, że każda z tych postaci ma swój niepowtarzalny idiolekt, co z punktu widzenia osoby uczącej się języka jest prawdziwym RAJEM. Nic, tylko słuchać, zapisywać i kolekcjonować. A jest co.

Inne seriale (też dobre, ale, niestety, nie aż tak), które zwróciły moją uwagę, to: Drenaje profundo, Al caer la noche, Lo que la gente cuenta, wszystkie produkowane przez TV Azteca, do znalezienia na YouTube. Jeśli chodzi o Sr. Ávila, to sprawa jest trochę bardziej skomplikowana, ale tylko trochę: trzeba wpisać w Google tytuł i dodać „ver online". Dalej poprowadzi Was już wyszukiwarka.

 

3. STACJE RADIOWE

Dostępne tu. Do wyboru do koloru, choć lojalnie ostrzegam, że niektóre przede wszystkim emitują muzykę i to po angielsku. Solidną porcję gadania po meksykańsku zapewni Wam niewątpliwie stołeczne W Radio. Przedpołudniami (czyli dokładnie w godzinach, kiedy Wy z kolei wracacie już ze szkoły bądź z pracy i kończycie jeść obiad) mają całkiem ciekawe audycje.

Dodam jeszcze, że naprawdę warto sobie od czasu do czasu posłuchać wiadomości zza oceanu. Obcy język, inna perspektywa. Korzyść podwójna.

 

diccionario-usual4. SŁOWNIKI

Co tu dużo mówić, są niezbędne. Nie zawsze da się zrozumieć z kontekstu to, co się właśnie usłyszało bądź przeczytało. Czasem nawet nie wiadomo, jak zapisać dany wyraz. A w typowych słownikach hiszpańsko-polskich wielu rzeczy najzwyczajniej w świecie nie znajdziecie. Ale no se preocupen, w Internecie naprawdę jest WSZYSTKO. Tu macie świeżutki słownik z 2015 r., dużo haseł, krótkie opisy. Przydatny dla słów rzadszych albo do sprawdzenia czegoś na szybko (o ile akurat nie zawiesza się serwer). A tu słownik mniejszy, ale za to ze szczegółowo opracowanymi hasłami. Jeśli chcecie mieć ten drugi w bardziej sensownej i ułatwiającej wyszukiwanie formie, prześledźcie te komentarze. Więcej chyba pisać nie muszę, poradzicie sobie.

 

 

W następnym odcinku zajmę się samym językiem: spróbuję naprostować kilka półprawd i ćwierćprawd powtarzanych w kółko, głównie w Internecie, na temat hiszpańskiego meksykańskiego oraz przedstawię bardziej szczegółowo wybrane przeurocze rodziny słówek-jokerów, które Meksykanie tak uwielbiają, a które mogą oznaczać dosłownie wszystko (albo nic), w zależności od kontekstu.

 

Na koniec, żeby była klamra:

W TYM temacie, tak bardzo mi bliskim, zawsze będę stronnicza. Nie oznacza to jednak, że nie rozumiem sytuacji związanej z nauczaniem hiszpańskiego w Polsce (szkoły publiczne, uniwersytety, czasem też prywatne szkoły językowe – choć tu powoli coś się zmienia). Położenie geograficzne plus taka a nie inna tradycja to bardzo silne czynniki determinujące. Hiszpański z Hiszpanii nie jest zły. Zły jest – w skali całego kraju – brak jakiegokolwiek wyboru. Tymczasem marzy mi się, żeby najpopularniejsze amerykańskie warianty hiszpańskiego były wykładane przynajmniej na niektórych kierunkach niektórych uniwersytetów, tak jak ma to miejsce w przypadku amerykańskiego angielskiego.

 

Zobacz także:

Meksykanie i ich język: prawdy, półprawdy, ćwierćprawdy i słówka-jokery
Będąc niemłodą już iberystką: pierwsze wrażenia ze studiów
Hiszpański na marginesach
Dlaczego warto oglądać obcojęzyczne „talent shows"
O „łatwości" języka hiszpańskiego

 

 

 

 

 

Hiszpańska gramatyka w teorii i w praktyce (1)

hiszpanskaKto lubi się uczyć gramatyki, ręka do góry. Zakładam, że gdybym rzeczywiście mogła przeprowadzić taki eksperyment, nie zobaczyłabym lasu rąk, chociaż być może dostrzegłabym pojedyncze podniesione dłonie podobnych mi zapaleńców. Nie wierzę w cudowne metody nauczania języka bez gramatyki. Nie mówię tutaj oczywiście o bezrefleksyjnym rozwiązywaniu dziesiątek stron zadań z gramatyki przy jednoczesnym zaniedbywaniu innych aspektów przyswajania języka. Nie zachęcam do podprządkowania całego procesu nauki gramatyce i strategiom rozwiązywania testów zamiast po prostu rozmowy, co niestety można zaobserwować w polskich (i nie tylko) szkołach. Z drugiej strony wierzę, że gramatyka jest kręgosłupem, na którym opiera się cały język, i mimo że możemy mówić „Kali mieć, Kali chcieć” i wciąż być zrozumiani, to pytanie brzmi: czy chcemy?

Temat gramatyki hiszpańskiej poruszyła już Adriana w polecanym już wielokrotnie artykule rozprawiającym się z mitem o łatwości tego języka. Zdaję sobie sprawę, że większość z Was nie chce zagłębiać się w gramatykę opisową i tego nie potrzebuje, ale po prostu chciałoby zdobyć solidne podstawy, które mogłoby wykorzystać w codziennym życiu. Do tych osób kieruję ten artykuł (i kolejne, jeśli temat spotka się z zainteresowaniem). Najpierw chciałabym przyjrzeć się książkom, z których sama korzystałam podczas nauki i które mogę z czystym sumieniem polecić. Po dokładne dane na ich temat, np. wydawnictwo, odsyłam na koniec wpisu.

Jedną z klasycznych pozycji jest „Uso de la gramática española, które doczekało się trzech części: dla poziomu podstawowego, średnio zaawansowanego i zaawansowanego oraz stosunkowo nowego wydania (ja korzystałam ze starego, z 1996 roku). Co znajdziemy w środku tej wielokrotnie wznawianej książki? Jeden tom zawiera od 22 do 35 rozdziałów. Na każdy z nich składa się objaśnienie gramatyczne (w przypadku czasów są to np. tabele z formami i wypunktowane przykłady użycia) oraz ćwiczenia, pozwalające zastosować zdobytą wiedzę w praktyce. Wygląda to następująco:

uso

Ćwiczenia polegają głównie na wpisaniu w luki odpowiedniej formy, odpowiedzi na pytania czy wyborze właściwej opcji, mniej jest takich, które wymagałyby od nas nieco większej kreatywności, np. ułożenia zdań.

Podręczniki z tej serii można nabyć w wybranych księgarniach internetowych i stacjonarnych, powinny być również dostępne w niektórych bibliotekach. Minusem dla samouków jest fakt, iż sama książka nie zawiera klucza odpowiedzi, trzeba go dokupić osobno.

 

Kolejną książką, z której korzystaliśmy na studiach, jest Gramática de uso del español. Teoría y práctica, dostępna w czterech częściach: do poziomów A1-A2, A1-B2, B1-B2 i C1-C2. Materiał z trzech pierwszych w dużej mierze się pokrywa, ale np. zostaje wyjaśniony na innych przykładanych, inne są też ćwiczenia. Osobiście skłaniałabym się ku sięgnięciu raczej po wydanie zbiorcze do A1-B2, niż do tego do A1-A2. Rozdziałów jest więcej niż w poprzednio prezentowanej książce, bo ponad 100, i są one krótsze: jedna strona teorii, jedna strona ćwiczeń. Ćwiczenia polegają na przykład na wyborze słowa i wpisanie go w lukę w odpowiedniej formie, połączeniu dwóch zdań, przeredagowaniu zdań, wybraniu właściwej odpowiedzi itp.

gramatica de uso

Jak widać na przykładowych zdjęciu z tomu do poziomów B1 i B2, teoria objaśniona jest po hiszpańsku. Klucze odpowiedzi znajdują się na końcu książki. Zarówno w „Gramática de uso”, jak i w „Uso de gramática”, poziom C1 to już wgłębianie się w niuanse i szczególiki (na ile potrzebne – to już inny temat), natomiast polecam zapoznanie się z przynajmniej jednym z pozostałych tomów. Seria ta wydaje się mniej popularna niż „Uso…” i jej dostępność niestety również jest mniejsza, można jednak zakupić ją w niektórych księgarniach internetowych i stacjonarnych.

Na koniec pozostawiam podręcznik, do którego mam ogromny sentyment. Mowa o dość niekonwencjonalnej „książce z dużymi głowami” „Gramática básica del estudiante de español”.

gramatica basica 0Dlaczego niekonwencjonalnej? Najlepszą odpowiedzią będzie chyba zacytowanie przykładów.

Ćw. 10, str. 164:

Mąż pani doktor Gines Labelli korzysta z przerwy w konferencji, aby opowiedzieć trochę o swoim ulubionym temacie: o ślimakach. Nie wszystko co mówi jest prawdą. Odkryj trzy prawdziwe i trzy fałszywe zdania w jego wypowiedzi.

„Wierzę, że ślimaki są fascynującymi ssakami. Noszą swój dom na plecach, mają dwa urocze czułki, które wyciągają i chowają kiedy chcą i mogą zobaczyć jedzenie z odległości wielu kilometrów. Wydają się głupie, ale w rzeczywistości mają inteligencję bardzo podobną do ludzkiej (…).”

Naszym zadaniem jest odnieść się do rewelacji wygłaszanych przez tego pana i zaprzeczyć nieprawdziwym informacjom za pomocą Es mentira que, No creo que + subjuntivo.

Mamy również utalentowanego robota, któremu możemy wydawać różne polecenia, używając trybu rozkazującego:

gramatica basica

Przemówiły do mnie również ćwiczenia polegające na zdecydowaniu, w jakim kontekście użyć danej formy:

gramatica basica 2

Oczywiście nie każdemu musi odpowiadać taki humor i taka forma przekazywania wiedzy, ale myślę, że to przyjemny powiew świeżości. Książka ma tylko jeden tom, przeznaczony dla poziomów A1-B1 i zawierający 7 sekcji  (rzeczowniki i przymiotniki, determinantes, zaimki osobowe, czasowniki, przyimki, zdania, ortografia) podzielonych na rozdziały. O ile wymienione wcześniej podręczniki dostępne są tylko w hiszpańskiej wersji językowej, co może stanowić utrudnienie dla samouków będących na poziomie początkującym, o tyle „Gramática básica” doczekała się również wersji z objaśnieniami i poleceniami po polsku, dostępnej w księgarniach językowych, Empikach itp.

Gdyby ktoś odczuwał niedosyt i chciał przećwiczyć konkretne zagadnienia np. Subjuntivo czy czasy przeszłe, może sięgnąć po serię „Tiempo para practicar…” wydawnictwa Edelsa. 

To tyle na dziś!

Dane o książkach:

Uso de la gramática española

Francisca Castro

Wydawnictwo Edelsa

Gramática de uso del español"

Luis Aragonés, Ramón Palencia

Wydawnictwo Ediciones SM

Gramática básica del estudiante de español”

Wydawnictwo Difusión, wydanie polskie: Lektorklett

Pierwsze wydanie: 2006, wydanie polskie: 2012

 

Będąc niemłodą już iberystką: pierwsze wrażenia ze studiów

iberystykaJak zapewne większość z Was już wie, od października jestem studentką iberystyki na Uniwersytecie Warszawskim. I zamiast, tak jak każdy normalny człowiek, poczekać z podjęciem tematu do zrobienia licencjatu, spieszę ze spisaniem pierwszych wrażeń po zaledwie miesiącu studiowania. Nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła. Jednak mimo wszelkiej natury ograniczeń, jakie niesie ze sobą pisanie takiego tekstu w tym momencie, postaram się być maksymalnie rzetelna – co nie znaczy, że obiektywna. Dorzucę tym samym kolejny (który to już?) kamyczek do olbrzymiego stosu pod nazwą „czy warto iść na filologię?"*), poruszę wiecznie żywy temat „ile procent samouctwa" i wreszcie spróbuję, na tyle ile mogę, wesprzeć na duchu osoby, które tak jak ja, w nietypowym momencie życia zaczynają coś zupełnie nowego. Chyba zdążyłam Was już przyzwyczaić, że moje artykuły to w dużej mierze spis osobistych doświadczeń. Tak będzie i tym razem, może nawet w stopniu odrobinę większym niż zwykle.

*) Muszę coś wyjaśnić: nie studiuję żadnej filologii. Studia w moim Instytucie, mimo programu równoważnego z dowolną filologią hiszpańską w kraju, do poziomu licencjatu oficjalnie zwą się kulturoznawstwem. I nie pytajcie dlaczego, bo nie mam pojęcia. Przyznam wręcz, że u mnie, jako osoby, która ma lekką obsesję na punkcie właściwego nazywania rzeczy, powoduje to lekki dyskomfort. Ale zostawmy moje obsesje w spokoju i przejdźmy do tematu właściwego.

Początek studiów na iberystyce oznacza przede wszystkim nieuchronną konieczność zaakceptowania dwóch faktów: (1) tak, w programie są przedmioty, i to liczne, niezwiązane bezpośrednio z samym językiem i, tak, trzeba na nie dużo czytać oraz (2) tak, obowiązującym wariantem języka hiszpańskiego jest ten z Półwyspu Iberyjskiego (qué sorpresa, ¿no?). Do drugiej kwestii wrócę za chwilę, tymczasem zajmę się pierwszą. Cóż, byłam na to przygotowana, a co więcej, wymyśliłam sobie już dawno, że dobrze byłoby w pewnym momencie życia móc postrzegać się jako osobę o ogólnym wykształceniu humanistycznym. I teraz mam szansę, żeby zacząć na to pracować. Bo o ile z filozofią jeszcze jakoś się wybronię, tak moja wiedza literaturoznawcza to jakieś strzępki i intuicje oparte na przypadkowych lekturach. O zakresie mojej ignorancji geograficznej i historycznej nawet nie wspomnę. Tak więc czytam co trzeba, chodzę na zajęcia i liczę, że jakiś ślad w mojej głowie zostanie.

A teraz czas najwyższy na przyjrzenie się samej esencji mojego studiowania, czyli zajęciom z praktycznej nauki języka. Tak jak Was na wstępie ostrzegałam, będę pisała przede wszystkim o własnych doświadczeniach, można by zatem tę część artykułu zatytułować „Moje zderzenie z nauką języka na studiach". Najpierw jednak podzielę się kilkoma informacjami, żebyście wiedzieli, czego możecie się spodziewać, jeśli rozważacie studiowanie iberystyki: takie zajęcia, w grupach zaawansowanych, to przede wszystkim praca na krótkich tekstach (wycinki z gazet, fragmenty książek – nieraz po lekkiej modyfikacji, teksty piosenek), definiowanie i parafrazowanie po hiszpańsku, tłumaczenie na polski, szukanie synonimów i antonimów oraz wyrazów pokrewnych, gramatyka w miarę aktualnych potrzeb, konwersacje, krótkie prezentacje na tematy rozmaite, itd. W grupach początkujących wygląda to oczywiście inaczej, korzysta się z podręczników, ale szczegółowego planu nauki Wam nie przedstawię, bo nie jest mi znany.

Pamiętacie może, jak pisałam o tym, że w pewnym momencie bycie 100-procentowym samoukiem zaczęło mi doskwierać? Doszłam do czegoś, co można nazwać motywacyjną ścianą. Mój kontakt z językiem hiszpańskim stał się niemal wyłącznie podtrzymujący i polegał na oglądaniu seriali oraz pisywaniu na chacie facebookowym z jednym czy dwoma meksykańskimi kolegami. Pierwszy efekt możecie sobie wyobrazić, jego próbki widnieją nawet na Woofli, w komentarzach pod jednym z tekstów: zaczęłam mieć narastające problemy z ortografią (choć muszę tu oddać sprawiedliwość owym Meksykanom, bo piszą wyjątkowo poprawnie i na pewno nie od nich „zaraziłam się" złą ortografią). Drugi efekt jest w pewnym sensie tożsamy z przyczyną: brakowało mi motywacji do powtarzania gramatyki, uczenia się nowych struktur i słownictwa; stanęłam w miejscu i jeszcze chwila, a zaczęłabym się cofać. Równolegle nękał mnie  iście szalony pomysł – podjąć studia na iberystyce – który rósł w siłę wprost proporcjonalnie do całej masy wątpliwości co do jego sensowności. Jak się sprawa skończyła, już wiecie.

Interesującym doświadczeniem był dla mnie egzamin ze znajomości hiszpańskiego, tuż przed rozpoczęciem studiów. Stanowił on pierwszy zewnętrzny i, nazwijmy to umownie, obiektywny sprawdzian tego, czego się nauczyłam, siedząc przed komputerem w zaciszu własnego mieszkania. I mimo że do dziś robi mi się słabo na samo wspomnienie tego, co nawypisywałam tam w wypracowaniu (tak! dnia następnego przynajmniej część popełnionych błędów stanęła mi jak żywa przed oczami i przyprawiła niemal o omdlenie), udało mi się zdobyć tyle punktów, że z dużym marginesem bezpieczeństwa zakwalifikowałam się do najbardziej zaawansowanej z grup. Oczywiście nie uchroniło mnie to przed czymś w rodzaju szoku kulturowego na pierwszych zajęciach: hiszpański z Hiszpanii, młodzi ludzie świetnie wygadani i ja, osłuchana z serialami meksykańskimi (no mames wey, no me chingues), boleśnie odczuwająca efekty tego, co sama sobie zafundowałam, czyli niemal całkowitego braku doświadczenia w mówieniu. A mogłam w końcu zainstalować sobie tego Skype'a, oj mogłam…

Szok kulturowy powoli mija, a ja staram wdrażać chyba jedyną sensowną w mojej sytuacji strategię: równoległej nauki hiszpańskiego z Półwyspu na potrzeby zajęć oraz hiszpańskiego z Meksyku na potrzeby własne. Na szczęście nie są to warianty na tyle odległe, żeby nie miały jednego, całkiem solidnego trzonu. Diabeł tkwi w szczegółach: przedmiotach codziennego użytku, kolokwializmach, odrobinę w gramatyce. (Tematowi temu zamierzam poświęcić mój następny tekst. Napiszę o tym, jakie korzyści i potencjalne problemy wiążą się z uczeniem się hiszpańskiego meksykańskiego, w czym tak naprawdę wersja ta różni się od iberyjskiej oraz jak wykorzystać Internet i gdzie szukać materiałów do nauki). Moim celem na najbliższe trzy lata jest wypracowanie sobie takich dwóch szczelnie oddzielonych mentalnych szufladek z etykietami „Meksyk" i „Hiszpania" i płynne przechodzenie między jedną a drugą w zależności od potrzeb, ale niemieszanie ich zawartości. Póki co, bywa różnie, w końcu wciąż się uczę. Czasem okazuje się, że znane mi słowo, które automatycznie klasyfikuję jako meksykanizm, jest w użyciu także w Hiszpanii i ma się dobrze. Bywa też na odwrót: nowo poznany na zajęciach wyraz, który brzmi tak hiszpańsko, jak tylko może, znajduję później w słowniku hiszpańskiego meksykańskiego. (Powiem Wam w tajemnicy, że zawsze tak się dziwnie składa, że moje pomyłki z pierwszej grupy dotyczą słów ładnych, a z drugiej – nieco brzydszych).

Przechodząc powoli do ostatniej kwestii, jaką planowałam poruszyć, przyznam, że te studia to dla mnie naprawdę niezły zastrzyk energii i motywacji, nie mówiąc o intelektualnej inspiracji – całe wieki np. nie używałam wyrażenia piorun nagły, teraz używam często i z upodobaniem, a kto studiował iberystykę bądź filologię hiszpańską, ten wie, dlaczego. Zajęcia o mitologii Majów w połączeniu z zajęciami z praktycznej nauki języka wzbudziły we mnie lawinę refleksji, które zaowocowały opowiadaniem o królikach (chyba dość łopatologicznym i, niestety, banalnym, jak się już złapie trop, więc póki co nie planuję zamieszczać go nigdzie w sieci). I tak dalej, przykłady mogłabym mnożyć (jak króliki, chciałoby się rzec, tylko w sposób nieco bardziej kontrolowany).

Czy są minusy? Ależ oczywiście. W moim przypadku minus jest jeden, ale za to dokuczliwy. Jako osoba, której praktycznie całe życie zawodowe i duża część towarzyskiego w ostatnich latach miały miejsce w Internecie, doświadczam właśnie radykalnej zmiany trybu życia. Dochodzi do tego konieczność poprzestawiania jednych rzeczy, wyeliminowania drugich i pogodzenia ze sobą kolejnych – czyli wszystko to, co w naturalny sposób zaczyna nam towarzyszyć w pewnym wieku. W efekcie mój organizm się zbuntował i zrobił mi psikus w postaci długotrwałej i uporczywej bezsenności. Jak widać, w życiu nie można mieć zbyt dobrze. Pozostaje mi nadzieja, że z czasem wszystko się unormuje. I całkiem poważnie rozważam naukę jakiejś medytacji (żadnej trans-, mam na myśli coś na wskroś europejskiego).

I na koniec: co z moją aklimatyzacją wśród młodzieży? Czy jest i dla Was nadzieja, drogie staruszki i drodzy staruszkowie, rozważający powrót na łono uczelni, żeby zintensyfikować naukę języka obcego albo wręcz nauczyć się nowego języka od zera? Ja tę nadzieję widzę. A nawet nie tyle nadzieję, co pewność, że tak. Nie wiem, jak z innymi filologiami/kulturoznawstwami, ale na iberystyce mamy niezły przekrój wiekowy. Studenci w typowym wieku pierwszorocznym oczywiście stanowią większość, ale zadziwiająco dużo jest osób kilka lat starszych, nie brakuje też -naście, a nawet -dzieścia lat starszych. Trzeba tylko pamiętać – łatwo mi pisać, a sama jeszcze mam trudności z przyswojeniem tego oczywistego faktu – że typowy adresat takich studiów, to 19-latek umiarkowanie zainteresowany językiem i mocno zainteresowany odkrywaniem szeroko pojętego życia (co, mam nadzieję, nie zostanie odczytane jako krytyka 19-latków). A dzisiejsza uczelnia ma coś z rynku.

 

Zobacz także:

75% samouctwa, czyli czarna owca na Woofli
Czy Polak może (na)uczyć się hiszpańskiego meksykańskiego?
Meksykanie i ich język: prawdy, półprawdy, ćwierćprawdy i słówka-jokery
Hiszpański na marginesach
Co Polak może zaoferować światu? Wymiana nie tylko językowa

 

 

 

 

Co Polak może zaoferować światu? Wymiana nie tylko językowa

PolskaRobiąc niedawno porządki w firefoksowych zakładkach, trafiłam na ciekawy, a dawno już przeze mnie zapomniany, wygrzebany na jakimś forum dyskusyjnym tekst Leona Szkutnika „Jak nauczyć się obcego języka"?, opublikowany w jednym z wydań Wiedzy i życia z 1997 r. Autor podkreśla m. in., jak ważny jest kontakt z żywym językiem i zachęca do intensywnego oglądania zagranicznej telewizji oraz czytania gazet. Jest też kilka zdań o pozytywnej roli odpowiednio nastawionego nauczyciela, a całość kończy się konkluzją:

Nie zapominajmy jednak o rzeczy najważniejszej – przy dzisiejszej dostępności środków również praca bez nauczyciela, może z pomocą kogoś, kto zna język, ma sens.

Aż chciałoby się zakrzyknąć: ON JESZCZE NIE WIE! Zaledwie kilka lat wystarczyło, żeby Internet, wówczas jeszcze dobro luksusowe, stał się czymś powszechnym. A wraz z nim błyskawicznie rozwijające się serwisy typu YouTube, pozwalające na maksymalną personalizację oglądanych treści oraz portale umożliwiające nawiązanie kontaktu z rodzimymi użytkownikami najróżniejszych języków. Właśnie od tego momentu możemy mówić o realnej dostępności środków: nie musimy mieć kablówki, mieszkać blisko dużych bibliotek, posiadać funduszy na zagraniczne wycieczki ani ograniczać się w wyborze języka do angielskiego lub niemieckiego. Nigdy wcześniej dostęp do najróżniejszych materiałów, jak i kontakt z tzw. native speakerami, nie były tak łatwe.

Native speaker. Nie sposób odmówić temu określeniu pewnej dozy absurdu zawsze wtedy, kiedy jest używane w odniesieniu do mieszkańców krajów innych niż anglojęzyczne. Zostańmy więc przy rodzimym użytkowniku. Temat kontaktów z rodzimymi użytkownikami języków, których się uczymy, przeważnie wywołuje silne emocje i gorące dyskusje wokół najróżniejszych kwestii: od trudności nawiązania takiego kontaktu i jego użyteczności, poprzez psychologiczny aspekt dokonywania i otrzymywania korekt, aż po etykę flirtowania z osobami mieszkającymi nieraz tysiące kilometrów od nas. Na samej Woofli pojawiło się już kilka artykułów na temat różnych form wymiany językowo-kulturowej (linki na dole, pod „Zobacz także"), nie sądzę też, żeby mój tekst był ostatnim głosem w tej sprawie.

Nie poświęcę dużo miejsca na porady, gdzie szukać tych mitycznych rodzimych użytkowników, bo zrobili to rzetelnie i szczegółowo moi poprzednicy. Na pewno warto zainteresować się ogromnym i bezpłatnym portalem wymiany językowej InterPals, a jeśli bardziej niż na poznawaniu nowych osób zależy Wam na korektach Waszych tekstów, zajrzyjcie na lang-8. Nierzadko jednak zdarza się, że wartościowych partnerów do dyskusji poznajemy niejako przy okazji, zupełnie gdzie indziej. Wiele osób preferuje zwyczajne zagraniczne fora dyskusyjne bądź portale społecznościowe. Jeśli chodzi o mnie, miło zaskoczył mnie… Facebook. Polubiłam kiedyś stronę El muro de los idiomas, zrzeszającą przede wszystkim hiszpańskojęzyczne osoby uczące się innych języków, ale i pełną ciekawostek na temat samego hiszpańskiego, jego historii, gramatyki i ortografii. Napisałam któregoś dnia komentarz, który ku mojemu zaskoczeniu zebrał ponad 60 polubień i wyświetlał się jako najbardziej widoczny. Zaskoczenie było jeszcze większe, kiedy okazało się, że mam dwa nowe zaproszenia do grona przyjaciół od nieznanych mi Meksykanów. Po krótkim zastanowieniu oba zaproszenia przyjęłam. Dziś stwierdzam, że to była bardzo dobra decyzja.

Zamykając okienko czatu facebookowego po kolejnej sympatycznej i najnaturalniejszej w świecie rozmowie z meksykańskim kolegą,  próbowałam przypomnieć sobie, jakie uczucia towarzyszyły mi, kiedy nawiązywałam pierwsze kontakty z hispanohablantes. Powiedzmy sobie szczerze, dominowały wśród nich różnego rodzaju wątpliwości i obawy, które na szczęście okazały się w dużej mierze niesłuszne, a przynajmniej wyolbrzymione. Z tego co słyszę i czytam, wielu Polaków podziela podobne obawy, dlatego spróbuję skonfrontować je z rzeczywistością, przefiltrowaną oczywiście przez własne doświadczenia. Oto główne czynniki filtrujące (plusy w nawiasach postawiłam przy czynnikach ułatwiających sytuację wymiany językowej, a minusy przy utrudniających):
– uczę się hiszpańskiego (+, język jest popularny)
– preferuję dialekt meksykański (+, dialekt jest popularny, a Meksykanów dużo)
– jestem Polką (-, mało osób wie, gdzie leży Polska, a jeszcze mniej chce się uczyć naszego języka)
– jestem kobietą (+, wystarczy założyć konto, a pojawiają się pierwsze wiadomości, w dodatku jakaś 1/4 z nich jest „na temat")
– mam już zagospodarowane życie uczuciowe (-, portale wymiany językowej mają wiele cech portali randkowych).

A oto owe popularne obawy, które stały się też moim udziałem, a które niemal całkowicie rozwiały się w kontaktach z Meksykanami:

1. Jestem Polakiem / Polką, więc nikt nie zainteresuje się mną jako partnerem do wymiany językowej, bo nikt nie uczy się polskiego.

Cóż, faktycznie niewiele osób na świecie uczy się polskiego jako języka obcego. Wszelkie deklarowane zainteresowanie kończy się zazwyczaj na: „Wow! Jaki ten twój język fajny, taki egzotyczny, musisz mnie kiedyś go nauczyć". Nie trzeba się tym jednak nadmiernie przejmować, bo to, co w teorii miałoby być wymianą językową, w praktyce przeważnie sprowadza się do sympatycznych rozmów na tematy wszelakie w języku, którego to my się uczymy. Pierwszy regularny kontakt, jaki udało mi się nawiązać przez Interpals, zaczął się od wysłanej mi przez pewnego Meksykanina wiadomości o treści mniej-więcej: dziękuję za odwiedzenie mojego profilu, chętnie pomogę ci w hiszpańskim, napisz mi coś o swoim kraju. Możecie wierzyć lub nie, ale on autentycznie chciał się dowiedzieć, jak się aktualnie żyje w Polsce, jacy są Polacy, czym charakteryzuje się nasz język itd. I nie był jakimś szczególnym polonofilem, po prostu nie kłamał, pisząc na swoim profilu, że lubi poznawać inne kultury.

Korespondencja oczywiście rozwijała się wielowątkowo. Ucieszyłam się, kiedy mój rozmówca wyznał, że jest miłośnikiem światowego kina – skłoniło mnie to do prób zrewidowania własnego przeświadczenia, że nasz kraj nie ma nic wartościowego do zaoferowania w tej dziedzinie. Z przyjemnością wydobywałam z otchłani skrzywionej pamięci polskie filmy, które zrobiły na mnie duże wrażenie i podsuwałam mu tytuły takie jak „Pora umierać", „Rewers", „Mój rower" i pomagałam w wyszukiwaniu angielskich napisów. Po co to o tym wspominam? Właśnie po to, żeby pokazać, że nawet jeśli druga osoba nie uczy się polskiego, wymiana zawsze będzie dwustronna. Bo na portalach wymiany językowej, jak wszędzie indziej, za każdym razem mamy do czynienia z konkretnym człowiekiem, który ma swój unikalny zestaw zainteresowań i potrzeb, wychodzących daleko poza kwestie nauki języka.

Mam nadzieję, że choć trochę pomogłam osobom nieprzekonanym rozprawić się z pierwszą powszechną obawą. Czas na następne:

2. Nawet jeśli ktoś jakimś cudem będzie chciał mi pomóc w nauce języka, to przecież nie mogę go traktować jako darmowego korepetytora. Skąd mam wiedzieć, czy właśnie nie nadużywam cierpliwości rozmówcy?

Ten problem bardzo szybko „sam się rozwiązuje" w praktyce: zaczynam z kimś korespondencję i już wiem, że chodzi przede wszystkim o wymianę myśli z drugą osobą, nauka języka odbywa się gdzieś w tle, przy okazji. Sytuacja imitująca szkolną lekcję byłaby nie tylko uciążliwa dla naszego rozmówcy, ale też niemiłosiernie nudna dla obu stron. Nie znaczy to oczywiście, że nie należy zadawać pytań czy dzielić się własnymi wątpliwościami lingwistycznymi. Rodzimy użytkownik języka odpowie nam chętnie i zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą. Jak zadawać pytania, aby uniknąć różnorodnych pułapek? Odpowiedzi udzieli Wam artykuł z zaprzyjaźnionego bloga: w wersji polskiej i w wersji hiszpańskiej.

3. Mam do czynienia z osobą z zupełnie innej kultury, mojej znajomości języka jeszcze sporo brakuje do perfekcji. Co będzie, jeśli kogoś niechcący urażę?

To zupełnie naturalna obawa, w dodatku chyba w równym stopniu dotycząca nas, jak i naszego rozmówcy. (Wychodzę z założenia, że nie warto podejmować jakichkolwiek interakcji z osobami, które nie są w stanie zrozumieć, że ewentualne niezręczności mogą być obustronne i wynikać wyłącznie z niewiedzy bądź czysto językowego nieporozumienia). Na portalach, gdzie deklaruje się swój poziom znajomości języka, warto go nie przeceniać, nawet biorąc poprawkę na to, że się go odrobinę zaniży – zawsze człowiek potem czuje się bezpieczniej np. w sytuacji, kiedy w języku hiszpańskim zrobi małą literówkę i niechcący z formy „ty" przejdzie na „pan/pani" (pół biedy) albo na odwrót (znacznie gorzej). Jednak przy odrobinie wyobraźni i empatii, najlepiej w połączeniu z dużą dawką poczucia humoru, problem wzajemnego „urażania" w zasadzie przestaje istnieć.

Dość optymistycznie wyszło, prawda? W zamian możecie podzielić się Waszymi obawami, zarówno tymi potwierdzonymi, jak i rozwianymi.

 

 

Zobacz także:

Za co kocham lang-8.com i gdzie szukać przyjaciół
Jak w praktyce wygląda poszukiwanie partnera językowego
Garść (nie)poważnych refleksji na temat programu Erasmus
Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje przedwyjazdowe
Surfowanie między kanapami
Czy Polak może (na)uczyć się hiszpańskiego meksykańskiego?
Meksykanie i ich język: prawdy, półprawdy, ćwierćprawdy i słówka-jokery

 

 

 

 

Czy warto iść na filologię? Kastylijska spowiedź

filologiaTrzy lata na filologii hiszpańskiej minęły jak jeden dzień. Teraz, z dyplomem studiów licencjackich w dłoni (niestety nie dosłownie, gdyż będzie on gotowy dopiero w październiku) zasiadam do tego wpisu, jednego z serii bardziej osobistych. Postaram się jednak przemycić również ogólne myśli i wskazówki dla osób, które rozważają podjęcie studiów filologicznych. Skupię się na tym, czy kierunek jest ciekawy i rozwijający, pozostawiając na marginesie bardzo ważny aspekt, jakim są perspektywy pracy zawodowej, o którym dopiero będę mogła się wypowiedzieć. Czy gdybym mogła cofnąć to poszłabym na ten sam kierunek? Odpowiedź brzmi: bez wątpienia tak! No to zaczynamy!

Studia rozpoczęłam bez znajomości języka hiszpańskiego, co na pewno wpłynęło na mój pozytywny odbiór kierunku. Chociaż studia filologiczne to nie kurs językowy (zdanie, z którym zetknął się chyba każdy, kto myślał o pójściu na filologię – wyświechtane, ale prawdziwe), moim głównym celem było poznanie języka od zera do, jak zakłada program, poziomu C1. Czy się udało? Powiedziałabym, że prawie. Zdałam z dobrymi wynikami egzamin na tym poziomie, ale na pewno nie odważę się powiedzieć, że osiągnęłam C1 we wszystkich sprawnościach językowych. Kluczowym przedmiotem była Praktyczna Nauka Języka Hiszpańskiego, podzielona na moduły: konwersacje i rozumienie ze słuchu, język pisany, gramatyka oraz słownictwo i czytanie. Zajęcia przeprowadzali w kolejnych semestrach różni wykładowcy. Właśnie ta wielotorowa nauka i rozwijanie równolegle różnych sprawności językowych, moim zdaniem niemożliwe do osiągnięcia na kursie językowym nawet przy dużej liczbie godzin, najbardziej spodobało mi się na filologii. Najwięcej pracy wymagał pierwszy rok, na którym musieliśmy opanować język hiszpański na tyle, by od drugiego roku móc uczestniczyć w zajęciach tylko po hiszpańsku razem z grupą zaawansowaną. Na przykład na zajęciach ze słownictwa zajmowaliśmy się dwoma działami z zawierających sporo ćwiczeń książek „Vocabulario en diálogo" i „Viva el vocabulario", a ze słownictwem z kolejnych kilku działów musieliśmy się zapoznać w domu. Na zajęciach z języka pisanego nie tylko pisaliśmy teksty, ale i poznawaliśmy ortografię oraz interpunkcję. Pracochłonne było przyswojenie reguł gramatycznych, chociaż na przykład tryb Subjuntivo okazał się mniej problematyczny, niż się z początku wydawało. Na gramatyce korzystaliśmy z materiałów z wielu książek, ale wiodące były „Uso de la gramática española” (dostępne również dla wyższych poziomów) oraz „Gramática básica del estudiante de español”. Polecam zwłaszcza tę drugą pozycję, która zauroczyła mnie pomysłowymi ćwiczeniami i nieraz absurdalnymi, a dzięki temu łatwo zapadającymi w pamięć zdaniami np. negowaniem, jakoby ślimak miał inteligencję większą od ludzkiej, oczywiście z użyciem trybu Subjuntivo 😉 Podczas konwersacji mogliśmy przećwiczyć ostatnio opanowane słownictwo i gramatykę.

Na niektórych przedmiotach (zwłaszcza na PNJH) nasza znajomość materiału była regularnie sprawdzana poprzez kartkówki i kolokwia, na innych dopiero dzięki końcowemu kolokwium lub egzaminowi. Brak jednego, wiodącego podręcznika oraz korzystanie z materiałów zebranych i przygotowanych przez wykładowców były z mojej perspektywy ogromną zaletą, choć niestety i tak mam skłonność do opierania się za bardzo na podręcznikach i od początku za mało sięgałam po żywy język.

Oprócz PNJH w poszerzeniu wiedzy o hiszpańskim i o językach w ogóle pomogły mi wstęp do językoznawstwa oraz gramatyka opisowa: fonetyka, morfologia i składnia. Poznałam też w pewnym stopniu drugi język romański – spośród francuskiego, włoskiego i portugalskiego wybrałam ten ostatni. Pozostałe przedmioty to między innymi: historia literatury Hiszpanii i Ameryki Łacińskiej, historia Hiszpanii i Ameryki Łacińskiej, historia języka hiszpańskiego, metodologia pracy z tekstem literackim, wstęp do literaturoznawstwa, łacina, akwizycja języków obcych, a także przedmioty opcyjne z oferty całego uniwersytetu (np. bardzo interesujące zajęcia z psychologii!) lub instytutu. Oczywiście, programy filologii są różne na różnych uniwersytetach, dlatego przyszłych kandydatów gorąco zachęcam do przejrzenia programu studiów. Ponadto radzę zasięgnąć języka u wyższych roczników, gdyż bardzo dużo zależy od wykładowcy: przedmiot z bardzo intrygującą nazwą i ciekawym programem może się okazać kiepsko prowadzony, i odwrotnie.

Na osobny akapit zasługuje możliwość udziału w stypendiach zagranicznych, w tym najbardziej popularnym: Erasmusie. Miejsc dla mojego kierunku było tyle, że właściwie każdy chętny mógł spędzić semestr lub dwa zagranicą (osoby z wyższą średnią miały pierwszeństwo wyboru uczelni). Poza licznymi uniwersytetami w Hiszpanii mogliśmy wybrać również któryś w Portugalii, Francji, Czechach lub Niemczech, choć oczywiście największym zainteresowaniem cieszył się kraj Cervantesa. Spośród szerokiej oferty z bardzo przyziemnych powodów wybrałam Universidad de Almería, uczelnię bardzo młodą (moją rówieśnicę ;)). Nowoczesny kampus blisko morza, małe i przyjemne miasteczko oraz przede wszystkim możliwość posługiwania się hiszpańskim na co dzień stanowiły niezaprzeczalne zalety tego wyjazdu. Na początku zaskoczenie wywołał kontakt z andaluzyjskim hiszpańskim: szybkie tempo wypowiedzi, „zjadanie” liter s i d na końcu słowa (i nie tylko). Warto skorzystać z możliwości wyjazdu na Erasmusa, zwłaszcza będąc na studiach językowych. Nawiasem mówiąc, tego co wiem, na niektórych zagranicznych uczelniach wyjazd do kraju studiowanego języka stanowi obowiązkową, integralną część studiów. Zamykając temat Erasmusa, nie zapominajmy też o możliwości zwiedzania Hiszpanii oraz oczywiście o walorze towarzyskim.

Jednak nie tylko Erasmus był doskonałą okazją do nawiązania interesujących znajomości. Ludzie z mojego kierunku są naprawdę świetni. Wielu z nich to dwukierunkowcy lub osoby, które zdecydowały się na kolejne studia, stąd o monotonii nie mogło być mowy. Około trzydzieści osób na roku, niewielki instytut oraz stosunkowo niewielu wykładowców: dla niektórych może to być wadą, dla mnie było zaletą, być może dlatego, że wcześniej miałam do czynienia z bardziej niszową filologią, gdzie i ludzi, i miejsca było jeszcze mniej.

Niestety, i w tej beczce miodu znalazła się łyżka dziegciu. Poza problemami organizacyjnymi (ale na której uczelni się one nie zdarzają!), program, choć ciągle modyfikowany, nadal określiłabym jako nieco archaiczny. O ile zgadzam się, że znajomość literatury i historii danego obszaru językowego jest niezbędna dla filologa, to ograniczyłabym nieco literacko-historyczne przedmioty (z jednym wyjątkiem, ale o tym za chwilę) np. na rzecz tłumaczeniowych, które niestety pojawiają się dopiero na studiach magisterskich. Mam wrażenie, że za bardzo skupiliśmy się na dawnej literaturze, traktując po macoszemu ostatnie, powiedzmy, sto lat, bogate przecież w wartościowe dzieła w języku hiszpańskim. Zabrakło mi także możliwości zdobycia uprawnień nauczycielskich, chociaż pozwalałyby one do nauczania w edukacji publicznej tylko do pewnego etapu.

Poza tym uświadomiłam sobie, że to, co wiem i umiem, to tylko czubek góry lodowej. Samo aktywne uczestnictwo w zajęciach to za mało, wiedzę należy ciągle poszerzać i mieć stały kontakt z językiem. Na przykład, na moim kierunku naucza się hiszpańskiego z Półwyspu Iberyjskiego, zainteresowani bogactwem dialektów i odmian z Ameryki Łacińskiej muszą zgłębić temat we własnym zakresie. Ba, sama Hiszpania ma w sobie jeszcze wiele tajemnic, które chętnie odkryję, najlepiej podczas kolejnego pobytu w Hiszpanii: podczas studiów magisterskich moim celem jest najstarszy w tym kraju uniwersytet (w Salamance) i jego bogate zbiory biblioteczne. Podsumowując: jestem zadowolona z wyboru, a tym, którzy chcieliby poznać język od podszewki, polecam studia filologiczne.

Może Cię zainteresować również:

Będąc niemłodą już iberystką: pierwsze wrażenia ze studiów

W obronie filologii i nauczycieli

Dlaczego warto oglądać obcojęzyczne „talent shows"

la-voz-argentina-telefePamiętacie, jak pisałam o wyczerpaniu się mojej dotychczasowej formuły nauki języka hiszpańskiego i konieczności szukania nowych materiałów oraz sposobów nauki? Szybko okazało się, że odczuwam m.in. palącą potrzebę zmiany formy kontaktu z językiem mówionym. Oglądanie telenowel z Telemundo do pewnego etapu sprawdzało się świetnie, ale przestało wystarczać. To co początkowo było dla mnie ich zaletą, czyli dostosowywanie się wszystkich aktorów, niezależnie od pochodzenia, do standardu meksykańskiego, przerodziło się w uciążliwe ograniczenie. Chciałam wreszcie posłuchać – i to w dużej dawce – języka dokładnie takiego, jakim posługują się ludzie w danym kraju. Języka zróżnicowanego międzyosobniczo i nieugrzecznionego na potrzeby serialu, programu dokumentalnego czy wykładu.

Mój los był w zasadzie przesądzony: wiedziałam, że będę musiała zainteresować się gatunkami takimi jak reportaż, talk show, talent show, teleturniej. I wśród nich znaleźć coś, najlepiej cyklicznego, co da się oglądać bez bólu. Po tym, jak kilka (kilkanaście?) razy trafiłam kulą w płot, algorytm youtube'owy wreszcie się nade mną zlitował i podsunął mi fragment programu La Voz Kids. Co prawda widok współzawodniczących ze sobą dzieci nie należy do najweselszych, choćby nie wiem jak dobrze śpiewały, ale kierunek okazał się dobry. Zaczęłam wpisywać „la voz…" w najróżniejszych kombinacjach z nazwami krajów i tak trafiłam na komplet pełnych (i pełnoekranowych) odcinków La Voz Argentina. Moja nauka języka hiszpańskiego wkroczyła na nowe tory. Wkrótce też miałam się przekonać o czymś, co już wcześniej mgliście przeczuwałam na podstawie przypadkowych strzępów dotychczasowej wiedzy: Argentyna jest pięknym krajem o bogatej i ciekawej kulturze.

la-voz-el-jurado

Jurorzy na swoich słynnych obrotowych fotelach słuchają kolejnego głosu. Po kliknięciu zobaczycie zdjęcie w powiększeniu.

Na pewno wielu z Was orientuje się, przynajmniej z grubsza, jak wyglądają programy oparte na holenderskim pomyśle The Voice, bo powstała również nasza krajowa adaptacja, znana pod jakże polską nazwą The Voice of Poland. (Jak dotąd, TVP wyemitowała pięć edycji, a to jeszcze nie koniec, bo będzie i szósta…) Tym szczęśliwcom, którzy od lat żyją z dala od wszelkiej telewizji, najkrócej jak umiem opiszę zasady całej zabawy. La Voz zaczyna się od Przesłuchań w ciemno (Audiciones a ciegas), gdzie uczestnicy, wyłonieni spośród wielu podczas wstępnych kwalifikacji (oszczędzonych widzowi) prezentują się czwórce jurorów, odwróconych plecami do śpiewającego. Jeśli dany głos spodoba się któremuś z jurorów, ten naciska przycisk, a jego ruchomy fotel wykonuje obrót o 180 stopni. Śpiewający automatycznie trafia do drużyny jurora, a ten staje się jego trenerem w walce o wygraną. W sytuacji, w której odwróci się więcej niż jeden juror, to uczestnik wybiera, do kogo chce trafić. Kiedy już ekipy wszystkich trenerów są skompletowane, przychodzi czas na lekkie ich odchudzenie w kolejnym etapie o nazwie Bitwy (Batallas). Wewnątrz każdej z grup uczestnicy zostają dobrani w pary lub trójki i kolejno współzawodniczą między sobą, śpiewając przydzieloną im piosenkę. Jedna osoba z duetu lub tria zawsze musi odpaść. Tak przerzedzone drużyny czekają później jeszcze dogrywki, po czym pięcioro szczęśliwców z każdej grupy uczestniczy w kolejnych Odcinkach na żywo (Shows en vivo), aż w finale wyłoni się zwycięzca, który zyska tytuł – w naszym przypadku – La Voz Argentina. Im bliżej finału, tym mniej do powiedzenia mają jurorzy, których rolę, jak to w komercyjnym widowisku, przejmują widzowie, głosujący za pomocą sms-ów.

Skoro już wiecie, jakie pobudki mogą skłonić osobę uczącą się języka obcego do skierowania zainteresowania w stronę talent show i z grubsza poznaliście formułę, na jakiej opiera się program będący naszym dzisiejszym bohaterem, czas na kilka konkretów: jakie korzyści odniosłam, poświęcając kilkadziesiąt godzin mojego życia na oglądanie La Voz Argentina? Pozwolę sobie upchnąć owe korzyści do trzech odrębnych kategorii i dla porządku przymknąć oko na to, że kategorie te miejscami muszą na siebie zachodzić.

1. Język.

Uczestnicy La Voz pod względem pochodzenia, wykształcenia, inteligencji, sytuacji życiowej, cech fizycznych, stanowili cały przekrój społeczeństwa. Program spełnił więc moje podstawowe wymaganie, o którym wspomniałam na początku, mianowicie pozwolił mi posłuchać żywego języka w całym swym bogactwie i zróżnicowaniu. Wbrew początkowym obawom, bardzo szybko przyzwyczaiłam się do brzmienia argentyńskiego rioplatense, z jego charakterystyczną wymową głoski ll/y (dźwięk podobny do naszego sz, czasem ż) i częstym „zjadaniem" s albo zamienianiem go w j (czyli, po naszemu, w głoskę h). Tak czy inaczej, zrozumienie kilkorga z uczestników, przeważnie mieszkańców wsi i małych miasteczek, przysporzyło mi nieco problemów.

To, co uderzyło mnie szczególnie podczas przysłuchiwania się mowie Argentyńczyków, to wszechobecna włoska intonacja. Teoretycznie wiedziałam o silnych wpływach Włochów i ich języka w tym kraju, ale słuchanie hiszpańskich fraz wymawianych z włoskim zaśpiewem było doświadczeniem naprawdę ciekawym. Kogoś przyzwyczajonego do bardziej popularnych dialektów hiszpańskiego, mogłaby też zdziwić forma vos, używana dla 2. osoby l. poj (pisałam o niej tu). Tak się mówi w Argentynie. Usłyszymy więc: cantás muy bien, tenés una voz maravillosa, sos un genio, …

2. (Pop)kultura

La Voz Argentina, jako typowe talent show, ma podstawową zaletę tego typu programów: daje możliwość poznania artystów, na których wychowywały się pokolenia Argentyńczyków i usłyszenia piosenek, które zna każde dziecko w tym kraju. Z czwórki jurorów, trójka to gwiazdy argentyńskiej muzyki popularnej: śpiewająca folk, pełna cudownej energii Soledad Pastorutti, znana też jako La Sole, dziwaczny i sympatyczny elektropopowy duet Miranda! oraz popowy piosenkarz Axel. Ten ostatni, zarówno stylistyką (muzyczną i wizualną), jak też sposobem bycia, do złudzenia przypominał mi naszego Piaska, który nb. był jurorem w polskiej edycji programu. Z ciekawości przejrzałam fragmenty z kilku innych krajów, żeby sprawdzić, czy ten „Piasek" to taki standardowy element formuły, ale okazało się, że nie.

Oczywiście uczestnicy, poza utworami rodzimych wykonawców, chętnie sięgali po piosenki popularne w całej Ameryce Łacińskiej, a często również po światowe przeboje. Co najmniej 1/3 całego repertuaru śpiewali po angielsku. Do tego wątku wrócę za chwilę, a tymczasem zaprezentuję Wam samą esencję argentyńskości. La arenosa w oryginale wykonywana była przez legendę argentyńskiego folku, Mercedes Sosę. Tu – w interpretacji jednego z uczestników La voz, Mario Suareza, należącego do drużyny La Sole:

3. Ludzie

Wydawałoby się, że ujednolicona formuła programu The Voice / La Voz nie pozostawi widzowi wiele miejsca na obserwacje natury socjologicznej. Nic bardziej mylnego. Wystarczy obejrzeć fragmenty odcinków z kilku krajów, żeby zorientować się, jak bardzo – mimo formalnych podobieństw – różni się La Voz Argentina od La Voz Perú czy oryginalnego holenderskiego The Voice. Poza tym w programie, jak już wcześniej wspomniałam, biorą udział ludzie zróżnicowani pod każdym niemal względem, których łączy jedynie pasja i zdolności muzyczne. Mamy więc przekrój całego społeczeństwa.

Jaki zatem obraz społeczeństwa argentyńskiego wyłania się z programu? Jeśli miałabym opisać w kilku słowach rzeczy, które rzuciły mi się w oczy, byłyby to: wszechobecna otyłość, jeszcze bardziej wszechobecne włoskie nazwiska, otwartość na świat, dobra znajomość angielskiego, bezpośredniość w kontaktach, zamiłowanie do kuchni włoskiej. Przegląd różnych statystyk i lektura notek encyklopedycznych w dużej mierze poparły moje obserwacje. W kraju, do którego tak licznie przybywali włoscy imigranci i w którym obecnie blisko połowa mieszkańców ma włoskich przodków, nie może dziwić fakt, że co trzecia osoba nazywa się Battaglia, di Paolo, Mazzitelli czy Pastorutti, a co piąta okazuje się kucharzem specjalizującym się w pizzy i daniach z makaronu… W przypadku pozostałych wymienionych zjawisk (zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych) ich przyczyny doszukiwałabym się w rosnącym standardzie życia, a co za tym idzie, coraz większym dostępie do nowych technologii.

Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, na chwilę zatrzymam się przy wątku stosunku uczestników La Voz Argentina do języka angielskiego. Słyszeliście na pewno o tym, że mieszkańcy krajów Ameryki Łacińskiej raczej niechętnie uczą się tego języka. Na ich tle Argentyna, z wysokim english proficiency index, jest wyjątkiem. W jaki sposób fakt ten odzwierciedlał się w programie? Duża część uczestników nie bała się śpiewać po angielsku. Szacuję, że ok. 1/3 utworów była wykonywana w tym języku (co dla mnie przeważnie oznaczało bodziec do przewinięcia dalej,  bo przeboje Madonny czy The Beatles były akurat ostatnią rzeczą, jakiej szukałam w programie). Zdarzały się oczywiście osoby, które zarzekały się, że będą śpiewać wyłącznie en castellano, a wyznaczenie im piosenki po angielsku traktowały jako dopust boży, ale stanowiły raczej wyjątek niż regułę.

I wszystko byłoby świetnie, gdyby nie niepokojące spostrzeżenie, że angielski zdaje się powoli wkradać do codziennej mowy Argentyńczyków. Jeszcze jakoś bym zniosła to, że Odcinki na żywo nazwano Shows en vivo (dla porównania, w La Voz PerúConciertos en vivo). Nie podobało mi się jednak, że na trenerów mówiono los coach zamiast los entrenadores, a najlepszym sposobem pochwalenia czyjegoś wyglądu były słowa: me encanta tu look

——————————–

Argentyńczycy nie byli tak nienasyceni w wyszukiwaniu muzycznych talentów jak choćby nasi rodacy i jak dotąd, zadowolili się jedną edycją La Voz. Dzięki temu program, który oglądałam, miał w sobie pewną świeżość i energię, widać było i czuć prawdziwe emocje. (Dla porównania, La Voz México, dostępna na YouTube w V edycji, jest dla mnie nieoglądalna). Byłabym jednak daleka od prawdy twierdząc, że w La Voz Argentina uniknięto charakterystycznego dla tego typu produkcji grania na uczuciach widza. W miarę zbliżania się do finału coraz bardziej koncentrowano się na prywatnym życiu uczestników, na zasadzie: im więcej dramatów, tym lepiej. Było więc spotkanie rodzinne po latach rozłąki, byli młodzi chłopcy, którzy w pocie czoła wytrwale pracowali, aby utrzymać rodzinę, była chora na raka matka, która zalewała się łzami widząc syna na scenie. Cóż, igrzyska rządzą się własnymi prawami. Ale zachowując odrobinę dystansu i kierując uwagę na rzeczy istotne, można się przekonać, że taki talent show to prawdziwa skarbnica wiedzy o kraju, jego mieszkańcach i ich języku.

 

 

Zobacz także:

Urugwajskie głosy
Meksykanie i ich język: prawdy, półprawdy, ćwierćprawdy i słówka-jokery
Hiszpańskie filmy, które łatwo przeoczyć
Jak oglądać telenowele i nie zwariować

Hiszpański na marginesach

 

 

 

 

Jak ocenić poziom znajomości języka obcego? ESOKJ w teorii i w praktyce

a1a2Określenie poziomu znajomości języka obcego jest niełatwym zadaniem. Sformułowania takie jak “komunikatywny” czy “średniozaawansowany” są niejednoznaczne i trudno ocenić, jakimi umiejętnościami powinna się wykazać osoba na danym poziomie. Przełom w tej kwestii przyniosła znana Wam zapewne skala A1-C2, którą wprowadzono w Europejskim Systemie Opisu Kształcenia Językowego (ESOKJ). Dokument ten, zaprezentowany w 2001 roku przez Radę Europy pod tytułem Common European Framework of Reference for Languages, jest wynikiem wieloletniej pracy zespołu specjalistów z dziedziny lingwistyki stosowanej i pedagogiki.

Skąd potrzeba stworzenia takiego opracowania?

Przed publikacją ESOKJ oraz w początkowych latach wprowadzania w życie jego ustaleń nie zastanawiałam się nad kwestią oceniania znajomości języka. Byłam na etapie uczenia się nazw zwierząt i kolorów po włosku, i moim celem jako uczennicy było po prostu uzyskanie dobrej oceny z kolejnego przedmiotu. Z tego względu muszę więc powołać się na refleksje osoby trzeciej: mojej wykładowczyni.

Brak jednolitych kryteriów oceniania stanowił problem zarówno dla nauczycieli, jak i dla samych uczących się. Poziom znajomości języka określano na podstawie podręczników, które ukończyła dana osoba, lub na podstawie tego, ile lat nauki ma ona za sobą. Oczywiście uczniowie po roku nauki mogą legitymować się bardzo różnym stopniem znajomości języka, w zależności od wielu czynników, np. intensywności kursu czy motywacji i własnej pracy ucznia. Niejednolite było również nazewnictwo kursów.

Ten chaos udało się okiełznać za pomocą wprowadzenia poziomów zaprezentowanych na poniższym schemacie:

Europejski System Opisu Kształcenia Językowego

ESOKJ się przydaje, bo…

  • Jesteśmy bardziej mobilni, coraz częściej decydujemy się na podjęcie studiów czy pracy poza granicami Polski. ESOKJ gwarantuje uznawalność certyfikatów za granicą. O ile kwestia przeliczenia wyników egzaminu IELTS na odpowiednie poziomy jest nieco problematyczna, tak w przypadku egzaminów Cambridge przyjęło się np. że posiadacz CAE  legitymuje się poziomem C1.
  • Kładzie nacisk na kompetencję socjolingwistyczną, nie ogranicza się do kompetencji lingwistycznej, czyli znajomości i umiejętności użycia fonologii, morfologii, składni itd. Mówiąc prościej, dana osoba nie tylko zna reguły, ale i używa języka adekwatnego do danej sytuacji komunikacyjnej i do odbiorcy. Z kolei komponent kulturowy w podręcznikach nie musi się ograniczać do literatury wysokiej czy malarstwa, sięga się po informacje o różnych przejawach kultury masowej. (Oczywiście, nie należy przeceniać roli podręcznika. Kluczowe jest obcowanie z żywym językiem i pozapodręcznikowy kontakt z kulturą 😉 ).
  • Pomaga w samoocenie. ESOKJ to bardzo obszerne opracowanie i pokuszę się o stwierdzenie, że lektura całości stanowi zadanie dla najwytrwalszych. Tutaj pozwolę sobie przedstawić jedynie jeden z elementów, istotny z punktu widzenia samooceny: opisy kompetencji językowych na konkretnych poziomach. Te kompetencje to: rozumienie (słuchanie i czytanie), mówienie (porozumiewanie się i samodzielne wypowiadanie się) oraz pisanie. Jak to wygląda w praktyce? Spieszę z przykładem. Uczeń legitymujący się poziomem B1 może się ocenić swoje zdolności porozumiewania się w następujący sposób: „Potrafię sobie radzić w większości sytuacji, w których można się znaleźć w czasie podróży po kraju lub regionie, gdzie mówi się danym językiem. Potrafię – bez uprzedniego przygotowania – włączać się do rozmów na znane mi tematy prywatne lub dotyczące życia codziennego (np. rodziny, zainteresowań, pracy, podróżowania i wydarzeń bieżących)." Jeśli chodzi o umiejętność słuchania, uczeń na tym poziomie może stwierdzić: „Potrafię zrozumieć główne myśli zawarte w jasnej, sformułowanej w standardowej odmianie języka wypowiedzi na znane mi tematy, typowe dla domu, szkoły, czasu wolnego itd. Potrafię zrozumieć główne wątki wielu programów radiowych i telewizyjnych traktujących o sprawach bieżących lub o sprawach interesujących mnie prywatnie lub zawodowo – wtedy, kiedy te informacje są podawane stosunkowo wolno i wyraźnie." Kompletną tabelę pomagającą określić własny poziom możecie pobrać tutaj.

Nie chciałabym jednak, żeby ten tekst został odebrany jako hymn na cześć ESOKJ. Ze względu na ogromną różnorodność języków opracowanie idealnego dokumentu tego typu jest moim zdaniem awykonalne. Problematyczne są próby odniesienia kryteriów ESOKJ do języków posługujących się innymi systemami pisma niż alfabet. Przeczytanie ogłoszenia czy napisanie pocztówki (przykładowe wymagania na poziomach A) stanowi o wiele większe wyzwanie, jeśli w tym celu najpierw musimy opanować na przykład dwa sylabariusze i pewną ilość ideogramów (w przypadku japońskiego).

 

A jak to wszystko można odnieść do nauki hiszpańskiego?

Na poziomie A2 uczeń “potrafi opisywać plany i ustalenia, zwyczaje i rutynowe działania z przeszłości oraz osobiste doświadczenia”, wtedy więc powinien zapoznać się z bogatym zasobem czasów przeszłych.

Uczeń na poziomie B1 “potrafi opisywać doświadczenia, zdarzenia, nadzieje, marzenia i zamierzenia, krótko uzasadniając bądź wyjaśniając swoje opinie i plany.” Kiedy padają hasła “nadzieja” i “marzenia” ci z Was, którzy mieli do czynienia z hiszpańskim już pewnie domyślają się, co to oznacza: na tym poziomie uczący się powinien poznać tryb Subjuntivo.

W przypadku języka hiszpańskiego przydatny może okazać się dostępny zarówno w wersji papierowej jak i online Plan Curricular del Instituto Cervantes. To bardzo wyczerpujące opracowanie skierowane przede wszystkim do nauczycieli i zawierające wymagania, jakie powinien spełnić uczeń aspirujący do danego poziomu w języku hiszpańskim. Podejmuje ono różnorodne tematy: gramatyka, słownictwo, interpunkcja, intonacja, typy tekstów i wypowiedzi, odniesienia kulturowe i funkcje języka (funciones de la lengua). Ostatni aspekt wydaje mi się szczególnie istotny, gdyż zazwyczaj znajomość języka nie jest celem w samym w sobie, za jej pomocą chcemy coś osiągnąć, na przykład zdobyć informację, opisać coś, zaproponować coś, przeprosić. Daleka jestem od polecania komukolwiek lektury Plan Curricular od deski do deski, ale myślę, że to wiarygodne źródło do którego warto się odwołać w razie konkretnych wątpliwości.

 

Na koniec: czy masz C2 z polskiego?

To, jak się ma poziom C2 do poziomu rodzimego użytkownika języka i rozważanie, kim właściwie jest ten tajemniczy rodzimy użytkownik (wszakże inne są kompetencje językowe np. licealisty, a inne doktora filologii) to temat-rzeka, któremu można by poświęcić osobny artykuł. Ten wpis chciałabym zakończyć odnośnikiem do przykładowego testu z języka polskiego na poziomie C2. Nie udało mi się niestety dotrzeć do materiałów audio. Bardzo jestem ciekawa Waszych opinii na temat poziomu trudności tego testu.

I do … czyli o wyborach językowych na całe życie

Przy okazji matur i innych ważnych życiowych wyborów skupmy się na wyborze języka, którego zaczynamy się uczyć. Co tak naprawdę determinuje nasz wybór? Dlaczego nagle zakochujemy się we francuskim/duńskim/katalońskim, etc? Czy istnieje jakieś wytłumaczenie, na czym polega atrakcyjność języka? To dobre pytanie, więc sprawdźmy.
Opinie i gusta są różne – pamiętajmy, że o nich się nie dyskutuje, każdy wybiera sobie taki język, jaki mu odpowiada. Ale jak to wygląda? Rzućmy okiem na różnorodność językową – w dobie internetu1 mamy możliwość poznania języka nawet z najdalszego zakątka świata. Możemy segregować języki pod względem ich trudności albo przynależności do danej rodziny. Przeglądamy, czytamy fora i opinie i w końcu wybieramy. Co o tym zadecydowało? Zanim przejdziemy do rozważań, mały cytat z poligloty, cesarza Karola V, który oznajmił :

„Mówię po hiszpańsku do Boga, po włosku do kobiet, po francusku do mężczyzn, a po niemiecku do mojego konia”.

Ciekawy podział, nieprawdaż? 🙂
I teraz nadchodzi czas na postawienie głównego pytania: dlaczego? Opierając się na badaniach dr Vinetty Chand z uniwersytetu w Essex, można wysnuć wniosek, że atrakcyjność języka jest ściśle związana z ludźmi, którzy się nim posługują. Socjologowie uważają, że jeżeli dana grupa społeczna lub narodowość postrzegana jest pozytywnie, to tak samo pozytywnie jest odbierany ich język. Innym aspektem, który odgrywa istotną rolę w wyborze języka, jest oczywiście sytuacja gospodarcza i ekonomiczna kraju. Tym właśnie uzasadnia się ciągle rosnącą popularność języka chińskiego. Panuje również przekonanie, iż nauka języka obcego mówionego w państwie mniej rozwiniętym finansowo czy nie będącym gospodarczą potęgą nie jest aż tak opłacalna. Innym aspektem, na który również zwraca uwagę dr Chand, jest ilość osób mówiąca danym językiem. Angielski wiedzie prym w szkołach, na kursach i obozach językowych, bo posługując się nim, możemy porozumieć się w prawie każdym miejscu na ziemi. To dlatego języki o małym zasięgu, takie jak hawajski, nie wydają się atrakcyjne. Dr Chand podkreśla także, że nie ma niczego, jeśli chodzi o brzmienie języka, co sprawia, że jest on mniej lub bardziej atrakcyjny dla słuchacza. Co więcej, to że postrzega się francuski i włoski jako języki melodyjne i romantyczne, jest bardziej skorelowane z regionami, w którymi się nimi posługuje, niż z ich faktycznym brzmieniem czy systemem fonetycznym. Jednak istnieje pewna zależność związana z dźwiękami realizowanym w danym języku – otóż dla osoby, której językiem ojczystym jest angielski, bardziej atrakcyjne wydadzą się języki, które zawierają podobne dźwięki. Jak wyjaśnia dr Patii Adank (UCL), Anglikom podoba się francuski i włoski, podczas gdy języki, które realizują inne dźwięki, brzmią dla nich bardziej ‚szorstko’, a języki takie jak mandaryński wydają się nieatrakcyjne. Dla Anglika rozróżnienia tonów brzmią po prostu nienaturalnie. W książce „Through the Language Glass: Why the World Looks Different in Other Languages” napisanej przez lingwistę z Izraela – Guya Deutschera, jest poruszony jeszcze inny aspekt dotyczący atrakcyjności języka. Otóż autor zwraca uwagę na występowanie zbitek spółgłoskowych w poszczególnych językach. Uważa, iż dla kogoś, kto w swoim ojczystym języku nie używa takiego zestawienia głosek, wydaje się ono zbyt trudne w odbiorze i mało zachęcające do nauki. Jako przykład podaje niemieckie słowo „selbstverständlich” – w tłumaczeniu na polski „oczywiście”. W słowie występuje spory zbitek spółgłosek lbstv nie przedzielony żadną samogłoską. Dla porównania, włoski prawie wcale nie zawiera clusterów spółg552_europe_encourages_more_young_people_to_study_foreign_languagesłoskowych i jest uważany za piękny język. Deutscher uważa, że może tu istnieć jakaś zależność. Lingwiści, którzy zajmują się tym zagadnieniem, mają nie lada orzech do zgryzienia. Trudno tak naprawdę ocenić, na czym polega atrakcyjność języka – czy zależy to od jego melodii, czy też może od naszego własnego nastawienia do danej społeczności językowej? Problem polega na oddzieleniu subiektywnych opinii od faktów i wyników badań. Z całą pewnością socjolingwistów czeka jeszcze wiele pracy w tym temacie.
A jak to wygląda w Polsce? Jak tutaj prezentują się języki pod względem atrakcyjności? Oczywiście numero uno pozostaje niezmiennie angielski. Z pewnością wiele osób wybiera angielski, bo jest międzynarodowy, wiele osób nim włada, ma ogromny zasięg, jest potrzebny do pracy itd. Możemy sobie zweryfikować na wykresie ESKK, jak wyglądała nauka języków w Polsce w latach 2002-2012. (Pełny wykres możecie zobaczyć tutaj : tutaj ). Można zaobserwować bardzo ciekawy trend. Angielski przoduje, za nim niezmiennie niemiecki. Natomiast pozostałe miejsca znacznie się pozmieniały. Oczywiście francuski, włoski i hiszpański są popularne na przestrzeni lat w różnych kombinacjach i na różnych miejscach. Ale najciekawszą rzecz obserwujemy w trzecim wykresie – bardzo popularne stają się języki skandynawskie. Coraz więcej osób odchodzi od „oklepanego” hiszpańskiego czy niemieckiego i inwestuje w język, który nie jest znany przez tak dużą liczbę osób. Co w tym momencie wpływa na wybór np. norweskiego? Oryginalność języka – dobra znajomość języka mniej popularnego poprawia znacznie szansę znalezienia pracy, zwiększa elastyczność na rynku pracy.
Jak widać, wybory językowe Polaków uległy zmianie na przestrzeni 10 lat i niektóre z języków straciły na atrakcyjności, a inne zyskały. Co powiecie na cytat z polskiej literatury? Janusz L. Wiśniewski w „Losie powtórzonym” tak odnosi się do atrakcyjności języków:

„ Angielski przy francuskim przypomina pokrzykiwanie pijanego woźnicy, a niemiecki jest jak kłótnia dwóch żołnierzy Wehrmachtu” 😉

A jak WY postrzegacie atrakcyjność języków? Czym się kierujecie przy ich wyborze? Czy język atrakcyjny to taki, który jest łatwy? Czy to, że Wasz ulubiony aktor mówi językiem, którego się uczycie, wpływa na atrakcyjność tego języka? Jestem ciekawa Waszych opinii i spostrzeżeń!