język niemiecki

Angielski w 3 miesiące i 5 języków jednocześnie, czyli pytania od czytelników

pytaniaPierwszą sprawą, jaką chciałem się zająć po powrocie na Wooflę z długo oczekiwanego urlopu miało być podsumowanie mojego małego projektu nauki afrikaans. W międzyczasie jednak otrzymałem na skrzynkę mailową wiadomości od dwóch czytelników z pytaniami dotyczącymi nauki języków obcych, na które, zgodnie z zasadą mówiącą, iż czytelnik jest najważniejszy, czuję się po dwóch tygodniach zwłoki zobowiązany odpowiedzieć. W związku z tym, że pytania są natury dość ogólnej postanowiłem utworzyć z nich bazę do pełnoprawnego wpisu, z którego będą mogły skorzystać bądź go uzupełnić osoby odwiedzające nasz skromny serwis. Czytelników oczekujących na podsumowanie "Eksperymentu językowego" chciałbym jednocześnie poinformować, iż szczegółowe omówienie tegoż pojawi się na Woofli już za trzy dni.

Chcę za 3 miesiące nie bać się popisać z kimś na forum po angielsku a w późniejszym czasie rozmawiać na "żywca".

Pierwsza zwróciła się do nas Magda:

(…) Postawiłam cel: za 3 msc mam nie bać się popisać z kimś na forum po angielsku a w późniejszym czasie rozmawiać na "żywca". U mnie ten język leży… Od czego zacząć naukę? Mam kilka książek z gramatyką. Co polecasz krok po kroku? Mam codziennie czas (ok. godziny) na naukę. Nie wiem czy to istotne ale posiadam słuch muzyczny (gram na skrzypcach). (…)

Przede wszystkim cieszy mnie, że cele są wyraźnie sprecyzowane – Magda chce w ciągu 3 miesięcy nie bać się popisać z kimś na forum, a w późniejszym czasu rozmawiać po angielsku. Szkoda natomiast, że oprócz skromnej wzmianki o tym, iż język leży nie wiadomo nic o poziomie jego znajomości. Sam uważam, że mój angielski leży mimo iż miesiąc temu bez specjalnego przygotowania zdałem egzamin potwierdzający jego znajomość zwalniający mnie z zajęć na studiach, na co dzień czytam angielskojęzyczną literaturę, słucham radia. Nie jest to jednak język, który kiedykolwiek mnie specjalnie pociągał, więc znacznie mi bliżej do czegoś co nazwałbym mianem "Standard-Central-European", co widać zwłaszcza w kontakcie z ludźmi, dla których język ten jest ojczystym. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Skupmy się więc przede wszystkim na tym co chcemy osiągnąć i przygotujmy się na parę stwierdzeń zahaczających czasem o truizm, ale ciężko mi inaczej udzielić szczerej odpowiedzi.
Chcesz znać angielski na tyle by pisać na anglojęzycznym forum? Możesz oczywiście przerobić podręcznik Wiedzy Powszechnej (poziom podstawowy zupełnie w tym wypadku wystarczy), robić tłumaczenia z polskiego na angielski w sposób podobny jak ja przy nauce afrikaans (uprzedzam jednak, iż bez pewnych skłonności do masochizmu ciężko wytrwać 3 miesiące), mieć włączone cały czas anglojęzyczne radio w tle, czytać brytyjskie gazety poświęcając na to prawie każdą wolną chwilę – tak zapewne zrobiłbym ja, gdybym chciał się nauczyć języka od podstaw. Ale wcale tego nie polecam.
Tak naprawdę najwięcej da Ci natychmiastowa rejestracja na wspomnianym forum i próby udzielania się na nim. Bo po co robić rzeczy poboczne, jeśli można się skupić się akurat na tym na czym nam najbardziej zależy? Nie chcę by zrozumiano mnie źle – uważam, że należy w pewnym stopniu znać każdy aspekt języka, ale przede wszystkim należy wiedzieć do czego danego języka chcemy używać i dostosować naszą znajomość do wymogów rzeczywistości tak by nie tracić niepotrzebnie czasu na coś co nam się w najbliższym czasie nie przyda. Przykładów takiego dostosowania jest mnóstwo. Duży odsetek Xhosa nie potrafi czytać i pisać w swoim ojczystym języku, ale zupełnie nie przeszkadza im to w rozmowie. Mój mówiony afrikaans jest słaby, ale absolutnie nie wpływa to ujemnie na moją umiejętność czytania w tym języku, która jest dla mnie znacznie ważniejsza. Do czego zmierzam? Choć byśmy nie wiadomo ile ćwiczeń wykonali, natura języka polega przede wszystkim na jego użyciu w praktyce, a poziom znajomości przeważnie jest zależny od jego obecności w naszym życiu (patrz wcześniejszy artykuł pt. Ilu języków tak naprawdę potrzebujesz?). Tak jak już wspomniałem, warto przerobić przynajmniej jeden podręcznik, żeby mieć podstawy leksykalno-gramatyczne, ale nie można zapominać, że język to przede wszystkim jego praktyczne użycie. Dlatego jestem zwolennikiem nie tyle nauki co włączenia języka w swój życiowy rytm. Uczymy się pisać na forum poprzez pisanie na forum. Uczymy się mówić poprzez mówienie. Tego nie nauczą nas nawet najlepsze podręczniki i najbardziej wymyślne metody. Nie ma czegoś takiego jak droga na skróty. Wyobrażam sobie, że strach przed pisaniem na forum po angielsku może być przytłaczający, ale często jest to kwestia jakiejś kolejnej życiowej bariery, którą należy przekroczyć. Po co bać się czegoś czego pragniemy? Dlaczego nie robić tego czego pragniemy? Nikt za nas nie będzie pisać na forum. Nikt za nas nie będzie też rozmawiać. A to kiedy zaczniemy to robić w znacznie większym stopniu zależy od nas samych, a nie od naszej znajomości języka.

Angielski, niemiecki, norweski, hiszpański oraz francuski – jednocześnie

Parę dni później otrzymałem maila od Jacka, który tak opisał swoją znajomość języków obcych:

Angielski – nauczony głównie z filmów z napisami. Polskimi oczywiście. Jeszcze wcześniej z zamiłowania do Linuxa. Cała dokumentacja po angielsku więc czytanie i próba zrozumienia treści . O dziwo na przemienne korzystanie z tych dwóch źródeł pomogło mi na w miarę sprawny kontakt w tym języku.

Niemiecki – 4 lata w szkole podstawowej i 5 lat średniej. Generalnie forma nauczania wszystkim znana. Wkuwanie słówek i zaliczanie gramatyki jakiś tam efekt przyniosło ale żebym był z tego jakoś zadowolony to nie bardzo. "Dogadać" się potrafię ale dużo mi jeszcze brakuje.

Norweski – po znakomitym kursie(…). Poziom A1-A2. W planie rozszerzenie tego zagadnienia. Obecnie podjąłem pracę w Norwegii więc będę miał gdzie się rozwijać 🙂

Następnie Jacek zadał pytania:

Rozbudowane pytanie numer 1.
W jednym z wpisów na blogu polecałeś kurs Assimil. Niestety nie mam do tego zbytniego dostępu więc chciałbym zasięgnąć opinii co zakupić. Czy dwa kursy z polskim lektorem czy może obcojęzyczną. Na domiar tego obcojęzyczna ma dwie opcje:
angielsko-niemiecka
http://fr.assimil.com/methodes/german
albo
niemiecko-angieska
http://fr.assimil.com/methodes/englisch-ohne-muehe
Wszystko po to aby mniej więcej wyrównać poziom tych dwóch języków.
Z której opcji byś skorzystał w takiej sytuacji? (…) Bo generalnie to angielski i niemiecki w miarę ogarniam a dostępne są podręczniki z Assimila do francuskiego i hiszpańskiego… Więc jakby wszystkie cztery języki za jednym podejściem przeanalizować? Angielsko-feancuski i niemiecko-hiszpański. Sam nie wiem czy to dobry pomysł.
Daj znać jak Ty to byś widział.

Po pierwsze – lektorzy w podręcznikach Assimil to zawsze rodowici użytkownicy języka, jakiego się uczymy, więc to jaką wersję językową wybierzemy nie gra tak naprawdę dużej roli. Po drugie – jako że po angielsku potrafisz się porozumiewać to odpuściłbym sobie przerabianie kolejnego podręcznika dla początkujących i większą uwagę skupił na źródłach pozainformatycznych (dokumentacje są pisane językiem specyficznym mającym niewiele wspólnego z tym, czego używamy w codziennej komunikacji) oraz ewentualnie przerobił jakieś repetytorium gramatyczne. Po trzecie – nie polecam się językowo rozdrabniać. Mimo niesłychanie interesującej intelektualnie przygody, jaką jest nauka kolejnych języków obcych muszę powiedzieć, że znacznie sensowniejsze wydaje się szlifowanie 240px-Flag_of_Norway.svgjednego do wysokiego poziomu niż nauka kolejnych do poziomu A2/B1, a następnie ich zapomnienie ze względu na brak czasu, w którym można ich użyć. Równoległa nauka kilku języków to przedsięwzięcie tyleż ambitne co nieefektywne. O ile można starać się utrzymać kilka języków na znośnym poziomie (choć też zajmuje to sporo czasu – nasuwa się pytanie czy warto?), o tyle poczynienie postępów wymaga już sporych nakładów czasu – godzina dziennie, wbrew temu co niektórzy optymiści twierdzą, to moim zdaniem minimum.
Osobiście skupiłbym się na norweskim (mieszkasz w Norwegii, ciężko o lepsze warunki), szlifując przy okazji angielski. Gdy starczy Ci czasu i gdy osiągniesz wysoki poziom w tych językach podszedłbym do niemieckiego. Z innymi językami poczekałbym jeszcze przez przynajmniej dwa lata.

Mniej rozbudowane pytanie numer 2:
W jednym z wpisów polecasz podręczniki wydawnictwa Wiedza Powszechna. Mam jeden do norweskiego. Dobry, z tym tyko że ja posiadam Język norweski dla początkujących a Ty polecasz serię Mówimy po… . I tu rodzi się pytanie… Który lepszy?

O ile mi wiadomo wydawnictwo nie ma w swojej ofercie książki "Mówimy po norwesku", a "Język norweski dla początkujących" jest jedynym dostępnym tytułem. Nigdy jednak nie zawiodłem się na publikacjach Wiedzy Powszechnej i książka powinna Ci dobrze służyć jako baza do dalszego kontaktu z językiem. Od tego czy posiadamy dobre materiały dydaktyczne dużo ważniejszy jest jednak sam proces nauki i używania języka. Bardzo często problem ludzi polega na tym, że zbyt długo szukają konkretnych materiałów, podczas gdy mogliby ten czas przeznaczyć znacznie produktywniej. Dlatego polecam już dziś spędzać nad swoim norweskim przynajmniej godzinę dziennie – w ciągu pół roku powinieneś zrobić naprawdę spore postępy.

Lektura dodatkowa

Powyższe odpowiedzi w dużej mierze są oparte na tym co zawarłem we wcześniejszych artykułach, jakie ukazały się na Woofli, które polecam przeczytać wszystkim osobom zainteresowanym moją opinią na temat nauki języków obcych.
Praca własna z tekstem oraz audio gdy brak podręcznika
Nauka języka bez podręcznika czyli część 2 – czytanie
Myśl samodzielnie i nie patrz na innych czyli krytyka poliglotów
Ilu języków tak naprawdę potrzebujesz
Ilu języków warto się uczyć jednocześnie
Najlepsza rada dotycząca nauki języków obcych

Przewodnik po Deutsche Welle

deutsche_welle_radio1Niemiecki jest językiem, który towarzyszy mi przez większość mojego życia. Najpierw uczyłem się go w szkole, a potem trochę na studiach. Nie odniosłem jednak na tym polu większych sukcesów. Wszystko zmieniło się, gdy natrafiłem na materiały oferowane przez portal Deutsche Welle, będący czymś w rodzaju niemieckiego BBC. Okazuje się jednak, że ma on pewne problemy z nieintuicyjnym rozmieszczeniem treści, co stało się inspiracją do stworzenia niniejszego przewodnika.

Serwis Deutsche Welle oferuje całą gamę materiałów przeznaczonych dla uczących się języków. Oprócz niemieckiego można tam znaleźć na przykład kursy francuskiego lub nawet polskiego. Dostęp do nich można uzyskać, klikając w link odpowiadający poziomowi zaawansowania języka lub wykorzystując wyszukiwarkę kursów, która pokazuje listę wszystkich dostępnych materiałów. Z tym że nie wszystkie teksty na stronie są przetłumaczone, co może sprawiać problemy. Gdy już znajdzie się odpowiednią pozycję, trzeba zwykle kliknąć w obrazek, który przekierowuje do listy odcinków. Nie zawsze jest to jednak oczywiste, gdyż nic nie sugeruje, że tak należy właśnie postąpić. Co ciekawe na angielskiej wersji można znaleźć kilka dodatkowych serii, z których jedna zasługuje na szczególną uwagę.

Cechą wspólną prawie wszystkich kursów są materiały audio (a czasem filmy) z dołączoną transkrypcją i ćwiczeniami. Poszczególne odcinki natomiast można zasubskrybować lub dodać do biblioteki w programie iTunes. Ponadto, Deutsche Welle wrzuca wiele materiałów i linków na Facebooka i Twittera, co można wykorzystać do nauki. Udało mi się nawet znaleźć ich kanał na Youtube z filmami edukacyjnymi, choć nigdzie na stronie nie ma o nim mowy. Ogólnie wygląda to tak, jakby nie nadążali oni z przystosowywaniem się do nowych wymagań internetu, gdyż strona z materiałami językowymi nie została jeszcze dodana do wersji na urządzenia mobilne, nie wspominając o nieintuicyjnym rozmieszczeniu linków dotyczących różnych elementów jednego kursu.

Po polsku

W polskiej wersji językowej dla początkujących przygotowano kilka ciekawych serii. Pierwsza z nich to Mission Berlin (A1), opowiadająca nietypową kryminalną historię, używając do tego perspektywy gry komputerowej. To dość dziwny pomysł, gdyż nie ma tam żadnych interaktywnych elementów, a wybór ogranicza się do słuchania nagrań lub czytania tekstu. Choć nie jest to nic mocno irytującego, to byłoby lepiej, gdyby zrealizowano to w inny sposób lub stworzono coś, w co naprawdę dałoby się grać. Do dodatków można zaliczyć ćwiczenia zapisane w pliku pdf, które są niestety w całości po niemiecku.

plgerKolejną pozycją jest Radio D (A1-A2), kurs audio przeznaczony dla całkiem  zielonych, w którym wszystko przedstawiane jest w dość wolnym tempie. Uczący się jest zachęcany do uważnego słuchania i prób zgadywania tego, co się dzieje na podstawie kontekstu. Każdy dialog zostaje potem wyjaśniony, choć nie zawsze słowo w słowo. Do odcinków dołączone są ćwiczenia po niemiecku. Podobną formułę posiada kurs Deutsch Warum nicht? (A1-B1) z tą różnicą, że zawarte w nim wyjaśnienia gramatyczne i zadania są napisane po polsku. Osobom o nieco wyższym poziomie może natomiast przypaść do gustu cykl Marktplatz – Język niemiecki w gospodarce (B2), który pomaga w nauce i przećwiczeniu słownictwa biznesowego.

Po angielsku

Ten, kto zna angielski, może skorzystać również z materiałów niepolskojęzycznych. Wśród nich można znaleźć na przykład Deutschtrainera (A1) – proste wprowadzenie do podstawowych słów i zwrotów w języku niemieckim, wykorzystujące krótkie filmiki, uzupełnione o tekst zawierający tłumaczenie. Późniejsze sprawdzanie wiedzy odbywa się w nim przy użyciu slajdów ze zdjęciami. Nieco podobny Audiotrainer (A1-A2) uczy słownictwa oraz poprawnej wymowy. Nie posiada on jednak żadnych filmów, a ćwiczenia występują tam w najprostszej możliwej formie.

Na Deutsche Welle można znaleźć również pełnoprawny kurs online Deutsch Interaktiv (A1-B1), który przeprowadza uczącego się przez kilka etapów znajomości języka, ucząc słownictwa, gramatyki, czytania i rozumienia ze słuchu. Wymaga on darmowej rejestracji i logowania, ale zawsze można korzystać z konta gościa, które daje tyle samo, lecz nie zapisuje postępów. Podzielony jest on na wiele podrozdziałów poświęconych poszczególnym zagadnieniom i może być wykorzystywany do samodzielnej nauki, o ile zna się już angielski lub rosyjski.

Harry - gefangen in der ZeitOpcją, która spodobała mi się jednak najbardziej, jest interaktywny cykl Harry – gefangen in der Zeit (A1-B1), który opowiada szaloną historię inspirowaną "Dniem świstaka". Tytułowy bohater jest uwięziony w pętli czasu, z której próbuje się wydostać. Towarzyszy mu niewidzialny narrator, dając mu rady dotyczące języka niemieckiego i komentując jego zachowanie. W każdym odcinku poruszone jest jedno zagadnienie gramatyczne, o którym można w każdej chwili przeczytać w odpowiednim menu. Do dyspozycji uczącego się zostały również oddane różnorodne interaktywne ćwiczenia, słownik i transkrypcja. Całość została stworzona we flashu i wydaje się funkcjonować poprawnie. Problemy miałem tylko z rejestracją, gdyż możliwe jest zrobienie tego bez podania adresu e-mail, co uniemożliwia późniejszą aktywację konta. Plusem posiadania go jest łatwiejszy dostęp do wszystkich list słów i zagadnień gramatycznych oraz możliwość zapisu postępów. Resztę można zrobić przy użyciu konta gościa.

Po niemiecku

Gdy już zdobędzie się pewne podstawy, można spróbować korzystać z materiałów dostępnych w całości po niemiecku. Najniższy poziom trudności w tej kategorii oferuje kurs Das Deutschlandlabor (A2), który opowiada o życiu w Niemczech. Istotną jego częścią są kilkuminutowe filmy z napisami przedstawiające rozmowy z napotkanymi ludźmi. Uzupełnia go zestaw standardowych dodatków. Poziom wyżej jest cykl Top-Thema mit Vokabeln (B1), zawierający dość krótkie nagranie audio dotyczące jakiegoś ważnego tematu. Dołączono do niego wyjaśnienia słownictwa po niemiecku, tekst i pytania kontrolne. Dużo prościej prezentuje się natomiast kurs Wieso nicht? (B1), który uczy potrzebnych na co dzień słów na podstawie różnych scenek. Zawiera on jedynie nagranie i lekcję w pliku pdf.

jojoNastępna w kolejności jest seria Jojo sucht das Glück (B1-B2), która cieszy się podobno dużą popularnością u osób uczących się niemieckiego. Jest to serial z napisami opowiadający o perypetiach Brazylijki Jojo, która szuka szczęścia. Każdy odcinek trwa  tylko parę minut i posiada interaktywne ćwiczenia oraz wyjaśnienia trudniejszych słów. Do tej pory nakręcono trzy sezony przygód tej bohaterki, które można oglądać również na Youtube. Natknąłem się nawet na kilka parodii stworzonych przez fanów.

Muzyczną alternatywą dla powyższego serialu są dzienniki z podróży hiphopowego zespołu EINSHOCH6 zatytułowane Deutsch lernen – mit Spaß und viel Musik! (B1-B2). Co ciekawe niektóre z odcinków mają formę teledysków. Nie brakuje w nich ponadto napisów i list słów. Równie ciekawym projektem jest Ticket nach Berlin – die Abenteuerspielshow! (B1-B2), w którym śledzimy przygody osób uczących się niemieckiego i podróżujących po całym kraju. W tym przypadku filmy nie posiadają niestety żadnych napisów.

Do innych ciekawych pozycji należy seria Das sagt man so! (B1-B2), w której zostają przedstawione różne idiomy i przysłowia. W kursie Wort der Woche (B2) masz natomiast okazję nauczyć się czegoś dotyczącego wybranych niemieckich słówek. Z innego podejścia korzystają cykle dotyczące wiadomości ze świata takie jak Video-Thema i Langsam gesprochene Nachrichten (B2-C1). W tym pierwszym można obejrzeć reportaże z napisami na różne ciekawe tematy, w drugim zaś posłuchać aktualnych wieści przekazanych w zwolnionym i normalnym tempie. Na najwyższym poziomie czeka natomiast kurs uzupełniający niezbędne słownictwo – Alltagsdeutsch (C1-C2), jak również taki, który porusza naprawdę skomplikowane zagadnienia – Sprachbar (C1-C2).

Powyżej wymieniłem wszystkie materiały warte uwagi, pomijając jedynie drobne ciekawostki. Jakość poszczególnych kursów może się wahać, choć najsłabszy z nich można raczej zaliczyć przynajmniej do przeciętnych. W porównaniu do innych źródeł internetowych Deutsche Welle wypada całkiem dobrze, a przy tak dużym wyborze każdy powinien znaleźć coś dla siebie.


Zobacz także:

Nie samymi podręcznikami… – czyli internetowe pomoce naukowe (j. hiszpański)
Jakie materiały warto czytać?
Jak (nie)uczyć się języków obcych – niemiecki
Niemieckie gazety, portale informacyjne oraz stacje radiowe

 

Czy język niemiecki jest trudny?

klawisz_niemieckiNad trudnością języków rozwodziło się już wielu autorów Woofli, dlatego tym razem ja również nie pozostanę dłużny. Karol i Karolina świetnie wytłumaczyli w swoich artykułach, dlaczego kwestia zawiłości poszczególnych języków jest bardzo subiektywna i zależy od wielu czynników zewnętrznych. Z tego powodu, nie poświęcę dużo miejsca samemu pojęciu trudności, ale postaram się porównać niemiecki do innych języków, skonfrontować go z tym, co (zakładam, że większości, a nawet wszystkim Czytelnikom) jest już znane, czyli angielskim oraz naszą piękną  mową ojczystą. Tym samym rozpoczynam nowy cykl, który zatytułowałem „Łatwy, trudny, trudniejszy. Ale który wybrać?”

Język a społeczeństwo

Należy na początku wspomnieć, że po niemiecku nie mówi się jedynie w Niemczech, ale również w Austrii, Szwajcarii, Liechtensteinie oraz Belgii (w gminie Eupen). Co ciekawe, odmiany tego języka w każdym ze wspomnianych krajów różnią się od siebie w znacznym stopniu. Ponieważ jednak Niemcy są największe, pozwolę sobie skupić się na standardzie używanym właśnie tam. Jak podają źródła słowo „Niemcy” pochodzi od wyrazu „niemy”, „niemówiący”. Najprawdopodobniej nazwano ich tak, ponieważ język, którym posługiwali się nasi sąsiedzi, był diametralnie inny i niezrozumiały dla Słowian. W opinii większości Polaków język niemiecki jawi się do dziś jako trudny, a nasze myśli nierzadko zdążają przy okazji, nierzadko przymusowej, nauki w kierunku historycznych zaszłości, które komplikują wzajemne stosunki po obu brzegach Odry. Niniejszym artykułem spróbuję więc poprawić opinię na temat języka naszych sąsiadów i pokazać, że język ten wcale nie jest tak straszny jak to się na pierwszy rzut oka wydaje. Jak napisałem powyżej, przyrównam, albo raczej spróbuję przyrównać, go do języka angielskiego. W tym miejscu chciałbym przypomnieć (często zdarza się, że ludzie o tym zapominają), iż zarówno angielski, jak i niemiecki należą do tej samej grupy języków germańskich. Pomimo że są od siebie obecnie dość odmienne, to posiadają mnóstwo cech wspólnych, których nie zatarła historia. Pozostałości tradycyjnych germańskich konstrukcji są nadal widoczne we współczesnej angielszczyźnie, czego najlepszym dowodem są odmiany czasownika „to be” oraz zaimka "who"-"whose"-"whom". Można łatwo zauważyć, że podwaliny jej gramatyki oraz słownictwo tworzące trzon języka są bardzo podobne do tego co spotykamy w niemieckim. 

 

Z rodzajnikami rozprawa

Według mnie cała sprawa z rodzajnikami jest… banalnie prosta. Samo nasze nastawienie do używania i nauki rodzajników ma spore znaczenie – powinniśmy traktować je jako przyjaciół-pomocników, którzy ułatwiają nam życie, nie przeciwnie. Myślę, że pocieszającym dla innych będzie fakt, iż w języku angielskim również występują rodzajniki. Nieraz słyszałem i czytałem opinie o tym, jakie to te rodzajniki są trudne, i jak ich jest dużo, i jak strasznie ciężko się ich używa i rzekomo jedynie native speakerzy potrafią ich poprawnie używać (chodzi zarówno o angielski, jak i o niemiecki). Dosłownie spędzają sen z powiek Polakom uczącym się obu języków. Wszystko zaczyna się jednak tak naprawdę w naszej głowie. Kwestią niezaprzeczalną jest, iż dla Polaków rodzajniki stanowią rzecz najczęściej nową, której muszą się nauczyć, a później pamiętać, by się do niej stosować, ale absolutnie nie jest to coś niemożliwego do opanowania. Jak to mawiają: Gdyby nie to ‹‹der, die, das››, to… by nie było nas. Ucząc się niemieckiego dość często można zauważyć związek pomiędzy rodzajnikiem a określanym przezeń rzeczownikiem. Szczerze powiedziawszy, pomimo że naukę tego języka rozpocząłem w szkole, to nikt mnie na to nie „naprowadził”. Pamiętam, gdy dostałem olśnienia, podczas pisania jakiegoś listu i zacząłem łapczywie sprawdzać niektóre odmienne części mowy – miałem rację. Teraz rozumiem, dlaczego wielu matematyków tak bardzo lubi niemiecki. Jest to bowiem bardzo logiczny język i aż prosi się, aby wszystkie rządzące nim reguły przedstawić w formie tabeli.

Poniżej w tabeli porównam odmianę kilku zaimków dzierżawczych i osobowych z odmianą rodzajników określonych.

rodzajniki_niemieckieTab. 1.: Rodzajniki określone odmienione we wszystkich przypadkach.Tymi samymi kolorami w tabeli zaznaczyłem rodzajniki, które pokrywają się ze sobą.

zaimki_osobowe_niemieckie

Tab. 2.: Zaimki osobowe odmienione w bierniku i celowniku. Zaznaczenia są takie same jak w poprzedniej tabeli. Na brązowo zaznaczyłem zaimki, które się nie pokrywają.

zaimki_dzierzawcze_niemiecki

Tab. 3.: Oznaczenia pozostały bez zmian.
Dodatkowo chciałbym przypomnieć, że przecież w naszej mowie ojczystej też występują rodzaje. Każde słowo ma swój rodzaj, ale jest on „wbudowany” w rdzeń słowa, a my uczymy się jak takie rodzaje rozpoznawać, co, w mojej opinii, jest dużo trudniejsze niż nauczenie się rodzajników, które wskazują nam na rodzaj używanego słowa.

 

Future Perfect Simple in the Past, Plusquamperfekt, Imperfekt, Past Continuous… Co tu wybrać?

Skończyłem część z rodzajnikami, więc nadszedł czas…na czasy! Podobnie jak z rodzajnikami, mnóstwo osób narzeka na mnogość czasów w języku angielskim. Dlatego przychodzi nam z odsieczą, ponownie, język niemiecki! Rzekłbym, iż na czasach niemiecki „odbija sobie” trud nauki rodzajnika przy każdym słowie. Język niemiecki ma tylko sześć czasów, z czego dwa najczęściej spotyka się jedynie w oficjalnych pismach lub dziełach literackich. Z relacji moich znajomych wynika, że na co dzień używa się tak naprawdę dwóch lub trzech. Dodatkowo cały system następstwa czasów jest dokładnie uporządkowany, dlatego nie ma potrzeby wkuwania dziesiątek reguł na pamięć. Czasów jest zaledwie sześć. Czy ta liczba nie brzmi przyjemnie w porównaniu z kilkunastoma, jakie można napotkać w mowie angielskiej? Na wielką szóstkę składają się: czas zaprzeszły (Plusquamperfekt), przeszły złożony (Perfekt), przeszły prosty (Imperfekt), teraźniejszy (Präsens), przyszły (Futur I) oraz przyszły dokonany (Futur II). Początkowo większość uczących się jest przerażona budową tych czasów oraz tym jak one funkcjonują, ale odpowiednio szybko można się do tego przyzwyczaić. Dzięki szykowi składni niemieckiej zawsze wiemy, gdzie znajdzie się czasownik, a dzięki tak sztywnemu schematowi dużo szybciej dochodzi do automatyzacji procesu myślowego. Wiele osób trwoży się też na widok czasowników rozdzielnie złożonych. Te ostatnie są dla Polaków czymś zupełnie nowym, dla Niemców natomiast chlebem powszednim. Jak już wspominałem, angielski wywodzi się z tej samej grupy językowej co niemiecki, dlatego tam obserwujemy podobne zjawisko. Konkretnie chodzi mi o przyimki, które stawia się na końcu zdań. Dotyczy to chociażby czasowników, w których formę bezokolicznika współtworzy przyimek użytych w zapytaniach. Pozwolę sobie podać przykład:

What did you step on? – Na co nadepnąłeś?

Ta sama sytuacja następuje, gdy używamy frazeologizmów w języku angielskim w trybie oznajmującym. Znów przykłady:

He turned the TV on. – On włączył telewizor.

You should leave it off. – Powinieneś dać sobie z tym spokój.

I wish he would cheer up. – Życzyłbym sobie, by on się rozweselił.

W celach porównawczych podam kilka przykładów w języku niemieckim:

Ich höre dir zu. – Słucham Cię.

Ich steige aus der Straßenbahn aus. – Wysiadam z tramwaju.

Die Schule fängt am 1. September an. – Szkoła rozpoczyna się 1 września.

Abends geht Peter mit seinen Freunden aus. – Wieczorami Piotr wychodzi ze swoimi przyjaciółmi.

 

Iś hajse Pejter. Und du? 

Co przychodzi Ci na myśl, gdy słyszysz Niemca mówiącego w swoim języku ojczystym? Drapanie paznokci po tablicy? Krzyczącego ze złością faceta? A może piękny, melodyczny i gładki język? Nie warto się rozwodzić nad osobistymi preferencjami, bo jest to kwestia gustu.. Należy jednak parę słów poświęcić niemieckiej fonetyce. Myślę, że w stosunku do brytyjskiej, czy też amerykańskiej, jest dużo prostsza, gdyż w o wiele większym stopniu uporządkowana. Niemcy nie boją się wymawiać twardo i wyraźnie każdej głoski w wyrazie, nawet zbitek twardych dźwięków, wręcz przeciwnie – oni są z tego dumni. Również głoski długie są wymawiane bardzo dokładnie, lecz Polacy mają tendencję do skracania głosek długich i wydłużania głosek krótkich. Jest to spowodowane występowaniem iloczasu, który w mowie germańskiej prężnie działa, a w języku polskim zanikł około czterystu lat temu. W języku angielskim występuję dość sporo dźwięków, których w naszej ojczystej fonetyce człowiek nie uświadczy. Natomiast w fonetyce niemieckiej większość dźwięków pokrywa się z polskimi, jest oczywiście niewielka grupa dźwięków nowych dla Polaków. Zdecydowanie najbardziej popularne to, zapisywane za pomocą znaków diakrytycznych: ä (ae), ö (oe), ü (ue) oraz ß (ss); przez swoje występowanie zmieniają również brzmienie innych fonemów stojących przed lub za nimi, ale większość uczniów radzi sobie z tym bardzo szybko. Warto w tym miejscu przypomnieć też, że część przyrostków w wyrazach jest zawsze akcentowana, a część nie. Do przyrostków akcentowanych należą: ab-, an-, auf-, aus-, ein-, mit-, statt-, teil-, vor-, weg-, zu-, zusammen-, zurück-; tymczasem do nieakcentowanych: be-, ge-, emp-, ent-, er-, miss-, ver-, zer-. Jest to bardzo przydatne, gdyż jeśli znamy przynajmniej pierwszą grupę przyrostków (czyli akcentowanych), to możemy bardzo ułatwić sobie zapamiętywanie czasowników rozdzielnie i nierozdzielnie złożonych. Wszystkie czasowniki rozdzielnie złożone poznajemy po tym, że zawsze akcentowane są na pierwszą sylabę, czyli na ich przedrostek – stąd wniosek, że jeśli nauczymy się prefiksów akcentowanych, to będziemy w stanie rozpoznawać czasowniki rozdzielnie złożone bez zaglądania do słownika. Wiąże się to również z kolejnymi korzyściami – jeśli znamy prefiksy nieakcentowane, to nie ma potrzeby ponownego zapamiętywania, którym czasownikom nie dodajemy przedrostka ge- podczas tworzenia imiesłowu czasu przeszłego Perfekt (Perfekt Partizip II).

 

1. Obserwacje; 2. Wniosek

Mowa naszych zachodnich sąsiadów, wbrew powszechnej opinii, nie powinna być dla nas tak straszna. O ile nie przeraża nas już tak bardzo język angielski, o tyle niemiecki nadal pozostaje w strefie języków powszechnie uważanych za trudne – mam nadzieję, że choć trochę zmieniłem ten wizerunek. Cały język porównałbym bowiem do praw matematyki razem wziętych: wszystko jest w nim logiczne, jedno działanie jest następstwem drugiego, brak jest niejasności. Jak to mówią: Ordnung muss sein, Punkt! (tego chyba nie muszę już tłumaczyć). Jeśli są jakiekolwiek pytania do mojego artykułu, to proszę o wpisanie ich w komentarzach – postaram odpowiedzieć się na wszystkie; wyraźcie też, proszę, swoją opinię na temat zastosowanych przeze mnie form porównawczych. Wszystkim uczącym się bądź zaczynającym naukę niemieckiego życzę sukcesów w zgłębianiu jego wszystkich tajników.

 

Podobne artykuły: 

Idioma valencià, czyli język walencki

Japoński: z czym to się je?

Najtrudniejszy język świata

Najłatwiejszy język świata

O "łatwości" języka hiszpańskiego

 

Niemieckie gazety, portale informacyjne oraz stacje radiowe

ARD_KarteJęzyk niemiecki jest drugim pod względem liczby osób uczących się go w Polsce, dlatego dzisiaj postanowiłem wyjść naprzeciw oczekiwaniom czytelników i zamiast pisać o swojej językowej przygodzie związanej z nauką afrikaans, przekazać garść linków przydatnych każdej osobie uczącej się mowy naszych sąsiadów zza Odry. Języka niemieckiego uczyłem się intensywnie tak naprawdę głównie w liceum i podczas pierwszych lat studiów. Później utrzymywałem go na poziomie umożliwiającym względnie swobodną komunikację, rozwijając głównie pasywną znajomość poprzez książki, gazety, radio oraz telewizję. I to właśnie im chciałbym poświęcić dzisiejszy artykuł, opisując przede wszystkim źródła, które z jednej strony doprowadziły mnie z niemieckim tam, gdzie jestem obecnie, z drugiej zaś stanowiły materiał poszerzający moją wiedzę na temat krajów niemieckojęzycznych oraz sposobu w jaki ich mieszkańcy patrzą na otaczający świat. Dlatego zapraszam do odwiedzenia zarówno tych, którzy dopiero zaczynają przygodę z tym językiem i szukają ciekawych tekstów bądź audycji do swoich ćwiczeń, jak i tych, którzy chcą swój arsenał prasowy wzbogacić o kolejne pozycje. Naprawdę warto.

Niemieckie gazety
Niemieckie stacje radiowe
Jak korzystać/uczyć się z gazet i radia?

Niemieckie gazety

Moim ulubionym tytułem jest zdecydowanie Frankfurter Allgemeine Zeitung – gazeta będąca dla mnie kwintesencją profesjonalizmu i bardzo krytycznego oraz, mimo zauważalnych tendencji centroprawicowych, bezstronnego podejścia do wielu kwestii społeczno-politycznych (co jest miłą odskocznią od polaryzacji, jaka dokonała się na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat w polskich mediach). Ilość materiału, jakiego popularny FAZ dostarcza nam codziennie, jest potężna i naprawdę mamy w czym wybierać, bo gazeta oprócz tradycyjnych wiadomości politycznych bardzo szeroko opisuje kwestie społeczne, gospodarcze, sport, szeroko pojętą naukę, obyczaje oraz nawet kuchnię.

Konkurencję dla FAZ stanowią przede wszystkim Die Welt będący flagową gazetą wydawnictwa Axel Springer oraz Süddeutsche Zeitung. Ich ocenę pozostawiam samym czytelnikom. Poziom prezentują podobny, ale przeważnie korzystam z nich wyłącznie jako ze źródeł dodatkowych, nie zaglądając do nich codziennie (od przejrzenia FAZ oraz kilku innych gazet obcojęzycznych rozpoczynam przeważnie każdą sesję w Internecie).

Ciekawe artykuły możemy znaleźć również w tygodnikach takich jak Der Spiegel czy Die Zeit. Osobiście preferuję ten drugi, aczkolwiek odnoszę wrażenie, że to właśnie Der Spiegel bije rekordy popularności wśród studentów oraz nauczycieli niemieckiego.

Nie zapominajmy jednak też o innych krajach niemieckojęzycznych. Osobny rynek stanowią bowiem gazety austriackie (Kronen Zeitung jest zbyt tabloidowe jak na mój gust, ale tytuły Der Standard, czy Die Presse można czytać) oraz szwajcarskie (Neue Zürcher Zeitung), które potrafią rzucić jeszcze inne spojrzenie na wiele kwestii. Pewną ciekawostkę stanowi też obchodząca w tym roku swoje stulecie namibijska Allgemeine Zeitung. Mało kto obecnie zdaje sobie sprawę z tego, że w tej byłej kolonii niemieckiej nadal kilkadziesiąt tysięcy osób posługuje się Hochdeutschem jako językiem ojczystym, który do 1990 roku posiadał tam status urzędowy.

Niemieckie stacje radiowe

Bardzo bogatą ofertę prezentuje nam również niemieckie radio – obok stacji komercyjnych (których osobiście nigdy nie słuchałem, ale jeśli takowe znacie i uważacie je za wartościowe, będę wdzięczny za każdą wzmiankę w komentarzach) mamy tu do dyspozycji lokalne stacje państwowe, które pozwalają nam jeszcze bliżej zaznajomić się z interesującym nas regionem naszego zachodniego sąsiada i często można tam oprócz standardowych programów nadawanych w języku urzędowym znaleźć takie lingwistyczne rodzynki, jak audycje w językach górnołużyckim (w MDR nadającym w Saksonii oraz Turyngii), dolnołużyckim (w brandenburskim RBB) czy dolnoniemieckim (Plattdeutsch – w nadającym w Niemczech północnych NDR). Regionalny podział niemieckich rozgłośni radiowych i stacji telewizyjnych przedstawia poniższa mapa (stan na 14.01.2016):

ARD_Karte

Moimi ulubionymi i z punktu widzenia samej nauki języka ulubionymi stacjami są informacyjne NDR Info oraz RBB Inforadio, w których mowa prezenterów oraz ich gości zdecydowanie przeważa nad muzyką lecącą w tle. Mój wybór NDR czy RBB był natomiast czysto sentymentalny – zawsze większym uczuciem darzyłem Berlin czy Hamburg i kulturę Niemiec północnych (twórczość Thomasa Manna, Günthera Grassa, zanikający acz nadal żywy Plattdeutsch) niż np. Monachium. Z czysto praktycznego punktu widzenia mogę jednak śmiało powiedzieć, iż pozostałe rozgłośnie regionalne niewiele odbiegają od poziomu prezentowanego przez te wspomniane wyżej przeze mnie. Czy będzie to bawarskie Bayerischer Rundfunk, heskie HR, szwabskie SWR bądź też mające siedzibę w Kolonii WDR – każde z nich posiada szeroko rozbudowaną mediatekę, w której można znaleźć masę ciekawych materiałów audiowizualnych.

Wśród wielu moich znajomych, zarówno osób uczących się niemieckiego bądź nauczycieli tego języka, ogromną popularnością cieszy się z kolei Deutsche Welle, czyli główna stacja "eksportująca" niemiecką myśl medialną za granicę. DW posiada nawet specjalnie spreparowane materiały mające służyć pomocą osobom chcącym opanować język niemiecki na poziomie podstawowym – nigdy z nich nie korzystałem i nigdy nie byłem fanem kontaktu z językiem okrojonym, preferując raczej skok na głęboką wodę, ale jeśli ktoś czuje się bardziej komfortowo z tego typu udogodnieniami, to strona najbardziej znanej w świecie niemieckojęzycznej rozgłośni radiowej daje wam możliwość kontaktu z takim materiałem.

Jak korzystać/uczyć się z gazet i radia?

Pytanie nie jest wcale bezzasadne, bo wiele osób rozpoczynających swoją przygodę z językami obcymi nieraz słyszało o tym, że powinny dużo czytać oraz słuchać. Rzadziej natomiast mówiono im, jak mają czytać i jak słuchać. Nierzadko zdarza się więc, że po pierwszym zderzeniu z materiałem niespreparowanym tj. przygotowanym dla rodzimych użytkowników danego języka osoba początkująca traci jakąkolwiek ochotę do kontaktu z nim, uważając, że nic nie rozumie, mimo że ukończyła kurs, który rzekomo dał jej poziom w okolicach B1/B2. Rzecz w tym, że jest to zjawisko całkiem normalne i im wcześniej się z tym oswoimy tym lepiej. O tym, jak tego dokonać, a następnie wykorzystać materiały dla własnego użytku wspominałem na Woofli zarówno ja (Praca własna z tekstem oraz audio gdy brak podręcznika – część 1, Nauka języka bez podręcznika – część 2 czytanie), jak i Ada (Jak słuchać żeby usłyszeć) oraz Michał (mam tu na myśli przede wszystkim całą serię artykułów o nauce poprzez tłumaczenia) – do naszych tekstów odsyłam więc zainteresowanych. Nie ukrywam, że wymaga to wiele samozaparcia i organizacji pracy, ale naprawdę się opłaca, bo można sobie zaoszczędzić wielu kłopotów, wyjść poza sztampowe czytanki w podręcznikach, a przy okazji uczynić język obcy częścią swojego życia codziennego, co tak naprawdę jest warunkiem jego dobrego opanowania i pod wieloma względami celem samym w sobie (bo jeśli język nie jest Ci potrzebny to po co się go uczyć?).

Podobne artykuły:
Praca własna z tekstem oraz audio gdy brak podręcznika – część 1
Nauka języka bez podręcznika – część 2 czytanie
Jak słuchać żeby usłyszeć
Jak uczyć się w oparciu o tłumaczenie robocze
Jak nie uczyć się języków obcych – część 3 – niemiecki

Muzyczne po Europie podróże

des_visages_des_figuresZgodnie ze starym zwyczajem odpowiadania na potrzeby czytelników chciałbym odnieść się do artykułu Adriany pt. "Urugwajskie głosy" oraz pewnego komentarza, który się pod nim znalazł. Pochodzący z mojego rodzinnego miasta Wojta zaproponował, abyśmy kontynuowali serię artykułów o muzyce w obcych językach, promując tym samym coś, czego w polskim radiu, naszpikowanym przeważnie anglojęzycznymi hitami, nie uświadczymy. Nikt chyba nie zaprzeczy, że utwory muzyczne odgrywają od zarania dziejów bardzo istotną rolę w życiu człowieka i są jednym z nieodłącznych elementów kultury. Muzyki słucha każdy, od najmłodszych po najstarszych – w każdym zakątku świata można znaleźć utwory, które znają zarówno pierwsi jak i drudzy, bez których trudno sobie wyobrazić lokalną codzienność. Zaryzykowałbym tym samym stwierdzenie, że osoba nie znająca muzyki wykonywanej w języku, którego się uczy, traci jednocześnie możliwość obcowania z istotną jego częścią i staje się niepełnym odbiorcą lokalnej kultury. A ta, nawet jeśli czasem wydaje się na pierwszy rzut oka mało atrakcyjna, otwiera nam drzwi do zupełnie nowego świata, co pozwala zrozumieć miejscowych nie mniej niż język, którym oni władają. Poniższy artykuł proszę potraktować trochę z przymrużeniem oka – nie będzie tutaj opowieści o jerach, zmianach samogłoskowych i ewolucji języków słowiańskich na przestrzeni wieków. Będzie za to trochę autobiograficzno-ekshibicjonistycznych wynurzeń i sporo muzyki. Całkiem dobrej muzyki. I będę niezwykle rad, jeśli ktoś dzięki temu krótkiemu wpisowi rozpocznie swoje własne poszukiwania (oraz podzieli się nimi w komentarzach).

Zacznijmy od mocnego wejścia w wykonaniu sztandarowego przedstawiciela francuskiej muzyki rockowej – ( Noir Désir – Fin de siècle) – polecam utwory przesłuchiwać w kolejności, w jakiej tu się pojawiają, bo w ogromnej mierze wpłynęły na sam tekst. Ocenę samego jej wpływu pozostawiam samym czytającym, aczkolwiek mam nadzieję, że dość optymalnie uda mi się utrzymać proporcje dynamiki oraz treści.

Muzykę obcojęzyczną, jakiej słucham, mogę swobodnie podzielić na przynajmniej trzy kategorie:
1) muzyka, która mi się ewidentnie podoba i z której sam mogę czerpać inspirację
2) muzyka, która jest w szczególny sposób związana z kulturą, językiem bądź historią danego kraju
3) obcojęzyczny hip-hop (będący w istocie czymś pomiędzy kategoriami a i b, co wyjaśnię w dalszej części artykułu)

1) Pierwsza kategoria jest chyba najbardziej oczywista – wszak słuchamy przede wszystkim muzyki najbardziej lubianej, tej, która wywołuje w nas jakieś emocje, czy to z powodu charakterystycznych riffów gitarowych, bębnów, barwy głosu wokalisty, czy poruszającego tekstu. O ile nie ma większych problemów ze znalezieniem czegokolwiek nas interesującego po angielsku (w moim przypadku byłyby to przykładowo Pearl Jam oraz Queens Of The Stone Age) czy po polsku (Hey oraz Myslovitz) i każdy z nas w wieku licealnym miał względnie ukształtowany gust muzyczny, to niekoniecznie musiał to być bliski kontakt z muzyką pochodzącą z innych krajów, której w naszym radiu jest jak na lekarstwo. Tu z pomocą przychodzą nam dwa źródła:
a) pierwszym są oczywiście nasi obcojęzyczni znajomi, którzy zapytani o ulubione utwory w swoim własnym języku przeważnie staną na głowie, żeby zaprezentować Wam muzyczną wizytówkę swojego kraju. Chęć do stanięcia na głowie jest przeważnie wprost proporcjonalna do "niszowości" danego języka. Moim ostatnim odkryciem pod tym względem jest legendarny słowacki zespół rockowy Horkýže Slíže (Atomový kryt  / Mám v piči na lehátku ) – polecam przesłuchać choćby po to, żeby przekonać się, jak wiele można zrozumieć.
louise_attaqueb) drugim źródłem jest natomiast last.fm – całkiem przyjemny portal muzyczny, z którego kilka lat temu namiętnie korzystałem właśnie w celu znajdywania niestandardowej muzyki. Dzięki dość przejrzystemu systemowi otagowania oraz automatycznemu podrzucaniu propozycji mogłem w bardzo krótkim czasie otrzymać dość pokaźną listę artystów wykonujących muzykę w dowolnym języku. Przedstawione na samym wstępie Noir Désir było pierwszym wykonawcą francuskim, jakiego w ten sposób znalazłem. Później moją uwagę przykuł przede wszystkim zespół Louise Attaque łączący w swoich kompozycjach muzykę rockową z francuskim folkiem – w moim przekonaniu nie ma sobie pod tym względem równych (Louise Attaque – La brune  ).

Przykłady dobrej muzyki gitarowej można znaleźć praktycznie wszędzie (żeby nie ograniczać się do Francji dodam mój ulubiony zespół serbski Van Gogh i ich utwór Ludo Luda –  oraz chorwacki Hladno Pivo – Samo Za Taj Osjećaj ). Nie samym rockiem jednak człowiek żyje – są miejsca, gdzie zdecydowanie lepiej sprawdzają się inne style muzyczne. Do takich miejsc należą chociażby kraje bałtyckie, w których niepodzielnie króluje poezja śpiewana, a wspólne śpiewanie patriotycznych pieśni jest powszechnie uważane za rodzaj narodowej rozrywki (zwłaszcza w Estonii). Do moich ulubionych wykonawców należą tutaj pochodzący z Litwy Ieva Narkutė ( Raudoni vakarai ) oraz Saulius Mykolaitis ( Matrica ). Warto zwrócić uwagę na piękno samego języka, który w połączeniu z głęboką liryką daje efekt jedyny w swoim rodzaju, jakiego, przynajmniej w moim odczuciu nie są w stanie oddać hity radiowe. Jeśli chcecie posłuchać sobie mojego numeru dwa, jeśli chodzi o współgranie języka z melodią, to zapraszam do przesłuchania "Liefs uit Londen" holenderskiego zespołu Bloef.

b) Jeszcze w czasach "Świata Języków Obcych" zapoznałem się z twórczością Boka van Blerka. Afrykanerski artysta zasłynął z tego, iż zaczął nagrywać w afrikaans piosenki gloryfikujące historię osadników, poczynając od wojen burskich (De La Rey ), po zmagania militarne na granicy z Angolą (Die Kaplyn ). Muzycznie są to dzieła bardzo przeciętne, których na dłuższą metę słuchać się nie da, jednak z punktu widzenia osoby zainteresowanej nowoczesną afrykanerską kulturą nie sposób przejść obok nich obojętnie, podobnie zresztą jak obok określanego w konserwatywnych kręgach mianem obrazoburczego zespołu Fokofpolisiekar. Sam hymn południowoafrykański jest natomiast niezwykle ciekawy – łączy bowiem pieśń Nkosi Sikelel’ iAfrika będącą oficjalnym hymnem ANC będącego faktycznym przedstawicielem czarnej większości oraz Die Stem pełniącego rolę jedynego hymnu państwowego do roku 1995. Nowy hymn śpiewany jest kolejno w xhosa, zulu, sesotho, afrikaans oraz po angielsku ( https://www.youtube.com/watch?v=xsNwg5J8Q8k ).
PS: Do tej samej kategorii rzeczy, których słuchać się nie da, ale są niesłychanie ciekawym fenomenem, można również zaliczyć chorwackiego Thompsona, którego utwory w samej Chorwacji mają status nieoficjalnych hymnów (Lijepa li si ) – jest to jednak zjawisko na tyle interesujące, że wymagałoby zupełnie odrębnego artykułu.

jeinc) Za hip-hopem osobiście nigdy specjalnie nie przepadałem i nie licząc młodzieńczego zafascynowania twórczością Kalibra 44 oraz Paktofoniki , stałem raczej z dala od niego, zwłaszcza ze względu na brak żywych instrumentów i wszechobecność sampli, co mnie zwyczajnie irytowało. Jako że jednak jest to muzyka nastawiona przede wszystkim na przekaz słowny, trudno przecenić jej znaczenie, jeśli chodzi o poznawanie obcej kultury. Przeważnie poziom tekstów hip-hopowych jest paradoksalnie znacznie wyższy niż muzyki rockowej, która w większości powtarza niestety od wielu lat dokładnie te same frazesy, przerabiając je jedynie w mniej lub bardziej oryginalny sposób. Naturalnie mam tu na myśli hip-hop ambitny, daleko odbiegający od rzeczy w stylu "Dla mnie masz stajla". Przykładem może być chociażby pochodzący z Hamburga niemiecki Fettes Brott, który odznacza się chociażby tym, że ich utwór Nordisch by Nature jest w swojej oryginalnej wersji rapowany w Hochdeutschu, Plattdeutschu, po niderlandzku oraz po duńsku i znajdują się w nim aluzje do wielu regionalnych tradycji (np. tzw. Hamburger Gruß – "Hummel, Hummel") wyróżniających północ Niemiec. Inny ich utwór Jein w dość komiczny sposób przedstawia znaczenie tytułowego słowa będącego połączeniem słów "ja" i "nein". Zupełnie innym przedstawicielem niemieckiej sceny hip-hopowej jest z kolei Fler, który pomiędzy swoimi przesiąkniętymi niecenzuralnymi słowami tekstami rapuje między innymi o poczuciu niemieckiej świadomości narodowej na multikulturowych osiedlach Berlina (Ich bin Deutscha ).

Skoro już jesteśmy przy niemieckiej muzyce, to przejdę do istoty komentarza wspomnianego we wstępie. Najchętniej poleciłbym Die Ärzte, którzy dla mnie są od blisko 20 lat zespołem nr 1 na tamtejszej scenie muzycznej oraz solowe projekty jego członków (Bela B. oraz Farin Urlaub). Niezwykle ciekawym zjawiskiem jest też muzyka z dawnego NRD, a konkretnie zespół City, którego tryptyk Am Fenster jest kolejnym przykładem na kapitalne połączenie gitary ze skrzypcami. W kolejnym ich utworze pod tytułem Glastraum można się natomiast doszukać krytyki komunistycznego reżimu. To jest jednak zaledwie czubek góry lodowej i szczerze zachęcam do własnych poszukiwań – te na pewno okażą się w końcu owocne i przyniosą wam wiele wspaniałych chwil oraz poszerzą tak muzyczne jak i językowe horyzonty. I przede wszystkim proszę pamiętać:  nie ma tak naprawdę kraju ze słabą muzyką.

Podobne artykuły:

Kiedy i jak korzystać z Wikipedii przy nauce języka obcego?

Urugwajskie głosy

Pytanie od czytelnika – ćwiczenia z uzupełnianiem luk w zdaniu

Hiszpańskie filmy, które łatwo przeoczyć

Hiszpański na marginesach

 

Jak szybko można zapomnieć? Historia oparta na faktach!

Untitled 1          Języki obce stały się moją pasją zaraz po odkryciu i przeczytaniu kilku notek na blogu Karola już dobre kilka lat temu. Przez całe te lata bardziej rozwijałem swoją wiedzę o strukturach, historii i budowie języków, niż je poznawałem. Mimo tego na dobrą drogę wprowadziłem swój język angielski, który jest dla mnie w tej chwili najważniejszy. Posługuję się nim w pracy, studiuję na angielskiej uczelni, czytam w większości literaturę po angielsku, oglądam tylko i wyłącznie angielską telewizję… Mógłbym wymieniać tak w nieskończoność! Mówiąc krótko, angielski stał się językiem, którego używam w 80%. W swojej historii językowej mógłbym także mówić o hiszpańskim, stojącym u mnie na poziomie turysty, który chce zamówić obiad czy taksówkę, szwedzkim będącym moim niespełnionym marzeniem, esperanto, które było dla mnie czymś ciekawym, a tym samym zagadkowym oraz… niemieckim, który mimo niskich ocen w liceum był moim głównym językiem z pięcioma godzinami lekcyjnymi w planie. Był to język, któremu poświęcałem więcej czasu niż angielskiemu, jako że Pani S. tylko czekała na to, żeby nam się noga podwinęła. Codzienne odpytywania z ostatniej lekcji- i to każdego ucznia, a nie jednego, jak to zazwyczaj bywa- stały się zgrozą przed, którą każdy uciekał jak się dało. Strach dał nam tyle, że każdy z nas wyszedł z liceum z całkiem niezłym poziomem tego języka. Niektórzy odetchnęli jako, że nasz koszmar się zakończył, niektórzy poszli na filologię niemiecką. Ja niestety należałem do tych pierwszych. Mimo, że Pani S. mówiła „Zobaczysz, że w Anglii niemiecki Ci się przyda!” wyśmiewałem ją, a ona i tak nie dawała mi spokoju, a przecież „niemieckiego na maturze nie zdawałem”.

Szoku doznałem we wrześniu, kiedy rozpocząłem studia, a wykładowcy zaczęli opowiadać nam więcej co przez te lata będziemy robić. Jeden z nich powiedział „Jak pewnie wiecie, są dwa rodzaje waszego kierunku”. Pojawiła się chwila zastanowienia… „Naprawdę?”, „Pierwsza nazwa to „Hospitality Management”, druga „International Hospitality Management””. Wy jesteście tą drugą oczywiście. Wyróżnia was to, że po tych 4 latach, jeżeli dacie także coś z siebie, wyjdziecie z uczelni ze znajomością dwóch języków obcych. Studentów międzynarodowych pocieszę, że będziecie wtedy znali 4 języki”. Pojęcie „znali” było dla mnie oczywiście empiryczne, więc porozmawiałem z ludźmi z ostatniego roku, którzy przyznali mi, że lektorzy języków są wymagający i naprawdę chcą nas czegoś nauczyć. Z jednej strony bardzo się ucieszyłem, z drugiej nie, ponieważ uczelnia bierze pod uwagę, że jeden z tych języków znamy już przynajmniej na poziomie komunikatywnym. Co to oznacza? Hiszpański? Nie. Niemiecki.
Następna myśl? Co pamiętam? Niestety, chyba niewiele. Ilość zapomnianego materiału przez okres 2 lat bez nauki danego języka szczerze mnie przeraził. Chciałem, napisać jakieś krótkie opowiadanie, coś o sobie, nic trudnego. Z wielkim żalem skończyłem pisać na poziomie „Ich komme aus Polen”. Poza tym, pamiętam tylko kilka zasad gramatycznych, kilka fraz i słówek, wszystko jednak pokryte jest grubą warstwą kurzu. W ruch poszła niemiecka Wikipedia oraz niemieckie gazety! Podróże po niemieckim intrenecie skończyły się zadziwiająco szybko… poszukiwaniem materiałów do nauki tego języka.

Dzięki temu zacząłem czytać o zapominaniu i zauważyłem, że jest to czynnik naszego umysłu, który jest szczegółowo badany przez naukowców. Szczególnie zainteresowałem się pozycją Hermanna Ebbinghausa w tej sprawie. Mimo, iż jego badania były i są kontrowersyjne jako, że dotyczyły tylko i wyłącznie pamięci deklaratywnej- pamięci, z której dane łatwo nam przychodzą (jest to typ pamięci długotrwałej)- zainteresował mnie on swoim wynalazkiem, którym jest Krzywa Zapominania.

Ebbinghaus_forgetting_Curve_PL.svg     Przedstawia ona zależność między ilością materiału a upływem czasu. Okazało się, że już po krótkim okresie zapominamy to czego- jak sami twierdzimy- nauczyliśmy się. Krzywa pokazuje, że wraz z upływem czasu, z naszej pamięci, w szybkim tempie uciekają materiały, które przerobiliśmy i spróbowaliśmy zapamiętać. Po stworzeniu pierwszej krzywej niemiecki naukowiec wpadł na kolejny pomysł, który dał początek systemowi nauki rozłożonej w czasie. Stworzył on kolejny model, który przedstawia krzywe zapominania po kolejnych przypomnieniach.

250px-Forgetting_Curve_PL.svg

Interpretacje tych dwóch, przedstawionych wyżej krzywych oraz mojej historii pozostawiam Wam samym. Ja, może naiwnie, wziąłem sobie do serca to co przedstawił psycholog i z pewnością będę pamiętał wszystko co przestudiowałem w publikacjach o nim.

Na koniec ciekawostka:

zapamietywanie+1

Pozdrawiam!

P.S. Jak już przeczytaliście, muszę wziąć się za swój niemiecki, dlatego mam pytanie do osób znających ten język: jakie materiały byście mi polecili? Woofla to chyba najbardziej odpowiednie miejsce na takiego typu pytania.

Języki regionalne Francji – Alzacki

 

 W związku z moim zeszłorocznym pobytem we Francji powstało trochę tekstów, które początkowo miały się znaleźć na nowej stronie poświęconej szeroko rozumianym podróżom. Ostatnimi czasy jednak doszliśmy z moją dziewczyną do wniosku, że ciężko pogodzić wszystkie obowiązki i na kolejnego bloga niestety nie starczy czasu. W poczekalni czeka więc mnóstwo artykułów podróżniczych i nie tylko. Nie byłbym bowiem sobą, gdybym nie stworzył tekstów opisujących obecną sytuację językową we Francji. Dlatego też w najbliższym czasie na blogu pojawią się artykuły o dialekcie pikardyjskim, językach bretońskim, baskijskim oraz dwóch wariantach oksytańskiego. Na początek jednak wybierzemy się do regionu leżącego na granicy niemiecko-francuskiej zwanego Alzacją, gdzie kilkadziesiąt tysięcy ludzi ciągle włada germańskim dialektem znanym powszechnie jako język alzacki.
„Und jetzt fahren wir nach Strassburg.” – powiedziałem naszemu kierowcy. „Strasbourg” – poprawił mnie nieznajomy, ewidentnie akcentując fakt, iż jest to miasto francuskie i o symbolizowanej przez głoskę „sz” niemieckości nie może być mowy. Wjechawszy jednak do Strasburga trudno nie oprzeć się wrażeniu, że germański duch unosi się nad centrum przynajmniej w takim samym stopniu jak ten europejski nad okolicami  parlamentu i ciężko poczuć, że oto jesteśmy we Francji. Alzacja jest bowiem tworem szczególnym, będącym przez lata obiektem rozgrywek pomiędzy europejskimi mocarstwami, w ciągu ostatnich 150 lat zmieniając przynależność państwową w stopniu podobnym do mieszkańców regionów znacznie nam bliższych.
Flaga Alzacji.

Sam Strasburg był przez długie lata wolnym miastem cesarskim, w którym najwięcej do powiedzenia miały kontrolujące nadreński handel możne rody kupieckie. O bogatej przeszłości świadczą liczne szachulcowe budynki i wznosząca się na głównym placu gotycka katedra – symbole niegdysiejszej wolności zakłóconej przez imperialne zakusy silniejszych sąsiadów. Pierwszym monarchą, który postanowił naruszyć neutralność Strasburga był Ludwik XIV – jego wojska zajęły miasto w roku 1681 i na okres niemalże 200 lat ustanowiły w nim władzę francuską. W 1871 roku na skutek wojny francusko-pruskiej Strasburg został przyłączony do nowo powstałych Niemiec i jako stolica Alzacji-Lotaryngii był w ich składzie aż do końca I wojny światowej. Po abdykacji cesarza Wilhelma II posłowie alzaccy ogłosili niepodległość swojego landu, ta jednak nie była respektowana przez żadną ze stron konfliktu i zachodni brzeg Renu powrócił w granice Francji, by po ponad 20 latach znów stać się ofiarą wojny.

II wojna światowa odcisnęła na mieszkańcach Strasburga szczególnie mocne piętno. Najpierw miasto ewakuowano, a następnie władze III Rzeszy zezwoliły na powrót jedynie mieszkańcom niemieckiego pochodzenia, z których wielu wcielono siłą do nazistowskich sił zbrojnych. „Malgré-nous” (pl. „wbrew nam”), bo tak przyjęło się nazywać Alzatczyków służących wbrew swej woli w Wehrmachcie, ginęli na wszystkich europejskich frontach, a po wojnie na fali propagandy antyniemieckiej bywali oskarżani o kolaborację z okupantem i prześladowani przez władze francuskie. Dla wielu mieszkańców tego regionu stali się oni symbolem alzackiego kryzysu tożsamościowego. Bo trudno jednoznacznie powiedzieć kim są Alzatczycy.
Dwujęzyczna tablica z nazwą ulicy w Colmarze.

Pierwotnym językiem używanym w okolicach Strasburga były dialekty alzackie z grupy alemańskiej przypominające w pewnej mierze szwajcarską odmianę niemieckiego. Od czasów rewolucji francuskiej sytuacja lingwistyczna na tym terenie była idealnym odbiciem politycznej – żadne z państw nie poczuwało się do tego by szanować kulturową odrębność mieszkańców Alzacji, których w zależności od realiów politycznych próbowano wychować na przykładnych Niemców lub Francuzów. W dużej mierze przyczyniło się to do stopniowego wymierania miejscowych dialektów. Dziś na szczęście język alzacki powoli wraca do łask. Na ulicach Colmaru i Strasburga można zobaczyć alzackie nazwy ulic, na wsiach zakładane są dwujęzyczne szkoły, a charakterystyczne Winstubezdają się być najpopularniejszymi lokalami w okolicy. Wszystko to jednak jest zaledwie cieniem tego, czym było kiedyś.

Plakat z lat 50. nawołujący do nauki języka alzackiego.

Co dwa lata w alzackiej wsi Ohlungen odbywa się festiwal kultury alzackiej „Summerlied”, na który ściągają ludzie z całego regionu, żeby pobawić się przy dźwiękach ludowej muzyki, popijając Meteora  i zajadając Flammkueche, czyli miejscowe piwo oraz coś na kształt pizzy. Dzięki znajomościom Haliny mieliśmy zaszczyt stać się gośćmi specjalnymi tej imprezy, podczas której można było poczuć zupełnie inne, niefrancuskie oblicze Francji. Do Ohlungen zjechali wykonawcy z rozmaitych regionów Francji, w których tradycyjnie używa się innych języków. Obok Alzatczyków mieliśmy więc również okazję zobaczyć Bretończyków i korsykański zespół I Muvrini. Łatwo było wyczuć atmosferę wzajemnej współpracy na rzecz zachowania dorobku tych tradycyjnych społeczności. Wśród miejscowych kramów znalazło się nawet miejsce dla osób rozdających broszury informujące o panującym we Francji totalitaryzmie językowym oraz wzywające do obrony tożsamości regionalnej. I rzeczywiście trudno nie oprzeć się wrażeniu, że o ile rewolucja francuska wprowadziła nową jakość jeśli chodzi o równość ludzi bez względu na ich pochodzenie, o tyle wprawiła w ruch machinę dążącą do całkowitej unifikacji kraju pod względem lingwistycznym. Ci którzy się owym zabiegom oparli dziś są już w znaczącej mniejszości, a Alzatczycy, mimo stosunkowo niewielkiej liczebności, zdają się być jedną z grup najlepiej zorganizowanych. Lata romanizacji zrobiły jednak swoje.

Alzatczycy w strojach ludowych pod katedrą w Strasburgu.

Jean-Pierre jest członkiem Rady Języka Alzackiego i mieliśmy z nim okazję porozmawiać na temat sytuacji dialektów we współczesnej Francji. Z jednej strony alzacki nie jest już kojarzony z kolaboracją, można się go uczyć w szkołach i nietrudno go usłyszeć nawet na ulicach dużych miast, które w pozostałych regionach Francji są w pełni zromanizowane (konia z rzędem temu, kto w Rennes usłyszy bretoński).  Z drugiej natomiast pojawiają się liczne trudności, które stoją na przeszkodzie dalszemu rozwojowi tego języka. Alzacja jest bardzo zróżnicowana dialektalnie i fakt, iż dwie osoby z różnych części tego regionu mówią w germańskim dialekcie wcale nie musi oznaczać, iż się rozumieją. Trudno natomiast utworzyć ogólnie przyjętą zestandaryzowaną wersję, bo siłą rzeczy musiałaby ona faworyzować mieszkańców któregoś z pobliskich miast. Kolejnym wielkim problemem jest używanie języka tradycyjnego przez dzieci i młodzież – cóż z tego, że uczą się go w szkole, kiedy na podwórku go nigdy nie używają i przekazanie go potomkom zdaje się być w takiej sytuacji bardzo wątpliwe. Przechodzenie w takiej sytuacji na znacznie atrakcyjniejszy francuski jest kwestią naturalną. Nawet w samym języku alzackim zwroty tak podstawowe jak „dzień dobry”, „dziękuję”, „proszę” zostały całkowicie zapożyczone z francuskiego, a ich germańskie odpowiedniki są według naszego znajomego jedynie archaizmami, których nikt już nie używa.  Innym niezwykle interesującym zjawiskiem jest używanie w konwersacji Alzatczyków dwóch bądź trzech (w przypadku gdy dana osoba zna jeszcze Hochdeutsch) języków jednocześnie. Dla wielu mieszkańców tego regionu rzeczą normalną jest opowiadanie o czymś po francusku, by tuż za chwilę przejść na dialekt alzacki i dokończyć swój wywód po niemiecku. Jest to coś niesamowitego i jednocześnie obrazującego faktyczną multikulturowość Alzatczyków.

Pisana wersja dialektu alzackiego jest względnie zrozumiała, przynajmniej dla osób znających niemiecki. Na jednym z plakatów nawołujących do nauki alzackiego dziecko pyta się dziadka po francusku "Grand-père, pourquoi n'y a-t-il plus de cigognes en Alsace?" ("Dziadku, dlaczego już nie ma bocianów w Alzacji?"). Dziadek natomiast, i to już polecam sobie wszystkim osobom niemieckojęzycznym samemu przetłumaczyć, odpowiada: "Weisch bue, wenn d'Stoerick uewers Elsass flieje, heere se uewerall Franzeesch reede, dann meine se, sie wäre noch nit ankumme un flieje widdersch."

Podobne posty:

Językowe plany na rok 2012

Podtrzymując starą świecką tradycję tworzenia noworocznych planów (patrz Językowe plany 2011) postanowiłem znów pójść na łatwiznę (bo, powiedzmy sobie szczerze, nie trzeba być geniuszem, by napisać tego typu artykuł) i podzielić się z wami tym, czym zamierzam się zajmować w przyszłym roku oraz, przede wszystkim, trochę rozliczyć się z tego co zapowiadałem 12 miesięcy wcześniej. Dla was będzie to ważne głównie z tego wględu, iż zawartość bloga, nie licząc uniwersalnych dyskusji o najłatwiejszych i najtrudniejszych językach świata, w ogromnej mierze zależy od tego czym się właśnie zajmuję. Ale zanim przejdziemy do przyszłości cofnijmy się nieco w czasie.

Warto sobie najpierw przeczytać post o planach na rok 2011
W planach było:

zajęcie się czterema głównymi językami, czyli angielskim, rosyjskim, serbskim oraz niemieckim. W szczególności chodziło mi nieco o urozmaicenie, jakim było dodanie do czytelniczego repertuaru literatury pięknej w tych językach, co w każdym przypadku się udało – najlepiej pod tym względem było z językiem rosyjskim (seria książek Akunina o detektywie Fandorinie, "Mistrz i Małgorzata" Bułhakowa, teraz wezmę się za "Dzieci Arbatu" i pewnie, gdy znów poczuję niedosyt, sięgnę po inne pozycje Akunina) oraz serbskim (od mojego osobistego faworyta Miljenko Jergovicia przez wspomniane rok temu dzieła Andricia oraz Mihajlovicia po antologię serbskich przypowieści z przełomu XIX i XX wieku, których słownictwo nierzadko było bardziej zbliżone do tego używanego obecnie w języku macedońskim). Nieco gorzej było z językiem angielskim (początkowo Irving, następnie, jak na osobę zainteresowaną Republiką Południowej Afryki przystało, J.M. Coetzee), głównie z racji tego, że miejsce literatury zajmowało nierzadko inne pozycje czytelnicze, czasem mniej a czasem bardziej rozwijające. Poza tym postanowiłem sobie przypomnieć dawne lata i znów obejrzeć, tym razem bez napisów czy lektora, takie serialowe perełki jak "Twin Peaks" czy "Black Adder". Najgorzej sytuacja się miała z niemieckim, gdzie prócz zeszłorocznego hitu Sarrazina przebrnąłem jedynie przez całkiem zabawną książkę Thomasa Brussiga "Am kürzeren Ende der Sonnenallee", poddałem się przy "Wilku stepowym" Hessego (początek bardzo przyjemny, ale radość z czytania właściwej części dzieła była już dość nikła z racji ekstremalnie długich zdań i licznych przemyśleń natury egzystencjalnej przy użyciu słownictwa daleko wykraczającego poza moją obecną wiedzę – może po prostu byłem zbyt niecierpliwy? Cóż, wrócimy do tematu za kilka lat.), a aktualnie czytam "Blaszany bębenek" Grassa.
Jeśli chodzi o aktywne użycie języka to proporcje były niemal takie same z poważnym wskazaniem na serbski (albo chorwacki mówiony przez osobę, która jest przyzwyczajona do standardu belgradzkiego), co akurat rozumie się samo przez się. Niemiecki raczej okazjonalnie.

– zajęcie się francuskim i ukraińskim – tu zawiodłem. Miałem miesiące (głównie na początku roku), w których potrafiłem kilka godzin spędzić nad ukraińskim (w ogromnej mierze było to czytanie gazet i książek o historii tego państwa, ale też tłumaczenia z polskiego, żeby w końcu ukraiński "żył swoim życiem", a nie był tylko zdziwaczałą formą mojego rosyjskiego), ale było to na tyle niesystematyczne, że trudno mi mówić o jakimś przełomie. Francuski natomiast, jak był, tak pozostaje raczej w strefie marzeń. Znowu doszedłem mniej więcej do połowy podręcznika, poczytałem parę tekstów, przyszło coś ważniejszego i tak sobie ten język siedzi w miejscu aż do dnia, kiedy znów postanowię po raz n-ty zająć się nim na poważnie.
– niderlandzki / afrikaans – pozwólcie, że tego nawet nie skomentuję;)

Poza tym przez krótki okres czasu zajmowałem się macedońskim, o czym dwukrotnie pisałem oraz bułgarskim, ale trudno nazwać to inaczej niż przelotna znajomość.


Jakie są więc językowe plany na rok 2012?

Po pierwsze, chciałbym dla własnej satysfakcji kontynuować to co robiłem dotychczas z moimi czterema językami, z czym nie powinno być raczej problemów, bo zwyczajnie sprawia mi to frajdę. Nie chcę podawać listy obowiązkowych lektur. Ważne tylko, żeby było dużo, mądrze i ciekawie.

Po drugie, idąc za radami ludzi mądrzejszych w niektórych kwestiach ode mnie, zamierzam ograniczyć na tym blogu używanie języka polskiego i pisać czasem w innych językach, głównie angielskim oraz rosyjskim. Ten krok ma niepodważalne zalety, zarówno dla mnie, jak i dla czytelników. Jako iż jest to blog o językach obcych, dla ludzi, którzy się uczą języków obcych, głupio byłoby używać stale języka ojczystego. Pisanie w językach obcych będzie dla mnie doskonałym sposobem sprawdzenia własnych kompetencji. Niewielkie błędy naturalnie będą się zdarzać, ale zawsze wychodziłem z założenia, że praktyka czyni mistrza i zamiast czytać milion książek o tym jak coś się robi, należy po prostu to zacząć robić (może jedynie uprzednio przeczytawszy choć krótki podręcznik). Jeśli dobrze pójdzie to może do grona czytelników dołączą osoby spoza świata polskojęzycznego. Ostatnią zaletą tego posunięcia będzie stosunkowa niewielka ilość wybitnie głupawych komentarzy – po prostu mniemam, iż osoba nie potrafiąca napisać poprawnego logicznie zdania w swoim języku ojczystym ma jeszcze większe problemy z wyrażaniem się w języku obcym (choć nie jest wykluczone, że się mylę).

Po trzecie, zamierzam w niedalekiej przyszłości utworzyć fan page "Świata Języków Obcych" na Facebooku i konto na Twitterze. Podchodziłem do tego wcześniej z ogromną rezerwą, bo o wspomnianych serwisach mam zdanie, delikatnie mówiąc, nienajlepsze. Blog się jednak powiększa z dnia na dzień i powoli brak dojścia do tych środków przekazu zaczyna mu doskwierać. Często natomiast zdarza mi się natrafić na coś ciekawego, co chciałbym pokazać, ale niekoniecznie widzę sens pisania o tym artykułu. Osoby posiadające więc FB i Twittera będą miały w ten sposób dostęp do rozmaitych, ukazujących się częściej lub rzadziej bonusów.

Po czwarte, chcę w tym roku poważnie zająć się językiem albańskim. Wiem, że dla niektórych ludzi to może być szok z racji niewielkiej popularności tego języka w naszym kraju, ale jako że zajmuję się, na razie półprofesjonalnie, Bałkanami może się okazać bardzo przydatny, a nic mnie nigdy tak nie irytowało jak specjaliści od Kosowa czy Albanii, którzy nie znają oficjalnego języka tego państwa. Mimo przynależności do języków indoeuropejskich albański jest tworem dość specyficznym, który nawet na pierwszy rzut oka wygląda na język znacznie bardziej obcy niż języki słowiańskie, germańskie czy romańskie, dlatego też nie oczekiwałbym biegłości w mowie i w piśmie w ciągu najbliższych miesięcy. Jeśli w grudniu będę w stanie czytać gazety i artykuły bez większych problemów (tzn. bez zastanawiania się nad znaczeniem co trzeciego zdania i grzebaniem w słowniku) stwierdzę, że plan został wykonany i stwierdzę czy warto z tym iść dalej.

Po piąte, chciałbym, aby podobnie jak dotychczas bardzo ważną część bloga stanowili czytelnicy, którzy nierzadko wnosili do niego więcej niż sam autor. Dlatego też byłbym bardzo wdzięczny za każdą sugestię na temat tego jak strona powinna wyglądać i jakie tematy powinny być na niej poruszane (choć z góry mówię, że nie mam zamiaru służyć za autorytet od hindi, perskiego, japońskiego etc.). Co twierdzicie o obcojęzycznych artykułach? O fan page'u na FB i Twitterze? A może ktoś chce powiedzieć, że nauka albańskiego nie ma sensu? Piszcie.

Podobne posty:
Językowe plany na rok 2011
Kilka słów o prowadzeniu bloga językowego
Demony głupoty – część 1
Macedoński – wstęp i z czego się uczyłem
Język macedoński w praktyce
Czy i kiedy opłaca się uczyć ukraińskiego?

Językowe plany na rok 2011

Po dwóch tygodniach milczenia, w dużej mierze spowodowanych ciągle kwitnącą dyskusją pod poprzednim postem, postanowiłem napisać coś nowego. Jako, że święta już za nami, a rok 2011 właśnie się zaczął, przyszedł czas na noworoczne postanowienia. Nigdy nie byłem zwolennikiem tego rodzaju rozwiązań, nierzadko miały się one nijak do rzeczy jakie następnie robiłem, jednak uznałem, że zrobienie sobie jakiegoś planu na następny rok i niejako nałożenie sobie z góry ograniczeń nie będzie złym wyjściem.

1. Rosyjski, angielski, niemiecki, serbski. Przede wszystkim będę się starał jak najczęściej używać tych języków co dotychczas. Przede wszystkim chodzi mi tu o czytanie literatury, jakichś interesujących artykułów (Kosowo, Bośnia, byłe ZSRR oraz mniejszość turecka w Niemczech to tylko niektóre z tematów jakie uważam za szczególnie fascynujące) – generalnie znalezienie czegoś ciekawego nie powinno sprawiać większego problemu. Chciałbym jednak nieco zmienić zakres czytanych rzeczy i trochę więcej czasu spędzić na czytaniu literatury pięknej w oryginale. Dlaczego? Przede wszystkim z powodu bardziej wyszukanego słownictwa. Bo o ile nie jest sztuką czytanie artykułów na dany temat (tak naprawdę opanowanie słownictwa z zakresu jaki człowieka interesuje to kwestia może kilkunastu dni), to przejście przez 500-stronicową powieść z pełnym zrozumieniem czytanego tekstu stanowi pewne wyzwanie.
Pamiętam, że kiedyś zostałem zapytany o jakieś szczególnie ciekawe strony serbskie. Czuję się więc zobowiązany wręcz do polecenia tej strony – http://www.antikvarne-knjige.com/elektronskeknjige/. Jest tam dość pokaźny zbiór książek z obszaru byłej Jugosławii i można m.in. przeczytać "Most na Drinie" Ivo Andricia (za co ów pan dostał literacką nagrodę Nobla). Książkę tę czytałem dwa lata temu po polsku i z chęcią przebrnę przez nią jeszcze raz, tyle że w oryginalnym wydaniu, które można znaleźć tu: http://www.antikvarne-knjige.com/elektronskeknjige/detail-item_id-35#book. Druga w kolejce jest kolejna książka jaką miałem okazję przeczytać po polsku, czyli "Kad su cvetale tikve" Dragoslava Mihajlovicia. A później zobaczymy…
Kolejną rzeczą jaką zamierzam dokończyć w styczniu jest przebrnięcie przez dzieło niemieckiego polityka Thilo Sarrazina "Deutschland schafft sich ab", które właśnie udało mi się zdobyć – kto interesuje się naszym zachodnim sąsiadem zapewne wie, że książka ta okazała się tam bestsellerem i jest swego rodzaju refleksją na temat teraźniejszości oraz przyszłości Niemiec. Szczególnie interesującą część stanowią rozważania dotyczące muzułmańskiej imigracji za Odrą. Następnie chciałbym przejść przez jakąś niemiecką literaturę piękną, ale jeszcze nie jestem do końca pewien co to będzie.
Co do języka rosyjskiego – ostatnimi czasy przekonałem się do kryminałów Borysa Akunina i będę kontynuowałem przygodę z nimi. Później mam zamysł trochę ambitny, czyli przeczytanie "Wojny i pokoju" Lwa Tołstoja (w zasadzie zgodnie z zasadami logiki powinno się pisać Tołstogo, bo "tołstoj/толстой" to przymiotnik).
Tak więc dokładamy do rzeczy rutynowych trochę literatury.

2. Francuski
Do tego języka podchodziłem w życiu już dwa razy. Nie mogę siebie nazwać kompletnym nowicjuszem – zasady wymowy, podstawowe czasy i słownictwo znam, swego czasu próbowałem czytać "Le Figaro" i ze słownikiem jakoś wychodziło. Chodzi mi jednak o to, by w tym roku się spiąć i wreszcie wskoczyć na podobny poziom na jakim jestem obecnie z językiem niemieckim, czyli chciałbym czytać artykuły bez większych problemów (co się wydaje w miarę proste), oglądać filmy bez napisów (co już będzie trudniejsze) oraz móc przeprowadzić nieskomplikowane rozmowy jeśli zajdzie taka potrzeba. W tym celu zamierzam przejść przez Assimila i dwa podręczniki Wiedzy Powszechnej, czyli chyba najbardziej sensowny zestaw jaki w Polsce jest dostępny.

3. Ukraiński
Powód jest podobny jak w wypadku francuskiego, czyli podchodzenie do niego parę razy. Z jednym tylko wyjątkiem – po ukraińsku potrafię czytać bez problemów, rozumienie ze słuchu też nie stoi na złym poziomie. Problem jednak w tym, że wymowa kuleje – mój ukraiński brzmi bardziej jak rosyjski z użyciem zasad ukraińskiej fonologii i niektórych słów właściwych ukraińskiemu. I o ile w praktyce nigdy mi to nie zaszkodziło, bo nawet w Galicji całkiem powszechna jest dwujęzyczność (tzn. ludzie z reguły mówią po rosyjsku bardzo dobrze, choć często również zachowując ukraińską wymowę niektórych głosek), to chciałbym przy następnej wizycie na zachodniej Ukrainie mówić czystą "ukraińską mową" ograniczając rusycyzmy do sfer, w których nie będę się czuł tak swobodnie.

4. Niderlandzki / afrikaans
A jednak! Te języki będą w tym roku najmniej ważne, raczej będę swobodnie biegał po podręcznikach do nich (niderlandzki – Assimil+Wiedza Powszechna / afrikaans – TY+Colloquial) porównując je zarówno między sobą, jak i znajdując analogie w angielskim oraz niemieckim. A jest ich sporo. Osoba, która zna niemiecki i angielski oraz ma przynajmniej błahe pojęcie o historycznym rozwoju języków germańskich bez problemu będzie umiała zrozumieć początkowe dialogi z podręczników. Nauka niderlandzkiego jest więc niejako brakującym ogniwem pomiędzy niemieckim a angielskim (ciekawy byłby tu też fryzyjski, ale nie widzę w tym na razie praktycznego sensu). Dodatkowo obydwa języki są wyjątkowej urody, a Benelux i RPA to na tyle ciekawe regiony, że niewątpliwie będę ich jeszcze kiedyś używał w praktyce. Mój cel to ogólne zaznajomienie się z tymi językami, czyli przerobienie tych podręczników jakie posiadam – w roku 2011 nie liczę na razie na więcej.

Jeszcze trochę o językoznawczych powodach mojego zainteresowania tymi językami. Francuski też traktuję jako wstęp do języków romańskich. Zgodzę się, jeśli ktoś powie, że jest to wstęp trochę nietrafiony, jako że znacznie się różni od innych, ale na chwilę obecną pociąga mnie on znacznie bardziej niż pozostałe romańskie. Ukraiński zaś jest brakującym ogniwem pomiędzy polskim a rosyjskim – aż szkoda nie zaznajomić się przynajmniej z podstawami tego języka, gdy znamy dwa pozostałe. I zastanawiałem się nad tym czy nie dodać do załączonego zestawu podstaw białoruskiego. Na razie byłoby to jednak za dużo – zamiast tego załączę sympatyczną piosenkę tamtejszego zespołu N.R.M. pod tytułem "Тры чарапахі"/"Try čarapahi" ("Trzy żółwie"). Jak ktoś białoruskiego nigdy nie słyszał, to właśnie ma okazję 🙂

Jednocześnie pozdrawiam wszystkich uczących się oraz zainteresowanych językami obcymi i życzę sukcesów w nadchodzącym roku. Ze swojej strony natomiast obiecuję, że postaram się pisać tak często jak to tylko możliwe. Tym bardziej, że będzie o czym. Języków obcych, sposobów ich uczenia, ich wykorzystywania, jest tyle, że ten temat nigdy nie będzie wyczerpany.

Płynny w 3 miesiące… Czy aby na pewno?

Najpierw miało być podsumowanie listopada, następnie artykuł o roli podręczników, który w końcu się rozmył, tj. poruszyłem tyle wątków, że napisanie go jako pojedynczej jednostki mijałoby się z celem. Pomysłów w każdym razie starczy na jakieś 5 artykułów. Tak czy inaczej jednak miało to wiele wspólnego z tym o czym napiszę dzisiaj. Wielu z was o Bennym Lewisie słyszało, czytało, może nawet jest czytelnikami jego bloga "Fluent in 3 months". Sam do niedawna należałem do grupy tych ostatnich, zamieszczając nawet linka do jego strony w bocznym panelu. Ostatnimi czasy musiałem jednak nieco zrewidować swoje poglądy na tą sprawę.

Motywacją do tego stała się rozmowa jaką przeprowadziłem z dwoma znajomymi z pewnego polskiego forum językowego. W końcu zeszła ona na temat poliglotów zamieszczających filmy na youtube takich jak Alexander Arguelles (http://www.youtube.com/user/ProfASAr), Moses McCormick (http://www.youtube.com/user/laoshu505000), czy wspomniany już wyżej Benny. Takie osoby często mogą być inspiracją dla początkujących miłośników języków obcych i w internecie aż roi się od osób, które uznają ich za swojego rodzaju guru o nadziemskich umiejętnościach. Tymczasem rzeczywistość wygląda różnie, szczególnie w przypadku, gdy ktoś zamierza na nas zarobić w możliwie najszybszym czasie.

Do profesora Arguellesa przyczepiać bym się nie chciał – raczej uważam go za postać wartą polecenia każdemu człowiekowi zainteresowanemu językami obcymi i ma przynajmniej elementarną znajomość języka angielskiego. Jego filmy, niektóre lepsze, niektóre gorsze, potrafią być naprawdę inspirujące (przynajmniej w mojej opinii). Moses McCormick zamierza poznać 60 języków – trochę sporo jak na mój gust, aczkolwiek stara się być w tym wszystkim skromny i nie pretenduje do władania "płynnie" każdym z nich (właściwie jego celem jest dojście do każdego na poziom średnio zaawansowany). Tymczasem pan Lewis z moich obserwacji wiedzę ma najmniejszą, a chwali się osiągnięciami jakie są dla zwykłego śmiertelnika raczej niemożliwe…

Nazwa bloga brzmi "Fluent in 3 months" – jest kapitalna, wielu ludzi zacznie czytać z nadzieją, że ich problem związany z językami obcymi zniknie jak bańka mydlana. Niestety w końcu okazuje się, że tak naprawdę nie znajdziemy tam nic odkrywczego. Bo, powiedzmy sobie szczerze, na to, że najlepszym sposobem na naukę języka obcego jest wyjazd do obcego kraju i rozmowy z tubylcami wpadł chyba każdy… W sumie porady niewiele dadzą większości ludzi, którzy z takiej formy nauki skorzystać nie mogą. Postanowiłem więc się przyjrzeć jak wygląda jego "fluency" w języku o jakim mam przynajmniej mgliste pojęcie, czyli w niemieckim. Wywiad w języku niemieckim znajdziecie tu: http://www.youtube.com/watch?v=zOogAZ5ivxo

Wszystko bardzo fajnie, osoba nie znająca niemieckiego pewnie byłaby zachwycona. Ja znam niemiecki raczej słabo i oczekiwałem, że ktoś kto jest "fluent" powali mnie na nogi. Tymczasem nie powalił. Wrażenie jest jeszcze mniejsze, gdyż mogę przypuścić, że mniej więcej wiedział na jaki temat będzie mówił. I nie piszę tego, aby powiedzieć wszystkim, że autor "Fluent in 3 months" niemieckiego nie umie. Owszem, umie, ale na pewno daleko mu do tego by głosić wszem i wobec, że płynnie nim włada. A mniej więcej na tym opiera się jego strona – jest "poliglotą władającym płynnie 8 językami, z których każdego nauczył się w 3 miesiące". I wszystko to bym jeszcze scierpiał, gdyby nie fakt, że tym hasłem reklamuje swój przewodnik do nauki języków obcych (jej recenzję znajdziecie u Michała na "LangSpocie"). I nie wiem jak pozostali, ale ja się poczułem trochę oszukany (książki na szczęście nie kupiłem).

A jak jeszcze przeczytałem jego poglądy na temat językoznawców i obronę tego stanowiska ("sports stars are to sports journalists what language learners are to linguists") to… Powiedzmy, że to przemilczę.

Jakie jednak wnioski z tego warto wyciągnąć?
1. Język obcy to nie jest coś co możesz opanować bez ciężkiej pracy w krótkim odstępie czasu. I powie to niemal każdy, kto języka obcego się naprawdę nauczył do wysokiego poziomu.
2. Warto być czasem skromnym i nie rzucać na lewo i prawo zwrotami w stylu "płynnie mówię po…". Bo można się naciąć. Najsmutniejsze jest też to, że bardzo często osoby znające jakiś język bardzo dobrze, widząc ile im brakuje do rodzimych użytkowników, oceniają swoją znajomość bardzo przeciętnie. Sam zresztą jestem najlepszym przykładem – 3 lata temu oceniałem swój rosyjski znacznie lepiej niż obecnie, mimo że, w gruncie rzeczy, byłem w nim słabszy.

Podobne posty:
Blog językowy AJATT – ciekawa metoda nauki
A nie mylą ci się te języki?
5 rzeczy jakich nauczyła mnie nauka czeskiego
Nie masz siły – zrób coś małego
Historia motywacyjna

Jak (nie) uczyć się języków obcych – część 3 – niemiecki.

Oto nadchodzi wielkimi krokami trzecia część cyklu "Jak (nie) uczyć się języków obcych". Wcześniej opisałem moją historię kontaktów z angielskim oraz rosyjskim. Dziś przyszedł czas na język naszych zachodnich sąsiadów. Jakie wnioski wyciągnąłem z nauki niemieckiego? Przekonajcie się o tym sami.

Niemiecki towarzyszył mi od najmłodszych lat, a wszystko dzięki mojemu ojcu. Otóż skończył on szkołę tłumaczy języka niemieckiego i od kiedy tylko pamiętam interesował się krajami niemieckojęzycznymi, w szczególności Austrią oraz Szwajcarią. W zasadzie trudno mi sobie przypomnieć mój pierwszy kontakt z tym językiem, bo mam wrażenie jakby w pewnym stopniu towarzyszył mi od zawsze. Kiedyś się dowiedziałem, że były plany uczynienia ze mnie dziecka dwujęzycznego.  Znajomi moich rodziców byli ponoć zszokowani, gdy chcąc pójść do ubikacji powiedziałem "Ich will pissen". Ostatecznie jednak plan nie wypalił i nie potrafię dokładnie stwierdzić ile mi w głowie zostało z tamtego okresu.

Kontakt z niemieckim miałem jednak nadal. Na początku lat 90 brakowało w Polsce telewizyjnych stacji komercyjnych, więc gdy wraz z telewizją satelitarną przyszło około 10 kanałów niemieckojęzycznych było z czego wybierać. Bywało, że oglądałem jakieś bajki w tym języku, albo mecze piłki nożnej, kiedy nic ciekawego nie było w polskiej telewizji i na pewno rozumiałem więcej niż po angielsku (miałem też "Cartoon Network", którego z tegoż powodu nie oglądałem). Oprócz tego byłem siłą rzeczy, podobnie jak cała moja rodzina, zmuszony do słuchania niemieckiego przez kilka godzin dziennie. Zaowocowało to tym, że nie jest dla mnie niczym dziwnym oglądanie telewizji w języku obcym zamiast po polsku. Nie mogę oczywiście powiedzieć, że rozumiem 100% dialogów, ale było całkiem sporo filmów, które obejrzałem po niemiecku kilka lat wcześniej zanim mogłem to zrobić po polsku i nie czułem, że czegoś nie zrozumiałem wcześniej. To w tym języku po raz pierwszy obejrzałem tak znakomite dzieła jak "Zielona mila", czy "Forest Gump". Wszystko to po kilku latach oglądania przy okazji niemieckiej telewizji. Mogę więc tylko banalnie stwierdzić, że im więcej czasu spędzasz z obcym językiem, tym lepiej go rozumiesz.

Tyle jeśli chodzi o umiejętności pasywne. Użycie języka w praktyce to już zupełnie inna sprawa. Tego byłem uczony najpierw w domu (z podręcznika, w którym głównym bohaterem była żaba) i w szkole. Nie wiem jak się miały rzeczy w innych regionach Polski, ale w Szamotułach był to wtedy jedyny język obcy jakiego mogliśmy się uczyć. Niestety z nauki w szkole dobrych wspomnień nie mam. I nie chodzi mi tu o oceny – przeważnie dostawałem 5 prawie wcale się nie ucząc. Może jednak właśnie w tym tkwił problem, że osoby mające ocenę bardzo dobrą z niemieckiego tak naprawdę nie potrafiły skleić nawet najprostszych zdań. Nie muszę chyba dodawać, że poziom pozostałych osób był jeszcze gorszy. Mimo to wszyscy przechodzili z klasy do klasy, traktując niemiecki jak każdy inny przedmiot. Problem w tym, że język obcy nie powinien być nauczany jak każdy inny przedmiot. Co mnie zawsze uderza to pytania w stylu: "A z czego będzie kartkówka/sprawdzian/kolokwium/egzamin?". Zadając takie pytania i przygotowując daną część materiału, żeby potem ją zapomnieć, na pewno nie nauczymy się języka. Wydaje mi się, że język obcy trzeba traktować całościowo i absolutnie nie stosować do niego zasady "zakuć, zdać, zapomnieć". Bez regularnych powtórek materiału (rozumianych niekoniecznie jako ślęczenie nad tabelkami, lecz także obcowanie z żywym językiem) nigdy nie opanujemy dobrze tego co nowe. Robiąc dzienne powtórki natomiast praktycznie nie musimy się w ogóle uczyć na jakiekolwiek egzaminy itp. Przynajmniej ja od dobrych 8 lat nigdy nie uczyłem się konkretnie na dany egzamin – po prostu traktowałem go jak pewną formę sprawdzenia mojej znajomości języka.

Nauka niemieckiego w szkołach nie stoi jednak na wysokim poziomie. W moim mieście uczył się go każdy, a niewiele znam osób, które faktycznie posiadają choć minimalną jego znajomość (np. potrafiłyby powiedzieć co robiły wczoraj). Pamiętam, że co roku trzeba było kupować ładne kolorowe podręczniki ("Der, die, das", "Alles klar"), które tak naprawdę nikomu nie przypadały do gustu. Pamiętam też jak rodzice podarowali mi naprawdę solidny "Samouczek języka niemieckiego" wydawnictwa Wiedza Powszechna. Brakowało w nim kolorowych obrazków, ale wszystko było jasno wytłumaczone. Dialogi były czasem rodem z NRD (pojawiały się Trabanty i Wartburgi), ale przynajmniej nie były na siłę stylizowane na mowę nastolatków, co strasznie irytowało w szkolnych podręcznikach. Przerobienie tej książki oraz jej drugiego tomu w zupełności wystarczyło do osiągania ocen bardzo dobrych i celujących w liceum. Oprócz tego kilka miesięcy spędzonych z Wiedzą Powszechną pozwoliło mi na nabycie pewnych aktywnych umiejętności – niby nic wielkiego, ale potrafiłem poinformować panią w berlińskiej księgarni, że szukam książek o Bizancjum. Był to pewien moment przełomowy w mojej przygodzie z językami obcymi – od tego czasu zacząłem bardziej ufać samouczkom i sobie samemu niż kolorowym podręcznikom szkolnym.

I wtedy po raz kolejny osiadłem na laurach, podobnie jak to miało miejsce z angielskim. Gramatyka niemiecka uciekała jednak jakby wolniej. Niemiecki ma bowiem relatywnie prosty system czasów i nie wiem jak mógłbym zapomnieć prawidłowego stosowania czterech przypadków. Podobnie ma się sytuacja z szykiem zdania, który wiele osób irytuje, ale mi bardzo pomaga i jestem do niego tak przyzwyczajony, że również nie wyobrażam sobie mówienia w inny sposób. Nie twierdzę oczywiście, że język niemiecki jest szczególnie prosty, ale na pewno nie jest tak trudny jak go niektórzy przedstawiają.  I na dodatek jest jednym z ładniejszych języków. Ale to już tylko moja subiektywna opinia 😉

Inne posty z cyklu "Jak (nie) uczyć się języków obcych":
Język angielski
Język rosyjski

Podobne posty:
5 rzeczy jakich nauczyła mnie nauka czeskiego
Prośba o poradę – angielski, niemiecki, rosyjski
Co przyjdzie z słuchania radia przez godzinę dziennie
Czy 1000 słów i 70% rozumienia to dużo?
Jakie materiały warto czytać?

Prośba o poradę – niemiecki, rosyjski, angielski

Dziś postanowiłem umieścić na blogu moją odpowiedź na maila od jednego z czytelników. Pomyślałem, że wielu ludzi może mieć podobny problem teraz bądź w przyszłości, więc jest wielce prawdopodobne, że na coś im się to przyda. Może znajdą się wśród was również tacy, którzy będą mieli lepsze pomysły na rozwiązanie problemu – nigdy nie uważałem siebie za mentora, więc każdy komentarz będzie zawsze mile widziany. Wszystko naturalnie publikuję za zgodą osoby, z którą pisałem. Ale przejdźmy do rzeczy.

Otrzymałem wiadomość następującej treści:
Witam,
Na początku chciałbym napisać, że blog "Świat języków" jest świetny. Trzymaj tak dalej, masz w mojej osobie stałego czytelnika. 🙂

A teraz prośba o poradę. Zamierzam odświeżyć sobie niemiecki (studia) i rosyjski (podstawówka i liceum). Niestety od tamtego czasu minęło już kilkanaście lat i raczej tych języków nie używałem. Jaki podręcznik polecałbyś? Myślę o Assimil do niemieckiego, ale mam problem z rosyjskim.

Drugie pytanie dotyczy angielskiego. Zdałem FCE dwanaście lat temu. Od tego czasu zero regularnych ćwiczeń, chociaż sporo czytam i czasem mam kontakt bezpośredni, czyli rozmowę z klientem. Zauważyłem jednak, że znajomość bierna języka zdecydowanie góruje nad czynną. Co polecałbyś tutaj?
Mam nadzieję, że nie przesadziłem z pytaniami. 🙂

Pozdrawiam.

A oto moja odpowiedź:
Cześć,
(…)
Co do twoich pytań: myślę, że w przypadku niemieckiego Assimil będzie
doskonałym wyborem. Dodam tylko od siebie, że na polskim rynku masz
aktualnie dwie dostępne serie tych podręczników. Nowszą, 2-tomową i
starszą w jednym tomie. Tu jest link do tej starszej –
http://www.nowela.pl/ksiegarnia-jezykowa/jezyk-niemiecki-latwo-i-przyjemnie-ksiazka-i-4-cd-audio
Linka podałem dlatego, że z całego serca polecam korzystanie ze
starszego wydawnictwa. Z jednej strony brak w nim nowoczesnego
słownictwa (które można samemu poznać bez problemu), ale jest znacznie
więcej materiału, wyjaśnień gramatycznych itp. Poza tym jest w
wygodniejszym formacie i solidniejszej okładce.

Z rosyjskim już jest większy problem, gdyż ostatnimi czasy język ten
niejako popadł w niełaskę, a to co oferuje nasz system edukacji
(podręczniki typu "Kak dieła") nie nadaje się do nauki. Znalazłem dwie
rzeczy, które ewentualnie można brać pod uwagę. Pierwsza to polska
wersja "Teach Yourself Russian" –
http://www.gandalf.com.pl/b/jezyk-rosyjski-dla-poczatkujacych-ucz/
Całkiem lubię tą serię, aczkolwiek z doświadczenia wiem, że
podręczniki z niej są strasznie nierówne. W każdym razie z tych do
szwedzkiego i czeskiego byłem w swoim czasie całkiem zadowolony.
Druga opcja to natomiast podręcznik wydawnictwa Rea –
http://www.ceneo.pl/339019 ,który ma też drugi tom –
http://www.bookmaster.pl/rosyjski,w,cztery,tygodnie,2,cd,etap,2/ksiazka/84363.xhtml
Widziałem swego czasu ich starsze wydanie (moja dziewczyna się z nich
uczyła) i wydawało się całkiem treściwe. Bardzo przypominało mi stare
dobre podręczniki Wiedzy Powszechnej, których byłem fanem parę lat
temu. Plusem jest też to, że są autorstwa Polaka, co pozwala uniknąć
irytujących objaśnień rzeczy, które wyglądają tak samo po rosyjsku i
po polsku. Nie potrafię jednak zagwarantować, że nowsze wydania
trzymają poziom tych starszych, bo ich nie widziałem.
Zawsze możesz też skorzystać z obydwu opcji – z racji ceny wyjdzie to
tak samo jak kupno Assimila, a ucząc się z dwóch podręczników będziesz
w stanie uzupełniać luki w wiedzy. Nie ma bowiem podręczników
idealnych – zawsze dobrze jest korzystać z kilku źródeł.

Teraz angielski. Zawsze będzie tak, że znajomość bierna będzie górować
nad czynną. Nawet w języku polskim nasze pasywne słownictwo jest
parę razy większe niż słownictwo aktywne. Niestety 🙁 Żeby
znajomość aktywna się poprawiła możesz np. pisać na angielskich forach
internetowych, starać się więcej rozmawiać – w zasadzie odpowiedź jest
prosta: używać tego języka tak często jak tylko możesz. Polecałbym też
przejrzeć szybko jakiś podręcznik w celu odświeżenia gramatyki. Sam po
kilku latach przerwy w mówieniu zauważyłem, że moja znajomość czasów
się znacznie pogorszyła.



To tyle. Jeśli ktoś miałby do zaproponowania lepszy dobór materiału, to niech pisze – każda porada będzie mile widziana. Mam też nadzieję, że okaże się to dla kogoś pomocne.
Pozdrawiam!

Podobne posty:
Rozumienie ze słuchu 
Jak się nauczyć cyrylicy w 2 dni?
Przewodnik po Anki
Historia motywacyjna
Nie masz siły – zrób coś małego