literatura

Literatura francuska, czyli powieści ciąg dalszy

litfrancDzisiaj czas na kolejną porcję powieści francuskich, które są klasykami w kanonie literatury. To kontynuacja mojego zestawienia, poprzedni artykuł na ten temat możecie przeczytać tutaj. W takim razie zaczynajmy. Jakie książki szczególnie polecam?

"Czerwone i czarne" Stendhal

Klasyk nad klasykami. Powieść wydana w 1831 roku, jednak przez pewien czas była na liście ksiąg zakazanych ze względu na antyklerykalne poglądy. Głównym wątkiem powieści jest historia ubogiego chłopca Juliana Sorela, który marzy o karierze oficera. Jednak ze względu na sytuację polityczną jest to niemożliwe. Dlatego też Julian decyduje się zostać księdzem. Gdy udaje mu się dostać posadę guwernera u pewnej rodziny, uczucie do matki chłopców całkowicie go pochłania. Czy był szczęśliwy? Czy jego marzenia o zdobyciu rangi oficera się ziściły? Jego dalsze losy niech pozostaną zagadką dla tych, którzy jeszcze po "Czerwone i czarne" nie sięgnęli. Jest to powieść, w której na przykładzie jednostki, czytelnik ma okazję oglądać panoramę społeczeństwa i kronikę wydarzeń historycznych. Sytuacja Juliana była w dużej mierze zależna od sytuacji jego ojczyzny w tamtych czasach (czyli po upadku Napoleona i w czasie rządów Bourbonów). Dla tak wrażliwego chłopca jedyną ucieczką z prowincji był wybór pomiędzy armią a zakonem. Malownicze opisy, kontrast między prowincją a miastem to wszystko sprawia, że powieść czyta się jeszcze przyjemniej.

"Pani Bovary" G.Flaubert

[…] czyż może być coś milszego, jak siedzieć z książką wieczorem przy kominku, podczas gdy wiatr duje w szyby, a w pokoju pali się lampa?
[…]
Nie myśli się wówczas o niczym […] i tak mijają godziny. Nie ruszając się z miejsca człowiek przechadza się po krajach, które widzi oczyma duszy, i fantazja wplatając się w baśń igra ze szczegółami lub biegnie za głównym wątkiem. I zdaje się nam, że sami jesteśmy bohaterami tych opowieści, że pod ich szatą biją nasze serca.

W roku 1857 wydano powieść Flaubert'a "Pani Bovary". Powieść, w której główną rolę odgrywa kobieta, która nie wpisuje się w ówczesne normy społeczne, przekracza granie moralności i mentalnie żyje w innym świecie. Główna postać to Emma, która wychodząc za mąż za wdowca, staje się tytułową panią Bovary. Bohaterka od samego początku jest rozczarowana swoim życiem, mężem i losem. Nie szuka pozytywnych aspektów swojej sytuacji społecznej. Jej daleko idące wyobrażenia o cudownych romansach szybko legną w gruzach, gdy zmuszona jest przeżywać każdy dzień z tym samym mężczyzną. Sytuacja zmienia się, gdy Emma bierze udział w balu dla arystokratów. W tym momencie czytelnik obserwuje początek jej przemiany. Kolejne romanse, gigantyczne długi, zbytek i luksus oraz naiwny mąż, który wierzy w niekończące się kłamstwa. Emma nie potrafi się odnaleźć ani w roli matki, żony ani w roli kochanki. Wciąż goni za swoimi marzeniami, ideałami, o których tyle czytała. Żyjąc na niby, unieszczęśliwia siebie i swoich bliskich. Odsyłam Was do książki, żebyście poznali finał tej historii i przekonali się, czy Emma Bovary znalazła to, czego całe życie szukała.

"20000 mil podwodnej żeglugi" Juliusz Verne

Ten tytuł chyba każdemu obił się kiedyś o uszy. Powieść została wydana w 1870 roku i sklasyfikowana jako fantastyka naukowa. Ale nie tylko, jest to również powieść przygoda, gdzie opisy są bardzo plastyczne, a czytelnik oczyma wyobraźni podróżuje razem z kapitanem Nemo. Fabułą powieści są przygody wspomnianego kapitana, profesora i jego sługi oraz harpunnika, którzy przemierzają tytułowe 20000 mil pod wodą. Wizja spędzenia życia w łodzi podwodnej jest z jednej strony przerażająca, ale Verne pięknie nakreśla inny aspekt tej sytuacji – otóż żyjąc z dala od stałego lądu, człowiek nie musi dostosować się do praw obowiązujących na ziemi. Nie będę tutaj streszczać wszystkich perypetii, ale myślę, że jest to obowiązkowa pozycja dla każdego. Niemniej jednak, chciałabym zwrócić uwagę na bogaty dorobek Juliusza Verne'a. Oczywiście "20000…" to tylko jedna z wielu powieści przygodowych, która swoimi walorami wpisała się w gusta czytelników. Verne to prekursor gatunku science fiction, wizjoner, a jego opisy morskich głębin to absolutny fenomen. Za każdym razem, gdy sięgam po jego powieść, jestem pod wrażeniem zarówno jego talentu i lekkiego pióra, ale też niesamowitej wiedzy na temat biologii, zoologi czy geografii. Bardzo zachęcam do przeczytania innych powieści, z których mogę wyróżnić między innymi: "Tajemnicza wyspa", "Podróż do wnętrza Ziemi", "Piętnastoletni kapitan", "Gwiazda południa".

"Ojciec Goriot" Honoré de Balzac

"Ojciec Goriot" to jedna z powieści wchodząca w skład monumentalnego cyklu "Komedia ludzka". Napisana w 1935 roku, jest najbardziej znaną książką Balzaca. Losy ojca, który wychowuje córki posłużyły Balzac'owi za idealny przykład do zaprezentowania zepsucia francuskich wyższych sfer. Tytułowy Goriot kocha bezgranicznie swoje latorośle, ale czy taka miłość jest gwarantem dobrego wychowania? Otóż nie. Ważnymi postaciami są także kryminalista Vautrin i student Rastignac. Na nich też Paryż odciśnie swoje piętno. Balzac niezwykle skrupulatnie i pieczołowicie opisuje nawet drobne szczegóły, po to by nadać swojej powieści jeszcze bardziej realny wydźwięk. Książka jest dopracowana pod każdym względem, a obraz Paryża, jaki się z niej wyłania nie jest optymistyczny. Awans społeczny jest szczytem marzeń, gwarancją powodzenia i szczęśliwego życia. Dlatego też Rastignac decyduje się na wszystko po to tylko, by stać się jednym z tych wybrańców z wyżyn społecznych. Niezwykle mądra powieść, idealnie komponująca się w cały cykl, do którego przeczytania bardzo Was zachęcam.

Jeśli chodzi o klasykę powieści francuskiej to już skończyłam. Niestety nie jestem w stanie opisać Wam dokładnie wszystkich powieści, które są warte uwagi.

Myślę, że w niedalekiej przyszłości przedstawię Wam może inne zestawienie, tym razem współczesnych dzieł z różnych gatunków . Ale o tym niebawem 🙂

Mam nadzieję, że zachęciłam Was do sięgnięcia po wyżej wymienione powieści. Jeśli jesteście już po lekturze którejś z nich lub macie za sobą inną interesującą książkę to podzielcie się tym w komentarzach!!!


Zobacz także:
Francuskojęzyczne czasopisma – podróże, historia, nauka, kulinaria 
Literatura francuska – klasyka powieści, część 1
Francuskojęzyczne gazety, portale informacyjne oraz stacje radiowe

Literatura francuska – klasyka powieści, część 1

francuskalit

Dzisiaj chciałabym się podzielić z Wami moimi ulubionymi powieściami z literatury francuskiej. Każdy, kto wybrał studia filologiczne spotyka się z przedmiotem o nazwie literatura. Jedni bardzo go lubią, dla innych to strata czasu. Jeśli chodzi o moje zdanie w tej kwestii, to uważam, że nic tak bardzo nie zbliża nas do kultury danego kraju jak jego literatura. Właśnie w utworach poruszane są ważne kwestie społeczne i polityczne dla danego narodu, ponadto duży nacisk kładziony jest na wydarzenia historyczne. Szkoda, że wiele osób podchodzi do tego przedmiotu tak bardzo lekceważąco, bo jeszcze raz podkreślam, że język pisany to bogactwo informacji kulturowych. Oczywiście nie można nikogo do czytania zmusić, ale proszę, chociaż spróbujcie, i niech Was nie przeraża liczba stron.

Poniżej prezentuję Wam subiektywną listę powieści francuskich, które należą do grona moich ulubionych. Znajdziecie tutaj tytuły, które wpisują się w klasykę literatury. Zapraszam do lektury!

"Hrabia Monte Christo" (Le Comte de Monte Christo) Alexander Dumas

"Czekać i nie tracić nadziei!"

Powieść wydana początkowo w częściach w 1845 roku stała się najsłynniejszą powieścią Dumasa, tuż zaraz obok "Trzech Muszkieterów". "Hrabia…" to powieść przygodowa, której fabuła skupia się wokół zemsty głównego bohatera. W powieści pierwsze skrzypce gra Edmund Dantes, młody marynarz, który przybił do portu w Marsylii po to, by następnego dnia poślubić piękną Mercedes. Jego plany krzyżuje anonimowy donos, który zarzuca Dantes'owi bonapartyzm. Niewinny chłopak wplątany w sieć intryg i kłamstw zostaje uznany za winnego i skazany na lata więzienia w twierdzy d'If. Więzienne lata stają się bardziej znośne, gdy udaje mu się nawiązać kontakt z księdzem Farią, który zostaje jego mentorem. Razem próbują odkryć kto ponosi winę za nieszczęścia Edmunda. Dantes planuje zemstę.

Nie będę Wam zdradzać finału tej historii, pragnę jedynie zaznaczyć, jak misternie jest utkana sieć intryg. Każdym z bohaterów, który przykłada rękę do wtrącania Edmunda do celi, kierują inne motywy: odrzucona miłość, żądza pieniądza lub protekcja własnej rodziny. Podobnie jest z zemstą głównego bohatera: nic nie jest przypadkowe, Dantes planował wszystko dokładnie przez czternaście lat. Gdy mówimy o zemście, to dużo łatwiej byłoby gdyby Dantes po prostu odebrał życie tym, którzy na to zasłużyli. Ale on tego nie robi. Jego celem nie jest ich życie, sięga po środki, które będą w stanie zadać im największe cierpienie. On cierpiał w więziennej celi, teraz role się odwróciły.

Powieść o zdradzie, miłości, zemście i bólu, który nie pozwala zapomnieć dawnych krzywd. Na tle historii Napoleona autor tworzy historię o walce dobra ze złem oraz o zemście, która w miarę upływu lat przybiera na sile.

Czytając recenzje i opinie o tej powieści, znalazłam taką, która twierdziła, "że dziś już tak się nie pisze". Niestety to prawda. Nie znam powieści współczesnej napisanej z takim rozmachem. Fenomenalna, dopracowana w najdrobniejszych szczegółach, zachwyca wciąż mimo upływu lat.

Dumas rozsławił tą powieścią twierdzę d'If, gdzie aktualnie znajduje się muzeum, które można zwiedzać. Co więcej, w Marsylli można zorganizować sobie wycieczkę "Śladami Edmunda Dantes'a".

Powieść była wielokrotnie ekranizowana, z różnymi wariantami zakończenia, a także wystawiana na deskach teatru. Kto widział, a nie czytał, ten niech żałuje.

"Nędznicy" (Les Misérables) Victor Hugo

Pięciotomowe arcydzieło wydane w 1862 roku na zawsze wpisało Victora Hugo w kanon literatury światowej. Powieść "Nędznicy" określa się jako dzieło realistyczne z licznymi wątkami romantycznymi, przygodowymi czy eseistycznymi. Praca nad nią trwała dwadzieścia lat, a jego głównym celem było przedstawienie pełnej panoramy francuskiego społeczeństwa XIX wieku.

Bohaterem "Nędzników" jest Jean Valjean, mężczyzna, który za kradzież chleba został skazany na ciężkie galery. Jako były więzień jest odrzucany przez społeczeństwo, wtedy to z pomocą księdza udaje mu się wejść na drogę praworządności. Jego dalsze życie jest dalekie od przestępstw, Jean stara się pomagać biednym i potrzebującym. Składa przysięgę, że zajmie się wychowaniem Kozety, zyskuje szacunek i uznanie. Jednak nie jest mu dane zaznać bezpieczeństwa, ponieważ ściga bo bezwzględny inspektor. Losy Jeana oraz wszystkich postaci posłużyły autorowi jako przykład przemiany bohaterów. Według Hugo każda jednostka może zmienić swoje życie, wystarczy jedynie, że zaufa w pełni Bogu,a ten jest zawsze skory do pomocy.

Postać Jeana jest dla Francuzów tym, kim dla nas jest Pan Tadeusz. Dlatego też "Nędznicy" to obowiązkowa pozycja na liście każdej osoby zainteresowanej francuskim.

Fenomen powieści polega na przeplataniu się przeróżnych wątków, bogatej fabule i uniwersalnych wartościach. Niesłabnąca popularność przejawia się w ilości ekranizacji oraz ilości wystawianych sztuk. "Les Miserables" to najdłużej grany musical na londyńskim West Endzie. Warto zobaczyć także musical z 2012 roku, gdzie główną rolę gra Hugh Jackman. Produkcja zgarnęła trzy Oskary i trzy Złote Globy. Jeśli chcecie posłuchać pięknej ballady Fantyny kliknijcie tutaj, natomiast pieśń finałowa jest dostępna tutaj.

"Nana" (Nana) Emil Zola

Jeśli chodzi o "Nanę", to jest to dziewiątą powieść z cyklu Rougon-Macquartowie, na który składa się aż dwadzieścia powieści. "Nana" została wydana w 1880 roku jako powieść naturalistyczna opisująca portret francuskiego społeczeństwa. Główną bohaterką jest młoda dziewczyna, Anna, która występuje w roli Wenus w teatrze. Braki talentu aktorskiego nadrabia nagością, która jest szeroko komentowana w wyższych sferach. Takim oto sposobem Nana staje się rozchwytywaną kurtyzaną, której nie może zabraknąć na paryskich salonach. Niestety znajomość z nią wpływa negatywnie na mężczyzn, jest to kobieta destrukcyjna, która sprowadza nieszczęście na płeć męską. Los niestety ma dla niej inne plany…

Historia Nany to tak naprawdę metafora zepsucia wyższych sfer: Zola poprzez naturalistyczne podejście prezentuje brak moralności wśród elit.

Powieść jest naprawdę uniwersalna, biorąc pod uwagę fakt, iż jest to tylko niewielki wycinek portretu rodziny Rougon-Macquart, z całego serca Wam polecam ten oraz inne tomy. Mnie osobiście przypadł do gustu "Germinal", w którym to główną postacią jest brat Anny. Losy rodu są tak skomplikowane, że relacje między postaciami zostały przedstawione na specjalnej grafice.

 

To oczywiście tylko pierwsza część mojej listy, druga ukaże się niedługo.

Mam nadzieję, że udało mi się Was zapoznać z największymi powieściami francuskimi i być może choć odrobinę zachęcić do sięgnięcia po jedną z nich. A Wy macie swoje ulubione powieści? Śmiało, dzielcie się nimi w komentarzach!

Zobacz także…

Du cinéma! Przegląd komedii francuskich
Pierwsza książka w języku obcym
Francuskie brzmienia – część 6. W kręgu poetów przeklętych
Obca literatura dziecięca: dobre źródło nauki?
Jak czytać w języku, którego dobrze nie znamy?
Readlang, czyli jak okiełznać teksty
Hakowanie tekstów metodą LWT
Jak czytać i nie zwariować
Nauka języka bez podręcznika – część 2 – czytanie

Pierwsza książka w języku obcym

Zapewne każdy z Was doskonale wie o tym, że ważną składową w procesie nauki języka jest umiejętność odbioru tekstu czytanego. Uczymy się tego od samego początku, najpierw tworząc mini dialogi w sklepie, na dworcu itd. Później nadchodzi czas na czytanki z podręcznika podczas lekcji angielskiego. Jak to przebiega? Przeważnie czytamy tekst, podkreślamy nieznane słowa, następnie tłumaczymy je na język polski.  Ponadto rozwiązujemy zdania typu prawda-fałsz lub odpowiadamy na pytania dotyczące treści tekstu. W dużej mierze tutaj kończy się nasz kontakt z językiem czytanym. Zdajemy maturę, egzamin, kolokwium i tyle. Rzadko kto sięga po książkę w oryginale czy artykuł w „The Times”. Postaram się Wam opisać moją przygodę z czytaniem w językach obcych i zachęcić Was do rozwijania tej kompetencji językowej. Ready, steady, go!

IMG_20160305_190130Co zyskujemy?
Po pierwsze, czytanie w języku obcym pozwala nam na przyswojenie zasad ortografii.  Dużo łatwiej jest uczyć się języka, wtedy gdy potrafimy sobie zwizualizować dane słowo. Poza tym, czytając zwracamy uwagę też na zasady pisowni i wszelkie wyjątki. Pozwoli nam to lepiej zapamiętać dane słowo, a co za tym idzie, szybciej się go nauczyć. Po drugie, poszerzamy swoje słownictwo. Oczywiście w zależności od tego po co sięgniemy tak będzie się kształtował zasób naszej leksyki. Ważne jest, aby czytać to, co sprawia nam przyjemność, ale o tym za chwilkę. Po trzecie, czytając w języku obcym po części tworzymy sobie rzeczywistość językową, która jest bardzo ważna w trakcie całego procesu nauki języka. Po czwarte uczymy się konkretnych słów w kontekście, w którym się ich używa; poznajemy kolokacje i struktury językowe.

Co wybrać?

Wybór książki do czytania jest bardzo indywidualny. Można sugerować się poziomem znajomości języka, więc dla początkujących polecałabym komiksy i książki dla dzieci. Dla osób średnio zaawansowanych odpowiednie będą wszelkie gazety  the Mirror lub the Sun – można znaleźć tam naprawdę przystępne językowo teksty. Dla grupy zaawansowanej odpowiednie będą oczywiście pełnowymiarowe książki z wszelakich dziedzin. Musimy jednak pamiętać, żeby na pierwszą czy drugą książkę nie wybierać sobie bardzo ambitnych dzieł. Na początek nie polecam na przykład „Nędzników”, bo można się bardzo zniechęcić.IMG_20160305_190212

Mam już książkę i co dalej?

Istnieje kilka strategii czytania ze zrozumieniem z języku obcym. Kwestia wyboru jest znów bardzo indywidualna. Jednak istnieją pewne wskazówki, które z pewnością przydadzą się każdemu:

1. Nie tłumacz!
To jeden z największych błędów. Zaczynasz czytać i na pierwszej stronie jest dwanaście nowych słów. Podkreślasz i pędzisz do słownika, żeby zaraz sprawdzić ich znaczenie. Po dwudziestu minutach masz przetłumaczoną pierwszą stronę. Sukces, tylko czy o to Ci chodziło? Tłumaczenie słowo w słowo zostaw tłumaczom. Skup się na przekazie ogólnym, a słowa których nie znasz staraj się powiązać z kontekstem. Uwierz mi, na początku będzie to trudne, ale to naprawdę dobra metoda czytania.

2. Szukaj skojarzeń.
Załóżmy, że w tekście znajdujesz  obce słowo, którego nie znasz. Można je po prostu pominąć i czytać dalej, ale czasem warto się zastanowić czy mamy z tym wyrazem jakieś skojarzenia. Może jest to forma czasownika lub antonim do przymiotnika, który już znasz? Staraj się zapisywać te słowa, tak by powstały rodziny wyrazów – to bardzo pomaga w nauce

3. Stop frustracji.IMG_20160305_190225

Każdy język, którego się uczymy jest dla nas językiem obcym. Nawet gdybyś używał angielskiego od dwudziestu lat zawsze znajdzie się słowo, którego po prostu nie znasz. To zupełnie normalne, nikt nie jest chodząca encyklopedią. Czytając tekst w języku obcym nie zrozumiesz wszystkiego – pogódź się z tym.

4. Coś co znasz.

Bardzo dobrym pomysłem jest czytanie książki, której lekturę w języku polskim już masz za sobą. Plusem takiego podejścia jest to, iż znasz fabułę i bohaterów, a czytając angielską wersję dokonujesz jedynie porównań dot. tego jak zostały przetłumaczone nazwy, miejsca itd.

Jak zacząć?

Początek przygody z językiem używanym w literaturze nie będzie łatwy. Niestety, tak już jest i trzeba to zaakceptować. Ważne jest, aby się nie zniechęcać. Kiedy już pogodzimy się z faktem, że nie zrozumiemy każdego idiomu, łatwiej nam będzie czerpać radość z czytania. Jeśli natomiast będziemy wracać do słownika za każdym razem gdy zobaczymy nowe słowo, to czytanie stanie się dla nas męczarnią, a przeczytanie stu stronicowej powieści będzie istnym koszmarem.

Podzielę się z Wami moją historią, o tym jak zaczynałam czytać. Otóż, tak jak pewnie większość uczących się języka, traktowałam język czytany jako zło konieczne i coś co w zasadzie do niczego mi się nie przyda. Pierwszą moją książką, którą musiałam przeczytać był "Mały niedźwiadek", bajka po francusku dla dzieci. Prawdę mówiąc, zmusiłam się do jej czytania co nie przychodziło mi łatwo. Jednakże, po skończonej lekturze wiedziałam już, jakie popełniłam błędy i co mogłam zrobić, żeby ten proces przyspieszyć. W związku z tym sięgnęłam po kolejną dziecięca bajkę i próbowałam różnych strategii, żeby znaleźć tę najbardziej odpowiednią. Potem to już naturalnie poszłam za ciosem i na studiach moim ulubionym przedmiotem była oczywiście literatura.

Czas na akcent humorystyczny. Nie mogę wprost nie wspomnieć tej kultowej sceny z filmu Barei. Proszę kliknijcie tutaj, żeby zobaczyć sobie ten króciutki fragment. 🙂

Moi Drodzy, nie czytajmy dla zabicia czasu.

Jakie są Wasze opinie na temat obcojęzycznych książek? Czytacie? Lubicie? Macie swoje ulubione? Podzielcie się nimi w komentarzach.


Zobacz też:

Praca własna z tekstem oraz audio gdy brak podręcznika
Nauka języka bez podręcznika – część 2 – czytanie
Obca literatura dziecięca: dobre źródło nauki?
Jak czytać i nie zwariować

Peterlin 5 – Po co się uczyć?

peterlin5Przez poprzednie odcinki wielokrotnie przebijała myśl, żeby uczyć się jak najmniej, tyle jedynie, by cel, który się sobie postawiło jak najszybciej pojawił się w polu rażenia – a wtedy już nie tyle uczymy się, ile robimy to, co chcieliśmy z tym naszym językiem robić. No dobrze, ale co to jest to "to, co chieliśmy"? Odmieniwszy "cel" przez wszystkie przypadki wypadałoby powiedzieć, co nim powinno być, prawda? Po co się tak właściwie uczyć języków?

Pytanie jest trafne i ważne, ale skieruj je nie do mnie, a do samego siebie: po co się uczysz? Co chcesz robić? To Ty masz chcieć czegoś, nie ja, życia Ci nie ułożę, niczego nie doradzę. Mogę najwyżej, i za chwilę to zrobię, powiedzieć co nieco o swoich celach i motywacjach, których nie musisz podzielać. Zamiast "po co się uczyć?" w tytule mogłoby stać "po co się uczę?" i byłoby ściślej.

No to po co się uczę języków? Nie tego, czy tamtego (powody bywały różne), ale w ogóle języków?

Skok w przeszłość po powód mniej istotny, choć wciąż obecny: Kiedyś myślałem, że język, jego struktura, skrywa tajemnice świata. Dziwiła mnie i ciekawiła różnorodność gramatycznych mechanizmów, to że ja "mam pieniądze", ale one "u" Rosjanina, "na" Finie czy "przy" Irlandczyku, zaś Turek czy Węgier powie coś w rodzaju "moje pieniądze istnieją" i myślałem, że te różnice świadczą o czymś głębokim, o fundamentalnie odmiennym postrzeganiu świata. Dopiero z biegiem czasu, po wielu nieudanych próbach wskazania na czym konkretnie ta odmienność (co innego "czuć", że "oni myślą inaczej", co innego – wiedzieć i wykazać, jak; impresjonizm jest dobry, ale nie wszędzie) dotarło do mnie, że to -po prostu- nieprawda, że jeśli Rosjanin, Polak, Fin i Turek mają inny stosunek do pieniędzy (czy posiadania w ogóle), to nie wynika to z właściwości ich języka.

Być i mieć, czyli trochę filozofii. Pójdźmy jednak trochę głębiej, zamiast tej samej relacji ("mam pieniądze") różnie wyrażanej w poszczególnych językach, wychodząc od całkiem różnych (choć pokrewnych) relacji wyrażanych (przez nas) tak samo. Otóż czasowniki "być" i "mieć" są w polskim, podobnie jak ich odpowiedniki w wielu innych popularnych językach, rozpaczliwie wieloznaczne. Gruzin inaczej -czyli innym czasownikiem- "ma" przyjaciela (mam przyjaciela = megobari mqavs), a inaczej komputer (mam computer = kompiuteri makvs), w maori inaczej rodzice "mają" dzieci (tzw. posiadanie na – coś, nad czym masz kontrolę) , a inaczej dzieci – rodziców (posiadanie na o – coś nad czym kontroli nie masz). I faktycznie, czy kiedy mówię "mam szare oczy", "mam brata i dwie siostry", "mam dużo cierpliwości", "mam piątkę z angielskiego", "mam dużo pieniędzy" (nie wchodząc już w "mam dziś napisać artykuł", "mam to gdzieś" i dalsze jeszcze rejony) to za każdym razem mam (ha, ha) na myśli, tę samą relację, to samo "mam"? No nie.

Z "być" wcale nie inaczej. Co polski łączy, lezgiński czy irlandzki traktują odrębnie – "jestem tutaj" to po lezgińsku (zun ina awa) ale "jestem Polakiem" to (zun Polak ja). Z kolei irlandzki odróżnia "jestem prawnikiem" (Is dlíodóir mé) od "jestem nieuczciwy" ( mé mimhácanta). Przykłady niepotrzebnie egzotyczne, bo tu akurat nie trzeba sięgać daleko – "il y a", "es gibt", "ser" kontra "estar".

No dobrze, czy zatem, skoro "bycie gdzieś", "bycie jakimś" i "bycie czymś", to odmienne relacje, to czy w językach je odróżniających nie myśli się jakoś inaczej, subtelniej? Nie sądzę, ponieważ, po pierwsze – kategorie językowe to co innego, niż kategorie logiczne, nigdy nie będą spójne. I lezgiński i irlandzki używają jednego ze swoich czasowników "być" do idiomatycznego wyrażania relacji słabo powiązanych z "byciem" (co jest naturalnego w mówieniuadak qhel kwa)"gniew jest pod nim" na "on się gniewa" czy "woda jest ode mnie" [ uisce uaim] na "potrzebuję wody" albo [ ceol agam] "muzyka jest przy mnie" na "umiem śpiewać"?). Po gruzińsku samochód ma się tak, jakby był żywy (mówi się "mankana mqavs", a nie "mankana *makvs"), w maori samochód i ubranie należą do kategorii o (czyli tej bez kontroli). Po drugie, i ważniejsze, przecież w tym nudnym, wrzucającym wszystko do jednego worka polskim mogę powiedzieć, że "bycie gdzieś, bycie jakimś i bycie czymś to odmienne relacje", tym samym odróżniając egzystencjalne ‚być’ od lokatywnego, predykatywnego i kopulatywnego. Może brzmi to koszmarnie, ale dzielić włos na czworo nad naturą (naturami) "bycia" – nie przeszkadza.

Ta przydługa, choć wciąż skrótowa, przebieżka miała zilustrować dwie myśli – że języki świata są pod względem strukturalnym niezwykle zróżnicowane, a ta różnorodność jest ciekawa i fascynująca i może być -w moim przypadku tak było i jest- ważnym motywem pchającym do kolejnych przygód i wędrówek językowych. I myśl druga – że ta strukturalna różnorodność jest dziełem przypadku, organicznego, chaotycznego rozwoju, a nie czymś wypływającym z ugruntowanej, zakodowanej w języku wizji świata, jakiejś wewnętrznej logiki. Czegoś takiego -jak sądzę- nie ma. Choć różnice w postrzeganiu świata oczywiście istnieją, to biorą się skądinąd. Skąd?

Język sam w sobie jest złożony i interesujący, ale nie aż tak ważny. Stokroć bardziej liczy się to, co przekazuje, co się za jego pomocą wyraża. Prawdziwym bogactwem jest nie tyle różnorodność języków, ile wielość kultur wyrażanych poprzez języki (przy czym stosunek kultur do języków to nie 1:1 – różnice kulturowe między USA a Wielką Brytanią, czy nawet w ramach samych Stanów Zjednoczonych są ogromne; a jeśli to nie przekonuje, to polecam poczytanie o tzw. Irish Travellers, którzy mówią po angielsku!).

To prawda, że "friend" nie znaczy dokładnie tego samego co "przyjaciel", ale nie jest przecież tak, że "luźniejsze przyjaźnie" u anglofonów są wywołane tym, że nie mają oni słowa na "prawdziwych przyjaciół". Raczej odwrotnie – znaczenie słowa odpowiada społecznej rzeczywistości. Jeśłi ta się zmieni, zmieni się znaczenie, albo powstanie nowe słowo.

No dobrze, po cóż zatem uczę się języków? Żeby poznawać świat z nowej strony, ale nie przez studiowanie gramatyk (samo w sobie ciekawe), a badanie tego, co ludzie mówią, piszą, myślą i czują, ich historii, kultury, wizji siebie i świata, zwłaszcza tam, gdzie odbiega od mojej.

Przydługi cytat z Helen DeWitt, który dość dobrze ilustruje o co mi chodzi:

Pound thought that if there was good poetry in a language, then you should learn enough of that language to read the poetry. Your typical language course is completely misguided. You go through all this stuff about what your hobbies are, and you are not interested in what people are doing, chatting amongst themselves about their jobs, their golf. No! You want to read the great poetry and start there. Pound was single-minded about that. And that was inspiring because surely if you want banality, you don’t have to go looking for it in another language—you have your mother tongue.

I z tym się zgadzam – jeśli banał wystarcza, to przecież nie trzeba go szukać daleko, po co się męczyć? Jeśli jednak już podejmujesz wysiłek i zaczynasz się uczyć czegoś nowego, obcego, trudnego (jak każdy inny język, jeśli chcesz go poznać dogłębnie, a nie pobieżnie) to czemu nie sięgać po to, co wybitne? Pisałem już wcześniej o niewielkim sensie poświęcania czasu na książki, do których się potem nie wraca – prawda, czasem trzeba spróbować, żeby zobaczyć, co zacz, ale bardzo, bardzo często już zawczasu wiadomo, czego się spodziewać.

Jedyne zastrzeżenie jakie mam do cytowanej opinii, to to, że ja uzupełniłbym "wielką poezję" o wytwory kultury nie tak może wysokiej, ale czasem równie ważnej, znaczącej. Jeśli chcemy poznać innych ludzi, ich sposób myślenia i wrażliwość, to oprócz i obok literatury najwyższych lotów (którą się często ceni, ale nie czyta) warto zwrócić uwagę na to co słuchają, czytają, oglądają oni sami. Chodzi o filmy, muzykę, książki, które (niemal) każdy zna, lubi i -tu kluczowy warunek- uważa za ważne, przeżywa głęboko. Nie najbardziej popularne, ale -z braku lepszego słowa- kultowe; nie "muzyczna jedynka" ale "hymn pokolenia", którego słucha się ze łzami w oczach albo z ciarkami na plecach; nie "wychowywałem się przy tym", ale "wychowałem się na tym", "zobaczyłem, przeczytałem, usłyszałem i już nie byłem taki sam". Prawie każdy ma takie doświadczenia. Niekoniecznie mają być one uniwersalne – nie każdy słuchał Kaczmarskiego, Kazika czy OSTR (a to dobre przykłady z różnych pokoleń) – ważne, że dużą grupę ludzi wzrusza i porusza. Świetnego przykładu dostarczył Karol pisząc kiedyś o "De La Rey Song" – muzycznie nic wielkiego, ale jakie wywołała pasje!

Nie musi chodzić o gotowe utwory, żywe słowo może mieć podobne znaczenie. Czasy przemówień być może już mijają (choć na pewno warto studiować wielkie wystąpienia z przeszłości), ale nadal ktoś obdarzony charyzmą przy odpowiednim splocie okoliczności może porwać całe zbiorowości i wywrzeć na ich losy głęboki wpływ. Przy tym może to być retoryka czerpiąca z klasycznych wzorców danej kultury, ale równie dobrze i improwizacja daleko odbiegająca nie tylko od nich ale i od gramatycznej poprawności. Słowa Muhammada Alego z konferencji prasowej przed walką z Foremanem –Ima show you how great I am (od 0:30)– nieprzypadkowo można znaleźć jako podkład na niemal każdej "motywującej" składance na youtube.

Niepiśmienny pasterz może wiedzieć o życiu więcej, i tę wiedzę lepiej przekazywać, niż pięciu profesorów. Wystarczy (tylko i aż) szukać takich i starać się ich wysłuchać i zrozumieć. Dla jasności – nie upieram się przy poszukiwaniu "zapoznanych Homerów naszych czasów", chcę tylko powiedzieć, że zaciekawienie światem i potrzeba kontaktu z czymś autentycznym (to o to mi chodzi) może się wyrażać na wiele sposobów. Jeśli chcesz więcej wiedzieć i lepiej rozumieć, narzędzi i środków nigdy nie zabraknie. Więcej wiedzieć i lepiej rozumieć – po co się uczyć języków, jeśli nie po to?

Znów Helen Dewitt:

Why not offer a taste, early on, of the best of not just of one or two languages, but of a very wide range? By all means offer Spanish, the language of Cervantes and Borges—but the first thing the student should do is read the “Lottery of Babylon,” which is such a wonderful piece. Why would you not start with that? Why wouldn’t you start with something that good in many languages, and then decide which you wanted to pursue?

W sporze pomiędzy "prawie nic o prawie wszystkim", a "prawie wszystko o prawie niczym" gram zdecydowanie po stronie pierwszej drużyny. Zdaję sobie sprawę z istnienia pewnych praw przyrody ("pierwsze prawo masła – im szerzej je smarujesz, tym cieńsza jest warstwa"), ale próbuję orientować się jak najszerzej, punktowo pogłębiając wiedzę tam, gdzie to okazuje się najpotrzebniejsze (lub najciekawsze). Widzę głęboki sens takiego podejścia w odniesieniu do kultur i języków. Ich różnorodność jest porażająca i zachwycająca; ograniczając się do tego, co nam bliskie i pokrewne, zawężamy swoją znajomość świata do wąskiego jego wycinka. A to, moim zdaniem, wielka szkoda.

Kto myśli, że poznawszy meandry katolickiej, protestanckiej i prawosławnej teologii czy religijności, wie jak różne od siebie mogą być religie, myli się bardzo; ten, kto doda jeszcze judaizm i islam, w ich licznych wariantach – myli się tylko niewiele mniej. Bo prawdziwy problem, to jest prawdziwe zróżnicowanie, zaczyna się nie tam, gdzie mówimy "o, ta religia bardzo różni się od mojej", ale "czy to w ogóle jest religia?". Nie chodzi o udzielanie innych odpowiedzi na te same pytania, ale o stawianie zupełnie innych pytań, niż nasze. To dotyczy nie tylko religijności oczywiście, ale i innych sfer kultury.

Globalizacja oznacza wszędobylstwo cywilizacji technicznej i kultury masowej. Łatwo jest myśleć, że skoro mamy te same gadżety i te same rozrywki, to jesteśmy bardzo do siebie podobni. Tymczasem te same narzędzia i usługi nie są wykorzystywane tak samo. Płacąc kartą w irańskim sklepie podajesz na głos swój PIN sprzedawcy; Toyota Land Cruiser służy jako symbol statusu i w Polsce i w Południowym Sudanie, ale tylko w tym drugim miejscu właściciel będzie o niej śpiewał pieśni pochwalne, jak dawniej o ulubionym byku – ozdobie stada. Podobnie z rozrywką: zglobalizowana kultura masowa może i dociera prawie wszędzie, ale jedynie wycinkowo, jest interpretowana w lokalnym kontekście, a obok niej współistnieją tradycje lokalne, o których siedząc w zaciszu własnej kultury nie mamy zielonego pojęcia (kto widział jakiś film z Nollywood? słyszał o zapasach lamb? – to najpopularniejszy sport w zachodniej Afryce!).

Oczywiście, żeby dowiedzieć się czegoś o wymienionych przeze mnie zjawiskach nie trzeba uczyć się lokalnych języków – wystarczy czytać dobre książki i rozmawiać z ludźmi, którzy byli, widzieli, nauczyli się. Ale w ten sposób zdajemy się na pośrednika, który zawsze -siłą rzeczy, bez złej woli- coś przeoczy, coś przemilczy, a coś doda od siebie. No i – nie wszędzie dotrze. Wreszcie – nawet jeśli dotrze, zobaczy i nie przemilczy, to opisze jednak z zewnątrz, a nie od środka. Taka perspektywa ma swoje zalety – zewnętrzny obserwator czasem dostrzega to, co dla miejscowych jest tak naturalne, że niemal ‚przezroczyste’, niedostrzegalne (np. Irańczycy nie piszą i nie opowiadają o swoim systemie podziału jedzenia na ‚ciepłe’ i ‚zimne’ – związek z temperaturą podawania jest b. słaby – bo uważają go za oczywisty) – ale wad jednak więcej (bo turysta czy badacz też jest półślepy na pewne zjawiska, inne mylnie interpretuje, a do tego przez samą obecność zakłóca naturalny bieg spraw).

Staram się zatem sam poznawać możliwie jak najszerszy wachlarz, pełną paletę możliwości, wszędzie sięgając po to, co charakterystyczne, wartościowe, poruszające. To nie zawsze jest droga komfortowa – im dalej od ‚naszych’ kanonów kultury, sztuki, myślenia, tym odbiór bywa trudniejszy, ale uważam, że wysiłek wyjścia poza lokalne wersje zglobalizowanej kultury masowej bardzo się opłaca, bo poszerza horyzonty. Ponieważ nie można nacierać naraz na wszystkich frontach, potrzebny jest mechanizm selekcji. O tym jak dokonać możliwie reprezentatywnego wyboru otwierającego szeroką panoramę językowej i kulturowej różnorodności świata będzie mówił następny odcinek, przeznaczony przede wszystkim dla tych, którzy podzielają moje zaciekawienie światem.

Języki regionalne Francji – oksytański. Część 3.

160px-Flag_of_Occitania.svg_Po serii wpisów dotyczących rozmaitych metod nauki (o tym jak pracować z plikami audio, jak czytać oraz kiedy używać Wikipedii) powracam do cyklu języków regionalnych Francji by znów przybliżyć polskiemu Czytelnikowi tematykę języka oksytańskiego, o którym już dwukrotnie była mowa na Woofli. Za pierwszym razem mieliśmy okazję krótko omówić sytuację językową w regionie do wybuchu rewolucji francuskiej. Dwa miesiące temu natomiast wyjaśniłem natomiast pojęcia vergonha oraz patois, które odgrywają niebagatelną rolę w kształtowaniu się oksytańskiej świadomości i są bezpośrednio związane z agresywną polityką państwa względem dialektów południowej Francji. Dziś przyjrzymy się oksytańskiej literaturze, standardowym normom zapisu oraz postaramy się odpowiedzieć na pytanie – czy istnieje jeden język oksytański czy też mamy raczej do czynienia z grupą dialektów?

8 września 1830 roku w prowansalskim Maillane na świat przyszedł Frédéric Mistral, postać dla języka oksytańskiego wręcz legendarna, autor dwóch najistotniejszych dzieł współczesnej literatury, bez której ciężko sobie wyobrazić tematykę jaką dziś się zajmujemy. Studiując prawo w Aix-en-Provence Mistral żywo zainteresował się historią południowej Francji, jej odrębnością i postanowił swoje życie poświęcić działaniu na rzecz lokalnej tradycji oraz języka dokonując przy tym rzeczy bezprecedensowych w historii europejskiej literatury, których skala do dziś budzi ogromne uznanie.

220px-Portrait_frederic_mistral

Frédéric Mistral – zdobywca literackiej nagrody Nobla w 1904 roku, prekursor współczesnej oksytańskiej literatury

W 1854 roku Mistral wraz z grupą kilku poetów tworzących w dialektach prowansalskich założyli stowarzyszenie Felibrów (oks. lou Felibrige), które stało się kolebką wszystkich innych organizacji zorientowanych na promocję oksytańskiego języka oraz kultury. Stowarzyszenie początkowo ograniczało swoją działalność do Prowansji, ale bardzo szybko stało się organizacją zrzeszającą twórców z innych regionów Południa. Ogromny wpływ na to miały dwa największe dzieła Mistrala: Mirèio oraz Lou Tresor dóu Felibrige.

Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że literatura oksytańska była jedną z pierwszych uhonorowanych nagrodą Nobla. Tą bowiem Mistral otrzymał w 1904 roku (dopiero rok później jej laureatem został Polak Henryk Sienkiewicz) za opublikowane 45 lat wcześniej Mirèio, poemat opowiadający historię nieszczęśliwej miłości tytułowej bohaterki osadzony w tak dobrze znanej autorowi sielankowej prowansalskiej scenerii. Osoby znające francuski i mające zacięcie lingwistyczne z radością informuję, iż tekst Mirèio jest opublikowany w całości z równoczesnym tłumaczeniem na język francuski na stronie Biblithèque National de France. Warto przejść choćby przez fragmenty, żeby zobaczyć jak wygląda sam język oksytański (dla osób znających włoski, kataloński czy hiszpański będzie on zapewne w dużej mierze zrozumiały) oraz zwrócić uwagę na to jak wiele mimo wszystko utwór traci na swoim tłumaczeniu, które, mimo że dokonane przez samego autora, traci melodię oraz rymy nadane mu oryginalnie w dialekcie prowansalskim. Wyróżnienie dzieła napisanego w języku nie uznanym za oficjalny przez komitet noblowski jest do dziś ewenementem i oprócz Mistrala udało się to jedynie Rabindranathowi Tagore w 1913 roku (bengali) oraz urodzonemu w Polsce Izaakowi Singerowi, który w 1978 roku został nagrodzony za twórczość w języku jidysz. Nagroda stała się bezsprzecznym dowodem żywotności języka oraz możliwości jakie niosło z sobą jego używanie – była faktem jaki stał w opozycji do rozpowszechnianej przez władze francuskie opinii o rzekomej zaściankowości patois.

Drugim dziełem Mistrala, na które warto zwrócić uwagę jest Lou Tresor dóu Felibrige będący obszernym słownikiem oksytańsko-francuskim (którego zarówno pierwszy jak i drugi tom są dostępne na stronie BNF). O ile Mirèio zostało napisane w rodzimym dla autora dialekcie prowansalskim, o tyle drugie, znacznie obszerniejsze dzieło jest owocem długoletnich badań Mistrala na polu oksytańskiego językoznawstwa i zawiera szczegółowo objaśnione słownictwo pochodzące ze wszystkich największych dialektów południowej Francji – od Gaskonii przez Langwedocję, Limousin, Owernię po Prowansję podkreślając wspólne korzenie tychże oraz ich równy status. Niewątpliwie wpłynęło to na rozpowszechnienie idei jednego języka oksytańskiego i wkrótce w szeregi felibrów zaczęli wstępować również twórcy z pozostałych regionów. Jednak twórczość Mistrala mimo swojego już wtedy kultowego statusu wzbudzała wśród niektórych pewne kontrowersje.

101_1019

Wejście do portu w Marsylii, która według normy klasycznej nazywa się Marselha, według normy Mistrala – Marseio.

Śledząc proces powstawania narodów i języków narodowych w XIX wieku bez trudu możemy dostrzec pewne analogie, bez względu na miejsce, w jakich sam proces ma miejsce. Standardyzacja języka w chwili gdy jest on rozbity dialektalnie nie jest zadaniem łatwym, ktoś mógłby wręcz zaryzykować stwierdzenie, że niemożliwym jest przeprowadzenie sprawiedliwej standardyzacji – zawsze jeden wariant języka musi zostać uprzywilejowany, jeśli chcemy zachować pewną naturalność użycia. Gdy kilka dialektów pretenduje do bycia tym najważniejszym zaczynamy natomiast mieć do czynienia z poważnymi tarciami na tym tle. Z oksytańskim było/jest podobnie. Najstarsze zabytki piśmiennictwa w langue d'oc pochodzą z czasów średniowiecza i to właśnie ortografia w nich zawarta była wzorem dla pierwszych nowożytnych twórców w tym języku. Problem polegał jednak na tym, że często stary system zapisu miał się nijak do rzeczywistej mowy używanej w południowej Francji po kilkuset latach. W celu ożywienia języka Mistral postanowił więc opracować osobne zasady ortografii oparte na współczesnym brzmieniu jego rodzimego dialektu prowansalskiego. Ortografia Mistrala (oks. la nòrma mistralenca) mimo iż dominująca w jego dziełach literackich i początkowo promowana przez felibrów miała jednak obok swojej popularności również znaczne wady, wśród których najczęściej wymieniano zerwanie z korzeniami (twórca zerwał chociażby z charakterystycznymi dla oksytańskiego "lh" oraz "nh" – te oksytanizmy można znaleźć dziś w języku portugalskim, brak też niemych spółgłosek na końcu wyrazów tak dobrze znanym wszystkim znającym francuski) oraz skupienie się na wymowie wariantu prowansalskiego, co znacznie wzmagało sprzeciw wśród twórców zamieszkujących inne regiony.

Prace opozycyjnych w stosunku do Mistrala oksytańskich językoznawców zaowocowały publikacją w 1935 roku gramatyki języka oksytańskiego (oks. Gramatica occitana segon los parlars lengadocians), której autorem był władający dialektem langwedockim Louis Alibert (lub oks. Loís Alibèrt). W książce tej, będącej kolejnym kamieniem milowym na drodze rozwoju jednego języka, zastosowano tzw. ortografię klasyczną (oks. la nòrma classica) opartą z jednej strony na wymowie langwedockiej łatwiejszej powszechnie do zaakceptowania ze względu na mniejszą ilość cech peryferyjnych niż to miało miejsce w wariancie prowansalskim, z drugiej natomiast nawiązującą znacznie bardziej niż system Mistrala do średniowiecznej twórczości trubadurów i zachowującą tradycyjną pisownię. Ortografia klasyczna bardzo szybko zdobyła dominującą rolę w środowiskach językowych i obecnie jest używana przez większość oksytańskich instytucji, z Institut d'Estudis Occitans na czele. Ortografia Mistrala nadal ma swoich zwolenników przede wszystkim w Prowansji na co niemały wpływ ma fakt, że wyrosła na bazie tamtejszego dialektu.

Dialekty oksytański

DIalekty oksytańskie. Źródło: www.locirdoc.fr

Czy jednak zwycięstwo normy klasycznej oznacza wytworzenie się jednego standardowego języka? Ciężko powiedzieć. Z jednej strony podejmowane są rzeczywiście próby ujednolicenia i stworzenia tzw. occitan larg, który mógłby funkcjonować jako język oficjalny, z drugiej natomiast ze względu na brak wyraźnego centrum oraz skalę różnic pomiędzy wymową w poszczególnych regionach można w najlepszym wypadku mówić o powstaniu języka policentrycznego z różnymi oficjalnymi wariantami. Różnorodność dialektów oksytańskich najlepiej jest w stanie zaprezentować zresztą zapis dwóch norm skrajnych – w tym wypadku weźmiemy wariant prowansalski zapisany systemem Mistrala oraz wariant gaskoński zapisany systemem klasycznym:

(Prowansja/Mistral)Tóuti li persouno naisson libro e egalo en dignita e en dre. Soun doutado de resoun e de counsciènci e li fau agi entre éli em’ un esperit de fraternita.

(Gaskonia/klasyczny)Totas las personas que vaden libras e egaus en dignitat e en dret. Que son dotadas de rason e de consciéncia e que'us cau agir enter eras dab un esperit de fraternitat.

Nie dziwi chyba nikogo fakt, że wariant pierwszy jest zbliżony bardziej do języka włoskiego, natomiast ten drugi do katalońskiego. Langue d'oc pełni bowiem funkcję takiego pomostu pomiędzy tymi językami – pomostu, który obecnie niestety jest mało widoczny. Patrzeć jednak na podobieństwo oksytańskiego do pozostałych przedstawicieli języków romańskich oraz rozbierać go na czynniki pierwsze będziemy następnym razem. Z pomocą podręcznika, którego naturalnie całego tutaj nie przepiszę, ale na pewno podzielę się informacjami wartymi szczególnej uwagi.


Podobne artykuły z serii "Języki regionalne Francji":

Język oksytański – część 2
Język oksytański – część 1
Język baskijski
Język bretoński
Język alzacki

Nauka języka bez podręcznika, czyli część 2 – czytanie

Autobiograficznie, czyli ja i serbskie słowniki.

Starając się uniknąć błędów popełnionych w przeszłości polegających na zbytnim wydłużaniu odstępów pomiędzy dwoma różnymi częściami jednego cyklu postanowiłem dziś kontynuować to co zacząłem przed kilkoma dniami i natychmiast opublikować dalsze rozważania na temat tego jak pracować z innymi materiałami niż podręczniki oraz jak ich szukać, zwłaszcza w językach, które powszechnie uważane są za niszowe mimo iż, jak się zaraz przekonamy, do niszowości im naprawdę daleko. Tych którzy jeszcze nie przeczytali pierwszej części, w której omówiłem niebezpieczeństwo pracy w oparciu jedynie o podręcznik oraz metodę tłumaczeń plików w formacie mp3 gorąco do tego zachęcam. Poniższy artykuł będzie bowiem kontynuacją wcześniejszych rozważań i zaczniemy od punktu drugiego, jakim jest rozwijanie umiejętności czytania.

Wiele osób uczących się języków obcych nastawia się w dzisiejszych czasach przede wszystkim na umiejętność mówienia jako funkcję nadrzędną w opanowaniu języka. Mówiąc, że ktoś zna język płynnie mamy często przede wszystkim na myśli fakt, iż dana osoba potrafi przeprowadzić z obcokrajowcem zwyczajny small-talk kompletnie ignorując fakt, że nie byłaby jednocześnie w stanie przeczytać w tym języku powieści, nie mówiąc już o napisaniu czegoś ambitniejszego. W efekcie umiejętności czytania w języku obcym poświęca się znacznie mniej uwagi – w szkołach uczniowie mają przeważnie do czynienia jedynie z fragmentami tekstów, które specjalnie nie zachęcają do kontaktu z językiem i słowem pisanym/drukowanym. Czytanie tymczasem ma dwie zasadnicze zalety, z powodu których warto rozważyć jego implementację w codzienny proces nauki języka:
1) jest najlepszym źródłem bardzo zróżnicowanego słownictwa, które w razie potrzeby możemy zapisać (w odróżnieniu np. od języka mówionego, gdzie przeważnie nie ma na to czasu) w celu jego utrwalenia.
2) w większości języków, jakich chcielibyście się uczyć dostęp do tekstów jest znacznie łatwiejszy niż do plików dźwiękowych czy osób, które chcą pomóc obcokrajowcowi nauczyć się ich języka.

Czytać należy zacząć tak szybko jak się da. Nie mówię tu naturalnie o rzucaniu się na powieści – te potrafią osobę na podstawowym poziomie znajomości języka do nauki raczej zniechęcić. Świetnym materiałem na początek jest natomiast Wikipedia. Po pierwsze, język encyklopedyczny, jakim ta się posługuje jest znacznie prostszy niż ten znany nam z powieści, a przy tym niesłychanie powtarzalny – przeczytawszy jeden dłuższy artykuł z danej dziedziny możemy być pewni, że wiele słów, które jeszcze niedawno były dla nas zupełnie nowe, powtórzą się w kolejnym. Po drugie, sami możemy wybrać o czym czytamy. W moim przypadku przeważnie były to zawsze teksty poświęcone historii bądź obecnej sytuacji politycznej danego kraju – tak na marginesie polecam to każdej osobie która woli patrzeć na otaczającą go rzeczywistość trochę szerzej niż poprzez pryzmat tego co podają nam w telewizji – zupełnie inaczej patrzy się na dzieje różnych regionów świata kiedy mamy możliwość o nich czytać w językach docelowych i poznawać różne, często bardzo odmienne od siebie punkty widzenia. Jeśli interesujesz się z kolei piłką nożną łatwiej będzie Ci przeczytać artykuły o klubach piłkarskich bądź biografię któregoś ze swoich idoli z czasów młodości. Jeśli muzyką to bez problemu znajdziesz strony poświęcone najwybitniejszym wykonawcom tworzącym w danym języku. Wymieniać można bez końca. W ostateczności, kiedy już nic innego nie pozostaje, można czytać o samym języku oraz kraju, w którym ten jest używany – jeśli to nas nie interesuje to powinniśmy się natomiast mocno zastanowić, czy danego języka w ogóle warto się uczyć.

Gdy artykuły z Wikipedii na tematy zbieżne z naszymi zainteresowaniami nie sprawiają nam większego problemu możemy przerzucić się na gazety. Ich treść jest bardzo różna, poczynając od czysto informacyjnych wiadomości po felietony, które przeważnie oferują nam znacznie bogatszy język niż suche relacje najnowszych wydarzeń. Czytanie prasy jest zajęciem generalnie poszerzającym naszą wiedzę o świecie – dlaczego więc nie robić tego w języku, którego się właśnie uczymy? Gdzie możemy znaleźć obcojęzyczne gazety? Jeszcze w czasach "Świata Języków Obcych" opublikowałem krótki wpis z linkami do angielskojęzycznych gazet, który o dziwo dostał się nawet do listy 10 najchętniej czytanych artykułów. Oparłem go wtedy na medialnych profilach anglojęzycznych państw znajdujących się na stronie BBC News i nadal uważam, że jest to świetny punkt wyjściowy dla kogoś kto nie wie gdzie znaleźć obcojęzyczną treść.

bbc_albanski

Na stronie BBC znajdziemy linki zarówno do gazet albańskich…

bbc_slowacki

…jak i słowackich.

Dla każdego państwa jesteśmy w stanie znaleźć tam przynajmniej kilka tytułów, które zupełnie wystarczą by zapewnić nam dzienną dawkę kontaktu z pisaną wersją języka. Dobrym pomysłem jest też dodanie profilu określonej gazety do "Ulubionych" na Facebooku bądź Twitterze, dzięki czemu będziemy otrzymywać regularnie powiadomienia o nowych artykułach. A co później? Cóż, najwyższym stopniem czytelniczego rozwoju jest sięganie po literaturę piękną. Pierwsze zderzenie z nią może być dość ciężkie, zwłaszcza jeśli mieliśmy wcześniej znacznie większe doświadczenie z językiem mówionym niż pisanym – do dziś pamiętam moje rozczarowanie kiedy po pierwszym pobycie na Ukrainie myśląc iż mój rosyjski jest na bardzo wysokim poziomie (no bo przecież się bez problemów dogadywałem) sięgnąłem po Dostojewskiego i przeraziła mnie mnogość słów, jakich nie rozumiałem. Z każdą przeczytaną pozycją jest już jednak coraz łatwiej, aż w końcu czyta się prawie z takim samym stopniem zrozumienia i podobną szybkością jak to ma miejsce w przypadku naszego języka ojczystego.

 

Jak się uczyć na podstawie tekstów z powyższych źródeł?
Każdy ma zapewne swoją metodę i zaręczam Wam, że ta poniżej przedstawiona wcale nie jest lepsza od pozostałych jakie gdziekolwiek znajdziecie. Każda metoda ma swoje wady oraz zalety i nie spotkałem nigdy metody uniwersalnej, jaka w równym stopniu wykształca każdą z czterech językowych umiejętności (tj. rozumienie ze słuchu, mówienie, czytanie, pisanie). Ważniejsza od samej metody jest zawsze wytrwałość w jej stosowaniu, regularność z jaką się uczymy i fakt, iż nie jest ona naszym jedynym kontaktem z językiem.

Nietrudno natknąć się w językowej blogosferze na spory ludzi dotyczące tego, czy warto uczyć się rzeczywiście wszystkich słów, czy może ograniczyć się jedynie do tych rzeczywiście potrzebnych w codziennej komunikacji. Osobiście mam bardzo podzielone zdanie – ciężko nie przyznać racji tezie, iż niektóre słowa są bardziej przydatne i bez nich ciężko mówic o jakiejkolwiek komunikacji, ale z drugiej strony w procesie samodzielnej nauki i samodzielnego doboru tekstów niemal wszystkie słowa spotykamy niejako z własnej woli, są one częścią naszego świata, co czyni je wartymi poznania na przyszłość zgodnie z zasadą, że jeśli coś już raz zobaczyliśmy to jest bardziej prawdopodobne iż ujrzymy to po raz drugi. Ten wewnętrzny konflikt oraz zamiłowanie do mierzenia postępu w statystykach (wspomnijmy tu chociażby wykres dotyczący faktycznego użycia języka z artykułu "Ilu języków tak naprawdę potrzebujesz?" – graficzne mierzenie swoich postępów w rozmaitych dziedzinach wiedzy byłoby zresztą dobrym tematem na odrębny artykuł) spowodowały, że dla każdego języka, w jakim próbuję czytać założyłem zeszyt, do którego spisuję zdania zawierające słowa, struktury, powiedzenia, których nie znam. Nie same słowa, a właśnie całe zdania. Każde z nich staram się przy wpisywaniu również rozebrać pod względem gramatycznym, notując na boku ewentualne uwagi co do środków w nich zastosowanych. Operacja trwa wtedy naturalnie znacznie dłużej, ale już na łamach Woofli zdarzało mi się wspomnieć, iż słowo pozbawione kontekstu bardzo często ma bardzo nieokreślone znaczenie – użyte natomiast w zdaniu nabiera kolorytu i dodatkowo jest łatwiejsze do zapamiętania. Każdemu zdaniu jest też przyporządkowany numer, z którym jest ono wpisywane do programu Anki oraz dzienna data, która pozwala mi dane zdanie lepiej umiejscowić w czasie i nadaje moim zeszytom cech dość osobliwego pamiętnika. Z każdą pozycją wiążą się bowiem inne wspomnienia – fakt również mający niebagatelny wpływ na zapamiętanie danego słowa tudzież sentencji.

Zbliżając się do końca artykułu warto podsumować najważniejsze zasady czytania w języku obcym:
a) zacznij czytać tak wcześnie jak to możliwe – w każdym języku indoeuropejskim jest to możliwe (w różnym stopniu oczywiście) od pierwszego dnia nauki. Z językami bardziej egzotycznymi jest, z uwagi na niewielkie podobieństwa gramatyczno-leksykalne, znacznie trudniej, aczkolwiek warto się przemóc, chociażby po to, żeby nie przeżyć punktu plateau opisanego w pierwszej części naszego cyklu.
b) czytaj to co Cię rzeczywiście interesuje – dla mnie ostatnio obok przerabiania książki do arabskiego normą stało się codzienne przekopywanie przez artykuł z Wikipedii o kalifacie Umajjadów. W każdym języku można znaleźć coś ciekawszego niż czytanki z podręczników, co dodatkowo ma szansę poszerzyć naszą wiedzę o świecie.
c) czytaj coraz trudniejsze teksty – mam tu na myśli stopniowe podwyższanie sobie poprzeczki, przedstawione przeze mnie przykładowo w formie Wikipedia->gazety->literatura, choć jestem świadom, iż nie dla każdego proces ten musi wyglądać tak samo. Ważne jest jednak, by być świadom tego, że rozwój przeważnie osiągamy robiąc rzeczy, które przychodzą nam z trudem. Podobnie jak ciągłe granie "Wlazł kotek na płotek" nie zrobi z nas wirtuoza gitary, tak ciągłe czytanie czegoś co nie sprawia nam kłopotów nie spowoduje postępów w rozumieniu języka obcego. Dlatego warto podnosić stale poprzeczkę i czytać rzeczy coraz trudniejsze, napisane bogatszym językiem, poruszające niektóre tematy znacznie dogłębniej. Tyczy się zresztą każdej dziedziny wiedzy, nie tylko nauki języków obcych.
d) bądź wytrwały i konsekwentny – to co dziś wydaje się bardzo trudne po roku stanie się dla Ciebie chlebem powszednim, czymś co będziesz w stanie rozgryźć w ciągu 5 minut. Jeśli tylko w pewnym momencie nie spasujesz.

Zdaję sobie sprawę z tego, że artykuł nie wyczerpuje całego tematu nauki języka obcego poprzez czytanie. Gdyby pojawiły się jakiekolwiek pytania dotyczące wyżej opisanego procesu z wielką chęcią na nie odpowiem – w komentarzach, lub, jeśli szczegółowość tematu tego będzie wymagać, w osobnym wpisie.

Podobne artykuły:
Praca własna z tekstem oraz audio gdy brak podręcznika – część 1
Ilu języków warto się uczyć jednocześnie?
Dlaczego warto sporządzać tłumaczenia robocze obcojęzycznych tekstów?
Jak się nauczyć rosyjskiego?
Jak się nauczyć cyrylicy w 2 dni?

Hiszpański na marginesach

oscar-waoGdyby ktoś mnie zapytał o ten ostateczny, bezpośredni impuls, który pchnął mnie swego czasu do sformułowania postanowienia "od dziś zaczynam uczyć się hiszpańskiego", odpowiedziałabym, że było nim przeczytanie książki Junota Díaza "Krótki i niezwykły żywot Oskara Wao". W dużej mierze właśnie o tej książce będzie mój dzisiejszy artykuł: o tym, co w jej formie może zainteresować osoby uczące się hiszpańskiego – i co w jej treści może zachęcić pozostałych do przeczytania.

Ale najpierw cofnijmy się nieco bardziej w czasie.  Jeśli nie jesteście psychologami poznawczymi,  zgodzicie się zapewne, że idee w ludzkich głowach nie biorą się znikąd. A jeśli nie jesteście przy okazji psychoanalitykami, myślę, że zgodzicie się również, że wyjątkowo rzadko jednemu zjawisku można przyporządkować jedną, punktową przyczynę. Tak więc rodzenie się pewnej idei, takiej jak pomysł podjęcia nauki hiszpańskiego, jest procesem; czasem nawet dość długim. Cofnijmy się zatem do czasu, kiedy przeczytanie książki Díaza jeszcze by nie zadziałało, bo zdarzenie to nie miałoby odpowiedniego podłoża. W jaki sposób formowało się owo podłoże?

Początków początku szukałabym w momencie, kiedy oglądałam pierwsze sezony "Dextera" i czujnie nasłuchiwałam, kiedy porucznik LaGuercie albo sierżantowi Batiście zdarzy się powiedzieć coś po hiszpańsku. Byłam zafascynowana brzmieniem tego języka, nie miałam jeszcze wtedy pojęcia, że to w dużej mierze zasługa portorykańskiego pochodzenia aktorów grających obie postacie. No i poznałam moje pierwsze hiszpańskie słowo: puta. Póżniej był inny serial, genialny "Breaking Bad". Stan Nowy Meksyk, bliskość prawdziwego Meksyku i wszechobecny hiszpański w tle, czasem i w tytułach odcinków. Do puty doszły inne słowa: pollo, hermano, salud, tío, negro, azul

Równolegle też odkrywałam hiszpańskojęzycznych autorów takich jak J.C. Somoza i J.L. Borges. I w pewnym momencie przyszło duże olśnienie: przeczytałam "Święto Kozła" M. Vargasa Llosy. Do Vargasa zraziłam się kiedyś po niefortunnej przygodzie z "Pochwałą macochy" i długo po niego nie sięgałam. Tym razem jednak to było to. Nie dość, że pokochałam autora, to jeszcze zaczęłam się mocno interesować historią Republiki Dominikany. Na przemian z kolejnymi pozycjami MVL, zaczytywałam się we wszystkim, co mi wpadło w ręce i w wyszukiwarkę na temat wspomnianej wysepki. Aż dotarłam do książki, która będzie dzisiaj naszą bohaterką dnia: "Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao".

Co takiego szczególnego ma w sobie książka Junota Díaza, że przeczytana w odpowiednim momencie zadziałała jak impuls do podjęcia nauki hiszpańskiego? Tajemnica tkwi w… formie, w jakiej została wydana. Díaz jest z pochodzenia Dominikańczykiem, a mieszka w USA. Pisze po angielsku, ale często wplata tu i ówdzie różne ciekawe hiszpańskie słowa i zwroty. Nie wiem, czy był to pomysł samego autora, czy polskiego wydawcy (podejrzewam, że pierwszego z nich), ale na marginesach znajdziecie tłumaczenia każdego z tych hiszpańskich wtrętów

oscar-wao-strona(po kliknięciu w obrazek zobaczycie stronę w całej okazałości). Jak widzicie, pomysł jest genialny w swojej prostocie. Czytacie tekst, w którym pojawia się np. słowo escopeta, zerkacie na bok i już wiecie, że oznacza ono strzelbę. Jeśli po kilku, kilkunastu  lub kilkudziesięciu stronach znowu pojawi się escopeta, w ślad za nią znów pójdzie tłumaczenie, bo przecież mieliście prawo już dawno zapomnieć, co to takiego. W ten sposób nie dość że przeczytałam naprawdę dobrą powieść, to jeszcze przyswoiłam kilka wulgaryzmów i innych pożytecznych słów. I… to wtedy. Wtedy właśnie uderzyła mnie z całą siłą swojej oczywistości myśl: Czemu poprzestawać tylko na tym? Czemu po prostu nie zacząć się uczyć hiszpańskiego?

Dziś, kiedy patrzę na te hiszpańskie słowa na marginesach, mam świadomość, że nie wszystkie należą do powszechnie używanych standardów, czy to w Europie, czy w Ameryce Łacińskiej. Niektóre z nich można spotkać wyłącznie w Republice Dominikany, niektóre – także w pobliskich krajach karaibskich. Oto kilka ciekawych przykładów:
jaba – kobieta z mieszanki rasowej, o białej skórze, jasnych włosach i cechach negroidalnych,
prieta – ciemna nędzarka,
guagua – autobus
plepla – bzdura (brzmi jakoś znajomo, prawda?)
Truji-líos – Truji-kłopoty (neologizm wymyślony przez mieszkańców RD, za chwilę stanie się jasne, skąd się wziął)

Wiecie już wszystko o niezwykłej formie naszej książki-bohaterki, czas więc, żebyście się dowiedzieli co nieco o treści (ale nie za dużo, bo naprawdę polecam każdemu jej przeczytanie). W tej sprawie głos oddam wydawnictwu Znak – przy okazji niedowiarki przekonają się, że istnieją opisy z okładek, które warto czytać:

Fukú to wyjątkowo uporczywa klątwa, zwłaszcza jeśli mieszkasz na Dominikanie.
Chyba że uda ci się znaleźć zafa, która ją z ciebie zdejmie.
Chyba że jesteś wyjątkowym dziwakiem jak Oscar – nastoletni Dominikańczyk – cichy, gruby, brzydki i cudaczny. Fukú. Maniak literatury SF, gier komputerowych i Gwiezdnych Wojen. Jedyny w historii Dominikany prawiczek uzależniony od seksu, który zakochuje się na zabój średnio co dziesięć minut. Fukú. Po kolejnym zawodzie miłosnym i kolejnej próbie samobójczej matka wysyła go do babci, gdzie Oscar oczywiście od razu się zakochuje. W starszej od siebie prostytutce. Fukú. Wybrance szefa policji. Fukú. I nagle historia wielopokoleniowej rodziny zaczyna się powtarzać…

Wspomniana historia wielopokoleniowej rodziny jest ściśle związana z ponad trzydziestoma latami dyktatury Rafaela Leonidasa Trujilla Moliny. Kim był Trujillo? Złodziejaszkiem i półanalfabetą, który dzięki wstawiennictwu swojego wuja skorzystał z niepowtarzalnej okazji obecności wojsk Stanów Zjednoczonych na terenie Dominikany i w wieku 26 lat wstąpił do marines. Od tego momentu jego kariera potoczyła się niezwykle szybko, a to dzięki połączeniu szczególnych cech osobowości (których zestaw możecie znaleźć w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób ICD-10 pod numerem F.60-2), wsparcia ze strony Stanów oraz odrobiny szczęścia. Od 1930 aż do 1961 r., kiedy padł ofiarą zamachu, rządził wyspą, sukcesywnie zmieniając ją w swój prywatny folwark. Od koniokrada do dyktatora – chciałoby się podsumować. Junot Díaz pisze:

Korpulentny, sadystyczny Mulat o świńskich oczkach, który wybielał sobie skórę, chodził w butach na platformach i miał słabość do odzieży z czasów napoleońskich, z czasem przejął kontrolę nad niemal każdym aspektem życia politycznego, kulturalnego, społecznego i gospodarczego RD dzięki potężnemu (i znajomemu) połączeniu przemocy, zastraszania, rzezi, gwałtu, werbunku i terroru; Trujillo (zwany również El Jefe, Niewydarzonym Krowokradem i Popierdolem) traktował cały kraj, jakby był jego plantacją, a on jej właścicielem. [1]

Ciekawa jest historia powstawania "Oscara Wao". Díaz pracował nad książką od ładnych paru lat, kiedy znienacka ukazało się "Święto Kozła" M. Vargasa Llosy (2000). No jakże to tak! Znany pisarz, niemal celebryt z drugiego końca kontynentu, a właściwie to już Europejczyk (MVL ma obywatelstwo hiszpańskie), pod…biera jemu, Dominikańczykowi, temat! I w dodatku podejmuje go po mistrzowsku. Díaz musiał poczuć się mocno rozżalony. Jeszcze siedem lat upłynęło, zanim wydał swoją książkę, w której – a jakże – kilkakrotnie polemizuje z Vargasem, zarzucając mu, że "źle" patrzy na niektóre aspekty historii jego kraju (m.in. za bardzo polubił prezydenta Balaguera).

Historia Republiki Dominikany i literatura nią inspirowana (Vargas Llosa i Díaz nie byli jedynymi), to dla mnie tzw. temat-rzeka. Jeśli tylko znajdę pretekst – i jeśli nie będziecie szczególnie mocno protestować – napiszę kiedyś więcej o "Święcie Kozła", o groteskowej rodzinie Trujillo i o tajemniczym doktorze Balaguerze.

—–

[1] Junot Díaz, "Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao", przeł. Jerzy Kozłowski, wyd. Znak, 2009, s. 12.

 

Zobacz także:

Urugwajskie głosy
Hiszpańskie filmy, które łatwo przeoczyć
Dlaczego warto oglądać obcojęzyczne "talent shows"
Jak słuchać, żeby usłyszeć
Czy Polak może się (na)uczyć hiszpańskiego meksykańskiego?
Meksykanie i ich język: prawdy, półprawdy, ćwierćprawdy i słówka-jokery

 

Język kaszubski – nowe źródła

Temat języka kaszubskiego pojawił się na "Świecie Języków Obcych" niemal na samym początku jego istnienia. Zafascynowany bowiem różnorodnością językową i jednocześnie szczerze przejęty zjawiskiem jej zanikania postanowiłem zaznajomić się trochę z jedynym oficjalnym językiem regionalnym w Polsce (gwoli ścisłości – śląski takiego statusu jeszcze nie posiada) i możliwościami jego nauki na własną rękę. Efektem tego były dwa wpisy ("Język kaszubski – jedyny język regionalny w Polsce" oraz  "Słownik polsko-kaszubski jest dostępny") poświęcone ciekawym kaszubskim źródłom, jakie znalazłem wtedy w internecie. Długość artykułów była niestety wprost proporcjonalna do liczby stron internetowych mogących rzeczywiście pomóc osobie zainteresowanej w nauce tego niszowego języka. Tym bardziej miło mi poinformować, że sytuacja w ciągu ostatnich czterech lat zmieniła się w tym względzie diametralnie, a mnogość sensownych materiałów pozwala rzeczywiście na mniej lub bardziej samodzielną naukę kaszubskiego.

Głównym mankamentem źródeł, do jakich dotarłem cztery lata temu był brak jakichkolwiek interesujących nagrań w tym języku. Jedynym linkiem naprawdę wartym polecenia była książka Aleksandra Majkowskiego "Żëcé i przigòdë Remùsa" czyli największe dzieło kaszubskiej literatury, które można znaleźć na stronie http://literat.ug.edu.pl/remus/ . Cała książka jest w formacie .pdf, a do wybranych fragmentów dołączono kilkuminutowe nagrania. Problem polega jednak na tym, że normy kaszubskiej ortografii używane w 1938 roku przez Majkowskiego znacznie różniły się od dzisiejszych, w związku z czym ciężko polecać to dzieło jako pomoc w nauce komuś dopiero rozpoczynającemu przygodę z tym językiem. Samego Remusa jednak polecam przeczytać każdemu kto byłby zainteresowany kaszubską literatura – tak po prawdzie ciężko przejść na Kaszubach obok tego dzieła.

We wrześniu kupiłem sobie wydaną w 2013 roku przez wydawnictwo Region książke Artura Jabłońskiego "Namerkôny" – jest to pierwsza od wielu lat powieść napisana po kaszubsku (z wyraźną dominacją północnych dialektów, co bez problemu wychwyci osoba zainteresowana tematem), której głównym tematem jest kwestia odrębności etniczno-kulturowej Kaszubów na przestrzeni ostatnich pokoleń. Autor porównuje też, słusznie zresztą, Kaszubów do innych grup etnicznych, które w ostatnich latach walczą o utrzymanie swojej odrębnej tradycji i języka – wspomina chociażby o Fryzach, Katalończykach oraz o języku oksytańskim, o którym ostatnio mieliście okazję przeczytać na łamach "Świata Języków Obcych". Książka jest naprawdę bardzo ciekawa, nawet z punktu widzenia osoby, która spogląda na kwestię kaszubskiej tożsamości trochę z boku. Fragmenty książki można wysłuchać na stronie Radia Kaszëbë – http://radiokaszebe.pl/namerkony-posluchaj-fragmentow-powiesci/ 

Odejdę jednak na chwilę od kaszubskiej prozy, żeby zwrócić uwagę na kolejne źródła, które można wykorzystać w nauce tego języka. Pierwszym jest strona mięsięcznika "Pomerania", poprzez którą możemy uzyskać dostęp do ponad stu kaszubskich nagrań. Są to wiadomości, fragmenty opowiadań, poezji – każdy znajdzie coś dla siebie. Zdecydowana większość z plików posiada również tekst, co w dużej mierze pomaga przyzwyczaić się do charakterystycznej kaszubskiej wymowy (warto zwrócić przede wszystkim uwagę na miękką wymowę dźwięków zapisywanych w polskim jako "sz", "cz", "ż", "dż") oraz zrozumieć relację języka pisanego i mówionego. Jako że mamy do czynienia z przedstawicielem języków zachodniosłowiańskich nie jest to coś specjalnie trudnego.

Drugim źródłem, które zresztą natchnęło mnie bezpośrednio do tego, żeby napisać dzisiejszy artykuł jest portal "Tu je nasza zemia", a konkretnie audycja "Gôdómë pò kaszëbskù". Jest to seria krótkich 15-minutowych filmów, która od roku ukazuje się co tydzień na antenie telewizji TTM, mająca na celu promocję i naukę języka kaszubskiego. Przeważnie składa się ona najpierw z parodii (bardzo dobrej zresztą) jakiegoś znanego programu telewizyjnego, a następnie z krótkiego wykładu nt. języka oraz kultury kaszubskiej. Wszystko odbywa się naturalnie po kaszubsku (z polskimi napisami dla osób, które kaszubskiego nie rozumieją), a całość jest wykonana przez młodych ludzi, którzy wykonują naprawdę kawał dobrej roboty promując naukę tego języka w atrakcyjny sposób, jakiego ewidentnie brakowało w ciągu ostatnich lat. Wchodząc bowiem jeszcze 4 lata temu na kaszubskie strony można było odnieść wrażenie, że ktoś wpadł na pomysł, że kaszubski można wypromować poprzez "kaszubskie nuty" oraz rozmaite zbiory wierszy i kolęd. Uważam, że tradycja jest bardzo ważna, ale naprawdę jestem wdzięczny, że ktoś wreszcie wpadł na pomysł, żeby pokazać język kaszubski jako coś żywego, z czym warto obcować, czego znajomość naprawdę poszerza horyzonty i potrafi ewidentnie sprawić radość.

Na tym jednak nie koniec internetowych źródeł do nauki kaszubskiego. Na stronie http://www.skarbnicakaszubska.pl/ znajdziemy przede wszystkim tak bezcenną rzecz jak polsko-kaszubski słownik Eugeniusza Gołąbka, który ma tą zaletę, że stosuje już współczesne zasady ortografii (w odróżnieniu od wcześniejszego słownika Trepczyka) oraz podręczniki kaszubskiego dla uczniów szkoły podstawowej – nadal nie jest to systematyczny kurs tego języka z nagraniami, ale dla kogoś dopiero rozpoczynającego przygodę z kaszubskim może to być całkiem przyzwoite źródło nowych zwrotów, prostych tekstów, które pozwoli na utrwalenie zdobytej wiedzy.

Na tym naturalnie nie kończy się lista rzeczy, jakie potrafią pomóc w nauce kaszubskiego. W internecie można znaleźć między innymi również kaszubską klawiaturę, ściągnąć kaszubską wersję przeglądarki MozillaFirefox. Mam też nadzieję, że w najbliższym czasie będzie powstawać więcej kaszubskich książek oraz miejsc, które w naprawdę ciekawy sposób będą promować ten język. Bo tam gdzie ùmierô jãzëk – ùmierô kùltura. Dla mnie, jako osoby zainteresowanej lingwistyczną różnorodnością jednym z największych marzeń jest właśnie ratowanie i promocja tych języków, jakie muszą w dzisiejszym świecie walczyć o przetrwanie. Czasem smuci mnie też fakt, że ludzie stawiający sobie za cel bycie poliglotami tak mało na tym polu robią, rzucając się na coś bardziej popularnego, podczas gdy mają tuż obok siebie język, dla którego ratowania rzeczywiście mogą zdziałać coś bardzo ważnego.  Nie łudzę się, iż każdy czytelnik bloga teraz odkryje w sobie powołanie do nauki kaszubskiego – jeśli jednak choć jedna osoba stwierdzi, że warto odwiedzić linki, które w tym artykule zamieściłem, a następnie opanuje ten język w stopniu umożliwiającym jego aktywne używanie będę się niezwykle cieszył.

Podobne posty:
Język kaszubski – jedyny język regionalny w Polsce
Słownik polsko-kaszubski jest dostępny
Najbardziej zagrożony język w Polsce – wilamowicki
Języki regionalne Francji – oksytański
Języki regionalne Francji – baskijski

Językowe plany na rok 2012

Podtrzymując starą świecką tradycję tworzenia noworocznych planów (patrz Językowe plany 2011) postanowiłem znów pójść na łatwiznę (bo, powiedzmy sobie szczerze, nie trzeba być geniuszem, by napisać tego typu artykuł) i podzielić się z wami tym, czym zamierzam się zajmować w przyszłym roku oraz, przede wszystkim, trochę rozliczyć się z tego co zapowiadałem 12 miesięcy wcześniej. Dla was będzie to ważne głównie z tego wględu, iż zawartość bloga, nie licząc uniwersalnych dyskusji o najłatwiejszych i najtrudniejszych językach świata, w ogromnej mierze zależy od tego czym się właśnie zajmuję. Ale zanim przejdziemy do przyszłości cofnijmy się nieco w czasie.

Warto sobie najpierw przeczytać post o planach na rok 2011
W planach było:

zajęcie się czterema głównymi językami, czyli angielskim, rosyjskim, serbskim oraz niemieckim. W szczególności chodziło mi nieco o urozmaicenie, jakim było dodanie do czytelniczego repertuaru literatury pięknej w tych językach, co w każdym przypadku się udało – najlepiej pod tym względem było z językiem rosyjskim (seria książek Akunina o detektywie Fandorinie, "Mistrz i Małgorzata" Bułhakowa, teraz wezmę się za "Dzieci Arbatu" i pewnie, gdy znów poczuję niedosyt, sięgnę po inne pozycje Akunina) oraz serbskim (od mojego osobistego faworyta Miljenko Jergovicia przez wspomniane rok temu dzieła Andricia oraz Mihajlovicia po antologię serbskich przypowieści z przełomu XIX i XX wieku, których słownictwo nierzadko było bardziej zbliżone do tego używanego obecnie w języku macedońskim). Nieco gorzej było z językiem angielskim (początkowo Irving, następnie, jak na osobę zainteresowaną Republiką Południowej Afryki przystało, J.M. Coetzee), głównie z racji tego, że miejsce literatury zajmowało nierzadko inne pozycje czytelnicze, czasem mniej a czasem bardziej rozwijające. Poza tym postanowiłem sobie przypomnieć dawne lata i znów obejrzeć, tym razem bez napisów czy lektora, takie serialowe perełki jak "Twin Peaks" czy "Black Adder". Najgorzej sytuacja się miała z niemieckim, gdzie prócz zeszłorocznego hitu Sarrazina przebrnąłem jedynie przez całkiem zabawną książkę Thomasa Brussiga "Am kürzeren Ende der Sonnenallee", poddałem się przy "Wilku stepowym" Hessego (początek bardzo przyjemny, ale radość z czytania właściwej części dzieła była już dość nikła z racji ekstremalnie długich zdań i licznych przemyśleń natury egzystencjalnej przy użyciu słownictwa daleko wykraczającego poza moją obecną wiedzę – może po prostu byłem zbyt niecierpliwy? Cóż, wrócimy do tematu za kilka lat.), a aktualnie czytam "Blaszany bębenek" Grassa.
Jeśli chodzi o aktywne użycie języka to proporcje były niemal takie same z poważnym wskazaniem na serbski (albo chorwacki mówiony przez osobę, która jest przyzwyczajona do standardu belgradzkiego), co akurat rozumie się samo przez się. Niemiecki raczej okazjonalnie.

– zajęcie się francuskim i ukraińskim – tu zawiodłem. Miałem miesiące (głównie na początku roku), w których potrafiłem kilka godzin spędzić nad ukraińskim (w ogromnej mierze było to czytanie gazet i książek o historii tego państwa, ale też tłumaczenia z polskiego, żeby w końcu ukraiński "żył swoim życiem", a nie był tylko zdziwaczałą formą mojego rosyjskiego), ale było to na tyle niesystematyczne, że trudno mi mówić o jakimś przełomie. Francuski natomiast, jak był, tak pozostaje raczej w strefie marzeń. Znowu doszedłem mniej więcej do połowy podręcznika, poczytałem parę tekstów, przyszło coś ważniejszego i tak sobie ten język siedzi w miejscu aż do dnia, kiedy znów postanowię po raz n-ty zająć się nim na poważnie.
– niderlandzki / afrikaans – pozwólcie, że tego nawet nie skomentuję;)

Poza tym przez krótki okres czasu zajmowałem się macedońskim, o czym dwukrotnie pisałem oraz bułgarskim, ale trudno nazwać to inaczej niż przelotna znajomość.


Jakie są więc językowe plany na rok 2012?

Po pierwsze, chciałbym dla własnej satysfakcji kontynuować to co robiłem dotychczas z moimi czterema językami, z czym nie powinno być raczej problemów, bo zwyczajnie sprawia mi to frajdę. Nie chcę podawać listy obowiązkowych lektur. Ważne tylko, żeby było dużo, mądrze i ciekawie.

Po drugie, idąc za radami ludzi mądrzejszych w niektórych kwestiach ode mnie, zamierzam ograniczyć na tym blogu używanie języka polskiego i pisać czasem w innych językach, głównie angielskim oraz rosyjskim. Ten krok ma niepodważalne zalety, zarówno dla mnie, jak i dla czytelników. Jako iż jest to blog o językach obcych, dla ludzi, którzy się uczą języków obcych, głupio byłoby używać stale języka ojczystego. Pisanie w językach obcych będzie dla mnie doskonałym sposobem sprawdzenia własnych kompetencji. Niewielkie błędy naturalnie będą się zdarzać, ale zawsze wychodziłem z założenia, że praktyka czyni mistrza i zamiast czytać milion książek o tym jak coś się robi, należy po prostu to zacząć robić (może jedynie uprzednio przeczytawszy choć krótki podręcznik). Jeśli dobrze pójdzie to może do grona czytelników dołączą osoby spoza świata polskojęzycznego. Ostatnią zaletą tego posunięcia będzie stosunkowa niewielka ilość wybitnie głupawych komentarzy – po prostu mniemam, iż osoba nie potrafiąca napisać poprawnego logicznie zdania w swoim języku ojczystym ma jeszcze większe problemy z wyrażaniem się w języku obcym (choć nie jest wykluczone, że się mylę).

Po trzecie, zamierzam w niedalekiej przyszłości utworzyć fan page "Świata Języków Obcych" na Facebooku i konto na Twitterze. Podchodziłem do tego wcześniej z ogromną rezerwą, bo o wspomnianych serwisach mam zdanie, delikatnie mówiąc, nienajlepsze. Blog się jednak powiększa z dnia na dzień i powoli brak dojścia do tych środków przekazu zaczyna mu doskwierać. Często natomiast zdarza mi się natrafić na coś ciekawego, co chciałbym pokazać, ale niekoniecznie widzę sens pisania o tym artykułu. Osoby posiadające więc FB i Twittera będą miały w ten sposób dostęp do rozmaitych, ukazujących się częściej lub rzadziej bonusów.

Po czwarte, chcę w tym roku poważnie zająć się językiem albańskim. Wiem, że dla niektórych ludzi to może być szok z racji niewielkiej popularności tego języka w naszym kraju, ale jako że zajmuję się, na razie półprofesjonalnie, Bałkanami może się okazać bardzo przydatny, a nic mnie nigdy tak nie irytowało jak specjaliści od Kosowa czy Albanii, którzy nie znają oficjalnego języka tego państwa. Mimo przynależności do języków indoeuropejskich albański jest tworem dość specyficznym, który nawet na pierwszy rzut oka wygląda na język znacznie bardziej obcy niż języki słowiańskie, germańskie czy romańskie, dlatego też nie oczekiwałbym biegłości w mowie i w piśmie w ciągu najbliższych miesięcy. Jeśli w grudniu będę w stanie czytać gazety i artykuły bez większych problemów (tzn. bez zastanawiania się nad znaczeniem co trzeciego zdania i grzebaniem w słowniku) stwierdzę, że plan został wykonany i stwierdzę czy warto z tym iść dalej.

Po piąte, chciałbym, aby podobnie jak dotychczas bardzo ważną część bloga stanowili czytelnicy, którzy nierzadko wnosili do niego więcej niż sam autor. Dlatego też byłbym bardzo wdzięczny za każdą sugestię na temat tego jak strona powinna wyglądać i jakie tematy powinny być na niej poruszane (choć z góry mówię, że nie mam zamiaru służyć za autorytet od hindi, perskiego, japońskiego etc.). Co twierdzicie o obcojęzycznych artykułach? O fan page'u na FB i Twitterze? A może ktoś chce powiedzieć, że nauka albańskiego nie ma sensu? Piszcie.

Podobne posty:
Językowe plany na rok 2011
Kilka słów o prowadzeniu bloga językowego
Demony głupoty – część 1
Macedoński – wstęp i z czego się uczyłem
Język macedoński w praktyce
Czy i kiedy opłaca się uczyć ukraińskiego?

Czytanie, słuchanie, mówienie, pisanie – razem czy oddzielnie?

Prowadząc bloga powinno się od czasu do czasu go aktualizować. Niestety ostatnie tygodnie nie należały do najbardziej obfitujących w wolny czas. Jeśli natomiast zdarzało się, że takowy miałem,  to wolałem go przeznaczyć na to, co jest głównym tematem tego bloga, czyli nauce i korzystaniu z języków obcych. Bo pisanie i czytanie o tym jest bardzo interesujące, aczkolwiek nie powinno przysłaniać tego co jest najważniejsze, czyli rzeczywistej pracy. 
Postanowiłem dziś skupić się na jednym z komentarzy jaki pojawił się pod ostatnim wpisem pt. "Demony głupoty – część 1" jako że może to być rzecz, która wszystkich zainteresuje. 


Anonimowy napisał:
Witam.Mam prośbę, korzystając z faktu że jest to blog poświęcony nauce języków obcych chciałbym prosić o poradę:
– gdy czytam angielski tekst rozumiem ponad 90 % przekazu
– natomiast gdy ten sam tekst słucham rozumiem znacznie mniej i jest to bardzo frustrujące
proszę o precyzyjną podpowiedź jak ćwiczyć aby jak najszybciej zniwelować tą różnicę 

Odpowiedział mu Mahu:
Zacznij więcej słuchać, oglądaj filmy angielskie z napisami angielskimi , słuchaj więcej, naucz się dialogu na pamięć z kartki i powtarzaj go na głos naśladując to co słyszałes na filmie, słuchaj więcej, mów sam do siebie z głowy tzn. spróbuj sam składać zdania a nie tylko czytać z książek, no i słuchaj więcej – reszta będzie przychodzić z czasem.
I w nauce języka stosuj sie do zasady – najpierw słuchanie , potem mówienie , dopiero potem czytanie i pisanie. Nigdy odwrotnie.  

Mam wrażenie, że temat ten już kiedyś był tu poruszany (TUTAJ), ale odpowiem tu raz jeszcze: należy po prostu jak najwięcej słuchać. Jeśli to konieczne, to nawet tego samego materiału po kilka razy. Wyuczenie się niektórych fragmentów na pamięć też na pewno nie zaszkodzi. W nauce języka obcego sprawdza się bowiem stara sprawdzona zasada: chcesz lepiej rozumieć tekst mówiony – słuchaj więcej, chcesz lepiej mówić – mów więcej, chcesz lepiej czytać – czytaj więcej, chcesz lepiej pisać – pisz więcej. W gruncie rzeczy sprowadza się to do tego, co napisał Mahu.

Chciałbym się też jednak przede wszystkim odnieść do tego co napisał sam Mahu, czyli do jego zasady najpierw słuchanie , potem mówienie , dopiero potem czytanie i pisanie. Nigdy odwrotnie.  
Uważam, że jest to raczej kwestia: 1. indywidualnych predyspozycji i tego kto jaką czynność uważa za 2. najważniejszą oraz 3. najbardziej przydatną w danym języku. 

1. Jestem typem człowieka, który znacznie lepiej potrafi skupić się na tekście pisanym, niż mówionym – zawsze wolałem przeczytać jakąś książkę, niż słuchać wykładu na ten sam temat (szczególnie gdy wykładowca nie był porywający). I nie mówię tu jedynie o językach obcych, ale nawet o języku polskim. Wyjątkiem są filmy, które mogę oglądać na podobnej zasadzie jak czytać książki, tzn. nie muszę się zmuszać do tego, by przesiedzieć w skupieniu około 2-3 godzin. Drugą kwestią jest znajdywanie ciekawych materiałów – o ile nie jest dla mnie problemem wyszukanie czegoś interesującego do czytania, tak z czymś do słuchania jest znacznie gorzej. Zgadzam się jednak, że niektórzy mogą mieć na ten temat przeciwne zdanie.

2. Jeśli miałbym ustalić jakąś hierarchię czynności związanych ze znajomością języka obcego, to czytanie byłoby na pierwszym miejscu. Natomiast kombinacja słuchanie/mówienie jest na drugim (bo moim zdaniem trudno oderwać te dwie rzeczy od siebie). Po pierwsze: czytanie jak nic innego rozwija zasób słownictwa. Po drugie: mając spory zasób słownictwa czytanego i znając prawa rządzące relacją pismo-dźwięk też rozwijasz umiejętność słuchania – nierzadko bowiem zdarza mi się zrozumieć słowo, którego nigdy wcześniej nie słyszałem, ale znam je z tekstów pisanych. Po trzecie: o ile przejście z języka czytanego na mówiony uważam raczej za kwestię przyzwyczajenia, tak przejście ze swobodnych rozmów do czytania literatury może się okazać szokiem – przynajmniej takim czymś było dla mnie kilka lat temu, gdy umiejąc się dogadać bez problemu po rosyjsku sięgnąłem po klasykę tamtejszej literatury i zrozumiałem ile rzeczy po prostu nie rozumiem. Choć tu również muszę dodać, że ktoś kto nie ma ambicji czytać książek, a jego jedynym celem jest prowadzenie konwersacji również może się nie zgodzić.

3. Osłuchanie się z niektórymi językami ma większy sens praktyczny niż z innymi. O ile angielski i rosyjski są dla mnie czymś, czego mogę potrzebować chociażby dziś, o tyle np. języka kaszubskiego w formie mówionej nigdy raczej nie użyję. Dlatego moja nauka kaszubskiego ogranicza się tylko i wyłącznie do czytania tekstów. Podobnie ma się sprawa z wszelkimi językami historycznymi takimi jak łacina, klasyczna greka, czy staro-cerkiewno-słowiański – bardzo lubię się starać by moja wymowa tych języków była nieskazitelna, akcenty rozłożone poprawnie, ale praktycznego sensu w tym raczej nie widzę.

Chciałbym jednak też nie kłaść nacisku na to, że należy najpierw czytać, a potem słuchać i mówić. Jestem raczej zwolennikiem połączenia jednego z drugim, czyli najpierw gruntownego przerobiania podręcznika książkowego z materiałem dźwiękowym (i zwracania szczególnej uwagi na wymowę, a nie przerabianie języka obcego według polskiego systemu fonetycznego – to jedna z najgorszych rzeczy jaką robi naprawdę spora liczba uczących się języka), a następnie przerzucenie się na żywe materiały – życie samo pokaże, które są bardziej interesujące i przydatne. Samo zaś oddzielanie czytania od mówienia uważam za bezcelowe i w dużej mierze upośledzające jedną z tych czynności. Poniekąd właśnie dlatego nigdy nie rozumiałem fenomenu takich kursów językowych jak Pimsleur, które opierają się tylko i wyłącznie na materiale audio. Jeśli chodzi o mnie sądzę więc, iż należy ćwiczyć wszystkie cztery umiejętności naraz.

PS. Na koniec jeszcze krótka informacja dla tych, którzy pisali do mnie maile w ciągu ostatnich kilku dni: pamiętam o wszystkich i postaram się odpowiedzieć na wszystkie listy jeszcze w ten weekend.

Podobne posty:
Rozumienie ze słuchu
Co przyjdzie z słuchania radia przez godzinę dziennie
Jakie materiały warto czytać?
Językowe plany na rok 2011

Językowe plany na rok 2011

Po dwóch tygodniach milczenia, w dużej mierze spowodowanych ciągle kwitnącą dyskusją pod poprzednim postem, postanowiłem napisać coś nowego. Jako, że święta już za nami, a rok 2011 właśnie się zaczął, przyszedł czas na noworoczne postanowienia. Nigdy nie byłem zwolennikiem tego rodzaju rozwiązań, nierzadko miały się one nijak do rzeczy jakie następnie robiłem, jednak uznałem, że zrobienie sobie jakiegoś planu na następny rok i niejako nałożenie sobie z góry ograniczeń nie będzie złym wyjściem.

1. Rosyjski, angielski, niemiecki, serbski. Przede wszystkim będę się starał jak najczęściej używać tych języków co dotychczas. Przede wszystkim chodzi mi tu o czytanie literatury, jakichś interesujących artykułów (Kosowo, Bośnia, byłe ZSRR oraz mniejszość turecka w Niemczech to tylko niektóre z tematów jakie uważam za szczególnie fascynujące) – generalnie znalezienie czegoś ciekawego nie powinno sprawiać większego problemu. Chciałbym jednak nieco zmienić zakres czytanych rzeczy i trochę więcej czasu spędzić na czytaniu literatury pięknej w oryginale. Dlaczego? Przede wszystkim z powodu bardziej wyszukanego słownictwa. Bo o ile nie jest sztuką czytanie artykułów na dany temat (tak naprawdę opanowanie słownictwa z zakresu jaki człowieka interesuje to kwestia może kilkunastu dni), to przejście przez 500-stronicową powieść z pełnym zrozumieniem czytanego tekstu stanowi pewne wyzwanie.
Pamiętam, że kiedyś zostałem zapytany o jakieś szczególnie ciekawe strony serbskie. Czuję się więc zobowiązany wręcz do polecenia tej strony – http://www.antikvarne-knjige.com/elektronskeknjige/. Jest tam dość pokaźny zbiór książek z obszaru byłej Jugosławii i można m.in. przeczytać "Most na Drinie" Ivo Andricia (za co ów pan dostał literacką nagrodę Nobla). Książkę tę czytałem dwa lata temu po polsku i z chęcią przebrnę przez nią jeszcze raz, tyle że w oryginalnym wydaniu, które można znaleźć tu: http://www.antikvarne-knjige.com/elektronskeknjige/detail-item_id-35#book. Druga w kolejce jest kolejna książka jaką miałem okazję przeczytać po polsku, czyli "Kad su cvetale tikve" Dragoslava Mihajlovicia. A później zobaczymy…
Kolejną rzeczą jaką zamierzam dokończyć w styczniu jest przebrnięcie przez dzieło niemieckiego polityka Thilo Sarrazina "Deutschland schafft sich ab", które właśnie udało mi się zdobyć – kto interesuje się naszym zachodnim sąsiadem zapewne wie, że książka ta okazała się tam bestsellerem i jest swego rodzaju refleksją na temat teraźniejszości oraz przyszłości Niemiec. Szczególnie interesującą część stanowią rozważania dotyczące muzułmańskiej imigracji za Odrą. Następnie chciałbym przejść przez jakąś niemiecką literaturę piękną, ale jeszcze nie jestem do końca pewien co to będzie.
Co do języka rosyjskiego – ostatnimi czasy przekonałem się do kryminałów Borysa Akunina i będę kontynuowałem przygodę z nimi. Później mam zamysł trochę ambitny, czyli przeczytanie "Wojny i pokoju" Lwa Tołstoja (w zasadzie zgodnie z zasadami logiki powinno się pisać Tołstogo, bo "tołstoj/толстой" to przymiotnik).
Tak więc dokładamy do rzeczy rutynowych trochę literatury.

2. Francuski
Do tego języka podchodziłem w życiu już dwa razy. Nie mogę siebie nazwać kompletnym nowicjuszem – zasady wymowy, podstawowe czasy i słownictwo znam, swego czasu próbowałem czytać "Le Figaro" i ze słownikiem jakoś wychodziło. Chodzi mi jednak o to, by w tym roku się spiąć i wreszcie wskoczyć na podobny poziom na jakim jestem obecnie z językiem niemieckim, czyli chciałbym czytać artykuły bez większych problemów (co się wydaje w miarę proste), oglądać filmy bez napisów (co już będzie trudniejsze) oraz móc przeprowadzić nieskomplikowane rozmowy jeśli zajdzie taka potrzeba. W tym celu zamierzam przejść przez Assimila i dwa podręczniki Wiedzy Powszechnej, czyli chyba najbardziej sensowny zestaw jaki w Polsce jest dostępny.

3. Ukraiński
Powód jest podobny jak w wypadku francuskiego, czyli podchodzenie do niego parę razy. Z jednym tylko wyjątkiem – po ukraińsku potrafię czytać bez problemów, rozumienie ze słuchu też nie stoi na złym poziomie. Problem jednak w tym, że wymowa kuleje – mój ukraiński brzmi bardziej jak rosyjski z użyciem zasad ukraińskiej fonologii i niektórych słów właściwych ukraińskiemu. I o ile w praktyce nigdy mi to nie zaszkodziło, bo nawet w Galicji całkiem powszechna jest dwujęzyczność (tzn. ludzie z reguły mówią po rosyjsku bardzo dobrze, choć często również zachowując ukraińską wymowę niektórych głosek), to chciałbym przy następnej wizycie na zachodniej Ukrainie mówić czystą "ukraińską mową" ograniczając rusycyzmy do sfer, w których nie będę się czuł tak swobodnie.

4. Niderlandzki / afrikaans
A jednak! Te języki będą w tym roku najmniej ważne, raczej będę swobodnie biegał po podręcznikach do nich (niderlandzki – Assimil+Wiedza Powszechna / afrikaans – TY+Colloquial) porównując je zarówno między sobą, jak i znajdując analogie w angielskim oraz niemieckim. A jest ich sporo. Osoba, która zna niemiecki i angielski oraz ma przynajmniej błahe pojęcie o historycznym rozwoju języków germańskich bez problemu będzie umiała zrozumieć początkowe dialogi z podręczników. Nauka niderlandzkiego jest więc niejako brakującym ogniwem pomiędzy niemieckim a angielskim (ciekawy byłby tu też fryzyjski, ale nie widzę w tym na razie praktycznego sensu). Dodatkowo obydwa języki są wyjątkowej urody, a Benelux i RPA to na tyle ciekawe regiony, że niewątpliwie będę ich jeszcze kiedyś używał w praktyce. Mój cel to ogólne zaznajomienie się z tymi językami, czyli przerobienie tych podręczników jakie posiadam – w roku 2011 nie liczę na razie na więcej.

Jeszcze trochę o językoznawczych powodach mojego zainteresowania tymi językami. Francuski też traktuję jako wstęp do języków romańskich. Zgodzę się, jeśli ktoś powie, że jest to wstęp trochę nietrafiony, jako że znacznie się różni od innych, ale na chwilę obecną pociąga mnie on znacznie bardziej niż pozostałe romańskie. Ukraiński zaś jest brakującym ogniwem pomiędzy polskim a rosyjskim – aż szkoda nie zaznajomić się przynajmniej z podstawami tego języka, gdy znamy dwa pozostałe. I zastanawiałem się nad tym czy nie dodać do załączonego zestawu podstaw białoruskiego. Na razie byłoby to jednak za dużo – zamiast tego załączę sympatyczną piosenkę tamtejszego zespołu N.R.M. pod tytułem "Тры чарапахі"/"Try čarapahi" ("Trzy żółwie"). Jak ktoś białoruskiego nigdy nie słyszał, to właśnie ma okazję 🙂

Jednocześnie pozdrawiam wszystkich uczących się oraz zainteresowanych językami obcymi i życzę sukcesów w nadchodzącym roku. Ze swojej strony natomiast obiecuję, że postaram się pisać tak często jak to tylko możliwe. Tym bardziej, że będzie o czym. Języków obcych, sposobów ich uczenia, ich wykorzystywania, jest tyle, że ten temat nigdy nie będzie wyczerpany.