metody nauki

Słownik, czyli narzędzie do zadań specjalnych

sSłownik od zawsze był, jest i będzie najlepszym przyjacielem każdego człowieka uczącego się języka obcego – prędzej czy później każdy do niego sięga. Podobnie jest z pracą tłumacza. Tłumacz nie jest w stanie zapamiętać wszystkiego, dlatego używa słownika. W obecnych czasach dostęp do słowników jest nieograniczony, spotkamy je w każdej księgarni bądź w sklepie internetowym. Ale czym się kierować przy wyborze słownika? Jaki wybrać? I w zasadzie po co nam słownik?

Czym jest słownik? Definicja słownika:

„Zbiór wyrazów ułożonych i opracowanych według pewnej zasady, zwykle objaśnianych pod względem znaczeniowym"

Warto wspomnieć, że istnieją różne typy słowników między innymi :

  • słownik ogólny – w którym znajdziemy interdyscyplinarne słownictwo
  • słownik monolingwiczny – gdzie znajduje się słownictwo w jednym języku
  • słownik specjalistyczny – w którym znajduje się język branżowy
  • słownik bilingwalny – gdzie prezentowane jest słownictwo w dwóch językach
  • słownik multilingwalny – w którym znajdziemy słownictwo w minimum trzech językach

Słownik na początek

Warto zaopatrzyć się w słownik na początku nauki języka. Po pierwsze, bardziej zmotywuje nas to do systematycznej pracy, ponieważ już zainwestowaliśmy pewną sumę pieniędzy. Po drugie, korzystania ze słownika też trzeba się nauczyć. Po trzecie, w jednym miejscu mamy całe słownictwo, dość często znajdują się tam również wyrażenia potoczne. Jako osoby początkujące nie zawsze mamy pewność co do pisowni danego słowa, dlatego też słownik przyjdzie nam z pomocą.IMG_20160815_150052

Słownik dla każdego

Pamiętajcie o tym, żeby wybrać słownik dobrze i mądrze, czyli nie sugerować się aktualną promocją, która pozwoli nam kupić słownik 15% taniej. Może się to skończyć tak, że trzytomowe opasłe książki będą spoczywać na naszej półce przez wieki. Słownik powinien być jak garnitur – szyty na miarę.  Oczywiście można szukać recenzji i opinii, należy jednak podchodzić do nich z dystansem. Inny słownik będzie potrzebny w pracy tłumacza konferencyjnego, a inny przyda się przed maturą. Wszelkie informacje w tym artykule potraktujcie więc jako sugestie, na co warto zwrócić uwagę.

IMG_20160815_150408

Co znajdziemy w słowniku?

Sięgając do słownika szukamy przede wszystkim znaczenia danego słowa. Oczywiście jeśli dane słowo ma wiele znaczeń, są one wyszczególnione z zachowaniem zasady, że najczęstsze użycie jest na pierwszym miejscu. Szukając wyrazu, automatycznie sprawdzimy też jego pisownię. Obok szukanego słowa znajdziemy także informację o tym, do jakiej części mowy się ono zalicza. Z całą pewnością będzie obecna także transkrypcja danego słowa w IPA (International Phonetic Alphabet), która pomoże nam zaznajomić się z poprawną wymową. Słowniki zawierają także informację na temat rejestru słowa – czy jest ono używane w obiegu formalnym, czy też codziennym. Ponadto słowniki prezentują też kolokacje, z jakimi występują słowa. Jest to bardzo przydatne w procesie nauki, gdyż wiemy dokładnie z jakimi innymi wyrazami można połączyć konkretne słowo, co pozwala uniknąć błędów. Bardziej rozbudowane słowniki posiadają antonimy i synonimy do danego hasła, o ile oczywiście takie w języku występują. Co więcej można trafić na słowo, które posiada inną formę w amerykańskim angielskim i brytyjskim angielskim – w słowniku będzie to również odnotowane odpowiednio jako AmE i BrE.

Wady i zalety słownika monolinguaIMG_20160815_150137l

Praca ze słownikiem jednojęzycznym jest specyficzna, ten rodzaj słownika posiada swoich zwolenników jak i przeciwników. Ja zaliczam się do grupy która uważa, że jest to jedne z najlepszych narzędzi do nauki języka obcego. Ale po kolei. Z pewnością wiele osób zadaje sobie pytanie: skoro nie znam tłumaczenia słowa table, to jakim cudem uda mi się go dowiedzieć uzyskując odpowiedź w tym samym języku? Tak, to prawda. Takie wątpliwości ma każdy, kto sięga po słownik jednojęzyczny. Oczywiście czasami można popaść w błędne koło np. szukam definicji jednego słowa, ale podczas jej czytania nie zrozumiałam innego, więc szukam kolejnej definicji. Niestety takie ryzyko zawsze istnieje, ale należy pamiętać, że twórcy słownika używają na tyle przystępnego słownictwa, że większość definicji powinna być jasna i zrozumiała. Jest to jeden z powodów, dlaczego ludzie nie używają słowników English – English. Pamiętajmy jednak, że to wszystko właśnie jest kwintesencją języka. Skoro nie mamy rzeczywistości językowej, której byśmy pragnęli, musimy sami sobie ją stworzyć. Dobrym krokiem jest więc używanie słowników jednojęzycznych. Nie wspomnę o całym mnóstwie antonimów i synonimów, które w ten sposób przyswoimy. Ja zdecydowanie polecam wszystkim razem i każdemu z osobna korzystanie z języków jednojęzycznych. Uwierzcie mi, to zaprocentuje.

Moje sugestie

Moimi wiodącymi językami są francuski i angielski, to one zajmują mi najwięcej czasu, dlatego też przetestowałam już kilka słowników. Oto moje wskazówki:

Le Petit Robert – biblia dla romanistów. Każdy go zna, każdy z niego korzystał. Według mnie, nie ma chyba lepszego opracowania. Kilkutomowy słownik (Le Grand Robert), który zawiera absolutnie wszystko, hasła są świetnie opisane, ciężko się tam zgubić. Klikając tutaj możecie przeczytać jego opis. Polecam dla osób średnio zaawansowanych. Jeśli chodzi o koszt, to wynosi on około 250 złotych w zależności od wydania i księgarni internetowej.

Longman Dictionary of English Language and Culture – dla mnie ideał. Słownik, który nie tylko ma fenomenalnie opisane hasła i przejrzyste definicje, ale jest również kompIMG_20160815_145823endium kulturowym w pigułce. Są tutaj odnośniki co do historii, kultury czy muzyki, znajdziemy hasła dotyczące Madonny oraz D'Artagnana. Co więcej, w słowniku są wkładki, na których znajdują się między innymi: mapa Zjednoczonego Królestwa, plan Londynu, znaczenie kolorów, święta w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych oraz opis sztuk Szekspira. Gdyby tego było mało, ten słownik posiada obrazki. Nie do każdego hasła oczywiście, ale są one bardzo dobrze wkomponowane w tekst, a co po niektóre – bardzo rozbudowane, jak na na przykład te przy słowach kitchen lub bike. Gorąco polecam nawet dla początkujących osób, gdyż to inwestycja na całe życie. Cena takiego słownika waha się w okolicach 130 złotych.

IMG_20160815_145844

Zachęcam Was do nabycia słownika w wersji papierowej, choć wiem, że istnieją już aplikację lub słowniki online, które w niczym nie ustępują tradycyjnym wydaniom. Jak to u Was wygląda? Czy korzystacie ze słownika podczas nauki języka? Korzystacie ze słowników tematycznych? Podzielcie się tym z nami w komentarzach!

Zobacz też…

Nie mam głowy do języków
Język obcy dla seniora
Automotywacja i potrzeba zmiany
Du cinéma! Przegląd komedii francuskich
Pierwsza książka w języku obcym

Czy znajomość wielu języków na poziomie podstawowym może się przydać?

a1W związku z zapytaniem jednego z Czytelników postanowiłem na chwilę odejść od tematów związanych ze Słowiańszczyzną, starając się jednocześnie rozwiązać dylemat, przed którym może stanąć każda osoba ucząca się języków obcych. Wielokrotnie na Woofli pisałem o tym, że sprawne posługiwanie się jakimś językiem to coś w rodzaju związku na całe życie, takiego, który należy pielęgnować, bo w przeciwnym wypadku się rozpadnie. Już znajomość dwóch czy trzech języków obcych, nawet na przeciętnym poziomie funkcjonalności, wymaga sporej inwestycji czasu, która w ogromnym stopniu uniemożliwia nauczenie się kolejnych. To nie jest bowiem jak jazda na rowerze i nauka zna przypadki osób, które zapomniały nawet swojej mowy ojczystej na skutek utraty kontaktu z innymi posługującymi się nią osobami. To jakże praktyczne stwierdzenie jest czymś trudnym do zaakceptowania przez osoby aspirujące do zostania poliglotami, którym ciężko znaleźć złoty środek pomiędzy pielęgnowaniem tego, co już potrafią, a nauką czegoś nowego. Nieraz sam miewałem takie dylematy, zaczynałem się uczyć czeskiego, albańskiego, bułgarskiego, niderlandzkiego czy arabskiego i wydobywać z siebie podstawowe frazy, które po paru latach braku jakiegokolwiek kontaktu uciekły niemal całkowicie z mojej pamięci. Tym bardziej z ogromną sympatią odniosłem się do tego, co napisał nasz Czytelnik w komentarzach do artykułu pt. Jakiego języka warto się uczyć:
„Nie potrafię zdecydować się na żaden konkretny język, któremu miałbym poświęcić resztę swojego życia. Chciałbym nauczyć się dziesięciu, może nawet piętnastu języków na poziomie podstawowym, poznać choćby w minimalnym stopniu kultury różnych krajów i… na tym zakończyć swoją językową przygodę. Przygodę, do której być może kiedyś bym wrócił, kto wie? Przez nauczenie się języków na poziomie podstawowym rozumiem nauczenie się podstawowych słówek + popularnych zwrotów + elementarnej wiedzy z zakresu gramatyki".

„Perspektywa zgłębiania jednego, może dwóch języków, i poświęcania na to reszty mojego życia wydaje mi się nudna i przytłaczająca. Lubię poznawać to, co nowe".

Mam kilka pytań.

1. Czy nauka wielu języków na takim podstawowym poziomie ma jakikolwiek sens? Czy nie jest to marnotrawienie cennego czasu?

Natura problemu jest w tym przypadku bardzo subiektywna i przede wszystkim należy zastanowić się, co rozumiemy poprzez marnotrawienie czasu. Jeśli nie jesteś pasjonatem języków obcych, to ciężko o większą stratę czasu, niż ich nauka na podstawowym poziomie. Zaryzykowałbym wręcz tezę, że obejrzenie kolejnego odcinka „Klanu" czy spotkania Ligi Mistrzów miałoby większy sens praktyczny, bo przynajmniej zapewnia pewien relaks po ciężkim dniu w pracy. Jeśli natomiast lubisz się uczyć języków, jest to twoją pasją i interesujesz się różnorodnością kulturową otaczającego nas świata, to możesz potraktować przerabianie podręcznika na poziomie początkującym jako intelektualną zabawę, coś, co w ograniczonym stopniu nawet relaksuje. Marnotrawieniem czasu bym tego nie nazwał, bo uważam, że każdy potrzebuje tej odrobiny czasu dla siebie, w której zajmuje się tym, co mu sprawia przyjemność. Ale też byłbym ostrożny w stwierdzeniu, że jest to coś nobilitującego – tak naprawdę to czy czas ten przeznaczymy na szydełkowanie, bieganie, oglądanie ulubionego serialu czy naukę dziesiątego języka od podstaw nie ma większego znaczenia.

2. Jakie korzyści, oprócz oczywistej dla mnie satysfakcji z takiej nauki mógłbym wynieść?

Nie będę oszukiwał – korzyści praktyczne będą raczej nikłe. W najlepszym wypadku zaimponujesz osobom jednojęzycznym, którym nauka nigdy specjalnie „nie szła", a znajomość języka obcego nierzadko utożsamiają z kilkunastoma zwrotami grzecznościowymi. Z pewnością też znajomość podstawowych zwrotów zostanie w pewien sposób doceniona przez osoby władające tym językiem jako ojczystym, które mimo wszystko zawsze milej zareagują na kogoś, kto potrafi przynajmniej podziękować inaczej niż poprzez „Thank you". Stopień doceniania tych uprzejmości jest oczywiście zależny od języka – o ile Rosjanin czy Niemiec nie będą specjalnie zaskoczeni tym, że znasz podstawy ich języka, o tyle Albańczyk zupełnie zmieni nastawienie do Twojej osoby za „faleminderit". I to by było w zasadzie na tyle.

3. Czy znajomość wielu języków na poziomie podstawowym może się do czegoś w życiu przydać? Do czego?

Oprócz podanego wyżej przykładu wymiany uprzejmości przychodzi mi do głowy jedynie umiejętność czytania w językach, które są podobne do tych uprzednio opanowanych. O ile zawsze z pewną rezerwą podchodzę do osób chwalących się aktywną znajomością kilkunastu języków, o tyle uważam za całkiem możliwe opanowanie wszystkich blisko spokrewnionych języków (słowiańskie, germańskie, czy romańskie) na poziomie umożliwiającym czytanie tekstów z dziedziny naszych zainteresowań, co niewątpliwie otwiera możliwości do lepszego poznania obcej kultury. Dodatkowo warto zauważyć, że umiejętność czytania nie zanika tak szybko, jak zdolność porozumiewania się, więc można na nią przeznaczyć mniej czasu. Trzeba jednak zaznaczyć, iż warunkiem jest tu opanowanie przynajmniej podstawowych języków na wysokim poziomie. Jako przykład mogę podać moją (nie)znajomość bułgarskiego, która, aktywnie niemal zerowa, nie przeszkadza mi specjalnie czytać gazet czy artykułów w tym języku, ale oprócz poznania podstaw gramatycznych i podstawowego słownictwa posiłkuję się znajomością serbskiego, rosyjskiego, polskiego oraz ogólną wiedzą slawistyczną. Bez tych ostatnich na nic zdałaby się znajomość na poziomie podstawowym.

4. Jak to wygląda z punktu widzenia pracodawcy? Czy byłoby o czym pisać w CV?

Pracodawca jest przede wszystkim zainteresowany tym, byś wykonywał dobrze swoją pracę, za którą będzie zobowiązany wypłacać Ci pieniądze. Dlatego też najważniejsze będzie dla niego to, czy posiadasz poziom znajomości języka X umożliwiający Tobie pracę na danym stanowisku. Ten można bardzo łatwo sprawdzić poprzez rozmowę bądź test pisemny, których nie da się zdać z podstawową znajomością. Niewiele natomiast interesuje go fakt posiadania przez Ciebie certyfikatów z języka Y, którego w pracy wykorzystywać nie będziesz. Zamiast teoretyzować, przytoczę historię z życia wziętą. Do niedawna miałem okazję pracować w obcojęzycznym callcenter, do którego byłem przyjmowany na podstawie mojej znajomości niemieckiego i mimo że znałem ówcześnie przynajmniej 3 języki znacznie lepiej (zdarzały się nawet sporadyczne sytuacje ich użycia), to nie stanowiły one jakiejkolwiek karty przetargowej w samym procesie rekrutacyjnym. Kiedy później sam już przyjmowałem ludzi do pracy na naszym projekcie, było mi w ogromnej mierze obojętne, czy dana osoba zna jakikolwiek język poza niemieckim, mimo że naprawdę należę do osób, które doceniają pozapracownicze pasje osób, z którymi przychodzi mi spędzać parę godzin dziennie. Pracowaliśmy jednak po niemiecku, więc nawet przy najlepszych chęciach nie zatrudniłbym kogoś z jego podstawową znajomością, tylko dlatego, że umie 10 pozostałych języków tak samo słabo. Osobiście wpisuje w CV jedynie języki, które znam przynajmniej na poziomie B2. Na niższym poziomie ciężko mówić o wykorzystaniu języka w pracy. A jeśli nie można ich wykorzystać, to po co je w ogóle wpisywać?

Ucz się języków na własną odpowiedzialność

Wyżyłem się trochę powyżej na podstawowej znajomości języka obcego, ale nie chciałbym jednocześnie zostać źle zrozumianym. Uczę się po prostu od lat, spędzając większość czasu właśnie na dłuższych (francuski, ukraiński, afrikaans, może nawet serbski) czy krótszych (nawet szkoda wspominać) romansach z językami, których de facto nie potrzebuję i z doświadczenia wiem, że odbywa się to przeważnie kosztem innych, zdecydowanie bardziej przydatnych umiejętności, również tych językowych. Jeśli masz więc, Czytelniku, podobny plan jak ja kiedyś (zainteresowanych odsyłam do listy języków, jakie chciałbym opanować, którą opublikowałem niemal 6 lat temu), to wiedz, że musisz to naprawdę ponadprzeciętnie lubić – w przeciwnym wypadku może Ci rzeczywiście grozić swoiste uczucie straconego czasu w momencie, gdy przyjdzie wykonywać rachunek zysków i strat. Jeśli natomiast uwielbiasz każdą wolną chwilę spędzać nad językami, to droga wolna. Ja do dziś uważam, że mimo wspomnianej już niepraktyczności przedsięwzięcia, nauka wielu z nich jest zajęciem niezwykle interesującym i na pewno poszerzającym horyzonty oraz umożliwiającym obcowanie ze znacznie większym odcinkiem kultury niż ten, z którym można obcować, znając jedynie polski i angielski. Ale żeby taki język rzeczywiście horyzonty poszerzał, trzeba dojść przynajmniej do poziomu pozwalającego na samodzielny odbiór informacji, oglądanie filmów, czytanie książek, słuchanie radia. I na osiągnięciu tego bym się skupił.

Podobne artykuły:
Automotywacja i potrzeba zmiany
Poziom znajomości języka po 80 godzinach nauki, czyli podsumowanie eksperymentu językowego
Angielski w 3 miesiące i 5 języków jednocześnie
Jak czytać w języku, którego jeszcze dobrze nie znamy
Nauka języka bez podręcznika – część 2. Czytanie.

Automotywacja i potrzeba zmiany

W dzisiejszym artykule chciałabym podzielić się z Wami sposobami na motywację. Zacznijmy od początku – czym jest motywacja? Jest to wewnętrzna siła napędowa, która pozwala nam osiągać cele i iść do przodu. W kontekście nauki języka jest to motor naszych działań, bez którego nie zaczniemy, a co gorsze nie wytrwamy w naszym działaniu. Z pewnością wielu z Was zna, chociażby ze słyszenia, popularnych trenerów czy coachów takich jak Mateusz Grzesiak lub Miłosz Brzeziński. Takie osoby zajmują się motywacją, wygłaszają przemowy na forach i wydają książki, w których pomagają nam odkryć naszą wewnętrzną siłę. Skąd się wzięła ich popularność? Bardzo często w naszym życiu zawodowym czy osobistym osiągamy etap stagnacji, gdzie poziom motywacji spada. Zadaniem trenera jest przede wszystkim uświadomienie nam, jak wiele od nas zależy. Dlatego też ludzie chętnie korzystają z ich usług. A co powiecie na to, żeby zmotywować się samemu? Czy są sposoby, żeby wyznaczać sobie cele i ich dotrzymywać? Jak stanąć na wysokości zadania i mieć apetyt na więcej? Zapraszam do lektury.

Magiczne słowo na dziś – AUTOMOTYWACJA – klucz do naszych pragnień, marzeń i sukcesów. Motywacja sama w sobie jest bardzo złożonym zjawiskiem, natomiast dziś zamierzam przybliżyć Wam ideę automotywacji, która wcale nie jest taka trudna do wypracowania. Zacznijmy od definicji, według Marzena Jankowskiej i Beaty Wolfigiel autorek książki „Automotywacja odkryj w sobie siłę do działania":

Automotywacja nie jest czymś stałym i statycznym. Nie da się zrobić z niej zapasu. To dynamiczny proces, na który składa się wiele elementów koordynowanych przez Twoje centrum dowodzenia.

 

Początek procesu automotywacji można zaobserwować wtedy, gdy jako jednostka odczuwasz potrzebę zmiany zachowania. Nieważne czy jest to wykupienie karnetu na siłownię czy nauka nowego języka. Każda decyzja wymaga od Nas zmiany dotychczasowego zachowania. To trudny proces, podczas którego musimy zmienić swoje wieloletnie nawyki.

Podczas planowania zmiany kluczowe jest zadanie sobie kilku pytań:

  • Jaki jest Twój cel?
  • Czy jesteś gotowy zrobić absolutnie wszystko, żeby go osiągnąć?
  • Co w przypadku, gdy spotka Cię porażka? Jak sobie z nią poradzisz?
  • Jak będziesz kontrolować swoje emocje?
  • Jak będzie przebiegać Twoja zmiana? Etap po etapie.

Ludzie dzielą się na dwa typy : Ci którzy wierzą w to, że ludzie mogą się zmienić i Ci, którzy są przekonani o stałości ludzkiej natury. Ludzie, którzy uważają, że nie są w stanie się zmienić, mają duże kłopoty z motywacją. Ciężej im podjąć jakiekolwiek wyzwanie lub zdecydować się na nową inicjatywę.  Przykład: Ania narzeka na swoją pracę, mimo to od pięciu lat pracuje w tej samej firmie. Natomiast Kasi nie podobało się jej dotychczasowe zajęcie, więc postanowiła zmienić pracę. Sytuacja Ani jest bezpieczna, bo ma stałe zajęcie, jednak praca, którą wykonuje nie spełnia jej oczekiwań. Mimo to Ania nie chce zdecydować się na szukanie innej pracy. Kasia jest nastawiona na zmianę, jeśli coś jej nie odpowiada, zmienia swoje środowisko tak, by czuć się w nim komfortowo. A Ty do której grupy się zaliczasz? Moim zdaniem każdy z nas jest w pewnym stopniu elastyczny i potrafi dokonać zmiany w swoim życiu, proces ten jest uzależniony od wielu czynników, dlatego też u jednych osób przebiega dość sprawnie, natomiast u innych mogą występować dłuższe przerwy w realizacji celu.

Bardzo ważnym elementem automotywacji jest postrzeganie siebie samego. Ciężko się zmotywować, jeśli mówimy do siebie w myślach „Jaki jestem beznadziejny” albo „Nigdy się tego nie nauczę”. Pozytywne postrzeganie zmiany i jej efektów przyspiesza jej proces i pomaga Nam w chwilach zwątpienia. Warto nad tym popracować.

Dlaczego ludzie się zmieniają? Są dwa główne czynniki albo chcemy czegoś uniknąć (złej oceny, choroby, utraty znajomych), albo chcemy coś osiągnąć (zdać egzamin, zbudować relację, wzbogacić swoje CV). Tak większość z nas właśnie podchodzi do zmiany. Wybieramy sobie cel – załóżmy, że jest to opanowanie nowego języka na poziomie B1 w realnym przedziale czasowym, czyli cel, który jesteśmy w stanie osiągnąć. Bardzo ważne jest, żeby realizować swoje cele, pamiętając o sporządzeniu swojej własnej strategii. Zaczynamy etap po etapie opisywać nasz proces, jak chcielibyśmy, żeby wyglądał. Musimy skupić się też na narzędziach, które pomogą nam osiągnąć cel. Następną wartą wspomnienia czynnością jest przygotowanie swojego otoczenia na nadchodzącą zmianę. Reasumując, jeśli chcemy podjąć się nauki języka obcego, musimy zorganizować sobie ku temu sposobność (czas w grafiku, miejsce), zadbać o narzędzia (podręczniki, słowniki, korepetycje), pomyśleć o ewentualnym wykorzystaniu nabytych umiejętności (wyjazd za granicę, spotkanie ze znajomymi, rozmowa o pracę).

Trzeba wziąć pod uwagę, że na naszej drodze wystąpią pewne przeszkody, które mogą odwrócić naszą uwagę od głównego celu :

  • Jutro – Najgorszy z możliwych, ale znany każdemu syndrom „zrobię to jutro”. To, co przeszkadza Ci w działaniu, to Ty sam. Mówienie o zmianie (chwalenie się, że uczysz się języka arabskiego) to jeszcze nie działanie (nauka, czyli słuchanie, pisanie, czytanie itd.). Nie traktuj tego w kategoriach obowiązku, lecz możliwości do rozwoju. Zawsze można powiedzieć, że jest za późno, za wcześnie, za ciepło i za zimno. Nie ma jutro, zrób to dzisiaj.
  • Magia – Cudów nie ma niestety. Nikt się za Ciebie, ani za mnie, tego nie nauczy. Rozwiązanie jednego ćwiczenia z gramatyki też nie uczyni z Ciebie od razu geniusza. To długa praca, bądź na to przygotowany.
  • Bez wysiłku – Nic nie przychodzi bez pracy. Bez poświęcenia nie dotrzesz do celu. Nieważne czy chcesz zgubić parę kilogramów, skończyć studia podyplomowe czy mówić po japońsku, każdy cel wymaga ogromu poświęcenia.

Warto również zacytować autorki wymienionej wcześniej książki:

To, co otrzymujesz, osiągając swój cel, nie jest nawet w przybliżeniu tak ważne, jak to, czym się stajesz w procesie dążenia do niego.

Automotywacja nie istnieje bez determinacji.  Według Artura Wikiery autora książki „Alfabet Motywacji":

Determinacja to zdolność stawania do walki mimo porażek, zdolność podnoszenia się po ciosach.

Każdy może wypracować swoją automotywację, która pozwoli mu spełnić marzenia, rozwinąć skrzydła i stać się tym, kim zawsze chciał być. Podstawowym warunkiem w osiągnięciu sukcesu jest determinacja i skupienie się na głównym celu naszych działań. Nie wolno zapomnieć o pozytywnej postawie względem siebie samego, a także o tym, że porażki zdarzają się każdemu, należy je zaakceptować i iść do przodu.  Niezłomnej motywacji, opierającej się nawet największym pokusom sobie i Wam życzę!

Kanały na YouTube, które pomogą Ci szlifować francuski

W latach 90., gdy chodziłam do szkoły podstawowej, uczyłam się języków obcych za pomocą schematycznych nagrań z kaset magnetofonowych. Dziś, gdy dostęp do internetu nie jest już rarytasem, wybór materiałów do słuchania jest dużo szerszy, a szlifować języki można nawet siedząc na YouTube. Dziś chciałabym przedstawić kilka kanałów, które mogą przydać się osobom uczącym się języka francuskiego na różnych poziomach zaawansowania.

Français avec Pierre – kanał przydatny dla wielu osób, także tych, które opanowały dopiero podstawy francuskiego. Autor filmików, Pierre Babon, mieszka w Bordeaux i pracuje jako nauczyciel języka francuskiego dla obcokrajowców. Mówi bardzo powoli i wyraźnie. Jednym z jego najpopularniejszych filmików jest Le gros mots françaisopowiadający o wulgaryzmach francuskich.

Nie widzisz, że mnie wku*wiasz?- tak brzmi polskie tłumaczenie słów naburmuszonego kota. Jeśli chcecie poznać wiecej francuskich wulgaryzmów, obejrzyjcie filmik Pierre'a.

Nie widzisz, że mnie wku*wiasz?– pyta naburmuszony kot. Jeśli chcecie poznać więcej francuskich wulgaryzmów, obejrzyjcie filmik Pierre'a.

Niektóre filmiki Pierre'a mają w tytułach sugerowany stopień biegłości języka – np. filmik o kuchni francuskiej, skierowany do osób o poziomie A2/B1 czy o podróży do Japonii przeznaczony dla osób o poziomie B2. Część filmików dotyczy zagadnień gramatycznych, np. przyimków. Są też filmiki dotyczące egzaminów DELF i DALF. Jeśli ktoś szuka pracy w krajach francuskojęzycznych, może liczyć także na garść porad, jak napisać CV.

alexdoyoufrench – kanał także dobry dla początkujących użytkowników języka francuskiego. Zawiera bardzo krótkie, około 2-3 minutowe filmiki na rozmaite tematy, od Erasmusa, poprzez porady dietetyczne dla ciężarnych kobiet, aż po źródła dochodów Państwa Islamskiego. Po kliknięciu w ikonkę po prawej stronie na dole ekranu, wyświetla się transkrypcja nagrania.

Autor zachęca jednak, by najpierw starać się zrozumieć jak najwięcej, słuchając nagrania bez napisów, a dopiero później włączyć napisy. W opisach filmików umieszcza on propozycję ćwiczenia dla wytrwałych. Ma polegać ono na przesłuchaniu filmiku, następnie odtworzeniu go po raz drugi i próbie spisania nagrania, później na sprawdzeniu znaczenia nowych słówek, a dopiero na końcu zapoznania się z transkrypcją, umieszczoną również w opisie.

Oczywiście to, w jaki sposób korzysta się z filmików, powinno zależeć od indywidualnych preferencji oraz od celu nauki. Jeśli zamierzacie zdać egzamin certyfikacyjny DALF bądź polsko-francuską maturę dwujęzyczną, będziecie musieli nauczyć się pisać compte-rendu- streszczenie najważniejszych informacji występujących w wysłuchanym tekście. W takiej sytuacji dobrą metodą nauki słuchania może być po prostu zapisywanie (po francusku, rzecz jasna) najważniejszych informacji w trakcie słuchania nagrania, a następnie zapoznanie się z transkrypcją, by zorientować się, ile zrozumieliśmy.

Po kliknięciu w ikonkę, którą oznaczyłam żółtym kółkiem, na ekranie pojawia się transkrypcja nagrania. Pan na zdjęciu jest kolekcjonerem opakowań po serach. W języku francuskim osobę oddającą się tej niebanalnej pasji, można określić jednym słowem: un tyrosémiophile

Po kliknięciu w ikonkę, którą oznaczyłam żółtym kółkiem, na ekranie pojawia się transkrypcja nagrania. Pan na zdjęciu jest kolekcjonerem opakowań po serach. W języku francuskim osobę oddającą się tej niebanalnej pasji można określić jednym słowem: un tyrosémiophile

Optimistic Traveler to kanał, który przypadnie do gustu osobom zainteresowanym tematyką podróżniczą. Prowadzą go Milan z Niemiec i Muammer, Turek mieszkający we Francji. Ich przyjaźń zaczęła się w 2010 roku dzięki stronie Couchsurfing, a 4 lata później ruszyli razem w 80-dniową podróż dookoła świata… bez grosza (czy raczej eurocenta) przy duszy.

Na YouTube można zobaczyć filmiki z ich odważnej eskapady oraz jeden dłuższy, ponad 45-minutowy film dokumentalny, w którym występują Milan i Muammer oraz inni ludzie, którzy pewnego dnia postanowili rzucić wszystko i ruszyć w daleką podróż. Poznajemy nie tylko blaski, ale też cienie tych wojaży, jeden z bohaterów miał np. wątpliwą przyjemność przekonać się, jak wygląda kostarykańskie więzienie.

 

Wyprawa Milana i Muammera. A to wszystko w 80 dni i bez grosza przy duszy!

Wyprawa Milana i Muammera. A to wszystko w 80 dni i bez grosza przy duszy!

Romain World Tour – ten kanał także powinien zainteresować miłośników podróży. Romain, młody mieszkaniec Lyonu, pod koniec 2008 roku zdecydował się wyruszyć na roczną wyprawę dookoła świata. Na kanale jest dużo krótkich ujęć z różnych części świata, ale spora część z nich jest po angielsku. Jest jednak też pełnometrażowy, prawie 3-godzinny film po francusku, relacjonujący przebieg całej wyprawy. Romain mówi bardzo powoli i wyraźnie, a film opatrzony jest napisami po angielsku.

 

Jean-Baptiste Gallot – Ten kanał z pewnością zainteresuje miłośników dobrego kina dokumentalnego. W dorobku Jeana-Baptiste'a Gallota, paryskiego reżysera i producenta filmowego, dostępnym na jego kanale na YouTube, także znajdują się krótkie ujęcia z różnych ciekawych miejsc we Francji i poza nią. Jest także film Vacances extrêmes ou vacances gratuites, poświęcony tematyce niskobudżetowych podróży. Podróże nie są jednak jedynym tematem filmów dokumentalnych realizowanych przez Gallota i jego współpracowników. Na kanale Gallota można znaleźć też m.in. filmy o kobietach wykonujących stereotypowo męskie zawody, jak strażak czy pilot, oraz film Personnes disparues: les exploiteurs de la détresse, opowiadający o problemach rodzin osób zaginionych. Można dowiedzieć się z niego, jak wyglądają pierwsze dni poszukiwań, poznać przykłady dobrych i złych działań policji oraz dowiedzieć się więcej o tytułowych wyzyskiwaczach nieszczęścia. Są to osoby, które, czasami za naprawdę niebagatelne sumy, oferują nie zawsze fachową pomoc, nieraz powołując się na swe rzekome zdolności paranormalne i szukając odpowiedzi na pytanie o losy zaginionej osoby np. za pomocą kart tarota. Ekipa filmowa postanawia na własną rękę sprawdzić, jak działają takie osoby. W tym celu filmowcy przychodzą do nich z prośbą o pomoc w sprawie zaginionej kobiety. W rzeczywistości przedstawione przez nich dane osobowe owej pani są zmyślone, a wizerunku użyczyła redakcyjna koleżanka. Czego dowiedziała się ekipa filmowa? Zobaczcie sami.

SerialKillerChannel [SKC] – Na tym kanale znajdziecie filmy trwające przeciętnie ok. 45 minut, przedstawiające sylwetki różnych zbrodniarzy, zarówno z Francji, jak i spoza niej. Film Le Diable en personne przedstawia mężczyznę, który w 2008 roku w okolicach Paryża, w masce diabła zamordował 14-letnią Priscillę. Śledztwo wykazało, że był nim 39-letni Didier Leroux, długoletni przyjaciel rodziców 14-latki. Film Beverly Allitt. La tueuse en série britannique, opowiada o brytyjskiej pielęgniarce znęcającej się (w kilku przypadkach ze skutkiem śmiertelnym) nad niemowlętami, które miała leczyć. Biegli psychiatrzy stwierdzili u niej zespół Münchhausena per procura- odmianę zespołu Münchhausena, przejawiającą się chorobliwą potrzebą wywoływania rozmaitych dolegliwości u osób pozostających pod opieką osoby owładniętej syndromem.

Tytułowy bohater niemieckiej powieści Przygody barona Munchhausena był znany z opowieści o swoich przygodach, równie barwnych, co nieprawdziwych. Nazwa syndrom Munchhausena określa zaburzenie psychiczne polegające na wywoływaniu u siebie objawów i przypisywaniu sobie rozmaitych chorób. Zespół Munchhausena per procura polega na wywoływaniu objawów u dziecka lub innej osoby, którą się opiekujemy. Właśnie na taką formę tego zaburzenia cierpiała Beverly Allitt, o której opowiada jeden z filmów dostępnych na Serial Killers Channel.

Tytułowy bohater niemieckiej powieści Przygody barona Munchhausena był znany z opowieści o swoich przygodach, równie barwnych, co nieprawdziwych. Nazwa syndrom Munchhausena określa zaburzenie psychiczne polegające na wywoływaniu u siebie objawów i przypisywaniu sobie rozmaitych chorób. Syndrom Munchhausena per procura polega na wywoływaniu objawów u dziecka lub innej osoby, którą się opiekujemy. Właśnie na taką formę tego zaburzenia cierpiała Beverly Allitt, o której opowiada jeden z filmów dostępnych na Serial Killers Channel.

Kanał ten powinien przypaść do gustu osobom, które lubią dreszczyk emocji. Uwaga! Niektóre szczegóły, np. dotyczące morderstwa czy ułożenia zwłok, potrafią być drastyczne.

Non Elucidé to kanał dla prawdziwych miłośników kryminalistyki. Program Non élucidé był emitowany w latach 2008-2015 na kanale telewizyjnym France 2. Według statystyk podawanych na początku każdego odcinka, we Francji co roku ma miejsce około 1000 morderstw, a w przypadku 80% z nich udaje się znaleźć sprawcę. W każdym odcinku programu zostaje bardzo szczegółowo omówiona jedna ze spraw należących do pozostałych 20%. Jeden odcinek trwa przeciętnie tyle, ile pełnometrażowy film – około półtorej godziny. Jedną ze spraw przedstawionych w programie jest tajemnicze zniknięcie Susanne Viguier, instruktorki tańca z Tuluzy. Niektóre poszlaki wskazują na winę jej męża, profesora prawa, inne – na mężczyznę poznanego przez Susanne na krótki czas przed zaginięciem. Istnieje też wersja wydarzeń wskazująca na dobrowolne oddalenie się z domu. Niektóre z tych tajemniczych spraw zostały wyjaśnione dzięki programowi. Jedną z nich jest śmierć Stéphane'a Dieterich, 24-latka z Belfort w północno-wschodniej Francji. Pewnego lipcowego wieczoru 1994 roku Stéphane powiedział rodzicom, że wychodzi z domu, by omówić ze swoim przyjacielem Patrickiem planowany wyjazd na wakacje. Nic nie wskazywało na to, że na drugi dzień zmasakrowane ciało Stéphane'a zostanie znalezione w lesie, w pobliżu wesołego miasteczka.

Niektóre poszlaki wskazywały na Patricka. Podejrzewano też pracowników wesołego miasteczka i ich znajomych, gdyż środowisko to miało opinię „szemranego towarzystwa". Jeszcze inna wersja wydarzeń głosiła, że Stéphane był homoseksualistą, a jego śmierć została powiązana z morderstwami młodych homoseksualnych mężczyzn, które miały miejsce we wschodniej Francji nieco wcześniej. Dzięki odcinkowi programu, poświęconemu sprawie Stéphane'a, udało się dotrzeć do nowych, kluczowych świadków. Kto i dlaczego brutalnie odebrał życie młodemu mężczyźnie? Tego możecie się dowiedzieć na przykład tutaj.

Warto dodać, że programy kryminalne to kopalnia słówek o tematyce sądowo-śledczej. Oto niektóre z nich:

porter une accusation sur quelqu'un– wnieść oskarżenie wobec kogoś

lancer l'enquête– rozpocząć śledztwo, wszcząć śledztwo

Stéphane Dieterich, brutalnie zamordowany w 1994 roku w wieku 24 lat. Dzięki programowi Non Elucidé, po ponad 20 latach od zbrodni sprawca został znaleziony.

Stéphane Dieterich, brutalnie zamordowany w 1994 roku w wieku 24 lat. Dzięki programowi Non Elucidé, po ponad 20 latach od zbrodni sprawca został znaleziony.

le tueur en série– seryjny morderca

la perquisition– przeszukanie, rewizja

l'emprisonnement à perpétuité– dożywocie

l'homicide involontaire– nieumyślne spowodowanie śmierci

la légitime défense– obrona konieczna

le non-lieu– umorzenie

Ciekawych, francuskojęzycznych kanałów jest oczywiście dużo więcej. Jeśli wiesz, co jeszcze powinno znaleźć się na tej liście, zachęcam do dzielenia się w komentarzach.


Zobacz także:

Gotyckie (i nie tylko) brzmienia znad Wełtawy
Francuskie brzmienia: Dernière Volonté
Francuskie brzmienia – część 2: Naufragés du Silence

Kryteria oceny treści, czyli jak znajdować wartościowe materiały
Przewodnik po Deutsche Welle

 

 

 

Francuskie brzmienia cz. 10. W mrokach metalu i gotyku

francuskirockmetalW dzisiejszej, ostatniej już części cyklu o muzyce francuskiej poruszę temat szeroko pojętych „ciężkich brzmień". Na wstępie zaznaczę, że „ciężkie brzmienia" to nie tylko najostrzejsze odmiany metalu, charakteryzujące się skrzeczącym bądź charczącym growlem, ale także najrozmaitsze odmiany spokojnego, melodyjnego i melancholijnego rocka.

Osoby, które lubią rock i metal i chcą podszlifować język angielski za pomocą ulubionych piosenek, mają ku temu właściwie nieograniczone możliwości. Przy tej okazji chciałabym raz jeszcze polecić bloga AntyTeksty, który pomaga w uczeniu się języka angielskiego za pomocą piosenek- rzecz jasna, należących do wszystkich gatunków muzycznych, nie tylko „ciężkich brzmień", bowiem autorzy, do których ostatnio dołączyłam także ja sama, mają bardzo różne gusta muzyczne i z pewnością każdy znajdzie tam coś dla siebie. Z zespołami rockowymi i metalowymi wykonującymi piosenki w innych językach bywa już ciężej, ale i tu przy odrobinie wysiłku da się odkryć nowe inspiracje i językowe, i muzyczne.

Zacznę od zespołu black metalowego Peste Noire, powstałego w 2002 roku w Avignon. Nazwa zespołu dosłownie oznacza „czarną dżumę" i nawiązuje do zarazy, która zdziesiątkowała Europę w latach 1348-49. Ich utwory często są bardzo długie, a partie głośne i ciężkie przeplatają się ze spokojnymi, melodyjnymi solówkami, jak np w utworze J'avais rêvé du Nord, trwającym 20 minut. Pod tym względem nieco przypominają oni szwedzki, progresywno-metalowy zespół Opeth, zatem jeśli znacie i lubicie ten zespół, jest spora szansa, że Peste Noire także przypadnie Wam do gustu. Peste Noire powinna także przypaść do gustu miłośnikom poezji Charlesa Baudelaire'a. Zespół nagrał bowiem dwa jego wiersze- Spleen i Le mort joyeux. Ciekawy tekst ma też piosenka Psaume IV, na podstawie wiersza Roberta Brasillacha, francuskiego literata i dziennikarza zmarłego przedwcześnie w czasie II wojny światowej. Utwór ma formę psalmu, lecz nie wychwala Boga, a przeciwnie- wadzi się w nim, wątpiąc w sens okrucieństw wojny.

Ludovic, znany jako Famine bądź Feu Cruel

Ludovic, znany jako Famine bądź Feu Cruel

Destrukcja i chaos to tematy często pojawiające się w tekstach zespołu, a sam jego wokalista, twórca o burzliwym życiorysie (zdarzyło mu się wylądować w szpitalu psychiatrycznym, a także wieść żywot ulicznego chuligana) występujący pod wdzięcznymi pseudonimami Famine (klęska głodu, śmierć głodowa) i Feu Cruel (Okrutny Ogień), w jednym z wywiadów stwierdził, że płyta La Sanie des siècles – Panégyrique de la dégénérescence, zaprasza do zniszczenia świata, który zniszczył nas. Teksty piosenek zespołu można znaleźć na stronie DarkLyrics.Com.

Tych, którzy lubią spokojny i melodyjny rock, polecam zespół Varsovie, powstały w 2005 roku w Grenoble, istniejący do dziś, grający zresztą niedawno w Polsce.

Zespół Varsovie w czasie koncertu w Warszawie.

Zespół Varsovie w czasie koncertu w Warszawie.

Grupa inspiruje się dorobkiem takich brytyjskich klasyków, jak Joy Division i Bauhaus. Dlaczego francuski zespół jako swojej nazwy użył stolicy Polski? Miało to związek z zespołem Joy Division- pierwotnie nazywał się on Warsaw. Nazwa nie jest jedynym nawiązaniem francuskich artystów do Polski i jej stolicy. Utwór Etat d'urgence nawiązuje do powstania warszawskiego, opisując czas, w którym żelazne zasłony tańczą niczym dziewczęta, a miasto jest wielkim szpitalem. Twórcy nawiązują też do historii i kultury naszych wschodnich sąsiadów. Utwór Leningrad nawiązuje do życia Siergieja Jesienina, radzieckiego poety, oraz Isadory Duncan- amerykańskiej tancerki, która ponad połowę swojego życia spędziła w ZSRR. Tytułową bohaterką utworu Lydia Litvak jest natomiast lotniczka służąca w radzieckich siłach powietrznych w czasie II wojny światowej, poległa z rąk Niemców w bitwie pod Kurskiem w 1943 roku. Wartą uwagi ciekawostką jest fakt, że zespół ma w swoim dorobku utwór w języku polskim- jest to Nowa Aleksandria, cover polskiej punkowej grupy Siekiera. Osobom, które chcą się zapoznać z dorobkiem zespołu, polecam kanał na YouTube Varsovie Propaganda. Pod zamieszczonymi tam piosenkami można znaleźć ich teksty.

Muzycy z Varsovie, mówiąc o grupach, które ich zainspirowały, obok Joy Division i Bauhaus wymieniają Noir Désir, zespół z Bordeaux, działający w latach 1983-2010, do którego nawiązał już Karol w swoim wpisie o muzyce.

Noir Désir

Noir Désir

Jedną z najbardziej znanych piosenek Noir Désir jest Le vent nous portera. Piosenkę tę wykorzystali twórcy filmu Q, film jednak nie został tak dobrze przyjęty przez krytyków i publiczność jak piosenka. Dość prosta pod względem językowym jest piosenka Aux sombres héros de l'amer. W tytule jest gra słów- l'amer to żółć, gorycz, a wymawiane podobnie la mer oznacza morzeOsoba, która miała do czynienia z dwoma podstawowymi czasami przeszłymi (passé composé i imparfait), nie powinna mieć problemu ze zrozumieniem tekstu:

Aux sombres héros de l'amer
Qui ont su traverser les océans du vide
A la mémoire de nos frères
Dont les sanglots si longs faisaient couler l'acide

Always lost in the sea
Always lost in the sea
Always lost in the sea
Always lost in the sea

Tout part toujours dans les flots
Au fond des nuits sereines
Ne vois-tu rien venir ?
Les naufragés et leurs peines qui jetaient l'encre ici
Et arrêtaient d'écrire…

Always lost in the sea
Always lost in the sea
Always lost in the sea
Always lost in the sea

Ami, qu'on crève d'une absence
Ou qu'on crève un abcès
C'est le poison qui coule
Certains nageaient sous les lignes de flottaison intimes
A l'intérieur des foules
Aux sombres héros de l'amer
Qui ont s traverser les océans du vide
A la mémoire de nos frères
Dont les sanglots si longs faisaient couler l'acide…

Always lost in the sea
Always lost in the sea
Always lost in the sea
Always lost in the sea

Pisząc o post-punku, warto też wspomnieć o wokaliście występującym pod pseudonimem Jacquy Bitch. W latach 1981-1991 działał on w zespole Neva, powstałym w Saint-Quentin w północnej Francji. Od 1991 roku robi karierę solową. W 2009 roku wystąpił na Castle Party- największym polskim festiwalu muzyki gotyckiej, odbywającym się co roku w dolnośląskim Bolkowie. Jacquy Bitch potrafi przykuć uwagę nie tylko muzyczną, ale i wizualną stroną swoich występów. Jedną z ciekawych piosenek zespołu Neva jest Erreur de suicide.

Jacquy Bitch

Jacquy Bitch

Podpowiedzi na YouTube naprowadziły mnie także na trop innych ciekawych zespołów, jak Nouvelle Vague i Nouvelle Phénomène. Ten ostatni zespół tworzy zarówno po angielsku, jak i po francusku. Jak widać, w dobie internetu dotarcie do ciekawych materiałów nie jest trudne. Zachęcam do samodzielnych poszukiwań- moje doświadczenia mówią, że to, co samodzielnie odkryte, sprawia największą przyjemność i najskuteczniej zachęca do dalszego zdobywania wiedzy.


Zobacz także…

Francuskie brzmienia – część 5. Czego może nauczyć nas hip-hop?
Francuskie brzmienia – część 6. W kręgu poetów przeklętych
Francuskie brzmienia – część 7. Subiektywny przegląd klasyki cz. 1
Francuskie brzmienia – część 8. Subiektywny przegląd klasyki cz. 2

Angielski w 3 miesiące i 5 języków jednocześnie, czyli pytania od czytelników

pytaniaPierwszą sprawą, jaką chciałem się zająć po powrocie na Wooflę z długo oczekiwanego urlopu miało być podsumowanie mojego małego projektu nauki afrikaans. W międzyczasie jednak otrzymałem na skrzynkę mailową wiadomości od dwóch czytelników z pytaniami dotyczącymi nauki języków obcych, na które, zgodnie z zasadą mówiącą, iż czytelnik jest najważniejszy, czuję się po dwóch tygodniach zwłoki zobowiązany odpowiedzieć. W związku z tym, że pytania są natury dość ogólnej postanowiłem utworzyć z nich bazę do pełnoprawnego wpisu, z którego będą mogły skorzystać bądź go uzupełnić osoby odwiedzające nasz skromny serwis. Czytelników oczekujących na podsumowanie „Eksperymentu językowego" chciałbym jednocześnie poinformować, iż szczegółowe omówienie tegoż pojawi się na Woofli już za trzy dni.

Chcę za 3 miesiące nie bać się popisać z kimś na forum po angielsku a w późniejszym czasie rozmawiać na „żywca".

Pierwsza zwróciła się do nas Magda:

(…) Postawiłam cel: za 3 msc mam nie bać się popisać z kimś na forum po angielsku a w późniejszym czasie rozmawiać na „żywca". U mnie ten język leży… Od czego zacząć naukę? Mam kilka książek z gramatyką. Co polecasz krok po kroku? Mam codziennie czas (ok. godziny) na naukę. Nie wiem czy to istotne ale posiadam słuch muzyczny (gram na skrzypcach). (…)

Przede wszystkim cieszy mnie, że cele są wyraźnie sprecyzowane – Magda chce w ciągu 3 miesięcy nie bać się popisać z kimś na forum, a w późniejszym czasu rozmawiać po angielsku. Szkoda natomiast, że oprócz skromnej wzmianki o tym, iż język leży nie wiadomo nic o poziomie jego znajomości. Sam uważam, że mój angielski leży mimo iż miesiąc temu bez specjalnego przygotowania zdałem egzamin potwierdzający jego znajomość zwalniający mnie z zajęć na studiach, na co dzień czytam angielskojęzyczną literaturę, słucham radia. Nie jest to jednak język, który kiedykolwiek mnie specjalnie pociągał, więc znacznie mi bliżej do czegoś co nazwałbym mianem „Standard-Central-European", co widać zwłaszcza w kontakcie z ludźmi, dla których język ten jest ojczystym. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Skupmy się więc przede wszystkim na tym co chcemy osiągnąć i przygotujmy się na parę stwierdzeń zahaczających czasem o truizm, ale ciężko mi inaczej udzielić szczerej odpowiedzi.
Chcesz znać angielski na tyle by pisać na anglojęzycznym forum? Możesz oczywiście przerobić podręcznik Wiedzy Powszechnej (poziom podstawowy zupełnie w tym wypadku wystarczy), robić tłumaczenia z polskiego na angielski w sposób podobny jak ja przy nauce afrikaans (uprzedzam jednak, iż bez pewnych skłonności do masochizmu ciężko wytrwać 3 miesiące), mieć włączone cały czas anglojęzyczne radio w tle, czytać brytyjskie gazety poświęcając na to prawie każdą wolną chwilę – tak zapewne zrobiłbym ja, gdybym chciał się nauczyć języka od podstaw. Ale wcale tego nie polecam.
Tak naprawdę najwięcej da Ci natychmiastowa rejestracja na wspomnianym forum i próby udzielania się na nim. Bo po co robić rzeczy poboczne, jeśli można się skupić się akurat na tym na czym nam najbardziej zależy? Nie chcę by zrozumiano mnie źle – uważam, że należy w pewnym stopniu znać każdy aspekt języka, ale przede wszystkim należy wiedzieć do czego danego języka chcemy używać i dostosować naszą znajomość do wymogów rzeczywistości tak by nie tracić niepotrzebnie czasu na coś co nam się w najbliższym czasie nie przyda. Przykładów takiego dostosowania jest mnóstwo. Duży odsetek Xhosa nie potrafi czytać i pisać w swoim ojczystym języku, ale zupełnie nie przeszkadza im to w rozmowie. Mój mówiony afrikaans jest słaby, ale absolutnie nie wpływa to ujemnie na moją umiejętność czytania w tym języku, która jest dla mnie znacznie ważniejsza. Do czego zmierzam? Choć byśmy nie wiadomo ile ćwiczeń wykonali, natura języka polega przede wszystkim na jego użyciu w praktyce, a poziom znajomości przeważnie jest zależny od jego obecności w naszym życiu (patrz wcześniejszy artykuł pt. Ilu języków tak naprawdę potrzebujesz?). Tak jak już wspomniałem, warto przerobić przynajmniej jeden podręcznik, żeby mieć podstawy leksykalno-gramatyczne, ale nie można zapominać, że język to przede wszystkim jego praktyczne użycie. Dlatego jestem zwolennikiem nie tyle nauki co włączenia języka w swój życiowy rytm. Uczymy się pisać na forum poprzez pisanie na forum. Uczymy się mówić poprzez mówienie. Tego nie nauczą nas nawet najlepsze podręczniki i najbardziej wymyślne metody. Nie ma czegoś takiego jak droga na skróty. Wyobrażam sobie, że strach przed pisaniem na forum po angielsku może być przytłaczający, ale często jest to kwestia jakiejś kolejnej życiowej bariery, którą należy przekroczyć. Po co bać się czegoś czego pragniemy? Dlaczego nie robić tego czego pragniemy? Nikt za nas nie będzie pisać na forum. Nikt za nas nie będzie też rozmawiać. A to kiedy zaczniemy to robić w znacznie większym stopniu zależy od nas samych, a nie od naszej znajomości języka.

Angielski, niemiecki, norweski, hiszpański oraz francuski – jednocześnie

Parę dni później otrzymałem maila od Jacka, który tak opisał swoją znajomość języków obcych:

Angielski – nauczony głównie z filmów z napisami. Polskimi oczywiście. Jeszcze wcześniej z zamiłowania do Linuxa. Cała dokumentacja po angielsku więc czytanie i próba zrozumienia treści . O dziwo na przemienne korzystanie z tych dwóch źródeł pomogło mi na w miarę sprawny kontakt w tym języku.

Niemiecki – 4 lata w szkole podstawowej i 5 lat średniej. Generalnie forma nauczania wszystkim znana. Wkuwanie słówek i zaliczanie gramatyki jakiś tam efekt przyniosło ale żebym był z tego jakoś zadowolony to nie bardzo. „Dogadać" się potrafię ale dużo mi jeszcze brakuje.

Norweski – po znakomitym kursie(…). Poziom A1-A2. W planie rozszerzenie tego zagadnienia. Obecnie podjąłem pracę w Norwegii więc będę miał gdzie się rozwijać 🙂

Następnie Jacek zadał pytania:

Rozbudowane pytanie numer 1.
W jednym z wpisów na blogu polecałeś kurs Assimil. Niestety nie mam do tego zbytniego dostępu więc chciałbym zasięgnąć opinii co zakupić. Czy dwa kursy z polskim lektorem czy może obcojęzyczną. Na domiar tego obcojęzyczna ma dwie opcje:
angielsko-niemiecka
http://fr.assimil.com/methodes/german
albo
niemiecko-angieska
http://fr.assimil.com/methodes/englisch-ohne-muehe
Wszystko po to aby mniej więcej wyrównać poziom tych dwóch języków.
Z której opcji byś skorzystał w takiej sytuacji? (…) Bo generalnie to angielski i niemiecki w miarę ogarniam a dostępne są podręczniki z Assimila do francuskiego i hiszpańskiego… Więc jakby wszystkie cztery języki za jednym podejściem przeanalizować? Angielsko-feancuski i niemiecko-hiszpański. Sam nie wiem czy to dobry pomysł.
Daj znać jak Ty to byś widział.

Po pierwsze – lektorzy w podręcznikach Assimil to zawsze rodowici użytkownicy języka, jakiego się uczymy, więc to jaką wersję językową wybierzemy nie gra tak naprawdę dużej roli. Po drugie – jako że po angielsku potrafisz się porozumiewać to odpuściłbym sobie przerabianie kolejnego podręcznika dla początkujących i większą uwagę skupił na źródłach pozainformatycznych (dokumentacje są pisane językiem specyficznym mającym niewiele wspólnego z tym, czego używamy w codziennej komunikacji) oraz ewentualnie przerobił jakieś repetytorium gramatyczne. Po trzecie – nie polecam się językowo rozdrabniać. Mimo niesłychanie interesującej intelektualnie przygody, jaką jest nauka kolejnych języków obcych muszę powiedzieć, że znacznie sensowniejsze wydaje się szlifowanie 240px-Flag_of_Norway.svgjednego do wysokiego poziomu niż nauka kolejnych do poziomu A2/B1, a następnie ich zapomnienie ze względu na brak czasu, w którym można ich użyć. Równoległa nauka kilku języków to przedsięwzięcie tyleż ambitne co nieefektywne. O ile można starać się utrzymać kilka języków na znośnym poziomie (choć też zajmuje to sporo czasu – nasuwa się pytanie czy warto?), o tyle poczynienie postępów wymaga już sporych nakładów czasu – godzina dziennie, wbrew temu co niektórzy optymiści twierdzą, to moim zdaniem minimum.
Osobiście skupiłbym się na norweskim (mieszkasz w Norwegii, ciężko o lepsze warunki), szlifując przy okazji angielski. Gdy starczy Ci czasu i gdy osiągniesz wysoki poziom w tych językach podszedłbym do niemieckiego. Z innymi językami poczekałbym jeszcze przez przynajmniej dwa lata.

Mniej rozbudowane pytanie numer 2:
W jednym z wpisów polecasz podręczniki wydawnictwa Wiedza Powszechna. Mam jeden do norweskiego. Dobry, z tym tyko że ja posiadam Język norweski dla początkujących a Ty polecasz serię Mówimy po… . I tu rodzi się pytanie… Który lepszy?

O ile mi wiadomo wydawnictwo nie ma w swojej ofercie książki „Mówimy po norwesku", a „Język norweski dla początkujących" jest jedynym dostępnym tytułem. Nigdy jednak nie zawiodłem się na publikacjach Wiedzy Powszechnej i książka powinna Ci dobrze służyć jako baza do dalszego kontaktu z językiem. Od tego czy posiadamy dobre materiały dydaktyczne dużo ważniejszy jest jednak sam proces nauki i używania języka. Bardzo często problem ludzi polega na tym, że zbyt długo szukają konkretnych materiałów, podczas gdy mogliby ten czas przeznaczyć znacznie produktywniej. Dlatego polecam już dziś spędzać nad swoim norweskim przynajmniej godzinę dziennie – w ciągu pół roku powinieneś zrobić naprawdę spore postępy.

Lektura dodatkowa

Powyższe odpowiedzi w dużej mierze są oparte na tym co zawarłem we wcześniejszych artykułach, jakie ukazały się na Woofli, które polecam przeczytać wszystkim osobom zainteresowanym moją opinią na temat nauki języków obcych.
Praca własna z tekstem oraz audio gdy brak podręcznika
Nauka języka bez podręcznika czyli część 2 – czytanie
Myśl samodzielnie i nie patrz na innych czyli krytyka poliglotów
Ilu języków tak naprawdę potrzebujesz
Ilu języków warto się uczyć jednocześnie
Najlepsza rada dotycząca nauki języków obcych

Pierwsza książka w języku obcym

Zapewne każdy z Was doskonale wie o tym, że ważną składową w procesie nauki języka jest umiejętność odbioru tekstu czytanego. Uczymy się tego od samego początku, najpierw tworząc mini dialogi w sklepie, na dworcu itd. Później nadchodzi czas na czytanki z podręcznika podczas lekcji angielskiego. Jak to przebiega? Przeważnie czytamy tekst, podkreślamy nieznane słowa, następnie tłumaczymy je na język polski.  Ponadto rozwiązujemy zdania typu prawda-fałsz lub odpowiadamy na pytania dotyczące treści tekstu. W dużej mierze tutaj kończy się nasz kontakt z językiem czytanym. Zdajemy maturę, egzamin, kolokwium i tyle. Rzadko kto sięga po książkę w oryginale czy artykuł w „The Times”. Postaram się Wam opisać moją przygodę z czytaniem w językach obcych i zachęcić Was do rozwijania tej kompetencji językowej. Ready, steady, go!

IMG_20160305_190130Co zyskujemy?
Po pierwsze, czytanie w języku obcym pozwala nam na przyswojenie zasad ortografii.  Dużo łatwiej jest uczyć się języka, wtedy gdy potrafimy sobie zwizualizować dane słowo. Poza tym, czytając zwracamy uwagę też na zasady pisowni i wszelkie wyjątki. Pozwoli nam to lepiej zapamiętać dane słowo, a co za tym idzie, szybciej się go nauczyć. Po drugie, poszerzamy swoje słownictwo. Oczywiście w zależności od tego po co sięgniemy tak będzie się kształtował zasób naszej leksyki. Ważne jest, aby czytać to, co sprawia nam przyjemność, ale o tym za chwilkę. Po trzecie, czytając w języku obcym po części tworzymy sobie rzeczywistość językową, która jest bardzo ważna w trakcie całego procesu nauki języka. Po czwarte uczymy się konkretnych słów w kontekście, w którym się ich używa; poznajemy kolokacje i struktury językowe.

Co wybrać?

Wybór książki do czytania jest bardzo indywidualny. Można sugerować się poziomem znajomości języka, więc dla początkujących polecałabym komiksy i książki dla dzieci. Dla osób średnio zaawansowanych odpowiednie będą wszelkie gazety  the Mirror lub the Sun – można znaleźć tam naprawdę przystępne językowo teksty. Dla grupy zaawansowanej odpowiednie będą oczywiście pełnowymiarowe książki z wszelakich dziedzin. Musimy jednak pamiętać, żeby na pierwszą czy drugą książkę nie wybierać sobie bardzo ambitnych dzieł. Na początek nie polecam na przykład „Nędzników”, bo można się bardzo zniechęcić.IMG_20160305_190212

Mam już książkę i co dalej?

Istnieje kilka strategii czytania ze zrozumieniem z języku obcym. Kwestia wyboru jest znów bardzo indywidualna. Jednak istnieją pewne wskazówki, które z pewnością przydadzą się każdemu:

1. Nie tłumacz!
To jeden z największych błędów. Zaczynasz czytać i na pierwszej stronie jest dwanaście nowych słów. Podkreślasz i pędzisz do słownika, żeby zaraz sprawdzić ich znaczenie. Po dwudziestu minutach masz przetłumaczoną pierwszą stronę. Sukces, tylko czy o to Ci chodziło? Tłumaczenie słowo w słowo zostaw tłumaczom. Skup się na przekazie ogólnym, a słowa których nie znasz staraj się powiązać z kontekstem. Uwierz mi, na początku będzie to trudne, ale to naprawdę dobra metoda czytania.

2. Szukaj skojarzeń.
Załóżmy, że w tekście znajdujesz  obce słowo, którego nie znasz. Można je po prostu pominąć i czytać dalej, ale czasem warto się zastanowić czy mamy z tym wyrazem jakieś skojarzenia. Może jest to forma czasownika lub antonim do przymiotnika, który już znasz? Staraj się zapisywać te słowa, tak by powstały rodziny wyrazów – to bardzo pomaga w nauce

3. Stop frustracji.IMG_20160305_190225

Każdy język, którego się uczymy jest dla nas językiem obcym. Nawet gdybyś używał angielskiego od dwudziestu lat zawsze znajdzie się słowo, którego po prostu nie znasz. To zupełnie normalne, nikt nie jest chodząca encyklopedią. Czytając tekst w języku obcym nie zrozumiesz wszystkiego – pogódź się z tym.

4. Coś co znasz.

Bardzo dobrym pomysłem jest czytanie książki, której lekturę w języku polskim już masz za sobą. Plusem takiego podejścia jest to, iż znasz fabułę i bohaterów, a czytając angielską wersję dokonujesz jedynie porównań dot. tego jak zostały przetłumaczone nazwy, miejsca itd.

Jak zacząć?

Początek przygody z językiem używanym w literaturze nie będzie łatwy. Niestety, tak już jest i trzeba to zaakceptować. Ważne jest, aby się nie zniechęcać. Kiedy już pogodzimy się z faktem, że nie zrozumiemy każdego idiomu, łatwiej nam będzie czerpać radość z czytania. Jeśli natomiast będziemy wracać do słownika za każdym razem gdy zobaczymy nowe słowo, to czytanie stanie się dla nas męczarnią, a przeczytanie stu stronicowej powieści będzie istnym koszmarem.

Podzielę się z Wami moją historią, o tym jak zaczynałam czytać. Otóż, tak jak pewnie większość uczących się języka, traktowałam język czytany jako zło konieczne i coś co w zasadzie do niczego mi się nie przyda. Pierwszą moją książką, którą musiałam przeczytać był „Mały niedźwiadek", bajka po francusku dla dzieci. Prawdę mówiąc, zmusiłam się do jej czytania co nie przychodziło mi łatwo. Jednakże, po skończonej lekturze wiedziałam już, jakie popełniłam błędy i co mogłam zrobić, żeby ten proces przyspieszyć. W związku z tym sięgnęłam po kolejną dziecięca bajkę i próbowałam różnych strategii, żeby znaleźć tę najbardziej odpowiednią. Potem to już naturalnie poszłam za ciosem i na studiach moim ulubionym przedmiotem była oczywiście literatura.

Czas na akcent humorystyczny. Nie mogę wprost nie wspomnieć tej kultowej sceny z filmu Barei. Proszę kliknijcie tutaj, żeby zobaczyć sobie ten króciutki fragment. 🙂

Moi Drodzy, nie czytajmy dla zabicia czasu.

Jakie są Wasze opinie na temat obcojęzycznych książek? Czytacie? Lubicie? Macie swoje ulubione? Podzielcie się nimi w komentarzach.


Zobacz też:

Praca własna z tekstem oraz audio gdy brak podręcznika
Nauka języka bez podręcznika – część 2 – czytanie
Obca literatura dziecięca: dobre źródło nauki?
Jak czytać i nie zwariować

Francuskie brzmienia, cz. 9 W kręgu punk-rocka

fran9Chyba nawet osoba nieobeznana z muzyką punkową, zna choćby z nazwy takie angielskie zespoły, jak Sex Pistols czy The Clash. Francuskojęzyczny punk rock nie zrobił aż takiej kariery, jednak także warto mu się przyjrzeć. W moim przedostatnim już wpisie poświęconym muzyce francuskiej chciałabym przedstawić kilka francuskojęzycznych zespołów z gatunku szeroko pojętego punka. Tradycyjnie już wybór będzie subiektywny, a kolejność- przypadkowa.

Jedną z grup, któe miały największy wpływ na uformowanie francuskiej sceny punk-rockowej, jest Métal Urbain– zespół powstały w 1976 roku w Paryżu, działający do 1980 roku i zreaktywowany w 2003 roku. Jello Biafra, były wokalista i tekściarz kalifornijskiej grupy punkowej Dead Kennedys, po wysłuchaniu piosenki Métal Urbain Lady Coca-Cola,  będącej przewrotną peanem na cześć butelki amerykańskiego napoju, stwierdził z entuzjazmem, (sic!) że jej brzmienie przypomina dźwięk wiertła dentystycznego w wersji stereo. Z innych ciekawych piosenek zespołu warto wymienić Logotomie, krytykującą wszechobecne reklamy i komercję. Tytuł to gra słów logo i lobotomie. Teksty Métal Urbain są dosyć proste i nie zawierają skomplikowanych konstrukcji gramatycznych. Są dostępne na stronie zespołu.
Z nowszych zespołów warto wymienić Les Vaches Laitières (dosłownie: Krowy Mleczne) grupę punkową ze Szwajcarii, z Genewy. Na swojej stronie internetowej muzycy określają grany przez siebie gatunek jako punk-rock chmielowy (punk-rock houblonné). Istotnie, złocisty trunek, a także mocniejsze alkohole, zajmują poczesne miejsce w tekstach grupy, co widac choćby w intro płyty On n'est pas des moutons ! Ou bien !?!. Album, wraz z tekstami, jest dostępny tutaj. Alkohol nie jest jednak jedynym tematem tekstów  Les Vaches Laitières. Poruszają oni ważne dla muzyki punkowej tematy nierówności społecznych i wykluczenia społecznego, co widać np w piosence Le chant des pigeons , w której społeczeństwo zostaje porówane do stada gołębi, a autor ironicznie dziękuje szefowi za to, że może harować dla niego w pocie czoła. W piosence występuje sporo skróconych form, charakterystycznych dla jezyka mówionego, np d'la communauté zamiast de 1022233160la communauté czy de m'louer zamiast de me louer. Z zagadnień gramatycznych warto zwrócić uwagę na conditionnel- tryb przypuszczający, obecny takich zdaniach, jak Non je ne sais vraiment pas comment j’vivrais sans toi, oznaczającym Nie, naprawdę nie wiem, jak mógłbym żyć bez ciebie, czy Je voterais pour toi.- Głosowałbym na ciebie. Innym zagadnieniem mogącym sprawiać trudności na początku nauki, jest subjonctif- tryb łączący. Wyraża on to, co jest subiektywne- życzenia, obawy, wątpliwości, przypuszczenia i opinie. Zdanie C'est normal qu'les plus riches que moi ils aient plus de droits oznacza To normalne, że bogatsi ode mnie mają więcej praw. Aient to właśnie subjonctif- konkretnie trzecia osoba liczby mnogiej czasownika avoir. Przystępne i kompletne omówienia trybów i innych zagadnień gramatycznych mozna znaleźć na stronie Karola Rzemykowskiego.

Des millions de gens qui bossent comme des connards
Et pas pour les besoins d'la communauté
Qui triment toute leur vie du matin au soir
Rien que pour enrichir deux trois enfoirés
Des pourris qui cumulent tous les pouvoirs
Sur l'individu comme sur la société
Vas-y que j't'exploite et fais pas trop d'histoire
Ou je te jette et tu peux aller crever

On s'demande comment c'est possible dans une démocratie
Ben c'est parce qu'à chaque fois qu'on leur demande leur avis
On entend les pigeons roucouler leur chanson:
Merci patron de m'faire bosser pour toi
Non je ne sais vraiment pas comment j'vivrais sans toi
Merci patron, tu peux compter sur moi
Et à toutes les éléctions je voterais pour toi

Des millions de gens qui reversent presque un quart
De leur salaire à quelques enfoirés
Pour un toit qu'ils sont bien obligés d'avoir
Mais qui vaut pas le quart de ce qu'on leur fait raquer
Qu'on laisse joyeusement à quelques richards
Le pouvoir de régner sur l'immobilier
De spéculer, de racketter des milliards
En exploitant une vitale nécessité

On s'demande comment c'est possible dans une démocratie
Ben c'est parce qu'à chaque fois qu'on leur demande leur avis
On entend les moutons qui bêlent à l'unisson:
Merci mon proprio de m'louer un toit
Non je ne sais vraiment pas où c'que j'vivrais sans toi
Merci mon proprio, tu peux compter sur moi
Contre ces salauds de squatteurs je serais avec toi

Tous ces gens qui passent leur vie à cotiser
Pour financer gaiement de grandes sociétés
Tous les secteurs rentables offerts aux privés
Les déficitaires pour la communauté
Des flics partout pour gauler les mendiants
Traquer le réfugié, t'expulser de chez toi
Des prisons qui sont bourrées de pauvres gens
Une justice qui s'achète à l'heure d'avocat

On s'demande comment c'est possible dans une démocratie
Ben c'est parce qu'à chaque fois qu'on leur demande leur avis
On entend les pigeons, contents d'être ce qu'ils sont:
Merci nos lois de fonctionner comme ça
C'est normal qu'les plus riches que moi ils aient plus de droits
Merci l'Etat de cautionner tout ça
J'suis si fier de contribuer à cette société là

On s'demande comment c'est possible dans une démocratie
Ben c'est parce qu'à chaque fois qu'on leur demande leur avis
Les pigeons, les moutons reprennent tous en canon:
Merci patron de m'faire bosser pour toi
Moi aux prochaines éléctions je voterais pour toi
Merci mon proprio de m'louer un toit
Contre ces salauds de squatteurs je serais avec toi
Merci nos lois de fonctionner comme ça
C'est normal qu'les plus riches que moi ils aient plus de droits
Merci l'Etat de cautionner tout ça
J'suis si fier de contribuer à cette société là

Muzya punkowa to także bogate źródło słów pochodzących z języka potocznego. W zacytowanej piosence można znaleźć takie słowa, jak:

un salaud– łajdak, dupek, menda

bosser– tyrać, harować

un proprio– właściciel (skrót od propriétaire)

un flic– glina, pała, pies

un richard– bogacz

Faute de Frappe, to kolejna grupa punkowa z Genewy, powstała w 2003 roku. Wyrażenie faute de frappe oznacza błąd typograficzny, literówkę. Jak przystało na punkowców, piszą oni obrazoburcze teksty. Na YouTube można wysłuchać całości ich płyty z 2010 roku pod wymownym tytułem Le Retour aux Vraies Valeurs: Sex, Drugs, Punk'n'Oi!pobrane

Na koniec ciekawostka, która z pewnością zainteresuje miłośników Georges'a Brassensa. Na południu Francji, w Tuluzie, istnieje zespół Brassen's Not Dead, który wykonuje piosenki Georges'a Brassensa w punkowych aranżacjach. Muzycy wzięli na warsztat między innymi piosenki Mauvaise Reputation i Brave Margot, o których wspomniałam w poprzednim wpisie. Spora część ich piosenek dostępna jest na YouTube. Zachęcam do zapoznania się z nimi.


 

Zobacz też…

Francuskie brzmienia – część 4. Avec pas d'casque
Francuskie brzmienia – część 5. Czego może nauczyć nas hip-hop?
Francuskie brzmienia – część 6. W kręgu poetów przeklętych

 

Język obcy dla seniora

Nauka języków obcych nie jest zdominowana przez dzieci, choć mogłoby się tak wydawać, ponieważ to przecież one mają w miarę regularny kontakt z językiem w czasie szkolnym. Coraz częściej na kursy językowe zgłaszają się nie tyle młodsi dorośli, co seniorzy. Osoby starsze (w wieku 60+) z każdym rokiem chętniej poszerzają swoją wiedzę z zakresu języków obcych. W tym artykule spróbujemy wskazać źródła ich motywacji do nauki, zdefiniować wymagania co do zajęć oraz zastanowimy się, jak można sprawić, by proces przyswajania wiedzy był miły i przyjemny.

Osoba, która uczęszczająca na kurs językowy kojarzy się z kimś młodym – jest to jeden z najczęstszych stereotypów. Na szczęście takie myślenie odchodzi w niepamięć. Społeczeństwo, które żyje coraz dłużej, jest coraz bardziej świadome swoich kompetencji lub ich braku. Potrzeba edukacji przez całe życie stała się jedną z najważniejszych, dlatego też osoby po sześćdziesiątym roku życia starają się być aktywne także pod względem nauki języka obcego.  Fenomen obserwuje się w wielu krajach europejskich i można nazwać go glottogeragogiką – subdyscypliną dydaktyki języków obcych, jeśli chodzi o nauczanie ludzi starszych. Z uwagi na to, że jest to młoda gałąź nauki, wciąż niewiele jest rzetelnych opracowań na ten temat.

Seniorzy żyją coraz aktywniej, czego dowodem są na przykład Uniwersytety Trzeciego Wieku  (UTW). Obecnie na samym tylko Śląsku jest ponad 50 miejsc, gdzie seniorzy mogą kontynuować swoją edukację. Klikając tutaj możecie znaleźć aktualną bazę UTW na mapie Polski. Oczywiście zajęcia prowadzone na UTW obejmują także kursy językowe, z czego bardzo chętnie korzystają seniorzy.  Według danych z 2013 roku, osoby starsze najchętniej wybierają rosyjski, za to drugie miejsce zajmuje wszechobecny angielski.

 

Obecnie możemy zaobserwować dwa dominujące trendy. Jeden już wyżej wspomniany, czyli nauka przez całe życie oraz drugi, dotyczący nauki języka obcego wśród najmłodszych dzieci. Czy nie macie wrażenia, iż jest w tym nieco sprzeczności? Tyle się słyszy o możliwościach dzieci, które chłoną „jak gąbki”, uczą się nieświadomie, dobrze imitują dźwięki, a ich mózg jest bardzo plastyczny. Te twierdzenia są jak najbardziej prawdziwe, jednak co zrobić, by zacząć naukę języka jako senior? Teoretycznie osoba starsza może mieć problemy ze słuchem lub wzrokiem, prawdopodobnie trudniej jest jej się skoncentrować, ma kłopoty z pamięcią, a jej organy głosowe nie są w stanie wytworzyć nowych dźwięków. Na szczęście to tylko teoria. Seniorzy na UTW to osoby, które mogłyby obdarzyć swoją  motywacją cały kontynent. Nawet jeśli zmagają się z pewnymi kłopotami zdrowotnymi, lub nauka wymaga od nich dużo więcej czasu, to nie poddają się tak łatwo.

Motywacja do nauki to czynnik, bez którego nie odniesiemy sukcesu. Tutaj tak naprawdę to seniorzy mają przewagę nad dziećmi. Nikt nie ma tak dużej motywacji żeby opanować język, osoby w podeszłym wieku uczą się dobrowolnie, bez stresu i presji. Jakie są główne powody, dla których seniorzy podejmują się nauki języków? Pierwszym czynnikiem jest kontakt z rodziną. Wiele osób starszych zgodnie podkreśla, że do nauki najbardziej motywują je dzieci i wnuki. W czasach globalnej wioski, gdzie rodziny żyją z dala od siebie, a wnuki często nie znają języka polskiego, seniorzy sami próbują dostosować się do tej sytuacji. Część osób myśli też o przyszłości, być może ich zięciem lub synową będzie osoba, która nie będzie znała polskiego i wtedy chcieliby się czuć bardziej komfortowo w rozmowie z nią. Innym powodem, dla którego seniorzy uczą się języków to fakt, iż robią coś dla siebie. Będąc na emeryturze mają więcej wolnego czasu, który mogą spędzić w przyjemny sposób, między innymi na kursie języka. Niektórzy decydują się zdawać maturę, inni podchodzą do egzaminów typu FCE. W każdym przypadku kluczem jest komunikacja. Ludzie starsi nie chcą mieć już problemów na przykład na zagranicznych wakacjach. Chcą być na tyle samodzielni, by móc się porozumieć bez pomocy dzieci lub wnuków. Kolejnym aspektem może być stan zdrowia. Wiele osób przyznaje, iż zajęcia są dla nich jak krzyżówki, ćwiczą pamięć i koncentrację. Warto podkreślić to, że seniorzy mają na tyle bogate doświadczenie życiowe, że nie boją się porażki, a nawet jeśli taka im się zdarzy, to nie zniechęcają się, tylko śmiało idą dalej do celu.

Jak w takim razie pomóc seniorom w nauce? Jako nauczyciel możemy zdziałać naprawdę wiele. Pierwszą zasadą jest miła atmosfera, która pozwoli łatwo nawiązać kontakt z grupą. Jest to bardzo istotny element, którego nie powinno się pomijać. Kolejna rzecz to zadbanie o materiały, na których będziemy pracować. Powinny to być nagrania, piosenki, filmy, a także obrazki, wykresy i plakaty, można też dorzucić tu oczywiście mapy myśli (ang. mind maps).  Ogólnie rzecz biorąc, na zajęciach powinniśmy używać jak najwięcej materiałów audio i wideo, po to, by aktywizować różne ośrodki w mózgu. Celem nauki powinna być przede wszystkim komunikacja w języku obcym, warto byłoby skupiać się na zwrotach przydatnych podczas podróży czy zwiedzania.

Wybór podręcznika dla seniorów jest już dużo łatwiejszy. Na rynku pojawiły się specjalne kursy książkowe z nagraniami dedykowane osobom starszym. Czym się wyróżniają? Przede wszystkim czcionka w nich użyta jest zdecydowanie większa od standardowej. Po drugie nagrania na płytach charakteryzują się wolnym tempem, co umożliwia wsłuchanie i skupienie się. Poniżej znajdziecie listę kilku pozycji, które są bardzo przydatne:

  •  „Angielski dla seniorów. Poziom podstawowy” wydawnictwo Edgard
  • Angielski dla aktywnych seniorów” wydawnictwo Olesiejuk
  • Angielski dla seniorów. Kurs podstawowy 2. Ćwiczenia” wydawnictwo DIM
  • Angielski dla seniora” wydawnictwo Lingo

Nauka języka obcego przez seniorów z pewnością jest wyzwaniem dla nich samych, ale także dla nauczyciela. Jeszcze raz podkreślam fakt, iż ciężko o bardziej zdeterminowanych uczniów, którzy świadomie i chętnie się uczą. Miałam okazję prowadzić takie kursy językowe i uważam, iż było to moje najlepsze dydaktyczne doświadczenie. Każdemu polecam i jednocześnie zachęcam do nauki języka obcego – zdolność do nauki nie mija z wiekiem! Bonne chance á tous!

 

9 kluczowych pytań na temat ANKI

ankipytaniaW zeszłym tygodniu otrzymałem od jednego z naszych czytelników następującego maila – „(…) Jak wygląda u Ciebie sprawa czytania obcojęzycznej Wikipedii w celach nauki języka? Ten problem był poruszany, ale prawdopodobnie nie zrozumiałem go dostatecznie dobrze. Przykładowo czytając, niemieckojęzyczną Wikipedię natrafiam na zdanie, którego znaczenia nie jestem w stanie wyciągnąć z kontekstu. Co w takim wypadku robię? Kopiuję do ANKI. Jednak co dalej? Z pomocą słownika staram się w miarę poprawnie napisać tłumaczenie tego zdania czy nie dodaję tłumaczenia?" Nieraz już pisano na Woofli o programach SRS (ang. Spaced Repetition System) takich jak Anki czy Mnemosyne, które w znacznym stopniu są w stanie wspomóc proces nauki języka obcego. Zwracałem uwagę zarówno na zalety tego typu rozwiązań, jak i ich wady, ale może faktycznie zbyt mało miejsca poświęciłem szczegółowemu opisowi samej metody pracy z aplikacją. Niniejszym artykułem spróbuję podsumować moje kilkuletnie doświadczenie pracy z Anki, omówić szczegółowo w jaki sposób można stosować elektroniczne fiszki do nauki języka z obcojęzycznych tekstów oraz zamknąć serię rozważań nad ich zastosowaniem w nauce języków obcych.

1.Jaki SRS jest najlepszy?
2.Czy lepiej korzystać z gotowych talii czy też tworzyć je samodzielnie?
3.Jaki format powinna mieć talia?
4.Jak wykonywać sesję elektronicznych fiszek? W głowie, pisemnie czy ustnie?
5.Jeśli informacje zapisywane ręcznie są lepiej zapamiętywane to dlaczego używasz elektronicznych fiszek?
6.Jakiego formatu sam używam?
7.Ile minut powinna trwać powtórka?
8.Jakiego rodzaju tekstów używać? Jakie zdania wpisywać do talii?
9.Czy to wystarczy, żeby nauczyć się języka?

1.Jaki SRS jest najlepszy?

Prawdę mówiąc różnica pomiędzy poszczególnymi programami SRS jest w dużej mierze wyłącznie kosmetyczna. Najpopularniejszy program obsługujący elektroniczne fiszki, jakim bez wątpienia jest Anki, od wydania wersji 2.0 znacznie zwiększył zakres swoich możliwości, ale tak naprawdę czynnikiem decydującym o poprawnym działaniu pozostaje niezmiennie ten sam algorytm rządzący naszymi elektronicznymi fiszkami. Głównym celem SRS-ów jest bowiem rozkładanie powtórek materiału w czasie tak aby najłatwiej było nam je trwale zapamiętać. Sam, po części ze względów sentymentalnych, po części z czysto praktycznych (problemy z konwersją utworzonych wcześniej talii do wersji 2.0) korzystam ze starej wersji Anki, którą nadal można ściągnąć z oficjalnej strony. Alternatywnym narzędziem jest Mnemosyne – nieco mniej znana aplikacja, której eksperymentalnie postanowiłem użyć do wspomagania nauki afrikaans i sprawdza się równie dobrze jak jej popularniejszy odpowiednik. Pozostałe SRS-y są już płatne, ale mając do dyspozycji tak kompletne darmowe oprogramowanie OpenSource jak Anki czy Mnemosyne, nie ma potrzeby o nich wspominać.

2.Czy lepiej korzystać z gotowych talii, czy też tworzyć je samodzielnie?

Sądząc po komentarzach, jakie ukazywały się pod poprzednimi artykułami poświęconymi tematyce SRS-ów, wiele osób ściągając Anki liczy na to, że program ma wbudowane moduły do nauki angielskiego (posłużę się najpopularniejszym przykładem) i wystarczy przysiąść 15 minut dziennie przed ekranem komputera, a język sam wejdzie do głowy dzięki przygotowanemu wcześniej materiałowi. Nic bardziej mylnego. Nie chciałbym w tym miejscu całkowicie deprecjonować wartości ogólnodostępnych talii – niektóre z nich są na pewno szczegółowo opracowane i zasługują na uwagę uczących osób. Problem jednak w tym, że korzystanie z gotowych materiałów w dużym stopniu uzależnia i jednocześnie opóźnia wykształcenie czegoś, co nazwałbym samodzielnością w nauce języka. Tworzenie własnych materiałów dydaktycznych jest sztuką, bez której ciężko samemu nauczyć się języka i którą warto wyrobić, żeby na dłuższy czas nie znaleźć się w fazie plateau lub mitycznym punkcie X, o którym pisałem w jednym z wcześniejszych artykułów. Dlatego zawsze będę polecał tworzenie własnych talii zawierających słownictwo, z jakim stykamy się w tekstach, które zdarzyło nam się w trakcie naszej językowej przygody przeczytać. Samodzielnie tworzonym taliom jest też ten artykuł w dużej mierze poświęcony.

3.Jaki format powinna mieć talia?

Sposobów tworzenia talii w Anki jest mnóstwo i wątpię, czy starczyłoby miejsca na omówienie każdego z nich dokładnie. Dlatego skupię się na najważniejszych układach, rozpatrując je pod względem kombinacji językowych(można tworzyć listy w formatach „L1-L2", „L2-L1", „L2-L2 z definicjami słownikowymi") oraz strukturalnym („słowo-słowo", „zdanie-zdanie", „zdanie-słowo", automatyczne tworzenie talii dwustronnej).Przyjrzyjmy się różnym kombinacjom bliżej:
A) L2-L1 słowo-słowo – najprostszy z możliwych układów. Na pierwszej stronie wypisujemy obce słówko, na drugiej jego polski odpowiednik. Talia taka wspomaga jedynie pasywną znajomość języka, zupełnie nie rozwijając tej aktywnej, na której często znacznie bardziej nam zależy (czasem mniej, czasem bardziej słusznie). Jeśli więc liczymy na to, że karty w niej zawarte znajdą się w naszym arsenale aktywnego słownictwa to możemy przeżyć rozczarowanie. Kolejnym mankamentem jest również zawodność przy słowach posiadających więcej niż jedno znaczenie, co bardzo ciężko przedstawić bezkontekstowo.
B) L1-L2 słowo-słowo – odwrotność poprzedniego wariantu. Po pierwszej stronie mamy polskie słówko, po drugiej obcy odpowiednik. Talia taka, choć w teorii miałaby wspomagać aktywną znajomość języka, niestety zupełnie nie sprawdza się w kontakcie ze światem rzeczywistym. Fakt opanowania tłumaczenia zupełnie wyrwanego z kontekstu, gdy widzimy kartę w Anki ma się nijak do użycia danego słowa w rozmowie z użytkownikiem danego języka obcego. Na domiar złego nie gwarantuje nawet paradoksalnie tego, iż dane słowo zrozumiemy w czytanym przez nas tekście. Dlatego serdecznie format ten odradzam.
C) L2-L1 L1-L2 słowo-słowo – połączenie wyżej wymienionych wariantów, ale z jednoczesnym tworzeniem kart w dwie strony. To, co w zamyśle twórców SRS miało zaoszczędzić ludziom tworzącym swoją talię wysiłku, prowadzi tak naprawdę do utworzenia sporej grupy kart zupełnie nieprzydatnych. Talia ta bowiem w przypadku wyrazów wieloznacznych prowadzi do powstania zbyt wielu relacji „wiele do wielu" co, podobnie jak w konstrukcji relacyjnych baz danych przy nauce języka jest niemile widziane i wprowadza chaos.
D) L2-L1 zdanie-zdanie – rozszerzenie wariantu. Mamy już słowo w kontekście, co wydaje się rozwiązywać problem wieloznaczności (przynajmniej dla tego konkretnego znaczenia). Nie ma jednak potrzeby tworzenia tłumaczenia całego zdania na polski, zwłaszcza iż przeważnie chodzi nam o pojedynczy wyraz bądź zwrot. Będzie to jedynie strata czasu.
E) L2-L1 zdanie-słowo – uproszczona i zarazem mniej czasochłonna wersja wariantu D. Jak w przypadku wariantu A, sprawdza się jedynie w rozwijaniu słownictwa pasywnego.
F) L1-L2 zdanie-zdanie – format, z którym praca jest najcięższa, ale jednocześnie przynosi największy efekt. Tłumaczenie całych zdań z języka, który już umiemy na obcy, nie jest zajęciem łatwym i przeważnie unaocznia nam wszystkie językowe niedociągnięcia, co dla wielu może być nawet powodem frustracji i zniechęcenia do kontynuacji swoich zmagań (bardzo ciekawie problem ten opisał Piotr w 4 części swojego cyklu pt. Style twarde i miękkie, czyli czy być miłym czy okrutnym. Warto jednak w tym miejscu zaznaczyć, że ilość błędów jest w tym wypadku rzeczywistym miernikiem tego, czy rzeczywiście proces, który wykonujemy, można nazwać nauką. Jeśli natomiast jesteśmy w stanie przejść z marszu przez powtórkę, recytując niemal każde zdanie, to oznacza to nic innego jak to, że materiał jest zbyt prosty, a my powinniśmy zawiesić poprzeczkę trochę wyżej. Błędy należy natomiast traktować jak błogosławieństwo, zastanawiać się nad nimi (można nawet je podkreślić na fiszce, co stosuje w przypadku szczególnie ciężkich zagadnień), starać się zrozumieć przyczyny ich wystąpienia i zapamiętać właściwą formę tak, aby nie powtórzyć ich w przyszłości.
G) L2-L2 – choć jestem zwolennikiem korzystania z jednojęzycznych słowników na pewnym etapie nauki języka, to ciężko mi sobie wyobrazić korzystanie z jednojęzykowej talii SRS. Są jednak ludzie, którzy takowych używają – jednym z nich jest regularnie u nas komentujący autor bloga Los idiomas y el mundo, który pod wcześniejszym artykułem na temat Anki szerzej opisał to, w jaki sposób korzysta z dobrodziejstw elektronicznych fiszek.
H) talie zawierające elementy graficzne i dźwiękowe – ludzie interesujący się technikami zapamiętywania stwierdziliby zapewne, że grafika i dźwięk znacznie ułatwiają zapamiętanie danego słowa. Być może mają rację, ale z mojego doświadczenia wynika, że samo stworzenie talii posiadającej wyżej wymienione elementy jest na tyle czasochłonne, że nie pozostawia już czasu na rzeczywistą naukę. Pamiętajmy, że Anki to tylko narzędzie, a jego moc tkwi w prostocie, a nie tym, że daną kartę możemy przeładować dodatkowymi informacjami.

4.Jak wykonywać sesję elektronicznych fiszek? W głowie, pisemnie czy ustnie?

Logo AnkiTo co najwygodniejsze jest przeważnie niestety najmniej efektywne. Polecam więc powtórki ustne (i mam tu na myśli mówienie, a nie mruczenie pod nosem) bądź pisemne (albo obie formy jednocześnie), zwłaszcza gdy korzystamy z talii typu F (L1-L2 zdanie-zdanie). Te pierwsze znacznie poprawiają wymowę pełnych zdań. Te drugie są znacznie bardziej czasochłonne, ale nieodzowne w przypadku problemów z poprawnym zapisywaniem języka, jakiego się uczymy. Wiele osób wymieniało swego czasu brak pola odpowiedzi tekstowej jako jedną z głównych wad programu. W tym miejscu chciałbym przypomnieć o istnieniu takich dobrodziejstw naszej cywilizacji jak kartka i długopis, których nie dość, że można użyć do zapisu naszego tłumaczenia, to jeszcze pozwalają znacznie lepiej utrwalić informację w naszej pamięci, niż tekst zapisany na klawiaturze (zainteresowanych szerzej odsyłam do pracy P. Mueller i D.Oppenheimera (2014) pt. The Pen Is Mightier Than the Keyboard.
Advantages of Longhand Over Laptop Note Taking
gdzie szczegółówo omówiono eksperyment przeprowadzony na studentach Princeton, którzy mieli sporządzać notatki z obejrzanego wykładu. Choć notatki sporządzone na laptopach były znacznie obszerniejsze, to nie sprzyjały zapamiętaniu informacji tak dobrze, jak informacja zapisana ręcznie).

5.Jeśli informacje zapisywane ręcznie są lepiej zapamiętywane, to dlaczego używasz elektronicznych fiszek?

Powodem jest brak czasu na zarządzanie kilkunastoma taliami fiszek papierowych. W przypadku fiszek elektronicznych rozkładem powtórek rządzi algorytm (który w razie potrzeby jestem sam w stanie kontrolować, gdybym uznał, że jest błędny), co oszczędza mi mnóstwo czasu i energii, jakie niewątpliwie włożyłbym w manualne ustalanie przerw pomiędzy poszczególnymi sesjami z daną kartą. Starczy, że do każdego z języków mam czasem po kilka zapełnionych po brzeg zeszytów.

6.Jakiego formatu sam używam?

Jak już parokrotnie wspomniałem, użycie SRS sprowadza się u mnie do dwóch talii spełniających zupełnie odrębne funkcje:
a) talie pasywne, których używam do gromadzenia nieznanych mi słów spotykanych w trakcie czytania literatury lub gazet służące tylko i wyłącznie utrzymywaniu znajomości pasywnej danego języka na wysokim poziomie. Są zbudowane w dość specyficzny sposób, który łączy cechy typów A oraz E. Sama talia wygląda bowiem dokładnie, jak typ A, ale dodatkowo prowadzę osobny zeszyt, do którego wprowadzam zdania zawierające słówka wstawione do talii. Każda fiszka i każde zdanie mają przypisany swój numer. Przeprowadzając sesję z taką talią, widzę najpierw obce słowo, a jeśli nie znam znaczenia, spoglądam na przypisane do niego zdanie w zeszycie – widząc słówko w kontekście, potrafię w 90% sytuacji podać jego znaczenie. Zdaję sobie sprawę z tego, że system jest mało przejrzysty dla kogoś, kto dopiero zaczyna przygodę z Anki, ale w moim przypadku się sprawdza.
b) talie aktywne typu F, których używam do rzeczywistej nauki, tłumacząc z L1 na L2 – tutaj nie ma zeszytów ani numerów, jest czyste tłumaczenie z L1 na L2. Zawsze na głos.

7.Ile minut powinna trwać powtórka?

O ile kontakt z talią pasywną staram się przeważnie ograniczać do 10 minut, o tyle praca z talią F może trwać tak długo, jak czuję się skoncentrowany na przerabianym materiale i mogę podejmować się tłumaczenia zdań na język obcy. Postęp w nauce jest wprost proporcjonalny do długości powtórki oraz do stopnia naszej skupienia. Im aktywna sesja jest więc dłuższa, tym lepiej, ale jeśli nie mamy siły na dłuższą pracę, rozbijajmy ją na bloki 15- bądź 20-minutowe, by wykonać je na przestrzeni całej doby. Przeważnie jednak staram się na bieżąco przeprowadzać sesje talii aktywnej w objętości wyznaczonej przez rządzący talią algorytm. Jak to wygląda w praktyce można zobaczyć w dzienniku prowadzonego od grudnia Eksperymentu językowego.

8.Jakiego rodzaju tekstów używać? Jakie zdania wpisywać do talii?

Wybierzmy coś, co nas interesuje – co równie chętnie przeczytalibyśmy w języku, który już znamy – albo coś, czego rzeczywiście potrzebujemy (do dziś pamiętam, jak uczyłem się niemieckiego słownictwa z branży telekomunikacyjnej, którego przyswojenie w innych warunkach byłoby stratą czasu). Bez jednego z tych dwóch czynników jakakolwiek próba przerobienia tekstu na talię Anki będzie w długim okresie skazana na porażkę. Zdania można oczywiście wpisywać dowolne, ale z doświadczenia wiem, że nie powinny być zbyt długie i warto je dla potrzeb programu rozbijać na oddzielne jednostki o trochę mniejszym stopniu złożoności. Powinny to być również zdania, co do których znaczenia nie mamy absolutnie żadnych wątpliwości. Gdybym miał natomiast polecić od czego można zacząć taką talię budować, to bez wątpienia byłby to podręcznik o odpowiednim stopniu zaawansowania.

9.Czy to wystarczy, żeby nauczyć się języka?

Nie. Ludzie często mają tendencję do wyolbrzymiania zbawiennego wpływu, jaki dana metoda wywiera na ich proces nauki. Język natomiast jest bardzo złożonym tworem i tak naprawdę zawsze najlepiej sprawdza się atakowanie go od różnych stron. Czasem trzeba przerobić lekcję z podręcznika, poczytać gazetę, książkę, posłuchać radia, porozmawiać z osobami władającymi tym językiem – bez godzin spędzonych na tych czynnościach nikt się jeszcze obcej mowy nie nauczył. Jak już kiedyś natomiast wspomniałem, SRS-y są jedynie suplementem nauki, czymś, co wspomaga sam proces, ale go nie zastępuje. Pomoc ta jednak jest na tyle istotna, że każdemu radzę przynajmniej spróbować zaimplementować ją w swoim procesie nauki. Polecam też eksperymentować z różnymi rozwiązaniami – to, co bowiem działa w moim przypadku, niekoniecznie musi się sprawdzić u osoby o innych predyspozycjach.

Cykl artykułów poświęconych SRS-om natomiast zamykam, bo uznaję, że przekazałem wszystkie najbardziej istotne informacje w tej kwestii i cała reszta powinna już całkowicie zależeć od osoby uczącej się. Chciałbym więc, aby każdy po przeczytaniu tego tekstu i ewentualnym pozostawieniu komentarza (uwagi krytyczne zawsze będą mile widziane) rzucił się po prostu w wir nauki, jednocześnie starając się samodzielnie wyznaczać jej ramy. Bo jedna czy druga osoba może udzielić lepszej bądź gorszej rady, ale języka się za Ciebie, Drogi Czytelniku, nie nauczy.

Podobne artykuły:
Dwa tygodnie i trzy pytania, czyli eksperymentu językowego ciąg dalszy
Jak tworzyć i wykorzystywać listy frekwencyjne?
Wyznania ANKIoholika
Faza plateau – co to jest i jak przez to przejść?
Przewodnik po Anki

Dwa tygodnie i trzy pytania – czyli eksperymentu językowego ciąg dalszy

praat_afrikaansMinęły już dwa tygodnie, od kiedy rozpocząłem swój eksperyment językowy mający na celu zbadanie, do jakiego stopnia można się w ciągu trzech miesięcy nauczyć języka całkiem samodzielnie w domowych warunkach, pracując jednocześnie na etat, studiując i mając wiele innych obowiązków (nieraz zdarzało się czytelnikom wytknąć, że normalny zabiegany człowiek nie jest w stanie znaleźć ani chwili czasu na naukę języka).  Ze szczegółami możecie się zapoznać w podsumowaniu, gdzie znajdują się dokładne wyliczenia dotyczące czasu spędzonego nad taliami, liczby przetłumaczonych w trakcie kolejnych sesji zdań, przeczytanymi tekstami itp. Tutaj chciałbym natomiast poruszyć trzy kwestie, które pojawiły się w komentarzach, jakie dotychczas pojawiły się w odniesieniu do tego projektu.

Czy język afrikaans jest łatwy?

Temat poziomu trudności poszczególnych języków cieszy się wśród czytelników sporą popularnością, na co zresztą dowodem jest, że wśród najczęściej czytanych na naszym portalu artykułów znajdują się przemyślenia dotyczące tego aspektu w odniesieniu do hiszpańskiego oraz szwedzkiego. Jak to się ma w przypadku afrikaans?
Jeden z naszych czytelników skomentował wiadomość o rozpoczęciu afrykanerskiego projektu na naszym profilu facebookowym jednym prostym zdaniem:

Mega łatwy język.

Dodam, że jest to opinia dość powszechna, wygłaszana zresztą przeważnie przez ludzi, którzy tego języka nie znają. Jak jest zaś w rzeczywistości? Język afrikaans powstał na bazie niderlandzkich dialektów, jakimi władali przybywający tu od drugiej połowy XVII wieku kolonizatorzy oraz języków właściwych ludom autochtonicznym (mam tu na myśli przede wszystkim Khoisan, kontakty ze stanowiącymi obecnie znaczną większość na terenie RPA plemionami Bantu miały miejsce znacznie później) oraz innym grupom przybywającym na przełomie najbliższych 300 lat do Afryki Południowej. W związku z tym, że jego głównym zadaniem było umożliwienie komunikacji międzyetnicznej, uległ on na przestrzeni wieków pewnym zmianom, z których tą najbardziej rzucającą się w oczy jest znaczne uproszczenie zasad gramatycznych znanych nam z innych języków germańskich. W afrikaans de facto nie ma przypadków. Brak też koniugacji, a znając odpowiedni czasownik, bez problemu jesteśmy w stanie go użyć w każdym czasie. Gdy dodamy tutaj, że słownictwo jest bardzo podobne do niemieckiego (z angielskim tych punktów wspólnych jest mimo wszystko mniej), to rysuje nam się przed oczyma język, który rzeczywiście można łatwo opanować. I tak jest, ale tylko w niektórych aspektach i jedynie do pewnego stopnia.

Osoba, która potrafi czytać po angielsku i niemiecku oraz mająca przynajmniej blade pojęcie o gramatyce i fonetyce języków germańskich po dwóch tygodniach czytania w afrikaans powinna być w stanie wychwycić większość słów z kontekstu. Znacznie trudniej jest w przypadku języka mówionego – oglądając afrykanerską telenowelę Sewende laan (pl. Siódma aleja), rozumiem przeważnie jedynie pojedyncze słowa. Nieco lepiej jest z audycjami radiowymi, gdzie temat jest mi w pewnej mierze znany. Poziom ich rozumienia spada jednak drastycznie w chwili, kiedy na antenę wchodzi korespondent nie siedzący aktualnie w studio, co powoduje, że jego wypowiedzi ulegają wszelkiego rodzaju zakłóceniom. Porównując to sobie z moimi odczuciami związanymi z nauką francuskiego, uważanego powszechnie za dość trudny język w odbiorze, nie odczuwam, by było w przypadku afrikaans pod tym względem zdecydowanie łatwiej.

Wspomniane wyżej podobieństwo do innych języków germańskich, o ile tak pomocne w odbiorze, niekoniecznie jest już pożyteczne w konstruowaniu własnych wypowiedzi i sprawia, że łatwo wpaść w podobną pułapkę, co studenci uczący się ukraińskiego, którzy znając rosyjski, kalkują go oraz używają właściwych dla moskiewskiego standardu słów (nierzadko nie przejmując się regułami ukraińskiej wymowy) i wydaje im się, że mówią po ukraińsku. Z afrikaans jest niestety podobnie. I nie mam tu nawet na myśli często w takich momentach przytaczanych „fałszywych przyjaciół", bo tych paradoksalnie jest dość łatwo zapamiętać. Chodzi mi przede wszystkim o zbyt częste sugerowanie się pozornym podobieństwem do niemieckiego czy angielskiego i użyciem słowa, które Afrykaner prawdopodobnie zrozumie, ale z afrikaans będzie miało niewiele wspólnego. Z drugiej strony, oglądając wywiady z południowoafrykańskimi gwiazdami showbiznesu, czy też wspomnianą przeze mnie telenowelę, można dostrzec, iż często mają miejsce wtręty w postaci całych zdań wypowiadanych w języku angielskim, które nadają konwersacji – dotyczy to zresztą nie tylko afrikaans, ale również języków bantu jak zulu czy xhosa – kolorytu. Z analogiczną sytuacją miałem już do czynienia w Alzacji, gdzie rozmówcy potrafili w ciągu swojego monologu co chwilę mieszać miejscowy dialekt z językiem francuskim.

Na pytanie czy afrikaans jest łatwy czy trudny odpowiem trochę wymijająco: opanowanie podstaw wydaje się być względnie proste (z naciskiem na „wydaje się"). Często jednak, mówiąc o nauce języka, mylimy pojęcia i te wątłe podstawy uważamy za fakt nauczenia się go, co jest ze wszech miar mylne. Rzeczywistość jest bowiem znacznie bardziej skomplikowana, a po przerobieniu podręcznika wypada dołożyć jeszcze starań, żeby swoją wiedzę poszerzyć, co zajmuje dodatkowy czas. Generalnie bowiem nie ma języków łatwych, zwłaszcza jeśli mówimy o ich dobrym opanowaniu. Bo czy można łatwym nazwać coś do czego nauki potrzeba przynajmniej kilkuset godzin?

Ile kart przerabiasz w sesji aktywnej i w sesji pasywnej?

vertaalDokładne cyfry znaleźć można w podsumowaniu mojego projektu. Liczba dzienna powtórek jest ściśle powiązana z dwoma czynnikami:
a) liczbą kart znajdujących się w talii;
b) liczbą kart dodanych do talii w dniu poprzedzającym powtórkę.

W przypadku talii aktywnej warto się trzymać zasady, która mówi, że jeśli jesteś w stanie czasowo się wyrobić z liczbą kart, jakie program wyznaczył Ci do powtórki, to znaczy, że prawdopodobnie masz ich w talii za mało i należy dodać więcej materiału. To właśnie tłumaczenia całych zdań (podkreślam – całych zdań, a nie pojedynczych wyrazów) z L1 (język oryginalny – w tym wypadku polski bądź angielski) na L2 (tu: afrikaans) są podstawą opanowania materiału i im więcej czasu na nie jesteśmy w stanie poświęcić tym lepiej i szybciej się danego języka możemy nauczyć. Nie jest to wcale łatwe, w przypadku nowego materiału bywa nawet, że zdanie tłumaczę kilka razy, zanim uznam, iż zrobiłem to poprawnie (tj. wypowiedziałem je na głos poprawnie bez znaczących przerw na przypominanie sobie kolejnych jego składników), ale nie mam żadnych wątpliwości, że działa (dotychczas wprowadzony materiał znam niemal na pamięć) i staram się dodawać do talii kolejne elementy, których bazą jest na razie przerabiany przeze mnie podręcznik.
WAŻNE! Tłumaczenie zawsze robię, mówiąc na głos w afrikaans. Ćwiczenie polegające na mówieniu pod nosem bądź odbywaniu procesu jedynie w pamięci mija się z celem. Po pierwsze nie ćwiczymy wymowy, a po drugie jest nam wtedy znacznie łatwiej oszukać samych siebie (łatwiej ukryć błędy).

Trochę inny mam stosunek do talii pasywnej, której powtórki dłuższe niż 10 minut uważam trochę za mało efektywne spędzanie czasu. W tym przypadku zamiast przeglądać kolejne karty lepiej wziąć coś do czytania w docelowym języku. Talia tam ma zresztą zupełnie inny cel. W przeciwieństwie do talii aktywnej, chodzi w niej głównie o utrwalanie wyrażeń, które przy czytaniu artykułu bądź książki (choć na te drugie póki co w afrikaans stanowczo za wcześnie) wzbudziły wątpliwość lub były totalnie niezrozumiałe, tak aby przy następnym ich spotkaniu nie mieć wątpliwości co oznaczają.

Czy robisz jakieś ćwiczenia na rozumienie ze słuchu?

luister_na_afrikaanse_radio_aanlynSkupienie się na rozumieniu języka mówionego zasugerował mi komentujący tu od dłuższego czasu Jacek. Rzeczywiście słucham dość dużo, ale póki co jestem raczej na etapie rozumienia głównych wątków rozmowy na podstawie wychwycenia słów kluczy, które znam z… przeczytanych przeze mnie tekstów. Nie ukrywam, że to właśnie materiał pisany jest dla mnie podstawowym źródłem nowo poznawanego słownictwa. Przede wszystkim dlatego, że jest znacznie łatwiejszy w deskrypcji, a nieznane słowo można natychmiast sprawdzić w słowniku i kontynuować czytanie. Równie niezrozumiałego materiału dźwiękowego nie potrafię wykorzystać w taki sposób. Nie wiem, czy jestem wzrokowcem – wiem tylko, że uczę się w taki sposób, bo w innym przypadku odczuwałbym zmęczenie materiałem (a to jest tak naprawdę najgorsze, co możemy sobie zafundować, ucząc się języka obcego). Dlatego ograniczam się przede wszystkim do słuchania w tle i wychwytywania znanych mi wyrażeń, a czasem nawet całych zdań, które rozumiem. Dziennie spędzam z mówionym afrikaans przynajmniej godzinę – tyle bowiem trwa audycja Kommentaar z Radio Sonder Grense oraz nagrania z podręcznika. Postępy w rozumieniu są stosunkowo niewielkie, ale trwałe, co przy zachowaniu obecnego, znowu nie aż tak podkręconego tempa daje nadzieję na dość dobry wynik na końcu naszej podróży.

Tyle, jeśli chodzi o pierwszą falę pytań dotyczących mojego eksperymentu językowego. W przyszłym tygodniu, żeby wprowadzić do cyklu trochę różnorodności (ile można przecież pisać o tym jak ktoś się uczy języka?) postaram się nieco poruszyć również kulturowo-polityczny aspekt tego przedsięwzięcia i nieco rozszerzyć to, co napisałem 5 lat temu jako wstęp historyczno-kulturowy do języka afrikaans. Ten tekst był, mimo zainteresowania jakie ówcześnie wzbudził, dość ubogi, warto byłoby więc go poszerzyć, zwłaszcza, że tematyki tej raczej próżno szukać w polskim internecie.

Podobne artykuły:
(Nie)płynny w 3 miesiące, czyli eksperyment językowy
Afrikaans – krótki wstęp historyczno-kulturowy
Wyznania ANKIoholika
Nauka języka bez podręcznika – część 1
Nauka języka bez podręcznika – część 2

(Nie)płynny w 3 miesiące, czyli eksperyment językowy

South_Africa_2011_Afrikaans_speakers_proportion_map.svgPrzeglądając różnego rodzaju strony internetowe poświęcone językom obcym, możemy często natrafić na wszelkiego rodzaju porady dotyczące metod nauki, w których autorzy przekonują o ich słuszności, jednocześnie nie wychodząc samemu daleko poza mało dokładny opis metody i przeważnie nie wgłębiając się w temat. Czytelnicy natomiast, przynajmniej ci, którzy języków się uczyć nie potrafią, czekają cały czas na to, aż któregoś dnia na stronie pojawi się jakiś wpis, który zmieni ich życie raz na zawsze i pozwoli się nauczyć języka obcego w relatywnie krótkim czasie. Pewnego razu jeden z naszych komentatorów zarzucił mi, że za dużo piszę o językach na świecie, o historii, o polityce, za mało natomiast o samej nauce. W dużej mierze było tak dlatego, że naprawdę dawno nie miałem okazji się jakiegokolwiek języka uczyć. Z różnych powodów – z jednej strony był to brak czasu i inne, znacznie ważniejsze zajęcia, z drugiej bezcelowość takiego działania, o czym pisałem już wcześniej w artykule pt. „Ilu języków tak naprawdę potrzebujesz?". Wielokrotnie podkreślałem, że nauka języka celem samym w sobie być nie może. Teraz cel się pojawił, jest motywacja, można więc zacząć działać. Żeby być natomiast w swoich zmaganiach z czytelnikiem jak najbardziej szczerym, postanowiłem wszystkie moje kroki w formie dziennika nauki spisywać na Woofli, tak by każdy mógł prześledzić jak spędzę najbliższe trzy miesiące. Tyle jeśli chodzi o zapowiedź nowego projektu, teraz przejdźmy do konkretów.

JAKIEGO JĘZYKA SIĘ UCZĘ, DLACZEGO I JAKI MAM CEL?
Wybór padł na afrikaans. Starsi czytelnicy na pewno pamiętają artykuł o afrikaans, który opublikowałem już parę lat temu na „Świecie Języków Obcych". Nigdy nie ukrywałem, że jest on moim zdaniem jednym z najpiękniejszych języków świata. Niestety jego walory estetyczne są odwrotnie proporcjonalne do rzeczywistej potrzeby jego nauki, w związku z czym nigdy nie miałem odpowiedniej motywacji by się go nauczyć. Tę ostatnią zmienia jednak znacznie perspektywa dwutygodniowego wyjazdu do RPA, w trakcie którego pojawi się mnóstwo okazji by afrikaans rzeczywiście używać.

Kwitnące jakarandy w Pretorii. Źródło: https://www.flickr.com/photos/south-african-tourism

Czy afrikaans jest dla mnie czymś zupełnie nowym? Tak i nie. Z jednej strony nigdy się go celowo nie uczyłem, w związku z czym miałbym problem ze sformułowaniem nawet najprostszych zdań w tym języku. Gdy włączam afrykanerskie radio mam poważne problemy z określeniem o czym w ogóle jest mowa. Z drugiej strony jego podobieństwo do pozostałych języków germańskich sprawia, iż w pewnej mierze rozumiem tekst napisany w afrikaans (choć nadal znacznie gorzej niż np. słowacki czy bułgarski, których również się nie uczyłem), mam nawet niewielkie doświadczenie w kwestii czytania źródeł i względnie znana mi jest jego gramatyka, która na dodatek w związku z kreolskim charakterem tego języka uległa na przestrzeni wieków znacznemu uproszczeniu – nie pojawi się więc zapewne wiele rzeczy, które w jakiś sposób będą w stanie mnie zaskoczyć. Głównym zadaniem jest więc nabycie podstaw komunikacyjnych, ich aktywacja i zwiększenie pasywnej znajomości.

Co stawiam sobie za cel? Skupię się tutaj na czterech głównych sferach użycia języka:
Czytanie – Chciałbym po kilku miesiącach móc bez większych problemów czytać prozę w afrikaans.
Pisanie – Chciałbym jeszcze przed wyjazdem móc napisać parę maili, które ten wyjazd uczynią jeszcze bardziej atrakcyjnym.
Mówienie – Chciałbym rozmawiać na nieskomplikowane tematy, nie uciekając się do pomocy języka angielskiego.
Słuchanie – Chciałbym obok prostych konwersacji rozumieć audycje radiowe oraz reportaże Netwerk24.

JAK BĘDZIE WYGLĄDAŁA NAUKA I Z CZEGO BĘDĘ KORZYSTAŁ?
Projekt ten ma dwa cele – służy opanowaniu samego języka oraz przedstawieniu procesu nauki naszym czytelnikom. Mając mnóstwo obowiązków edukacyjno-zawodowo-społecznych, nie mogę na naukę afrikaans przeznaczyć zbyt dużo czasu, na pewno nie będzie więc porad w stylu przebywania 24 godzin na dobę w afrykanerskim otoczeniu. Im więcej czasu na naukę można poświęcić, tym lepiej. Tu będzie go raczej stosunkowo niewiele (nierzadko pewnie mniej niż godzinę dziennie), co z jednej strony na pewno zmniejsza szanse na jakiś spektakularny wynik, ale z drugiej nada całej przygodzie bardziej realny charakter. Będzie to swoisty eksperyment, dzięki któremu będę mógł oszacować do jakiego poziomu można w zaciszu domowym opanować język, poświęcając nań dawkę czasu, jaką na naukę jest w stanie przeznaczyć statystyczny Janusz. Najważniejsze będzie więc by wykorzystać ten czas tak efektywnie, jak tylko można.

coll_afrikaansZawsze podkreślałem, że różnorodność materiałów, z których się korzysta od samego początku, jest bardzo ważna. Posiadam dwa podręczniki – Colloquial Afrikaans (autor B. Donaldson) oraz Teach Yourself Afrikaans (L. McDermott), z których zwłaszcza ten pierwszy będzie moją bazą i zamierzam go przerobić w możliwie krótkim czasie, przechodząc kolejno przez lekcje oraz sukcesywnie wrzucając zdania w afrikaans do programu SRS, żeby później móc tłumaczyć z polskiego bądź angielskiego na afrikaans. Zawsze uważałem tłumaczenie z L1 na L2 za najbardziej efektywną formę nauki i właśnie tej czynności będzie w moim projekcie najwięcej. Do przerabiania aktywnej talii będę używał, wbrew moim dotychczasowym przyzwyczajeniom, nie Anki, lecz Mnemosyne.

W Anki mam już pasywną talię (uzupełniającą osobny zeszyt, o czym wspominałem w artykule o tym jak nauczyć się czytać w języku obcym) zawierającą stosunkowo niewiele bo zaledwie 295 rekordów (stan na 28.11.2015), jakie nazbierały się w ciągu ostatnich lat, którą zamierzam teraz regularnie uzupełniać o niezrozumiałe wyrażenia napotkane podczas czytania afrykanerskich tekstów. Czytać natomiast będę między innymi wikipedię w afrikaans (na pierwszy ogień idzie artykuł o Helen Suzman) – o tym jak wikipedia pomaga w nauce języka obcego zdarzyło mi się już kiedyś napisać na łamach Woofli i swojego zdania w tej kwestii nie zmieniłem. Z chęcią sięgnąłbym również po materiały Netwerk24, ale te są limitowane. Bezpłatne natomiast są portale w stylu Maroela, Koerant czy też PRAAG (Pro-Afrikaanse Aksiegroep) (rewizjonistyczna wizja rzeczywistości forsowana przez ten ostatni jest mimo mojego krytycznego stanowiska względem obecnej sytuacji politycznej w RPA trochę trudna do zaakceptowania, ale jednocześnie bardzo ciekawa pod względem czysto kulturowym) – zdecydowanie gorsze, ale chodzi przede wszystkim o nabycie biegłości w czytaniu. Na trzy miesiące powinny więc zupełnie wystarczyć.

pop-headerZnacznie lepiej wygląda sytuacja z materiałami audio. Mamy tu zarówno Radio Sonder Grense, umożliwiające ściągnięcie ogromnej liczby interesujących audycji, reportaże Netwerk24 oraz powszechnie dostępną afrykanerską muzykę.

JAK BĘDZIE WYGLĄDAŁ DZIENNIK NAUKI?
Żeby nie zaśmiecać głównej strony Woofli, wpisy będą widoczne w osobnej sekcji „Eksperyment językowy". W związku z tym, że przedsięwzięcie to jest dość czasochłonne nie należy oczekiwać, iż będą one szczególnie rozbudowane. Można jednak liczyć na dość ścisły opis tego co robiłem danego dnia i co mogło mnie zbliżyć do opanowania afrikaans na poziomie umożliwiającym podstawową komunikację. Czasem będę tam również zamieszczał swoje przemyślenia dotyczące nauki, odpowiadał na ewentualne zapytania czytelników, postaram się również pisać krótkie wypracowania w języku, którego się uczę i dorzucać linki dotyczące afrykanerskiej kultury, co moim zdaniem jest nieodłącznym elementem samej nauki. Chciałbym po prostu, żeby taki dziennik mógł z jednej strony motywować mnie do nauki (wiadomo nie od dziś, że jeśli swoim celem podzielimy się z otoczeniem, to jego osiągnięcie jest znacznie bardziej realne), z drugiej natomiast aby był miejscem, z którego może czerpać motywację osoba ucząca się nawet innego języka, ale czująca się w procesie nauki trochę zagubiona. Postaram się być w nim szczery do bólu, nie ubarwiając mojej językowej przygody w żaden sposób, żeby czytelnicy wyciągnęli z niego jak najwięcej dla siebie tj. wyciągnęli wnioski z ewentualnych sukcesów oraz niepowodzeń i zastosowali je w razie potrzeby podczas swojej własnej przygody językowej.

Pozdrawiam i zapraszam do komentowania,
Karol

Podobne artykuły:

Wyznania ankioholika

Kiedy i jak korzystać z Wikipedii przy nauce języka obcego?

Nauka języka bez podręcznika – część 1

Nauka języka bez podręcznika – część 2

Jak uczyć się w oparciu o tłumaczenie robocze?