Mnemosyne

9 kluczowych pytań na temat ANKI

ankipytaniaW zeszłym tygodniu otrzymałem od jednego z naszych czytelników następującego maila – „(…) Jak wygląda u Ciebie sprawa czytania obcojęzycznej Wikipedii w celach nauki języka? Ten problem był poruszany, ale prawdopodobnie nie zrozumiałem go dostatecznie dobrze. Przykładowo czytając, niemieckojęzyczną Wikipedię natrafiam na zdanie, którego znaczenia nie jestem w stanie wyciągnąć z kontekstu. Co w takim wypadku robię? Kopiuję do ANKI. Jednak co dalej? Z pomocą słownika staram się w miarę poprawnie napisać tłumaczenie tego zdania czy nie dodaję tłumaczenia?" Nieraz już pisano na Woofli o programach SRS (ang. Spaced Repetition System) takich jak Anki czy Mnemosyne, które w znacznym stopniu są w stanie wspomóc proces nauki języka obcego. Zwracałem uwagę zarówno na zalety tego typu rozwiązań, jak i ich wady, ale może faktycznie zbyt mało miejsca poświęciłem szczegółowemu opisowi samej metody pracy z aplikacją. Niniejszym artykułem spróbuję podsumować moje kilkuletnie doświadczenie pracy z Anki, omówić szczegółowo w jaki sposób można stosować elektroniczne fiszki do nauki języka z obcojęzycznych tekstów oraz zamknąć serię rozważań nad ich zastosowaniem w nauce języków obcych.

1.Jaki SRS jest najlepszy?
2.Czy lepiej korzystać z gotowych talii czy też tworzyć je samodzielnie?
3.Jaki format powinna mieć talia?
4.Jak wykonywać sesję elektronicznych fiszek? W głowie, pisemnie czy ustnie?
5.Jeśli informacje zapisywane ręcznie są lepiej zapamiętywane to dlaczego używasz elektronicznych fiszek?
6.Jakiego formatu sam używam?
7.Ile minut powinna trwać powtórka?
8.Jakiego rodzaju tekstów używać? Jakie zdania wpisywać do talii?
9.Czy to wystarczy, żeby nauczyć się języka?

1.Jaki SRS jest najlepszy?

Prawdę mówiąc różnica pomiędzy poszczególnymi programami SRS jest w dużej mierze wyłącznie kosmetyczna. Najpopularniejszy program obsługujący elektroniczne fiszki, jakim bez wątpienia jest Anki, od wydania wersji 2.0 znacznie zwiększył zakres swoich możliwości, ale tak naprawdę czynnikiem decydującym o poprawnym działaniu pozostaje niezmiennie ten sam algorytm rządzący naszymi elektronicznymi fiszkami. Głównym celem SRS-ów jest bowiem rozkładanie powtórek materiału w czasie tak aby najłatwiej było nam je trwale zapamiętać. Sam, po części ze względów sentymentalnych, po części z czysto praktycznych (problemy z konwersją utworzonych wcześniej talii do wersji 2.0) korzystam ze starej wersji Anki, którą nadal można ściągnąć z oficjalnej strony. Alternatywnym narzędziem jest Mnemosyne – nieco mniej znana aplikacja, której eksperymentalnie postanowiłem użyć do wspomagania nauki afrikaans i sprawdza się równie dobrze jak jej popularniejszy odpowiednik. Pozostałe SRS-y są już płatne, ale mając do dyspozycji tak kompletne darmowe oprogramowanie OpenSource jak Anki czy Mnemosyne, nie ma potrzeby o nich wspominać.

2.Czy lepiej korzystać z gotowych talii, czy też tworzyć je samodzielnie?

Sądząc po komentarzach, jakie ukazywały się pod poprzednimi artykułami poświęconymi tematyce SRS-ów, wiele osób ściągając Anki liczy na to, że program ma wbudowane moduły do nauki angielskiego (posłużę się najpopularniejszym przykładem) i wystarczy przysiąść 15 minut dziennie przed ekranem komputera, a język sam wejdzie do głowy dzięki przygotowanemu wcześniej materiałowi. Nic bardziej mylnego. Nie chciałbym w tym miejscu całkowicie deprecjonować wartości ogólnodostępnych talii – niektóre z nich są na pewno szczegółowo opracowane i zasługują na uwagę uczących osób. Problem jednak w tym, że korzystanie z gotowych materiałów w dużym stopniu uzależnia i jednocześnie opóźnia wykształcenie czegoś, co nazwałbym samodzielnością w nauce języka. Tworzenie własnych materiałów dydaktycznych jest sztuką, bez której ciężko samemu nauczyć się języka i którą warto wyrobić, żeby na dłuższy czas nie znaleźć się w fazie plateau lub mitycznym punkcie X, o którym pisałem w jednym z wcześniejszych artykułów. Dlatego zawsze będę polecał tworzenie własnych talii zawierających słownictwo, z jakim stykamy się w tekstach, które zdarzyło nam się w trakcie naszej językowej przygody przeczytać. Samodzielnie tworzonym taliom jest też ten artykuł w dużej mierze poświęcony.

3.Jaki format powinna mieć talia?

Sposobów tworzenia talii w Anki jest mnóstwo i wątpię, czy starczyłoby miejsca na omówienie każdego z nich dokładnie. Dlatego skupię się na najważniejszych układach, rozpatrując je pod względem kombinacji językowych(można tworzyć listy w formatach „L1-L2", „L2-L1", „L2-L2 z definicjami słownikowymi") oraz strukturalnym („słowo-słowo", „zdanie-zdanie", „zdanie-słowo", automatyczne tworzenie talii dwustronnej).Przyjrzyjmy się różnym kombinacjom bliżej:
A) L2-L1 słowo-słowo – najprostszy z możliwych układów. Na pierwszej stronie wypisujemy obce słówko, na drugiej jego polski odpowiednik. Talia taka wspomaga jedynie pasywną znajomość języka, zupełnie nie rozwijając tej aktywnej, na której często znacznie bardziej nam zależy (czasem mniej, czasem bardziej słusznie). Jeśli więc liczymy na to, że karty w niej zawarte znajdą się w naszym arsenale aktywnego słownictwa to możemy przeżyć rozczarowanie. Kolejnym mankamentem jest również zawodność przy słowach posiadających więcej niż jedno znaczenie, co bardzo ciężko przedstawić bezkontekstowo.
B) L1-L2 słowo-słowo – odwrotność poprzedniego wariantu. Po pierwszej stronie mamy polskie słówko, po drugiej obcy odpowiednik. Talia taka, choć w teorii miałaby wspomagać aktywną znajomość języka, niestety zupełnie nie sprawdza się w kontakcie ze światem rzeczywistym. Fakt opanowania tłumaczenia zupełnie wyrwanego z kontekstu, gdy widzimy kartę w Anki ma się nijak do użycia danego słowa w rozmowie z użytkownikiem danego języka obcego. Na domiar złego nie gwarantuje nawet paradoksalnie tego, iż dane słowo zrozumiemy w czytanym przez nas tekście. Dlatego serdecznie format ten odradzam.
C) L2-L1 L1-L2 słowo-słowo – połączenie wyżej wymienionych wariantów, ale z jednoczesnym tworzeniem kart w dwie strony. To, co w zamyśle twórców SRS miało zaoszczędzić ludziom tworzącym swoją talię wysiłku, prowadzi tak naprawdę do utworzenia sporej grupy kart zupełnie nieprzydatnych. Talia ta bowiem w przypadku wyrazów wieloznacznych prowadzi do powstania zbyt wielu relacji „wiele do wielu" co, podobnie jak w konstrukcji relacyjnych baz danych przy nauce języka jest niemile widziane i wprowadza chaos.
D) L2-L1 zdanie-zdanie – rozszerzenie wariantu. Mamy już słowo w kontekście, co wydaje się rozwiązywać problem wieloznaczności (przynajmniej dla tego konkretnego znaczenia). Nie ma jednak potrzeby tworzenia tłumaczenia całego zdania na polski, zwłaszcza iż przeważnie chodzi nam o pojedynczy wyraz bądź zwrot. Będzie to jedynie strata czasu.
E) L2-L1 zdanie-słowo – uproszczona i zarazem mniej czasochłonna wersja wariantu D. Jak w przypadku wariantu A, sprawdza się jedynie w rozwijaniu słownictwa pasywnego.
F) L1-L2 zdanie-zdanie – format, z którym praca jest najcięższa, ale jednocześnie przynosi największy efekt. Tłumaczenie całych zdań z języka, który już umiemy na obcy, nie jest zajęciem łatwym i przeważnie unaocznia nam wszystkie językowe niedociągnięcia, co dla wielu może być nawet powodem frustracji i zniechęcenia do kontynuacji swoich zmagań (bardzo ciekawie problem ten opisał Piotr w 4 części swojego cyklu pt. Style twarde i miękkie, czyli czy być miłym czy okrutnym. Warto jednak w tym miejscu zaznaczyć, że ilość błędów jest w tym wypadku rzeczywistym miernikiem tego, czy rzeczywiście proces, który wykonujemy, można nazwać nauką. Jeśli natomiast jesteśmy w stanie przejść z marszu przez powtórkę, recytując niemal każde zdanie, to oznacza to nic innego jak to, że materiał jest zbyt prosty, a my powinniśmy zawiesić poprzeczkę trochę wyżej. Błędy należy natomiast traktować jak błogosławieństwo, zastanawiać się nad nimi (można nawet je podkreślić na fiszce, co stosuje w przypadku szczególnie ciężkich zagadnień), starać się zrozumieć przyczyny ich wystąpienia i zapamiętać właściwą formę tak, aby nie powtórzyć ich w przyszłości.
G) L2-L2 – choć jestem zwolennikiem korzystania z jednojęzycznych słowników na pewnym etapie nauki języka, to ciężko mi sobie wyobrazić korzystanie z jednojęzykowej talii SRS. Są jednak ludzie, którzy takowych używają – jednym z nich jest regularnie u nas komentujący autor bloga Los idiomas y el mundo, który pod wcześniejszym artykułem na temat Anki szerzej opisał to, w jaki sposób korzysta z dobrodziejstw elektronicznych fiszek.
H) talie zawierające elementy graficzne i dźwiękowe – ludzie interesujący się technikami zapamiętywania stwierdziliby zapewne, że grafika i dźwięk znacznie ułatwiają zapamiętanie danego słowa. Być może mają rację, ale z mojego doświadczenia wynika, że samo stworzenie talii posiadającej wyżej wymienione elementy jest na tyle czasochłonne, że nie pozostawia już czasu na rzeczywistą naukę. Pamiętajmy, że Anki to tylko narzędzie, a jego moc tkwi w prostocie, a nie tym, że daną kartę możemy przeładować dodatkowymi informacjami.

4.Jak wykonywać sesję elektronicznych fiszek? W głowie, pisemnie czy ustnie?

Logo AnkiTo co najwygodniejsze jest przeważnie niestety najmniej efektywne. Polecam więc powtórki ustne (i mam tu na myśli mówienie, a nie mruczenie pod nosem) bądź pisemne (albo obie formy jednocześnie), zwłaszcza gdy korzystamy z talii typu F (L1-L2 zdanie-zdanie). Te pierwsze znacznie poprawiają wymowę pełnych zdań. Te drugie są znacznie bardziej czasochłonne, ale nieodzowne w przypadku problemów z poprawnym zapisywaniem języka, jakiego się uczymy. Wiele osób wymieniało swego czasu brak pola odpowiedzi tekstowej jako jedną z głównych wad programu. W tym miejscu chciałbym przypomnieć o istnieniu takich dobrodziejstw naszej cywilizacji jak kartka i długopis, których nie dość, że można użyć do zapisu naszego tłumaczenia, to jeszcze pozwalają znacznie lepiej utrwalić informację w naszej pamięci, niż tekst zapisany na klawiaturze (zainteresowanych szerzej odsyłam do pracy P. Mueller i D.Oppenheimera (2014) pt. The Pen Is Mightier Than the Keyboard.
Advantages of Longhand Over Laptop Note Taking
gdzie szczegółówo omówiono eksperyment przeprowadzony na studentach Princeton, którzy mieli sporządzać notatki z obejrzanego wykładu. Choć notatki sporządzone na laptopach były znacznie obszerniejsze, to nie sprzyjały zapamiętaniu informacji tak dobrze, jak informacja zapisana ręcznie).

5.Jeśli informacje zapisywane ręcznie są lepiej zapamiętywane, to dlaczego używasz elektronicznych fiszek?

Powodem jest brak czasu na zarządzanie kilkunastoma taliami fiszek papierowych. W przypadku fiszek elektronicznych rozkładem powtórek rządzi algorytm (który w razie potrzeby jestem sam w stanie kontrolować, gdybym uznał, że jest błędny), co oszczędza mi mnóstwo czasu i energii, jakie niewątpliwie włożyłbym w manualne ustalanie przerw pomiędzy poszczególnymi sesjami z daną kartą. Starczy, że do każdego z języków mam czasem po kilka zapełnionych po brzeg zeszytów.

6.Jakiego formatu sam używam?

Jak już parokrotnie wspomniałem, użycie SRS sprowadza się u mnie do dwóch talii spełniających zupełnie odrębne funkcje:
a) talie pasywne, których używam do gromadzenia nieznanych mi słów spotykanych w trakcie czytania literatury lub gazet służące tylko i wyłącznie utrzymywaniu znajomości pasywnej danego języka na wysokim poziomie. Są zbudowane w dość specyficzny sposób, który łączy cechy typów A oraz E. Sama talia wygląda bowiem dokładnie, jak typ A, ale dodatkowo prowadzę osobny zeszyt, do którego wprowadzam zdania zawierające słówka wstawione do talii. Każda fiszka i każde zdanie mają przypisany swój numer. Przeprowadzając sesję z taką talią, widzę najpierw obce słowo, a jeśli nie znam znaczenia, spoglądam na przypisane do niego zdanie w zeszycie – widząc słówko w kontekście, potrafię w 90% sytuacji podać jego znaczenie. Zdaję sobie sprawę z tego, że system jest mało przejrzysty dla kogoś, kto dopiero zaczyna przygodę z Anki, ale w moim przypadku się sprawdza.
b) talie aktywne typu F, których używam do rzeczywistej nauki, tłumacząc z L1 na L2 – tutaj nie ma zeszytów ani numerów, jest czyste tłumaczenie z L1 na L2. Zawsze na głos.

7.Ile minut powinna trwać powtórka?

O ile kontakt z talią pasywną staram się przeważnie ograniczać do 10 minut, o tyle praca z talią F może trwać tak długo, jak czuję się skoncentrowany na przerabianym materiale i mogę podejmować się tłumaczenia zdań na język obcy. Postęp w nauce jest wprost proporcjonalny do długości powtórki oraz do stopnia naszej skupienia. Im aktywna sesja jest więc dłuższa, tym lepiej, ale jeśli nie mamy siły na dłuższą pracę, rozbijajmy ją na bloki 15- bądź 20-minutowe, by wykonać je na przestrzeni całej doby. Przeważnie jednak staram się na bieżąco przeprowadzać sesje talii aktywnej w objętości wyznaczonej przez rządzący talią algorytm. Jak to wygląda w praktyce można zobaczyć w dzienniku prowadzonego od grudnia Eksperymentu językowego.

8.Jakiego rodzaju tekstów używać? Jakie zdania wpisywać do talii?

Wybierzmy coś, co nas interesuje – co równie chętnie przeczytalibyśmy w języku, który już znamy – albo coś, czego rzeczywiście potrzebujemy (do dziś pamiętam, jak uczyłem się niemieckiego słownictwa z branży telekomunikacyjnej, którego przyswojenie w innych warunkach byłoby stratą czasu). Bez jednego z tych dwóch czynników jakakolwiek próba przerobienia tekstu na talię Anki będzie w długim okresie skazana na porażkę. Zdania można oczywiście wpisywać dowolne, ale z doświadczenia wiem, że nie powinny być zbyt długie i warto je dla potrzeb programu rozbijać na oddzielne jednostki o trochę mniejszym stopniu złożoności. Powinny to być również zdania, co do których znaczenia nie mamy absolutnie żadnych wątpliwości. Gdybym miał natomiast polecić od czego można zacząć taką talię budować, to bez wątpienia byłby to podręcznik o odpowiednim stopniu zaawansowania.

9.Czy to wystarczy, żeby nauczyć się języka?

Nie. Ludzie często mają tendencję do wyolbrzymiania zbawiennego wpływu, jaki dana metoda wywiera na ich proces nauki. Język natomiast jest bardzo złożonym tworem i tak naprawdę zawsze najlepiej sprawdza się atakowanie go od różnych stron. Czasem trzeba przerobić lekcję z podręcznika, poczytać gazetę, książkę, posłuchać radia, porozmawiać z osobami władającymi tym językiem – bez godzin spędzonych na tych czynnościach nikt się jeszcze obcej mowy nie nauczył. Jak już kiedyś natomiast wspomniałem, SRS-y są jedynie suplementem nauki, czymś, co wspomaga sam proces, ale go nie zastępuje. Pomoc ta jednak jest na tyle istotna, że każdemu radzę przynajmniej spróbować zaimplementować ją w swoim procesie nauki. Polecam też eksperymentować z różnymi rozwiązaniami – to, co bowiem działa w moim przypadku, niekoniecznie musi się sprawdzić u osoby o innych predyspozycjach.

Cykl artykułów poświęconych SRS-om natomiast zamykam, bo uznaję, że przekazałem wszystkie najbardziej istotne informacje w tej kwestii i cała reszta powinna już całkowicie zależeć od osoby uczącej się. Chciałbym więc, aby każdy po przeczytaniu tego tekstu i ewentualnym pozostawieniu komentarza (uwagi krytyczne zawsze będą mile widziane) rzucił się po prostu w wir nauki, jednocześnie starając się samodzielnie wyznaczać jej ramy. Bo jedna czy druga osoba może udzielić lepszej bądź gorszej rady, ale języka się za Ciebie, Drogi Czytelniku, nie nauczy.

Podobne artykuły:
Dwa tygodnie i trzy pytania, czyli eksperymentu językowego ciąg dalszy
Jak tworzyć i wykorzystywać listy frekwencyjne?
Wyznania ANKIoholika
Faza plateau – co to jest i jak przez to przejść?
Przewodnik po Anki

Dwa tygodnie i trzy pytania – czyli eksperymentu językowego ciąg dalszy

praat_afrikaansMinęły już dwa tygodnie, od kiedy rozpocząłem swój eksperyment językowy mający na celu zbadanie, do jakiego stopnia można się w ciągu trzech miesięcy nauczyć języka całkiem samodzielnie w domowych warunkach, pracując jednocześnie na etat, studiując i mając wiele innych obowiązków (nieraz zdarzało się czytelnikom wytknąć, że normalny zabiegany człowiek nie jest w stanie znaleźć ani chwili czasu na naukę języka).  Ze szczegółami możecie się zapoznać w podsumowaniu, gdzie znajdują się dokładne wyliczenia dotyczące czasu spędzonego nad taliami, liczby przetłumaczonych w trakcie kolejnych sesji zdań, przeczytanymi tekstami itp. Tutaj chciałbym natomiast poruszyć trzy kwestie, które pojawiły się w komentarzach, jakie dotychczas pojawiły się w odniesieniu do tego projektu.

Czy język afrikaans jest łatwy?

Temat poziomu trudności poszczególnych języków cieszy się wśród czytelników sporą popularnością, na co zresztą dowodem jest, że wśród najczęściej czytanych na naszym portalu artykułów znajdują się przemyślenia dotyczące tego aspektu w odniesieniu do hiszpańskiego oraz szwedzkiego. Jak to się ma w przypadku afrikaans?
Jeden z naszych czytelników skomentował wiadomość o rozpoczęciu afrykanerskiego projektu na naszym profilu facebookowym jednym prostym zdaniem:

Mega łatwy język.

Dodam, że jest to opinia dość powszechna, wygłaszana zresztą przeważnie przez ludzi, którzy tego języka nie znają. Jak jest zaś w rzeczywistości? Język afrikaans powstał na bazie niderlandzkich dialektów, jakimi władali przybywający tu od drugiej połowy XVII wieku kolonizatorzy oraz języków właściwych ludom autochtonicznym (mam tu na myśli przede wszystkim Khoisan, kontakty ze stanowiącymi obecnie znaczną większość na terenie RPA plemionami Bantu miały miejsce znacznie później) oraz innym grupom przybywającym na przełomie najbliższych 300 lat do Afryki Południowej. W związku z tym, że jego głównym zadaniem było umożliwienie komunikacji międzyetnicznej, uległ on na przestrzeni wieków pewnym zmianom, z których tą najbardziej rzucającą się w oczy jest znaczne uproszczenie zasad gramatycznych znanych nam z innych języków germańskich. W afrikaans de facto nie ma przypadków. Brak też koniugacji, a znając odpowiedni czasownik, bez problemu jesteśmy w stanie go użyć w każdym czasie. Gdy dodamy tutaj, że słownictwo jest bardzo podobne do niemieckiego (z angielskim tych punktów wspólnych jest mimo wszystko mniej), to rysuje nam się przed oczyma język, który rzeczywiście można łatwo opanować. I tak jest, ale tylko w niektórych aspektach i jedynie do pewnego stopnia.

Osoba, która potrafi czytać po angielsku i niemiecku oraz mająca przynajmniej blade pojęcie o gramatyce i fonetyce języków germańskich po dwóch tygodniach czytania w afrikaans powinna być w stanie wychwycić większość słów z kontekstu. Znacznie trudniej jest w przypadku języka mówionego – oglądając afrykanerską telenowelę Sewende laan (pl. Siódma aleja), rozumiem przeważnie jedynie pojedyncze słowa. Nieco lepiej jest z audycjami radiowymi, gdzie temat jest mi w pewnej mierze znany. Poziom ich rozumienia spada jednak drastycznie w chwili, kiedy na antenę wchodzi korespondent nie siedzący aktualnie w studio, co powoduje, że jego wypowiedzi ulegają wszelkiego rodzaju zakłóceniom. Porównując to sobie z moimi odczuciami związanymi z nauką francuskiego, uważanego powszechnie za dość trudny język w odbiorze, nie odczuwam, by było w przypadku afrikaans pod tym względem zdecydowanie łatwiej.

Wspomniane wyżej podobieństwo do innych języków germańskich, o ile tak pomocne w odbiorze, niekoniecznie jest już pożyteczne w konstruowaniu własnych wypowiedzi i sprawia, że łatwo wpaść w podobną pułapkę, co studenci uczący się ukraińskiego, którzy znając rosyjski, kalkują go oraz używają właściwych dla moskiewskiego standardu słów (nierzadko nie przejmując się regułami ukraińskiej wymowy) i wydaje im się, że mówią po ukraińsku. Z afrikaans jest niestety podobnie. I nie mam tu nawet na myśli często w takich momentach przytaczanych „fałszywych przyjaciół", bo tych paradoksalnie jest dość łatwo zapamiętać. Chodzi mi przede wszystkim o zbyt częste sugerowanie się pozornym podobieństwem do niemieckiego czy angielskiego i użyciem słowa, które Afrykaner prawdopodobnie zrozumie, ale z afrikaans będzie miało niewiele wspólnego. Z drugiej strony, oglądając wywiady z południowoafrykańskimi gwiazdami showbiznesu, czy też wspomnianą przeze mnie telenowelę, można dostrzec, iż często mają miejsce wtręty w postaci całych zdań wypowiadanych w języku angielskim, które nadają konwersacji – dotyczy to zresztą nie tylko afrikaans, ale również języków bantu jak zulu czy xhosa – kolorytu. Z analogiczną sytuacją miałem już do czynienia w Alzacji, gdzie rozmówcy potrafili w ciągu swojego monologu co chwilę mieszać miejscowy dialekt z językiem francuskim.

Na pytanie czy afrikaans jest łatwy czy trudny odpowiem trochę wymijająco: opanowanie podstaw wydaje się być względnie proste (z naciskiem na „wydaje się"). Często jednak, mówiąc o nauce języka, mylimy pojęcia i te wątłe podstawy uważamy za fakt nauczenia się go, co jest ze wszech miar mylne. Rzeczywistość jest bowiem znacznie bardziej skomplikowana, a po przerobieniu podręcznika wypada dołożyć jeszcze starań, żeby swoją wiedzę poszerzyć, co zajmuje dodatkowy czas. Generalnie bowiem nie ma języków łatwych, zwłaszcza jeśli mówimy o ich dobrym opanowaniu. Bo czy można łatwym nazwać coś do czego nauki potrzeba przynajmniej kilkuset godzin?

Ile kart przerabiasz w sesji aktywnej i w sesji pasywnej?

vertaalDokładne cyfry znaleźć można w podsumowaniu mojego projektu. Liczba dzienna powtórek jest ściśle powiązana z dwoma czynnikami:
a) liczbą kart znajdujących się w talii;
b) liczbą kart dodanych do talii w dniu poprzedzającym powtórkę.

W przypadku talii aktywnej warto się trzymać zasady, która mówi, że jeśli jesteś w stanie czasowo się wyrobić z liczbą kart, jakie program wyznaczył Ci do powtórki, to znaczy, że prawdopodobnie masz ich w talii za mało i należy dodać więcej materiału. To właśnie tłumaczenia całych zdań (podkreślam – całych zdań, a nie pojedynczych wyrazów) z L1 (język oryginalny – w tym wypadku polski bądź angielski) na L2 (tu: afrikaans) są podstawą opanowania materiału i im więcej czasu na nie jesteśmy w stanie poświęcić tym lepiej i szybciej się danego języka możemy nauczyć. Nie jest to wcale łatwe, w przypadku nowego materiału bywa nawet, że zdanie tłumaczę kilka razy, zanim uznam, iż zrobiłem to poprawnie (tj. wypowiedziałem je na głos poprawnie bez znaczących przerw na przypominanie sobie kolejnych jego składników), ale nie mam żadnych wątpliwości, że działa (dotychczas wprowadzony materiał znam niemal na pamięć) i staram się dodawać do talii kolejne elementy, których bazą jest na razie przerabiany przeze mnie podręcznik.
WAŻNE! Tłumaczenie zawsze robię, mówiąc na głos w afrikaans. Ćwiczenie polegające na mówieniu pod nosem bądź odbywaniu procesu jedynie w pamięci mija się z celem. Po pierwsze nie ćwiczymy wymowy, a po drugie jest nam wtedy znacznie łatwiej oszukać samych siebie (łatwiej ukryć błędy).

Trochę inny mam stosunek do talii pasywnej, której powtórki dłuższe niż 10 minut uważam trochę za mało efektywne spędzanie czasu. W tym przypadku zamiast przeglądać kolejne karty lepiej wziąć coś do czytania w docelowym języku. Talia tam ma zresztą zupełnie inny cel. W przeciwieństwie do talii aktywnej, chodzi w niej głównie o utrwalanie wyrażeń, które przy czytaniu artykułu bądź książki (choć na te drugie póki co w afrikaans stanowczo za wcześnie) wzbudziły wątpliwość lub były totalnie niezrozumiałe, tak aby przy następnym ich spotkaniu nie mieć wątpliwości co oznaczają.

Czy robisz jakieś ćwiczenia na rozumienie ze słuchu?

luister_na_afrikaanse_radio_aanlynSkupienie się na rozumieniu języka mówionego zasugerował mi komentujący tu od dłuższego czasu Jacek. Rzeczywiście słucham dość dużo, ale póki co jestem raczej na etapie rozumienia głównych wątków rozmowy na podstawie wychwycenia słów kluczy, które znam z… przeczytanych przeze mnie tekstów. Nie ukrywam, że to właśnie materiał pisany jest dla mnie podstawowym źródłem nowo poznawanego słownictwa. Przede wszystkim dlatego, że jest znacznie łatwiejszy w deskrypcji, a nieznane słowo można natychmiast sprawdzić w słowniku i kontynuować czytanie. Równie niezrozumiałego materiału dźwiękowego nie potrafię wykorzystać w taki sposób. Nie wiem, czy jestem wzrokowcem – wiem tylko, że uczę się w taki sposób, bo w innym przypadku odczuwałbym zmęczenie materiałem (a to jest tak naprawdę najgorsze, co możemy sobie zafundować, ucząc się języka obcego). Dlatego ograniczam się przede wszystkim do słuchania w tle i wychwytywania znanych mi wyrażeń, a czasem nawet całych zdań, które rozumiem. Dziennie spędzam z mówionym afrikaans przynajmniej godzinę – tyle bowiem trwa audycja Kommentaar z Radio Sonder Grense oraz nagrania z podręcznika. Postępy w rozumieniu są stosunkowo niewielkie, ale trwałe, co przy zachowaniu obecnego, znowu nie aż tak podkręconego tempa daje nadzieję na dość dobry wynik na końcu naszej podróży.

Tyle, jeśli chodzi o pierwszą falę pytań dotyczących mojego eksperymentu językowego. W przyszłym tygodniu, żeby wprowadzić do cyklu trochę różnorodności (ile można przecież pisać o tym jak ktoś się uczy języka?) postaram się nieco poruszyć również kulturowo-polityczny aspekt tego przedsięwzięcia i nieco rozszerzyć to, co napisałem 5 lat temu jako wstęp historyczno-kulturowy do języka afrikaans. Ten tekst był, mimo zainteresowania jakie ówcześnie wzbudził, dość ubogi, warto byłoby więc go poszerzyć, zwłaszcza, że tematyki tej raczej próżno szukać w polskim internecie.

Podobne artykuły:
(Nie)płynny w 3 miesiące, czyli eksperyment językowy
Afrikaans – krótki wstęp historyczno-kulturowy
Wyznania ANKIoholika
Nauka języka bez podręcznika – część 1
Nauka języka bez podręcznika – część 2

Wyznania ANKIholika

Logo AnkiPrzed paroma dniami otrzymaliśmy na naszą skrzynkę redakcyjną wiadomość od czytelnika, który zapytał o to w jaki sposób efektywniej korzystać z elektronicznych fiszek, jakie oferuje nam wielokrotnie na Woofli wspominany program Anki. Pytanie brzmiało: Mam wątpliwość, czy korzystniejsze będą flashcardy ‚angielskie słówko – definicja po angielsku’ czy ‚angielskie słówko – polskie słówko’? (…). Osobiście ciężko mi jednoznacznie odpowiedzieć, ponieważ z pierwszej opcji nie korzystałem nigdy, drugą natomiast wykorzystuję w pewnym stopniu do dziś, ale z użyciem osobnego zeszytu, w którym każdej fiszce przypisane jest przynajmniej jedno zdanie zawierające dane słowo (wycięte przeważnie podczas lektury ciekawej książki, artykułu). Zeszyty, a raczej zapisane w nich zdania pozwalające automatycznie przypomnieć dane słowa w odpowiednim kontekście czynią wielką różnicę – sama nauka bez kontekstu na zasadzie „słowo po angielsku – słowo po polsku/definicja po angielsku" zdaje się być natomiast, przynajmniej w moim odczuciu, stratą czasu. W najlepszym wypadku będziemy potrafili podać poprawną odpowiedź dla aktualnie wyświetlanej fiszki. Niestety żywy język to nie wyświetlane w regularnych odstępach karty z pojedynczymi wyrazami, więc bycie mistrzem w rozwiązywaniu swojej talii w Anki niekoniecznie musi być kluczem do władania językiem obcym. I o tym właśnie będzie dzisiejszy artykuł.

Mimo faktu, iż użytkowników Anki jest całe mnóstwo i ciężko mi o przypomnienie sobie jakiejkolwiek darmowej aplikacji, która w tak krótkim czasie zdobyła uznanie w językowej blogosferze to jeszcze nigdy nie spotkałem się z wpisem krytykującym zastosowanie tego programu, którego jednocześnie autorem byłaby osoba korzystająca z niego codziennie. Przeważają bardzo skrajne opinie – od ludzi czyniących z Anki swoje główne narzędzie nauki i traktujących opuszczenie wyznaczonej przez program powtórki jako grzech śmiertelny po osoby, które totalnie negują jego użycie, mimo iż tak naprawdę nigdy w życiu z niego nie korzystały. Prawda, jak zwykle, leży gdzieś pośrodku i mimo iż używam Anki niemal codziennie to zdaję sobie sprawę z wad, których aplikacja ta w żaden sposób nie przeskoczy. I to bez względu w jaki sposób będziemy tworzyć fiszki.

20150417_230904To co na fiszkach to niekoniecznie w głowie
Pierwsze wrażenie po instalacji aplikacji jest z reguły bardzo pozytywne – zapisywane na fiszkach zwroty rzeczywiście wchodzą do głowy niesłychanie szybko i po tygodniu wydaje się, że z Anki rzeczywiście można przez rok bez problemu utrzymać tempo 50 słówek dziennie osiągając w danym języku płynność. Znajomość słowa w Anki jest utożsamiana z jego znajomością w rzeczywistym świecie i naprawdę twierdzimy, że jeszcze tylko 10000 fiszek i będziemy asami konwersacji. Nic bardziej mylnego. Jak już napisałem we wstępie: żywy język to nie wyświetlane w regularnych odstępnych karty z pojedynczymi wyrazami. Okazuje się, że często spotkanie ze słowem w sztucznych warunkach (a mimo wszystkich ulepszeń tylko takie jest nam w stanie Anki zaproponować) ma się nijak do warunków naturalnych kiedy trzeba go użyć w niespotykanym dotychczas kontekście. Po roku używania Anki zauważyłem, iż nierzadko zdarza mi się dane słowo poprawnie przetłumaczyć z polskiego na język obcy na fiszkach, ale absolutnie nie ma to nic wspólnego z rzeczywistą umiejętnością jego użycia podczas konwersacji. Ta bowiem wymaga czegoś znacznie więcej niż udzielana od czasu do czasu bezkontekstowa odpowiedź na ekranie twojego komputera bądź smartfona. Przeważnie słowa nauczamy się dzięki temu, iż spotykamy się z nim odpowiednio często w różnych sytuacjach, a nie dzięki temu, iż zapamiętamy jego definicję bądź tłumaczenie – to też jest powodem, dla którego popularne w szkołach i na uczelniach kartkówki ze słówek są czymś szalenie nieefektywnym. Wrócmy jednak do tematu, bo nie o tendencjach panujących w polskim systemie edukacji ma być ten artykuł.

Anki - statystykiCzy nie żal Ci czasu?
Jedna sesja z Anki trwa u mnie przeważnie około 30 minut. Nie nazwałbym moich talii małymi , ale też do szczególnie rozrośniętych nie należą – na dzień dzisiejszy wszystkie mają łącznie 11581 wyrazów i na każdą z nich nie przeznaczam więcej czasu niż 10 minut, co przeważnie w zupełności mi starcza by wyrobić dzienny harmonogram. Jeśli przyjąć, iż robiłbym powtórki codziennie to z prostego rachunku wynika, iż użycie Anki pożera 183 godziny w ciągu roku. Liczba dość spora, zwłaszcza jeśli unaocznimy sobie fakt, iż taka liczba godzin spędzonych z językiem obcym w inny sposób mogłaby przynieść znacznie trwalsze efekty. Anki to mimo wszystko jedynie kontakt z białymi kartami, który nie nauczy nas nic więcej niż poprawnie rozpoznawać znaczenie zapisanej na tych kartach treści. Dużo więcej by nam oraz naszej znajomości języka dało gdybyśmy w tym czasie przeczytali jakąś ciekawą książkę, bądź odbyli interesującą rozmowę. Za jedną z lepszych decyzji, jakie kiedykolwiek podjąłem użytkując Anki było ustawienie maksymalnej długości dziennej sesji (w moim wypadku jest to pół godziny z tendencją malejącą) – nawet jeśli nie uda mi się przerobić wszystkiego to uważam, iż dużo więcej zyskam biorąc się za coś innego, nawet chwytając jakiś artykuł bądź książkę, najlepiej w formie drukowanej, bo wtedy istnieje znacznie mniejsze ryzyko, że zaczniemy przeglądać nowe wiadomości na Facebooku czy zmieniać co 5 minut muzykę przez YouTube. Tego typu „złodzieje czasu" również potrafią odciągnąć naszą uwagę, kiedy korzystamy z jakiejkolwiek aplikacji komputerowej docelowo ułatwiającej naszą naukę – im bardziej powtórka jest monotonna (czytaj: suche listy na zasadzie „słowo w języku A" – „słowo w języku B") tym ryzyko utraty skupienia jest większe.

Anki to nie uniwersalna metoda nauki językaAnkiStat
Bardzo łatwo wpaść też w pułapkę wiary w to, że kontakt z Anki to kontakt z prawdziwym językiem i wykonawszy powtórkę stwierdzić, iż nic więcej dziś już robić nie trzeba. Podobnie jednak jak rozmaite suplementy diety nie powinny być stosowane jako jedyne źródło pożywienia tak programy SRS (ang. Spaced Repetition System) jak Anki, Mnemosyne czy Supermemo nie mogą być jedyną formą kontaktu z językiem, bo same w sobie mogą okazać się szkodliwe. Na dodatek uczą w pewien sposób lenistwa i zabijają kreatywność, w ogromnej mierze odpowiadającą za nasze sukcesy w nauce. Ma to miejsce zwłaszcza w przypadku gdy korzystamy z gotowych list, których importowanie nie wymaga od nas najmniejszego wysiłku. Zawsze byłem zwolennikiem nauki poprzez własne doświadczenie, które znacznie lepiej niż jakiekolwiek utworzone przez trzecie osoby listy jest w stanie wyodrębnić zestaw terminów rzeczywiście zbieżnych z naszymi własnymi potrzebami komunikacyjnymi. Ktoś mógłby powiedzieć: „A co z listami 1000 najpopularniejszych słów?". Nie uważam, że tego typu zestawy są jednoznacznie złe – sądzę jednak, iż mając wystarczająco dużo kontaktu z językiem obcym, nawet w postaci podręczników czy prostych artykułów, pierwszy tysiąc słów jesteśmy w stanie bez problemu opanować również bez pomocy Anki (będziemy się na nie natykać tak naprawdę co chwilę, bez względu na to jakiej maści materiałów użyjemy) i wyjdzie nam to tylko na dobre. Mimo to o ile jestem wrogiem wszelkiego rodzaju suplementów diety, o tyle SRSów jeszcze nie porzuciłem – dlaczego? Nie można im bowiem odmówić pewnych zalet.

Gdzie SRSy się naprawdę sprawdzają?
Po czterech latach doświadczeń z tym programem muszę powiedzieć, że sprawdza się on wyśmienicie przynajmniej w trzech aspektach:
1) Talie do pasywnego słownictwa tworzone na podstawie czytanych tekstów – to właśnie w nich wykorzystuję wspomniane już na samym początku artykułu zeszyty i obecnie do tego aspektu ograniczam tak naprawdę użycie programu. Służą one jednak raczej nie tyle do nauki, lecz do bardziej efektywnego utrzymywania rzadkiego inwentarza leksykalnego na przyzwoitym poziomie.
2) Aktywne talie „dynamiczne" – te wymagają znacznie więcej zachodu, ale też służą do czegoś zupełnie innego. Na pomysł ich tworzenia wpadłem już parę lat temu przy okazji studiowania serbskiego – podstawą są tłumaczenia całych zdań z języka polskiego na obcy. Najważniejszą cechą jest rozrastanie się talii na podstawie błędów jakie popełniamy. Przykładowo – jeśli popełnię błąd w tłumaczeniu danego zdania to tworzę dodatkowo nową kartę z bliźniaczym zdaniem dokładnie w taki sposób, aby nacisk przy jej sprawdzaniu był położony na aspekt, w którym dany błąd popełniłem. Tworzenie takiej talii było co prawda dość czasochłonne, ale rezultaty dawało całkiem niezłe i zmuszało mnie do czegoś więcej niż tłumaczeń „słowo w języku A = słowo w języku B", które w moim odczuciu, zwłaszcza jeśli chodzi o aktywne użycie języka mają się często nijak do rzeczywistości.
3) Dla osób lubujących się we wszelkiego rodzaju statystykach użytkowanie Anki może być silnym czynnikiem motywującym – sama aplikacja daje nam bowiem dostęp do sporej liczby danych obrazujących nasz postęp, co dla niektórych osób może być czynnikiem decydującym o utrzymaniu motywacji.

Na tym lista zastosowań naturalnie się nie kończy – ich liczba może być tak duża jak liczba użytkowników samej aplikacji i każdy z nich będzie mieć zapewne różne zdanie na temat preferowanych przez siebie technik . Osobiście zachęcam wszystkich, również osoby silnie uprzedzone oraz nigdy nie korzystające z tego rodzaju narzędzi do eksperymentów i odnalezienia jakiejś własnej wizji ich użytkowania. Przy odrobinie zdrowego rozsądku mogą się one okazać bardzo przydatne. Wystarczy jedynie pamiętać, że uczymy się języka, a nie naszej talii z Anki.

 

Oficjalne strony najpopularniejszych programów SRS:
Anki – http://ankisrs.net/
Mnemosyne – http://mnemosyne-proj.org/

Podobne artykuły:
Przewodnik po Anki
Rewelacyjny program do nauki słówek – Anki
Peterlin 3 – jak się uczyć
Ile klasyki w postępie?
Nauka języka bez podręcznika – część 2. Czytanie.

Jak efektywnie uczyć się słówek?


Jedną z rzeczy, która spędza sen z powiek każdemu uczącemu się języków obcych jest nauka nowych słówek. Od najmłodszych lat są wciskane uczniom listy słówek, które należy zapamiętać by zdać kartkówkę czy sprawdzian. Dla niektórych jest to może świetna motywacja – jeśli będziesz je umiał to dostaniesz lepszą ocenę. Problem w tym, że motywacja do nauki tych słów znika wraz z owym egzaminem, po którym w głowie zostanie nie więcej niż 20% z nich. Jeśli chcemy je lepiej zapamiętywać można skorzystać z różnych technik.

Pierwsza z nich to najbardziej banalna i wszystkim chyba znana lista. W zależności od człowieka ją sporządzającego może różnie wyglądać, ale zawsze ma te same właściwości. Mianowicie sprawdza się genialnie jeśli chodzi o krótkoterminową naukę (zakuć, zdać, zapomnieć – dlaczego tę zasadę należy odrzucić w nauce języków obcych napiszę wkrótce). By jednak słowa w głowie pozostały potrzebne jest ich przypominanie. I tu pojawia się problem, bo nie ma chyba nic bardziej nużącego niż codzienne sprawdzanie list. Nawet jeśli ktoś jest do tego stopnia zmotywowany, że to robi, to bardzo często zdarza się, że słówka, których się uczy pamięta jedynie w kolejności w jakiej się pojawiają. Sam zrobiłem kiedyś taki eksperyment – ułożyłem listę 100 bardzo rzadkich rzeczowników angielskich i nauczyłem się jej. Następnie pociąłem to na kawałki i okazało się, że gdy poszczególne wyrazy były w innej kolejności musiałem swoją wiedzę zweryfikować. Jednym słowem listy dają mniej więcej tyle co uczenie się w podstawówce wierszyków na pamięć – ja z nich zrezygnowałem i radziłbym Tobie uczynić to samo jak najszybciej.

O kolejnym sposobie nauki nowych słów dowiedziałem się czytając książkę Barry'ego Farbera „How to Learn Any Language: Quickly, Easily, Inexpensively, Enjoyably and on Your Own". Tak zwane flashcardy (polska nazwa tego wynalazku to chyba „fiszki" ale pewien nie jestem) w pewien sposób zmieniły mój sposób podejścia do słówek. Próbowałem je tworzyć na dwa sposoby:
1. na jednej stronie małej karteczki wypisywałem 10 słówek w języku, którego się uczę, a po drugiej stronie ich tłumaczenie na język polski – po dłuższej pracy z nimi odkryłem, że posiadają niestety tą samą wadę co listy, czyli często bardziej zapamiętywałem kolejność niż znaczenie.
2. po każdej stronie kartki zapisywałem tylko jedno słowo – i to był klucz do sukcesu.
Flashcardy mogłem nosić ze sobą wszędzie, a testowanie samego siebie było dla mnie swojego rodzaju wyzwaniem co znacznie różniło się od mozolnego spoglądania na listę. Zawsze mogłem je przetasować co usuwało ryzyko zapamiętywania kolejności. Gdy z czasem jeszcze wypracowałem system powtórek myślałem, że jest to metoda pozbawiona wad. Jednak im dłużej je stosowałem tym bardziej nurtował mnie jeden problem – gdzie je składować? Bo wszystko jest super gdy ma się 20, 100, a nawet 200 flashcardów – nie zajmują miejsca, da się je spiąć gumką i mieć zawsze przy sobie. Ale gdy uzbierasz kolekcję 4000 i jeszcze zamierzasz robić co jakiś czas powtórki to sprawa staje się poważna. Dlatego z flashcardów po pewnym czasie też zrezygnowałem, aczkolwiek może po prostu problem leżał w tym, że nie potrafiłem się nimi wystarczająco dobrze posługiwać.

Odkryłem za to coś co się zwie SRS (skrót od Spaced Repetition Software), czyli programy komputerowe obsługujące flashcardy. Działają niemal tak samo jak te papierowe, ale znika problem ich przechowywania. Powtórki przebiegają znacznie szybciej, a na dodatek ma się dostęp do wielu wszelkiego rodzaju statystyk dotyczących tego jak dobrze dane słówka, czy zwroty się opanowało.
Najbardziej godne polecenia wydają mi się dwa programy SRS, które można ściągnąć z internetu za darmo: ANKI oraz Mnemosyne. Ja osobiście korzystam z tego pierwszego, ale różnice między nimi są raczej natury kosmetycznej. Aktualnie posiadam bazę 10000 słówek i wyrażeń w 4 językach i potrafię to udźwignąć bez większych problemów. Dzienna powtórka zabiera jedynie około 20 minut.
Naturalnie ciągle badam pracę z SRS i staram się ją ulepszać tak, żeby była jak najbardziej efektywna – o tym jak efektywnie korzystać z tych programów napiszę następnym razem. Pamiętaj tylko o jednym: sama praca z flashcardami czy SRS absolutnie nie równa się opanowaniu języka. To jest jedynie narzędzie pomocnicze. Aczkolwiek bardzo, ale to bardzo przydatne 🙂