mówienie

Magia lustra, czyli o tym jak zacząć mówić

O tym, że mówienie jest jednym z najważniejszych procesów w trakcie nauki języka obcego, nie trzeba nikogo przekonywać. Od samego początku naszej przygody z dowolnym językiem słyszymy, że musimy zacząć nim mówić. Łatwiej "powiedzieć", niż zrobić. Jak zatem zacząć mówić, gdy jesteśmy nieśmiali?

Zapewne sposób na przełamanie lęku przed mówieniem, który zaraz podam, jest znany wielu osobom. Piszę o nim dlatego, że choć znany, to często jest ignorowany. Mowa o ćwiczeniu przed lustrem – i bynajmniej nie chodzi tu o ćwiczenia fizyczne 🙂 .

Po raz pierwszy z metodą lustra zetknęłam się w liceum. Było to prawie 10 lat temu, jednak wtedy nie skorzystałam z tego sposobu nauki. Sięgnęłam po niego dopiero kilka lat późnej i okazał się zbawienny. Dzięki pewnemu portalowi poznałam Finkę, z którą pisałam po angielsku. Po pewnym czasie zdecydowałyśmy, że porozmawiamy na Skype i w ten sposób wzajemnie podszkolimy się z angielskiego. Tu jednak pojawił się problem; a właściwie strach. No bo jak to? Mam mówić po angielsku do obcej osoby? I to tak zupełnie naturalnie, na dowolny temat? A co jeśli popełnię głupi błąd i ona mnie wyśmieje?

Takie dylematy ma wielu z nas. Boimy się, że popełnimy błąd albo że nasz angielski (czy też inny język, którego się uczymy) będzie brzmiał fatalnie. Wtedy przypomniałam sobie o lustrze. I choć może wydawać się to śmieszne, to spędziłam trochę czasu na rozmawianiu ze sobą, a raczej mówieniu do siebie przed lustrem. Starałam się być jak najbardziej naturalna  – mówić płynnie, ale przede wszystkim ćwiczyłam intonację.

Pomimo strachu, wzięłam udział w konwersacji na Skype ze wspomnianą wcześniej Finką. Rozmawiałyśmy ze sobą kilka godzin, poruszając najgłupsze tematy świata. Jednak nie do tego zmierzam. Po wszystkim podeszła do mnie współlokatorka, która biegle mówi po angielsku i spędziła wiele lat za granicą, i powiedziała: „wiesz, słyszałam jak rozmawiasz, bardzo dobrze Ci poszło”. ‚Wniosek z tego taki, że najważniejsze jest to, by nie bać się mówić i wyćwiczyć w sobie umiejętność mówienia na forum publicznym.

W liceum, przed maturą usłyszałam o metodzie lustra. W owym czasie, zarówno ja, jak i większość osób z mojej grupy ją po prostu zignorowałyśmy. Byliśmy pewni, że bez tego też damy radę. Oczywiście, jeśli dużo ćwiczymy, i co najważniejsze nie wstydzimy się mówić w innym języku przy obcych, to na pewno damy sobie radę. Jednak nie oszukujmy się – większość uczących się języka zwyczajnie wstydzi się nim mówić. Boimy się, że popełnimy błąd lub nasz akcent nie będzie idealny.

W takich przypadkach metoda lustra może okazać się zbawienna. Na początku będziemy czuć się głupio – przecież rozmawiamy z własnym odbiciem – jednak im szybciej zapomnimy o tym odczuciu, tym lepiej. Lustro pozwoli nam również zobaczyć nasze gesty. Tak przecież odbiorą nas egzaminatorzy podczas ustnej matury czy obcokrajowcy, którym będziemy tłumaczyć jak dojechać do hotelu. Warto zatem wykorzystać technikę, która pozwoli zapanować nad strachem, który powstrzymuje nas przed mówieniem, a przy okazji poprawimy również swoją gestykulację.

„A o czym miałbym mówić?”

Ta wątpliwość jest trochę taką wymówką. No bo o czym można mówić do siebie samego? Jeszcze zrobię z siebie większego pajaca i w dodatku to zobaczę. Błąd! Warto mówić o czymkolwiek. Zapomnijmy, że to ze sobą rozmawiamy. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy na rozmowie kwalifikacyjnej albo że plotkujemy z koleżanką na temat nowo poznanego chłopaka. Możemy mówić o planach wakacyjnych, ostatnio zwiedzonych zabytkach albo wziąć dowolną książkę lub gazetę z ilustracjami i spróbować opisać przedstawioną tamże sytuację.

Wiele osób ćwiczy głośne mówienie siedząc na kanapie – w porządku. Pamiętajmy jednak, że to nie przełamie zasadniczej bariery, która powstrzymuje nas przed mówieniem. Wystarczy, że usłyszymy ledwie szmer lub zdamy sobie sprawę, że właśnie do domu wrócił współlokator lub rodzice i nagle przestajemy mówić. Czujemy się zażenowani, bo może ktoś wyłapie nasze błędy. Boimy się tego nawet wtedy, gdy wiemy, że np. nasi rodzice nie znają języka, którego się uczymy. Jak więc w ogóle mogą usłyszeć nasze błędy?

Magia lustra

Matury zbliżają się wielkimi krokami, zatem warto wykorzystać pozostały czas jak najlepiej. Metoda lustra może być przez wielu odebrana jako: godna politowania, oczywista lub mało przydatna. Jednak każdy sposób nauki jest dobry. Tak, jak przy osłuchaniu się wykorzystujemy ulubione seriale czy filmy, podobnie i tutaj możemy porozmawiać na dowolny, wybrany przez siebie temat. Nawet jeśli mamy znajomego, z którym moglibyśmy poćwiczyć mówienie, to ja i tak zachęcam do samodzielnego rozmawiania przed lustrem.

Panuje powszechne przekonanie, że matura ustna to tylko formalność. Zapewne w wielu przypadkach tak jest, bo jak niektórzy twierdzą: „tego nie da się nie zdać”. Ale czy nie lepiej wyjść z sali z maksymalną liczbą punktów? Egzamin, który z pozoru jest formalnością, wiąże się także z ogromnym stresem, i nie możemy przewidzieć jak w tej sytuacji zachowa się nasz organizm. Nagle może okazać się, że strach nas sparaliżuje i nie powiemy wszystkiego, co istotne, w konsekwencji czego stracimy punkty.

Zapomnijmy o zażenowaniu i poćwiczmy wcześniej przed lustrem. Nawet jeśli ktoś z domowników będzie się z nas śmiał, to pamiętajmy, że uczymy się dla siebie. To, ile czasu poświęcimy na szlifowanie języka, przełoży się później na jakość potencjalnych spotkań z obcokrajowcami. Metoda lustra może pomóc nam prokonać barierę, która powstrzymuje nas przed mówieniem i następnym razem, gdy zatrzyma nas obcokrajowiec i zapyta o drogę, bez wahania mu pomożemy, zamiast tchórzyć  – mówiąc, że nie znamy języka.


Autorką tekstu jest Anna Gredecka.

Jak mówić po angielsku i się nie pogubić?

angielski_1Wiele zostało już powiedziane na temat angielskiej gramatyki. Pojawiały się różne zdania: łatwa, trudna, dziwna, irytująca, całkiem spoko. Te opinie powtarzają się wkoło, ale w dalszym ciągu istnieją „problemy”, które pozostają niewytłumaczone lub ich wyjaśnienie jest nieprzejrzyste. Dlatego po dwóch artykułach o języku polskim zdecydowałem się napisać coś, co, mam nadzieję, rozjaśni obraz (pozornie, naprawdę) problematycznych zagadnień. 

O perorowaniu słów kilka…

Nauka języka jest ściśle powiązana z mówieniem. Przecież to właśnie po to uczy się mowy: by mówić, by się komunikować, by dzielić się informacjami. W tym celu wykorzystywane jest wspaniałe, niezwykle rozbudowane narzędzie – język. Jak w ferworze zasad gramatycznych i wkuwania mniej lub bardziej przydatnych słówek nie pogubić się i być w stanie wypowiadać się swobodnie? Jak już kiedyś pisałem tutaj, polskie szkolnictwo nie dba najlepiej o ten aspekt nauki. Co można zrobić w obliczu tej sytuacji? Przede wszystkim zmienić swoje nastawienie do obcej mowy. Kiedy wypowiadasz się w innym języku, pomyśl nad tym, co mówisz – spróbuj na chwilę zapomnieć, że używasz obcego języka. Zapamiętaj, że język to przede wszystkim narzędzie: pracy, nauki, przyjemności. Służy do wielu celów, ale w pierwszej kolejności ma służyć człowiekowi, a nie być jego zmorą. Jeśli martwisz się, że popełnisz błąd, to pomyśl sobie, że wszyscy robią błędy (w tym najlepsi językoznawcy; uwzględnij fakt, że również ten tekst przechodzi przez korektę osoby trzeciej). Przejdźmy jednak do meritum: co robić, żeby nie zginąć w językowej dżungli? Systematycznie podejmuj próby, korzystaj z wiedzy, którą masz w danej chwili. Targanie się na konstrukcje czy słowa, które wykraczają poza Twój poziom, jest nielogiczne. Zważ na to, że żaden Mickiewicz (albo inny Słowacki…) nie od razu był w stanie mówić jak poliglota – każdy musi popełnić serię błędów, by w końcu się nauczyć. Dlatego też napisałem ten artykuł – wyjaśniłem w nim kilka problematycznych kwestii (głównie dotyczących gramatyki). Mam nadzieję, że choć trochę pomogę uporządkować te informacje.

Nie jest prawdą, że nie umiem przeczyć…! 

Zacznę od prostej sprawy, często niezrozumiałej dla Polaków: negacji pojedynczej. W języku polskim występuje naturalna dla nas negacja wielokrotna. Czymże jest ta cała „negacja”, ukryta pod taką dziwaczną nazwą? Posłużę się przykładem: Nikt nikomu niczego nie dał. Pojawiają się tutaj aż cztery wyrazy z funkcją przeczącą. Użycie ich naraz, w jednym zdaniu, powoduje powstanie zdania przeczącego. A jak jest po angielsku? Jest inaczej. Budując zdanie przeczące po angielsku, trzeba użyć tylko jednego słówka przeczącego i to wystarczy. Jakie to ma skutki w praktyce? Podczas mówienia lub tłumaczenia trzeba pamiętać o tym, że „jedno słowo wystarczy”. Naprawdę nie jest to trudne. Jak poznać takie słowa, które są wystarczająco „mocne”, by zaprzeczyć całe zdanie? Wystarczy skorzystać z poniższej listy :).

Słowa, które mają „ładunek negatywny” i nie potrzebują dodatkowych zaprzeczeń można podzielić na grupy. Grupa pierwsza to przeczące formy operatorów, czasownika to be oraz modali. Przedstawiają się one następująco: am not, isn’t, aren’t, don’t, doesn’t, didn’t, haven’t, hasn’t, can’t, couldn’t, may not, might not, mustn’t, needn’t, shouldn’t, oughtn’t (tak, coś takiego istnieje!).

Drugą grupę można nazwać „no-words”. Są to kolejno: nobody, noway, no one, nowhere, nothing, none.

Ostatnia grupa to słowa, które występują w połączeniu z jakimiś innymi częściami mowy. Są to: neither, … nor… (są stałym połączeniem), never (najczęściej z czasami typu Perfect).

Po wszystkich słowach wymienionych powyżej zbędne jest korzystanie z dodatkowego przeczenia. Wystarczy użyć go raz w zdaniu, a dalej pisać wszystko w formie twierdzącej. Warto zauważyć, co łączy prawie wszystkie te słowa: większość z nich ma gdzieś w sobie cząstkę not- lub no-. Por.: aren’t = are not; no-body; couldn’t = could not itd. Z pewnością ułatwi to ich zapamiętanie.

Poza wyżej wymienionymi słowami, istnieją też wyrazy, które mają funkcję pytającą lub oznajmującą, ale tłumaczy się je na polski tak samo, jak wyrazy o funkcji negatywnej (to jest często właśnie źródło problemu). Te wyrazy to: any, anyone, anybody, anything, anywhere. Można nazwać je „fałszywymi przyjaciółmi”, ponieważ mogą lekko wprowadzać w błąd. Jak to wszystko działa w praktyce? Objaśnię to na przykładach.

Oto takie sobie zdanie: Nikogo tu nie ma. Przetłumaczę je na angielski. Zanim to, należy przyjrzeć się temu zdaniu w oryginalnej wersji. Występują tutaj dwa przeczenia: nikogo oraz nie ma. Jak już napisałem, po angielsku nie wolno stosować podwójnych przeczeń. Należy się teraz zdecydować, który wyraz ma być zaprzeczony. Jeśli zaprzeczy się wyraz nikogo, to w efekcie końcowym powstanie zdanie: Nobody is here (nie isn’t, bo jedno przeczenie już jest). Jeśli zaprzeczy się czasownik, to zdanie wygląda następująco: There isn’t anybody here. Dlaczego w drugim tłumaczeniu użyłem anybody? Ponieważ jest to wyraz „neutralny” tak, jak wszystkie wyrazy, które rozpoczynają się przedrostkiem any-.

Inne zdanie: Nigdzie nie byłem. Ponownie istnieją dwie możliwości. Tym razem spróbuj sam, a potem porównaj z moim tłumaczeniem.

Pierwsza: I have been to nowhere. Oraz druga: I haven’t been anywhere

 Angielskie der/die/das 

Kolejne zagadnienie gramatyczne, rodzajniki, jest całkowitą abstrakcją dla osób, które mówią jedynie po polsku. Czym są rodzajniki? Za definicją można rzec, iż są to wyrazy, które występu albo przed albo po rzeczowniku i określają jego rodzaj gramatyczny (jeśli takowy istnieje) oraz wskazują kwestię określoności konkretnego słowa. Mówiąc prościej? Angielskie rodzajniki to: a i an (nieokreślone) oraz the (określony). Wśród języków Europy i, o ile mi wiadomo, również innych języków świata rodzajniki stanowią powszechną regułę. Ich pierwsza, zazwyczaj najważniejsza funkcja – czyli określanie rodzaju gramatycznego – w angielskim wykorzystywanym na codzień, nie ma aż takiego dużego znaczenia. O rodzajnikach pisałem już przy innej okazji, tutaj. Czy są jakieś sposoby, aby ujarzmić angielskie a/an/the? Konkretnego przepisu oczywiście nie ma, jednak poniższa lista punktów, o których dobrze jest pamiętać.

  1. Rodzajniki traktuj jak przyjaciół-pomocników, nie jak wrogów. Mają Ci przede wszystkim pomagać.
  2. Jeśli zastanawiasz się nad tym jaki rodzajnik wstawić, spróbuj wszystkich form i porównaj ich „brzmienie”. W pewnym momencie należy zdać się na naturalne wyczucie językowe.
  3. Im więcej będziesz czytać, słuchać i korzystać z języka, tym lepiej. Nabierasz wtedy wiedzy o języku, którym się posługujesz i przyzwyczajasz się do pewnych konstrukcji, w tym również do używania rodzajników.
  4. Ucz się pełnych konstrukcji z wbudowanymi rodzajnikami, zwracając również na nie uwagę. Przykładowo: to have a nap, the same, to peel an apple. 
  5. Pamiętaj, że po angielsku wymowa jest równie ważna, co gramatyka. Dlatego jeśli przed słowem stoi przymiotnik, to musisz dostosować rodzajnik właśnie do niego. Jeśli przymiotnik rozpoczyna się samogłoską, to należy wstawić tam an – tak samo jakby to był rzeczownik zaczynający się od samogłoski. Dlatego też mówi się: a green apple ale an awesome car. 
  6. Pamiętaj, że istnieją całe zbiory zasad, które pomagają w korzystaniu z rodzajników. Warto znać je chociaż pobieżnie, ponieważ są niezwykle praktyczne. Przykładem takiej zasady jest to, że mówiąc o grze na jakimś instrumencie muzycznym, należy wstawić the przed jego nazwą (Np.  I can play the guitar. He’s keen on playing the piano.). Większość z nich znajdziesz w dobrych podręcznikach albo, na przykład, tutaj.

– Najlepszy prezent dla anglisty? – Present Perfect!

Od rzeczy przyjemnych przejdę do tych mniej sielankowych… Chodzi mi o zmorę i koszmar  senny Polaków uczących się angielskiego – czasy Present Perfect Simple oraz Present Perfect Continuous. Kolejna już, całkowita abstrakcja dla osób polskojęzycznych. Jednak, za starym polskim porzekadłem: nie taki diabeł straszny, jak go malują… Ważna rzecz, z której należy zdać sobie sprawę podczas przyswajania tego czasu to fakt, iż jego główny aspekt to teraźniejszość z uwzględnieniem wydarzeń przeszłych. Jest to najważniejsza i najbardziej charakterystyczna cecha tego czasu. Jest teraźniejszy, mówi o wydarzeniu, które odbyło się w przeszłości, ale jego skutki widoczne lub odczuwalne są w tej chwili. Drugie najbardziej podstawowe użycie: podawanie nowych informacji, które wcześniej nie zostały wspomniane. Poza tymi cechami istnieją również słowa charakterystyczne dla czasów perfektywnych (czyli wszystkich czasów z rodziny Perfect, tj. Present Perfect, Past Perfect itd.) Te wyrazy to: just (właśnie, dopiero co), already (już – jedynie w zdaniach twierdzących), yet (już – jedynie w zdaniach przeczących i pytających; słowo to występuje zawsze na końcu zdania), never (nigdy; w kontekście robienia czegoś po raz pierwszy) oraz ever (kiedykolwiek). Wyrazy te przyjmują zawsze stałe miejsce w szyku zdania angielskiego. Dosłownie należy je wcisnąć pomiędzy operator (have/has/had) a czasownik właściwy. Dodatkowo jeśli zdanie ma formę ciągłą (zwiera konstrukcję been + czasownik z -ing), to wyrazy te wstawia się pomiędzy operatorem a słowem been. 

Kilka przykładów dla zobrazowania:

I have already eaten spinach before. (Kiedyś wcześniej już to robiłem)

I have just been to Australia. (Niedawno wróciłem się z podróży tamże)

I have never had such a huge headache.  (Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło)

Have you ever been painting a house? (Miałeś okazję robić to już wcześniej?)

He has never been playing that well. (To pierwszy raz jak dotąd)

He has already been doing his homework. (Udało zrobić mu się to wcześniej)

Dzięki nim można „nakierować się”, jak to często nazywają – i słusznie – angliści, na użycie odpowiedniego czasu. Funkcję każdego czasu gramatycznego można przedstawić za pomocą wykresu na osi czasu. Myślę, że zobrazowanie graficzne tego „fenomenu” może być pomocne, toteż zamieszczam je poniżej.

wykres_present_perfect

W ten sposób przedstawia się wykres czasu Present Perfect Simple.

tabela_czasy_ciagle

 Oto porównanie dwu podstawowych czasów ciągłych. Czas Present Perfect Continuous (nie sugeruj się pisownią na obrazku, proszę) zasadniczo różni się budową oraz możliwościami, w których można go wykorzystać. Za udostępnienie obrazków wdzięcznie dziękuję temu źródłu. 

Istnieje szerokie spektrum sytuacji, w których można użyć tego czasu. Present Perfect używa się również, gdy mówi się o:

  • Niedawnych wydarzeniach o nieokreślonym czasie akcji; (Mom, I’ve seen a train!)
  • Nieokreślonych wydarzeniach, które wydarzyły się o nieznanym czasie w przeszłości; (Robert has broken his legs three times this year [nie w tym roku, a w ciągu tego roku]
  • Nieokreślonych wydarzeniach, których skutki są oczywiste i widoczne lub odczuwalne obecnie; (Where’s the bootle of mead I bought yesterday? Thomas has drunk it.) 
  • Z czasownikami stanu, by opisać czynność, która trwa aż do teraz. (I’ve lived in London since my birth.)

Cechy te wskazują na różnice pomiędzy czasem Past Simple i Present Perfect Simple. Najważniejsza i najbardziej podstawowa różnica to pierwszy punkt z listy powyżej – Present Perfect nie korzysta z słów, które określają dokładnie czas. To oznacza, że słowa takie jak: yesterday, today, five years ago, two days ago itd., nie mogą się z nimi łączyć.

Istnieją dwa teraźniejsze czasy perfektywne: Simple (prosty) oraz Continuous (ciągły BB). Co je różni, a co łączy? Najważniejsza cecha wspólna: są to czasy z rodziny perfektywnej – nigdy nie odnoszą się do określonego czasu. Różnią się zaś tym, w jaki sposób podchodzą do sposobu i trwania czynności wykonywanej przez podmiot.

Najważniejsze cechy określane przez Present Perfect Continuous:

  • Stan, który trwa aż do teraz (a nawet dłużej – po wypowiedzeniu zdania); (I’ve been standing here for hours!)
  • Niedokończona czynność; (She’s been painting the living room and it’s not ready yet.) 
  • Podkreślenie trwania czynności; (He has been travelling around the world whole year long.)
  • Czynność niedawno zakończona; (I’ve been on vacation and that’s why I look beautiful.)
  • Czynność powtarzana regularnie. (I’ve been taking maths lessons for a year.) 

Inne przykłady użycia obu tych czasów:

Tom lives in New York now. He has moved out of Boston. 

Jane was painting all night yesterday. She has been changing the image of her house. 

Roads are wet. It has been raining. 

Have you ever been to China? No, I haven’t. 

Tom isn’t keen on maths. He has gotten a F in algebra. 

I’m hungry. I haven’t eaten anything since morning. 

Dodatkowo podaję również link, pod którym zamieszczono wyjaśnienia oraz ćwiczenia odnośnie obu czasów. Link znajdziesz tutaj.

 

Kończąc już…

Nie zawsze nauka musi być taka straszna. Najważniejszym elementem jest podejście do samego procesu. Zmiana postawy mentalnej wpływa na punkt widzenia, co owocuje lepszymi efektami. Dlatego też warto podchodzić do gramatyki jak do przyjacielskiego narzędzia, które później wykorzystać można na wiele różnych sposobów.

Zobacz także:

Lingwistyka stosowana, czyli praktyczna nauka języka (w teorii)

Noworocznie i językowo o Polsce

Komunikatywność w języku: co to takiego?

Jak przekonania rządzą Twoim życiem

 

Komunikatywność w języku: co to takiego?

komunikatywnoscIstnieje wiele rodzajów komunikacji: społeczna, międzykulturowa, internetowa, wokalna, miejska, interpersonalna, werbalna, niewerbalna oraz językowa. A jest to zaledwie parę z nich. Czym tak naprawdę jest akt, który wykorzystujemy na co dzień w naszych życiach? Co dokładnie oznacza termin „być komunikatywnym”?

Wyraz komunikacja w języku polskim jest niejednoznaczny. Może oznaczać akt porozumiewania się lub możliwość przemieszczania się pomiędzy terenami geograficznie oddalonymi. Samo słowo pochodzi od łacińskiego communico, czyli udzielić komuś informacji oraz communio, czyli wspólność. Z komunikacji, w różnych jej odmianach, korzysta się praktycznie bezustannie, często nawet nieświadomie. Jak pisałem już w jednym z artykułów, na akt komunikacji językowej składa się wiele czynników.

Funkcja i elementy języka przedstawione za pomocą schematu Jacobnsona

Funkcja i elementy języka przedstawione za pomocą schematu Jakobsona

 

Z pozycji uczącego się jakiegoś języka obcego uczeń najbardziej skupia się na kodzie. Równie ważne jak kod są również strony, które odbierają lub wysyłają komunikat. Jednak dla językowych geeków lub po prostu uczniów, najważniejszy jest sam kod, czyli język. Całość, jak wynika ze schematu Jakobsona, tworzy kanał komunikacyjny. Taki kanał może mieć bardzo wiele funkcji: fatyczną (podtrzymywania rozmowy), poetycką, ekspresywną itp. Powszechnie wykorzystujemy takie schematy, czasami nawet kompletnie nieświadomi tworzymy bardzo rozbudowane formy porozumiewania się. W tym celu piszę ten artykuł: by uświadomić ludziom, że to co brzmi tak strasznie w ustach profesorów językoznawców, jest zjawiskiem tak dobrze znanym, jak fakt, iż woda gotuje się przy 100 stopniach Celsjusza. Komunikacja jest jeszcze bardziej rozpowszechniona, odkąd płyty naszych komputerów połączono w sieć, którą nazywamy Internetem. Komunikujemy się na miliony różnych sposób. Raz komunikacja jest fortunna (czyli trafia do odbiorcy, a interpretacja treści jest poprawna), a raz niefortunna (zjawisko przeciwne). W niektórych przypadkach komunikacja może być jednostronna, np. czytanie postów na Facebooku, które przeglądamy (ale nie lajkujemy, ani nie komentujemy). Natomiast gdy już polubimy post lub go skomentujemy (lub według nowej funkcji, „zareagujemy”), w takim przypadku jest to komunikacja dwustronna. Nie jest to komunikacja językowa, gdyż niewykorzystywany jest żaden kod do przekazywania treści.

Język nieogarniony

Powtarzałem to już wielokrotnie, ale powtórzę jeszcze raz: podczas nauki języka komunikatywność jest cechą nieodstępną.

Chciałbym pokazać, że nie zawsze bycie komunikatywnym musi oznaczać uczenie się miliona struktur i reguł gramatycznych, tysięcy słówek, co potem skutkuje jedynie tym, że ktoś nie jest w stanie powiedzieć niczego poza regułkami. Do perfekcji w jakimkolwiek języku prowadzi bardzo długa droga, która, prawdę powiedziawszy, nie ma końca. Nikt z nas nigdy nie będzie mógł powiedzieć: „Umiem język X”, gdyż jest to wymijanie się z prawdą. Mowy uczymy się przez całe życie. Język jako struktura i kod jest tak obszerny, iż nie w sposób jest jednemu człowiekowi objąć wszystkie jego zakamarki i zawiłości. Najlepszym dowodem jest choćby przykład naszej mowy ojczystej: wciąż istnieją słowa, których nie rozumiemy bez uprzedniego zaglądnięcia do encyklopedii lub słownika. Jest to cecha wspólna dla każdego języka na świecie. Wciąż istnieją konstrukcje i wyrażenia, o których nie mamy pojęcia, że istnieją i dowiadujemy się o nich najczęściej w momencie zetknięcia z tekstem, w którym ich użyto, z czystym przekonaniem, iż są one błędami w druku. Obszar semantyczny obejmowany przez słowo „język” jest na tyle ogromny, by nie istniała osoba, która będzie wiedziała wszystko chociażby o jednym z nich. Po przedstawieniu przeze mnie powyższych informacji ktoś może zarzucić: po co w takim razie w ogóle bawić się w coś takiego jak nauka obcej mowy? To na tym właśnie cała sztuka polega: by być na tyle sprytnym i na tyle komunikatywnym, by nawet z brakami wiedzy być w stanie uprawiać kolejne akty komunikacyjne.

Podczas nauki zakres słownictwa obejmuje większość obszarów codziennego życia człowieka, lecz pomimo względnie dobrych strategii przyjętych w podręcznikach nikt nigdy nie będzie w stanie przyswoić całości słownictwa. Również „połknięcie” słownika nie przyniosłoby oczekiwanego efektu, ponieważ takich pozycji należałoby „połknąć” dziesiątki. Dodatkowo za tym argumentem przemawia fakt, iż język jest strukturą żywą, która rozwija się bezustannie. Taka strategia, choć niezwykle szalona, mogłaby się sprawdzić przy językach wymarłych jak: łacina, greka itd. Tak długo, jak będą żyły osoby, które językiem X się posługują, tak długo będzie się on rozwijał. Jednoznaczne jest w takim razie stwierdzenie, iż nie wystarczy połknąć parę słowników, ale należałoby uzupełniać je coraz to nowszymi pozycjami. W kontekście wszystkich informacji tutaj podanych warto zauważyć jak zmienia się definicja słowa komunikacja (w odniesieniu do języka): nie jest to już wykorzystywanie zbiorów zasad gramatycznych, przekładów słownictwa oraz innych środków, by połączyć wszystko w całość, lecz inteligentne poruszanie się pomiędzy meandrami języka i wykorzystywanie posiadanych już informacji w sposób adekwatny do położenia. Myślę, że moje słowa pięknie można podsumować cytatem:

 Zmień swój język, a zmienisz swoje myśli. – Karl Albrecht.

A pięknie naukę języka ujęto w tych słowach:

Uczenie się innego języka jest nie tylko uczeniem się innych słów na te same rzeczy, ale także uczeniem się innego sposobu myślenia o rzeczach. – Flora Lewis

 

Teoria w praktyce

Idąc za ciosem chciałbym pokazać przykład tego, jak można wykorzystać spryt językowy (pozostawiam takową roboczą nazwę tego zjawiska, ale podręcznikowo ten zabieg nazywa się transformacją). Przykład, który podam jest względnie prosty, a oprę się na języku angielskim. Ten wzorzec jest jedynie bazą, pokazem tego, jak można wykorzystać opisane przeze mnie zjawisko do własnych celów.

Działem słownictwa, którym się zajmę, będzie słownictwo medyczne. Jest to jeden z mniej przyjemnych działów, ale jakże potrzebnych. Wiele słów pochodzi w tym wypadku z greki i łaciny, ale dla osoby, która nie zna zarówno jednego, jak i drugiego języka musi to wyglądać jak czarna magia.

Oryginalne zdanie:

I’d like to set up an appointment at doctor Smith who is an opthalmologist at Manchester’s surgery.

Po spojrzeniu na zdanie, zastanów się, proszę, nad znaczeniem tego zdania. Ile z tych słów jest Ci obcych? Ilu z nich nie rozumiesz? Oczywiście zależy to od wielu czynników osobistych, ale najprawdopodobniej były to: appointment, opthalmologist i surgery. W tym zdaniu, to one są kluczowe, a ich znajomość jest konieczna do zrozumienia całości komunikatu. Poniżej przedstawiam tłumaczenie zdania:

Chciałbym umówić się na wizytę u doktora Smitha, który jest okulistą w przychodni w Manchesterze.

Jednak to zdanie nie wygląda aż tak strasznie, nieprawdaż? Słowa wyróżnione przeze mnie w tekście oznaczają kolejno:

appointment – wizyta; chodzi o cały zwrot: to set up an appointment [at] – umówić się na wizytę lekarską

opthalmologist – okulista

surgerytu: przychodnia

Teraz należy się zastanowić, czy nie dałoby się skonstruować tego zdania w inny, prostszy sposób – bez użycia wyróżnionych przeze mnie słów. Po przyjrzeniu się mu można zauważyć, że z powyższego przykładu pozostawić można w niezmienionej postaci trzy wyrażenia: I’d like to; doctor Smith who [is] oraz nazwę miasta Manchester. Następnie przyglądniemy się wyrażeniu to set up an appointment [at somebody]. Jego znaczenie podałem już wcześniej i takowego tłumaczenie będziemy się w dalszych krokach trzymać. Łatwo zauważyć, że składa się ono z dwóch członów: to set up (czyli idiomu oznaczającego: umówić się, ustawić, dogadać się, wyznaczyć coś) oraz an appointment [at somebody], czyli: wizyta lekarska. Teraz trzeba spróbować poszukać w głowie słów w języku angielskim, które byłyby w stanie zastąpić to wyrażenie, albo jego połowę. Jego pierwszą część można przetłumaczyć przykładowo jako: book, reserve, decide about, organise lub ask for. Są to dużo prostsze słowa, które większość z nas zna i rozumie. Zaś appointment można zastąpić słowami: meeting, talk albo consultation. Tym sposobem mamy już pierwszą część zdania:

I’d like to ask for a meeting […].

Następne słowo, którym się zajmiemy to opthalmologist, czyli okulista: można je zastąpić dwojako – albo za pomocą synonimu, albo za pomocą definicji opisowej. Synonim można stworzyć jako nowy wyraz powstały w zabiegu słowotwórczym, np.: eye specialist lub eye-doctor (jest to autentyczny synonim tego wyrazu, występujący w słowniku). Drugi sposób, to opisanie zawodu okulisty: jest to droga okrężna, ale prosta i efektywna. Wtedy okulista staje się: a doctor who specializes in eye(‚)s (illnesses). Dzięki temu możemy dołożyć kolejną cegiełkę do naszego zdania, które teraz brzmi tak:

I’d like to ask for a meeting at doctor Smith who is an eye-doctor […].

Ostatnim słowem jest surgery. Tutaj postępowanie jest dwojakie i takie samo jak w przypadku słowa okulista. Możemy być ono nieco kłopotliwe, ponieważ wymaga to również wiedzy na temat organizacji pracy lekarzy. Ten wyraz zastąpić można: practice lub jako a place where a medical practicioner works. Ponieważ wykorzystam słowo practice, będę musiał nieco przekształcić wcześniejszy krok.

Są to już wszystkie wyrazy, a całość tworzy zdanie:

I’d like to ask for a meeting at doctor Smith who has practice as an eye-doctor in Manchester.

Tłumaczenie to:

Chciałbym zapytać o spotkanie u doktora Smitha, który praktykuje jako okulista w Manchesterze.

Ten proces w tekście zajmuje bardzo długo, ponieważ starałem się przedstawić wszystko krok po kroku. Normalnie jest to niezwykle krótki i prosty proces myślowy, który zachodzi dużo szybciej bez jego dokładnego opisywania. Na początku sprawia trudności i trwa stosunkowo długo, ale z czasem jest coraz krótszy, a mózg w ten sposób uczy się i nabiera doświadczenia, by myśleć o danym zagadnieniu w sposób okrężny, który może przynieść nam różne korzyści.

Plusy i minusy transformacji

Zabieg uproszczenia jest najczęściej wykorzystywany w mowie. Równocześnie należy przypomnieć o fakcie, iż każdy język jest piękny, a jego wydobycie wymaga nauczenia się wielu struktur i wyrażeń, by móc je potem zastosować w praktyce. W wymowie najważniejszy jest przekaz, jego treść, prędkość przekazywania informacji, przy czym sposób pozostaje na drugim miejscu. Ale nie jest tak zawsze. Przykładowo wykładowca, nauczyciel albo osoba wypowiadająca się na oficjalnym spotkaniu (choćby dyplomata) nie może posługiwać się tak uproszczonym językiem, gdyż jest to po prostu niezgodne z jego etyką zawodową. Jednak w codziennym życiu i jego czynnościach użycie tego typu sformułowań jest przydatne, gdyż upraszczają je. Pomimo tego polecam naukę pełną, bez opuszczania, gdyż komunikacja jest dwustronna i nadawca kierujący swoją wiadomość może ją sformułować w inny sposób, niekoniecznie zrozumiały. Jest to jednak dobra strategia w sytuacji, gdy ktoś nie czuje się pewnie ze swoimi umiejętnościami, a potrzebuje je wykorzystać. Ta sprawa dotyczy dwóch rodzajów słownictwa, które posiadamy w pamięci: aktywnego oraz biernego. Słownictwo aktywne to wyrazy, które są znane, rozumiane i zapamiętane oraz, co najważniejsze, wykorzystywane do mówienia. Słownictwo bierne to zaś słowa, których nie wykorzystuje się w mowie (gdyż mózg nie ma możliwości skorzystania z nich), ale rozumie i zna, a nawet potrafi przetłumaczyć z języka obcego na ojczysty. Zazwyczaj zbiór słownictwa aktywnego jest węższy, gdyż wymaga to większej ilości pracy poświęconej każdemu wyrazowi z osobna. W dodatku takie działania pozwalają nam na obracanie się w jeszcze szerszym kręgu zagadnień. Komunikatywność można „zmierzyć” w ilości tematów, na które człowiek jest w stanie porozumiewać się swobodnie, ale nie wykorzystuje się tego powszechnie, gdyż jest to niewspółmierne z faktycznymi umiejętnościami. W tym celu potrzebne są umiejętności „przebiegłości językowej”, która pozwala na uspokojenie osoby mówiącej i pozostawienie jej w przekonaniu, iż poradzi sobie w większości możliwych sytuacji. Jest to zjawisko pozytywne, lecz w procesie nauki, gdy jest się ocenianym, trzeba je wykorzystywać w sposób bezpieczny, gdyż na testach takie „manewry” nie są akceptowane ze względu na to, iż proces nauki obejmuje całość materiału, a nie tylko jego wybiórczą część. Wykonywanie takich operacji myślowych wymaga od uczącego się zmiany sposobu, w jaki myśli, co skutkuje sprawniejszą i lepszą wymianą informacji pomiędzy półkulami mózgu. Sprawia to, iż kąt widzenia na różne sprawy poszerza się i pozwala na myślenie kreatywne. Nauka języków obcych pomaga w zapobieganiu procesu starzenia się mózgu oraz rozwija jego poszczególne części, które czasami nie mają wiele wspólnego z samym językiem. Czynniki te (i wiele innych) składa się na zdolność wielowymiarowego myślenia. Osoby, które uczą się więcej niż jednej mowy (w szczególności z bliskich sobie grup), zauważają podobieństwa i analogizmy pomiędzy poszczególnymi tworami, co samo w sobie świadczy o tym, jak nauka języków wpływa na rozwój mózgu.

Podsumowanie

Podczas nauki zauważamy w poszczególnych grupach mówiących danymi językami, że komunikują się one w różny sposób, odmienny od tego, do którego przywykliśmy. Logiczne jest więc stwierdzenie, iż nauka języka od nowa, to nauka od nowa komunikacji, z ludźmi, którzy w nim mówią. Wiadomo też, że komunikacja jest bardzo pospolitym zjawiskiem, który opisuje schemat Jakobsona. Zatem edukacja językowa sprawia, że nasze życie jest nie tylko podwójne, ale również wielowymiarowe. Jest ono bogate w dodatkowe zjawiska (czasem pozytywne, czasem negatywne).

Mówił o tym już Johann Wolfgang von Goethe, tak samo jak inni przed nim i po nim:

Człowiek żyje tyle razy, ile zna języków. 

 

 

Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje przedwyjazdowe

Ilustracja autorstwa Ilon Wikland

Ilustracja autorstwa Ilon Wikland

W nadchodzącym roku uda mi się spełnić jedno z moich największych marzeń – spotka mnie bowiem szansa zamieszkania w Szwecji na pięć długo-krótkich miesięcy. Jako samouk języka szwedzkiego nie zamierzam ukrywać, że przygoda tego typu przemawia do mnie głównie pod kątem językowym, choć narzędziem do osiągnięcia tego celu okazały się studia – wszak sam wyjazd to nic innego jak wymiana studencka, honorowana na kierunku, który z filologią nie ma wiele wspólnego. Biorąc pod uwagę fakt, iż językiem wykładowym będzie angielski, zaś uczelniani współtowarzysze będą najpewniej stanowić mieszankę kultur całego świata, mogę mieć niemały kłopot z realizacją zamierzonego planu, jakim jest maksymalne wykorzystanie języka szwedzkiego w praktyce.

Zacznijmy jednak od tego, co potencjalnie działa na moją korzyść.

swedenDialekt. Jadę do miasta zwanego Örebro, położonego około 200 kilometrów od Sztokholmu. Region Szwecji, do którego należy Örebro, nosi nazwę Närke i nie graniczy z obszarem przypisanym stolicy. Poszukując informacji na temat osobliwości fonetycznych właściwych mieszkańcom Närke, korzystałam z solidnie opracowanej, głosowej encyklopedii szwedzkich dialektów, którą serdecznie polecam wszystkim pasjonatom. Ten przypisany mieszkańcom Stora Mellösa, osadzie należącej administracyjnie do Örebro, nie wydaje się być słuchowym wyzwaniem, choć faktycznie nie jest to standard sztokholmski, do którego przyzwyczaiły mnie podręczniki. Należy także pamiętać, że większe ośrodki miejskie przyciągają zazwyczaj osoby z różnych części Szwecji, więc niewykluczone, że w samym miejscu tymczasowego zamieszkania będę musiała zmagać się z wymową w jakiś sposób ujednoliconą. Zawsze mogło być gorzej, sądząc chociażby po wysłuchaniu przykładów z północnej części kraju.

Moje nastawienie. Jestem dość kontaktową osobą, a nieśmiałość to prawdopodobnie ostatnia cecha, jaką mogłabym sobie przypisać. Myślę, że z moją asertywnością także nie jest najgorzej i będę umiała zakomunikować, że NIE chcę przechodzić na angielski, nawet jeśli dzięki temu zrozumiemy się sprawniej.

Dlaczego jednak w ogóle przewiduję jakiekolwiek problemy na drodze realizacji moich szwedzkojęzycznych ambicji?

BO SZWEDZI TO I TAMTO…

Bo nie lubią nieznajomych. Bo nie patrzą w oczy. Bo są mało otwarci, a fakt, że ktoś uczy się ich języka, wcale im nie imponuje. Bo świetnie znają angielski i nie widzą powodu, by słuchać łamanego szwedzkiego w rozmowie z obcokrajowcem.

orebroDo wszelkich stwierdzeń przemawiających za teorią „osobowości narodu” zawsze pochodziłam z dużą rezerwą. Nie przepadam za generalizowaniem, choć z drugiej strony mówi się, że wyjątki stanowią tylko potwierdzenie reguły. Nie lubię też obrastać w takie uogólnione stwierdzenia mając za sobą kosmicznie niewielki czas spędzony poza granicami Polski, ba, a może i nawet własnego pokoju.

Trudno jednak powstrzymać się od zwerbalizowania kilku wstępnych obserwacji, jakie poczyniłam na Szwedach napotkanych w Internecie, bądź też na krajoznawczych wyprawach. Wykorzystam także wypowiedzi samych Szwedów, jakie zdołałam z nich wydusić na pewnym forum.

1. Polak uczący się szwedzkiego nie jest niczym szokującym, w końcu Polska jest zamorskim sąsiadem północy, zaś mgliste pojęcie Szwedów o Polsce każe zakładać, iż kontakty dyplomatyczne i handlowe są z nami możliwe. Co ciekawe, jedyny cień zdziwienia naszym zapałem do nauki szwedzkiego wywołuje u nich sam kontrast "zasięgowy" naszych języków: kraj 38-milionowy vs (tu cytat) "mniejsza i węższa" (polemizowałabym), 9-milionowa Szwecja.

2. Nie widzą w nas chyba typowego imigranta. Jeden z rozmówców wyraził nawet pewnego rodzaju obawę, iż "gdybyś przyjechała do Szwecji, władze gminy najprawdopodobniej wepchnęłyby cię na kurs szwedzkiego dla przybyszów z trzeciego świata". Co zaś jeśli nie mam woli, lub/i możliwości osiedlić się w kraju wikingów?…

3. …nie cały naród jednym głosem mówi – oczywiste jest, że pozytywne lub nawet na wpół entuzjastyczne reakcje na swoją walkę ze szwedzkim uzyskacie wśród społeczności, która sama języki obce lubi i kibicuje każdemu, kto je zgłębia.

4. Lecz nawet to nie wystarczy, by usidlić swojego "darmowego native speakera". Trudnościom w poszukiwaniu partnerów językowych w Internecie poświęciliśmy na Woofli już dwa artykuły, z których jeden wyszedł spod mojego pióra. Mając je w pamięci, trudno stwierdzić, czy chodzi o zjawiska tam opisane, czy o mentalność konkretnego narodu. Szwedzka ortografia bywa zwodnicza, nie wspominając o wymowie, tak więc jestem w stanie wyobrazić sobie, jak męcząca musi być rozmowa z osobą początkującą. Nawet wtedy, gdy myślałam, że nagranie siebie samej czytającej po szwedzku i wysłanie jej koledze zza morza nie wywoła zgorszenia, jego odpowiedź i tak zdołała wprawić mnie w osłupienie. "Wow! Brzmisz jak ktoś z Norrland!" (wiecie, ten dziwny akcent pół-Szwedów, pół-reniferów). Norrland? Mój boże, nigdy nie miałam takiego zamiaru. Czy to znaczy, że mówię niewyraźnie?

Wygląda na to, że generalizowanie tylko oddala nas od celu. Smagając się metaforycznym batem, wychodzić będę z prostego założenia: im lepiej będę mówić, tym bardziej zachęcę obcokrajowca i do pochwał i do wspólnych ćwiczeń konwersacyjnych.

Internet to jednak miejsce wyjątkowe, a rozpoczęcie z kimś znajomości jawi się bezsprzecznie jako mniej stresujące, niż w świecie realnym. Fizyczne przebywanie w Królestwie Szwecji (zwłaszcza na międzynarodowej wymianie) nie sprawi, że każdy Sven i Elsa będą lecieć do nas jak pszczoły do miodu.

Jakkolwiek stalkersko i przerażająco to brzmi, jedyne rozwiązanie upatruję w znalezieniu sobie szwedzkiej koleżanki lub kolegi na długo przed wyjazdem, oczywiście w celu budowania znajomości i podsycania wzajemnego zainteresowania sobą aż do dnia spotkania na uczelni. Jak? Chyba niestety w formie anonsu zamieszczonego wszędzie tam, gdzie w Internecie zrzeszają się studenci rzeczonego uniwersytetu. Opcję tę poleciłabym zarówno tym, którzy z pewnością siebie nie mają problemów, jak i ludziom w sytuacji odwrotnej.

Warto także zorientować się w działaniach podejmowanych przez lokalną Erasmus Student Network – jest to organizacja, która w Polsce (niestety nie wiem, jakie jeszcze państwa trudnią się czymś podobnym) realizuje chociażby program Mentor, polegający na swoistym "zaadoptowaniu" zagranicznego studenta przez osobę miejscową. "Opiekun" ten ma za zadanie ułatwić nowo przybyłemu zaaklimatyzowanie się w obcej dla niego kulturowo i językowo rzeczywistości. 

Na koniec (zgodna z tematem artykułu) anegdota z mojej wycieczki promem, obsługiwanym wyłącznie przez szwedzkojęzycznych pracowników. Była to w zasadzie pierwsza szansa przyszpanowania przed "nejtiwem", co prawda w obrębie słownictwa rybno-ziemniaczanego, ale zawsze. Stojąc w kolejce do wydawania posiłku, razem z moją mamą (nieznającą angielskiego ani szwedzkiego), starałam się dostrzec imię stojącego za ladą dżentelmena, aby upewnić się, czy jest on Szwedem z krwi i kości. Widząc na jego plakietce "Lukas" oraz słysząc szwedzki z jego ust wiedziałam już, że to mój wielki moment. Poprosiłam zatem o łososia, gryząc się w język za każdym razem, gdy nasuwały mi się zwroty brytyjskie. Wybór ziemniaczków okazał się nieco bardziej skomplikowany, bowiem restauracja oferowała opcję gotowaną i przypiekaną. "Które chcesz, mamo?" – spytałam pospiesznie. "Powiedz mu, że gotowane!" – usłyszałam. Zaraz ci powiem, Lukasie – pomyślałam z dumą, kiedy to rzeczony młodzieniec zabrał głos, używając całkiem niezłej polszczyzny: "Dla pani gotowane, tak?".

Tak właśnie kończą się dobre chęci.

Zobacz też:
Szwedzkie plateau boli najbardziej
SWEDEX: luźne przemyślenia
Po jakiemu uczyć się szwedzkiego?
Czy język szwedzki jest trudny