wulgaryzmy

Jak poprawnie kląć po szwedzku

1. Przekleństwa w szwedzkim

Coś tak oczywistego, a czego na kursach rzadko się uczy albo o czym w ogóle się nie wspomina – przekleństwa. Czy prostackie, czy wysublimowane przez wieki towarzyszą ludziom w ich zmaganiach z niekiedy przykrym życiem. Stosowane są w różnorakich kontekstach, niektóre z nich mogą funkcjonować nawet jako określenia pieszczotliwe. Również nasilenie ich znaczenie może być różne (o czym w dalszej części artykułu).

Przekleństwa są wbrew pozorom rzeczą zupełnie powszechną, bo znajdują zastosowanie w praktycznie wszystkich domenach życia. Rozmowy z obcokrajowcami często w końcu wchodzą na tematy związane z językiem, co naturalnie rodzi okazję do dyskusji na temat przekleństw. Do tego istnieją słowniki wulgaryzmów, a nawet prace naukowe, jak ta, z której ten artykuł czerpie garściami.

Stawiając pierwsze kroki w nauce szwedzkiego, w końcu natknąłem się na najprostsze, najbardziej podstawowe przekleństwo: fan. Fy fan! Vad fan! Fanimej! Fan ta dig! Fan vet det! Niezliczona liczba kombinacji, połączenie wydajności i prostoty – dzięki temu fan swoją ekspresywnością bez wątpienia dorównuje angielskiemu fuck.

Aczkolwiek to właśnie angielskiemu często przypisuje się łatkę zbyt monotonnego w kwestii przekleństw, że wszędzie tylko fuck, shit, bloody. Oczywiście osoby mające z tym językiem styczność na co dzień wiedzą, że to w ogóle nieprawda. A jednak bałem się, że Szwedzi oprócz fan nie znają żadnego innego słowa na wyrażanie tak podstawowych odczuć jak złość, rozczarowanie, niecierpliwość, bezradność i pogarda.

Nic bardziej mylnego.

2. Podstawowa klasyfikacja przekleństw według Ulli Stroh-Wollin oraz przekleństwa sakralne

Stroh-Wollin w swojej pracy Dramernas svordomar – en lexikal och grammatisk studie i 300 års svensk dramatik dzieli przekleństwa na takie, które wywodzą się ze sfery sacrum (celesta, „niebiańskie”), diaboliczne (diaboliska),  fekalne (dotyczące ekskrementów) oraz dotyczące organów płciowych.

Jak można się domyślić, w dzisiejszych czasach przekleństwa sakralne nie robią na nikim większego wrażenia, choć jeszcze w XVIII wieku używanie ich uznawano za niezwykle wulgarne. Głównym tego powodem jest fakt, że dawniej nie na miejscu było nazywać świętości po imieniu. Stąd przekleństwa sakralne podzielić możemy na dosłowne i szczątkowe, w których główny człon nazywający świętość został zupełnie usunięty. Przykłady dosłownych przekleństw:

  • Herregud! – Panie Boże!
  • Jisses/Jesses/Jösses! – Jezu/Jezusie!
  • Store Gud! – Wielki Boże!
  • O min Gud! – O mój Boże!
  • Herre min evige! – Mój wieczny Panie!
  • Himmel! – Niebiosa!
  • Jemine! – Panie Boże!

Ten mały zestaw pokrywa się w większości z naszym rodzimym inwentarzem, za wyjątkiem „Herre min evige!”, bo ten jeden zwrot rzeczywiście musiałem przetłumaczyć. Zwrot „Jemine” wywodzi się z łacińskiego „Jesu Domine” („Panie Jezu”); często używane przekleństwa mają ściągnięte formy. Przykłady przekleństw eufemicznych:

  • Bevara! – Uchroń!
  • Kors! – (Na) Krzyż!
  • Själ! – Duszo!
  • Vaserra tre! – Krzyż pański!

W przypadku ostatniego przykładu trudno jest zorientować się, czego zniekształconą formą jest „vaserra tre”. Otóż „vaserra” wywodzi się z staroszwedzkiej frazy „vārs hærra”, czyli „pana naszego”; „trǣ“ natomiast oznacza „drzewo” w znaczeniu „krzyż”. Stąd tłumaczenie „krzyż pański”.

3. Przekleństwa diaboliczne

Grupa przekleństw, do której należy fan oraz przeważająca część współcześnie używanych wulgaryzmów. Wulgaryzmy te w czasach, kiedy religia grała istotną rolę w życiu bogobojnych Szwedów, miały bardzo obelżywe znaczenie, które zachowało się do dziś.

Tak jak w przypadku przekleństw sakralnych, istnieją one w dwóch wariantach – dosłownym i eufemicznym. Jak sama nazwa wskazuje, epitety diaboliczne dotyczą osoby diabła i piekła. Zdarzają się też przekleństwa związane z liczbami. W większości przypadków do czynienia mamy z synonimami (kursywą oznaczyłem warianty bardzo wulgarne), na przykład:

  • djävla/jävla – przeklęty, zapluty, pierdolony
  • djävlar/jävlar  – „cholera!”
  • djävlig/jävlig – diabelny
  • det är fördjävligt/förjävligt – „niech to diabli wezmą!”, „niech to szlag!”, „kurwa mać!”
  • (fy) fan – „cholera!”, „kurwa!”
  • det vete fan! – „diabli wiedzą!”
  • vad fan (är det här)? – „co to kurwa jest?”
  • satan – „do diabła!”
  • (vad i) helvete – „co do kurwy?”
  • dra åt fan/helvete  – „odpierdol się!”
  • jävel  – szmaciarz, skurwiel

Wyżej wymienione przekleństwa są bardzo plastyczne i pozwalają na układanie niezliczonej ilości nowych inwektyw, np.:

  • Satans otur – Cholerny pech
  • Vad fan är det för fel på dig? – Co jest z tobą kurwa nie tak?
  • Vad fan håller du på med? – Co ty odpierdalasz?
  • Det var en förjävlig dag – To był przerąbany dzień
  • Fy fan vad jag är hungrig! – Cholera, jaki jestem głodny!
  • Vad i helvete ska jag äta? – Co mam kurwa zjeść?
  • Han är en smutsig jävel!  – On jest jebanym brudasem!

Ciekawa jest też sama etymologia przekleństw.

  • fan, słowo spokrewnione z duńskim fænden i norweskim faen, ze staronordyckiego fendinn, najprawdopodobniej z północnofryzyjskiego fandia oznaczającego “nawiedzać”.
  • djävul oraz pokrewne, łączone z duńskim djævel, islandzkim djǫfull i niemieckim Teufel; z łacińskiego diabolus (gr. διάβολος, „oskarżyciel”, „oszczerca”). Należy zwrócić uwagę na to, że współcześnie bardziej popularne są formy bez początkowego „d”, które i tak nie zmienia wymowy: jävel, jävla etc.

Najpopularniejszymi eufemizmami w tej kategorii są:

  • jäkla – zakichany, przeklęty
  • förbannad – przeklęty
  • fördömd – potępiony, cholerny
  • hin (onde) – diabeł, czort
  • raggen – diabeł
  • sabla  – vide jäkla
  • attan – „choroba!”, „jasny szlag!”
  • banne mig (banne mej, banimej) – naprawdę
  • sjutton – vide attan
  • tusan – vide attan
  • helsike – eufemizm na helvete

Eufemizmy z natury są łagodniejsze, co widać po przytoczonych powyżej zwrotach. Przykłady ich użycia:

  • Fy attan/sjutton/tusan! – Choroba no!
  • Hon är ett hår av hin! – Diabeł nie kobieta!
  • Ni är banimej riktigt tråkiga att titta på. – Naprawdę nudno się was ogląda.

Krótkie wyjaśnienia etymologiczne:

  • Eufemizmy liczebnikowe takiej jak: attan, tusan zasługują na szczególną uwagę przez fakt, że oba są skamieniałymi formami słów arton i tusen. Wszystkie trzy (attan, tusan, sjutton) były w przeszłości używane razem z innymi, mocniejszymi przekleństwami.
  • jäkla powstało przez podmianę „v” na „k” w djävuls-ord, np. jävla-jäkla, jävlar-jäklar. Słowa z „k” nie są prawie wcale wulgarne i mogą mieć nawet żartobliwe konotacje.
  • sabla powstało z połączenia słów satan i djävul, ma moc porównywalną do jäkla; podobnie ma się helsike do helvete.

4. Przekleństwa dotyczące narządów płciowych

Spora grupa przekleństw dotyczy narządów płciowych, kopulacji, masturbacji i innych czynności seksualnych:

  • kuk – fiut, chuj
  • dolme – vide kuk
  • fitta – cipa, pizda, również o osobie
  • mutta – vide fitta
  • knulla – jebać, ruchać, pierdolić
  • runka – wulg. masturbować się, walić (tylko o mężczyznach)
  • rövknulla – wulg. uprawiać seks analny
  • munknulla – wulg. uprawiać seks oralny

Użyć ich można w różnoraki sposób:

  • Han har stor kuk. – On ma dużego.
  • Jag hatar dig din jävla fitta! – Nienawidzę cię, głupia pizdo!
  • Han har ju knullat alla. – On wyruchał przecież wszystkich.

Należy zwrócić uwagę na to, że są to słowa ekstremalnie wulgarne, których ładunek emocjonalny jest na tyle negatywny, że są one bardzo nieodpowiednie w większości sytuacji. Etymologicznie na uwagę zasługuje słowo kuk, który semantycznie w dość oczywisty sposób można łączyć z angielskim cock:

  • kuk ze staronordyckiego kokkr, z pragermańskiego kukkaz, spokrewnione z angielskim cock, o tym samym zresztą znaczeniu (z tym że cock oznacza również koguta).

5. Przyszłość szwedzkich przekleństw

Inwentarz szwedzkich przekleństw jest naprawdę spory, a mimo to da się zaobserwować stały import angielskich wulgaryzmów, szczególnie różnych form shit i fuck:

  • Shit det var sista gången! – Kurwa, to był ostatni raz!
  • Jag är helt fucked. – Jestem zupełnie wykończony.

Mówi się, że to dlatego, że rodzime przekleństwa nie mają tego czegoś. Jakiejś cechy, która sprawia, że przekleństwa stają się mustiga. Ja jednak zachęcam, jakkolwiek by to nie brzmiało, do nauki i wykorzystywania pięknych szwedzkich epitetów, oczywiście w odpowiednich sytuacjach.


Źródła:
Etymological Dictionary of Proto-Germanic
Wiktionary
Snuskexpertens favoritord: ”F***A”
Slangopedia
Fy sjutton vilka konstiga svordomar
Mer om svenska svordomar
Jösses! Svordomarna som tappat sin himmelska kraft
SAOB
Dramernas svordomar – en lexikal och grammatisk studie i 300
års svensk dramatik

[MN34] O tym jak buszowałem w zbożu z… czarownicą o zimnych sutkach

buszujacy2Uwaga! Ze względu na obecność wulgaryzmów oraz treści o charakterze erotycznym i satanistycznym zaleca się, aby Minister Gliński, Ojciec Natanek oraz czytelnicy, którzy nie ukończyli 18 roku życia, powstrzymali się od lektury.

Poniższy tekst jest pierwszym, aczkolwiek dość wybiórczym, sprawozdaniem z realizacji planu, którego zarys przedstawiłem w artykule: [MN33] Buszujący w mandaryńskim – długofalowy projekt samodzielnej nauki języka chińskiego. W pierwszej części wygłaszałem pochwalne peany na cześć wyboru chińskiego przekładu amerykańskiej powieści pt.: „Buszujący w zbożu" autorstwa J.D. Salingera, jako korpusu tekstów współczesnego języka mandaryńskiego. Tym razem skupię się m.in. na drobnych niedoskonałościach pomysłu wykorzystania właśnie tego materiału w celach związanych stricte z edukacją językową.


Problematyka przekładu

Woofla gościła już jeden, budzący, dyplomatycznie mówiąc, duże zainteresowanie, artykuł, poświęcony sztuce przekładu; jest nim tekst zatytułowany: Wszechobecne wulgaryzmy. Wbrew pozorom analizowanie rozmaicie pojmowanej „poprawności" tłumaczenia, to rozrywka dostępna dla każdego, nie tylko dla osób z akademickim przygotowaniem. Wystarczy zaopatrzyć się w oryginał dowolnej pozycji literackiej oraz jej przekład(y), by z czytelniczą zajadłością tropić niezgodności obydwu (lub większej liczby) wersji. W zależności od wrodzonej czepliwości znajdziemy mniej lub więcej nieścisłości, które na ogół nie mają absolutnie żadnego znaczenia, jeśli chodzi o odczuwaną przyjemność z lektury. Ale po co w ogóle o tym wspominam?

Jeden z moich pierwszych pomysłów dotyczący sposobu sprawdzania swoich postępów w przyswajaniu języka mandaryńskiego miał być oparty na sprawdzaniu identyczności własnego mandaryńskiego przekładu z wersją chińskiego tłumacza. Idea była prosta – w zamierzeniu wystarczyłoby sięgnąć po angielskie (amerykańskie) wydanie powieści i tłumacząc ją zdanie po zdaniu na kartce zapisywać własną chińską wersję, a następnie porównując ją z profesjonalnym przekładem, zaznaczać miejsca, w których nastąpiły niezgodności, które, po pewnym czasie, miałbym z pamięci naprostować. W zamierzeniu chciałem dążyć do stanu, w którym byłbym w stanie przekładać całe ustępy tekstu w identyczny sposób, w jaki zrobił to chiński tłumacz. Pomysł prosty, ale jak to często bywa – diabeł tkwi w szczegółach. O ile w przypadku języków bardzo do siebie zbliżonych (zarówno pod względem gramatycznym, leksykalnym, składniowym, jak i kulturowym) zarysowany wyżej koncept jest wart uwagi, o tyle w przypadku angielskiego i chińskiego okazał się nieco chybionym pomysłem.

Dalszą część artykułu podzielę na dwie połowy. W pierwszej pokażę na przykładach, dlaczego moje próby odtworzenia wersji zbliżonej do przekładu autorstwa chińskiego tłumacza momentami okazały się bezskuteczne. W drugiej natomiast wręcz przeciwnie – uczciwie przyznam, że niektóre fragmenty były zbyt „proste" w przekładzie, niż de facto powinny być.



Zbyt trudno?

Wystarczy sięgnąć po pierwsze słowa powieści, aby poczuć chłód czubka góry lodowej:

„If you really want to hear about it…"

„Jeśli rzeczywiście gotowi jesteście posłuchać tej historii…"

如果的确想听我讲…"

„Amerykański" podmiot liryczny zwraca się do czytelnika/ów (?) peryou„. Pole semantyczne tego angielskiego zaimka jest sumą pól odpowiednich polskich / chińskich zaimków: „ty + wy" oraz „ + 你们". Przypadek sprawił, że autorka polskiego przekładu wybrała akurat drugą osobę liczby mnogiej, a chiński tłumacz drugą osobę liczby pojedynczej. Nie ma to absolutnie żadnego znaczenia, gdy czytamy książkę dla przyjemności. Jeśli jednak chcemy osiągnąć pełną zgodność swojego tłumaczenia z tym profesjonalnym to „musimy" pamiętać, aby użyć właśnie 你 a nie 你们. Gdyby był to przekład (w znakach tradycyjnych) książki, po którą żaden szanujący się mężczyzna nigdy by z własnej woli nie sięgnął (~ „Ania z Zielonego Wzgórza"), to można by rozważyć użycie typowo żeńskiej formy zaimka 你 – 妳 (女 oznacza kobietę). Wracając do omawianego przypadku, jeśli użyjemy innej formy – 你们 intuicyjnie czujemy, że nie popełniamy żadnego błędu. Sytuacja jednak nie zawsze jest tak klarowna.

W jednym z kolejnych rozdziałów napotykamy zdanie:

„That's all right. We can smoke till they start screaming at us

„Nie szkodzi (…). Możemy palić, póki ktoś nie zacznie [na nas] krzyczeć"

“没关系,我们可以抽到他们开始向咱们嚷起来,

W języku chińskim nie występuje zjawisko deklinacji w związku z czym np. formy „my" i „nas" są nierozróżnialne i w języku standardowym tłumaczone jako 我们. Jednak w języku mandaryńskim występuje dodatkowy wariant tego zaimka – 咱们 używany w celu (szczególnego) zaznaczenia, że chodzi zarówno o nadawcę komunikatu, jak i odbiorcę. Dziwi mnie niekonsekwencja użycia tego zaimka w przytoczonym wyżej zdaniu, skoro w wagonie siedzi wyłącznie główny bohater powieści (podmiot liryczny) oraz pasażerka, z którą rozmawia. Dlaczego autor przekładu konsekwentnie nie użył w obydwu przypadkach 我们? Skoro w wagonie są tylko dwie osoby oraz potencjalne „osoby krzyczące" to czy użycie  咱们 znajduje jakieś uzasadnienie? Gdyby obok nich siedziała trzecia osoba paląca, wtedy użycie 咱们 służyłoby podkreśleniu, że skrzyczani zostaną wszyscy troje bez wyjątku. (Celowe zastosowanie 我们 mogłoby sugerować, że pasażerce, do której zwraca się bohater, się „upiecze").

Opisane przypadki to drobiazgi, które z literackiego punktu widzenia nie mają żadnego znaczenia, ale powodują niezawinione różnice w przekładach – własnym oraz chińskiego tłumacza.


Synonimiczność synonimów

Drugi bardzo często napotykany „problem" związany jest z niepewnością tego, czy użyty przeze mnie synonim, który „wydaje mi się" (kluczowe słowo) poprawny w tym kontekście, tak samo dobrze pasuje, jak inny ekwiwalent (?) użyty przez profesjonalnego tłumacza.

W jakich okolicznościach widząc angielskie „if„, powinienem użyć 如果a kiedy 要是? Czy jest jakaś zasadnicza różnica? W którym przypadku użycie jednego zamiast drugiego jest błędne? Tego typu pytania powracają za każdym razem, kiedy pojawia się angielskie słowo, które w języku mandaryńskim mogę wyrazić na kilka sposobów.

If you really want to hear about it…"

Jeśli rzeczywiście gotowi jesteście posłuchać tej historii…"

„你如果的确想听我讲…" (Przekład 1)

„你要是想听我讲…" (Przekład 2)

Tylko niektóre z wątpliwości można rozstrzygnąć poprzez porównanie tych samych fragmentów dwóch dostępnych chińskich przekładów powieści.

Opisany problem w różnym stopniu dotyczy również niżej wymienionych przykładów słów o różnym „poziomie synonimiczności":

‚ale’: 可/但(是)/不过
‚w’: 在。。。里/中/内
‚chcieć’: 想/要/肯
‚przynajmniej’: 至少/最少
‚powodować’: 让/叫/令
‚prawie’: 几乎/将近/差不多/差点儿
‚zwłaszcza’: 特別/尤其(是)
‚rzeczywiście’: 真/老实/的确/其实
‚prawdopodobnie’: 也许/大概
‚obecnie’: 现在/目前
‚dziecko’: 小孩/孩子
‚czuć’: 觉得/感觉
‚po’: 。。。以后/之后
‚po’: 然后/后来。。。
‚przypominać sobie’: 想起/记起
‘ekstremalnie’:极了/要命/了不起/不得了
‘nawet jeśli’:哪怕/甚至
‘nauczyciel’:老师/教师
‘nikt’:无人/没有人
‘tylko’:只/只有/只是
‚wspinać się na górę’: 上山/爬山/登山
‚itd.’: 等等/什么的


Tłumaczenie (prawie) wierne

Tłumaczy nie raz kusi, aby dodać coś od siebie, choćby w celu wzmocnienia siły przekazu:

„I never even once saw a horse anywhere near the place."

„A ja tam przez cały czas nawet szkapy z bliska nie widziałem".

„其实我在学校附近连一匹马的影儿也没见过。"

Polskie wcielenie podmiotu lirycznego nie widziało nie tylko (pełnowartościowego) konia, ale nawet szkapy, natomiast chińskie choćby końskiego () cienia (影儿) .

Niekiedy, co wydaje się już mniej zrozumiałe, tłumacz zmienił wydźwięk użytych w oryginale słów:

„Well. . . they'll be pretty irritated about it,"

„No… zdenerwują się bardzo"

„呃,⋯⋯他们听了会觉得烦恼,"

Odczucie (觉得) zmartwienia (烦恼) to jednak trochę coś innego niż irytacja / rozdrażnienie / zdenerwowanie.


Błędy w tłumaczeniu

Zadziwiające jest również to, że można przetłumaczyć coś zupełnie na odwrót i nie ma to żadnego wpływu na fabułę.

Hardly anybody laughed out loud,"

Nikt prawie nie roześmiał się głośno,"

大家都哄笑起来," (Przekład 1)

„可以说几乎没一个人笑出声来," (Przekład 2)

Autor tłumaczenia, z którego korzystam zupełnie zmienił wersję wydarzeń. Jego zdaniem  wszyscy (大家) i to bez wyjątku () zaczęli się śmiać. Drugi z dostępnych przekładów jest bardziej zgodny z oryginałem.


Zaskakujące tłumaczenia

Wydawałoby się, że niezależnie od różnic kulturowych ciało Amerykanina, Polaka oraz Chińczyka powinno reagować podobnie na te same bodźce zewnętrzne.

„He was always yelling, outside class. It got on your nerves sometimes."

„Poza lekcjami zawsze wrzeszczał. Czasem to było nawet dość denerwujące."

„除了在教室里,他总是大声嚷嚷。有时候声音高得令人皮疙瘩。" (Przekład 1)

„除了在教室里,他总是大声嚷嚷。有时候你听了真会皮疙瘩。" (Przekład 2)

Nieco zaskakujące jest to (a jeszcze bardziej zdumiewa zgodność dwóch chińskich przekładów, która budzi wątpliwość odnośnie tego, czy powstawały niezależnie od siebie), że głośny i zarazem denerwujący krzyk nauczyciela prokurował w chińskiej wersji podmiotu lirycznego reakcję pilomotoryczną. Wyrastanie () guzków (疙瘩) kurzej () skóry () to zgodnie z encyklopedyczną definicją skurcz mięśni przywłosowych położonych u podstaw mieszków włosowych na znacznym obszarze skóry, powodujący wyprostowanie włosów. My Polacy mówimy, że „dostaliśmy gęsiej skórki" w sytuacji, gdy jest nam zimno, albo się boimy, ale osobiście trudno mi wiązać tego rodzaju objawy ze zdenerwowaniem (które nie jest spowodowane akurat odczuciem strachu) / graniem na (moich) nerwach czy poczuciem wkurzenia.



Za łatwo?

Przytoczone wyżej przykłady miały na celu ukazanie reprezentatywnych sytuacji, w których tłumaczenie sporządzone przeze mnie, choćby w myślach, nie było (bo w wielu przypadkach po prostu nie mogło być) identyczne z tym uzyskanym przez chińskiego tłumacza. Poniżej, z kolei, pokażę kilka przykładów sformułowań o charakterze idiomatycznym, które zgodnie z moim odczuciem zostały przetłumaczone zbyt dosłownie. Względnie łatwo tłumaczy się sformułowania, w których pod kolejne słowa wystarczy podstawić ich słownikowe ekwiwalenty z innego języka, znacznie trudniej oddać myśl w sposób kongenialny.

Tłumaczenie dosłowne v kongenialne

Co rusz, w chińskim tłumaczeniu natrafiam na sformułowania, co do których mam wrażenie, że są przesadnie dokładną kalką z angielskiego.

„(…) and it was cold as a witch's teat," (zainteresowanych genezą tego powiedzenia odsyłam tutaj: 1, 2, 3.)

„(…) a zimno było (…), jak wszyscy diabli,"

„天气得像巫婆奶头

Kongenialne tłumaczenie zimno jak diabli wydaje się lepiej oddawać sens niż dość osobliwa „mało chińska" wersja: pogoda (天气) była zimna ) tak (得) jak  (像) sutki (奶头) czarownicy (巫婆 + 的).

Bardzo podobny przykład wydaje się świadczyć o niewielkiej świadomości dotyczącej fundamentów (a właściwie piwnic) europejskiego chrześcijaństwa.

 „It was icy as hell

Gołoledź była diabelna"

„天得像在地狱里一样"

Autor chińskiego przekładu tłumacząc zbyt dosłownie powyższe zdanie otrzymał bezsensowny, na gruncie logiki, twór o charakterze oksymoronu:

Dzień 天 był zimny 冷 tak (得)  samo (一样)  jak (像) w (在…里) piekle (地狱).

A wystarczyło przetłumaczyć hell nie jako okolicznik miejsca, lecz chiński odpowiednik przysłówka stopnia: cholernie czy diabelnie.


Wulgaryzmy nie tylko u Szekspira

Dosyć groteskowo wygląda opisowy sposób przedstawienia pojęcia, którego nie sposób oddać innym słowem niż „sukinsyn" czy wręcz „skurwysyn„:

„I can't stand that sonuvabitch"

„Nie znoszę tego sukinsyna"

我受不了那婊子养的

婊子养的 to opisowa konstrukcja z [pustym / domyślnym dopełnieniem]; [ktoś / człowiek] którego () wychowała (prostytytka (婊子) . Czyż nie lepiej byłoby wyrazić tę specyficzną „rodzinną relację" choćby złożeniem 混账 ?



Co z tego wynika?

Mogłoby się wydawać, że w obliczu powyższych uwag plan nauki mandaryńskiego oparty na chińskim przekładzie „Buszujacego w zbożu" wziął w łeb. Podchodzę jednak do tego w sposób pragmatyczny – podobnie jak Pułkownik Stukółka  przywódca szykującego zasadzkę oddziału partyzantów:

„- Słuchajcie chłopcy, tutaj nieopodal, niebawem trasą na Radom będzie przejeżdżał niemiecki dygnitarz Hermann Ampler. (…) Spójrzmy na mapę…

– Po co? Przecież to mapa Chile.

– Nie mamy innej mapy. To jest wojna. Musimy walczyć tym, co mamy!

– Chociaż trzeba przyznać, że ta mapa kilka razy nieźle nas zmyliła.

– Tak. Na przykład, gdy próbowaliśmy się przebić przez płaskowyż El Paso Domingo.

– Albo jak chcieliśmy sforsować Orinoko. Mało krokodyle nas nie zjadły."

Kabaret Moralnego Niepokoju – „Partyzanci"

Jestem zdania, że przerabiany materiał (chiński przekład powieści) można dobrze wykorzystać łącząc czujność ustrojową z tworzonymi przez siebie naprędce tłumaczeniami roboczymi, które rozwiązują wiele (choć niestety nie wszystkie) z poruszonych w tym artykule problemów. Więcej o tym, już w kolejnej depeszy z mandaryńskiego frontu.


Zobacz również:

[MN33] Buszujący w mandaryńskim – długofalowy projekt samodzielnej nauki języka chińskiego

Wszechobecne wulgaryzmy

Shakespeare-portrait-510px-2W akcie drugim, w scenie drugiej wielkiego dzieła Szekspira pt. „Hamlet” Poloniusz pyta tytułowego bohatera „What do you read, my lord?”. W odpowiedzi słyszy „Words, words, words”. To właśnie słowa są kwintesencją języka, a także potężnym narzędziem w komunikacji międzykulturowej.

Z doświadczenia wiem, że dla początkujących osób uczących się angielskiego, najciekawszym aspektem języka są wyrazy obraźliwe, czyli tzw. wulgaryzmy. Jednakże wbrew powszechnemu przekonaniu, przykłady antyjęzyka nie występują jedynie w filmach czy w mowie potocznej. Znaleźć je można również w sztuce Szekspira pt. „Romeo i Julia”, w przekładzie Macieja Słomczyńskiego z 1983 r. Czy jest to tłumaczenie poprawne, czy może wyolbrzymienie oryginalnych słów wielkiego poety z czasów elżbietańskich? Odpowiedź można znaleźć w dalszej część artykułu.

Na wierność przekładu ma wpływ wiele czynników. Jednym z nich jest kultura, która jest nierozerwalnie związana z tłumaczeniem. Tłumacz postrzega rzeczywistość z perspektywy swojej kultury. Jest to szczególnie zauważalne w wyborach leksykalnych, które zasadniczo wpływają na przekład tekstu źródłowego na język docelowy oraz w sposobie rozumienia i przekazania oryginalnej wiadomości.

Biorąc pod uwagę, że tragedia Romeo i Julia została napisana przez Szekspira ponad 400 lat temu, nie dziwi fakt, że sztuka jest jedną z najchętniej tłumaczonych tragedii Szekspira. Jednakże aby poprawnie przeanalizować i zrozumieć treść przekładu należy najpierw zrozumieć pojęcie ekwiwalencji.

Nida był pierwszym lingwistą, który miał znaczący wpływ na rozwój teorii przekładu. Jego dzieło pt. A Synopsis of English Syntax było dogłębną analizą języka. Jako pierwszy wprowadził pojęcie ekwiwalencji, które do dziś jest respektowane. W szerokim znaczeniu ekwiwalencja jest to równoważność znaczenia. W kontekście teorii przekładu ekwiwalencja jest to „zachowanie względnego podobieństwa kognitywnego, semantycznego, stylistycznego i komunikacyjnego zawartej w oryginalnym tekście informacji” (1).
W akcie drugim, scenie czwartej, Mercutio mówi do Benvolia: „a very good whore!” (2). Słowo „whore” ma bogatą historię. Jest kojarzone ze staroangielskim hōre, ma powiązania z holenderskim hoeri niemieckim Hure (3). ‘Whore’ jest prawdopodobnie niemieckim eufemizmem słowa, które nie przetrwało do dnia dzisiejszego. Niektóre ekwiwalentne słowa w innych językach mają również swoje źródła w słowach, które oryginalnie nie miały negatywnego zabarwienia. Walijskie ‘whore’ przeszło od starofrancuskiego prawdopodobnie przez średnioangielski i czeski nevestka, jako zdrobnienie od nevesta ‘panna młoda’. Niemieckie dirne oryginalnie znaczyło „dziewczyna, dziewka, dziewoja”. Greckie porne ‘prostytutka’ jest powiązane z pernemi ‘sprzedawać’, ponieważ oryginalnie oznaczało niewolnicę sprzedawaną w celach seksualnych; łacińskie meretrix oryginalnie oznacza ‘osobę otrzymującą zarobki’. Słomczyński tłumaczy mniej subtelnie język Szekspira, „jaka przedobra kurwa!”. Niewytłumaczalny błąd dotyczy „whore” i jego polskiego odpowiednika „kurwa”. Słomczyński tłumaczy słowo zbyt dosłownie. Zdaje się nie być świadomym subtelności języka Szekspira, który daleki był od stosowania wulgaryzmów i wyuzdanych, seksualnych implikacji. Tłumaczenie pokazuje brak ekwiwalencji do oryginału. Jeśli tekst nie jest ekwiwalentny, nie przeniesie polskiego czytelnika bliżej kultury i języka Szekspira.

Oczywiście w tekście dramatu możemy znaleźć wiele przykładów wulgaryzmów, które nie powinny się tam znaleźć. Dlatego też, osoba, która analizuje język Szekspira nigdy nie wybrałaby przekładu Słomczyńskiego ze względu na liczne przykłady braku ekwiwalencji. Bo czy niedoświadczony czytelnik zastanawia się nad wyborem tłumaczenia? Czy jest świadomy tego, że nawet znane tłumaczenie nie musi być modelowe, a wręcz zawiera liczne błędy? Należy zawsze zweryfikować uznane przekłady pod kątem naszej wiedzy z dziedziny językoznawstwa, a zwłaszcza sztuki przekładu.


Bibliografia

  1. Hatim, B., Munday, J. Translation: An Advanced Resource Book, Routledge, New York 2004. s. 117
  2. Shakespeare, W., Romeo and Juliet, Wordsworth Classics,Great Britain 2000, s. 67  
  3. Wehmeier, S. (chief ed.), Oxford Advanced Learner’s Dictionary of Current English, seventh edition, Oxford University Press, Oxford 2005 s. 2005
  4. Harper, D., Online Etymology Dictionary2001-2010.
  5. Shakespeare, W., tłumaczenie M. Słomczyński, Romeo i Julia, Wydawnictwo Zielona Sowa, Kraków 2008, s. 54

Autorką tekstu jest dr Anna Bielska – wykładowca w Lingwistycznej Szkole Wyższej w Warszawie

Podręcznik jak ze snu

podrecznikDobry podręcznik to skarb. Wiedzą to zarówno nauczyciele, jak i uczniowie. Jednak jego obiektywna jakość przydatność nie jest kwestią tak łatwo mierzalną, jak by się wydawało. Po raz kolejny będę więc stać na straży podejścia mocno indywidualistycznego, w którym wierzę (i widzę), że potrzeby i sposób uprawiania nauki różnią się od człowieka do człowieka. W rzeczywistości podręczniki gwałcą to założenie w miażdżącej właściwie większości – bowiem pod względem struktury są najczęściej identyczne, i na identycznych schematach redakcyjno-metodycznych się opierają.

To nie będzie poradnik nt. tego, jak rozpoznać czy wybrać podręcznik idealny. To będzie fantazja – fantazja o podręczniku, który nie istnieje, bo istnieć nie ma prawa.

(Zapewne podobnie jak wymarzony mąż czy żona, o których śniliście za młodu)

Śnię zatem o podręczniku, który…

greetings1. Nie będzie rozpoczynał się trzylekcjowym treningiem witania się w pięćdziesięciu wariantach.

Przepadam wręcz za książkami, które „wprowadzenie do języka” ujmują raczej w formie zapoznania się z alfabetem, bardzo ogólnymi regułami fonetycznymi i informacją chociażby nt. szyku zdania, który w tymże języku dominuje (SOV, SVO, czy też mniej popularne kombinacje typu VSO). Podana na wstępie informacja o tym, że w języku szwedzkim nie używa się (poza imionami, nazwiskami czy obcymi nazwami własnymi) litery „W” jest nie tylko interesująca, ale także eliminuje „na dzień dobry” sporą część potencjalnych błędów w pisowni, które na początku możemy popełniać.

 

2. Uwidoczni, które z nauczanych przezeń struktur mają nierozerwalny związek z kulturą rozpatrywanego obszaru językowo-kulturowego.

W toku mojej szkolnej nauki języka angielskiego zapadło mi w pamięć szczególnie jedno ćwiczenie z repetytorium maturalnego, które jest zresztą ostatnim z miejsc, w którym spodziewałabym się czegoś, co mnie zaskoczy czy zaintryguje. Zadanie polegało na przekształceniu zdań dosadnych w bardziej dyplomatyczne i eufemistyczne, w myśl zjawiska zwanego (chyba…) polite English (wg mojej ówczesnej nauczycielki – bardzo zakorzenionego zwłaszcza w środowiskach pedagogicznych Wielkiej Brytanii). „Patrick is rude” nie jest dla Wyspiarzy dobrą opcją zaraportowania rodzicom braku kultury osobistej ich syna. „Patrick isn’t very polite towards teachers” zdaje się być o wiele bardziej społecznie akceptowaną formą takiego komunikatu.

angielskigrzeczny

3. Pozwoli mi odnaleźć swój idiolekt w języku obcym

To właściwie główna kwestia, jaką chciałam dziś poruszyć. Ucząc się języków biorę także pod uwagę pewne zmienne psychologiczno-osobnicze, o których pisałam chociażby w tym artykule. Idiolekt, definiowany jako „…zespół właściwości języka danej osoby (np. fonetycznych, leksykalnych), wg niektórych dodatkowo określany w danym okresie rozwoju tej osoby” zdaje się być głównym wynikiem interakcji pomiędzy językiem jako takim, a jednostką. Jeśli nie potraficie za bardzo wyobrazić sobie idiolektu w praktyce, przypomnijcie sobie chociażby postać pana Zagłoby, która to postać jest zresztą jednym z najczęściej przytaczanych przykładów w tej kwestii. Przyjmując, za różnymi innymi definicjami idiolektu, że jest on wypadkową warunków rodzinnych, kulturowych, tradycyjnych i środowiskowych, to łatwo będzie poddać w wątpliwość stwierdzenie o „wypracowaniu” swojego własnego idiolektu w języku nieojczystym (tzw. „second language”; L2). Nawet jeśli przyjmiemy taką ewentualność, to trudno będzie „przełożyć” swój naszpikowany polskimi realiami idiolekt na język z zupełnie obcego kręgu kulturowego (chociażby szwedzkiego, skoro już idę tropem własnych doświadczeń). Osoby, które władają jakimkolwiek językiem w stopniu bardzo dobrym mogą same odpowiedzieć sobie na pytanie, czy czują odbicie swojej osobowości, doświadczeń życiowych czy humoru w tymże języku. Nietrudno się domyślić, że ja przychylam się raczej ku odpowiedzi twierdzącej, choć jestem świadoma ostrożności, jaką należy tutaj przyjąć. Pytania i wątpliwości można mnożyć w nieskończoność: czy myślenie o idiolekcie można rozpocząć już na początku nauki? Czy moment rozwojowy ma znaczenie? Czy małe dzieci też mają swój idiolekt, który zmienia się w biegu życia? Czy ucząc się nowego języka „rodzimy się na nowo”? etc.

Są jednak rzeczy, których nie może zabraknąć w moim podręczniku marzeń, a których nie uświadczę raczej w podręcznikach ze świata, który znam:

a) WULGARYZMY

Zgorszonych proszę o przejście do kolejnego punktu. No bo jak to, sprośne słówka i żarty, przekleństwa, bluźniercze wykrzyknienia to przecież nie jest sprawa dla poważnych wydawnictw językowych. O takich okropnościach to można sobie poczytać w książeczkach typu „Hiszpański na ostro” (nie googlujcie, nazwę wymyśliłam), kupić komuś w empiku pod choinkę, bo to takie śmieszne, rubaszne, nieprzyzwoite i z dreszczykiem, hihi, hoho, tej, Andrzej, tylko dzieciom nie pokazuj! Jak myślicie, dlaczego tak wiele ludzi tak wcześnie interesuje się najczęściej używanymi wulgaryzmami w języku, którego się uczą? Bo mają mentalnie 15 lat? Bo jadą na Erasmusa? A może adekwatne zareagowanie na uderzenie się w mały palec u stopy jest dla nich równie ważną kwestią, co nauka zwrotu „na zdrowie”? Kilka lat temu czytałam wiadomości na szwedzkim portalu informacyjnym w dniu, w którym szwedzka księżniczka Victoria ogłosiła swoją pierwszą ciążę. Przewinęłam do komentarzy – same gratulacje. Grattis, Grattis, Grattis… Tak, to słowo już znam. Lecz nagle – bratnia dusza i wyrażenie, które zapamiętałam w ułamek sekundy – „VEM FAN BRYR SIG?!”. W wolnym tłumaczeniu: „KOGO TO K*RWA OBCHODZI?!”. No właśnie.

b) HUMOR

Miło by było, gdyby opisywany przeze mnie podręcznik nauczył mnie także, jak być zabawną w danym języku. Powszechna opinia głosi jednak, że humor to nierzadko cecha narodowa, a nawet jeśli nie narodowa, to ludzie gigantycznie różnią się między sobą jeżeli chodzi o rodzaj poczucia humoru. A może ten podręcznik marzeń umiałby dopasować się automatycznie do mojego?… Kwestie humorystyczne podejmowane są nierzadko w podręcznikach „konwencjonalnych” – przykładem sztampowym może być chociażby humor angielski, będę jednak szczera – w większości takich przypadków trzeba zmusić się do śmiechu.

profanity-73809626759_xlargec) CHAMSTWO, IRONIA, KŁÓTNIE

Większość podręczników nauczy cię jak przestawić się na tryb języka formalnego, urzędniczego tudzież akademickiego. Tryb „normalny" nauczy cię za to, jak być miłym na co dzień. Potocznie. Kolokwialnie. Tylko spróbuj być niemiłym. Podręcznik nie może pomnażać zła i goryczy, której już jest na świecie tak wiele!

Chcesz wiedzieć, jak jest po angielsku „odwal się"? Chcesz komuś dogadać, obrazić, pokłócić się, rzucić ironiczną uwagę? Sprawdź sobie na googlach, albo włącz MTV. Pojedź do Paryża, zakochaj się w pięknym Francuzie patrząc jedynie w jego orzechowe oczy. Tylko jak potem wyrazisz swoje niezadowolenie, kiedy odkryjesz, że zdradził cię z twoją współlokatorką?


 

Jeśli nie interesuje cię pojęcie idiolektu, to jednym z twoich priorytetów może być chociażby zbliżenie się stylem mówienia do rodzimych użytkowników języka, którego się uczysz. Moje zalecenia treningowe mogą jednak wywołać irytację u ludzi, z którymi przebywasz. Bowiem radzę ci, abyś od czasu do czasu… po prostu zabawił się w pozera (ang. wannabe). Naśladuj, papuguj, udawaj dystyngowanego anglika tudzież kalifornijską nastolatkę. Chociaż – czy nie lepiej byłoby być po prostu sobą – nawet w języku X?

*Jeśli artykuł zdenerwował cię, rozbawił (w negatywnym sensie) lub zgorszył, spróbuj przeczytać go ponownie, tym razem z przymrużeniem oka.

Aczkolwiek pisałam całkiem serio.

Podobne posty:

Praca własna z tekstem oraz audio gdy brak podręcznika
Ile klasyki w postępie
Nauka języka bez podręcznika – część 2 – czytanie
Patrz z własnej perspektywy; szyj metodę na miarę własnych potrzeb i możliwości
Najpiękniejszy z językowych przełomów