Językowe artefakty dzieciństwa

poloniacentreDzisiejszy wpis rozczaruje zapewne wszystkich, którzy poszukują na WOOFLi językowych porad, recenzji podręczników lub opisu skutecznych i sprawdzonych metod nauki. Mam jednak nadzieję, że wywoła on na twarzach niektórych czytelników uśmiech, obudzi wspomnienia albo sprowokuje uronienie łezki nostalgii.

Bywa, że sprzątanie mieszkania przypomina miejsce archeologicznych wykopalisk, a znajdywane na polu chaosu stare urządzenia i przedmioty wywołują w nas emocje porównywalne z odnalezieniem starożytnych artefaktów. W moim przypadku chodzi o dwa urządzenia wspomagające naukę języków obcych, "zawieszone" pomiędzy erą książek i druku, a erą całkowitej komputeryzacji – elektroniczny słownik produkowany przez Rom Tech Electronics w latach 90., oraz trudny nie tak trudny do internetowego zidentyfikowania odtwarzacz magnetofonowy w kształcie robota, prawdopodobnie dołączony do zestawu kaset zawierających kurs języka angielskiego dla najmłodszych.

Najpierw jednak garść refleksji podlotka wychowanego w czasach ultraszybkiego internetu.
Swego czasu fascynowało mnie zastanawianie się nad tym, jak przebiegało uczenie się języków obcych w czasach dość-bardzo, tudzież niezwykle zamierzchłych; bowiem nie tylko środki i narzędzia, ale też cele, zapotrzebowanie i rozpowszechnienie musiały być zupełnie inne niż współcześnie.

Naiwne to przemyślenia, choć jeśli spojrzymy chociażby na znanego i lubianego bohatera literackiego, Stanisława Wokulskiego, dostrzeżemy pewną uniwersalną prawdę – nigdy nie wiesz, kiedy znajomość języka obcego ci się przyda. Kto wie, jak długo jeszcze Izabela robiłaby go w konia, gdyby w odpowiednim czasie nie zasięgnął on korepetycji z języka angielskiego?

Ludzie w czasach bohatera "Lalki" mieli do dyspozycji zapewne nieco książek, być może nawet całkiem niezłych podręczników czy rozmówek; ci bogatsi lub bardziej zaradni szczycili się dostępem do native speakerów, bądź też przyswajali obce narzecza w realiach czysto podróżniczych. My, w roku pańskim 2015, dysponujemy już takimi narzędziami przepływu informacji, że niewykorzystywanie szans do nauki jest wręcz pewnego rodzaju grzechem.

Najciekawszym pod tymi względami okresem wydaje mi się jednak przełom wieków XX i XXI, kiedy to nie spodziewano się jeszcze, jak gigantycznie szybkie tempo będzie miał rozwój komputeryzacji i budzącego się do życia Internetu. Lata 80. i 90. to era zawieszona między technologiczną "prehistorią" a totalnym, informatycznym "science-fiction". Nauka języków obcych także musiała zyskać wówczas w oczach ludzi zupełnie nową jakość…

DSC_1033

Compu-dict: prosta i chwytliwa nazwa podstawową dźwignią handlu. Pod spodem klawiatura mojego laptopa, w celu oszacowania wielkości.

Israel Business Today, 10 kwietnia 1992:

"A new line of electronic dictionaries is being released for export by Rom Tech Electronics Ltd. The new Compu-Dict is available for translations from English to French, Spanish, Hungarian, Polish, Russian and Czech. The devices contain high-capacity dictionaries with more than 250,000 words and optional extension cards which can expand to include professional terms in business, medicine, science, and computing".

Z ciekawości spojrzałam, ile słów mieści się w niedawno nabytym przeze mnie słowniku szwedzko-polskim pana Jacka Kubitsky'ego, stanowiącym najczęściej polecaną obecnie pozycję tego typu. Śmiem szacować, że przeciętnej wielkości słowniki "papierowe" mieszczą współcześnie "około 37 000 haseł, 31 000 wyrażeń". Nie ulega wątpliwości, że (obecnie najpopularniejsze) słowniki internetowe wszelkiej maści biją Compu-dicta na głowę jeśli chodzi o mnogość haseł. Trzeba jednak oddać naszemu staruszkowi, że w latach 90. stanowić musiał kuszącą i bardzo nowocześnie wyglądającą, a co najważniejsze wygodniejszą alternatywę dla słowników drukowanych.

Mój konkretny model to słownik niemiecko-polski/polsko-niemiecki/angielsko-polski/polsko-angielski. Nie pamiętam kiedy dokładnie trafił do naszego domu, mogę jedynie szacować jego pojawienie się na wczesne lata 90. Pomimo moich późnych w stosunku do jego powstania narodzin w roku 1994, oraz osiągnięcia dojrzałości szkolnej w roku 2001, angielsko-polski segment słownika służył mi jeszcze jako pomoc w odrabianiu prac domowych z angielskiego w podstawówce.

Naklejka na spodzie urządzenia. Hm, to wygląda na to, że był to prezent od rodziny z Kanady.

Naklejka na spodzie urządzenia. Hm, to wygląda na to, że był to prezent od rodziny z Kanady.

Compu-dict posiadał "panoramiczny" wyświetlacz, który obecnie reaguje tylko generowaniem zniekształconych znaków przy naciskaniu poszczególnych klawiszy. Mówiąc prościej – jest zepsuty, nad czym bardzo ubolewam. Można było sprawdzać za jego pomocą synonimy, czasem też frazeologizmy, jednak największą frajdę stanowił wbudowany syntezator mowy. Jego brzmienie spokojnie spełniałoby wymogi studia nagrań zespołu Kraftwerk, straszył on bowiem swoim bardzo niskim, sztucznym, przerażającym wręcz głosem uciśnionego robota.

Na allegro znaleźć można wiele wersji tego urządzenia, z czego większość wydaje się nawet bardziej nowoczesna od mojego egzemplarza. I co najważniejsze – działają… Szukać polecam także na ebay'u, jeśli ktoś jest bardzo zdeterminowany.

DSC_1038

Tiger 2-XL. Podobnie jak Compu-dict – dar od rodziny zza oceanu.

Zdecydowanie bardziej intrygującym znaleziskiem, wprost z głębin mojej szafy jest odtwarzacz kasetowy w kształcie robota, o wdzięcznej, acz zupełnie nieadekwatnej do aparycji nazwie "Tiger 2-XL". Kształt i względna poręczność to jednak nie jedyne cechy szczególne tego urządzenia – robot, oprócz standardowych przycisków "stop", "rewind" oraz "play" posiada także kontrolki służące odpowiadaniu na tajemnicze pytania. "Yes", "No", "True" oraz "False" przywodzą na myśl coś w rodzaju pseudo-edukacyjnego quizu.

Okazuje się, że jest to specjalny robot edukacyjny, wykazujący się dość zaawansowanym, jak na końcówkę XX wieku, stopniem interakcji z użytkownikiem.

Robot był prezentem od babci z Kanady adresowanym do mojego starszego brata, dlatego moje osobiste doświadczenie z nim jest raczej niewielkie. Garść ogólnych informacji nt. tego wynalazku dostarczyła mi jednak angielska Wikipedia:

"2-XL (2-XL Robot, 2XL Robot, 2-XL Toy), was a popular toy robot marketed in the 1980s by the Mego Toy Corporation. The toy was then upgraded and re-introduced by Tiger Electronics in the 1990s. 2XL was the first "smart-toy" in that it exhibited rudimentary intelligence, memory, game play, and responsiveness. It was infused with a "personality" that kept kids concentrating and challenged as they played and interacted with the robot. 2-XL was the first toy that actively attempted to make learning fun through the use of jokes, funny sayings, and verbal reinforcements".

Jak łatwo się domyślić, zestaw anglojęzycznych kaset dołączonych do robota miał ułatwić mojemu bratu (wówczas około 8-10-letniemu) zarówno bierną, jak i w jakimś stopniu czynną (!) naukę języka obcego.

Wybór należy do ciebie.

Wybór należy do ciebie.

Jasne, ale jak to właściwie działało? Technicznie był to odtwarzacz taśmowy, nie zaś cyfrowy – w jaki sposób zachodził więc proces swoistej rozmowy i zabawy z robotem?

Z tego, co zrozumiałam z wikipediowego artykułu, pierwotna wersja robota (z lat 80.) zakładała włożenie doń kasety zawierającej osiem nagrań, które w prosty sposób "przewijały się" wskutek naciśnięcia przycisku. Wersja wydana dekadę później zawierała już tylko 4-nagraniowe kasety, "…one for the left and right channel on each side". Każde z równoległych nagrań mogło być w każdej chwili odtworzone w zależności od wybranego przycisku, do czego, jak mniemam, niewymagane było przekładanie kasety na drugą stronę (gdyby włożyć "tigerową" kasetę do zwykłego magnetofonu, dwa z czterech nagrań odtworzyłyby się "od tyłu"). "Iskry bożej" dodawał urządzeniu również fakt podświetlania na czerwono oczu i "aparatu gębowego" maszyny w chwilach, gdy wypowiadała ona do nas jakiekolwiek słowa.

Niestety, wszystkie kasety dostosowane do wymagań tego arcyciekawego urządzenia pochłonięte zostały przez czarną dziurę czasu i bałaganu, więc trudno mi zademonstrować działanie robota w akcji nawet samej sobie. Dla zainteresowanych wklejam jednak film znaleziony na YT:

 Jestem niezmiernie ciekawa, czy którykolwiek z czytelników jest w posiadaniu któregokolwiek z opisanych wyżej urządzeń. Kieruję również pytanie do osób nieco starszych niż ja – jak postęp technologiczny zmienił na przestrzeni lat wasze metody, warunki, skuteczność i wygodę uczenia się języków obcych?

 

Podobne posty:

Kiedy i jak korzystać z Wikipedii przy nauce języka obcego?
Nie samymi podręcznikami… – czyli internetowe pomoce naukowe (j. hiszpański)
Wyznania ANKIoholika
Dlaczego nauka języka szwedzkiego jest teraz łatwiejsza niż kiedykolwiek?
Dlaczego nauka języka szwedzkiego jest teraz łatwiejsza niż kiedykolwiek – część 2

 

3 komentarze na temat “Językowe artefakty dzieciństwa

  1. Najstarsze, co kojarzę, to seria Deutsch Junior, na której się wychowałam i którą uzbierałam w całości. Bardzo sympatyczne wspomnienia 🙂
    Był też przedpotopowy program do nauki francuskiego, należący do mojego ojca, który z ciekawości niedawno zainstalowałam na komputerze. Niestety, draństwo narobiło więcej szkód, niż pożytku…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ