Jak wiele można wynieść z polskiej szkoły, czyli mankamenty i problemy polskiej sceny edukacji językowej

telephoneCzy wciąż pamiętacie swoje lekcje języka angielskiego w szkole? A ilu z Was korzystało w tamtym okresie z korepetycji? Czy wpojony Wam (i nam) materiał oraz metody zastosowane podczas naszego nauczania rzeczywiście się sprawdzają? Czy w naszych polskich realiach nauka jakiegokolwiek języka obcego (nie tylko angielskiego) nie obejdzie się bez wspomagaczy?

Historia polskiego szkolnictwa językowego 

Od roku 1989 nauka języka angielskiego w polskich szkołach jest obowiązkowa, począwszy od szkoły podstawowej, aż do szkoły średniej, a czasem i wyższej. Polski system szkolnictwa przewiduje program, który ma (rzekomo) poprowadzić uczniów od poziomu zupełnie początkującego – A1 aż do poziomu średnio zaawansowanego (B1/B2, który można nazwać „etapem samodzielności”). Od tego planu są również inne wariacje, w zależności od wybranego profilu i grupy językowej na następnych etapach nauczania.

Aktualnie system edukacji w Polsce różni się zasadniczo od tego, który został ustanowiony po wojnie przez władze komunistyczne, wedle którego edukowana była spora część Polaków. Zasadnicza różnica to stworzenie w latach 90. podziału na średnią edukację niższą i wyższą – gimnazja i szkoły ponadgimnazjalne. Edukację podstawową dzielimy na 4 zasadnicze części: pierwsza w klasach 1-3 szkoły podstawowej, kiedy to dzieci uczą się podstawowych czynności potrzebnych do nauki i funkcjonowania w społeczeństwie, następnie drugi etap – klasy 4-6 szkoły podstawowej – wprowadzający uczniów w szersze pojęcie nauczanych przedmiotów, które są konieczne do dalszej nauki; ponieważ podstawówka trwa teraz 6 lat, stworzono osobny twór, czyli gimnazja dopełniające ośmioletni cykl znany z PRL-u z dodanym celowo jednym rokiem nauki, uczniowie nabywają wtedy wiedzę specjalistyczną z zakresu przerabianych przedmiotów. Ostatni, czwarty etap to 1-3 (lub 1-4) klasa szkoły ponadgimnazjalnej – i tak w liceum: przygotowujący do posiadania wiedzy akademickiej; technikum: połączenie wiedzy akademickiej z działaniami praktycznymi; zawodówce: głównie wiedzy praktycznej pozwalającej na rzetelne wykonywanie wybranego zawodu.

Specyfika okresu oraz przedmiotu

Mimo faktu, iż nauczanie języka angielskiego było obowiązkowe od upadku komunizmu w Polsce, nie wszyscy tego doświadczyli. Trzeba zaznaczyć, że w tamtych czasach było niewielu nauczycieli języka angielskiego w porównaniu do nauczycieli języka rosyjskiego. W efekcie nie wszyscy mieli możliwość nauki angielskiego jednocześnie z rokiem wejścia reformy edukacyjnej. Często zdarzało się, że uczniowie wcale nie mieli styczności z tym językiem, dopóki nie rozpoczęli edukacji średniej lub wyższej. Również z tego powodu do okolic roku 2006 w liceach i na uniwersytetach istniały grupy dla początkujących lub zaczynających naukę całkowicie od zera. Nie są to jednak informacje oficjalne, a jedynie wynik mojej dedukcji. Natomiast faktem jest, że takie grupy rzeczywiście istniały.

Uczniowie już z początkiem 4. klasy szkoły podstawowej mają wybór: iść do klasy z rozszerzonym programem, czy też nie; niejednokrotnie jest to twardy orzech do zgryzienia dla rodziców a powszechna opinia na temat tych klas ukazuje je jako lepsze i wyżej cenione. Oczywiście możliwości „wejścia” do takiej grupy nie mają wszystkie dzieci. W różnych szkołach różnie przyporządkowuje się uczniów do odpowiednich grup. Zazwyczaj na zakończenie 3. klasy piszą oni sprawdzian z ostatnich trzech lat nauki. Na jego podstawie (gdzie zazwyczaj za dolną granicę „zdawalności” uznaje się poziom około 40-50%)  decyduje się o przyporządkowaniu dzieci do odpowiednich klas. W przypadku gdy zdawalność jest wysoka a miejsca w klasach są, oczywiście, ograniczone, następnym krokiem jest odsiew uczniów o najwyższych ocenach końcoworocznych z tego przedmiotu. Często jednak  opinia o wyższości i wybitności tzw. klas angielskich nie mija się z prawdą. Klasy te poza rozszerzoną podstawą programową z języka obcego zwykły posiadać lepiej wykwalifikowanych i osiągających większe sukcesy nauczycieli. Wychowawcy tych klas, a są nimi zazwyczaj angliści, słyną z nieustannego pisania projektów unijnych, potocznie zwanych „Comeniusami”. Prestiż wycieczek zagranicznych, w których te klasy biorą najczęściej udział, jest elementem, niewątpliwie, najistotniejszym.

Edukacja podstawowa 

Przez pierwsze dwa etapy edukacji dzieci mają zasadniczy wpływ na ich przyszłe funkcjonowanie, bowiem w tym czasie nabywają wiedzę i umiejętności potrzebne do dalszej nauki. Po tak długim (bo 6-letnim) okresie nauki nabyte umiejętności należy ocenić. Dlatego specjaliści z Centralnej Komisji Egzaminacyjnej oraz Ministerstwa Edukacji Narodowej stworzyli sprawdzian szósto- i trzecioklasisty. Do roku 2014 szkołę podstawową kończono sprawdzianem szóstoklasisty, na który składał się materiał z takich przedmiotów jak: język polski, matematyka, historia i przyroda. Po tym czasie Centralna Komisja Egzaminacyjna do wspomnianego testu dołączyła również osobny arkusz            z języka angielskiego. Ta zmiana spowodowała gigantyczne problemy oraz zupełną zmianę techniki nauki języka obcego w szkole podstawowej. Od tego czasu uczniowie nie uczą się już po to, żeby umieć, ale po to, aby uzyskać jak najwyższe wyniki z testu. To przekształciło formę nauczania na przygotowanie do testu. Uczniowie nie są uczeni praktycznych umiejętności i wiedzy a jedynie teoretyki testu i jego wymagań. Są dosłownie instruowani „jak dobrze napisać test po szóstej klasie”. I tak od teraz nauka dzieci wygląda mniej-więcej następująco: „jeśli pytają się Was o X, to w lukę trzeba wpisać Y, tylko że Y to tak naprawdę X+, bo dodaliśmy końcówkę Z, która jest w ramce A”. Udzielanie tego typu instruktażu jest bardzo niepraktyczne i, co więcej, daremne. „Ale przecież do testu się trzeba przygotować!” – powie wielu rodziców. Owszem, ale nie w ten sposób. Uczenie jak dobrze zdać egzamin, w porównaniu z uczeniem twardej i rzetelnej wiedzy, przynosi zupełnie inne skutki. Prawdą jest, i zgadzam się z tym w pełni, że uczniów należy zapoznać z egzaminem, dokładnie wyjaśnić jego formę, funkcję i trudności z nim związane. Za to jeśli przykładowy uczeń nauczy się języka na poziome wymagań testu, i będzie nim się sprawnie posługiwał, to powinien zdać test śpiewająco.

Elementem, który poróżnia dwie wcześniej wspomniane grupy językowe, jest sposób nauczania. Podczas gdy uczniowie z niższym poziomem nauczania śpieszą się z materiałem, przygotowują się do pisania testu, to uczniowie z rozszerzeniem spokojnie i dokładnie przyswajają materiał, który przewyższa wymagania testu oraz przyswajają sobie wiedzę związaną z samym testem. Efektem tego podziału są dwa rodzaje uczniów: jedni z rzetelną wiedzą, dobrze napisanym testem i z dobrymi perspektywami na kontynuację nauki, zaś drudzy z brakiem dokładnej wiedzy i praktyki, dobrze lub średnio napisanym testem oraz nie za dobrymi perspektywami.

Szkoła średnia niższa 

Kończąc szkołę podstawową, w ten właśnie sposób dochodzimy do następnego etapu edukacji – edukacji średniej niższej, czyli gimnazjum. Tutaj podział następuje już tylko na podstawie programu ukończonego w poprzedniej szkole; ewentualnie uczniowie, którzy chcą dołączyć do „grona wybrańców” muszą napisać test, który stwierdzi, czy uczniowie przyswoili potrzebny materiał, czy też nie (sposoby oceny testu są bardzo zbliżone do oceny testu kwalifikującego po trzeciej klasie szkoły podstawowej). W tym miejscu muszę również pochwalić polski system edukacji za przepis mówiący o zakazie przenoszenia dzieci, które już rozpoczęły naukę języka do grup ją rozpoczynających, co pomaga zapobiegać uwstecznianiu się uczniów.
Podobnie jak w poprzednim stadium edukacji tutaj też nauka w gimnazjum zostaje zakończona sprawdzeniem umiejętności ucznia (co ważne i należy zaznaczyć, jest już egzaminem, a nie testem!), na które składa się materiał z następujących przedmiotów: język polski, matematyka, historia i społeczeństwo, przedmioty przyrodnicze oraz język obcy nowożytny (na poziomie podstawowym i rozszerzonym – oba poziomy są obowiązkowe dla wszystkich uczniów). Jak mówi mądre porzekadło –  „historia kołem się toczy”; tu właśnie zachodzi to zjawisko. Sześcioletni okres nauki języka obcego powinien pozostawiać przynajmniej słabe umiejętności u uczniów, ale jak pokazuje doświadczenie, w gimnazjum uczniowie nie tylko powtarzają przyswojony już wcześniej materiał (oczywiście w bardzo szybkim tempie), ale uczą się go od nowa (!). W międzyczasie uczniowie przyswajają sobie również wiedzę związaną z egzaminem i powtarzają materiał. A co z nowym materiałem? Nowa partia materiału wprowadzana jest dopiero po wdrożeniu uczniów w rok szkolny poprzez powtórzenie wiedzy zdobytej w roku ubiegłym. Usystematyzowanie materiału już przerobionego jest oczywiście ważnym elementem całej nauki, ale nie może się ono sprowadzać jedynie do ponownego uczenia tego, co już było. A ponieważ naukę rozpoczyna się od powtórki, nie ma wystarczająco dużo czasu, by powtórzyć nowo poznany materiał, co również skutkuje gorszymi wynikami. Jeszcze raz doświadczenie pokazuje, że uczniowie nie radzą sobie z nauką. Pozytywne zamierzenia i plany skutkują zazwyczaj uwstecznieniem, niżeli zauważalnym postępem. Pragnę jednak zaznaczyć, że ten wywód cały czas nawiązuje do klas korzystających jedynie z koniecznego minimum, którym jest podstawowy program nauczania. A co w tym czasie robi klasa z profilem rozszerzonym? Dzięki luksusowi i dogodności pięciu godzin tygodniowo (a czasami nawet sześciu, w zależności od tego, jak dyrektor zagospodaruje dodatkowe godziny) uczniowie dokładnie i powoli przyswajają materiał zawarty w programie, który zresztą ponownie przewyższa wymogi egzaminu. Po jego napisaniu widzimy dokładne takie samo zróżnicowanie, jak w przypadku szkoły podstawowej. Już na tym etapie nauki, według mnie, wyniki tych „dwóch grup” uczniów powinny być dla nauczycieli zastanawiające. Przecież uczniowie piszą te same testy i egzaminy – różnią się tylko liczbą godzin, które spędzili na nauce. Nauczyciele mówią uczniom z klas bez rozszerzenia, że muszą się douczać sami, self eduaction, bla, bla, bla – co też uczniowie robią, ale nie przynosi to zadowalających efektów zarówno dla uczniów, jak i rodziców.

Szkoła średnia wyższa 

Dochodzimy w końcu do ostatniego stadium edukacji podstawowej. W liceach, technikach i zawodówkach podział następuje tak jak w gimnazjum, ale dla uczniów, którzy wybierają profil, który nie zawiera rozszerzenia z języka obcego, nie ma litości – niestety muszą uczyć się bez rozszerzenia, co wcale nie pomaga. Dodatkową opcją są klasy dwujęzyczne (dotyczy to tylko liceów i nielicznych techników), w których znajomość języka musi być wysoka, żeby uczniowie mogli zrozumieć treść lekcji z wybranego rozszerzenia, które są nauczane dwujęzycznie.
W końcu dochodzimy do matury – egzaminu dojrzałości (językowej?). W liceum (albo szerzej – w szkole średniej) zaczyna się myślenie. Uczniowie, którzy chcą przygotować się do matury rozszerzonej lub dwujęzycznej z języka angielskiego, muszą zdecydować się i dostosowywać ilość poświęconego czasu danemu przedmiotowi, w tym angielskiemu. O ile szkoły niższe nie stosują najlepszych metod i wyniki nie są zachwycające, o tyle muszę przyznać, że szkoły średnie zazwyczaj radzą sobie z tym o wiele lepiej poprzez wyrównywanie poziomów i „douczanie” uczniów. Oczywiście, jak zawsze, mogłoby być lepiej, ale wciąż widoczny jest postęp, co budzi większe zaufanie do szkół tego szczebla. Na szczególną pochwałę, według mnie, zasługują szkoły z oddziałami dwujęzycznymi (np. z angielskim, niemieckim, rosyjskim jako drugim językiem wykładowym). Tam język nie jest już przedmiotem nauczania, lecz narzędziem (którym wcześniej był język ojczysty) do nauki różnych przedmiotów. Nie wszystkie przedmioty są nauczane bilingwalnie, ponieważ np. w przypadku matematyki lub fizyki byłoby to dość niepraktyczne (jednakowoż takie zjawisko ma miejsce), a personelu z odpowiednim wykształceniem również brakuje. W gorszych szkołach niestety nie wygląda to tak pięknie. W tym przypadku często spotykamy się ze znanym nam już zjawiskiem uczenia zdawania egzaminu, w tym przypadku matury. Liczba szkół z oddziałami dwujęzycznymi w Polsce nie jest duża, ale cieszą się one sporą popularnością i w większości dużych polskich miast licea oferują takie oddziały. Wszystkie szkoły średnie posiadają za to oddziały z rozszerzonym programem nauczania z języka obcego nowożytnego.

Kończąc już…

Reasumując cały wywód, uważam, że polska edukacja językowa wymaga korekty. Częściowo owa korekta realizuje się samoistnie dzięki szkołom średnim, które bardziej dbają o naukę języków obcych. Osoby, które są ambitne oraz które chcą lepiej poznać język, muszą, niestety, w polskich realiach po prostu „douczać się”. Nie twierdzę, że bez szkoły językowej czy też korepetycji nie można tego zrobić, ale wymaga to bardzo dużego wkładu pracy ucznia poza lekcjami, co wcale nie musiałoby być koniecznością dla uczniów, a ułatwieniem, dzięki któremu chociaż w niewielkim stopniu moglibyśmy zbliżyć się jeszcze bardziej do krajów Skandynawskich – niestety, najprawdopodobniej na jakiekolwiek zmiany i efekty będziemy musieli jeszcze poczekać przez jakiś czas. W tym kontekście sądzę, że należałoby sobie zadać pytanie: „Czy nauka języka w Polsce na poziomie podstawowym jest możliwa bez wspomagaczy? Co jeszcze należy zmienić?”
Dalszą dyskusję i rozważania oraz wspomnienia z tego okresu Waszego życia pozostawiam Wam, drodzy Czytelnicy – nie wstydźcie się wyrazić swojego zdania w komentarzu! 🙂

45 komentarze na temat “Jak wiele można wynieść z polskiej szkoły, czyli mankamenty i problemy polskiej sceny edukacji językowej

  1. "[…]na uniwersytetach istniały grupy dla początkujących lub zaczynających naukę całkowicie od zera" – na pewno taka sytuacja istniała na UWM w okolicach 2000 roku. Problem w tym, że klasyfikacja do grup odbywała się tam na podstawie deklaracji studenta, który sam decydował czy jest początkujący, czy zaawansowany. Koleżanka która była w grupie początkującej rozpoczynała naukę angielskiego od zera – w szkole podstawowej i LO miała tylko rosyjski. Skarżyła mi się, że do jej grupy pozapisywało się sporo osób które z angielskiego zdawały maturę, ale zadeklarowały poziom początkujący żeby bez wysiłku zaliczyć przedmiot. Grupy na lektoracie angielskiego były bardzo liczne. Nauczyciele, widząc, że część grupy już coś tam wie lecieli z programem dalej zostawiając uczących się od zera na lodzie.

  2. Bardzo się ciesze, że pierwszy obowiązkowy angielski miałem dopiero na studiach. Biorąc pod uwagę to, co się działo w grupie z angielskim (nauczycielka myląca koszykówkę z siatkówką, mówiąca "dżiant", a nie "dʒaɪənt", a przede wszystkim terroryzująca klasę i szantażująca jedną z dziewczyn, że ją przepuści, jeśli zmieni szkołę – przerażające…). W grupie niemieckojęzycznej było nieco lepiej, ale i tak – pomijając wady edukacji szkolnej, uczenie się na test itd., to moja nauczycielka niemieckiego była też wychowawczynią klasy – i zdecydowanie miało to zły wpływ na podejście do niemieckiego… Dopiero rok, dwa po skończeniu liceum przestałem mieć awersję do niemieckiego, taki to był wpływ. No i, co tu kryć, mój angielski, mimo 0 godzin obowiązkowych zajęć w szkole, jest znacznie lepszy (i spokojnie wystarczył do napisania matury rozszerzonej z niezłym wynikiem) niż niemiecki. Choć tutaj muszę pochwalić mojego nauczyciela niemieckiego z podstawówki, który potrafił zastosować ciekawe metody nauki, m.in. porównywał budowę zdania niemieckiego do smoka i dworu królewskiego – z pozoru absurdalne, ale działało genialnie.
    Ogólnie mam bardzo złe zdanie o nauce języków obcych w szkole. A presja na oceny (można powiedzieć, że przecież można je olać – no tak, tylko wtedy o szkole z dobrym poziomem nauczania możesz zapomnieć) zdecydowanie nie pomaga.

    Co ciekawe – i tak w statystykach Polska wypada nieźle pod kątem znajomości języka angielskiego. Choć tu chyba raczej należy się martwić, że wiele innych nacji jest jeszcze bardziej do bani, a nie, że Polacy są tacy genialni…

    1. Rzeczywiście czasami poziom języka/umiejętności samego nauczyciela może być rażący – sam miałem do czynienia z kilkoma takimi osobami. Wiele moich znajomych często zwraca się do mnie z pomocą w odrobieniu zadania domowego lub sprawdzenia ich pracy. Ponieważ bardzo nie lubię uwsteczniania oraz ludzi bez ambicji zawsze sam się doszkalałem, self education była dla mnie elementem chyba nawet nadrzędnym do nauczyciela. Na szczęście, gdy przymiliłem się jednej i drugiej anglistce w mojej szkole, ułatwiły mi one moje starania… Ja sam nadrabiałem 3 lata nauki języka angielskiego na poziomie rozszerzonym w podstawówce. Ponieważ w szkole podstawowej zdecydowałem się na poziom podstawowy, douczałem się języka prywatnie (1h tygodniowo). Po 3 latach stwierdziłem, że w gimnazjum chciałbym dołączyć do grupy rozszerzonej – napisałem specjalny egzamin i okazało się że dzięki 3 godzinach w szkole z średnim nauczycielem i jedną godziną z bardzo dobrą anglistką zrobiłem większe postępy niż uczniowie klasy angielskiej (włączając w to historię i kulturę krajów anglojęzycznych). Zauważyłem też, iż praca ze zdolnym nauczycielem może być o wiele bardziej efektywna (nawet w mniejszym wymiarze godzin), niż ze średnim nauczycielem i douczaniem się po godzinach.
      Co do języka niemieckiego – sam język uwielbiam, ale moja nauczycielka była hm… No jaka była? W sumie, nijaka – była strasznie flegmatyczna – przez 45 min potrafiła mówić jednym znudzonym tonem. Ale zaciekawiłeś mnie tymi porównaniami niemieckiej składni do pociągu/dworu – czy mógłbyś powiedzieć o nim coś więcej? 🙂
      Nauka języków w szkole nie przynosi tak dobrych efektów jakbyśmy sobie życzyli, ale wciąż zależy to dużo od naszego "szczęścia".
      Z tego co wiem, to Polska wypada dość dobrze na tle Europy. Aczkolwiek to "dość" robi dość sporo różnicy. Polsce bardzo dużo brakuje do północy Europy, za to daleko za murzynami jest np. Francja czy Niemicy – tam ten aspekt wygląda jeszcze gorzej. Należy też zwrócić uwagę, że te dane mają zastosowanie tylko do języka angielskiego. Durgi język obcy (a jest nim najczęściej język niemiecki – by the way Polska jest krajem, w którym najwięcej ludzi na świecie uczy się języka niemieckiego, około 5 milionów) jest niedoceniany w naszym państwie. Jednak statystyczna znajomość języka naszych zachodnich Sąsiadów w naszym kraju jest średnia, głównie ze względu na to że nie zwraca się na niego zazwyczaj tak dużo uwagi.

      1. Co do Niemiec, to mogę napisać coś o Westfalii i to tylko tej sprzed 10 lat. Otóż o ile z innych przedmiotów bywał niższy poziom (a "Chopin był Francuzem"…), o tyle w językach byli naprawdę dobrzy. Niektórzy chodzili nawet na trzy języki obce i słychać było, że radzą sobie nieźle. Byłem też na jednej z lekcji hiszpańskiego i widać było, że zwracano tam uwagę na umiejętność porozumiewania się.

        Jeszcze jeden zarzut co do nauki języków w szkołach – brak znajomości metod. Ilu nauczycieli, zwłaszcza starszych, wie, czym są: shadowing, Anki czy Gold List Method? A tym bardziej ilu powie o nich na lekcjach?

        A co do smoka i zdań niemieckich – no to było jakoś mniej więcej tak, że zaimek osobowy był głową smoka, czasownik był księżniczką w brzuchu, a inne elementy były królem i świtą.
        Oprócz tego było jeszcze rap oraz małpka Kiki – wspomnienia bezcenne 🙂 Materiał z podstawówki mam do dzisiaj opanowany doskonale i do dzisiaj pamiętam nawet niektóre piosenki. Dalszy już, niestety, niekoniecznie.

  3. Jeszcze co do niemieckiego – jeśli jest to u kogoś język wiodący, to się zwraca uwagę i chyba ogólny poziom nauki niemieckiego, przynajmniej za moich czasów szkolnych, był nieco wyższy od tego z angielskiego. Teraz jednak następuje odwrót od niemieckiego na rzecz (głównie) francuskiego. Wiadomo jednak, że nagle nie wywalą całej kadry.

  4. To będzie ultra długi komentarz 🙂

    Moim zdaniem największą bolączką polskich szkoł w zakresie nauki jezyka obcego jest dzielenie klasy (w większości przypadków) na 2 grupy. Powoduje to przeświadczenie, że grupy powinny być mniej więcej symetryczne pod względem liczby osob, bo podzielenie 24 – osobowej klasy na grupę zaawansowaną 7-osobową i mniej zaawansowaną z 17 uczniami sprawi, że ci 'gorsi' nie mają aż tak dobrych warunków do nauki i postępy będą naprawdę powolne. Tutaj podzielę się swoimi spostrzeżeniami:
    1) Przy podziałach na 2 grupy grupa 'słabsza" sklada się:
    a) z uczniów, którzy niemalże nic nie umieją (nigdy się go nie uczyli)
    b) z takich, którzy się uczyli, ale na lekcjach nie uważali (ale ogarniają piąte przez dziesiąte), a tak poza tym "mój ojciec jest budowlańcem/rolnikiem/mechanikiem/malarzem, i ja będę budowlańcem/…, a na co mje to"
    c) z osob, które są całkiem niezłe i mają potencjał (a czasem i wiedzę/umiejętności by trafić do wyższej grupy, ale test czy rozmowa poszła im gorzej niz zwykle), ale ich rozwój będzie hamowany przez resztę grupy, bo nauczyciel skupi się na tych, co nie znają alfabetu i umieją się tylko przedstawić. To są zazwyczaj dość bierni ludzie (nie tylko w szkole, ogólnie w życiu), nie zrobią nic wiecej niż jest wymagane (ale jeżeli trafią pod skrzydła wymagającego nauczyciela, który będzie ich pilnował i dopingował stają się naprawdę dobrzy). Mój ojciec nazywa ich 'sierotami po komunizmie', nawet jeśli urodzili się w okolicach 2000 roku. To zazwyczaj te osoby narzekają, że SZKOŁA ich nie nauczyła języka, chociaż "UCZYLI SIĘ" 12 lat.
    2) W zaawansowanej grupie zaś zazwyczaj znajdują sie:
    a) osoby, którym się poszczęściło i dostały sie do grupy wyżej (wada testów ABCD). Do tego często tacy szczęściarze uważają, że mieli pecha, bo woleliby się znaleźć w grupie slabszej – najczęstszym powodem są koleżanki/koledzy lub lenistwo (w tej grupie często można znaleźć chodzących na korepetycje od lat X, ale nigdy nie robiących zadań domowych, powtarzających materiał). Często chodzą na kurs czy korki, bo tak rodzice chcieli. Zaniżają poziom grupy zaawansowanej, nauczyciel zamiast szlifować wiedzę musi zwalniać tempo, powtarzać dość oczywiste rzeczy. Do grupy niżej ciężko przenieść (bo tamta grupa jest zbyt liczna albo ma znów za niski poziom)
    b)uczniowie mówiący naprawdę dobrze, w domu oglądający seriale bez napisów czy grający w gry MMO, ale nierozumiejący gramatyki (to oni głównie konwersują z nauczycielem, odpowiadają na pytania, są aktywni na lekcji – nawet jeśli są nieśmiali/introwertyczni nie mają problemu z całkiem płynną odpowiedzią, ale ze sprawdzianów maja często 3+)
    c) mistrzowie gramatyki i wypracowań, klasówek (potrafią z pamieci wyrecytować kiedy piszemy the, a kiedy a/an, a kiedy opuszczamy przedimek, przerobili już całego R. Murphy'ego, jeżeli uczą się niemieckiego to znają na pamięć repetytoria Bęzy czy M. Siekaj "od A do Z") Nie dla nich straszne są inwersje, mowy zależne, strony bierne, czasowniki nieregularne itp. Dostają jednak dreszczy, gdy trzeba odpowiedzieć na pytanie, nie lubią czytać na głos, a "listeningi" mogłyby nie istnieć. Ja nazywam ich "cichociemnymi".

    I sama przyznam, że przez jakis czas takim cichociemnym byłam. Może nie recytowałam reguł gramatycznych z pamięci, ale zdecydowanie wolałam pisać sprawdziany/wypracowania, uzupełniać luki niż zostać zapytaną, co będę robić w weekend. A gdy obcokrajowiec zapytał się o drogę to miałam wrażenie, że mam stan przedzawałowy. Cichociemni to jednak nie chorobliwie nieśmiali introwertycy – na innych lekcjach chętnie zgłaszają się do tablicy, są wygadani, towarzyscy.

    Wracając do meritum, uważam, że to nie klasy powinny być dzielone na grupy (w domysle na dwie grupy), ale cały 1 rocznik (czyli 2-8 klas w zależności od wielkosci szkoły) rozłożony na np. 4 poziomy zaawansowania. Ja w liceum miałam podział na 2 gr., bo osób na podstawowym poziomie prawie nie było, jednak w gimnazjum podział na 2 grupy był niewystarczający. W liceum było inne podejście i spotkałam sie z podziałem klasy na 2 grupy z matematyki, chemii, fizyki, informatyki, niemieckiego, angielskiego. Dodam, że ten podział to nie był jakiś pomysł czysto dydaktyczny, po prostu była to bardzo stara szkoła (ponad 130lat), dawniej szkoła handlowa/żydowskie gimnazjum, niewielkie klasy (niektóre mniejsze niz 20 m kw.). Dodam, że W-F także był dzielony w/g poziomu usportowienia: na trenujących coś mniej lub bardziej profesjonalnie – czy to przełaje, karate, pływanie, tenis ziemny, siatkówkę czy piłkę nożną i na grupę totalnych amatorów, którzy twierdzili, że po teście Coopera na pewno umrą.

    Problemów logistycznych nie zauważyliśmy: kiedy 1. grupa miała matematykę, druga grupa miała angielski, kiedy 1. grupa miała niemiecki 2. grupa była na informatyce. WF był 2 razy w tygodniu (2x45min i 45min), co pozwalało pojść na basen, do jakiegoś klubu sportowego, do parku zrobić porządną rozgrzewkę, pocwiczyc, pograć, wyszaleć się, na koniec rozciąganie mięśni, powrót do szkoły i prysznic tamże. Nie mielismy podziału wg płci, ale wg umiejętności/predyspozycji i szczerze mówiąc koedukacyjne wychowanie fiz. było naprawdę super.

    Ciekawostka – do wielu przedmiotów nie mieliśmy konkretnych książek – jedyne jakie musielismy (od)kupić to były te z jęz. polskiego. Do przedmiotów, które były nierozszerzone w danym profilu np. fizyka, chemia, biologia, geografia nauczyciele mówili nam, ze każdy współczesny podręcznik jest dobry, jeżeli nie zawiera błędów (zdarzało się, że na 25-30 uczniów było 15 kompletnie różnych podręczników wydanych w ciągu ostatnich 20 lat, a 10 osób "żyło" na wydrukach z internetu, repetytoriach i zeszytach starszego rodzeństwa, ewentualnie serii "Notatki z…"). Z matematyki czy angielskiego nauczyciele stworzyli własne książki-skrypty. Dodam, że mieliśmy "zejściówki" (kartkówka z nowego materiału na końcu lekcji) co powodowało, że nauczylam się sama przerabiać material szkolny, zamiast czekać, aż zrobi to za mnie nauczyciel- uczyliśmy się w domu, a szkoła wiedzę tylko usystematyzowała.

    Pod tekstami (w internecie) nt. szkoły i nauki języka obcego wcześniej czy później pada hasło: "nie znam nikogo, kto nauczył się angielskiego w szkole". To powoduje uśmiech na mojej twarzy, bo ja znam takie osoby, a ja jestem jedną z nich. Szkoła i tylko szkoła nauczyła mnie angielskiego i niemieckiego – nie biegle, nie super płynnie, ale na poziom mocne B2+. Nie oglądałam filmów/seriali, nie czytałam ksiązek w oryginale, nie miałam penpals, nie chodziłam na kurs ani na korki, nie robiłam tego wszystkiego, co powinnam była robić. Po prostu chodziłam na lekcji, starałam się nie obijać totalnie i w miarę regularnie odrabiać prace domowe. Oczywiście dzisiaj jako osoba dorosła wiem, czego unikać podczas nauki, że output>input, że powinnam być proaktywna, czytać książki, blogi, wiadomości, pisać dziennik/pamiętnik, mówić (nawet sama do siebie), słuchać radia, vlogów, oglądać filmy, seriale, wywiady. Teraz wiem, że porządny komunikatywny poziom mogę zdobyc w ciągu 3 lat, a nie podczas 9 lat mało intensywnej nauki. Ale to tak naprawdę zależy od ucznia – jeżeli będzie miał w nosie naukę, będzie się całkowicie opierał to nawet małe 15-osobowe klasy, podziały na grupy, świetni pedagodzy, wizyty native speakerów, przytulne klasy, darmowa stołówka i wyselekcjonowane materiały nie wykonają za niego pracy (bo taki ktoś na lekcji zazwyczaj bawi się telefonem albo zamazuje kratki w zeszycie). Żeby nauczyć języka obcego osoby z taką postawą potrzeba na 8h dziennie perswazyjnej guwernantki/prywatnego nauczyciela z silnym charakterem albo przymusowej edukacji w klasie dwujęzycznej. Zaś uczniom z co najmniej neutralnym, a najlepiej entuzjastycznym podejściem stworzenie "cieplarnianych" warunków w szkole może przynieść świetne efekty. Jestem tego przykladem – byłam na wymianie w liceum w USA, gdzie miałam 10h matematyki tygodniowo i 5h chemii +5h fizyki tygodniowo – w Polsce byłam w klasie ~ humanistycznej, a po powrocie ze Stanów dawałam korki m.in. z analizy matematycznej studentom politechniki.

    Poza tym żeby dojść do tak dobrej znajomości języka w społeczeństwie jak u Szwedów trzeba by "wyrugować" jęz. polski z tv i radia jeszcze bardziej.

    1. "Poza tym żeby dojść do tak dobrej znajomości języka w społeczeństwie jak u Szwedów trzeba by "wyrugować" jęz. polski z tv i radia jeszcze bardziej."
      Dlaczego? Sądzisz, że brak dubbingu w tv jest receptą na dobrą znajomość angielskiego?
      Grecy także nie mają dubbingu w tv i jakoś nie znają świetnie angielskiego.
      Może jednym z czynników, dobrej znajomości angielskiego przez Szwedów, jest to, że angielski i szwedzki są językami germańskimi?

      1. Angielski, choc germanski, w slowniku posiada wiecej slow pochodzenia lacinskiego, wiele elementow gramatyki jest niegermanskich, to prawie jezyk kreolski germano-romanski.Grek czy inny Indoeuropejczyk, w ciagu roku nauki powinien zniwelowac przewage Szweda, dalej obaj maja jednakowo. Angielski nie jest bezposrednio podobny do zadnego jezyka, nie tworzy pary typu czeski-slowacki, hiszpanski-portugalski, dunski-norweski, o najnowszych czterech wynalazkach jugoslowianskich nawet nie wspominajac.

      2. Byłam w Szwecji i w Grecji (w Grecji nawet 8-krotnie). W Grecji zdecydownie jest wiecej greckich piosenek w radio – w 1 dzień w Grecji usłyszałam wiecej greki niż szwedzkiego podczas 16 dni w Sverige. Do tego w greckiej tv nie było aż tylu programów tylko po angielsku.

    2. Pod tekstami (w internecie) nt. szkoły i nauki języka obcego wcześniej czy później pada hasło: "nie znam nikogo, kto nauczył się angielskiego w szkole". To powoduje uśmiech na mojej twarzy, bo ja znam takie osoby, a ja jestem jedną z nich. Szkoła i tylko szkoła nauczyła mnie angielskiego i niemieckiego – nie biegle, nie super płynnie, ale na poziom mocne B2+. Nie oglądałam filmów/seriali, nie czytałam ksiązek w oryginale, nie miałam penpals, nie chodziłam na kurs ani na korki, nie robiłam tego wszystkiego, co powinnam była robić.

      Jestem tego przykladem – byłam na wymianie w liceum w USA, gdzie miałam 10h matematyki tygodniowo i 5h chemii +5h fizyki tygodniowo – w Polsce byłam w klasie ~ humanistycznej, a po powrocie ze Stanów dawałam korki m.in. z analizy matematycznej studentom politechniki.

      Najpierw podkreślasz, że szkoła i tylko szkoła nauczyła Cię angielskiego, że nie miałaś penpals, nie ogladałaś filmów itd. Potem wspominasz, że przez jakiś czas chodziłaś do szkoły w USA. Wygląda więc na to, że wciąż nie poznałem przypadku osoby, którą języka nauczyła szkoła (tj. lekcje angielskiego, nie lekcje chemii po angielsku)…

      1. Jezyka angielskiego nauczyłam się w Polsce, w polskiej najzwyklejszej podstawówce i gimnazjum – gdybym nie umiala sie posługiać nim na odpowiednio wysokim poziomie nie mogłabym brać udziału w programie wymiany – wymóg był angielski na poziomie B2/C1. Przeprowadzono ze mną kilka 30 -minutowych rozmów, do tego test gramatyczny oraz musiałam też napisać 4 wypracowania/eseje (tematy społeczno-ekonomiczne, coś z ekologią, dwa nt. literatury: pisałam o "Paragrafie 22" i o "Buszującym w zbożu"). Do USA wyjechalam z poziomem "słabe C1" (dobre wypracowania, świetna gramatyka, paraliż przez rozmową), a wróciłam z poziomem solidne C1. Przyznam, że tam wyćwiczylam słuchanie i podłapałam kolokwializmy czy wulgaryzmy (ale głownie dzięki oglądaniu MTV – w 2015 można zrobic to samo siedząc w Białej Podlaskiej, w Sanoku czy w Debreczynie). Immersja w jezyku angielskim była bardzo płytka, bo w sklepie szukałam opisu produktu po fr., filmy oglądałam z dubbingiem francuskim. Przez rok w USA nie nauczyłam się z angielskiego czegoś, czego nie mogłabym zrobić w Polsce mając np. korepetycje z native speakerem czy po prostu rozmawiając z Anglosasami.

        Poza tym przyjąłeś myślenie, że ja do Stanów pojechałam, aby uczyć sie angielskiego. Nie. Ja w USA uczyłam się po francusku. Lekcje miałam w języku Moliera. Byłam w International School z oddziałem Lycée français, które było liceum dwujęzycznym (wszystko od poczatku po francusku, tylko angielski był po angielsku). Uczniami byli głownie Francuzi, francuskojęzyczni Kanadyjczycy, paru ludzi z Maghrebu i dzieci z mieszanych związków Amerykanów i Francuzów. I kilka przypadków tj. ja 🙂 Nauczycielami byli rodowici Francuzi (niektórzy ledwo dukali po ang). W szkole, w codziennej komunikacji jęz. angielski prawie nie istniał.

        Nigdy nie miałam lekcji matmy, fizyki, biologii, chemii po angielsku. Penpalsów brak, filmów po angielsku nie oglądałam, bo długo nie miałam internetu.
        Mój poziom angielskiego to nadal okolice C1. Teraz kontakt z jezykiem jest spowodowany pracą w anglojęzycznym środowisku.
        Wymiana jednak pomogła mi w mówieniu po angielsku, bo zorientowałam sie, że ja naprawdę umiem mówić! I robię to naprawdę dobrze! Ja mówię, ludzie słuchają, rozumieją mnie i odpowiadają. Wiem, wiem…eureka 😉 Ale ja na lekcjach angielskiego w PL prawie w ogole się nie odzywałam. O swoim pobycie w USA wspomniałam w kontekście liczby godzin matematyki i innych przedmiotów ścisłych. Sama bym się nie zmobilizowała do aż takiego zgłębiania "Królowej nauk". W ciągu 1 roku przerobiłam materiał z 3-letniego polskiego LO z rozszerzoną matmą plus sporo więcej.

        Mogę śmiało stwierdzić: jezyka angielskiego nauczylam się w Polsce. Język angielski, którego teraz używam został nabyty podczas lekcji w publicznej, prowincjonalnej szkółce w Polsce. Gdybym nie wyjechała za ocean to byłabym mniej pewna siebie, gorzej debatowała po ang. nt. literatury anglosaskiej, a przede wszystkim nadal byłabym analfabetką we francuskim.

    3. Bez przesadyzmu z tym wciskaniem wszędzie angielszczyzny. Żyjemy w Polsce, nie w Szwecji czy innym kraju. I tak język angielski wylewa się z każdej strony. W radiu cała masa utworów anglojęzycznych. Na szyldach, w nazwach produktów itd. coraz więcej angielszczyzny, nawet tam gdzie nie ma to żadnego uzasadnienia, no może poza chęcią dodania sobie 10 punktów do lansu.
      I dlaczego za godny naśladowania przykład kraju o powszechnej znajomości angielskiego uważa się kraje, gdzie językiem państwowym jest inny język germański, co przecież znacznie ułatwia jego przyswajanie, a już na pewno rozumienie?

      1. Akurat zgadzam się, że angielskiego jest obecnie naprawdę dużo w Polsce. Tj. wspomniałaś – piosenki, szyldy, nazwy własne różnych produktów itp. Ja sie odniosłam właśnie do tego fragmentu napisanego przez autora Woofli "chociaż w niewielkim stopniu moglibyśmy zbliżyć się jeszcze bardziej do krajów Skandynawskich". Szwecja mocno wyrugowała szwedzki z radia czy tv. Dlatego, żeby dojśc do poziomu znajomości angielskiego w społeczeństwie polskim jak u nich trzeba by puszczać teleexpress po angielsku. To samo z Wiadomościami i Panoramą.

  5. Myślę, że z tą nauką w szkołach bywało po prostu bardzo różnie, bo po prostu rożny bywa poziom i różni nauczyciele. Druga kwestia jest taka, że w zależności od rocznika mieliśmy inny program, bo akurat wdrażano reformę edukacji. Ja jestem rocznikiem '88 i angielski wprowadzono mi w piątek klasie podstawówki. Największą bolączką tej edukacji było – jak zresztą w przypadku wielu innych przedmiotów – ciągłe zaczynanie od nowa. Jestem z małej miejscowości, więc poziom nie był wysoki, ale jednak jakiś był. A mimo to po dwóch latach w podstawówce, w gimnazjum miałam angielski od zera. W gimnazjum trafiła mi się niezła nauczycielka i nawet sporo z tego angielskiego wyniosłam, tylko po to, żeby w liceum zaczął prawie od zera. Poszłam do ponoć najlepszego liceum w moim mieście i na zaawansowany angielski, który okazał się książką do A2 przerabianą od połowy. Do tego nauczycielka była naprawdę kiepska, zamiast prowadzić lekcje opowiadała głupoty o swojej rodzinie, oczywiście po polsku. Ale mimo to angielski jakoś tam wszedł mi do głowy, zapewne przez filmy, artykuły w internecie i tym podobne rzeczy, przynajmniej na tyle, żebym spokojnie mogła zdać maturę rozszerzoną. Na porządny kurs językowy poszłam dopiero na studiach, a potem wylądowałam na studiach filologicznych. Moja historia nauki angielskiego to więc ciągłe zaczynanie od nowa albo z drugiej strony przeskakiwanie pewnych partii materiału. Tak naprawdę to chyba nigdy nie uczyłam się angielskiego na poziomie B w tradycyjny sposób, po prostu po A w szkole przeszłam od razu do C na studiach i te skutki tego nieusystematyzowania odczuwam do dziś. Mogę więc być przykładem, że ciężko angielskiego nauczyć się w szkole. Jednak z drugiej strony znam osoby, które chodziły do naprawdę dobrych liceów w dużych miastach i które języki miały na wysokim poziomie. Myślę, że to tylko dowód na to, iż równość w dostępie do edukacji to ułuda. My z miejscowości, w których psy szczekają tylnymi częściami ciała, mieliśmy po prostu mniejsze możliwości, sami byliśmy zbyt niedojrzali, żeby to zauważyć, a rodzice często też nie mieli pojęcia, że gdzieś może być lepiej.

  6. Myślę, że (przynajmniej) od końca lat dziewięćdziesiątych ciężko jest nie mieć żadnego kontaktu z angielskim. Ciężko więc już mówić o osobach, które mogły się nauczyć angielskiego tylko i wyłącznie w szkole.

    Ja jako '90 miałem niemiecki od drugiej klasy podstawówki + łacinę od 1 klasy liceum.
    "a rodzice często też nie mieli pojęcia, że gdzieś może być lepiej" – w ogóle problemem jest to, jak wielu ludzi nie ma zielonego pojęcia o nauce języków obcych.

  7. Dlaczego uczniowie w grupach mniej zaawansowanych otrzymują niższe wyniki na testach, egzaminach? Bo wmawia im się (może nie bezpośrednio), że nie mają umiejętności językowych, że nigdy nie nauczą się języka, że są głupsi od tych z grupy zaawansowanej. Jednym słowem zniechęca się ich do podjęcia nauki, aby wyrównać braki.

    Myślę, że największym minusem edukacji językowej w Polsce jest fakt, że nie naucza się języka, a jedynie podpowiada jak zdać egzamin. Cała moja nauka angielskiego w szkole polegała na ciągłym powtarzaniu tych samych zasad gramatycznych i pisaniu listów, zaproszeń, bo to pojawi się na egzaminie. Brakowało mi konwersacji. Było mnóstwo teorii a prawie żadnej praktyki. Ćwiczyliśmy zdanie warunkowe, mowę zależną, stronę bierną itd., ale nie wykorzystywaliśmy zdobytej wiedzy w rozmowie na jakieś prozaiczne tematy. Nawet przygotowując się do matury ustnej, opracowywaliśmy pisemnie zadania i na zajęciach jedna osoba była odpytywana z tego. Ale polegało to głównie na pamięciowym powiedzeniu tego, co wcześniej napisaliśmy. Miałam wielu nauczycieli angielskiego, ale żaden nie potrafił się wyrwać ze schematu i naprawdę nauczyć. Prawda jest taka, że gdyby nie dodatkowe zajęcia z angielskiego, na których nie było gramatyki, nie było pisania zaproszeń i ogłoszeń, a rozmowa, opowiadanie o codziennych czynnościach, dzisiaj nie potrafiłabym sklecić ani jednego zdania po angielsku.
    Idealnym przykładem na to, że szkoły nie potrafią uczyć języków obcych, jest moja przygoda z francuskim i hiszpańskim. Obu języków zaczęłam uczyć się w tym samym czasie. Z tym, że francuski miałam w szkole, hiszpańskiego uczyłam się w prywatnej szkole językowej. Godzinowo wychodziło to samo. Porównując, po francusku umiem się tylko przywitać i może odróżnić czas teraźniejszy od przeszłego, natomiast hiszpańskiego zdołałam się nauczyć w stopniu komunikatywnym. Francuskiego nie używaliśmy na lekcjach, tj. nie mówiliśmy po francusku. Po hiszpańsku za każdym razem przeprowadzaliśmy jakieś konwersacje. Proste bo proste, ale teraz przynajmniej nie boję się używać hiszpańskiego. Istotnym warunkiem przyswojenia nowego języka jest kontakt z nim, jak i wykorzystywanie go do rozmowy na tematy codzienne, bliskie nam. W szkołach tych rozmów o codzienności brakuje. Nikt nie nauczy się języka jeśli będzie rozmawiać o rzeczach, które go w żaden sposób nie dotyczą, jak np. odkrycia naukowe czy inne tego typu tematy. Wówczas język staje się jakiś odległym elementem, który nie ma nic wspólnego z moim życiem, więc później trudno go wykorzystać chociażby podczas zakupów w zagranicznym sklepie. Koniec. Kropka. 🙂

  8. Dlaczego uważasz że "nauczyć się języka" = "umieć rozmawiać"? Umiejętność mówienia nie jest jakimś szczególnym wyznacznikiem znajomości języka. Jeśli już, to umiejętności porozumiewania się. Zwłaszcza, że w przypadku konwersacji oko w oko braki językowe wyjątkowo łatwo da się uzupełnić intonacją, komunikacją niewerbalną, gestami.

    1. Rzeczywiście głównie skupiłam się na mówieniu, bo jest to dla mnie istotny aspekt, ale dla sprostowania, miałam na myśli wszystkie aktywności językowe. Dobrze to ujęłaś – porozumiewanie się. Głównie chodziło mi o to, że w szkołach uczymy się często języka abstrakcyjnego, z którym trudno nam się "zaprzyjaźnić", bo nie ma zbyt dużego związku z problematyką codzienności. Spójrzmy chociażby na to, jak nauczyliśmy się języka ojczystego. Czy ktoś nam robił wykłady o budowie zdania, o gramatyce języka, czy uczyliśmy się słówek wg dopasowania ich do konkretnej kategorii tj. najpierw nazwy warzyw, owoców, potem przyborów szkolnych itd.? Nauka ta była naturalna. Jedno wynikało z drugiego, z kontekstu. Wiem, że nie zawsze jest możliwym byśmy właśnie w taki naturalny sposób uczyli się języka obcego, ale dlaczego by chociaż nie spróbować?

  9. Miałam osobiście okazję "posmakować" nauki j. angielskiego w obcym dla mnie kulturowo i językowo kraju, mianowicie w Austrii. Wprawdzie trwało to tylko 2,5 roku i nawet nie załapałam się na zaliczenie naszego odpowiednika gimnazjum, ale nie mniej jednak zarówno początkowe zderzenie sie z odmiennym systemem edukacji jak i powrót do "naszego" systemu dają mi do dziś dużo do myślenia… Przede wszystkich na start miałam praktycznie tyle samo zajęć z języka niemieckiego jak i angielskiego. Pamiętam, że miałam o dwie godziny lekcyjne więcej j. angielskiego, niż matematyki.A jak te zajęcia wyglądały? Bardzo swobodnie. Przede wszystkim nacisk kładziono na rozmowę,od początku mówiono do nas po angielsku, ale w sposób raczej mało poważny, przez co było łatwiej się otworzyć. Moje ówczesne koleżanki dla zabawy często rozmawiały miedzy sobą po angielsku w sposób, który pozazdrościłby im niejeden polski student. Wyjeżdżając do Austrii w wieku 11 lat raczej słabo umiałam i niemiecki i angielski (takie kulawe a1-a2). Wracając do Polski przeżyłam kolejny szok, w jak brutalnie bezmyślny i monotonny sposób uczy sie polskie dzieci/nastolatków angielskiego. Zarówno w gimnazjum jak i liceum uczono mnie tylko… gramatyki(o zgrozo jak to było tłumaczone) i pustych słówek bez pokrycia. Gdy były ćwiczenia mowy, to w parach po cichutku, zeby nikt nie usłyszał… Coś takiego jak wyrażanie własnego zdania w ogóle nie istniało. Czerpanie satysfakcji z umiejętności posługiwania się obcym językiem była równie znana jak traktowanie równo uczniów, ale to oddzielna kwestia. Ja miałam łatwość, bo się tego nauczyłam w Austrii i w zasadzie juz nigdy wiecej nie uczyłam sie jezyków (no dobra przed maturą pare nocek przesiedziałam xD). Już nie wspomnę o zatrważająco niskim poziomie nauczania germanistów w moim liceum, którzy mieli tytuły doktorów!!!. Co z tego, że mieli wiedzę, skoro nie chciało im się jej przekazać. Paranoja. Na polskich studiach mam to samo. Lektoraty z języków to beczka śmiechu.
    Nie twierdzę w tym momencie, że ogólnie uczą lepiej w krajach niemieckojęzycznych. Nauki przyrodnicze są bardzo okrojone, bardzo słabo wypadałam po powrocie z matematyką. Ale, to mogło być równie dobrze spowodowane różnicą programową i po paru latach wyrównałabym poziom z polskimi uczniami. Jednak w kwestii językowej jesteśmy jeszcze daleko za murzynami, a przynajmniej placówki, w których sie uczyłam:D

  10. A ja akurat mogę pochwalić nasz system edykacji. Drugi język obcy mialem dopiero w liceum, i tak się składa, że przy dwõch godzinach tygodniowo z łatwością dobrneliśmy do a2 tj poziomu pozwalającemu na 1. Przeżycie w kraju hiszpañskojęzycznym i rozmowę na podstawowe tematy. 2. Z 23 osób w klasie maturę z hiszp zdawało chyba 15 osób. W porównaniu z np angielskim w gimnszjum gdzie nauczyciel zmieniał mi się co semestr (sic!) myślę, że nauczanie drugiego języka obcego jest bardziej przemyślane.

    Na studiach miałem jeden rok niemiecki. Byłem chyba jedyną osobą nie mającą wcześniej z niemieckim doczynienia i muszę przyznać bylo to dość stresujące… Ale dało się przeżyć

  11. Pierwsze slysze o rozszerzonych zajeciach w sp i gimnazjum. Sa tylko podzialy na grupy "gorsze" i "lepsze", a i tak robia to samo. Tylko teksty sie zmieniaja. Dodatkowe godziny sa od woli dyrektora albo w dwujezycznych. :C
    Poziom jezyko w polsce lezy. W oddziqlach dwujezycznych jeszcze jest w miare, ale normalne szkoly? Trzeba liczyx na szczescie.

  12. Ostatnio wróciłem do niemieckiego. W wypadku tego języka szkoła mi zaszkodziła. Opiszę krótko swoją historię, może kogoś zainteresuje, może ktoś miał podobnie.

    Poszedłem do liceum znając ten język na ok. B2. Był to chyba pierwszy język, który mnie sobą bardziej zainteresował na dłużej. Wcześniej, mając <10 lat zdarzało mi się nauczyć kilka słów np. hiszpańskich czy francuskich, ale to były bardzo efemeryczne, kilkudniowe zainteresowania.

    Nauczyciel stosował metody cenione przez większość grupy, ale nie przeze mnie. Dużo jakichś rozmów, mało czytania ciekawych tekstów czy refleksji nad gramatyką. Mnie to powoli odrzucało. Czego się nowego nauczyłem na lekcjach, to zaraz zapominałem. Poza szkołą coraz mniej czasu spędzałem nad niemieckim sam z siebie, przerzuciłem się na grekę i łacinę. Z liceum wyszedłem z gorszą znajomością niemieckiego niż przyszedłem. Lepiej byłoby czas spędzony na tych lekcjach spędzić na niemal dowolny inny sposób – mało co tak odbiera zainteresowanie. Można moralizować, że prawdziwa pasja oparłaby się kiepskim lekcjom itd. Sądzę jednak, że nie można wymagać tak heroicznej pilności.

    Ale takie odczucia miało może 10% uczniów. Większości te lekcje się podobały. Może nauczyciele skupiający się na tekstach i gramatyce są jeszcze gorsi? Lepiej chyba zniechęcić 10% niż 90%.

  13. Ostatnio wróciłem do niemieckiego. W wypadku tego języka szkoła mi zaszkodziła. Opiszę krótko swoją historię, może kogoś zainteresuje, może ktoś miał podobnie.

    Poszedłem do liceum znając ten język na ok. B2. Był to chyba pierwszy język, który mnie sobą bardziej zainteresował na dłużej. Wcześniej, mając <10 lat zdarzało mi się nauczyć kilka słów np. hiszpańskich czy francuskich, ale to były bardzo efemeryczne, kilkudniowe zainteresowania.

    Nauczyciel stosował metody cenione przez większość grupy, ale nie przeze mnie. Dużo jakichś rozmów, mało czytania ciekawych tekstów czy refleksji nad gramatyką. Mnie to powoli odrzucało. Czego się nowego nauczyłem na lekcjach, to zaraz zapominałem. Poza szkołą coraz mniej czasu spędzałem nad niemieckim sam z siebie, przerzuciłem się na grekę i łacinę. Z liceum wyszedłem z gorszą znajomością niemieckiego niż przyszedłem. Lepiej byłoby czas spędzony na tych lekcjach spędzić na niemal dowolny inny sposób – mało co tak odbiera zainteresowanie. Można moralizować, że prawdziwa pasja oparłaby się kiepskim lekcjom itd. Sądzę jednak, że nie można wymagać tak heroicznej pilności.

    Ale takie odczucia miało może 10% uczniów. Większości te lekcje się podobały. Może nauczyciele skupiający się na tekstach i gramatyce są jeszcze gorsi? Lepiej chyba zniechęcić 10% niż 90%.

    1. Galu, a nie było tak, że Cię w tamtym czasie zwyczajnie wciągnęły greka i łacina?

      W moim odczuciu ciężko jest się prawdziwie poświęcić choćby dwóm językom obcym jednocześnie. Gdy zafascynowany myślę o jednym języku, zwyczajnie ciężko mi myśleć o drugim. Wówczas najlepszym wyjściem może być nauka nowego języka z materiałów opublikowanych w języku, którego uczyliśmy się wcześniej. Dla przykładu mój okres zainteresowania keczua raczej nie odbił się zbyt negatywnie na moim hiszpańskim, ale to dzięki temu, keczua używa się w krajach zasadniczo hiszpańskojęzycznych. Wyobrażam sobie jednak, że praktyczne powiązanie starożytnej greki i łaciny ze współczesnym językiem niemieckim mogło być dla Ciebie sporo trudniejsze…, bo to inna epoka i inna część świata. Może w tym tkwił Twój problem?

      Dużo jakichś rozmów, mało czytania ciekawych tekstów czy refleksji nad gramatyką.

      Czuję to podobnie. Mnie też taki system by odrzucił. Z drugiej strony, szkolna nauka gramatyki mnie jakoś szczególnie nie wciągała, bo ile razy od podstawówki, przez gimnazjum, po liceum, można było wałkować konstrukcję tego samego czasu? Znałem dany czas od wielu lat, a w szkole wciąż kazano mi uzupełniać z nim idiotyczne luki w zdaniach. Co można wynieść ze szkoły?

      Ja w szkole najbardziej lubiłem te lekcje, ale te były tylko w liceum, gdy anglistka zadawała w grupach napisać krótki tekst na jakiś temat. Wówczas zazwyczaj mówiłem, że ja nie chcę pisać w grupie, tylko chcę pisać sam, po czym spokojnie sobie pisałem.

      Natomiast tym, czego w szkolnej nauce języka bardzo brakuje, to lektury. Na języku polskim uczeń w każdym roku musi przeczytać kilka lektur i podobnie powinno być na języku obcym, o ile ktokolwiek liczy na to, że uczeń ukończy szkołę ze znajomością języka obcego.

      1. Możliwe, że to zainteresowanie łaciną było pierwsze, nie zniechęcenie do niemieckiego. Tak czy inaczej lekcje przestały mi coś dawać. Bez sensu było siedzieć 5 * 45 minut w tygodniu na tym.

        W sumie mogłem spróbować zamówić niemieckojęzyczny podręcznik łaciny. Może tak by było lepiej. Nie pomyślałem o tym.

        Ja na niemiecki musiałem co tydzień uczyć się z 50 słów z nieinteresujących mnie tekstów. Na dodatek to było dziwnie zorganizowane. Zamiast dostać gotową listę słów z podręcznika, albo polskie tłumaczenie czytanki, to część lekcji traciliśmy na pytanie nauczyciela o nowe dla nas słowa. Byłoby dla nas efektywniej, gdyby nauczyciel w domu sam naszykował dla nas materiały. Potem te słowa były zbierane razem przez jednego z uczniów – taką robotę powinien robić nauczyciel, a nie przerzucać ją na uczniów.

        Jest czasem taka wiara, że ,,jak sam sprawdzisz w słowniku, to zapamiętasz". Ale proces myślowy to… proces myślowy, nie fizyczne ćwiczenie przekładania kartek. Lepiej dostać materiał już jakoś obrobiony i skupić się na uczeniu się, nie na przygotowywaniu materiału. Podobne poglądy, czytałem, prezentował w swoich artykułach na Woofli Michał Nowacki, np. https://woofla.pl/jak-z-glowa-wybierac-materialy-do-nauki-tak-aby-nie-meczyc-sie-bez-potrzeby/

        Szkolna nauka gramatyki, taka jaką pamiętam z angielskiego, rzeczywiście wiele nie daje. Ale po prostu lepiej dostać 5 za kartkówkę z dobrze znanego czasu niż 2 za 50 nowych, dziwnych, nieprzydatnych poza szkołą słów.

        Na niemieckim robiliśmy też nieco gramatyki, ale nauczyciel strasznie pokrętnie to tłumaczył i nic mi to nie dawało. Może tłumaczył nie tyle pokrętnie, co za mało – szybko przeskakiwaliśmy do jakichś ćwiczeń, które nie za bardzo wiedziałem jak rozwiązać.

        Z lekturami to jest złożony temat. Miałem kolegę, który angielskiego używał głównie do oglądania filmów na YouTube. Lepiej chyba by oglądał te filmy niż zmuszać do książek. Jeszcze by się zniechęcił i by nie robił ani jednego, ani drugiego. Ponadto pytanie, czy to miałaby być sztywna lista lektur. Takie sztywne listy są problematyczne – jednego nudzi większość pozycji, drugi się oburza że lektury promują niemiłe mu poglądy itd.

      2. Wiara nauczyciela, że samodzielne kartkowanie słownika wspomoże zapamiętywanie, faktycznie wydaje mi się być naiwna. Niemniej, osobiście jestem w dość przekonany, że sposób pozyskania słowa ma wpływ na jego późniejsze zapamiętywanie.

        Spędziłem wiele lat codziennie pracując z programem powtórkowym Anki, gdzie dodawałem wszystkie nowe dla mnie wyrazy. Było dla mnie dobrze widoczne, jak źródło, z którego pozyskałem dane słowo wpływało na to, czy wyraz pamiętam, czy też może kosztowało mnie dużo wysiłek się go nauczyć.

        Na karcie oprócz definicji z jednojęzycznego słownika zawsze umieszczałem oryginalne zdanie, w którym pierwotnie spotkałem wyraz. Jeśli wyraz wyrwałem z prawdziwej konwersacji, choćby internetowego chata, zapamiętywałem wyraz z ogromną łatwością. Prawdę powiedziawszy nie kojarzę, bym choć pojedynczy raz w życiu miał problem z zapamiętaniem w ten sposób zdobytego słowa.

        Jeśli wyraz pochodzi z filmu, piosenki, książki, lub innego tekstu, generalnie zapamiętuję go bardzo dobrze. Widząc wyraz na karcie często kojarzy mi się fragment książki, w którym go kiedyś spotkałem, albo słyszę w głowie melodię piosenki, w której go usłyszałem, albo przypomina mi się dialog na filmie, w którym go usłyszałem. W mojej autoocenie, raczej rzadko miewam problem z tym, by się nauczyć takiego wyrazu.

        Jeśli jednak -co rzadko mi się zdarza- wyraz pochodził z preparowanego źródła, typu żywcem ze słownika, nauczenie się tego wyrazu było dla mnie udręką. Nawet jeśli po sporym wysiłku w końcu już pamiętam, co znaczy wyraz z karty i tak często nie ma mowy o tym, by mógł go aktywnie użyć (i przykłady zdań ze słownika bardzo nie pomagają).

        Także spotkanie się z wyrazem w realu (czy to we własnej rozmowie, czy to np. w książce lub na filmie), a spotkanie się z nim na liście słów w słowniku lub podręczniku, robi da mnie różnicę. Nie sądzę, by mózgi innych osób bardzo się różniły od mojego mózgu. Moim zdaniem pod względem pamięciowym preparowane materiały są najgorszym możliwym źródłem do nauki słownictwa.

        Osobiste doświadczenie danej rzeczy pozwala na znacznie lepszą jej naukę niż teoretyczne czytanie o tej rzecz. Obsługując jakieś urządzenie przez 10 minut o wiele trwalej zapamiętam sposób jego obsługi niż czytając przez godzinę instrukcję obsługi urządzenia nie widząc go nawet na oczy. Podręczniki to właśnie takie instrukcje obsługi języka.

        Inna sprawa, że nauczyciele mogą tę prawdę rozumieć w naiwny i głupi sposób i wyobrazić sobie np., że to proces kartkowania słownika niby w czymś pomaga. Tak oczywiście nie jest.

      3. Też myślę, że sztywne listy lektur są problematyczne. Przesycone dziwną ideologią starocie, jakie pamiętam z lekcji języka polskiego, na parę ładnych lat zraziły mnie do literatury w ogóle. Wróciłem cokolwiek czytać dzięki językowi hiszpańskiemu i dopiero wówczas odkryłem, że istnieje np. literatura wojenna, która nie jest ksenofobiczna lub np. literatura miłosna, która nie jest moralizatorska.

        W pewnym stopniu jednak łatwo problem rozwiązać – można np. udostępnić uczniom 30 lektur zróżnicowanych tematycznie i pozwolić każdemu samodzielnie wybrać 3 spośród tej listy. Jeśli uczeń ma własną propozycję spoza tej listy, nauczyciel naturalnie też mógłby ją rozważyć – najważniejsze jest by uczeń w ogóle w języku obcym czytał, a co konkretnie czyta, to już kwestia indywidualna.

  14. O wierze w pożytki z kartkowania słownika wspomniałem bardziej w ogólnym tekście. Ten nauczyciel robił raczej nieco inaczej. Zamiast przed lekcją opracować tłumaczenia co trudniejszych słów, to na lekcji na bieżąco go pytaliśmy, a on odpowiadał. To lepsze niż kartkowanie słownika, ale nadal nieefektywne.

    U mnie z zapamiętywaniem jest inaczej. Oba typy źródeł – preparowane i niepreparowane – dają u mnie zbliżoną skuteczność zapamiętywania. Gotowe listy słów to skrajny przykład; i na mnie niezbyt działają. Za to gotowe zestawy fiszek już są w moim wypadku skuteczne. To raczej kwestie zależna od człowieka, chyba nie ma uniwersalnego sposobu. Szkoda, że system każdemu narzuca jedną metodę.

    Co do lektur, to lista książek do wyboru wydaje się lepszą pozycją. Czasem na różnych konkursach czy egzaminach jest taki system i raczej dobrze to tam funkcjonuje.

    1. @Gal

      U mnie z zapamiętywaniem jest inaczej. Oba typy źródeł – preparowane i niepreparowane – dają u mnie zbliżoną skuteczność zapamiętywania.

      Będę dociekliwy – w jaki sposób to sprawdziłeś?

      Wszystkie słowa umieszczam w jednym programie powtórkowym, a każde z zamieszczonych w nim słów ma zaznaczone źródło pochodzenia. Algorytm zaplanowany czas wyświetlenia karty ustala w oparciu o to, na ile trudna była dla mnie ta karta w poszczególnych jej wyświetleniach w przeszłości. Nie sądzę, by moje odczucia z komentarza wyżej były subiektywne, gdyż stoi za nim naprawdę wieloletni okres obserwacji w oparciu o algorytm matematyczny.

      Czy Twój mózg Galu różni się tak znacząco od mojego? Łatwiej mi uwierzyć, że (a) albo uczysz się tych słów jakąś inną metodą niż ja, albo (b) nie pomierzyłeś tego.

      Gdzie tkwi różnica? W jaki sposób uczysz się słów? W jaki sposób je powtarzasz?

  15. To jest, szczerze mówiąc, luźne subiektywne wrażenie. Może dokładny pomiar pokazałby jakąś różnicę.

    Powtarzam raczej za pomocą papierowych fiszek. Raczej wolę papierowe od Anki itd. Zwykle robię dwujęzyczne z polskiego na niepolski. Czasem pojedyncze słowo, czasem zdanie lub fragment zdania. Eksperymentowałem z różnymi rozkładami powtórek. Zasadniczo bazowałem na systemach pudełek z przegródkami i powtórką, gdy przegroda się zapełni. Przez to powtórki były częstsze, gdy fiszek było więcej; Anki chyba patrzy tylko na pojedynczą kartę, nie ma czegoś w rodzaju ,,dziś dodał aż 70 kart, więc w najbliższych trzech dniach będzie 20% więcej powtarzania".

    Oprócz tego, na niższych poziomach, stosowałem metodę z tłumaczeniem roboczym opisaną na Woofli przez Michała Nowackiego. Ale ją tak gdzieś do ~B1 w wypadku łaciny stosowałem najdalej. Nie wiem jak by działała na ~C1.

    1. @Gal

      Powtarzam raczej za pomocą papierowych fiszek. Raczej wolę papierowe od Anki itd. (…) Eksperymentowałem z różnymi rozkładami powtórek. Zasadniczo bazowałem na systemach pudełek z przegródkami i powtórką, gdy przegroda się zapełni.

      Oprócz tego, na niższych poziomach, stosowałem metodę z tłumaczeniem roboczym opisaną na Woofli przez Michała Nowackiego. Ale ją tak gdzieś do ~B1 w wypadku łaciny stosowałem najdalej. Nie wiem jak by działała na ~C1.

      No dobrze, zastanówmy się, jakby wyglądały te metody na poziomie C1 lub wyższym…

      Ja osobiście najdłużej stosowałem (i wciąż stosuję) Anki pracując na słowach hiszpańskich. Pomimo, że codziennie usuwam z mojej talii te słowa, których się już dobrze nauczyłem, moja talia hiszpańska w tej chwili liczy 6502 karty z ostatnich 7,5 lat. Tę talię utworzyłem po 4,5 latach nauki, będąc wówczas na poziomie C1 (wcześniej też miałem kilka mniej udanych podejść do Anki, ale nie posiadam już tych dawnych talii).

      Zmierzam do tego, że liczba słów jest duża. Ciężko mi sobie wyobrazić, że zrobię np. 10 000 papierowych karteczek i będę je ręcznie przekładać przez najbliższe lata, utrzymując porządek, że w przyszłą środę mam powtórzyć słowo, którego uczyłem się 5 lat i 10 dni temu. Używanie papierowych fiszek i zeszytowych metod z odnotowywaniem dat w tabelkach mi osobiście wydaje się na zaawansowanym poziomie nauki raczej nierealistyczne…

      Obecnie myślę, że na poziomie początkujących to również jest dziwne dodawanie sobie pracy (pisanie, pilnowanie, itd.), podczas gdy program komputerowy może to za nasz wszystko wyliczyć według konfigurowalnych algorytmów i pilnować całego systemu powtórkowego. Programy dają się łatwo konfigurować wedle indywidualnych potrzeb i upodobań. Także… Ja tam wszystkich namawiam dać szansę Anki. 🙂

      Anki chyba patrzy tylko na pojedynczą kartę, nie ma czegoś w rodzaju ,,dziś dodał aż 70 kart, więc w najbliższych trzech dniach będzie 20% więcej powtarzania".

      Nie do końca zrozumiałem, co masz na myśli, ale jeśli dzisiaj dodasz do Anki aż 70 nowych kart, a zwykle dodajesz dajmy na to tylko 10 kart dziennie, to w najbliższych kilku dniach zdecydowanie będziesz więcej powtarzania niż zazwyczaj… W Anki wiele rzeczy można też skonfigurować, jak np. limit ilości nowych kart dziennie.

      1. Żeby sprecyzować – z fiszek korzystałem i na wyższych poziomach niż B1. To z metody Nowackiego korzystałem max. do B1.

        Próbowałem kiedyś korzystać z ANKI, ale dla mnie to było jakieś dziwne i niezręczne. Lepiej się czułem z papierowymi kartami. To kwestia subiektywnego odczucia, trudno chyba to rozwinąć.

        Utrzymanie porządku przy > 10 000 papierowych fiszkach jest trudne, ale się da. W urzędach mają olbrzymie ilości papierów i jakoś dają z nimi radę.

        Na początku stosuję coś w stylu
        https://blog.fiszki.pl/metoda/memobox-jak-skutecznie-sie-uczyc/
        Do gotowych fiszek wydawnictwa Cztery Głowy są takie gotowe pudełka dołączane, ale moim zdaniem mają dość kiepskie wymiary przegródek. Lepiej dla mnie jak z 3 pierwsze przegrody są węższe – w porównaniu z tym gotowcem – a kolejne szersze. Coś w stylu 1cm-1cm-2cm-7cm-10cm-14cm. Dalej nie ma chyba sensu tworzyć kolejnych sporek przegródek, a raczej pakować fiszki w większe pudełka typu ,,fiszki z wiosny 2020" i je powtarzać nie stopniowo, codziennie nieco, a raczej w jednorazowych większych sesjach ,,dzisiaj powtórzmy materiał z jesieni zeszłego roku, co zajmie 2 dni po 4 godziny". ANKI raczej powoduje, że każdego dnia jest mniej-więcej tyle samo materiału.

        Póki stosuję przegródki to robię tak, że powtórkę jakby rozpoczyna dodanie nowych fiszek do pełnej pierwszej przegrody Przegroda jest pełna, a chcę do niej dodać np. 20 fiszek – muszę więc wyciągnąć z jej tyłu ~20 starszych fiszek, powtórzyć, po powtórzeniu przełożyć do drugiej Jeśli druga jest pełna, to wyciągam z jej tyłu mniej-więcej tyle ile wsadziłem i kładę do trzeciej. Nie liczę dokładnie, tylko wyciągam na oko tyle, by było dość miejsca na nowe. Gdy trzecia jest pełna, to z niej muszę nieco przełożyć do czwartej itd. Tym sposobem włożenie nowych fiszek do pierwszej przegrody – i tylko to – wymusza powtórkę materiału z dalszych przegród. Jeśli nic nie dodam, to niczego nie powtórzę. Jeśli dodam 30 fiszek, to powtórzę ~30 z drugiej komory, ~30 z trzeciej itd. Może to te ścisłe sprężenie nauki nowego i powtarzania starego sprawiło, że dawałem radę zapamiętywać np, słowa z gotowych zestawów fiszek?

        Pewien wyjątek był gdy np. skończyłem podręcznik łaciny i chciałem sobie nieco odpocząć od nowego materiału, ale nie zapomnieć starego. Wtedy jakby wymuszałem powtórki i bez dodawania nowych fiszek wyciągałem nieco z pierwszej przegródki, powtarzałem, wkładałem do drugiej. Potem, gdy pierwsza się opróżniła, to wyciągałem kolejne z drugiej, dalej z trzecie itd. aż się ciąg przegródek opróżnił. Zgromadziłem ~2200 fiszek, które przeszły przez wszystkie przegrody. Zapakowałem je razem i chyba dopiero po kilku miesiącach zrobiłem kolejną ich powtórkę. Gdybym stosował Anki, to niebyłoby takiej przerwy i po niej krótkiego intensywnego większego powtarzania, a raczej codziennie dostawałbym niewielką liczbę kart.

        Zwykle też robiłem tak, że po zrobieniu fiszek nie wkładałem ich od razu do pudełka, a kładłem przed pudełkiem i następnego dnia najpierw powtarzałem, a potem te, które pamiętałem, wkładałem do pierwszej komory. Tym sposobem pierwsza powtórka była nazajutrz, a kolejne były tym szybciej, im szybciej opanowywałem nowy materiał.

        Tak samo jak zapomniałem słowa, to wracało nie tyle do pierwszej komory, co do ,,zerowego" stosu przed przegródkami, tak że pierwsza powtórka była nazajutrz, a nie w czasie zależnym od dodawania nowych kart.

        Może powinieniem dać Anki kolejną szansę. Dawno zeń nie korzystałem.

      2. @Gal

        Odpiszę krótko, bo wychodzę. Oczywiście to kwestia tego, co kto lubi. Myślę jednak, że komputery ZNACZNIE ułatwiają pracę.

        ANKI raczej powoduje, że każdego dnia jest mniej-więcej tyle samo materiału.

        Owszem. Wydaje mi się też, że to właśnie dobrze. Oczywiście jeśli jednego dnia nie będziesz pracować z Anki, to dnia następnego słowa będą zakumulowane i będzie ich więcej.

        Tym sposobem włożenie nowych fiszek do pierwszej przegrody – i tylko to – wymusza powtórkę materiału z dalszych przegród. Jeśli nic nie dodam, to niczego nie powtórzę.

        To chyba źle? Nie każdego dnia dodam jakieś słowa (dziś mogę przecież nie spotkać ani jednego obcego mi słowa w książkach, filmach, itd.), ale każdego dnia chciałbym powtórzyć dawne słowa, by je utrwalić.

        Jeśli dodam 30 fiszek, to powtórzę ~30 z drugiej komory, ~30 z trzeciej itd. Może to te ścisłe sprężenie nauki nowego i powtarzania starego sprawiło, że dawałem radę zapamiętywać np, słowa z gotowych zestawów fiszek?

        W Anki w trakcie powtórki nowe karty są wymieszane ze starymi kartami. Zresztą wszystko jest konfigurowalne w ustawieniach programu. Możesz np. widzieć stare i nowe karty losowo wymieszane ze sobą (ustawienie domyślne), lub też widzieć nowe karty przed starymi lub za starymi kartami powtórkowymi. Nowe katy możesz wyświetlać wedle kolejności dodania lub w kolejności losowej – to i inne rzeczy się konfigurują.

      3. Wydaje mi się, że moja preferencja do papierowych fiszek może mieć 2 przyczyny. Po pierwsze, sukces jest bardziej namacalny. Widać jak karty przechodzą z jednej przegrody do drugiej. Po drugie, chyba sztywne narzucanie powtórek przez Anki jest dla mnie zbyt stresujące i denerwujące. Owo kumulowanie się słów ma w sobie coś niepokojącego. Sympatyczniejsze jest zawsze podobne pudełko, a nie licznik pozostałych słów, raz niski, raz wysoki. Może komputer ułatwia pracę, ale papier ułatwia mi motywację.

        Jak nie dodam nowego słowa, to system małego stosu przed pudełkiem sprawi, że i tak pierwsza powtórka się odbędzie. Kolejna może odbędzie się dzień później – sądzę jednak, że tego typu wahania nie są zbyt istotne. Zamiast po 8 dniach, powtórka będzie po 9 – małe znaczenie. Jednodniowy odstęp to problem chyba tylko na wczesnym etapie, ale wtedy mam nań sposób.

        W systemie pudełek mam pewne mieszanie, ale jest ono bardziej stopniowe. Gdy wyciągam fiszki z przegródki 1 by przełożyć do 2, to przed przejrzeniem je tasuję. Dalej tasuję fiszki wychodzące z 2 przegródki przed przełożeniem do przegródki 3 itd.

        Załóżmy, że codziennie dodaję n fiszek, a pojemność każdej przegródki jest podzielna przez n; gdy do jednej dodam n, to wyciągnę n. W tym wypadku fiszki byłyby podzielone na grupy o liczebności n. Ale tak nie jest. Czasem dodam 5, czasem 15. Gdy dodają 15, to nie odliczam że muszę wyciągnąć dokładnie 15, ale robię na oko, może wezmę 16 czy 17. Tym sposobem mamy stopniowe mieszanie się. Fiszka z przegrody n była mieszana z innymi n-1 razy.

        Nie ma zupełnego pomieszania ,,najpierw wczorajsza, potem sprzed roku, potem znów wczorajsza", jest mniejsze zmieszanie ,,najpierw sprzed 11 dni, potem sprzed 13, potem sprzed 12".

      4. Galu,

        Ja myślę, że zwyczajnie lubisz swoje fiszki. Suche argumenty za użyciem komputera (jak nie Anki to innego podobnego programu) przeważą.

        Odnośnie namacalności efektów, Anki generuje złożone statystyki i możesz się do woli wpatrywać w różne wykresy i się motywować. Możesz dla przykładu zobaczyć ile nowych słów dodałeś w jakimś okresie, ile czasu spędziłeś na powtórkach starych słówek, ile na nauce nowych, ile powtórek zrobiłeś, oraz inne rzeczy. Możesz się łatwo motywować np. liczbą dodanych do programu słów, jeśli zobaczysz, że w tym miesiącu dodałeś ich mniej niż w poprzednim, co Cię zachęci do wzmożonej pracy.

        Te statystyki wiele mówią o procesie nauki. Przykładowo z moich statysk wynika, że najlepiej pamiętam słowa o godzinie 10 rano, podczas gdy najgorszą pamięć do słów mam o godzinie 1 w nocy… To zostało zarejestowane w programie w postaci liczb w oparciu o wiele lat obserwacji mojego umysłu. Co na to metoda pudełkowa…? Informacje o porcesie nauki, które dostarcza Anki (i zapewne inne podobne programy komputerowe) są bezcenne. Poznasz lepiej swój umysł i udoskonalisz metody nauki.

      5. Może i suche argumenty za komputerem przeważają, ale człowiek ma jednak pewne emocje i jeśli papier wzbudza pozytywne emocje, to może jednak papier jest lepszy.

        To z zależnością przypominania sobie od godziny jest ciekawe. Kolejny argument by spróbować powrotu do Anki. Pytanie czy ostatecznie sympatia do papieru nie przeważy. Ale spróbować można.

      6. Główna rzecz, która jak dla mnie deklasuje metody papierowe na rzecz Anki, to możliwość dodawania multimediów, przede wszystkim audio. Większość moich kart ma dołączone nagrania z wymową (ze słowników, forvo, czasem też nagrywam sam z seriali czy youtube, Anki ma pluginy pozwalające to w miarę sprawnie zautomatyzować). Od jakiegoś czasu zacząłem też tworzyć fiszki do słownictwa biernego, które na przodzie karty mają samo nagranie, bez żadnego tekstu – i sprawdza się to dość dobrze, mam wrażenie, że oprócz samego zapamiętywania ma też wpływ na umiejętność rozumienia ze słuchu.

        Możliwość dodawania zdjęć też jest dla mnie bardzo przydatna (w Anki robi się to błyskawicznie, klik i kopiuj na zdjęciu z google, a potem ctrl+v w Anki). Przy nauce przedmiotów, roślin, zwierząt, etc. dodaję zdjęcie i znacznie lepiej w ten sposób zapamiętuję niż patrząc tylko na suchy tekst. Obrazki teoretycznie można dodawać też do fiszek papierowych, tyle że w Anki dodanie ładnego zdjęcia to kwestia sekund. Przy tworzeniu tysięcy kart czas ma olbrzymie znaczenie.

      7. Ostatnio korzystałem z Anki z rok temu przy nauce nie języków, a oznaczania gatunków ptaków (no, w pewnym sensie była to nauka łaciny). Możliwość wstawiania zdjęć była tu konieczna.

        Poza przypadkiem oznaczania organizmów to potrzebowałem nie tyle zdjęć, co raczej formatowania tekstu. Zmiana wielkości tekstu, koloru, ustawienie koloru tła – te rzeczy chyba prościej mi robić na papierze niż na komputerze.

  16. https://blog.fiszki.pl/metoda/memobox-jak-skutecznie-sie-uczyc/

    Teraz zauważyłem komentarze pod zalinkowanym wpisem. Carolina Szczęśniak pisze:

    ,,Korzystanie z gotowego pudełka na fiszki to duża wygoda, ale MEMOBOX nie jest zgodny z tym, co przekazywał Leitner. Pierwsze przegródki są za szerokie, a proporcje między poszczególnymi nie są odpowiednio zachowane."

    Na to odpowiedź wydawnictwa:

    ,,Nasz MEMOBOX to kompromis między założeniami Leitnera i technicznymi możliwościami drukarni. Rzeczywiście proporcje przegródek nie są identyczne z tymi, które S. Leitner podaje w książce "Naucz się uczyć". Jednym z powodów jest to, że zgodnie z założeniami Leitnera nasz MEMOBOX musiałby mieć aż 30 cm długości – a my musieliśmy się ograniczyć do 24 cm. W "maszynce do nauki" Leitnera sama ostatnia przegródka ma aż 14 cm długości! We wspomnianym poradniku znajduje się instrukcja, jak wykonać pudełko do nauki według założeń Leitnera samodzielnie. Może zainteresuje Panią takie rozwiązanie: https://www.fiszki.pl/jezyk… Pozdrawiamy serdecznie!"

    Szczerze mówiąc to i łączna długość 30cm to wcale nie jest tak dużo. Podane przeze mnie przykładowe długości sumują się do 35 cm. Ale to też zależy od grubości papieru. Choć w tym gotowcu chyba najgorsze jest rozdęcie pierwszych przegródek, co mocno hamuje tempo powtórek w początkowym etapie.

    Nie dziwi mnie że wielu woli algorytm ANKI niż samemu zastanawiać się nad długościami przegródek xD

  17. @YPP,
    Przez 4,5 roku osiągnąłeś poziom c1?
    Ucząc się 3h dziennie można przecież to osiągnąć w rok. Tak wynika z moich obliczeń. Chyba że nauka od A1 do początku C1 wynosi tysiąc godzin, ale od c1 do c2 9 tysięcy godzin.

  18. Kiedyś dawno temu sam wymyśliłem coś w rodzaju fiszek papierowych, a że nie było nic podobnego ani na rynku, ani nawet jako idea w książkach czy internecie, nazwałem to kartami językowymi. Były to własnoręczne rysunki wykonane mazakami fluorescencyjnymi na twardym papierze przedstawiające rzeczowniki konkretne z napisami w dziewięciu językach na odwrocie. Moja metoda dość znacząco różniła się od tej dziś powszechnej – po opanowaniu słów w danym języku rzucałem karty obrazkiem do gòry z, prędkością około ćwierć sekundy, I w tym czasie musiałem wyartykułować dane słowo. Miało to na celu całkowite wyeliminowanie myślenia I kojarzenia z językiem ojczystym, wyrobienie automatycznej reakcji mózgowej "obraz obiektu – słowo w danym języku". Wbrew pozorom rzeczowniki konkretne to dość ważna grupa słów, a ich znajomość bardzo zwiększa płynność I precyzję wypowiedzi. Po jakimś czasie zacząłem robić fiszki z bardzo kròtkimi zdaniami, ale to już dla oddzielnych języków I z polskim zdaniem kluczem. Musiaľem zerknąć na polskie zdanie, momentalnie wychwycić ideę I natychmiast wypowiedzieć zdanie w języku obcym wykute na pamięć. Moja metoda, w przeciwieństwie do tej dziś popularnej, przypomina teleturniej "jeden z dziesięciu" a nie "milionerzy" z nieograniczonym czasem na odpowiedź, co jest przeciwieństwem automatyzmu I zamiast pomagać szkodzi.

    1. Ja osobiście to widzę trochę inaczej. Powtarzając słowa z Anki się nie egzaminuję na czas, a uczę. Jeśli potrzebuję powiedzmy aż 10 sekund, aby sobie przypomnieć znaczenie jakiegoś słowa, to ten 10-sekundowy wysiłek włożony w jego przypomnienie też ma sens w nauce, bo mój mózg pracuje i odtwarza.

      Każdą kartę oceniam bardzo indywidualnie, ale ogólnie rzecz biorąc przyjmuję, że:

      – Jeśli nie pamiętam znaczenia słowa lub je pamiętam bardzo mętnie lub po długim namyśle, klikam "Otra vez" [tzn. jeszcze raz].

      – Jeśli w teorii pamiętam znaczenie słowa, ale nie czuję, by w aktywnym użyciu mogło mi się nasunąć na myśl takie słowo, klikam "Difícil" [tzn. trudne].

      – Jeśli pamiętam znacznie słowa i sądzę, że mogę go użyć, klikam "Bien" [tzn. dobrze].

      – Jeśli wyraz wydaje mi się bardzo prosty i wiem, że używam go aktywnie, ale jeszcze wolę nie usuwać go z talii, klikam "Fácil" [tzn. łatwe].

      Czas jak najbardziej ma znaczenie, bo jeśli na przypomnienie sobie znaczenia słowa potrzebuję sekund zamiast centysekund, oczywiście nie kliknę, że jest łatwy.

    2. @Night Hunter: W Anki można ustawić limit czasu na odpowiedź i powyżej tego automatycznie oznaczy odpowiedź jako błędną (nie wiem czy tak da się fabrycznie, ale na pewno są do tego pluginy). Sam stosuję metodologię zbliżoną do YPP, jeśli przypominam sobie słowo, ale trwa to zbyt długo żebym mógł użyć go komfortowo w rozmowie, to i tak klikam "znowu".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ