Mój zestaw samouka

Nie powiem nic oryginalnego, jeśli stwierdzę, że dobry podręcznik to nieoceniona pomoc w nauce języka obcego. Praca z podręcznikiem ukierunkowuje, organizuje, a przede wszystkim – optymalizuje proces nauki. Jestem przekonana, że gdybym nie odnalazła „swojego" zestawu, przyswajałabym wiedzę znacznie wolniej. Oczywiście nie istnieje coś takiego jak wszystkomający podręcznik idealny – przekonałam się o tym już na początkowym etapie moich poszukiwań. Ostatecznie, metodą prób i błędów, odkryłam dwa podręczniki, które służą lub służyły mi jako podstawa codziennej pracy i dwa dodatkowe, które pomagają mi awaryjnie w przypadku różnych specyficznych problemów językowych. Zanim przedstawię Wam mój zestaw, podkreślę jeszcze, że nie uważam go za jakiś wzorcowy model, odpowiedni dla każdego, kto chce się uczyć hiszpańskiego. Jeśli jesteście akurat osobami poszukującymi materiałów do nauki, potraktujcie go po prostu jako propozycję i ewentualne źródło inspiracji. Istnieją wprawdzie podręczniki lepsze i gorsze, ale po odsianiu tych drugich wciąż pozostaje szeroka pula do wyboru, opartego na indywidualnych preferencjach każdego z nas… Teraz już mogę ze spokojnym sumieniem przedstawić moje ulubione tytuły wraz z krótszymi lub dłuższymi opisami.

aula11. Aula Internacional. To mój podręcznik podstawowy, wokół którego buduję cały proces nauki. Dużym jego plusem i powodem, dla którego wybrałam akurat tę serię, jest bardzo sensowna organizacja treści, zarówno wewnątrz rozdziałów, jak i pomiędzy nimi. Aula jest dla mnie czymś w rodzaju rozkładu jazdy – kolejnych zagadnień uczę się zgodnie z kolejnością rozdziałów. Oczywiście zdarza się, i to nierzadko, że czytam o czymś, co jest mi już dość dobrze znane, bo nabyte drogą serialową (z takim np. infinitivo compuesto czy imperfecto de subjuntivo mniej-więcej potrafiłam się obchodzić na długo przed tym, zanim zostały mi „oficjalnie" przedstawione pod swoimi nazwami), ale nawet wtedy dużą wartość ma dla mnie uporządkowanie i uzupełnienie chaotycznej i szczątkowej wiedzy.

Jak wygląda typowy rozdział tego podręcznika? Zaczyna się od dwóch dłuższych tekstów, w których możemy zobaczyć „w akcji" nowe zagadnienia będące bohaterami rozdziału. Następna strona to króciutkie teksty gdzie owe nowe zagadnienia są zebrane do kupy i wytłuszczone, a pod nimi szczątkowe ćwiczenia. Dalej – mamy najważniejszą stronę rozdziału, która krok po kroku pokazuje budowę i wyjaśnia zastosowanie każdej nowej konstrukcji. Kolejne dwie strony to, moim zdaniem, najsłabszy punkt Auli, zwłaszcza z punktu widzenia samouka: obrazki, ćwiczenia do słuchanek, ćwiczenia do pracy w grupie. Jeśli chodzi o słuchanki, zrobiłam eksperyment i przez cały okres korzystania z 3. części Auli, grzecznie włączałam discmana i słuchałam. Cóż, nie polecam. Lepiej wejść na  youtube, gdzie znajdziecie mnóstwo ciekawych filmów krótkometrażowych robionych przez Hiszpanów. Albo obejrzeć meksykański serial. Z tych źródeł nauczyłam się bez porównania więcej niż z irytujących nagrań z płyty dołączonej do podręcznika.

(Ciekawostka: w jednej ze słuchanek miały wypowiadać się osoby z trzech różnych krajów: Kolumbii, Argentyny i Kuby. I… nie wiem, może to moja paranoja, może niedostatki wiedzy, ale brzmiało mi to tak, jakby jacyś Hiszpanie udawali kolejno Kolumbijczyka, Argentyńczyka i Kubańczyka).

Wróćmy jednak do zawartości podręcznika. Część z ćwiczeniami do pracy w grupie oceniłam jako najsłabszą, ale podkreślę, że ogólnie uważam Aulę za podręcznik bardzo dobry. W związku z tym nie zdziwicie się pewnie, kiedy powiem, że wielokrotnie i te ćwiczenia były dla mnie czymś pożytecznym i inspirującym. Pomyślcie tylko, na ile możecie sobie pozwolić, kiedy piszecie sami dla siebie, wynajdując np. co byście zrobili na miejscu Any, która chce wyjechać na stałe do Australii, ale się waha, bo ma chłopaka, który kilka razy dziennie obsypuje ją balonami, serduszkami i miłosnymi liścikami – i nie chce tego stracić… Możecie być aspołeczni, niepoprawni, niecenzuralni, absurdalni. Umysł ludzki wyjątkowo dobrze zapamiętuje takie treści.

Ostatnia strona rozdziału to znowu tekst – zazwyczaj o różnych aspektach życia w Hiszpanii. Pierwsze trzy części Auli (A1 – B1) zawierają dwanaście rozdziałów. Czwarta i ostatnia część (B2) – dziesięć, ale za to dłuższych, bo każdy ich element jest bardziej rozbudowany. Poza tym, wszystkie części mają coś, co można by było nazwać dodatkami, gdyby nie to, że zajmują połowę objętości podręcznika. Pierwszy dodatek to kompendium gramatyczne, drugi dodatek to ćwiczenia, a trzeci, mój ulubiony, to zestaw autentycznych tekstów z różnych źródeł (artykuły z czasopism, fragmenty książek) na przeróżne tematy związane z kulturą Hiszpanii i Ameryki Łacińskiej.

Czym ujęła mnie Aula? Poza wspomnianą już sensowną kolejnością prezentowanych zagadnień, będą to: przystępny sposób wyjaśniania nowych treści, przyjemna szata graficzna, subtelny humor i całkiem interesujące teksty. Owszem, czasem trzeba zacisnąć zęby i przeczytać historię tankowca, z którego wyciekała ropa, ale czego się nie robi dla własnego rozwoju językowego. Z drugiej strony, to właśnie dzięki Auli zapoznałam się z rewelacyjnym opowiadaniem Octavio Paza „El ramo azul" (pod hiszpańskim tekstem jest jego angielskie tłumaczenie, polecam wszystkim, naprawdę warto!).

Jak każdy podręcznik, Aula też ma swoje wady. Niestety, należy z całym dobrodziejstwem inwentarza przyjąć fakt, że została ona zaprojektowana z myślą o nauce w grupie pod okiem nauczyciela. Do ćwiczeń nie ma klucza, znaczenia idiomów trzeba szukać w sieci. W niektórych miejscach obrazki przeważają nad treścią, ale nie jest pod tym względem aż tak źle, jak moglibyście sobie wyobrażać. Jako że książka jest w całości po hiszpańsku, nie polecałabym jej do samodzielnej nauki od podstaw. Ale już od momentu, kiedy jest się w stanie zrozumieć polecenia – jak najbardziej.

gramatica A1-B22. Gramática de uso del español. Teoría y práctica. Uczyliście się kiedyś gramatyki angielskiego z podręczników Murphy'ego? Podobało Wam się? Jeśli odpowiedzieliście „tak" na oba pytania, to mam dla Was dobrą wiadomość: istnieje hiszpańskojęzyczny odpowiednik Murphy'ego. Układ treści jest ten sam: jedna strona to objaśnienia gramatyczne, a druga – to ćwiczenia (próbka ze strony wydawnictwa). Całość zawiera 126 zorganizowanych w ten sposób krótkich rozdziałów. Uważam, że książka w niczym nie ustępuje swojemu angielskojęzycznemu odpowiednikowi i jest idealna, jeśli spotykamy się z danym zagadnieniem po raz pierwszy. Pamiętam, jakim objawieniem była dla mnie, kiedy zaczynałam uczyć się odmiany czasowników w pretérito indefinido (jeszcze wtedy nie wiedziałam, z czego konkretnie korzystam, bo była to kserówka ze szkoły językowej). Wszystkie ćwiczenia można porównać z kluczem odpowiedzi, umieszczonym na końcu.

Jakieś wady? Dziwi mnie trochę podział dwóch różnych części: A1-B2 i B1-B2. Jeśli miałabym Wam podpowiadać, to wybierajcie od razu tę drugą, nawet jeśli jesteście początkujący (ja niczym frajerka wybrałam pierwszą i szybko pożałowałam). I tak wszystkie zagadnienia są wyjaśniane od podstaw, większość rzeczy się dubluje, a różnica tkwi tylko w kilku dodatkowych rozdziałach, których nie ma w części pierwszej. Inna rzecz, którą można uznać za wadę, to powierzchowne potraktowanie każdego z tematów. Ale wynika to z samej formuły: książka służy do wstępnego zapoznania się z danym problemem, a nie do jego dogłębnej analizy. Do tego celu mam dwie inne pozycje.

3. Español para hablantes de polaco. Autor, Pedro Campos, przez lata nauczał Polaków języka hiszpańskiego i zaobserwował, co sprawia naszym rodakom najwięcej problemów. Książka składa się z dziesięciu rozdziałów, uwypuklających różnice między dwoma językami w odniesieniu do takich zagadnień jak np. interpunkcja, przyimki, mowa zależna itd. Układ jest następujący: dwie strony wyjaśnień + cztery strony ćwiczeń. Do ćwiczeń jest klucz. Podstawowa wada, jaką zauważam, to… objętość książki. Tytuł obiecuje tak wiele, a tymczasem treść rozwiewa tylko małą część wątpliwości, jakie mogą się narodzić w głowie osoby polskojęzycznej.

4. Sin duda. Usos del español: teoría y práctica comunicativa. Pozycja bardzo podobna do powyższej, tyle że autorzy analizują możliwe problemy językowe bez specyfikacji nacji, której miałyby one dotyczyć. Osiemnaście rozdziałów, układ taki jak u poprzedniczki. I moje zastrzeżenia są identyczne: za mało! Paradoksalnie jednak zauważam, że niektóre kwestie (np. moja największa zmora, straszniejsza nawet niż legendarne subjuntivo, czyli pretérito imperfecto i jego różnicowanie z innymi czasami przeszłymi), są w Sin duda wyjaśnione lepiej niż w książce przeznaczonej specjalnie dla Polaków.

A na koniec podzielę się z Wami najlepszą radą dotyczącą korzystania z podręczników, jaką jestem w stanie Wam dać. Miejcie umiar! Dobre korzystanie z podręcznika polega m.in. na tym, żeby wiedzieć, kiedy go odłożyć. Niech to będzie np. po 1/3 czasu, jaki zamierzacie przeznaczyć na naukę danego dnia. Niech podręczniki będą Waszą pomocą, akceleratorem, czynnikiem spajającym i organizującym przyswajanie wiedzy, ale niech nie przesłonią Wam kontaktu z realnym, żywym językiem. Oglądajcie seriale, filmy (jeśli jeszcze nie czujecie się na siłach, to z napisami), czytajcie El País, wyszukujcie w hiszpańskojęzycznej Wikipedii notek na szczególnie Was interesujące tematy, słuchajcie piosenek, szukajcie ich transkrypcji i tłumaczcie teksty, uczestniczcie w portalach wymiany językowej. W takim otoczeniu nauka z podręczników naprawdę ma sens.

 

Zobacz także:

Nie samymi podręcznikami… – czyli internetowe pomoce naukowe
75% samouctwa, czyli czarna owca na Woofli
Co Polak może zaoferować światu? Wymiana nie tylko językowa
Dlaczego warto oglądać obcojęzyczne „talent shows"
O „łatwości" języka hiszpańskiego

 

21 komentarze na temat “Mój zestaw samouka

  1. @Adriana, chcesz się uśmiać, posłuchaj nagrań z podręcznika języka polskiego In-Flight. Polish. Zadaję sobie pytanie, czy mówią tam po polsku Amerykanie, czy może faktycznie Polacy, lecz po 20 latach emigracji?
    Nie zdziwi mnie, jeśli w Twoim podręczniku rzeczywiście to Hiszpanie udają Kolumbijczyków, Kubańczyków i Argentyńczyków.

    W In-flight. Polish nie brakuje też zabawnych sformułowań typu:
    I need to send an e-mail. – Muszę przesłać pocztę elektoniczną.
    What is the date today? – Jaka jest dzisiejsza data?

    Zwrotów niezwykle praktycznych:
    I’m allergic to penicillin. – Jestem uczulona/uczulony na penicylinę.

    Notorycznych błędów interpunkcyjnych:
    I don’t know where my wife is. – Nie wiem gdzie jest moja żona.

    Przykładów tego co zrobi z nas nauka oparta na tłumaczeniach i podręcznikach, zamiast na zagłębieniu się w języku obcym i kulturze kraju:
    overnight delivery – przesyłka z doręczeniem następnego
    dnia
    See you soon. – Do zobaczenia wkrótce.

    To jest podręcznik języka polskiego, nie angielskiego! Tak Anglosasi będą mówić po polsku. Ja nie chciałbym tak mówić po hiszpańsku… Dlatego bardzo, bardzo dobrze, że dokonujesz pewnej selekcji i recenzji podręczników 🙂 , co dla wielu uczących się będzie pomocne, choć dla mnie osobiście sytuacja idealna to korzystać z nich tak mało (lub wcale) jak to tylko możliwe.

    1. Ten In-Flight Polish faktycznie jest dość specyficzny, ale o ile dobrze się zorientowałam, nie jest to podręcznik jako taki, tylko uproszczony samouczek dla osób, które chcą odwiedzić Polskę, prawda? 🙂 Wierz mi, podręczniki przygotowywane przez lingwistów, dydaktyków i metodyków nauczania, nie mają z czymś takim wiele wspólnego (co nie znaczy, że nie istnieją podręczniki kiepsko opracowane, z tekstami wziętymi z kosmosu – ale i one będą o niebo lepsze od takich samouczków).

      Poczytałam sobie dziś dyskusję pod dawnym tekstem Karola (tym, który zalinkowałam jako przedostatni) i jeśli to Ty jesteś osobą, która wtedy podpisywała się jako Piotr (a z treści wnioskuję, że tak), to całkiem przekonująco opisałeś w którymś z kolei komentarzu swoją metodę, tzn. gramatyka z internetu + żywy język. Podejrzewam jednak, że jakieś 99% ludzi po miesiącu albo dwóch takiej nauki (od zera) by odpadło 🙂

      1. W Świecie Języków Obcych byłem faktycznie Piotrem (może nie jedynym, ale zawsze), ale na Woofli jestem Yana Para Puyu. W przedostatnim linku (http://woofla.pl/jak-ja-to-robie-czyli-podrecznik-po-podreczniku/) to faktycznie moje dawne komentarze sprzed 4 lat i dwóch miesięcy :-O. Z długim biegiem lat i moje podejście zmienia się w szczegółach; po części choćby przez to, że w tej chwili uczę się na sporo wyższym poziomie niż 4 lata temu…

        Zerknij na komentarz: Grudzień 30, 2010 o 11:45 pm. Hahaha, kompletnie tej „dziwnej" dyskusji nie pamiętam!!! Trochę mnie ten mój stary komentarz rozbawił. To jednak pokazuje, z czego, lub jakiej ja się uczyłem gramatyki… Zupełnie innej niż podręcznikowa.

        Nadal uważam, że w przypadku języka hiszpańskiego w internecie jest wszystko, co jest potrzebne, od zupełnych podstaw gramatyki, po najświeższe publikacje naukowe, gdzie lingwiści pomiędzy sobą dyskutują nad określonymi konstrukcjami. W ostateczności natomiast są ludzie, którym można zadać pytanie. W internecie jest WIĘCEJ niż w podręcznikach. Natomiast zdobywanie tej wiedzy teoretycznej to procentowo rzecz biorąc mały detalik w całym procesie nauki języka, który dla mnie w większości opiera się na kontakcie z językiem; widzę, że dla Ciebie też… 🙂

        Z In-Flight. Polish masz rację, że to uproszczony samouczek, lub nawet rozmówki, ale czasem sobie drwię z podręczników, a potencjalne problemy są i takie, jak wymieniłem wyżej.

        Jak oglądasz seriale, pewnie widziałaś niejedną scenkę w restauracji itd. Z oglądania filmu miałaś więcej przyjemności, osłuchałaś się z lepszym akcentem, a dialogi były w prawdziwszym hiszpańskim niż w podręczniku. Poza tym, że oglądasz seriale z kraju, który Cię interesuje (np. Meksyku, a ja Kolumbii), a nie przymusowo z Hiszpanii, bo tak i już!

      2. Tak, mój ideał nauki języka to duuuuuużo kontaktu z żywym językiem we wszelkich możliwych jego formach… + wspieranie się podręcznikami 🙂

        Piszesz, że w internecie jest wszystko, co potrzebne do nauki. W zasadzie masz rację, problem jedynie w tym, że owo wszystko jest rozrzucone na setkach różnych stron. Samo wyszukiwanie najlepiej opracowanych materiałów dla danego zagadnienia to mnóstwo czasu i energii. A ustalenie planu nauki – to drugie tyle. A w podręczniku jest wszystko w jednym miejscu.

        Tak się zastanawiam, czemu jesteś przekonany o sztuczności dialogów i wyrażeń z podręczników i już chyba wiem: faktycznie, potrafią być sztuczne, jeśli podręcznik jest dwujęzyczny. Np. pisany przez Polaka. Ja od samego początku korzystam z podręczników pisanych przez native speakerów (i tylko konsultowanych przez obcokrajowców) i te są bez porównania lepsze pod tym względem. To co czytałam np. o wspomnianych przez Ciebie dialogach z restauracji, to dokładnie to, co potem słyszałam w serialach (oczywiście z ewentualnymi różnicami w dialektach). Wadą dobrych podręczników jest jedynie to, że z oczywistych przyczyn nie wypiszą wszystkich możliwych scenariuszy językowych, skupią się na pewnych schematach. Dlatego koniecznie trzeba wiedzę podręcznikową uzupełniać.

      3. Tak więc cieszy mnie, że istnieją takie dobre podręczniki pisane przez Hiszpanów. Niestety nie można ich dostać w sklepach typu Empik (?). Czasem wchodzę do jakiejś księgarni pooglądać sobie i co widzę? Edgard, PONS, Pawlikowska…

        Ciekawe, że piszesz, że korzystałaś od samego początku z podręczników pisanych przez native speakerów i, że dialogi są sztuczne, gdy podręcznik jest dwujęzyczny, bo czy to nie przecież dlatego, aby mieć język obcy wyjaśniony po polsku, ludzie najczęściej sięgają do podręczników?

        Kiedy zaczynałem uczyć się hiszpańskiego były akurat wakacje, które spędziłem w całości w Polsce. Nie potrzebowałem iść do żadnej hiszpańskiej restauracji, ani robić po hiszpańsku zakupów. Ktoś powie, że z podręcznikiem uczyłbym się szybciej, ale wręcz przeciwnie – zaczynałbym naukę od tego, co nie było mi wtedy potrzebne. Za to zainteresowawszy się hiszpańskim miałem ochotę (1) nawiązać znajomość z hiszpańskojęzycznymi dziewczynami, (2) posłuchać hiszpańskojęzycznej muzyki i (3) poczytać w języku hiszpańskim na interesujące mnie tematy przyrodnicze (wówczas czytałem teksty gł. z Argentyny i Wenezueli), nieco pooglądać filmy o tej samej tematyce przyrodniczej (wówczas oglądałem gł. z Argentyny). To były moje trzy główne „potrzeby", czy też „cele" na najniższym etapie nauki. Tak więc przyjąłem INDYWIDUALNY tryb samonauczania. Samouczek odłożyłem po ponad tygodniu, m.in dlatego, bo dialogi były o zakupach itp…., a nie o tym, co było mi potrzebne.

        Tak więc przykładowo zamiast brnąć przez nudne lekcje, wolałem posłuchać piosenek, przeanalizować je pod kątem gramatyczno-leksykalnym wielokrotnie i z ogromną przyjemnością słuchając. Byłoby przesadzone powiedzieć, że subjuntivo nauczyłem się słuchając Qué me quedes tú Shakiry, ale była to jedna z piosenek, z których się uczyłem na poziomie początkującym, na długiej liście innych piosenek…, tekstów ze stron internetowych, chatów z Latynoskami. Na B1 pierwsze konwersacje głosowe, przez komunikator i na żywo również :-).

        Pierwszą piosenką z jakiej próbowałem się uczyć hiszpańskiego pierwszego dnia nauki było Un poco de amor Shakiry. Jak dobrze pamiętam nie miałem pierwszego dnia po hiszpańsku nic poza tą jedną piosenką i przed chwilą zakupionym samuczkiem. Nie dziwię się sobie, że wolałem słuchać Shakiry, niż nagrań z płyty… Choć DUŻO prostsza w rozumieniu okazała się znacznie słabiej śpiewająca Natalia Oreiro (wybrałem, gdyż nie znałem zbyt wielu innych nazwisk osób śpiewających po hiszpańsku…).

        Nie pamiętam, czy już zdążyłem odsprzedać nieużywany samouczek, kiedy skusiłem się, by jednak kupić podręcznik gramatyki hiszpańskiej. Tak więc kupiłem polskojęzyczny podręcznik gramatyki hiszpańskiej, jaki znalazłem w księgarni. W zasadzie zaraz doszedłem do wniosku, że wyrzuciłem pieniądze w błoto. Praktycznie go nie używałem i „dziwnym sposobem" czułem, że JUŻ wiem to, co jest w środku (skąd? ale jednak…). Poza tym, że uczyłem się dużo argentyńskiego, czy w ogóle hiszpańskiego z Ameryki, do których ten podręcznik mi dobrze nie służył nawet w podstawach. Tak więc również odsprzedałem nie przerobiwszy. 😛 Obiecałem sobie więcej w życiu nie popełnić głupoty, nie kupić żadnej książki do żadnego języka.

        To, że ucząc się podstaw keczua musiałem ściągnąć z internetu i przerobić kilka różnych podręczników głowiąc się nad niedomówieniami i sprzecznościami pomiędzy nimi, to już kolejna historia. Natomiast rozwiązanie to samo – kontakt z żywym językiem.

        Ostatecznie nie miałbym nic przeciw dobremu źródłu podsumowującemu gramatykę języka, rozumiejąc jednak, że są to tylko podstawy (choćby i widniało „C" na okładce), a ten podręcznik to tylko pomoc w nauce opartej na naturalnych materiałach.

      4. @Yana Para Puyu

        Jak najbardziej rozumiem Twoje podejście. Wszelkie kursy językowe są tak układane, że na początku masz pytanie o drogę, zakupy ciuchowe, zakupy spożywcze, restaurację, wnętrze domu itd. – są to rzeczy, nie ukrywajmy, ŚMIERTELNIE nudne. Faktycznie lepiej zacząć od czegoś bardziej naturalnego (bo wbrew pozorom ta narzucana ludziom kolejność wcale nie jest naturalna), ale przede wszystkim – bardziej interesującego. Inna sprawa, że i tak wcześniej czy później trzeba i te nieszczęsne zakupy opanować. Ja akurat cieszę się, że przeszłam przez to wszystko jeszcze w szkole językowej.
        A, właśnie. To przez zajęcia w szkole językowej nabrałam nawyku korzystania z hiszpańskojęzycznych podręczników. Kiedy przerwałam naukę, na poziomie A2, już bez problemu mogłam się z nich uczyć bez pomocy nauczyciela.
        I rzeczywiście w popularnych dużych księgarniach raczej nie ma takich podręczników. Najłatwiej znaleźć je za pośrednictwem allegro. Albo sposobem gryzoń+drukarka (oczywiście, jakby ktoś pytał, absolutnie do niczego nikogo nie namawiam).

  2. Pierwsze dwie pozycje znam i sama je polecam we wpisie na podobny temat na moim blogu 🙂 Wydawało mi się, że Aula Internacional nie jest zbyt dobrym podręcznikiem do samodzielnej nauki, ale teraz myslę, że to po prostu zależy od osoby. Z pozostałymi książkami na pewno się zapoznam.
    Zaczęłam filologię hiszpańską od podstaw i nie mieliśmy jednego, wiodącego podręcznika, tylko na każdym module (pisanie, słownictwo, gramatyka, konwersacje) kilka książek lub tony kserówek. Dlatego teraz kiedy sama uczę musiałam zrobić porządny „research" i przekopać się przez podręczniki, i to właśnie Aula najbardziej zwróciła moją uwagę.
    Pozdrawiam!

    1. Znalazłam Twój wpis na blogu 🙂 Aula ma w sobie „to coś", czego moim zdaniem nie mają inne podręczniki. Ale (choć na pewno to wiesz), Tobie się już raczej nie przyda, bo jest tylko do B2.

      Niektórzy dydaktycy polecają Prismę, ale ja jej osobiście nie znoszę (znam, bo używaliśmy w szkole językowej). Wartości podręcznika nie można mierzyć ilością nowych struktur leksykalnych i gramatycznych, zwłaszcza jeśli są one prezentowane w sposób totalnie chaotyczny i ledwie przyswajalny. Ważne jest też, żeby teksty potrafiły przynajmniej trochę człowieka zainteresować, zamiast zniechęcać do nauki. A Prisma ma dwa rodzaje tekstów: 1) wydumane i śmiertelnie nudne „reportaże" o tym, jak Hiszpanie się bawią, jedzą i podróżują i 2) żenujące głupoty na poziomie naszego „Faktu". Do dziś pamiętam moment, kiedy przeczytałam o gościu, który poślubił lalkę Barbie, bo przypominała mu jego zmarłą narzeczoną; z tą duchem tej ostatniej skontaktował się za pomocą medium i uzyskał pozwolenie na ślub… … … !!! ;)To był mój ostatni kontakt z Prismą.

      1. Mój kontakt z Prismą ograniczył się do przejrzenia, o ile dobrze pamiętam, części dla początkujących. Jeli teksty prezentowały taki poziom i taką tematykę, jak w podanym przez Ciebie przykładzie, to niewiele straciłam 🙂 Przeglądałam jeszcze Español en marcha, Sueña, En acción y Mañana. Dwa pierwsze wydawały się okej, ale bez rewelacji, dwa następne odrzuciłam ze względu na to, że są przeznaczone dla uczniów w wieku szkolnym, i dla osób dorosłych, którym pomagam w nauce, byłyby mało interesujące i niezbyt przydatne.
        W tej chwili korzystamy na zajęciach ze Sueña 4 (poziom C1). Nie jest to mój ulubiony podręcznik, wykładowca sam przyznał, że jego też nie, ale tragedii nie ma 🙂

  3. Hm… Zawsze wydawało mi się, że podręczniki kursowe wprowadzają jedynie chaos… Swoją przygodę z nimi skończyłem, gdy zdałem maturę z angielskiego. Nie potrafię z nimi pracować.

    Wydawało mi się zawsze, że to bez sensu. Że lepiej dobre książki do gramatyki, do słownictwa i practice testy, gdzie można ćwiczyć wszystkie skills.

    Korzystałem z Prismy A1 i A2… Jednak do samodzielnej pracy się kompletnie nie nadaje. Sprawdzałem kilka podręczników do B1, spodobała mi się Espanol en Marcha. Auli przyjrzę się przy najbliższej okazji. 🙂

    1. Zawsze wydawało mi się, że podręczniki kursowe wprowadzają jedynie chaos…

      W zasadzie masz rację 🙂

      Akurat moim zdaniem Aula jest dużo mniej chaotyczna od Prismy, ale tak jak napisałam, wybór podręcznika jest sprawą bardzo indywidualną. Myślę, że warto Aulę przejrzeć, ale nie daję gwarancji, że akurat Tobie będzie odpowiadać.

      No i gratuluję cierpliwości w korzystaniu z Prismy. Jak zniosłeś tekst o ślubie lalki Barbie? 😀

  4. Czy ktoś z Was korzystał z podręcznika „Arcoiris"? Jest to dość nowa pozycja, napisana specjalnie pod kątem Polaków chcących nauczyć się hiszpańskiego.Niestety w sieci jest o nim niewiele…

    1. Nie wiem, czy widziałeś już przykładowy rozdział ze strony wydawnictwa:
      http://www.przystanekedu.pl/wp-content/uploads/2013/03/Arcoiris-U6-2013+okl.pdf

      Na ich stronie są też opinie, ale wiadomo, że opiniom na zamówienie trudno zaufać 🙂

      Ja po przejrzeniu tego rozdziału nie widzę nic specjalnego ani nowego na tle innych podręczników. No, może z wyjątkiem części kulturowej – tu duży plus za tekst o nazwiskach hiszpańskich (bo w jakim innym podręczniku A1 napiszą, że Argentyńczycy noszą tylko jedno nazwisko, a w Hiszpanii w 1995 r. prawo dopuściło możliwość zmiany kolejności nazwisk tak, żeby to matki było pierwsze?)

      EDIT:
      Drugi rzut oka i coraz bardziej mi się ten podręcznik podoba. Uwzględnili np. to, że dla Polaka „se impersonal" jest rzeczą w zasadzie intuicyjną i nie czekali z wprowadzeniem tego do części B1. Bardzo fajnie pokazali „al + infinitivo" (z tym też, nie wiedzieć czemu, twórcy innych podręczników czekają dłużej i traktują jakby to było nie wiadomo co). A że niektóre teksty nudne – cóż, taki urok uczenia się opisu wyglądu czy codziennych czynności 🙂

  5. Pytam o podręcznik, ponieważ szukam czegoś do nauki tego interesującego języka. Byłem ponad rok temu semestr na Erasmusie w Hiszpanii. Nie studiuję filologii i rzekomo nie potrzebowałem hiszpańskiego, ale jak się okazało z samym angielskim tam ciężko 😉 Jednak jak na te parę miesięcy to całkiem całkiem nauczyłem się dogadywać z miejscowymi; wiadomo, C1 to to nie jest, ale takie podstawowe sprawy załatwię sam. Pomyślałem niedawno, że szkoda by to zaprzepaścić i przydałoby się utrwalić co umiem i poznać coś nowego. W moim wypadku polecasz te same pozycje co w powyższym artykule?

    Co do „se impersonal", to rzeczywiście jest ono intuicyjne. Dosłownie 2 razy to usłyszałem i wiedziałem, że to jakby kalka z polskiego :)Zresztą, przeglądając tę próbkę „Tęczy" rozumiem 90% materiału, jedynie niektóre słówek muszę się domyślać.

    1. Dobór podręcznika to sprawa bardzo indywidualna. Tak, polecam te pozycje, o których wspomniałam, ale najlepiej jak sam się przekonasz, czy Ci pasują. Na szczęście większość z nich jest w sieci w pdf-ie na stronie na „ch", więc możesz, oczywiście w celach wyłącznie orientacyjnych 😉 się z nimi zapoznać.
      A jeśli wolisz uczyć się z podręcznika napisanego przez Polaka, to polecam Oskara Perlina z wyd. Wiedza Powszechna.

      Ale – podręcznik podręcznikiem, najważniejszy jest jak najintensywniejszy kontakt z żywym językiem. Oglądaj, czytaj, słuchaj jak najwięcej, wybieraj to co Cię interesuje.

      Powodzenia w nauce 🙂

  6. Często spotykam się ze stwierdzeniem, że nie ma dobrych słowników polsko-hiszpańskich i lepiej używać hiszpańsko-angielskich. Jak jest z tym naprawdę? Nie znajdzie się chociażby jedna niezła pozycja dla kogoś kto nie chce być filologiem i zależy mu po prostu na swobodnej komunikacji np. na ulicy, w sklepie czy na policji?

    1. Jasne, że nie ma słowników idealnych, dlatego najlepiej kombinować z kilkoma.
      Ja używałam i jeszcze nadal używam dwóch słowników internetowych i przyznam, że nie wyobrażam sobie kartkowania tradycyjnych.
      http://pl.pons.com/t%C5%82umaczenie – ten jest dobry na początek, podaje przykłady użycia, ma wersję mobilną
      http://ling.pl/ – ten jest nawet obszerniejszy, zawiera hasła m.in. z małego i wielkiego słownika autorstwa Perlina
      Moim zdaniem do poziomu średniozaawansowanego wystarczą. A jeśli chodzi o idiomy, zazwyczaj pomaga wpisanie w google, które odsyła do takich stron jak Wordreference.

      A później to już przede wszystkim słowniki hiszpańsko-hiszpańskie.

  7. A interesowałam się tym podręcznikiem ale na innym poziomie. W końcu okazało się że nie mogłam go nigdzie dostać i kupiłam inny. Choć dobra rada jest vybs sprawdzenie przed zakupem. Czasami w bibliotekach mają takie rzeczy -mozna sobie popracować z pierwsza lekcja sprawdzić czy „kliknelo" i ewentualnie wtedy się decydować. Miedzy mną a no. Espanol en marcha nie kliknelo. Podobnie prisma. Nudy na pudy.
    A z gramatyka -faktycznie. Kupiłam od razu niebieska bo w czerwonej był dla mnie za duży druk 😉 ale…nie jesteś pierwszą osobą która ma takie zdanie :). Fajny wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ