Noworocznie i językowo o Polsce

Ledwo zdążył się człowiek obejrzeć, a tu już mamy Nowy Rok… Z tego powodu postanowiłem zakończyć cykl „O Comeniusach i polskiej szkole” miłym akcentem – tak, teraz będziemy się chwalić – tak, My wszyscy.

Mini rys historyczny

doyouJak pisałem już wcześniej w moim artykule o polskim szkolnictwie, wiele względów historycznych wpłynęło na realność nauki języków w polskiej codzienności. Począwszy od czasów PRL-u, gdy możliwość nauki języka angielskiego miała niewielka grupa społeczeństwa, aż do dzisiaj, gdy język ten jest wręcz niezbędny do pełnego funkcjonowania w globalnej wiosce. Jako społeczeństwo jesteśmy coraz bardziej świadomi korzyści, które niesie ze sobą znajomość języka Szekspira. Jednocześnie rośnie świadomość społeczna, z konieczności, czy też potrzeby znajomości więcej niż jednego języka obcego. Podobnie jak w modzie i gospodarce, trendy w nauce języków się zmieniają. Od starożytności po średniowiecze królowała greka i łacina. W okolicach XIII wieku rozpowszechniły się języki romańskie, zwłaszcza francuski, który na wyżyny został wyniesiony na przełomie XVI i XVII wieku. Ciekawostką jest fakt, iż w XVII i XVIII wieku wzrósł „popyt” na naukę języka polskiego, stał się on jednym z głównych, poza francuskim, języków obcych używanych do komunikacji w Europie, co spowodowane było bardzo dobrą sytuacją gospodarczą w naszym kraju w tym okresie. W wieku XIX po języku Moneta pałeczkę przejęła Wielka Brytania, co było efektem słynnych wynalazków i odkryć geograficznych tego okresu, które zrewolucjonizowały współczesny świat. Od tego czasu, aż po dziś dzień język Watta i Edisona króluje na całym świecie.

Angielski i wyniki badań społecznych na świecie

Oczywiście tradycyjna angielszczyzna, o której wspominam powyżej, różni się zasadniczo od tej używanej przez nas w dzisiejszych czasach. Jest to wynik ewolucji języka, gdyż każdy język jest tworem żywym i plastycznym, zmienia się nieustannie, podobnie jak gospodarka. Wraz ze zmianami, które zachodziły w naszym kraju, możemy zauważyć, iż znajomość języków obcych w Polsce się poprawia , ba – jeśli chodzi o język Królowej Elżbiety, to zdecydowanie wyprzedzamy pozostałe kraje w światowych rankingach. Według EF English Proficiency Index [Indeks Biegłości Języka Angielskiego EF Education First – tłum. aut.] przeprowadzonego w ponad 70 krajach całego świata za pomocą specjalnych testów, w których udział wzięło ponad dziewięćset tysięcy osób z całego globu, wykazano, iż Polska znajduje się na 9. miejscu w rankingu. Wyprzedzają nas tylko kraje nordyckie i Luksemburg; natomiast poza ścisłą dziesiątką pozostają sławetne Niemcy i Francja. Myślę, że znajomość języków obcych ma pewne odbicie w sytuacji ekonomiczno-gospodarczej danego kraju. Po czasach PRL-u Polska była i jest krajem, który rozwija się najszybciej w porównaniu z innymi krajami będącymi pod dominacją ZSRR. Tak samo w ciągu ostatnich 30 lat znajomość języka angielskiego zdecydowanie wzrosła, a również poziom rośnie. Jedynym państwem, które dorównuje naszym osiągnięciom w tym zakresie, są Węgry. Jednocześnie należy nadmienić, iż, analogicznie do zjawisk ekonomicznych, o te wartości należy dbać, ponieważ zaniedbywane mogą zanikać.
Ranking ten miał również wykazać średni poziom znajomości angielszczyzny w krajach. W Polsce utrzymuje się on w okolicach przełomu B2 oraz C1, z tendencją wzrostową – jest to wynik bardzo pozytywny. Dzięki temu większość osób w naszym kraju jest w stanie przeprowadzić rozmowę na całkiem wysokim poziomie na bardzo dużą ilość tematów; jest to tzw. samodzielność językowa. Choć w naszym społeczeństwie przez cały czas pozostaje gros osób, których poziom znajomości angielskiego może pozostawiać wiele do życzenia, to grupa ta się zmniejsza. Jak wiadomo, najważniejsza w nauce języka jest komunikatywność i wzajemne zrozumienie przekazywanych informacji.
Szczerze muszę przyznać (to tak w ramach językowo-życiowej ciekawostki), iż wraz z moimi znajomymi niejednokrotnie testowaliśmy w ten sposób kasjerów w różnych sieciówkach. Głównie w sieciach fast foodów, typu KFC lub McDonald's; zawsze bardzo ciekawiła nas ich reakcja na „obcokrajowca”, którym był jeden z nas zamawiający jedzenie w mowie nieojczystej. Zazwyczaj traktowaliśmy to jako rodzaj zabawy, a nie eksperyment, ale gdy teraz pochylam się nad tym językowym spojrzeniem, to stwierdzam, że nigdy nie zdarzyło się tak, aby nie udało nam się zamówić jedzenia, choć niejednokrotnie słyszeliśmy też język bardzo pokaleczony, ale wciąż komunikatywny.

Znajomość języka sąsiadów w Polsce

Język niemiecki, pomimo nie najlepszej historii, która łączy nas z Niemcami, jest bardzo żywy w naszym kraju. Według danych Instytutu Goethego Polska jest krajem, w którym najwięcej osób na świecie uczy się języka Beethovena, liczba ta przekracza 2 miliony osób. Jednocześnie jest to najchętniej wybierany drugi język w gimnazjach i liceach. Chociaż, nie wiadomo dlaczego, dla Polaków język naszych sąsiadów zdaje się trudny, to wyjątkowo dużo osób postrzega go pozytywnie, jako bardzo dobre narzędzie oraz szansę na zaistnienie w świecie wielkich firm i spółek. Pomimo że poziom niemieckiego jest znacznie niższy niż angielskiego, to nie da się ukryć, że w dalszym ciągu jest on dobry. Całą sprawę dodatkowo ułatwia fakt, iż język Edisona należy do grupy języków germańskich, dzięki czemu te dwa języki nawzajem się dopełniają. W tej chwili, myślę, że mogę stwierdzić, iż angielski wraz z niemieckim w naszej szerokości geograficznej są najważniejszymi dla nas językami. O dziwo jedynie Rosjanie doganiają nas pod względem liczby osób uczących się niemieckiego. Faktem, który mną samym wręcz wstrząsnął, jest natomiast liczba osób, które uczyły się języka niemieckiego w szkole – wynosi ona około 92%. Od lat 90. można zauważyć ogromny wzrost uczących się. W ciągu 25 lat, liczba mówiących w tym języku wzrosła ponad dwukrotnie. W tym wypadku uzasadniony zdaje się tytuł Polen ist Weltmeister im Deutschlernen [Polska jest mistrzem świata w nauce niemieckiego – tłum. aut.].

Résumé

Główne założenia Indeksu to:
1. Porównanie zarobków w danym kraju per capita z poziomem znajomości języków obcych. Badania wykazują, że im lepsza jest znajomość języków, tym wyższe są zarobki w danym kraju.
2. Społeczeństwo europejskie zdecydowanie najlepiej zna angielski w porównaniu z innymi częściami świata. W naszej części globu poziom angielskiego jest najwyższy. Jednocześnie badania wykazują, iż kobiety znają go lepiej niż mężczyźni.
3. Ilość inwestowanego czasu i wysiłku w naukę języka obcego niekoniecznie jest wprost proporcjonalna do efektów nauki. Na całym świecie zauważa się zróżnicowane poziomy, które nieustannie się zmieniają.
Jak już wspomniałem powyżej, najważniejszą funkcją języka jest komunikacja. Jeśli mowa, której używamy, jest nam znana nawet na niskim poziomie, i tak najważniejszą wartością pozostanie komunikatywność. Artykuł ten ma na celu uświadomienie nas wszystkich o tym, iż Polska nie jest tak bardzo zacofanym krajem, wręcz odnosimy sukcesy na arenie światowej; myślę, że informacja ta jest również bardzo dobrą motywacją do dalszej nauki. Można wziąć udział w teście firmy EF, który jest elementem wykorzystywanym w Indeksie jako jeden z respondentów.
Wchodząc w Nowy Rok tym artykułem, chciałbym życzyć w imieniu redakcji wszystkim Czytelnikom WOOFLi wielu sukcesów w nauce języków obcych, niekończącej się motywacji i szczęścia na nadchodzący czas roku 2016.


Podobne artykuły…

Angielski jako język globalny
Jak wiele można wynieść z polskiej szkoły, czyli mankamenty i problemy polskiej sceny edukacji językowej
O sławą objętych projektach (nie tylko) europejskich – Comenius, Erasmus i inne podróże językowe

21 komentarze na temat “Noworocznie i językowo o Polsce

    1. Hm… Rosyjski? Powiem szczerze, że nie przyszedł mi ten język w ogóle do głowy. Szczerze powiedziawszy, nie posiadam żadnych konkretnych informacji na temat nauki rosyjskiego w Polsce… Dawniej nauka rosyjskiego była obowiązkowa i chyba z tego powodu wiele ludzi w naszym kraju ma teraz wstręt do tego języka… Poza tym, z zeznań wielu członków mojej rodziny dowiedziałem się, że to nie był rosyjski, który znamy teraz, tylko… radziecki. Coś na wzór nowomowy tworzonej w Polsce w PRLu. Choć wciąż o rosyjskim mówi się, że jest językiem biznesu.

  1. Rosyjski jest passe :). A tak na poważnie, to sam mam zamiar posiąść zdolność władania językiem Tołstoja. Ale jako że do granicy niemieckiej mi bliżej niż dalej, to najpierw skupię się na niemieckim :).

    Choć paradoksalnie i tak nie wykorzystuję żadnych języków aktywnie (poza minimalnym angielskim), co dodatkowo mnie demotywuje. Obmyśliłem sobie taki plan, że po zdobyciu podstaw w danym języku jechać do danego kraju na ok. 3 mies. do http://workaway.info (lub podobnej pracy, raczej latem). Ze względów zdrowotnych oraz zawodowych nie chcę/mogę na dłużej/dalej wyjeżdżać, a myślę że praca na organicznej farmie będzie doskonałą odskocznią od biurowej pracy programisty. Taki mam plan na 2016 rok, zobaczymy co z tego wyniknie.

    1. @Czytelnik,

      Czytanie ogłoszeń z tej strony wciągnęło mnie na kilka ładnych godzin. Myślę, że śmiało spełniam wymagania do wielu ofert (rzadko dobrze sprecyzowane), ale choć jedne oferty brzmią lepiej od innych, ogólnie mam sporo wątpliwości.

      To czego szukają ogłoszeniodawcy to darmowy pracownik, który spędzi 5-6 dni w tygodniu łamiąc kręgosłup przy zwymawiu podłogi w hostelu (w magicznym regionie), lub orając pole i lepiąc tapias (w ramach prac społecznych) w Kolumbii lub w Peru, w zamian za śniadanie (reszta posiłków do uzgodnienia) i nocleg w niejasnych warunkach. Czyli płacę 5 tysięcy złotych za samą drogę z Polski tam i spowrotem, w zamian za to, że ktoś mi pozwoli, bym u niego w hostelu lub na polu przez 3 tygodnie harował za darmo. Już niewiele więcej dopłacę, to sam zapłacę sobie ze ten hostel, albo rozbiję namiot, lub się w miarę możlwiości czasem przenocuje u znajomego, a będę wolny i nie bedę musiał łamać kręgosłupa.

      W Unii Europejskiej, np. w Hiszpanii, albo dla Ciebie w Niemczech, nie ma dla Polaka formalnych problemów z pracą, więc równie dobrze można dostać za podobną robotę wynagrodzenie – jaki jest sens zapisywać się na wolontariat? Nie lepiej o prostu wyjechać do podobnej pracy za granicę za choćby najniższą stawkę?

      Ciekawiłaby mnie jakaś lista "za" wolontariatem.

      (Zdjęcia na stronie są cudowne, podobnie jak opisy przyrody, a nawet niektórzy ogłoszeniodawcy podają znajomość keczua. Każde miejsce ma swój urok, ale myślę, że dobrze jest być świadomym, gdzie się jedzie i mieć pewność, że się tego właśnie się pragnie, podczas gdy te opisy miejsc bywają zdecydowanie zbyt kolorowe; weźmy taki opisik z egzotycznej Kolumbii (oferta raczej dla kobiet): "We live up on the mountain, so opportunities for a frenetic night life are thin on the ground, but if you like nature and meditation you will love it. The region has a temperate climate. It can be sunny and warm, but is generally clear and quite cool." W gwoli ścisłości, wydaje się, że dzienne wahania temperatury w miejscu, w którym mieszka ta rodzinka wynoszą 30 stopni, przy ledwie kilkustopniowych różnicach sezonowych, co daje niemal niezmiennie 0 stopni C w nocy (quite cool) i 30 stopni C w dzień (warm) i cudowne natężenie UV (sunny & clear), przy którym rosną niebieskie rośliny nisko przy ziemi. 😀 Średnia temperatura dzienna to jednak tylko z 7-10 stopni C, czyli "w sam raz do medytacji", jak ktoś lubi… Nie powinienem być w tych szacunkach daleki od prawdy. Owszem nie wątpię, że miejsce jest cudowne, krajobrazy czarujące, ale bez uprzedniej wiedzy w temacie, z czystych opisów na tej stronie nie domyśliłbym się, jak jest w większości opisywanych miejsc. Co jednak ważniejsze, dokładne warunki noclegu i wyżywienia pozostają zagadką.)

      1. @ Yana Para Puyu,
        Skoro już się pojawiłeś, pozwól że zapytam cię odnośnie ćwiczeń gramatycznych. Wykonujesz ćwiczenia gramatyczne z hiszpańskiego? Przerabiasz jakieś książki z ćwiczeniami i kluczem odpowiedzi (chociażby pobrane z sieci)? Czy raczej twoje ćwiczenie gramatyki zamyka się na rozmowach z nativami?

      2. Dzięki za pytanie, ale to być może nie powinno się tyczyć języka hiszpańskiego. Otóż jakkolwiek wciąż deklaruję być na etapie formalnej nauki tego języka, nie jest mi wiadomo, by ćwiczenia gramatyczne na moim obecnym poziomie w ogóle istniały, bym je mógł rozwiązywać…

        W roku 2015 kupiłem sobie książkę przygotowujacą do egzaminu DELE C2 i trzy dni z tej książki korzystałem rozwiązując trzy próbne testy (od tego czasu nie chciało mi się jej otworzyć; nawiasem mówiąc ciekawe rzeczy wynikły), ale nawet tam zadań gramatycznych w klasycznym rozumieniu (typu zdania do zmiany czasu itp.) raczej nie było – na tym poziomie gramatykę trzeba mieć opanowaną już od dawna. Na B2 chyba są jeszcze zadania gramatyczne.

        Stąd zmuszasz mnie Jacek do błądzenia w otchłani mojej pamięci, jak wyglądała moja nauka hiszpańskiego w roku 2008, ale nie pamiętam, bym rozwiązał wtedy jakieś zadanie gramatyczne. Ja nie rozwiązywałem zadań gramatycznych przy nauce języka hiszpańskiego i w ogóle nie widzę takiej potrzeby przy nauce języka obcego.

        Byłbym w stanie dokładniej opisać, jak wyglądała moja nauka gramatyki keczua, gdyż nie było to tak dawno. Użyłem przy niej o wiele więcej źródeł, które można nazwać podręcznikowymi (zwięzłe podręczniki gramatyki, skany krótkich podręczników ogólnych sprzez 50 lat, publikacje z pism opisujące zagadnienia gramatyczne itd.), ale interesował mnie w tych źródłach jedynie opis struktury zdania i nie interesowały mnie ewentualne ćwiczenia gramatyczne.
        Sprawność w użyciu nabywałem nie poprzez rozwiązywanie ćwiczeń z podręczników, a poprzez konfrontację tych informacji o strukturze zdania z naturalnymi źródłami typu teksty piosenek keczuańskich (ważne choćby przez fakt, że źródła podręcznikowe opisują odmienne etnolekty, oraz mają dużo niedomówień), lub czytanie spisanych tekstów bajek, oraz poprzez samodzielną analizę struktury zdań w tych naturalnych źródłach (czyli samodzielne odkrywanie kolejnych zasad gramatycznych). Dobrym sposobem ćwiczenia na poziomie początkujacym (tj. A1-B1) jest też chat w keczua, który zmusza do aktywnego ułożenia zdania z głowy, ale w razie potrzeby daje minimum czasu na zastanowienie.

        Nie widzę w procesie nauki języka miejsca dla ćwiczeń gramatycznych. Automatyzm w tworzeniu zdania o właściwej strukturze się nabywa w praktyce kontaktu z językiem, a wiele zasad gramatycznych można samemu wydedukować z obserwacji tego języka w praktyce.

      3. To dość ciekawe… A więc wszystkie ćwiczenia gramatyczne, które się setkami przerabia na studiach filologicznych, nie mają sensu? Wszelkie wypełnianki z lukami, polecenia: "użyj właściwego czasu",itd?

        W takim razie poznaję nowe zagadnienie gramatyczne, powiedzmy jakiś skomplikowany czas. I co dalej? Co robisz, żeby zagadnienie opanować?

      4. To dość ciekawe… A więc wszystkie ćwiczenia gramatyczne, które się setkami przerabia na studiach filologicznych, nie mają sensu? Wszelkie wypełnianki z lukami, polecenia: „użyj właściwego czasu",itd?

        Owszem, te wszystkie wypełnianki nie mają sensu.

        W takim razie poznaję nowe zagadnienie gramatyczne, powiedzmy jakiś skomplikowany czas. I co dalej? Co robisz, żeby zagadnienie opanować

        Jaki skomplikowany czas? Gramatyka to PODSTAWY (jeśli jest dla kogoś przerażająco "skomplikowana", lepiej jeśli poszuka sobie innego hobby niż nauka języków), a trzon gramatyki (czyli wszystkie czasy, wszystkie tryby itd.) dowolnego języka, tak hiszpańskiego, jak keczua, mając ku temu wolę nauczyłbyś się w przeciągu powiedzmy pół roku. W zasadzie po dwóch latach człowiek zaprzestaje czuć, że się jeszcze "uczy jakiejś gramatyki", a fakt że hiszpański człowieka, który uczy się go codziennie przez osiem lat wygląda dużo lepiej niż człowieka, który uczy się tylko przez dwa lata, wcale nie wynika z tego, że rozwiązał przez ten czas więcej wypełnianek i w zasadzie to chory pomysł, by się uczyć języka obcego rozwiązując wypełnianki. Nauka języka trwa oczywiscie wiele, wiele lat, podczas których doszlifowujesz liczne szczegóły, oraz nabierasz swobody, a nie poznajesz jakieś rewolucyjne "nowe czasy", zaś postęp ten wynika z praktyki kontaktu z naturalnym językiem (następuje gł. poprawa płynności i poprawa stylistyki), a nie z uzupełniania wypełnianek. Jaki niby wielce skomplikowany czas istnieje w języku hiszpańskim, z którym nie zdołałem się efektywnie opatrzeć np. czytając książki? Opisane w źródłach czasy i tryby keczua można spotkach w keczuańskich piosenkach i od słuchania brzęczą w głowie na jawie i przez sen. Dochodzi do tego aktywne użycie języka i wszystko jest pięknie wyćwiczone. 🙂

      5. @Yana Para Puyu
        No, w zasadzie masz zupełną rację. Problem z gramatyką jest właściwie jeden: zawiera dużo prostych informacji. Innymi słowy, żeby zbudować długą i poprawną wypowiedź, trzeba pamiętać o setkach zasad. Każda z tych zasad jest prosta, ale wszystkie na raz zaczynają się mieszać (można się np. zastanawiać, czy skutki jakiejś rzeczy trwają do dzisiaj, czy nie – nawiasem mówiąc, skutki każdej pojedynczej czynności trwają do dziś…). Ale gdybym właściwie przeczytał jakąś książkę czy opowiadanie tylko pod kątem szukania w niej sytuacji, gdzie użyty został czas X czy tryb – wszystko stanie się jasne. Ba – sami zrozumiemy to, czego nawet mogło nie być w podręczniku. W razie wątpliwości zawsze można zresztą zapytać jakiegoś profesora.

        Stylistyka jest w języku rzeczywiście najtrudniejsza. Bo co innego zbudować poprawne zdanie, a co innego zbudować zdanie brzmiące tak naturalnie, jakby je wymówił wykształcony native.

      6. Nie miałem okazji rozmawiać lub pisać z jakimkolwiek profesorem od języka hiszpańskiego, najwyżej podyskutować przez internet z jakimiś magistrami gł. w dawnych złych czasach. Hiszpański niektórych magistrów ma to do siebie, że choć z jednej strony nie zarzucałbym mu dużej niepoprawności, to z drugiej jest z wyglądu jakiś strasznie krzywy momentalnie odróżniając delikwenta od rodzimego użytkownika hiszpańskiego. Kłania się to, o czym piszesz @Jacek K. M.: ludzie, co spędzili parę lat rozwiązując wypełnianki, znają pojedyncze drobne zasady, ale w rozbudowanej wypowiedzi nie sklejają z nich naturalnie brzmiących zdań, takich jakby je ułożył rodzimy użytkownik. Powiedziałbym, że ja nie pracuję na drobnych elementach, tylko OD PIERWSZYCH DNI nauki na rozbudowanych wypowiedziach: wyłącznie nieuproszczonych, nieedukacyjnych, autorstwa rodzimych użytkowników (może to być piosenka, artykuł z gazety itd.). Znajomość "szczegółów w środku" wypowiedzi doszlifowuję z czasem.

      7. @Yana Para Puyu

        To na razie taki luźny pomysł na bezkosztowe wakacje (bo do Niemiec da się dojechać stopem). Generalnie nie jestem przywiązany do tego pomysłu ale niektóre ekofarmy spędzają wysokie standardy w sensie pracy (lekka i przyjemna) jak i pod względem pobytowym. Mam znajomą która spędziła tak rok we Włoszech, a powody i ciekawą dyskusję znajdziesz pod http://www.lukaszsupergan.com/wolontariat-miedzynarodowy-za-granica/ (polecam odwiedzić autorkę ostatniego komentarza).

        Ten wpis był główną inspiracją takiego pomysłu. Ja akurat ze względów osobistych jak i zdrowotnych nie mogę sobie pozwolić na dłuższy niż 3 mies. wyjazd. Pewnie, jako dobry informatyk znajdę bez problemu pracę w zawodzie prawie wszędzie (a pracując zdalnie to już w ogóle mogę mieszkać gdzie chcę).

        Problem w tym, że nie tak nie chcę (tj. pracować w zawodzie zdalnie/za granicą). Chciałbym spróbować alternatywnego życia/życia które prowadzą różni zakręceni eko- i nie tylko świry :). Takie alternatywne wakacje 🙂

        Generalnie zgadzam się, że trzeba bardzo mocno filtrować zamieszczone tam oferty, ale ja szukam jak pisałem ludzi pozytywnie zakręconych/żyjących zupełnie inaczej niż ja spędzający czas w dużym mieście i pracując za biurkiem w biurowcu. Nawet nie szukam egzotyki specjalnie, w Polsce też jest takich ludzi dużo.

      8. Dzięki za link! Może będzie to forma spędzenia czasu dla Ciebie (zwłaszcza, że Niemcy zachodnie powinny mieć nieco wyższe standardy niż Peru, lub niewolnicza Hiszpania). Jedynie jeszcze bardziej przekonałem się jednak, że nie jest to forma dla mnie… 🙁 Otóż jak napisałem wyżej: jeśli wyjeżdzam blisko (w obrębie Unii Europejskiej) to wolę by mi za pracę zapłacili, a jeśli wyjeżdzam daleko (na koniec świata) to przy tych kosztach podróży raczej niewielką mi zrobi różnice samemu sobie zakwaterowanie opłacić i mieć full czasu wolnego. A jeśli wypada, bym popracował u kogoś na polu, niech będzie to choćby pole koleżanki (czyli w pewnym sensie "swoje"), a nie pole cwaniaka z ogłoszenia. Choć sam nie mam pola, to podobnie z radością i czteropakiem powita mnie mój zwyczajny polski znajomy, bym mu skopywał wiosną pole i obsiał kukurydzą (szkoda tylko, że jego kukurydza rośnie tylko na pomarańczowo, podczas gdy w Peru mają kukurydzę w wielu kolorach tęczy, oraz białą i czarną, ale takie specjalne nasiona też mogę dostać).

  2. Wojtku,

    obiecałem, że dorzucę parę słów krytyki na temat znajomości języków obcych w naszym kraju. Napisałeś:

    (…) większość osób w naszym kraju jest w stanie przeprowadzić rozmowę na całkiem wysokim poziomie na bardzo dużą ilość tematów; jest to tzw. samodzielność językowa. (…) Ranking ten miał również wykazać średni poziom znajomości angielszczyzny w krajach. W Polsce utrzymuje się on w okolicach przełomu B2 oraz C1, z tendencją wzrostową – jest to wynik bardzo pozytywny.

    Śmiem wątpić. Do takiego wniosku można faktycznie dojść kiedy żyje się w bańce naszej klasy średniej żyjącej w wielkich miastach, która o język angielski ociera się codziennie. Rzeczywistość wygląda jednak znacznie inaczej gdy wyjedzie się do miast mniejszych i do wsi, gdzie kontakt z angielskim jest sporadyczny.
    Inną sprawą jest też rzeczywista możliwość przeprowadzenia rozmowy na całkiem wysokim poziomie na bardzo dużą ilość tematów oraz średniego poziomu. Po pierwsze – przytoczony przez Ciebie B2/C1 nie oddaje raczej średniego poziomu znajomości angielskiego wśród Polaków, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę rzeczywiste kryteria, które są warunkiem przyznania certyfikatów na wyżej wymienionych poziomach. Teoretycznie rozszerzona matura to coś w założeniach ludzi z MEN bliskiego B2. Mimo wszystko bardzo wątpię by większość osób naszych rodaków zdała ją bez problemu uzyskując ponad 90%. Po drugie – brak definicji bardzo dużej ilości tematów pozwala na dowolną interpretację przedstawionych przez Ciebie wyników. Osobiście kłóciłbym się, czy większość Polaków (ze mną włącznie) potrafi przeprowadzić rozmowę na dużą ilość tematów nawet w swoim języku ojczystym.

    Nie wiem czy tendencja wzrostowa jest czymś, co jednoznacznie można określić jako coś pozytywnego. Nie przeczę, że istnieje pewna korelacja pomiędzy znajomością angielskiego a poziomem zamożności ludzi zamieszkujących dane państwo, ale warto zauważyć, iż mimo naszego fantastycznego wyniku mamy PKB na mieszkańca niższe niż w Niemczech, Francji czy Japonii, którym bardzo daleko do bycia krajami zacofanymi. W Afryce są natomiast kraje z językiem angielskim jako urzędowym, które nie należą i prawdopodobnie w ciągu najbliższych 200 lat nie będą należeć do światowych krezusów. Sama znajomość języka wśród społeczeństwa jest natomiast tyleż chwalebna co zasmucająca ze względu na spadek znaczenia lokalnej tradycji oraz języka, które porzucane są dla masowej kultury anglosaskiej. Dobrym przykładem jest chociażby muzyka popularna w krajach skandynawskich czy Holandii – zespoły wykonujące ją w językach ojczystych należą tam do rzadkości. Polska kultura powoli zmierza w podobnym kierunku i upodabnia się do średniej europejskiej. Z jednej strony można się cieszyć bo tacy "bardziej światowi" jesteśmy, z drugiej trochę jest to smutne, że zatracamy w pewien sposób coś co nas odróżnia i stajemy się tacy jak wszyscy.

    Faktem, który mną samym wręcz wstrząsnął, jest natomiast liczba osób, które uczyły się języka niemieckiego w szkole – wynosi ona około 92%. Od lat 90. można zauważyć ogromny wzrost uczących się. W ciągu 25 lat, liczba mówiących w tym języku wzrosła ponad dwukrotnie. W tym wypadku uzasadniony zdaje się tytuł Polen ist Weltmeister im Deutschlernen [Polska jest mistrzem świata w nauce niemieckiego – tłum. aut.].

    92% się uczy. 1% może potrafi się nim posługiwać dobrze. Wiem co mówię, bo brak osób władających językiem niemieckim na właściwym poziomie jest przez ostatnie lata moją największą zmorą w pracy. Szczególnie martwi fakt, że nawet fakt studiowania czy dyplom germanistyki na UW (gdzie swoją drogą można już trafić nawet bez zdanej matury z niemieckiego) wcale nie jest gwarancją znajomości języka na poziomie umożliwiającym nawet wykonywanie w nim prostej, niemal mechanicznej pracy polegającej na rozmowach przez telefon na bardzo ograniczoną liczbę tematów.

    Pozdrawiam,
    Karol

    1. Karolu, a może coś więcej nt. tej pracy dla osób znających niemiecki? :-> trochę mam już dość usługiwania rozmaitym Schneiderom i Schmidtom :->
      Pozdrawiam

      1. Mogę jedynie powiedzieć tyle, że mamy z punktu widzenia rynku pracy w Polsce naprawdę niedosyt osób mówiących po niemiecku bardzo dobrze. Praca niekoniecznie natomiast musi oznaczać usługiwanie, a nawet jeśli to nie potrafiłbym jednocześnie powiedzieć, że wspomniany przez Ciebie Schneider/Schmidt jest gorszy od potencjalnego Kowalskiego/Nowaka – skłaniałbym się wręcz ku temu, że niemiecki stosunek do wykonywanej pracy (pracować względnie mało, ale bardzo wydajnie) jest dużo bardziej ludzki niż to z czym mamy do czynienia w Polsce (pracować długo i byle jak). Ale to moje osobiste zdanie.

      2. Szczerze mówiąc liczyłem na konkrety w rodzaju "tu wyślij swoje cv!" ale nie będę się narzucać 🙂 A co do tej niemieckiej kultury pracy to miałem podobne do ciebie zdanie dopóki sam nie pojechałem i nie zobaczyłem na własne oczy 🙂 Owszem, Niemcy preferują pracować mniej, ale wydajniej, ale niekoniecznie musi to odnosić się również do ‚Gasterbeiterów’ 😉 Nikt tu nie ma nic przeciwko temu, aby Polacy, lub Rosjanie zasuwali rund um die Uhr. Oczywiście nie mówię tutaj o programistach, inżynierach itp. Podobnie jest ze słynną niemiecką punktualnością – Polak na spotkanie z Niemcem powinien stawić się dokładnie o czasie, ale oczekiwanie wzajemności może nie raz zirytować 😉 I ostatnia kwestia: polski rynek pracy cierpi na niedobór osób władających biegle niemieckim z prostego powodu: tacy ludzie prędzej, czy później zawsze wyjadą pracować za granicą – większość woli zarabiać więcej niż mniej 🙂
        Oczywście to tylko moje luźne przemyślenia i wnioski 🙂
        pzdr.

    2. +1 Karol, zgadzam się w całej rozciągłości.

      Ja np. pracując w firmie angielskiej, tworząc wiodące na rynku oprogramowanie do nauki języka angielskiego (używane przez kilka mln użytkowników na całym świecie) praktycznie poza regularnymi przeglądami zrobionej pracy (30 min. raz w tygodniu) i dyskusją nad kodem programu czy zgłoszonymi błędami lub usprawnieniami praktycznie nie używam angielskiego (ok. jest jeszcze literatura i fachowa pomoc z Internetu).

      I mimo tego nigdy nie zaliczyłbym do tzw. samodzielności językowej, chyba że wyłącznie w trybie pasywnym, tu radzę sobie na tyle dobrze, że nie utrudnia mi to życia.

      Posiadanie "native'a na wyłączność" a to jest moim zdaniem warunek konieczny, żeby się "rozgadać" jest problemem dla przeciętnego Polaka, nawet w dużym mieście. A niechęć do czatu i poznawania innych przez Internet dodatkowo to utrudnia.

      I dlatego dla mnie takim pomysłem jest ten wolontariat o którym pisałem. Można za darmo pokonwersować z ciekawymi ludźmi i dodatkowo być może nawiązać przyjaźnie które przetrwają dłużej.

  3. Mam parę uwag podobnych do wymienionych przez Karola. "Wyniki badań społecznych" to bardzo ciekawe zjawisko a najciekawsze w nim jest to, kto i w jaki sposób je przeprowadza. Za Gierka polska gospodarka była "oczywiście" w światowej czołówce, dziś, słuchając rządowych "ekspertów" jest jeszcze lepiej i bogaciej. Ale średnia krajowa ponad 4000 zł. jest w pewnych regionach marzeniem chyba 98% zdolnych do pracy.
    To samo mamy ze znajomością angielskiego, te badania ktoś chyba przeprowadza na elicie najlepiej wykształconych i zatrudnionych warszawiaków. Bo biorąc już polskich londyńczyków czy manchesterczyków wyniki będą kilkakrotnie gorsze, a czasem wręcz tragiczne. Ale ci, co najwyżej, są młodzi ale już nie koniecznie wykształceni i rzadko z wielkich miast.
    No i oczywiście co ma do rzeczy odsetek uczących się języka- w mojej klasie z technikum 95% absolwentów znało z niemieckiego jedno zdanie, zresztą i tak po polsku- "Rzeczowniki w języku niemieckim piszemy wielką literą!"

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ