Meksykanie i ich język: prawdy, półprawdy, ćwierćprawdy i słówka-jokery

carnaval-en-huejotzingo

Carnaval en Huejotzingo, José Chávez Morado, 1939

Jako że mój dzisiejszy tekst jest naturalną kontynuacją i uzupełnieniem poprzedniego, tym razem wejdę w temat niemalże z marszu. Tytuł mówi wszystko: postaram się uporządkować nieco fakty dotyczące meksykańskiej wersji hiszpańskiego, konfrontując je z różnymi obiegowymi opiniami krążącymi w sieci. Przekonacie się, że nie każda taka obiegowa opinia musi być… kłamstwem. Zapoznam Was też z kilkoma wybranymi słówkami-jokerami, kolokwializmami, które mogą oznaczać dosłownie wszystko i na punkcie których Meksykanie mają najprawdziwszą obsesję. Ale zrobię coś jeszcze. Przerwa świąteczna, która na chwilę wyrwała mnie z półświatka studentów iberystyki i wrzuciła w wir kontaktów z osobami niemającymi nic wspólnego z językiem hiszpańskim w jakiejkolwiek postaci, skłoniła mnie do kilku przemyśleń. Jeśli należycie do tej grupy, a z jakichś powodów czytacie moje słowa, pierwsza połowa artykułu będzie dedykowana właśnie Wam. Co konkretnie zamierzam zrobić? Zmierzę się ze stereotypowym obrazem Meksyku i jego mieszkańców i nawet wytypuję winnego rozpowszechniania dużej części tych stereotypów: są to mianowicie Stany Zjednoczone i ich wszędobylskie hollywoodzkie produkcje.

 

ILE JEST PRAWDY W STEREOTYPACH NA TEMAT MEKSYKU I JEGO MIESZKAŃCÓW?

 

Drodzy anglofile, jakie są Wasze pierwsze skojarzenia na dźwięk słów Meksyk, Meksykanin? Pomijamy oczywistości typu tequila, mariachi czy Matka Boska z Guadalupe. Co zostaje? Nielegalni imigranci w USA? Średnio rozgarnięci furiaci, którym daleko do wszelkiej racjonalności czy poczucia humoru? Przemoc? Narkotyki? Machismo, czyli po naszemu seksizm połączony z kultem samca? Myślę, że wszystkiego po trochu. Oczywiście skłamałabym, gdybym stwierdziła, że zjawisko machismo (obecne, rzecz jasna, także w wielu innych krajach Ameryki) to już tylko bajki z przeszłości. Weźcie jednak pod uwagę, że równe traktowanie kobiet i mężczyzn to bardzo częsty przedmiot debaty i kampanii społecznych, obecny na co dzień w mediach. Powoli coś się zmienia. No i te prezenterki radiowe, których słucham, nie brzmią zupełnie jak kobiety gnębione. Pamiętajcie też, gdzie i w jakich czasach urodziły się Frida Kahlo i María Grever, Artystki w każdym calu, także pod względem trybu życia i swobody obyczajowej, które w dodatku odniosły niekwestionowany sukces (no dobrze, ta druga nie siedziała na tyłku w Meksyku, jeździła trochę po świecie. Ale wracała).

W kwestii przemocy i handlu narkotykami też nie będę mydlić Wam oczu: problem oczywiście istnieje i jest duży, wystarczy posłuchać radia bądź zajrzeć do prasy: zdarza się, że ludzie znikają bez wieści, po czym zostają znalezieni martwi, istnieją strefy, w których policja jest bezsilna, a dziennikarze za poruszanie pewnych tematów otrzymują groźby śmierci. Jednak za każdym razem, kiedy pytałam którąś z kilku poznanych osób mieszkających w różnych częściach kraju (Guanajuato, Guadalajara, Hermosillo, Miasto Meksyk), spotykałam się z jedną i tą samą, ciekawą z punktu widzenia psychologii odpowiedzią: tak, w Meksyku ogólnie jest bardzo niebezpiecznie, ale na szczęście problem ten nie dotyczy miasta, w którym mieszkam. Jasne, że takie odpowiedzi nie zamykają tematu, ale przynajmniej pokazują, że to nie wygląda tak, że każdy boi się wyjść na ulicę. Co do nielegalnych imigrantów (albo emigrantów, zależnie od punktu odniesienia), ostrożnie powiem tylko tyle: naprawdę nie każdy Meksykanin marzy o tym, żeby za cenę życia osiedlić się w Stanach Zjednoczonych. Mało tego, w ostatnich latach więcej Meksykanów wraca ze Stanów niż do nich emigruje. (Specjalnie dla Was znalazłam artykuł po angielsku). Więcej miejsca chcę poświęcić owemu nieszczęsnemu i najbardziej krzywdzącemu stereotypowi furiatów.

Kilka razy słyszałam od Was, drodzy anglofile, że uczę się języka ludzi, którzy nie potrafią myśleć racjonalnie, na wszystko reagują natychmiastową furią i są oczywiście głupi oraz całkowicie pozbawieni poczucia humoru. Tak, dzieciństwo z Hollywoodem zostawia ślady na całe życie. I, cóż, wszelkie próby udowodnienia, że A nie jest B zawsze kończą się tym samym: porażką, dlatego uważam, że nie warto ich podejmować. Mogłabym poszukać badań porównujących mieszkańców różnych państw pod kątem cech osobowości Wielkiej Piątki (a wśród nich impulsywności i otwartości), ale wierzcie mi, że każde wyniki tego typu badań można zakwestionować – oczywiście wynikami badań, które pokazują coś przeciwnego. Mogę za to przedstawić Wam Meksykanów i ich kraj takim, jakim go widzę ja. Nie muszę chyba zaznaczać, że nie roszczę sobie pretensji do jakiejkolwiek obiektywności, daleko mi do bycia ekspertką. Nie twierdzę nawet, że obalę jednoznacznie nasz ostatni stereotyp, bo i nie obaliłam poprzednich – jedyne, co mogę zrobić, to pokazać, że jest on w najgorszym razie mocno przesadzony. I że wśród Meksykanów niezwykle łatwo znaleźć osoby z ogromnym poczuciem humoru i dystansem do siebie oraz zdrowym (no dobrze, czasem też niezdrowym, choćby dla wątroby) podejściem do otaczających problemów.

Jak zatem jawi mi się Meksyk? Jako kraj ludzi, którzy:

1. Specyficznie traktują nie tylko śmierć, ale i życie (jedno z drugim jest najprawdopodobniej ściśle powiązane). Widać to w najprzeróżniejszych wytworach kultury i popkultury – począwszy od twórczości największych pisarzy i poetów, aż po motywy wszechobecne np. w serialach, słychać w tematach podejmowanych w audycjach radiowych, czuć w kontaktach z meksykańskimi znajomymi: ta często spotykana postawa bycia nieco poza głównym nurtem rzeczywistości. Przecież życie to pasmo cierpienia, niedogodności i zasadzek, ale nie sposób od niego uciec, tak jak nie sposób uciec od samego siebie, dlatego trzeba się kurczowo chwytać wszystkiego, co daje wytchnienie, a nawet czasem chwile szczęścia: czarny humor, zatracanie się w ulubionych aktywnościach bądź w zabawie i oczywiście zamiłowanie do używek. Warto tu dodać, jako ciekawostkę, że ceny alkoholi w barach (lub antros) są na tyle niskie, że nawet zarabiający dorywczo student może sobie pozwolić na całonocne przemieszczanie się ze znajomymi z baru do baru. Czasem zabawa zaczyna się już w czwartek i trwa, z przerwą na piątkowy wypad do szkoły albo pracy na kacu, aż do końca weekendu. Taki czwartek ma wtedy nawet swoją specjalną nazwę: juebebes (od jueves – czwartek i beber – pić) bądź viernes chiquito (malutki piątek).

2. Mają swoje liczne obsesje i uwielbiają o nich mówić, prześcigając się w niezwykle celnym uchwycaniu istoty każdej z nich. Niezależnie, czy będzie chodziło o jedzenie, seks, matkę, śmierć, sąsiada-molocha z północy, czy też słówka-jokery (które z kolei są metaobsesją, bo odzwierciedlają wszystkie wyżej wymienione plus parę innych), chcąc przyjrzeć się bliżej którejś z nich, zawsze możecie być pewni, że znajdziecie niezliczone artykuły i kilometrowe dyskusje na forach internetowych. I że czytając, zawsze będziecie co najmniej chichotać. Na próbę obejrzyjcie sobie uważnie ten gif, bardzo chętnie udostępniany przez Meksykanów w rozmaitych mediach społecznościowych, a poświęcony obsesji dodawania do wszystkiego soku z limonki.

3. Jeśli nie lubią swojej pracy, mówią o tym otwarcie. A słyszę mediach co chwila, że blisko 50% Meksykanów nie lubi swojej pracy i ma z jej powodów poważne problemy natury psychosomatycznej. I wiecie co? Założę się, że w naszym kraju jest podobnie, ale u nas praca to świętość, a problemy z nią związane to temat tabu. Tymczasem w Meksyku do programów radiowych zapraszani są eksperci (lekarze, psychologowie), którzy nawet jeśli nie potrafią zaproponować najlepszych rozwiązań, to przynajmniej rzetelnie analizują problem i nazywają rzeczy po imieniu. (A skoro o nazywaniu mówimy, obok rzeczownika trabajo, w mowie potocznej równie często możecie spotkać się ze słowem chamba, czyli bardziej kolokwialnym synonimem tego pierwszego).

 

Zmęczony głosowaniem na szczury? Zagłosuj na kota...

Zmęczony głosowaniem na szczury? Zagłosuj na kota…

4. Na partie polityczne mówią ratas (szczury) ze względu na korupcję. Fakt ten wykorzystali w zeszłym roku mieszkańcy miasta Xalapa, stolicy stanu Veracruz, proponując przy okazji lokalnych wyborów jako kandydata kota, który zrobi ze wszystkim porządek. El Candigato Morris (candigato to gra słów bazująca na połączeniu candidato – kandydat i gato – kot) zyskał sławę w całym Meksyku, pisano o nim także w USA i Kanadzie i stał się bohaterem internetów. Hasła wyborcze Morrisa to np.: "Zmęczony głosowaniem na szczury? Zagłosuj na kota", "Xalapa bez szczurów? Morris może. Potwierdzone doświadczenie", "Powinieneś zagłosować na inne zwierzę". Wydarzenie wzbudziło oczywiście chwilowe ożywienie i liczne ogólnokrajowe dyskusje, ale jak to przeważnie w różnych miejscach na świecie bywa, dyskusje stopniowo przycichły i chyba nic z nich nie wynikło. Niestety.

5. A poza tym, jak już wspomniałam, Meksykanie są sympatyczni, otwarci, pomocni. Do tego są chorobliwie niepunktualni (słynne ahorita doczekało się setek analiz, wykresów, poematów, czego tylko chcecie) oraz zrobią wszystko, powiedzą rzecz najdziwaczniejszą, żeby tylko uniknąć bezpośredniej odmowy (jeden z moich kolegów np. upodobał sobie pranie ciuchów – jeśli twierdzi, że idzie prać i zaraz wraca, ale potem na pewno prześle mi obiecany link, to już wiem, że żadnego linka się nie doczekam).

Mam nadzieję, że przynajmniej trochę udało mi się zachwiać jednowymiarowymi i niezbyt przyjemnymi stereotypami na temat Meksyku i jego mieszkańców – oczywiście wśród tych z Was, którzy je sobie hodowali; pozostałym mam nadzieję, że zapewniłam po prostu w miarę interesującą lekturę. Najwyższa pora na kolejny punkt programu.

 


 

HISZPAŃSKI MEKSYKAŃSKI: KILKA POPULARNYCH OPINII I KILKA SŁÓWEK-JOKERÓW

Uczycie się hiszpańskiego? Na pewno wcześniej czy później zetkniecie się – a najprawdopodobniej już się zetknęliście – z przekazywanymi w formie ciekawostek z cyklu "A czy wiedzieliście, że…?", stwierdzeniami na temat meksykańskiej bądź też – szerzej – latynoamerykańskiej wersji języka. Jak to z obiegowymi opiniami (które w czasach Internetu rozpowszechniają się z zawrotną szybkością) bywa, różnią się one między sobą pod względem stopnia zawartości prawdy. Przyjrzyjmy się im zatem po kolei i ustalmy, ile tej prawdy, w odniesieniu do hiszpańskiego meksykańskiego zawiera każda z nich.

1. Nie używa się formy vosotros. Prawda! Forma ta w ciągu wieków najzwyczajniej w świecie zanikła w codziennym użyciu (jak ktoś zna hiszpański i lubi naukowo i z tabelkami, polecam link). Dla 2. i 3. osoby liczby mnogiej stosuje się formę ustedes z jej normalną odmianą.*) Jakie to wygodne, prawda?

2. Nie używa się czasu pretérito perfecto compuesto (he dicho, he estado), zastępując go pretérito indefinido (dije, estuve). Półprawda. Faktem jest, że Meksykanie nie są aż tak przywiązani do czasu złożonego jak Hiszpanie, żeby używać go do opisu wszystkich czynności, jakie odbyły się w zasięgu ostatnich kilkunastu godzin, aż do – patrząc wstecz – pewnego magicznego momentu, kiedy zeszła noc przechodzi we wczoraj i już można zacząć opowiadać normalnie, czyli w czasie przeszłym prostym. Tym niemniej, w innych kontekstach, tych realnie powiązanych z teraźniejszością, w odniesieniu do czynności jeszcze potencjalnie niezakończonych, jak najbardziej możecie usłyszeć Meksykanina używającego pretérito perfecto. Prezenterka porannej audycji radiowej, mówiąc o dotychczas otrzymanych wiadomościach od słuchaczy, powie: los mensajes que he recibido. Audycja się jeszcze nie skończyła, wiadomości cały czas przychodzą. Kolega na chacie facebookowym, pytając o to, jak mi idzie na uczelni, zapyta: ¿cómo te ha ido en la uni?, czyniąc optymistyczne założenie, że nadal studiuję. Serialowy zabójca na zlecenie zapyta swojego nowego ucznia ¿has matado? i możecie mieć pewność, że nie będzie to pytanie o to, czy właśnie zabił kogoś dziś po śniadaniu, a o to, czy zrobił to kiedykolwiek w życiu. Oczywiście wiele zależy od okoliczności i samej wypowiadającej się osoby (jej wykształcenia, wrażliwości językowej itp.), ale wierzcie mi, że Meksykanin używający czasu przeszłego złożonego nie jest zjawiskiem rzadkim. Tutaj też mam link dla osób czytających po hiszpańsku i chcących zgłębić temat od strony bardziej naukowej.

3. W miejsce hablar używa się platicar. Półprawda. A może nawet mniej niż pół. Platicar to oczywiście słowo bardzo meksykańskie i bardzo popularne, nie wyparło jednak zwykłego, powszechnie znanego hablar, które w dodatku ma o wiele szersze zastosowanie. Platicar może być synonimem hablar w znaczeniu: rozmawiać, mówić (o czymś), ale może też znaczyć: (o)powiedzieć (coś komuś). I tu właśnie tkwi haczyk. Platicamos de las drogas – rozmawialiśmy o narkotykach, ale: mi amiga me platicó que… – moja przyjaciółka (o)powiedziała mi, że… Zainteresowanym mogę polecić porównanie definicji hablar i platicar w DEM.

4. Na koniec zostawiłam przekonanie chyba najdziwniejsze, z którym jednak spotkałam się kilka razy w życiu. Żeby dokładnie ująć jego istotę, zacznę od opisu pewnej sytuacji: kiedy zaczynałam naukę hiszpańskiego, zetknęłam się raz, w okolicznościach dla opowieści nieistotnych, z pewnym dialogiem. Dialog ten, śledzony przez kilka osób, zawierał sporo (jak na moje ówczesne standardy) kolokwializmów, przez co odbierałam go jako trudny do zrozumienia. W pewnym momencie ktoś uśmiechnął się ironicznie i rzucił: "Ach, ci Latynosi!". Problem w tym, że wszelkie znaki na niebie i na ziemi wskazywały, że mamy do czynienia nie z Latynosami, a z rodowitymi Hiszpanami. No cóż, plusy tamtego zdarzenia są dwa: mam teraz o czym pisać, a poza tym pamiętam do dziś, że pasta dla Hiszpanów to takie kolokwialne dinero, czyli pieniądze (po meksykańsku to będzie lana, gdyby ktoś pytał). A owo dziwne przekonanie można najkrócej zapisać jako: meksykanizm (lub szerzej: amerykanizm) <=> kolokwializm. Oczywiście ujęte w ten sposób nie zawiera ani grama prawdy. Każdy wariant danego języka ma swoje kolokwializmy, zazwyczaj to właśnie ich zrozumienie przysparza najwięcej problemów, kiedy nie jesteśmy do danego wariantu przyzwyczajeni. Ale przecież język nie składa się z samych kolokwializmów. Młoda Meksykanka, która mówi do koleżanki, używając słów: neta, lana, pendeja, bez najmniejszych problemów powie: verdad, dinero, tonta, jeśli tego będą wymagały okoliczności.

 

El Comodín. Bardzo meksykański joker. Autor: diablillo71

Bardzo meksykański joker. Autor: diablillo71

A teraz pora na gości specjalnych programu, czyli cztery meksykańskie słówka-jokery. W ramach krótkiego wprowadzenia warto wyjaśnić, co to za stwory i czym charakteryzuje się gatunek, z którego się wywodzą. Otóż słówka-jokery jako takie nie są oczywiście niczym specyficznie meksykańskim, podejrzewam, że pojawiają się, a wręcz panoszą, w każdym języku. W polskim na pewno. Wiecie, co to jest joker. To taka karta, która może zastąpić w grze dowolną inną kartę. Słowo-joker może być dowolną częścią mowy – rozpoznacie je po tym, że liczba jego znaczeń jest w zasadzie nieskończona. Pamiętacie pewnie z edukacji szkolnej taki koszmarek jak wypracowania z serii "Scharakteryzuj postać X z lektury Y". I pamiętacie, czego należało się wystrzegać przede wszystkim: nadużywania czasowników "był(a)" i "miał(a)". Czyli właśnie słów-jokerów. Każdy obiekt (rzecz – kolejne słowo-joker), ożywiony i nieożywiony, a nawet byt abstrakcyjny, jest, choćby przez sam fakt, że istnieje, a także ma jakieś właściwości (czasem, z dwojga złego, lepiej żeby je miał, niż posiadał).

Słowa-jokery, te najbardziej neutralne, kojarzą się raczej z ubóstwem językowym niż z jego bogactwem. Sprawa przybiera nieco inny obrót, kiedy dochodzimy do kolokwializmów, zwłaszcza tych o zabarwieniu wulgarnym. Widziałam kiedyś rewelacyjną grafikę pokazującą, jak zmienia się znaczenie polskich czasowników – tych na j, p i k, których wypowiadać w kulturalnym towarzystwie nie wypada – wraz ze zmianą przedrostków (prze-, za-, wy-, u-, o-, od-). To naprawdę piękne rodziny słów-jokerów, pokazujących bogactwo słowotwórcze naszego języka.

Meksykańskie słówka-jokery, które zaprezentuję, to kolokwializmy, które mogą być wykorzystywane w połączeniach o zabarwieniu wulgarnym (nr 3 i zupełnie niewinny nr 2) bądź same w sobie są lub bywają wulgaryzmami (nr 4 i nr 1). Warto jednak pamiętać, że w Meksyku (jak i w Hiszpanii i – podejrzewam – w pozostałych krajach hiszpańskojęzycznych) wulgaryzmy mają zupełnie inny, mniejszy ciężar gatunkowy niż w Polsce – co nie znaczy oczywiście, że można ich używać wszędzie i bez ograniczeń, ale to chyba wynika z definicji wulgaryzmu.

4. Pedo

To słowo w Meksyku może mieć różne oblicza. Niekiedy oznacza problem. ¿Cuál es tu pedo? – Jaki masz problem? – zapyta zniecierpliwiony zachowaniem kolegi drugi kolega. No hay pedo – nie ma problemu. Pedo, czasem również w formie żeńskiej peda, to także borrachera, czyli po naszemu popijawa. Efektem takiej popijawy może z kolei być stan, w którym ktoś está pedo albo – żeby było całkowicie po meksykańsku – anda bien pedo, co oznacza, że jest nieźle wstawiony. Innymi słowy, pijany. I pomyśleć, że w swoim podstawowym znaczeniu, pedo to po prostu bąk (tak, ten o niemiłym zapachu).

3. Güey albo wey

Jeśli chcecie rozpętać dyskusję na 50 ekranów, zapytajcie na jakimś meksykańskim forum dyskusyjnym, która z dwóch wersji pisowni jest tą poprawną, głosy podzielą się niemal po równo, a argumenty obu stron będą naprawdę ciekawą, choć do samej sprawy niewiele wnoszącą lekturą. Ja, za moimi dwoma słownikami, będę używała formy güey.

W najprostszym i najbardziej ogólnym ujęciu güey oznacza dowolną osobę, niezależnie od płci i wieku. W praktyce jednak sprawy nie wyglądają aż tak prosto. Pomijając już wszelkie implikacje tego, że mamy do czynienia z kolokwializmem, co oznacza, że nikt nie zwróci się w ten sposób do swojej babci czy szefa – to czy można nazwać tak dobrą koleżankę? Tu też zdania będą podzielone. Jedni stwierdzą, że jak najbardziej tak, w końcu mamy równouprawnienie, inni zastrzegą, że jeśli już, to raczej w formie güeya, a jeszcze inni/inne powiedzą, że nigdy w życiu, że sobie nie życzą i że güey to określenie zarezerwowane wyłącznie dla młodych mężczyzn i nastoletnich chłopców. Wśród ostatnich można zresztą wyróżnić trzy stopnie zażyłości znajomości: 1) usted (pan), 2) (ty) i 3) güey.

Żeby jeszcze bardziej skomplikować: wyobraźcie sobie grupkę Meksykanów, przyjaciół, jadących samochodem, którym na drogę wychodzi i zaczyna do nich machać grupa innych, nieznanych osób. Jakie pytanie padnie najprawdopodobniej z ust któregoś z tych z samochodu? Ni mniej ni więcej, tylko: ¿Qué quieren esos güeyes? Czego chcą ci kolesie? Kolesiami może zostać także towarzystwo płci mieszanej. Co jednak by się stało, gdyby były tam same dziewczyny? (To pytanie retoryczne).

2. Madre

Matka. Mówi się, że jest tylko jedna, ale w hiszpańskim meksykańskim powiedzenie to najwyraźniej nie ma zastosowania, gdyż aż roi się w nim od madres. Co to jest madre? To… rzecz. Dowolny obiekt, który możemy wskazać, a którego z różnych powodów w danym momencie nie chce nam się nazywać. Wihajster. To takie coś. Pásame esa madre. No, no, la otra. Podaj mi to coś. Nie, nie, to drugie.

Ale to nie wszystko. Meksykańska matka ma naprawdę wiele postaci. Me vale madre(s), niekiedy skrócone do me vale oznacza: jest mi obojętne. Do kogoś, kto zachowuje się, jakby nie miał wstydu, zamiast zwyczajnego eres un sinvergüenza można powiedzieć: no tienes madre. Z kolei no entiendo ni madre to inaczej no entiendo nada, czyli nic nie rozumiem. I wreszcie: a toda madre – to coś prawie jak padre, a zatem coś świetnego, co nam się bardzo podoba.

I wierzcie mi, że tego jest więcej, dużo więcej, nawet jeśli pominąć banalne i powszechnie używane wulgaryzmy typu puta madre.

1. Chingar y sus derivadas (i jego pochodne)

To słowo, a raczej cała rodzina słów otrzymuje zasłużone pierwsze miejsce w moim prywatnym (i wszystko wskazuje, że nie tylko moim) rankingu. Nikt nie opisze, czym jest la chingada i czasownik chingar tak dobrze, jak rodowity Meksykanin, autor poświęconego im artykułu, którego fragmenty zacytuję w tłumaczeniu własnym:

Chingar
Czasownik regularny, synonim wszystkiego, co możecie sobie wyobrazić, a także tego, czego nie możecie. Szczególnie przydatny do wyrażania radości, gniewu, frustracji, euforii, znudzenia, smutku i obojętności. To największy joker w hiszpańskim meksykańskim. Jego znaczenie może, albo i nie, zależeć od zdania lub kontekstu, w którym się go używa i może przybierać różne formy gramatyczne (…)

La chingada
Mityczne miejsce, do którego trafia się prościutko i bez przesiadek. Częściej zdarza się, że to ktoś wysyła cię pod ten adres, niż że chcesz tam iść sam, choć to też jest dozwolone. Jeśli sama chingada jest tą, która właśnie cię zabiera**), jest to oznaką złego losu.

Czasownik chingar i jego pochodne najlepiej jest poznawać stopniowo, inaczej umyka nam duża część zabawy. (Już teraz czuję się, jakbym Wam spoilerowała dobry film, ale trudno, zresztą i tak wszystkiego nie zaspoileruję). U mnie zaczęło się chyba od zasłyszanego gdzieś w serialu vete a la chingada (patrz: cytowana definicja). Ledwie zdążyłam się przyzwyczaić, a doszły chingaderas, czyli rzeczy kiepskiej jakości, a przynajmniej za takie uznane aktualnie przez osobę mówiącą. A zaraz potem ¿qué chingados? jako wyraz zaskoczenia pomieszanego ze złością. I me chingué la moto – zepsułem sobie motocykl. I, dla odmiany, eres un chingón, jako wyraz podziwu. I tak dalej, aż myślałam, że wiem już naprawdę sporo, dopóki nie przeczytałam gdzieś słów: hace un chingo de calor. No tak. Un chingo. Jest w cholerę gorąco. A teraz, kiedy to piszę, hace un chingo de frío. I już naprawdę przestaję spoilerować, jeśli chcecie więcej przykładów (po hiszpańsku), to zachęcam do klikania w link tam wyżej.

 

Oczywiście la chingada doczekała się rozmaitych, w tym całkiem poważnych opracowań. Zajął się nią swego czasu też Octavio Paz, którego duch unosi się nad poruszanymi w tym tekście treściami. Ale Octavio Paz i jego eseje, wiersze oraz opowiadania (!) to temat na osobny, rozbudowany artykuł. Może kiedyś, gdzieś.

 

——

*) Voseo w Meksyku, jako zjawisko marginalne, pomijam.
**) Chodzi o powiedzenie me lleva la chingada, znane też pod innymi postaciami, np. me lleva el tren,
którego używa się, kiedy w życiu dzieje się naprawdę, ale to naprawdę źle.

 

Zobacz także:

Czy Polak może (na)uczyć się hiszpańskiego meksykańskiego?
Co Polak może zaoferować światu? Wymiana nie tylko językowa
Angielski z kryminałem + wyznania językowej monogamistki
Będąc niemłodą już iberystką: pierwsze wrażenia ze studiów
Hiszpański na marginesach
Dlaczego warto oglądać obcojęzyczne "talent shows"

 

 

22 komentarze na temat “Meksykanie i ich język: prawdy, półprawdy, ćwierćprawdy i słówka-jokery

  1. Świetny artykuł. Ogólnie można zauważyć, że cała Ameryka Łacińska jest postrzegana przez ludzi bardzo powierzchownie. Tak jak w tym artykule- Meksyk to nielegalni imigranci, tequila, itp. Kraje typu Peru, Wenezuela postrzegane są jako jedna dżungla i siedlisko tylko i wyłącznie Indian. Bardzo podoba mi się przełamywanie tych stereotypów, sam się uczę hiszpańskiego, więc takie słówka i wyrażenia też jest dobrze poczytać. W imieniu wszystkich czytelników Proszę o więcej 😉 .

    1. @Zarpazo

      Dzięki. Śmieję się, że ten tekst to takie moje wooflowe "dzieło życia", długaśny i wielowątkowy jak nigdy 😉 Ale to dlatego, że planuję dłuższą przerwę. Jeśli interesują Cię kraje Ameryki Łacińskiej i odpowiada Ci taki (subiektywny i nieencyklopedyczny) sposób ich pokazywania, może wydłubiesz jeszcze coś interesującego z mojego cyklu: https://woofla.pl/category/psycholatino/

      Pozdrawiam

  2. Pozwolę sobie odświeżyć temat hiszpańskiego z Meksyku. Zrobiłem bowiem drobny eksperyment z hiszpańskim z Meksyku, którego rezultaty nieco zaskoczyły mnie, jak również chyba mocniej zdziwiły zapytanych rodowitych użytkowników hiszpańskiego, w tym z Meksyku. 🙂

    W pierwszej kolejności określiłem typową wymowę wszystkich głosek we wszystkich możliwych pozycjach w wyrazie w pięciu dialektach:
    – Madrid (Hiszpania)
    – Ciudad de México (Meksyk)
    – Medellín (Kolumbia – Andy)
    – Leticia (Kolumbia – Amazonia)
    – Santa Marta (Kolumbia – Karaiby)
    Następnie ułożyłem tekst po hiszpańsku zapisując go w IPA wedle wymowy w tych 5 różnych dialektach (nie wklejam, bo analizowane zapisy są zbyt długie, jak pewnie cały mój komentarz, ale jakby co, mogę zapisać w IPA coś niedługiego po meksykańsku). Na koniec obliczyłem procentowo wzajemne podobieństwo zapisów głosek w IPA i otrzymałem coś takiego:

    Madrid – Ciudad de México: 92,4%
    Madrid – Medellín: 56,8%
    Madrid – Leticia: 54,7%
    Madrid – Santa Marta: 47,7%

    Ciudad de México – Madrid: 92,4%
    Ciudad de México – Medellín: 55,6%
    Ciudad de México – Leticia: 52,9%
    Ciudad de México – Santa Marta: 52,6%

    Medellín – Leticia: 62,3%
    Medellín – Madrid: 56,8%
    Medellín – Ciudad de México: 55,6%
    Medellín – Santa Marta: 49,8%

    Leticia – Santa Marta: 76,9%
    Leticia – Medellín: 62,3%
    Leticia – Madrid: 54,7%
    Leticia – Ciudad de México: 52,9%

    Santa Marta – Leticia: 76,9%
    Santa Marta – Ciudad de México: 52,6%
    Santa Marta – Medellín: 49,8%
    Santa Marta – Madrid: 47,7%

    Przypominam sobie, że w jakichś internetowych dyskusjach zauważałem, że hiszpańskiemu z Hiszpanii jest nieco bliższy hiszpański z Meksyku niż hiszpański z Kolumbii. Dopóki tego nie policzyłem tak konkretnie, nie byłem świadomy, jakiej skali jest to różnica!!! Przecież wystarczy usłyszeć jedno zdanie, by niezawodnie odróżnić Madrid i CDMX. Okazuje się tymczasem, że gdy przychodzi określić tak konkretnie, w czym te wymowy się różnią i zapisać zdania w IPA, moje zapisy dla Madrytu i CDMX są zgodne w aż 92,4%.

    Chyba zrozumiałem skąd wziął się mit, że hiszpański amerykański różni się od hiszpańskiego z Hiszpanii (w domyśle z Kastylii) zmianą [θ] w [s̻] oraz [s̺] w [s̻]. Osoby uczące się hiszpańskiego amerykańskiego najczęściej uczą się meksykańskiego i jakkolwiek drobiazgowych różnic w stosunku do wymowy meksykańskiej jest więcej, raczej tylko te dwie są względnie powszechne w zdaniach. Głoska [θ] występuje jednak z umiarkowaną częstością, a jeszcze sporadyczniej pociąga za sobą modyfikacje jakichś kolejnych głosek, np. [n] -> [n̟]. Tymczasem /s/ najczęściej występuje na końcach wyrazów tworząc liczbę mnogą, a w tej akurat pozycji zarówno w Madrycie, jak CDMX, lekko się udźwięcznia do [s̬] na zasadach użycia, których ewentualnych różnic nie zdołałem ani dosłyszeć, ani odnaleźć w literaturze. Jeszcze jest słynne madryckie [x] przed /k/, którego bodajże jednak w szkołach nie nauczają (?). Odnośnie yeísmo, przyjąłem, że głoska [ʎ] w Madrycie wyszła z użycia, ale mimo to typowe wymowy "ll" w Madycie i CDMX się nieco różnią, zazwyczaj jako [j] vs. [ɟ͡ʝ]. Z rzadka występują inne różnice, np. dla CDMX czasem musiałem użyć [ɜ̟] w miejscu madryckiego [ɛ̝]. No i to są główne rzeczy, które ludzie podają jako "różnice pomiędzy Hiszpanią, a Ameryką", podczas gdy zdają się mieć na myśli centralny MEKSYK. Mimo wszystkich tych różnic podobieństwo w zdaniach wychodzi mi na poziomie 92,4%. Może przy solidnym gimnastykowaniu się z zapisem udałoby się zejść jeszcze kilka procent, ale podobieństwo rzędu powiedzmy 90% jest ogromne.

    Dla porównania wymowa z Madrytu z trzema wymowami z Kolumbii zgodna jest w moich zapisach w jedynie 47,4%, 54,7% i 56,6% – kolejno Karaiby, Amazonia, Andy. Tutaj różnic w stosunku do Madrytu jest mnóstwo. Okolice Medellín w Andach zasiedlone były głównie przez osadników z północno-wschodniej Hiszpanii (País Vasco, Navarra, Aragón) i stąd stosunkowo największe podobieństwo z Madrytem. Tymczasem okolice Santa Marty na Karaibach zasiedlone byby głównie przez osadników z połudnowo-zachodniej Hiszpanii. Kolumbijska Amazonia to już stosunkowo młodsze dialekty mieszane oparte na uprzednio wykształconych dialektach kolumbijskich i wyszedł mi wynik po środku. Znów się okazuje, że ludzie mówiąc o Ameryce mają na myśli Meksyk. Dla przykładu zarówno w Medellín (strefa andyjska), jak w Leticii (strefa amazońska), głoska /s/ najczęściej jest apikalna, a nie laminarna, wbrew temu co powszechnie podaje się dla "Ameryki".

    Pokazałem moje wyniki osobom z Meksyku i Kolumbii i były zdziwione. Meksykanka twierdzi, że hiszpański z Meksyku przypomina hiszpański z Gwatemalii i Peru, raczej niż hiszpański z Hiszpanii. Gwatemala – możliwe, nie wiem. Peru – nie obliczałem, ale spodziewam się raczej podobieństwa ledwie gdzieś rzędu 45-60% w peruwiańskich Andach, a na wybrzeżu chyba jeszcze mniej będzie niż w Andach. Ciekawe jest, że warianty hiszpańskiego z Peru i Meksyku dość często uchodzą za podobne. Zdarzyło mi się -ale było to baaardzo dawno temu- coś takiego zasugerować i oburzyć Peruwiankę twierdzeniem, że jej hiszpański brzmi podobnie do meksykańskiego. Odmiany hiszpańskiego z centralnego Meksyku i andyjskiej części Peru kojarzą się chyba przez to, że oba są w pewnym sensie "silnie spółgłoskowe", ale nie będą to do końca takie same spółgłoski. Wymowa samogłosek tymczasem bez wątpienia jest skrajnie niepodobna (po części dzięki wpływowi keczua na andyjską wymowę) i ostatecznie Meksykowi musi być bliżej do Hiszpanii, a Peru musi być bliżej do Kolumbii.

    Byłoby ciekawe dodać więcej lokalizacji w Meksyku (np. Jukatan), oraz dodać coś z południowej części Am. Pd. (np. Chile) i z południa Hiszpanii (np. zachodnia Andaluzja, Wyspy Kanaryjskie), ale to dla mnie póki co za wiele tygodni pracy z analizą głosek i za daleko od Kolumbii. 😛 Na położony na dalekiej północy Meksyk patrzyłbym jako na pomost pomiędzy Hiszpanią, a Am. Środkową i Południową w kontinuum dialektalnym. W tym ujęciu, jeśli ktoś nie jest zdecydowany, czy uczyć się hiszpańskiego z Hiszpanii, czy z Ameryki, wydaje się, że Meksyk może być rozwiązaniem. Meksykański bowiem niby jest amerykański, ale w rzeczywistości jest bardzo podobny do hiszpańskiego z Hiszpanii. W moich wyliczeniach najbardziej stabilne wyniki (tj. podobną odległość do wszystkich stref dialektalych) otrzymałem jednak w Medellín w kolumbijskich Andach (i przy okazji andyjski kolumbijski jest akurat moim dialektem). Myślę, że operując hiszpańskim z Medellín powinniśmy rozumieć wszystkich w miarę po równo od Hiszpanii, przez Kubę, po Chile.

  3. Bardzo ciekawa analiza, ale miałbym zastrzeżenia do metodologii. Porównujesz dwie stolicę, jedno duże miasto prowincjonalne i dwie dziury , gdzie używają poddjalektów któregoś tam stopnia, pomijasz standard Bogoty i stwierdzasz, że kolumbijski to nadwyraz odmienny hiszpański. Gdybyś poddał analizie język ludzi wykształconych we wszystkich stolicach hiszpanojęzycznych to otrzymałbyś dość podobne wyniki. Można by z tego sklecić standard panamerykański (właściwie to chyba jest coś takiego) i się uczyć. Dla nadgorliwych- język "telewizyjny" jednego z krajów. Nie uważam, że obcokrajowiec powinien zagłębiać się jeszcze niżej w dialekty, ale to może dlatego, że ja NIE CIERPIĘ dialektów. Nie wiem tylko czy dlatego, że mnie prześladują, cz prześladują mnie dlatego, że ich nie cierpię.😐

    1. Dzięki Night Hunterze za recenzję! 🙂

      To prawda, że nie uwzględniłem z analizie Bogoty, tj. stolicy Kolumbii, ale wynik może być odwrotny do tego, którego się spodziewasz. Przypuszczam, że Bogota będzie w wymowie odbiegała od Madrytu jeszcze silniej niż Medellín. Jak już wspomniałem, okolice Medellín czyli tzw. dialekt paisa bazuje na hiszpańskim z północno-wschodniej Hiszpanii, skąd pochodzili kolonizatorzy tych stron. Ponadto paisa uchodzi za dialekt wybitnie konserwatywny, pod wieloma względami archaiczny (choć analizowano to chyba głównie na tle leksykalnym).

      Wymowa w Bogocie w kolumbijskcih Andach jest ogólnie podobna do wymowy w Medellín w kolumbijskich Andach. Choć w Bogocie również jest stosunkowo duży udział północnej Hiszpanii (jak to ogólnie zwykło być w Andach), Bogota jednak zdaje się mieć stosunkowo silniejszą domieszkę hiszpańskiego z południa Hiszpanii niż ma to miejsce w przypadku Medellín. Dla przykładu /s/ w Bogocie to laminarne [s̻], podczas gdy w Medellín wymawia się apikalne [s̺] jak w Madrycie. W analizie nie uwzględniałem intonacji, ale np. intonacja pytań otwartych w Bogocie zwykła być wznosząca, podczas gdy w Medellín jest opadajcą jak w Madrycie. Obawiam się, że Bogota będąc wielką stolicą odbiega od Madrytu silniej niż "prowincjonale" Medellín, w którym do dziś uchowało się nieco archaizów pochodzących z północnej Hiszpanii.

      Inna sprawa, że dziś zarówno Bogota jak Warszawa daleko z tyłu stoją w rozwoju za Medellín, więc nie taka to prowincja. 😉 Mówi się, że jest to druga stolica Kolumbii i sam nie wiem, który z tych dwóch wariantów wymowy łatwiej jest usłyszeć w telewizji – to zależy. Nie na miejscu jest nazywanie dziurą też Santa Marty. Santa Marta to najstarsze europejskie miasto w Ameryce Pd. (tj. na kontynencie), więc pewną rolę mieć musiało i warto je w analizie językowej uwzględnić. Choć Santa Marta to dziś tylko pół miliona miszkańców, wymowa jest w zasadzie taka sama jak w sąsiedniej Barranquilli, gdzie są ponad dwa miliony mieszkańców. To jest ogólnie duży ośrodek ekonomiczy, kulturowy, itd.

      Jeśli chcesz, możesz się uprzeć, że Leticia to dziura. Ale to nie jest "dziura, w której używają poddialektu któregoś tam stopnia", lecz największe miasto w kolumbijskiej Amazonii, zaś Amazonia to kolejna obok karaibskiej i andyjskiej samodzielna strefa dialektalna. Czego "poddialektem" miałaby być Leticia? Popatrz na liczby:
      Leticia – Santa Marta: 76,9%
      Leticia – Medellín: 62,3%
      Leticia – Madrid: 54,7%
      Leticia – Ciudad de México: 52,9%
      Amazonia to samodzielna strefa dialektalna, a nie "poddialekt któregoś tam stopnia". Co ciekawe w mojej analizie Amazonia wylądowała bliżej Karaibów, które są geograficznie odleglejsze, a dalej od Andów, które są "sąsiednie" i posiadają stolicę kraju.

      Być może wąłączę do analizy Bogotę, ale najprędzej pod koniec tego miesiaca. Obecnie jestem pochłonięty transkrypcjami IPA nagrań w języku tikuna. Trafiłem ubiegłej nocy na dwa nagrania w dialekcie, o którym niemal nic nie wiadomo, gdyż nikt spośród kilku osób badających język tikuna się na nim nie skupił. Zaprawdę powiadam, że Leticia to stolica świata. Niewiele dni marszu od miejsca na nagraniu, nad którego analizą dziś będę siedział, strzelają do samolotów z łuku i nie wiedzą o istnieniu jakichś państw. 🙂

  4. Wziąłeś mój komentarz chyba zbyt dosłownie. Chodziło mi tylko o to, że gdy weźmiemy pod lupę wielką stolicę i prowincję innego kraju, to raczej zawsze będzie to tendencyjne. Wydawało mi się zawsze, źe to stolica jest najbliźsza standardu, ale skoro tak nie jest w Kolumbii- zwracam honor! Przeprosiłem też świętą Martę za dziurę przy wieczornym paciorku, pół miliona to nie przelewki!!!
    Dziwi mnie to, co piszesz o Peru- z tym wariantem miałem wiele kontaktów i był to dla mnie bardzo "miękki" hiszpański. Kiedyś nawet w Polsce rozmawiałem z pewnym Peruwiańczykiem raz po polsku, raz po hiszpańsku (chwaliliśmy się wzajemnie znajomością języków) i miałem wrażenie, że jego hiszpański jest tak zrozumiały, jakby mówił to polski student iberystyki olewający fonetykę. Oczywiście tematy (cywilizacje prekolumbijskie) nie były bardzo ważne do przetrwania (jak urzędy, gazownie, elektrownie itp), ale mimo wszystko kontrast z chilijskim i kubańskim, który również miałem, był ogromny.

    1. Pisząc o standardzie masz na myśli "standard panamerykański", którego możliwość sklecenia -z którą się nie zgadzam- zasugerowałeś w poście powyżej? Czy też pisząc o standardzie masz na myśli najbardziej prestiżową wymowę w obrębie danego kraju w odczuciu mieszkańców tegoż kraju?

      Bywa, że modelem wymowy jest stolica, ale nie zawsze tak jest. W Ekwadorze większym prestiżem cieszy się wymowa z Guayaquil na wybrzeżu niż ze stolicy czyli z Quito w Andach. Stolice Wenezuelii i Peru same leżą na wybrzeżu. Tymczasem w Ameryce Południowej wybrzeże karaibskie i pacyficzne ma w wymowie (i nie tylko w wymowie) akurat silniejsze związki z Andaluzją niż z Kastylią, podczas gdy historycznie większy wpływ mowy z Kastylii był w Andach.

      W Kolumbii tzw. wykształceni ludzie z dużych miast mówią różnie w zależności od regionu, z którego pochodzą. W Peru najogólniej rzecz biorąc są te same ciągnące się strefy dialektalne co w Kolumbii i Ekwadorze: wybrzeże, Andy, Amazonia. Różnice w wymowie w obrębie Peru są znaczne, więc pewnie wiele zależy od tego, skąd pochodzi Twój znajomy Peruwiańczyk. Nie jest dla mnie bardzo jasne, co ludzie mają na myśli mówiąc o mowie z Peru – ten kraj zazwyczaj kojarzy się z Andami, ale główne miasto leży akurat na wybrzeżu, gdzie mówi się kompletnie inaczej niż w Andach. Dodam, że w peruwiańskiej Amazonii leży ponad półmilionowe miasto Iquitos, gdzie mówi się w amazońskim hiszpańskim. Hiszpański w peruwiańskiej Amazonii jest w wymowie bliższy hiszpańskiemu z kolumbijskiej Amazonii niż hiszpańskiemu z Limy i owszem mam tu na myśli tzw. wykształconych ludzi.

      Jak miałby wyglądać panamerykański standard wymowy nie wiem, zważywszy choćby na to, że już tylko na tym obszarze stolice stoją w różnych strefach dialektalnych, czasem w górach, czasem na wybrzeżu, a kiedy indziej leżą w jednym miejscu, podczas większy prestiż ma wymowa z innego miejsca poza stolicą… Meksyk tymczasem to już zupełnie inny hiszpański, po drodze jest Am. Środkowa. Są też krańce południowe, Argentyna, Chile, Paragwaj, itd. Jakikolwiek standard z tego posklejasz, będzie on brzmiał tak obco dla wszystkich, że równie dobrze można mówić "w dialekcie" i pewnie będzie to w nauce praktyczniejsze.

      Nawiązałem wyżej do intonacji pytań otwartych:
      Miasto Meksyk, Bogota – intonacja wznosząca
      Caracas, Lima – intonacja opadająca

      Ale już w Guadalajarze w Meksyku i w Medellín w Kolumbii intonacja tu będzie opadająca odwrotnie niż w stolicach… Ciężko określić zasady wymowy nawet dla kraju.

      1. W związku z podobieństwem hiszpańskiego andyjskiego i meksykańskiego, natrafiłem dziś na ciekawe nagranie z Boliwii. Nie wiem, jaka wymowa jest wzorcowa w Boliwii i pytanie takie nie ma dla mnie sensu, gdyż w rzeczywistości każdy będzie wymawiał po swojemu. Największym miastem Boliwii nie jest stolica, lecz Santa Cruz de la Sierra na podgórzu andyjskim. Pomiędzy Andami, a Amazonią? Tutaj nagranie tzw. wykształconego użytkownika z Santa Cruz:

        https://www.youtube.com/watch?v=dtp-8uV1fT8

        Czy ta mowa jest przejrzysta? Dla mnie ogólnie tak. Czy ta mowa jest podobna do meksykańskiej? Dla mnie nie.

        Na nagraniu /a/ jest nieco bardziej cofnięte niż w CDMX, do tego w pozycjach nieakcentowanych jest bardziej otwarte niż w CDMX. Głoski /e/ i /o/ zawsze i wszędzie są bardziej zamknięte niż w CDMX. Do tego pojawia się sporo nasalizacji samogłosek w pozycjach, w których nie nasalizują się w CDMX, co przy okazji wiąże się w różnych miejscach z odmienną wymową /n/ i /m/ niż w CDMX.

        Także samogłoski podobne nie są.

        Wymowa /s/ jedynie na początku wyrazu jest podobna do tej w CDMX. W innych pozycjach /s/ często albo ulega aspiracji, albo się czasem udźwięcznia, przy czym o ile w CDMX udźwięcznia się /s/ w pozycji finalnej, tutaj tendencję do udźwięczniania ma /s/ międzysamogłoskowe i przed niektórymi spółgoskami. Ostatecznie /s/ na nagraniu w większości jest inne niż w CDMX. Ponadto słychać aspirację /k/ w różnych miejscach. (Ciekawe, czy może jest to jakiś wpływ aimara… W sumie sam też wzoruję się na aspirowaniu /k/.) Wymowa "ll" i "y" jest bardzo niepodobna do CDMX. Tutaj czeka pewna niespodzianka dla tych, co się wsłuchają… Głoska /f/ jest bardziej bilabialna, podczas gdy w CDMX jest bardziej labiodentalna. Głoska /ð/ w pozycjach międzysamogłoskowych jest wyraźnie słabsza niż w CDMX. W moim odczuciu głoska /x/ się nieco różni od tej w CDMX, ale tu musiałbym się więcej wsłuchać.

        Pewnie można wyszukać tego więcej… Ostatecznie przy większości samogłosek odmiennych, oraz wielu różnicach w popularnych spółgłoskach, chyba nie dociągniemy nawet do podobieństwa rzędu 50%. To jest zupełnie innych hiszpański i to raczej jest "wykształcony użytkownik". 😛

  5. P.S. Intonację meksykańską też by się dało przeanalizować i porównać. Widziałem takie projekty obejmujące Meksyk np. tutaj:

    http://liceu.uab.es/~joaquim/phonetics/fon_esp/variacion_fonetica_espanol.html#variacion_patrones_melodicos_esp

    Niestety z takich wykresów ciężko jest się nauczyć tak konkretnie wymowy. Zrobiłem więc dziś eksperymentalnie transkrypcję ze słuchu paru zdań po hiszpańsku (wariant z Medellín) w identyczny sposób, w jaki się uczę języka tikuna, czyli z zapisem tonów dla każdej sylaby. Wyszło mi coś takiego:

    Oiga, Patricio… Muchas gracias. Eh, si quiere, váyase a descansar. Después miramos cómo rescatamos las otras cámaras, ¿sí?

    o̞i̯˧.ɣɐ˩‿pɐ̠˩˨.t̪ɾi̞˥.s̺jʊ̞˥˩ | mũ˨.t͡ʃɐz̺˩‿ɡ͡ɣɾɐ̞˧.s̺jɐs̬˩ ‖ ḛ̈ː˧ s̺i̞ˑ˩‿kje̞˧.ɾe˧˩‿β̞ɐ̞˧.ɟ͡ʝɐ˧˩.s̺e˩‿ɐ˨‿ð̞es̬˧.kɑn˧˥.s̺ɐ̞ˑɾ˥ ‖ deːs̬˦.pwe̞z̺˥ mḭ˧.ɾɐ̞˥.mʊs̬˥˧ kʰɔ̝˧.mʊ˨‿ɹes̬˧.kɑ˧.t̪ɐ̞˦.mʊ˦˧‿lɐ˧˩‿o̞˧.t̪ɾɐs̬˩‿kɑ˧.mɐ˧˨.ɾɐs̬˨ s̺i̞˩˧

    Tak sobie myślę, że kodując w ten sposób z użyciem znaków tonalych powinno być nietrudno porównać dialekty włącznie z ich melodią (tzn. w tikuna już to robię, ale nie widziałem, by ktoś tak zapisywał język hiszpański). Zobaczę, czy mi to pomoże w nauce hiszpańskiego. 🙂

  6. Rozumiem, że dialekty i ich analiza to Twoje hobby, bo ogólnie dla dobra nauki języka (nawet na najwyższym poziomie) to nie ma znaczenia. Nejtywi przecież nie uczą się własnych dialektów i wcale im to nie przeszkadza w komunikacji.
    Wszędzie, gdzie byłem i panował tam jakiś dialekt, miejscowi nie czuli dumy z tego powodu, wręcz przeciwnie, bardziej niedowartościowanie. Gdy dialekt jest mocno wyrazisty, część użytkowników się go wstydzi i na siłę niezdarnie używa standardu. Druga część mówi dialektem, ale czują kompleksy wobec obcych, choć sobie wzajemnie tego nie przyznają. Dopiero bardzo nieliczna grupa, przeważnie dobrze wykształcona w standardzie, z dumą wraca do dialektu.
    Skoro więc przytłaczająca większość nejtywów mniej lub bardziej swoim dialektem pogardza, po co mieliby się go uczyć obcy? Z drugiej strony dialekty to jakby własność tubylców i dla mnie to nietakt posługiwać się nimi czynnie. To jakby podprogowe przesłanie: żyjcie tu sobie, wieśniaki, w tym żywym skansenie a ja będę przyjeżdżać i oglądać was jak małpy w zoo. Nauczyłem się nawet waszej prostackiej gadki, żeby was poprzedrzeźniać. Świetna zabawa!

    1. Można zapytać, po co wymawiać poprawnie, skoro można wymawiać byle jak, a i tak będziemy zrozumieni. Jeśli jednak już chcemy wymawiać poprawnie, nie da się robić tego inczej niż w dialekcie. W języku hiszpańskim nie ma czegoś takiego jak MSA w arabskim, choć z tego co czytam, nawet w arabskim nauka MSA jest niezbyt praktyczna, albo najwyżej jest wstępem. W języku hiszpańskim dla jednego standardem będzie mówić [poɹ‿ɸɐˈβ̞o̞ɹ], dla innego [pɔ̝ɹ‿fɐˈβ̞ɔɹ], a dla innego [po̞ɾ‿ɸɑ̈ˈβ̞ɔ̝ɾ], jeden oficjalny standard nie istnieje, a w jakiś sposób wyrazy wymawiać muszę. Bez dialektu wymawiać się nie da – opcjonalnie można najwyżej wymawiać źle i niechlujnie.

      Nie przypominam sobie choćby pojedynczej sytuacji, by ktoś zareagował negatywnie na wiesć o tym, że chcę się nauczyć jego dialektu (w języku hiszpańskim, keczua, lub angielskim). Normalną reakcją człowieka hiszpańskojęzycznego są wyrazy zachwytu i stwierdzenie, że bardzo dobrze wybrałem i, że się cieszy, że mi się akurat jego dialekt podoba. Nie wiem, w jakich realiach jest Twój tekst o zakompleksionych nejtywach osadzony – może nie w języku hiszpańskim?

      Są języki -zapewne większość języków świata- w których jeszcze ciężej jest określić standardową wymowę. Dobry przykład: tikuna. Jest podręcznik do tikuna i zapisuje się w nim tony, ale nie jest to podręcznik "standardu", lecz jak się okazuje geograficznie dość skrajnego dialektu, a autor nie podał w jednym zdaniu info, który to dialekt. Jest też słownik tikuna, który podaje w tych samych słowach odmienne tony niż podręcznik i też nie określa, jaki to dialekt. W nagraniach mowy i w piosenkach tymczasem zdawało mi się w większości słyszeć jeszcze odmienne tony niż spisane w tych materiałach… Poza tym, ani podręcznik, ani słownik, ani niemal żadna z publikacji z pism lingwistycznych tj. publikacji "naukowych" nie stosują IPA. (Główna ekspertka bardziej niż IPA woli promować swój autorski system ortograficzny, którego nikt poza nią samą nie stosuje.) I weź człowieku z tego się naucz… Utworzyłem więc w komputerze tabelę z wyznaczeniem lokalizacji mówcy, jego płci i jego wieku i po mału uzupełniam tę tabelę kolejnymi transkrypcjami w IPA. Zaczyna mi się wyrabiać wyobrażenia na temat zróżnicowania dialektalnego tikuna, okrywam jakie są dialekty, na ile się różnią i w czym konkretnie się różnią. Teraz w końcu wiem, jak wymawiać. Bez przeanalizowania dialektów tak naprawdę nie wiedziałbym nawet, jak się poprawnie przedstawić, bo wyszedłby groch z kapustą.

      1. Skoro standard panamerykański nie istnieje ( choć są filmy typu argentyński-peruwiańsko-meksykańskie lub nawet hiszpańskie) to jesteś w świetnej sytuacji. Możesz sobie sam stworzyć własny wariant i się nim posługiwać. Myślę, że gdyby z każdego dialektu powybierać głoski dość podobne do polskich to można by z nich sklecić prawie cały alfabet fonetyczny języka hiszpańskiego. Jeśli resztę języka opanujesz na sto procent, to wszędzie każdy nejtywi pomyśli- nie wiem skąd on jest, na pewno nie stąd. I tak w wielu przypadkach przecież tak myślą. Piszę to oczywiście półżartem.,🙂 Jak wariant z Medellin jest standardem Kolumbii to dobrze wybrałeś.
        Z językami bez standardu nie masz wyjścia, trzeba brać jakiś dialekt, największy, lub najbardziej prestiżowy, jeśli nauka ma być praktyczna. Jednak wiele języków .standard ma i uczenie się innego wariantu jest bez sensu, czasem nawet komiczne. Wyobrażam sobie ubaw że słuchania Murzyna mówiącego dialektem podhalańskim.
        Niedowartościowanie z powodu nieznajomości standardu spotkałem w największym stopniu w Anglii, ale także we Włoszech, Niemczech, Białorusi, Litwie i Polsce. W przypadku hiszpańskiego to raz się Argentyńczyk wywyższał na tle Peruwiańczyków, a ci siedzieli zakompleksieni, gdy mi tłumaczył, że jego język jest tak europejski, że w Madrycie brali go za swego. Nie powiedział wprawdzie, że w przeciwieństwie do tych tu, ale dało się to wyczuć. Może to pojedynczy przypadek, choć słyszałem, że Buenos Aires tak ma.

      2. Nie napisałem ani, że standardem Kolumbii jest hiszpański w Medellín, ani że wybrałem hiszpański z Medellín. Napisałem, że hiszpański z Medellín cieszy się wysokim prestiżem oraz, że tzw. wykształceni ludzie w Kolumbii wymawiają różnie w zależności od miejsca swojego pochodzenia.

        Napisałem, że moim hiszpańskim jest andyjska odmiana kolumbijskiego lub jak kto woli kolumbijska odmiana andyjskiego – na oba sposoby można to klasyfikować. Niektóre źródła ten hiszpański klasyfikują jednak jako karaibski. Ogólnie rzecz biorąc odmiany z wnętrza kraju (tj. andyjskie) cieszą się wyższym prestiżem niż odmianiy w wybrzeża, przy czym dajmy na to prezenter telewizyjny na wybrzeżu wciąż wymawia w hiszpańskim z wybrzeża i bynajmniej nie ze stolicy.

        Na wybrzeżu wielu ludzi twierdzi, że "dba o to, by wymawiać poprawnie", ale jest rzutem ucha oczywiste, że wymawiają w hiszpańskim z wybrzeża i w żadnym innym, a ta "poprawność" sprowadza się zwyczajnie do tego, że mowa jest nieco bardziej przejrzysta – można powiedzieć, że różnica jest bardziej w dykcji, niż w wymowie głosek. Tymczasem akcent, który uchodzi za tradycyjny dla Bogoty, w ostatnich dziesięcioleciach niemal wyszedł z użycia (i trzebaby oglądać raczej bardzo stare filmy, by się go nauczyć) i większość Bogotańczyków twierdzi coś w stylu "mówię po bogotańsku, ale nie po bogotańsku".

        Owszem są filmy współprodukcji różnych krajów, ale aktorzy nie wymawiają w spólny sposób. Może byś mi dał jakiś przykład, jakiś link do tego "standardu panamerykańskiego", bym się mógł odnieść do wymowy konkretniej.

        Ani nauka dialektu największego, ani najbardziej prestiżowego musi mieć sens. W tikuna największym dialektem będzie raczej tikuna z Brazylii, który dla moich potrzeb jest mniej praktyczny niż południowo-zachodnia wersja z Kolumbii. Najdokładniej opracowany jest tymczasem tikuna z Peru (ale opracowany w połowie wieku XX), więc pewnie jest się go najłatwiej uczyć. Największe zróżnicowanie dialektalne w tikuna zdaje się występować w obrębie Kolumbii. Kolumbia wydaje mi się obszarem kluczowym dla zrozumienia relacji tikuna z językiem yurí (?wymarłym) i językiem carabayo (plemienia niekontaktowanego; znana jest bardzo krótka lista słów o niepewnym tłumaczeniu), łączonych ostatnio w jedną rodzinę. Myślę o tym, by opanować tikuna na sensownym poziomie (B2-C1) i za ileś lat coś na temat tikuna opublikować (może jakiś podręcznik, a może jakieś prace do pism).

  7. Ja filmów fabularnych prawie nie oglądam, jeśli już to polskie z lat 90, niektóre znam na pamięć. Żadnego filmu panamerykańskiego oczywiście nie widziałem, słyszałem tylko, że są.
    Tikuna uczysz się tylko zdalnie, czy może organizujesz jakieś wyprawy lub je planujesz? A może jakaś squaw?

    1. Ja z kolei filmy fabularne oglądam niemal wyłącznie po hiszpańsku. Mówię "niemal", gdyż ostatnio widziałem kilka filmów po angielsku (z Australii), a nawet serial (z Australii). Nie kojarzę, bym kiedyś w życiu widział po hiszpańsku film w "panamerykańskim". Jak kiedyś natrafisz, to daj ten konkretny przykład takiego filmu, to spróbuję się odnieść do charakterystyki odmiany, którą tam słychać. Najprędziej temu komuś, kto twierdził, że istnieje "panamerykański" chodziło o jakieś dubbingi na hiszpański "latynoski", a ponieważ przygotowano z oszczędności tylko jedną wersję "latino" uznał, że jest panamerykańska? Cokolwiek było na niej słychać, nie stanowi wzorca wymowy dla nikogo, albo też w istocie bazowała na jakimś dialekcie (najprędzej meksykańskim).

      W odpowiedzi na pytanie… Miałem lecieć do Amazonii w 2020, ale było to niemożliwe z powodu Covid-19. Paradoksalnie, Tikuna w centrum pandemii Tikuna podesłali mi nagrania z naprawdę niezłych imprez (których nie pochwalam, ale jak do najbliższego posterunku policji jest 30 kilometrów przez dżunglę, ciężko o mandat). Na czas pademii uczę się więc zdalnie. Mam nadzieję, że w 2022 będę mógł polecieć, ale tam wciąż są niepowyszczepiani należycie, więc zwyczajnie nie wiem, jak będzie. Póki ludzie się nie powyszczepiają, nie wrócimy do normalności.

      1. Izrael się prawie cały wyszczepił, pozamykał granicę a mają już piątą fale. Ja tym szczepionkom nie ufam, chcą nas szczepić w nieskończoność od każdej nowej mutacji, którą wypuszczą. Zakładając dobre intencje chcą tylko nieziemsko zarobić, ale zakładając złe- pewnie to rodzaj uporządkowanej eutanazji. Zbyt spiskowy nie jestem, ale w to akurat wierzę.
        A skąd taka pandemia w odciętych od świata plemionach Amazonii?

      2. Szerząc hasła antyszczepionkowe doprowadzasz do śmierci ludzi.

        ***

        To nie są odciete od świata plemiona Amazonii, lecz obszary wiejskie. Tymczasem o tych odciętych od świata nie wiemy kim są i w jakim języku mówią.

  8. Ja nie szerzę haseł antyszczepionkowym lecz wyrażam swoją nieufność wobec tych szczepionek, od których też ludzie umierają i po których też chorują. Zobaczymy za parę lat efekty uboczne i się przekonamy od czego więcej ludzi umarło, od szczepionek czy od wirusa. Większość zarażonych (w tym ja) korony w ogóle nie odczuwa, zobaczymy czy większość nie odczuje powikłań szczepionkowych po latach.
    Są jeszcze takie plemiona? Wydawało mi się, że wszystkie w Amazonii są jako tako znane i z grubsza przebadane. Przed chwilą oglądałem film o Yanomami-masakra!!! Ale jakieś kontakty nawiązują, widocznie ci nie są najdziksi. Z tego co wiem, to jedyne całkowicie bezkontaktowe plemię żyje na jednej z wysp Andamanów.

    1. Gbydy nie szczepionki 80% nas tu obecnych by nie było, jak pewnie tej strony w ogóle by nie było, ani naszej cywilizacji w obecnym kształcie. Taka bowiem była umieralność przed wynalezieniem szczepionek w XIX wieku. W tej chwili 99% osób, które leżą umierające w szpitalach na Covid-19 to osoby niezaszczepione. Ja się zaszczepiłem i jak widzisz jeszcze klikam, od szczepionki (nie pierwszej zresztą w życiu) nie umarłem; przedwczoraj jakiś pijaczek powiedział mi nawet, że się podciągam jak Rocky Balboa. A wirusem SARS-CoV-2 się nie zakaziłem, gdyż przestrzegam zasad sanitarnych.

      ***

      Nie, nie istnieją dzicy ludzie. Owszem, są jednak niekontaktowane grupy w Amazonii. Zerknij np. tutaj:

      Seifart F, Echeverri JA (2014) Evidence for the Identification of Carabayo, the Language of an Uncontacted People of the Colombian Amazon, as Belonging to the Tikuna-Yurı́ Linguistic Family. PLoS ONE 9(4): e94814. doi:10.1371/journal.pone.0094814

  9. Przy okazji waszej rozmowy o dialektach, może komuś się przyda. Zestawiłem samogłoski polskie wypowiadane przeze mnie z samogłoskami angielskimi z różnych obszarów USA.
    Kolorowymi elipsami zaznaczyłem najbardziej aktywne obszary polskich samogłosek podczas normalnej wypowiedzi, dodatkowe kropki pokazują miejsca w jakich zdarza mi się je wypowiedzieć, ale zdecydowanie rzadziej.

    https://www.scribd.com/document/532637830/vowels

    Dane dot. amerykańskich samogłosek wziąłem z pracy:
    Clopper, Cynthia & Pisoni, David & Jong, Kenneth. (2005). Acoustic characteristics of the vowel systems of six regional varieties of American English.

    1. Tego typu analizy porównawcze głose są niezwykle ciekawe… Ja myślę o tym, by -jak znajdę chwilę- poanalizować fonetykę angielskiego z Australii.

      Może masz jakieś proste tricki na analizę tonów (najlepiej do odpalenia na Linuxie)? Różnice w opisie systemu tonalnego tikuna pomiędzy różnymi autorami, którzy do tematu podchodzili, są dramatyczne. Odnoszę wrażenie, że badaczy tikuna można podzielić na tych, którzy (1) nie korzystali z dobrodziejstw komputerów (mogło to być przed ich wynalezieniem) i w swoim opisie popełnili sporo drobnych błędów, ale tikuna się nauczyli, oraz (2) na tych bardziej współczesnych którzy korzystają z dobrodziejstw techniki w analizach fonetycznych i okazują się być bardziej precyzyjni, ale coś mnie skłania przypuszczać, że konwersacji w tikuna nie byli by w stanie podtrzymać. Innymi słowy, są ludzie, którzy naprawdę słyszą i chyba nawet mówią, oraz ludzie, którym wszystko wyrysowuje komputer i promują się jako lingwistyczni eksperci.

      Początkowo próbowałem uchwycić głoski i tony tikuna ze słuchu (często słuchając jednak w zwolnionym tempie). Ostatnio zacząłem przyglądać się i konfrontować to, co wydaje mi się, że słyszę, z wysokością słupków wyrysowanych w Audacity. To naprawdę pomaga!!! Audacity jest bardzo wygodne, ale raczej nie jest oprogramowaniem specjalistycznym językowym.

      Przynajmniej w moim dialekcie jest 6 różnych wysokości tonu (i wygląda na to, że w tym zaczyna dziś powstawać literaturowy konsensus, choć w połowie XX wieku wyznaczono jedynie 5 poziomów), ale z uwagi na obecność tonów konturowych, rzeczywista liczba tonów (fonemicznych!) jest ze dwukrotnie większa. Niestety 6 wysokości nie da się odwzorować za pomocą oficjanego IPA, które przyjmuje ledwie 5-stopniową skalę, ale radzę sobie czcionką Charis SIL (umożliwia zapis 9 poziomów, więc mogę nieco odwzorować nawet różnice odległości pomiędzy poziomami) lub też cyferkami. Szukałem z ciekawości informacji na najbardziej tonalnych językach świata i jest kilka, w których sugeruje się obecność ok. 10 lub kilkunastu tonów (np. 14 tonów w Wobé lub 14 tonów w Chicahuaxtla Triqui), ale we wszystkich językach, na które natrafiłem, tony są na max. 5 różnych poziomach. Czy ktoś zna przyład języka, w którym tony są na więcej niż 5 poziomach??? W tym ujęciu tikuna zdaje się być najbardziej tonalym językiem na tej planecie. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ