Czy 1000 słów i 70% rozumienia to dużo?

Artykuł ten piszę niejako w związku z postem zamieszczonym na blogu LangSpot o metodzie nauki języka polegającej na nauczeniu się najpierw 1000 najczęściej używanych słów. Od wielu lat ludzie próbują znaleźć jakieś metody, które ułatwią im naukę języka w taki sposób, aby opanować go jak najszybciej i jak najmniejszym nakładem sił. W tym wypadku badania mówiące, że w przypadku opanowania 1000 słów człowiek będzie rozumiał 70% tekstu w obcym języku wygląda całkiem obiecująco. Czy metoda ta sprawdza się w praktyce?

Mamy tendencję do czytania o różnych metodach nauki w taki sposób, aby wydawały nam się bardzo dobre. Na pierwszy rzut oka bowiem wygląda to niesamowicie – nauczyć się 1000 słów i rozumieć 70% czytanego tekstu. Spotkałem się również z ogłoszeniami głoszącymi, że z firmą „x" nauczysz się 1000 słów w ciągu tygodnia i nauczysz się języka obcego. Podobne reklamy każą mi się zastanawiać dlaczego świat nie jest pełen poliglotów, a ludzie uczą się języków obcych przez wiele lat.

Prawda jest taka, że owe 70% rozumianego tekstu to bardzo mało. Podam przykład z życia wzięty:

Ponad rok temu notorycznie czytałem gazety obcojęzyczne w pięciu językach (rosyjski, angielski, niemiecki, serbski i ukraiński) i skrupulatnie zapisywałem ilość słów przeczytanych oraz tych, których nie potrafiłem dokładnie zdefiniować, bądź musiałem zgadywać. W każdym z nich nieznane słowo trafiało mi się w przedziałach od raz na 100 (niemiecki i serbski ) do raz na 600 słów (rosyjski). Oznaczałoby to, że znałem w każdym z tych języków przynajmniej 99% czytanej treści. Ktoś powie, że to wynik imponujący i też chciałby do takiego poziomu dojść. Sęk jednak w tym, że powyższe statystyki są bardzo mylne.

Po pierwsze – czytałem materiały z moich dziedzin zainteresowań czyli wszelkiego rodzaju rzeczy związane z polityką zagraniczną, muzyką, piłką nożną i językami. Gdybym miał czytać prozę wynik ten byłby zapewne ciut niższy. Po drugie – statystyki te dotyczyły jedynie znajomości pojedynczych słów, a nie całych zdań. Jeśli dotyczyłyby całych zdań wynik byłby jeszcze gorszy. Po trzecie – rozumienie ponad 99% słów miało się nijak do umiejętności władania językiem. Dowodem na to był fakt, że całkiem nieźle wypadał w tych statystykach język ukraiński, którego aktywną znajomość mam dość ograniczoną. Po czwarte – sprawdzanie co setnego słowa w słowniku jest bardziej czasochłonne niż się wydaje. W efekcie radość czytania czegoś poniżej 99,5% znajomości bywało trochę wkurzające.

Jak zatem miałbym być zadowolony ze znajomości 1000 słów i rozumienia 70% słów? Oznaczałoby to przecież sprawdzanie co trzeciego słowa w słowniku. I nawet jeśli niektóre rozumiałbym z kontekstu, to na pewno byłoby to za mało, żeby chociaż odgadnąć jakie stanowisko zajmuje autor danego artykułu.

Wniosek z tego jest taki, że nauka języka obcego nie jest rzeczą, która ogranicza się do wykucia w ciągu maksymalnie krótkiego czasu 1000 słów. To coś co wymaga ciągłej pracy przez lata i opanowania nieporównywalnie większej ilości materiału.

Zawsze byłem też przeciwnikiem uczenia się słów podawanych zupełnie bez kontekstu.  Osobiście szkoda by mi było czasu siedzieć i zakuwać setki wyrazów bez ich osadzenia w konkretnych sytuacjach, w jakich są używane. Zamiast tego lepiej jest wziąć jakiś lepszy podręcznik i go przerobić – najpopularniejsze słowa zapewne się w nim znajdą, a dodatkowo będą podparte przykładami oraz gramatyką. Gdy do tego będziemy odpowiednio dużo czytać i słuchać, to wejdą one do głowy jeszcze szybciej i, co najważniejsze, nie wylecą z niej. Nauczymy się owych 1000 słów tak czy tak, ale w nieco bardziej konstruktywny i dużo ciekawszy sposób.

Jeśli jednak ktoś nie ma na ten temat wyrobionego zdania to polecam spróbować – a nuż będzie to akurat sposób, który dla kogoś innego zadziała. Sam jestem ciekaw jakie wrażenia z nauki tą metodą mają inni.

38 komentarze na temat “Czy 1000 słów i 70% rozumienia to dużo?

  1. Rzeczywiście nie wyraziłem się całkiem jasno w moim poście. 1000 słów i 70% zrozumienia to faktycznie niewiele w stosunku do tego co należy umieć aby rozumieć prawie całość czytanego tekstu, jednak daje nam to znajomość podstawowych wyrażeń i możliwość zrozumienia ogólnej treści, a potrzeba zaglądania do słownika ciągle będzie nieunikniona. I rzeczywiście – uczenie się ‚suchych’ słów być może nie jest najlepszym pomysłem jednak – jak wspomniałeś – być może ktoś woli zrobić to w ten sposób:)

  2. Na pewno najlepiej zaczac nauke slow wlasnie od tych ktore wystepuja najczesciej, ale 1000 slow to baaardzo malo.. poza tym fakt rozumienia 70% slow w jakims tekscie nie oznacza ze rozumiemy 70% samego tekstu (przeciez sa jeszcze idiomy, wyrazenia frazowe ktorych nie rozumiemy pomimo tego ze znamy slowka z ktorych sie skladaja)

  3. Siłą rzeczy w podręcznikach zawsze będą podane właśnie najczęściej występujące słowa, jednak podane w trochę bardziej przystępny sposób niż lista frekwencyjna, której należałoby się nauczyć. Co do tego, że 70% słów nie oznacza 70% rozumienia tekstu, to jest to jak najbardziej słuszna uwaga.

  4. Witaj Karolu,
    Ja uczę się bułgarskiego i uczę się coś a'la 1000słów. Otóż kupuję sobie różne słowniki tematyczne i przerabiam lekcje tj. wypisuję na dzień 100słów, a na godzinę 10 – a to bardzo mało. W ciągu 10dni mam w swoim słowniku dodatkowo 1000słów. Po 10dniach piszę kilka prac, krótszych i dłuższych związanych z nauczonym słownictwem. Co miesiąc robię sobie większy sprawdzian. Do tego czytam książki w oryginale, czytam gazety i piszę na bułgarskich forach, plus radio.
    Póki co się sprawdza.
    Kaja

  5. Każdy ma inne metody nauki. Ja osobiście nie znam wiele rzeczy bardziej nużących (i przez to mniej efektywnych) niż wypisywanie słów prosto ze słowników. Znacznie bardziej lubię je zbierać właśnie poprzez czytanie artykułów i literatury, bo z reguły są osadzone w jakimś kontekście. Ale jeśli Tobie to odpowiada, to trudno mi się kłócić i wypada tylko życzyć powodzenia 🙂

  6. Myślę, że słowniki tematyczne są o wiele lepsze niż tradycyjne słowniki – one już dają kontekst. Wiesz, współczuję komuś, kto musi wypisać, przetłumaczyć i wkuć 600słówek na kolokwium(i słyszałam takie przypadki) – to może być naprawdę nużące. Ale 10słówek/h nie jest dla mnie nużące.
    Kaja

  7. Problem jednak jest też w tym, że nie wystarczy się nauczyć 10 słów na godzinę – wypada je jednak utrzymać w pamięci na dłużej, czyli ich używać, a tu już jest znacznie trudniejsze. Jednak jeśli ktoś ma tak wiele motywacji jak Ty, to zapewne wiele z takiego czegoś wyciągnie.

    1. Wydaje mi się, że wiele osób uważa, iż w nauce języka najważniejsze są słówka. A to błąd. Nie dość, że znane są często bez kontekstu (idzie mi o metodę 70% rozumienia tekstu) – i w efekcie są nieprzydatne – to jeszcze nijak się mają do żywotności języka. Język jest żywy, za każdym zdaniem potrafią się kryć emocje, które determinują użycie niektórych słów.
      Pamiętam, jak po długoletniej niezbyt chętnej nauce angielskiego wreszcie zostałam zmuszona do używania go poza podręcznikiem. I mimo że nie musiałam wciąż grzebać w słowniku, zauważyłam, że i tak nic z czytanego tekstu nie rozumiem, bo… nie potrafię odczytać najzwyklejszej ironii, czasem nawet żartu. Swoje musiałam przeczytać, by wreszcie zauważać, kiedy autor ironizuje, kiedy żartuje etc. I wciąż jest to dla mnie problem.

  8. Tak się składa, że próbowałem się nauczyć tą metodą języka francuskiego (zamodzielnie, zaczynając od zera). Przez pół roku udało mi się wkuć 2500 słów. To była istna katorga, problemem nie było uczenie się nowych słów lecz trwałe zapamiętanie już nauczonych – po kilku dniach je zapominałem. Poświęcałem na to kilka godzin dziennie. Udało mi się w miarę trwale zapamiętać 95% wyrazów. Do nauki używałem programu na telefonie komórkowym z dużym wyświetlaczem (własnego – jestem programistą), który dodatkowo kontrolował skuteczność uczenia się. Niestety, efekty były mizerne. Sprawdzają postępy w nauce próbowałem czytać internetowe wydanie Le Monde (to taka francuska gazeta) i niestety niewiele byłem w stanie z tego zrozumieć. Poziom zrozumienia poszczególnych zdań oceniam na grubo poniżej 50%. Zdarzało się, że rozumiejąc wszystkie wyrazy w zdaniu (co zdarzało się bardzo rzadko) nie byłem w stanie zrozumieć sensu zdania jako całości. Nawet pobieżne poznanie gramatyki niewiele pomogło. Wydaje mi się, że ta metoda (przynajmniej jeśli chodzi o francuski) jest bardzo cieżka i nieskuteczna. Od kilku miesięcy przerabiam stanardowy kurs (Mówimy po francusku Płatkowa) i widzę znaczące postępy.
    Jean.

    1. Wielkie dzięki za komentarz będący jednocześnie opisem własnych doświadczeń. Osobiście dopowiem tylko, że sam kurs Płatkowa uważam za genialny – swego czasu używałem go do poznania podstaw francuskiego i była to jedna z najfajniejszych przygód językowych dotychczas.

    2. Pewnie autor komentarza już nie odpowie, ale zastanawiam się, jak to możliwe, że znając wszystkie słowa w zdaniu można nie wyciągnąć z tego sensu (oczywiście zakładając, że nie ma w nim idiomów)? Jedyny wniosek, jaki się nasuwa to taki, że autor komentarza nauczył się tylko niektórych znaczeń danych słów, które – jak wiadomo – bardzo często mają kilka albo nawet i kilkanaście znaczeń. No ale bez potwierdzenia ciężko stwierdzić, czy tak rzeczywiście było.

      Co do metody, może nieco przewrotnie: lepiej nauczyć 3000 (1000 to stanowczo za mało) najczęściej używanych słów niż 3000 tych najmniej popularnych. To jest zawsze jakiś początek, nawet jeśli uczymy się bezkontekstowo. No cóż, najwyżej kiedyś powiemy „make photos" i ktoś nas poprawi, mówiąc, że poprawnie powinno być „take", które już i tak znamy, bo akurat to słowo też należy do TOP 3000. 😉

      1. A jednak odpowiem 🙂 (akurat zajrzałem tu przypadkiem).
        Język francuski ma dość trudną gramatykę. Patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, wiem, że głównym problemem były dla mnie czasy złożone i przeróżne konstrukcje gramatyczne. Nawet pojedynczy wyraz, może, w pewnych wrunkach, nadać całemu wyrażeniu zupełnie inne znaczenie. Z idiomami też był kłopot. Niestety, samo czytanie o gramatyce i przeglądanie podręcznikowych przykładów nie wystarczyło. Potrzebna była do tego praktyka (dużo praktyki). Uparłem się i postanowiłem, że będę tak długo czytał („zwykłe" teksty z gazet), aż w końcu zacznę je rozumieć (plus przerabianie podręcznika). Po kilku tygodniach codziennego czytania (ok. 5-6 godzin dziennie), zaczęło mi się powoli „rozjaśniać". Kontynuowałem to przez prawie rok. Teraz czytam w miarę płynnie, dość rzadko natrafiam na nieznany wyraz (co mnie najbardziej cieszy, bo ciągłe sprawdzanie wyrazów w słowniku bardzo spowalnia czytanie i jest frustrujące). Poświęcam na to średnio 2 godziny dziennie (oprócz tego słucham francuskiego radia), ale mam sporą motywację, bo zamierzam, na stałe, wyjechać do Francji.
        Jean.

      2. PS. Co do różnych znaczeń słowa.
        Oczywiście, starłem się uczyć wszystkich znaczeń danego słowa. Chociaż nie zawsze było to możliwe, bo czasem miały ich po kilkanaście i zależało to od „otoczenia", w jakim się znajdowały. Niektóre słowa mogą też być różnymi częściami mowy.
        Dodatkowo, jeśli w zdaniu było 4 czy 5 słów „wieloznaczych", to dawało to zbyt dużą liczbę możliwych kombinacji, bym był w stanie się domyśleć znaczenia całości.
        Jean.

  9. Kurs Płatkowa jest świetny (jak i inne podręczniki z tej serii, a miałem okazję korzystać z nich podczas nauki angielskiego, niemieckiego i rosyjskiego – jako uzupełnienie podręczników szkolnych). Niestety ma też wadę – dialogi były nagrywane przez polskich lektorów, którzy mają kiepską wymowę i robią dużo błędów (co mnie nie dziwi, w 1977 roku, gdy były nagrywane, dostęp do „żywego" języka francuskiego musiał być bardzo ograniczony).Dlatego jako wzorzec wymowy traktuję wypowiedzi rodowitych francuzów z kanału ‚TV 5 Monde’, który mam w kablówce (słucham codziennie wiadomości z wyłączonym obrazem, by skupiać się tylko na dźwięku). Mam drobne pytanie: czy masz może nową wersję tej książki (z nową okładką). Interesuje mnie to, czy dołączone nagrania są wciąż te same (tak jak u mnie w wydaniu z 1996 roku), czy nagrano je na nowo (z ‚native speakerami’).
    Jean.

  10. Witam,
    planuję zacząć uczyć się fińskiego. Od pewnego czasu czytam o tym języku i w związku z wieloma różnicami (przyrównując do języka polskiego) zupełnie nie mam pojęcia, jak się za to zabrać. Może masz jakieś propozycje na naukę tego typu języków? (dodam, że zabija mnie również wymowa)
    Jeżeli chodzi o wspomnianą metodę, to właśnie zaczęłam poważnie zastanawiać się nad zastosowaniem tej metody, z prostego względu (wyprowadźcie mnie z błędu jeżeli się mylę :). Moja przyjaciółka jest Finką mieszkającą w Helsinkach, z tego względu często w owym mieście przebywam również ja, w związku z tym że w jakimś stopniu interesuję się językami

    —(jestem na trzecim roku filologii bałtyckiej – język litewski znam póki co na poziomie C1, łotewski – uczę się od semestru (ale nie jest najgorzej), poza tym oczywiście angielski i rosyjski (zdane egzaminy B2), przez semestr miałam również krótką przygodę ze słowackim, a dawno, dawno temu uczyłam się też niemieckiego, niestety bez większych rezultatów)—

    moim ‚hobby’ jest jeżdżenie po mieście, czytanie reklam, przeglądanie nagłówków gazet i słuchanie ludzi. Niekiedy z ciekawości pytam przyjaciółkę o znaczenia słów (starając się je zapamiętać dla zabawy, a później również dla zabawy ich przy niej używam – w angielskim robiąc wstawki z fińskich słów 😉 lub o ich formy (znam słowo ale jakby trochę… ‚inne’ :). Od jakiegoś czasu zauważyłam, że kiedy rozmawia przy mnie przez telefon – wyłapuje niektóre słowa i dzięki temu jestem w stanie czasami stwierdzić (z większym lub mniejszym prawdopodobieństwem) jakie tematy poruszono w rozmowie. Nie wspomnę również o tym, że cieszę się jak głupia, gdy słyszę rozmawiających Finów i jestem w stanie wyłapać jakieś małe słówko z ich rozmowy. Nie mniej jednak do sedna – nie uczyłam się tego języka, a mimo to jakiś >bardzo< ubogi promil (:D) jestem w stanie zrozumieć. Moje pytanie w związku z tym brzmi – czy gdybym nauczyła się tego 1000 słów i połączyła to z przebywaniem w tym kraju raz na jakiś czas (czasem dłużej, czasem nie) – czy nauka języka nie poszłaby wówczas znacznie szybciej? Nie wiem, czy wystarczająco jasno wyjaśniłam mój punkt widzenia za co przepraszam 🙂

    Pozdrawiam serdecznie,
    k.

  11. Fiński ma bardzo inną gramatykę niż języki indoeuropejskie. Jeżeli bywasz w Helsinkach, kup sobie „Suomea Suomeksi" (Olli Nuutinen) – podręcznik z roku 1978, ale wciąż aktualny, 2 książki + 2 razy ćwiczenia + kasety (może teraz zamiast kaset jest już jakiś nowocześniejszy nośnik), dostaniesz np. w Akateeminen Kirjakauppa (sprzedawcy znają angielski i niemiecki) i jakiś słownik do tego.

    Osobiście ćwiczyłem z kasetami w sposób niezgodny z instrukcją, a polecany przez Verę Birkenbihl („Jak szybko i łatwo nauczyć się języka"): Mówić razem z nagraniem, nie przedtem. W fińskim ważne o tyle, że tak najlepiej nauczysz się odpowiedniej długości głosek.

    Po przerobieniu tego, moja ulubiona metoda to oglądanie codziennie wiadomości na http://yle.fi/uutiset/ (pierwsze co będziesz rozumieć to prognoza pogody) + słuchanie muzyki z youtube i tłumaczenie tekstów (potem taka melodia chodzi ci po głowie i słówka same się zapamiętują).

  12. Czytam wasze komentarze i przychylam się do opinii, że 70% słów nie oznacza 70% tekstu. Zresztą można to sprawdzić na podstawie tłumacza komputerowego np google, kopiując tekst i tłumacząc go takim translatorem chyba nie zdarzyło mi się otrzymać dobrze przetłumaczony tekst, a przecież translator zna 100 % słów. Dla mnie to jest niezbity dowód na to, że nie ma co uczyć się poszczególnych słów bez kontekstu

  13. Po pierwsze nie wydaje mi się żeby 1000 słów stanowiło aż 70% KAŻDEGO języka. Obecnie uczę się japońskiego i po 6 miesiącach znam 4 000 słów (z listy frekwencyjnej 6tyś. słów). Na tym etapie zacząłem czytać zwykłą książkę (ノルウェイの森) i rozumiem z niej ok 50-60% treści. Są fragmenty które rozumiem w całości, takie w których nie znam paru wyrazów i takie zdania których nie rozumiem w ogóle. Z newsami z internetu jest trochę lepiej.

    Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że nauka słów najczęściej używanych w ilości 5-6tyś. nie może i nikomu nie obiecuje rozumienia 100% tekstu z jakiejś powieści czy teorii fizyki kwantowej. Te listy frekwencyjne są robione po to, żeby osoba znająca zaledwie 2000 najczęstszych słów, mogła swobodnie wyrażać swoje potrzeby. Jasne, że mając bogatsze słownictwo można wyrażać się w bardziej wyrafinowany sposób ale prawda jest taka, że liczy się przede wszystkim umiejętność przekazywania informacji.

    Ktoś powie: ok znam 2000 słów i uważam, że to za mało żeby czytać artykuły, za mało, żeby słuchać radia, pisać i rozmawiać. Pytanie: ile czasu taka osoba poświęciła na rozwój tych umiejętności?

    Czy da się rozumieć program w telewizji po niemiecku jeżeli znasz x słów i pierwszy raz oglądasz coś w tym języku? Nie, ponieważ na początku zawsze słyszy się tylko bełkot.

    Czy mogę przeczytać książkę i ją zrozumieć znając 6000 słów? Z własnego doświadczenia: im dalej w las, tym więcej rozumiem. Trzeba czytać, żeby zacząć rozumieć. Oswoić się z językiem.

    To samo z rozmawianiem. Mogę znać 100 000 słów ale jeżeli nigdy nie rozmawiałem w obcym języku to i tak skończy się to na bełkotaniu i dławieniu się.

    Podsumowując: listy frekwencyjne to rzecz która umożliwia bardzo szybkie opanowanie głównego fundamentu języka. Trzeba jedynie zadbać o rozwój wszystkich 4 głównych zdolności językowych każdego dnia. Mamy doskonałe narzędzie, trzeba jednak wiedzieć jak je użyć na swoją korzyść.

  14. Miałam taki plan, żeby nauczyć się niemieckiego. Przez trzy lata oglądałam telewizję po niemiecku. Zero gramatyki. Nie wiem ilu słówek się nauczyłam przy okazji, ale wystarcza mi, żeby całkiem nieźle złapać sens, a poza tym oszczędzam na kablówce;-). Zdałam na dobry B1. Przed egzaminem poszłam na jakieś trzy godziny na korepetycje. Pani powiedziała mi, że nie zdam, bo nie znam gramatyki, zniechęciła mnie do egzaminu, ale że już był opłacony to poszłam. Hm…szczerze…to myślę, że jak komuś wystarczy B1 to może w ogóle nie tykać gramatyki i nawet nie praktykować rozmawiania w danym języku. Nie mam żadnych szczególnych umiejętności a wyszło – ot tak sobie.

  15. Zdalas, bo te egzaminy to jedna wielka fikcja, tak samo jak i te poziomy znajomosci jezyka. Ktos, kto zdal na C2 wcale nie musi poslugiwac sie jezykiem BIEGLE na poziomie A1!!! O ile dobrze pamietam, do zdania egzaminu na obojetnie jakim poziomie wystarcza 60-70%. Nawet jesli jest to 70, oznacza to, ze zdajacy nie zna 30% zdawanego materialu. Egzamin sklada sie z czesci ustnej i pisemnej, a ta zazwyczaj z pisania, czytania ze zrozumieniem, testu gramatycznego i sluchania. Mozna wiec jedna z tych umiejetnosci oblac calkowicie a i tak zda sie na 75%!!! Potem wystarczy cos wydukac na ustnym i egzamin zdany a umiejetnosc np rozumienia ze sluchu (najwazniejszy uzytkowy element jezyka) moze wynosic zero!!! I teoretycznie mozna przebrnac od A1 do C2 nie zaliczajac sluchania, co w praktyce oznacza NIEZNAJOMOSC jezyka mimo certyfikatu na C2!!! To samo dotyczy gramatyki w testach pisanych- latwo sie je zdaje majac kilka minut do zastanowienia sie nad kazda forma, a nie ,jak w praktyce, ulamek sekundy.
    Wedlug mnie takie egzaminy, aby naprawde spelnialy swoja role, powinny wygladac tak, ze gramatyke zdawaloby sie ustnie, bez czasu na myslenie, a kazdy egzamin trzeba by zdac na 100% trzy razy z rzedu ( oczywiscie inny zestaw) zanim przystapi sie do kolejnego poziomu. Wtedy mozna by bylo ze sporym prawdopodobienstwem stwierdzic, ze dana osoba jest rzeczywiscie na danym poziomie, nie majac zadnych luk na poziomach nizszych. Pozdrawiam!

  16. Kiedy Wiktor Suworow (pseudonim autorski???), autor „Akwarium", miał zostać szpiegiem w Wiedniu (ciekawe… tam też zdaje się pracował swego czasu Putin???), miał problem z nauką języka, co było elementem zaporowym w temacie wyjazdu za Kurtynę.
    Jego przełożony poradził mu, aby uczył się całych stron tekstu na pamięć.
    Czy pomogło? Cóż, szpiegiem został…

  17. 1000 słów to 70% tekstu? Chyba w snach. 😉 Jeśli ktoś zna się choć w minimalnym stopniu na językoznawstwie, to wie, że leksyka to nie tylko słowa – to też związki frazeologiczne. Poza tym pewne struktury (idiomy) nie dadzą się dobrze przetłumaczyć na drugi język. Znajomość pojedynczych słówek nie gwarantuje w żadnym wypadku zrozumienie tych 70% tekstu. Pamiętajmy też, że w każdym języku obowiązują również pewne mniej lub bardziej skomplikowane reguły gramatyczne, które znacząco decydują o treści tekstu.

    „Od wielu lat ludzie próbują znaleźć jakieś metody, które ułatwią im naukę języka w taki sposób, aby opanować go jak najszybciej i jak najmniejszym nakładem sił." – większość ludzi ma coś takiego w sobie, że chcą mieć wszystko podane na tacy. Nauka języka nie jest czymś, co trwa krótko i przychodzi od razu. To trwa w zasadzie do końca życia, a włożyć w nią trzeba mnóstwo pracy. Idealnie pasuje tu powiedzenie: „Bez pracy nie ma kołaczy".

    „Zawsze byłem też przeciwnikiem uczenia się słów podawanych zupełnie bez kontekstu. Osobiście szkoda by mi było czasu siedzieć i zakuwać setki wyrazów bez ich osadzenia w konkretnych sytuacjach, w jakich są używane." – mnie akurat pasuje nauka słów podawanych zupełnie bez kontekstu, ale za to pogrupowanych tematycznie, np. nazwy ubrań, produktów żywnościowych, terminy chemiczne itp. Dla mnie w nauce języków obcych liczy się przede wszystkim, oprócz motywacji (co jest kwestią oczywistą), porządek w głowie – chodzi zarówno o gramatykę, jak i słownictwo. Fakt, istnieje słownictwo, które ciężko jakoś skatalogować, niemniej lepszy już w miarę dobry porządek w głowie niż totalny chaos.

    1. „Zawsze byłem też przeciwnikiem uczenia się słów podawanych zupełnie bez kontekstu. Osobiście szkoda by mi było czasu siedzieć i zakuwać setki wyrazów bez ich osadzenia w konkretnych sytuacjach, w jakich są używane." – mnie akurat pasuje nauka słów podawanych zupełnie bez kontekstu, ale za to pogrupowanych tematycznie, np. nazwy ubrań, produktów żywnościowych, terminy chemiczne itp. Dla mnie w nauce języków obcych liczy się przede wszystkim, oprócz motywacji (co jest kwestią oczywistą), porządek w głowie – chodzi zarówno o gramatykę, jak i słownictwo. Fakt, istnieje słownictwo, które ciężko jakoś skatalogować, niemniej lepszy już w miarę dobry porządek w głowie niż totalny chaos.

      Tu będę polemizował. 🙂 Porządkowanie słów (na zasadzie lekcja 10 – artykuł spożywcze, lekcja 15 ubrania) znacząco utrudnia zapamiętywanie słownictwa. Jeśli jednego dnia uczę się w języku hiszpańskim pięciu gatunków ryb, dnia następnego widząc słowo w progranie powtórkowym Anki kojarzę, że to był jakaś ryba, ale która z tych pięciu ryb to była? Biały brzuch miała cojinúa, róbalo, sábalo, a może inna? Jeśli jednak uczę się jednej ryby (narzędzia/związku chemicznego/czego chcesz) dziennie, lub jeszcze lepiej jednej ryby tygodniowo, albo miesięcznie, nie zwykłem mieć trudności z zapamiętamiem słowa i znaczenie słowa. Dla skutecznego zapamiętania pięciu gatunków ryb lepiej jest je rozłożyć na różne dni, za to jednego dnia uczyć się słów z pięciu różnych dziedzin: apteka, gwóźdź, sprzątać, poseł, trudny.

      Słowa pochodzące z kontekstu o wiele łatwiej zapamiętać niż słowa pochodzące z listy (listy tematycznej, albo ze słownika). Przykładowo, uczyłem się keczua z piosenki o kobiecie, która wędruje i jest już zmęczona i pojawia się tam w pewnym momencie „puka uyacha", czyli „czerwona twarzyczka", oraz uczyłem się też z piosenki, że nadchodzi deszcz i niebo zrobiło się szare. To było już parę lat temu, ale jeśli mnie obudzisz o dowolnej porze dnia i nocy, zaśpiewam Ci jak jest w keczua np. „czerwony" i „szary". Jest za to frustrujące, jak ulatują mi z pamięci nazwy kolorów (dowolne słowa), których nauczyłem się bez kontekstu jedynie z listy słownictwa, ze słownika itd. – powtarzam takie słowo nie wiem ile razy, a za rok znów go nie pamiętam! Tak samo mam z kolorami (biorę kolory na przykład, ale tyczy się to dowolnego typu słownictwa) w języku portugalskim. Wiem, a nawet zaśpiewam, jak jest po portugalsku „pomarańczowy", lub „biały", bo słyszałem -a było to z 6-7 lat temu- te słowa w piosence, gdzie idzie „Hoje vou vestir laranja, a faixa na cabeça é branca", ale bez z słownika nie powiem w tym momencie, jak jest po portugalsku „czerwony", którego to słowa uczyłem się z podręcznika. Oczywiście tak keczua, jak portugalski, w to moim przypadku języki bardzo zaniedbane, a nie języki których dziś się aktywnie uczę. Uczę się zwłaszcza hiszpańskiego, w którym słowa biorę wyłącznie z kontekstu – słowo, które znam, to słowo, które przeczytałem w prawdziwej książce, usłyszałem w prawdziwej rozmowie itd. Poza tym, wiem, jak tych słów użyć, co wydaje się proste w kolorach, ale cięższe w czasownikach, przymiotnikach itd.

      Stąd myślę sobie, że odrywać słowa z kontekstu, oraz umieszczać słowa na listach tematycznych, to jedne z najskuteczniejszych sposobów by utrudnić ich zapamiętywanie, oraz utrudnia lub uniemożliwia ich użycie w akcji. Lepszy jest chaos.

      1. Mam podobne zdanie. Z tego, co czytałem wynika, że ucząc się naraz mocno powiązanych ze sobą słów lub takich, które określają podobne wizualnie rzeczy, można doprowadzić do interferencji, która utrudnia zapamiętywanie. Lepiej sprawdza się tu branie pod uwagę takich słów lub wyrażeń, które przychodzą na myśl, gdy po prostu się na coś patrzysz, coś słyszysz, dotykasz, wąchasz lub smakujesz, np. siedząc w restauracji, rozmawiając ze znajomym, grając w siatkówkę, a nawet czytając jakiś tekst. Wybiera się wtedy to, co składa się na cały kontekst, który jest przecież zawsze obecny, zarówno przy nauce, jak i wykorzystywaniu wiedzy w praktyce.

      2. Cóż, ja jestem przyzwyczajony do nauki słownictwa dotyczącego tego samego, jakoś nigdy mi to nie przeszkadzało, a wcale nie wylatuje ono z pamięci, bo to słownictwo przede wszystkim ćwiczę w praktyce. Owszem, nauka słówek na sucho z list nic nie daje, ale ćwiczenie ich – już tak. 🙂

      3. P. W.

        Im wyższy etap nauki, tym nauka koszmarniej trudna, a tego rodzaju „szczegóły", o których może z początku nie wszyscy myślą, mają większe znaczenie. Zauważam na przykład, że moja skuteczność pamiętania na drugi dzień jest wyższa, jeśli słowa pochodziły z niezależnych od siebie źródeł: 2 słowa z filmu, 4 słowa z dwóch różnych artykułów prasowych na odmienne tematy, 4 słowa z książki. Trochę gorzej odtwarzam znaczenie słów, jeśli wszystkie te 10 słów pochodziły z pojedynczego źródła. Problem w tym, że na poziomie C2 można spędzić kilka godzin czytając prasę (lub oglądając filmy) i nie odnaleźć jednego choćby obcego słówka, albo znaleźć to jedno, dwa. Głównym źródłem słownictwa staje się więc literatura piękna, której słownictwo jest sporo bogatsze, czyli następuje zubożenie źródeł. Przede wszystkim jednak, ze wzrostem poziomu nauki słowa stają się coraz bardziej rzadkie, nietypowe itd., czyli przestają się „naturalnie powtarzać" przez codzienny kontakt z językiem. Myślę, że dobrze jest zrozumieć swój własny umysł, jego potrzeby itd. Potem pojawiają się ludzie, którzy twierdzą, że nie potrafią nauczyć się języka, uczą się, uczą, pocą i nie mogą wyjść ponad B1, lub ponad B2 i zadają pytania na blogach. Problem w tym, że bezmyślnie kupują to, co sprzedaje im Empik: podręczniki, słowniki tematyczne, fiszki itd., a to gwałt na zdrowym rozsądku, którego jednym z najgorszych grzechów jest właśnie brak kontekstu dla słów, oraz sposób ich grupowania.

      4. Zgadzam się, właśnie im bardziej w głąb w języka, tym jest trudniej. Sam raz uczyłem się słów z serialu, bo ich nie rozumiałem, a były to całkiem wyszukane już określenia. Korzystanie z różnych źródeł (ale już nie podręczników) to konieczność na wyższych poziomach.

  18. Znalazłem dziś ciekawą stronę z testem słownictwa w języku hiszpańskim: http://vocabulario.bcbl.eu i angielskim: http://vocabulary.ugent.be

    The Basque Center on Cognition, Brain and Language ponoć zbiera dane w celach naukowych. Po wypełnieniu formularza z informacją o moich językach, moim wieku, edukacji itd. rozwiązałem ich test hiszpański…

    Z bazy 57.275 słów prawdziwych i 57.275 słów zmyślonych w języku hiszpańskim wyświetla się losowych 70 słów prawdziwych i kontrolnie 30 słów zmyślonych. Trzeba kliknąć, czy się słowo zna, czy się nie zna. Ponieważ odpowiedziałem twierdząco na 1 z 30 nieistniejących słów z części kontrolnej, odebrali mi za karę też 3% z mojego wyniku uzyskanego za słowa prawdziwe (76%) szacując tym samym, że znam 73% z 57.275 słów (czyli 41.8 tysiąca słów) w języku hiszpańskim, co ocenili jako „wysoki poziom dla rodzimego użytkownika". 🙂

    W FAQ czytam, że szacują, że rodzimy użytkownik o dobrym opanowaniu języka zna około 40.000 słów, czyli 67%. Starzy ludzie znają więcej słów niż młodzi. Szacują na tej stronie, że użytkownicy hiszpańskiego jako drugiego języka znają średnio 6.000 słów (10%) przy średnim opanowaniu hiszpańskiego i 20.000 słów (33%) przy wysokim opanowaniu języka.

    Nigdzie nie zostało sprecyzowane, co to znaczy „opanowanie średnie" i „wysokie". Wyobrażam sobie, że znajomość średnia i 6.000 słów to gdzieś poziom B2, a znajomość wysoka i 20.000 słów to gdzieś poziom C1. Poziom C2 to 40.000 słów.

    1. Podziwiam. Ja zrobiłem ten test z angielskiego (hiszpańskiego nie znam) i otrzymałem wyniki następujące:

      You said yes to 61% of the existing words.
      You said yes to 3% of the nonwords.
      This gives you a corrected score of 61% – 3% = 58%.
      This is fairly high level for a native speaker.

      Z jednej strony można się cieszyć, nawet jeśli daleko do Twoich 73%. Z drugiej warto wziąć pod uwagę, że mamy tu do czynienia ze słownictwem pasywnym i nierzadko związanym ze specjalistyczną dziedziną wiedzy. Triceratops przykładowo brzmi tak samo w każdym języku i tu większy wpływ ma ogólny poziom wykształcenia niż znajomość języka.

      1. „Triceratops przykładowo brzmi tak samo w każdym języku i tu większy wpływ ma ogólny poziom wykształcenia niż znajomość języka."

        Opinia słuszna, ale zbyt mocno sformułowana. Po islandzku: nashyrningseðla [dosłownie rogonosy jaszczur], po chińsku: 三角龍 [sānjiǎolóng – trzyrogi smok]. Między polskim a angielskim też są różnice nie tylko w terminologii (np. anatomicznej – po polsku nazwy mięśni nie są -poza bicepsem i tricepsem- ‚międzynarodowe’), ale i również w tym które słowa grecko-łacińskie są w szerokim użyciu (znane większości osób wykształconych), a które – nie. Np termin „hoi polloi" normalnie funkcjonuje w angielszczyźnie, a u nas -mam wrażenie- znają go tylko ci, co czytali Platona. Jest też wiele przypadków odwrotnych, ale akurat nie przychodzą mi do głowy przykłady.

        A co do testu – wyszło mi 91% – to sprowadza się w zasadzie do wychwytywania słów albo „niemożliwych" (źle skonstruowanych) albo „nieistniejących" (poprawnie skonstruowanych, ale niewystępujących w tekstach). Wystarczy znać zasady słowotwórstwa i oglądać dużo tekstów (oglądać, a nie czytać, bo wystarczy ocena „czy gdzieś widziałem", a nie znajomość znaczenia). Dużo lepsze jest podejście Freerice, gdzie trzeba wybierać synonimy (na ogół częściowe). Obu was podziwiam za powstrzymywanie się od wciskania „znam" w sytuacjach „jestem pewien że widziałem, ale nie pamiętam, co to znaczy".

        Z jeszcze innej strony – czy znam słowo „cosinus", jeśli mam tylko mgliste pojęcie, do czego się odnosi? Czy znam słowa „dorsz" i „tuńczyk" jeśli nie potrafię tych ryb od siebie odróżnić, ale wiem, że obie są słonowodne i dość duże (czyli nie pomylę ich z „okoniem")?

      2. Zrobiłem test z angielskiego; mój wynik:

        You said yes to 51% of the existing words.
        You said yes to 3% of the nonwords.
        This gives you a corrected score of 51% – 3% = 48%.
        This is fairly high level for a native speaker.

        „Fairy high level for a native speaker"? 48% z 60.469 słów w angielskiej bazie to 29 tys. słów. Mój angielski zdecydowanie nie jest tak dobry, a może? W angielskim teście wyświetliło mi się sporo prostych słówek typu:

        – „animal", „superman", „greatly" – oczywiste
        – „rhizobium", „mycobacterial", „geophysical" – specjalistycznych z dziedziny, które znam
        – „noncompetitively", „unwinnable", „schoolbook" – których bardzo łatwo się domyśleć przez konstrukcję
        – „provenience", „empathic", „poem" – różnych słów, które łatwo skojarzyć z językiem hiszpańskim i polskim

        Może więc rzeczywiście rozumiem 29 tysięcy słów, ale tak jak Karol zauważasz, to jest w tym też słownictwo pasywne.

        Powtórzyłem przed chwilą test hiszpański i uzyskałem ten sam wynik co przy pierwszym podejściu: 73% (tym razem bez tego jednego błędu co znaczy, że odpowiadam tylko mając pewność). Inna sprawa, że sporej części słów, których nie znałem, spokojnie bym się domyślił mając je w tekście w kontekście, więc w akcji powinienem rozumieć więcej. W ich bazie danych chyba nie ma kolokwializmów i amerykanizmów, bo żaden mi się nie wyświetlił.

        Dla porównania poprosiłem przed chwilą native speakerkę z Mekysku (wykształcenie wyższe – lekarz), by zrobiła ten test i Jej wynik to 70%, czyli 3% niższy od mojego. Moja meksykańska koleżenka twierdzi jednak, że w rzeczywistości używa tylko koło 9 ze słów, które się w tym teście pojawiły.

      3. @peterlin

        A co do testu – wyszło mi 91% – to sprowadza się w zasadzie do wychwytywania słów albo „niemożliwych" (źle skonstruowanych) albo „nieistniejących" (poprawnie skonstruowanych, ale niewystępujących w tekstach). Wystarczy znać zasady słowotwórstwa i oglądać dużo tekstów (oglądać, a nie czytać, bo wystarczy ocena „czy gdzieś widziałem", a nie znajomość znaczenia). Dużo lepsze jest podejście Freerice, gdzie trzeba wybierać synonimy (na ogół częściowe). Obu was podziwiam za powstrzymywanie się od wciskania „znam" w sytuacjach „jestem pewien że widziałem, ale nie pamiętam, co to znaczy".

        Ja i ponoć moja koleżanka ten test rozwiązaliśmy na zasadzie „czy wiem, co znaczy wyraz". Owszem, są w części hiszpańskiej wyrazy, które momentalnie da się odrzucić jako nieprawidłowo skonstruowane. Są też wyrazy prawidłowo skonstruowane, które bym obstawiał, że istnieją, ale skoro nie potrafię wyjaśnić, co znaczy dany wyraz, byłoby raczej oszustwem zaznaczyć, że go znam… Tak więc dla mnie osobiście wszystko to nie jest problemem jeśli jestem uczciwy przed sobą samym.

        Inna sprawa, czy jest problemem dla prowadzących te badania i jak im to zniekształca wyniki.

        PS. Gdyby Woofla była też po angielsku, bałoby się różne sprawy obdyskutowywać z bcokrajowcami i przykładowo dowiedzieć się, jaki wynik otrzymują w takim teście Anglicy… 😉

      4. „Bycie uczciwym przed sobą samym" nie jest takie proste. Czy jeśli wiem, że „fonetyka" to nie to samo co „fonologia", bo jedna zajmuje się fonemami a druga ich fizyczną realizacją, ale nie pamiętam, która jest która, to znam te słowa, czy nie? Czy jeśli wiem, że „morświn" to morski ssak ale nie wiem, czy bliżej mu do foki, czy delfina (chyba delfina, ale czy na pewno?), to znam to słowo?

        Intencją Karola było, jak sądzę, wskazanie, że trudno oddzielić (nie)znajomość słów od (nie)znajomości świata. Ja dodaję dwa elementy – „znajomość słowa" jest stopniowalna („czy znasz słowo jamb?" „x: takie słowo nie istnieje" „y: na pewno widziałem, chyba jakiś afrykański instrument muzyczny, ale nie jestem pewien, na pewno coś z muzyką" „q: takie jakieś metrum greckie" „z: dwusylabowa stopa metryczna o sekwencji krótka-długa" – gdzie stawiamy granice?; „sardoniczny" – „sardoniczny uśmiech, to taki nieszczery, nieprzyjazny" „chyba to samo, co ironiczny", „to samo, co sarkastyczny" „sardoniczny uśmiech, to grymas wywołany przez mimowolny skurcz mięśni twarzy na skutek niektórych chorób"), no i dwa – na pytanie „co znaczy słowo ‚znaczy'" wcale nie tak prosto odpowiedzieć.

        A wracając do testu – teoretycznie wszystko powinno się wyrównywać, ale szczegóły zależą od metodologii i obróbki danych, zaś sama konstrukcja testu („połóż teraz palce na klawiszach", mierzenie opóźnień w poszczególnych odpowiedziach) skłania do postępowania podobnie jak ja, zapewne czyniąc z niego lepsze (bardziej wiarygodne) badanie zdolności do rozpoznawania „słów niemożliwych" niż ogólnej znajomości słownictwa.

      5. @peterlin

        Czy znam słowa „dorsz" i „tuńczyk" jeśli nie potrafię tych ryb od siebie odróżnić, ale wiem, że obie są słonowodne i dość duże (czyli nie pomylę ich z „okoniem")?

        Być może znasz słowa „dorsz" i „tuńczyk", ale nie znasz dorsza i tuńczyka? Jeśli natomiast wiesz jak dorsz i tuńczyk smakują, ale nie wiesz jak wyglądają za życia, „dorsz" i „tuńczyk" to dla Ciebie -podobnie jak dla mnie- przede wszystkim nazwy potraw, nie nazwy ryb. Jeśli postawią Cię przed wyborem zjedzenia dorsza lub schablowego, raczej bez znaczenia będzie dla Ciebie wiedza, jak dorsz wygladał za życia i czym się różnił od okonia. Wystarczy wiedzieć, że „dorsz" to ryba by sobie poradzić w tej sytuacji, a nawet by użyć słowa „dorsz" aktywnie odpowiadając, że dla Ciebie dorsz.

        Choć z drugiej strony, jeśli byś nie wiedział, jak dorsz i tuńczyk smakują, a wybór będzie pomiędzy dorszem i tuńczykiem, pojawi się problem. Wyobrażam sobie -podobne sytuacje mi się zdarzały-, że wchodzę do baru i widzę w menu „kurczak po wietnamsku" i „kurczak po tajlandzku". Znam wszystkie te cztery słowa z osobna, ale co wybrać?

        Do testu odniosłem w związku z liczeniem ilości słów. Jak jednak gdzieś kiedyś pisałem, znaczenie ma tylko, ile słów rozumiem w kotekście, a słowa bez kontekstu nie funkcjonują. Możesz nie wiedzieć, co dokładnie znaczy „morświn", ale w kontekście Twojego komentarza wyraz ten doskonale Ci posłużył zobrazowaniu pewnego problemu. Wyrazy „dorsz" i „tuńczyk" doskonale tu, w kontekście naszej dyskusji, rozumiemy, a nawet zmyśliłem kurczaka po wietnamku i tajlandzku, które czemuś tu posłużyły i coś tu znaczą mimo, że mogą nie istnieć.

  19. Do Autora:
    Wielu nauczycieli mówiło mi że nie 1000 a co najmniej 2500 słów to podstawa. No i oczywiście wszystkie formy gramatyczne. A zatem, czy jest jakiś zbiór tekstów na poziomie A1 i kolejnych jeśli to konieczne aby na ich podstawie zapoznać się ze wszystkimi formami gramatycznymi i najważniejszymi najczęściej używanymi słowami (2500 może więcej)?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ