Dyslektyk uczy się języka obcego

Dzisiejszy artykuł będzie traktował o poważnym temacie, który szczególnie w ostatnich latach stał się prawdziwym wyzwaniem dla rodziców i nauczycieli – temat ten to dysleksja. W każdej szkole można spotkać dyslektyka. Skupię się przede wszystkim na praktycznych radach i wskazówkach jak pracować z dzieckiem dyslektycznym. Głównym zagadnieniem będzie nauka języka obcego przez dyslektyka – czy jest to trudne zadanie i jaką rolę pełni tutaj nauczyciel lub opiekun?

Z całą pewnością każdy z Czytelników słyszał coś na temat dysleksji. Ogólnie rzecz biorąc, mianem dysleksji określa się specyficzne trudności  w nauce czytania i pisania, przeważnie ujawniające się w pierwszych latach szkolnych. Termin dysleksja rozwojowa oznacza, że trudności w konkretnych dziedzinach nauki ujawniają się już od początku procesu szkolnego – w przeciwieństwie do dysleksji nabytej występującej po urazie mózgu. Dysleksja rozwojowa może przybierać konkretne formy:

  • Dysleksja – trudności w czytaniu, którym towarzyszą problemy w czytaniu na głos
  • Dysgrafia – zaburzenia w opanowaniu właściwej umiejętności pisania, pismo graficzne jest określane mianem niekaligraficznego
  • Dysortografia – trudności w opanowaniu pisma, szczególnie ujawniające się w zapisie ortografii

Wyróżnia się też konkretne typy dysleksji w zależności od rodzaju występujących zaburzeń :

  • Dysleksja typu słuchowo–językowego – zaburzenia funkcji językowo-słuchowych – uczeń ma trudności w pisaniu ze słuchu, np. dyktanda, uczeń wypowiadając się opuszcza końcówki fleksyjne, przekręca słowa, podwaja litery, nie dba o akcent i melodię zdania, jego wypowiedzi charakteryzują częste pauzy, opuszczenia słów, wolne tempo i częste nadmierne przedłużanie samogłosek
  • Dysleksja typu wzrokowo–przestrzennego – uczeń posiada trudności w pisaniu z pamięci, jednak jego wypowiedzi są poprawne; prace pisemne zawierają liczne błędy ortograficzne, często w słowach litery są poprzestawiane, uczeń ma problem z wizualizacją słów i ich pisowni.
  • Dysleksja typu mieszanego – u ucznia występują zaburzenia opisane przy dysleksji typu słuchowo-językowego i wzrokowo–przestrzennego
  • Dysleksja typu integracyjnego – pojedyncze funkcje mogą działać poprawnie, jednak uczeń ma kłopoty z ich skoordynowaniem, kiedy odbiera informację sensoryczną, może mieć trudność z reakcją funkcji motorycznych.

Biorąc pod uwagę fakt, że dziecko dyslektyczne ma zaburzenia w pisaniu i czytaniu języka ojczystego, spróbujmy sobie wyobrazić, jak trudno przychodzi mu nauka języka obcego. A jednak jest to obowiązkowy przedmiot, który musi być realizowany przez ucznia i nauczyciela. Oczywiście nie każde dziecko z dysleksją będzie miało kłopoty z nauką języka obcego – większość ma z tym trudności, ale są też jednostki, które przyswajają materiał w normalnym tempie. Jeśli występują zaburzenia, są to przede wszystkim :

  • Kłopoty w pisaniu tekstu słyszanego
  • Słabe zapamiętywanie słówek
  • Przekręcanie liter w wyrazach
  • Pisanie wyrazów w zapisie fonetycznym
  • Pomijanie akcentów graficznych
  • Zamienne stosowanie podobnych wyrazów
  • Kłopoty w budowaniu wypowiedzi słownych

Kiedy zauważymy u dziecka symptomy, bardzo ważna jest diagnoza – opinia poradni po uprzednim zbadaniu między innymi: poziomu sprawności intelektualnej ucznia, słuchu, funkcji ruchowych, określenie tempa czytania i analizy prac pisemnych. Uczeń może otrzymać opinię z poradni dopiero po 10 roku życia.
Oczywiście posiadanie takiej opinii zmienia odrobinę sposób, w jaki uczeń przystępuje do egzaminów, tak aby miał możliwość sprawiedliwej oceny. Jeśli uczeń prezentuje niski poziom graficzny pisma (nieczytelne/niewyraźne), to ma możliwość pisania na komputerze lub korzystania z pomocy nauczyciela, który zapisuje jego wypowiedzi. Gdy uczeń wolno czyta i pisze, to czas jego egzaminu będzie wydłużony o 50 %. Kolejnym udogodnieniem dla dyslektyków jest ocena ich arkuszy egzaminacyjnych ze zmienionymi kryteriami, które pomijają np. błędy w pisowni, ortografię.

 

Dyslektyk w szkole

Nauczyciel języka obcego, który ma w klasie osobę z dysleksją, musi starać się podwójnie. Jednak klasa licząca trzydzieści osób nie zawsze sprzyja koncentracji… Co można zrobić, by uczeń dyslektyczny miał szansę na opanowanie języka obcego?

MULTIsensoryczność – należy dbać o zaangażowanie wszystkich zmysłów ucznia, a także ich koordynacji – sprzyja to lepszemu zapamiętaniu słówek lub wyrażeń i pozwala unikać znudzenia.

Słuchanie – bardzo często dyslektycy mają problem z rozróżnieniem wypowiedzi ze słuchu, dlatego warto by słysząc tekst śledzili go również wzrokiem. Poza tym nauczyciel powinien mówić wyraźnie i wolno, tak, by uczeń miał czas zrozumieć instrukcje.

Słownictwo – wprowadzanie nowego słownictwa powinno odbywać się wolno, aczkolwiek systematycznie. Nowe słowa powinny być powiązane lub podobne do tych, które uczeń już zna. Szczególny nacisk należy kłaść na różnicę pomiędzy wymową a pisownią danego wyrazu.

Ćwiczenie pisania – jest to kluczowy element nauki języka obcego przez dyslektyka. Wszelkie ćwiczenia pisemne, gdzie uczeń podkreśla, eliminuje lub dopisuje słowa czy litery, są bardzo pomocne w przyswojeniu nowego materiału.

Magia powtarzania – bez powtórki dyslektyk może nie być w stanie odtworzyć z pamięci znanych mu już słów bądź wyrażeń. Nauczyciel powinien sukcesywnie wracać do materiału już omówionego, używając różnorodnych metod i form, najlepiej opartych na metodzie polisensoryczności.

W literaturze znajduje się świetnie napisany dekalog dla nauczycieli gdzie bardzo dobrze przedstawiona jest idealna postawa nauczycieli wobec dyslektyka :

 

DEKALOG DLA NAUCZYCIELI UCZNIÓW DYSLEKTYCZNYCH[1]

NIE

  1. Nie traktuj ucznia jak chorego, kalekiego, niezdolnego złego lub leniwego.
  2. Nie karz, nie wyśmiewaj ucznia w nadziei, że zmobilizujesz go do pracy.
  3. Nie łudź się, że uczeń „sam z tego wyrośnie", „weźmie się w garść", „przysiądzie fałdów".
  4. Nie spodziewaj się, że kłopoty ucznia pozbawionego specjalistycznej pomocy ograniczą się do czytania i pisania i znikną same w młodszych klasach szkoły podstawowej.
  5. Nie ograniczaj uczniowi zajęć pozalekcyjnych, aby miał więcej czasu na naukę, ale i nie zwalniaj go z systematycznych ćwiczeń i pracy nad sobą.

TAK

  1. Staraj się zrozumieć swojego ucznia, jego potrzeby, możliwości i ograniczenia. Zapobiegnie to pogłębianiu się jego trudności szkolnych i wystąpieniu wtórnych zaburzeń nerwicowych.
  2. Spróbuj jak najwcześniej zaobserwować trudności ucznia: na czym polegają i co jest ich przyczyną. Skonsultuj problemy ucznia ze specjalistą (psychologiem, logopedą, pedagogiem, a w razie potrzeby z lekarzem).
  3. Aby jak najwcześniej pomóc uczniowi:
  • bądź w kontakcie z poradnią i nauczycielem terapeutą, wykorzystuj wyniki badań i zalecenia specjalistów, uwzględniaj je w swojej pracy;
  • ustal kontrakt zawierający reguły współpracy między tobą, innymi nauczycielami, rodzicami i uczniem, który ucznia czyni odpowiedzialnym za pracę nad sobą, rodziców za pomaganie uczniowi, a nauczyciela za bycie doradcą;
  • zaobserwuj podczas lekcji, co najskuteczniej pomaga uczniowi.
  1. Opracuj indywidualny program terapeutyczny wymagań wobec ucznia, dostosowany do jego możliwości, a zatem:
  • oceniaj go na podstawie odpowiedzi ustnych i treści prac pisemnych;
  • nie każ mu głośno czytać przy całej klasie;
  • pozwól mu korzystać ze słownika i daj mu więcej czasu na zadania pisemne;
  • dyktanda i prace pisemne oceniaj jakościowo (opisowa ocena błędów) pod warunkiem systematycznej pracy, znajomości reguł ortografii i korekty błędów w zeszytach
  • nagradzaj za wysiłek i pracę, a nie za jej efekty.
  1. Bądź życzliwym, cierpliwym przewodnikiem ucznia.

Dyslektyk w domu

Dziecko dyslektyczne, które uczy się języka obcego, wymaga ciągłej stymulacji, po to by przyswoić nowy materiał.  Nawet jeśli uczeń ma dwie godziny lekcyjne języka obcego w tygodniu, to zbyt mało, żeby był w stanie opanować język. Kolejna praca czeka po godzinach właśnie rodziców. Zadaniem rodzica jest przede wszystkim motywacja dziecka – motywujemy do nauki, pokazując cel i zachęcając do poszerzania swoich umiejętności. Co więcej, rodzic powinien analizować materiał omawiany w szkole, czyli przygotować powtórki dla dziecka. Jednak zwykłe odpytywanie może szybko znudzić i zdekoncentrować ucznia. Należy zadbać o to, by podobnie jak w szkole, dziecko mogło uruchomić wszystkie zmysły, a nauka była dla niego swoistą zabawą. Oto parę przykładów ćwiczeń, które rodzic może przeprowadzić z dyslektykiem w domu:

  • Przepisywanie słów – rodzic zapisuje słowo „car”, po czym dziecko zapisuje ten sam wyraz pod spodem.
  • Układanie zdań w historię – dziecko dostaje kilka zdań na kartkach, a jego zadaniem jest ułożenie tych kartek ze zdaniami w jedną spójną całość.
  • Rysowanie krzyżówek – dziecko może wspólnie z rodzicem stworzyć krzyżówkę tematyczną z hasłem np. family, gdzie wpisuje hasła, używając kolorowych flamastrów.
  • Wykreślanie słów – dziecko dostaje zbiór słów, z którego musi wykreślić jedno, które nie pasuje.
  • Dopasowanie obrazka – rodzic czyta krótką historię, a zadaniem dziecka jest dopasowanie obrazka, który pasuje do treści opowiadania.
  • Tworzenie wyrazów – dziecko dostaje od rodzica wycięte kolorowe literki i próbuje ułożyć z nich jak najwięcej słów.
  • Szukanie cech wspólnych – dziecko otrzymuje zbiór wyrazów, a rodzic wydaje polecenie, np. „znajdź wyrazy, które mają w pisowni literkę s” i dziecko dokonuje selekcji wyrazów.
  • Tworzenie wężyka wyrazowego – zadaniem dziecka jest wyszukanie jak największej ilości słów.
  • Dotykanie przedmiotów – rodzic pakuje przybory szkolne do pudełka, po czym, wyciągając kolejne, pyta dziecko o ich nazwę; następnie można odwrócić rolę i na przykład zawiązać dziecku oczy, tak by tylko na podstawie dotyku było w stanie określić, co trzyma w dłoni.

Tak naprawdę każda forma nauki, która opiera się na zabawie, będzie idealna dla dyslektyka. Bardzo często osoby dotknięte dysleksją mają kłopoty w nauce języka, co nie oznacza jednak, że nie powinny próbować pracować nad osiągnięciem kolejnych językowych celów. Postawa nauczyciela i rodzica powinna opierać się przede wszystkim na systematyczności i zrozumieniu potrzeb dziecka. Z całą pewnością miła atmosfera zajęć pomoże dziecku w procesie nauki. A czy Wam zdarzyło się uczyć dziecko z dysleksją? Może macie jakieś swoje sprawdzone metody?

[1] M. Bogdanowicz, A. Adryjanek, Uczeń z dysleksją w szkole. Poradnik nie tylko dla polonistów, Gdynia 2005

33 komentarze na temat “Dyslektyk uczy się języka obcego

  1. Niestety opisywana tu przypadłość jest w znacznej mierze „wykrywana" u dzieci na życzenie rodziców, na co wskazują również badania statystyczne oraz doświadczenia lekarzy. A kluczem jest jedno zdanie z artykułu:

    „Oczywiście posiadanie takiej opinii zmienia odrobinę sposób, w jaki uczeń przystępuje do egzaminów, tak aby miał możliwość sprawiedliwej oceny."

    Regulacja mająca pomóc ułamkowi dzieciaków z faktycznym problemem jest wykorzystywana przez przytłaczającą większość „sprytnych" posiadaczy dzieci, chcących ulżyć im w jakże ciężkim losie…. A potem dziwimy się skąd tylu idiotów wokół nas?

    1. Co ciekawe dysortografia jest zaraźliwa, chyba drogą kropelkową. Póki w szkole nie ma osób chorych na dysortografię – choroba się nie rozwija, ale po pojawieniu się ogniska zarazy – szybko zapadają na nią kolejne dzieci.

    2. A potem dziwimy się skąd tylu idiotów wokół nas?

      A ja się nie zgadzam, by wokół na było wielu idiotów. Odnoszę wrażenie, że ludzie w Polsce mają dość dużą wiedzę ogólną. Jeśli natomiast chodzi o umiejętność logicznego myślenia, odnoszę wrażenie, że ta jest u Polaków taka sama jak u ludzi w krajach o „niższym poziomie edukacji" niż Polska. Niedostrzegam związku pomiędzy „poziomem edukacji", a logiką myślenia ludzi i w zasadzie mnie to cieszy. 🙂 Ludzie z najdzikszych uwarunkowań społeczno-geograficznych naprawdę często sprawniej rozumują niż bogaci synkowie polskich lekarzy.

      Poza tym choć w szkole w moich czasach mówiono, że uczą myślenia, było wręcz na odwrót: szkoła zakazuje samodzielnego myślenia. W szkole u [w sumie nielicznych] nauczycieli, u których podważałem prawdziwość przekazywanej wiedzy, miałem ładnie mówiąc przechlapane. W liceum zdarzyła się wręcz taka nauczycielka, co przerywała nagle lekcję i ni stąd ni z owąd zwracała się do mnie mówiąc „Dzwoniłeś do profesora?"; po tym jak napisałem do autora naszego podręcznika w jednej ze spornych kwestii pomiędzy mną, a nauczycielką, nauczycielka przeczytała nadeszłą odpowiedź [z której wynikało, że ma przestarzałą wiedzę ze studiów oraz, że trzeba czytać podręcznik ze zrozumieniem], na pewien czas Ją przytemperowałem. 🙂

    3. Panie Piotrze, dawno nikt nie wywolał u mnie tylu negatywnych emocji… mam tylko nadzieję, że nigdy nie będzie wśród Pana najbliższych żadnego dyslektyka… biada mu!!!

    4. Panie Piotrze. W kazdej dziedzinie napotykamy sie na ludzi, ktorzy probuja oszukiwac na swoja korzysc i czerpac z mozliwosci, ktore im nie przysluguja. To jest temat, czy problem sam w sobie, temat oszustwa i jak sie przed tym w spoleczenstwie chronic. Nie dotyczy w jakis szczegolny sposob wlasnie dysleksji i pomocy dyslektykom. Poruszenie tego tematu nie ma nic wspolnego z trescia i przeslaniem powyzszego artykulu. Artykul skupia sie na tym jak pracowac z konkretnymi trudnosciami, zeby pomogly dziecku w rozwoju.

  2. „Choroby" takie jak dyslekcja, dysortografia itp. moga sie rozwijac tylko w patologicznym, przymusowym systemie edukacyjnym.Czy slyszal ktos, zeby do klubu pilkarskiego przyszedl chlopak z zaswiadczeniem o dysfutbolii? Dopoki pilka nozna nie jest przymusowa- choroba taka nie istnieje. Jak ktos nie umie grac w pilke to w nia nie gra. Tak samo jak ktos nie umie pisac to niech nie pisze, a jesli musi to bedzie pisac z bledami i inni okresla go mianem „tumana" a nie jakiegos „dyslektyka". Tak przynajmniej powinno byc.

    1. @Night Hunter

      Byłem kiedyś na wykładzie pewnego tłumacza ustno-pisemnego, który był dyslektykiem. Z jego słów wynikało, że radził sobie całkiem nieźle. Wspomagał się jedynie pomocą zaprzyjaźnionej korektorki, gdy musiał coś przetłumaczyć z języka angielskiego na polski.

      Ten wysyp dyslektyków wynika z tego, że więcej rodziców wie o takim zaburzeniu niż kiedyś, co przekłada się na częstsze wizyty w poradni i większą liczbę wykryć. Wcześniej uważano, że takie problemy wynikają ze lenistwa, więc po prostu zmuszano dzieci do większego wysiłku. W mało poważnych przypadkach przynosiło to dobry skutek, więc mało kto podejrzewał, że istnieje taka „choroba". Sytuacja, gdy ktoś miał większe trudności nie była zbyt częsta, przez co niewielu ludzi słyszało lub wiedziało z doświadczenia, że taki problem istnieje. Popularność internetu znacząco zmieniła dotychczasowy stan rzeczy. Według mnie obecnie wykrywa się po prostu więcej przypadków lekkiej dysleksji. Alternatywnym wyjaśnieniem mogą być za słabo wyćwiczone umiejętności czytania i pisania. Z tego powodu wytyczne mówią o tym, że „rozpoznanie dysleksji można postawić po co najmniej kilkumiesięcznych intensywnych ćwiczeniach korekcyjno – kompensacyjnych". Zapewne zdarzają się też przypadki błędnej diagnozy, ale trudno oszacować, ile ich tak naprawdę jest.

      Polski system edukacyjny nie jest niestety idealny. Od ucznia wymaga się umiejętności dotyczących różnych dziedzin, nie biorąc poprawki na indywidualne predyspozycje i czynniki środowiskowe. W takim systemie nagradza się wszechstronne uzdolnienia, które są w wielu przypadkach niezależne od tego, ile ktoś wkłada wysiłku w naukę. W modelu finlandzkim zastosowano podejście, w którym słabsi uczniowie dostają dodatkowe wsparcie, dzięki czemu ich wyniki są bardziej zbliżone do tych, które osiągają lepsi uczniowie. Problem w tym, że w Polsce takie wyrównywanie szans nie ma miejsca. Wszystko skupione jest na wystawianiu przez nauczyciela subiektywnych ocen na podstawie subiektywnie wybranego materiału sprawdzającego wiedzę, nie biorąc pod uwagę innych czynników, które wpływają na ocenę. Znajduje to nawet potwierdzenie w większej korelacji między poziomem dochodów rodziców, a ocenami, niż między ocenami i zwiększonym wysiłkiem. A to tylko jedna z wielu możliwości, która wpływa na to, jakie ktoś będzie osiągał wyniki.

      1. Oceny służą temu, by pokazać kto jest lepszy, kto jest gorszy, a nie temu, by pokazywać „starania". Jeśli uczniowie „nieuzdolnieni" oceniani by byli inaczej niż uczniowie „uzdolnieni", to przykładowo w momencie przyjęcia na studia, skąd byłoby wiadomo, kto jest dobry i przyjąć, a kto jest zły i odrzucić, a dobre swoje wyniki uzyskał „za brak zdolności"?!

        Nie nauczyłem się na sprawdzian z matematyki, bo mam zaświadczenie od psychiatry o braku zdolnośmi matematycznych, ciężkiej dyslekcji, przekręcają mi się 1 z 7, albo mam zaświadczenie o depresji i mi się nauczyć nie chciało. Proszę, by mi matematyk postawił tę samą ocenę co tym, którzy się nauczyli! A teraz, jak już mam 5 z matematyki otrzymane w nagrodę „za brak zdolności", lub „za starania" mogę iść na studia na matematykę tak samo jak ten, co potrafi liczyć, bo to nic, że nie potrafię liczyć, bo mam te same oceny, co ci, którzy liczyć potrafią…

      2. System oceniania powinien odróżniać uczniów, którzy potrafią, od uczniów, którzy nie potrafią, bo temu służą oceny. Ostatecznie liczy się w życiu kto ile potrafi, nie liczy się ile w to włożył wysiłku; liczy się rezultat.

      3. Piotrze,

        „Oceny służą temu, by pokazać, kto jest lepszy, a kto gorszy" to bardzo, bardzo nieszczęśliwe sformułowanie. Oceny mają wiele funkcji, jedną z nich jest -przynajmniej w teorii- mierzenie *postępów w nauce* (zdolności * wysiłek plus parę innych czynników). Podstawową jest mierzenie umiejętności, ale w praktyce bywa z tym różnie. Masz rację, że ostatecznie liczy się kto ile potrafi, ale z mojego doświadczenia wynika, że korelacja między tym, a ocenami jest słaba.

        Nikt nie broni wystawiania lewych zaświadczeń o dyscośtam, ale zamiast wrzucać prawdziwych dyslektyków do jednego worka z kombinatorami pożyteczniej zastanowić się nad zmianą systemu tak, by pomagać tym, którym to jest potrzebne, jednocześnie nie zachęcając do nadużywania zasad.

        To że w pełni obiektywny system ocen, absolutnie równy dla wszystkich byłby niesprawiedliwy i społecznie szkodliwy to temat na osobną, bardzo długą dyskusję.

        I na koniec – wiem, że skrót myślowy, ale tak powszechny, że irytujący: matematyka ma naprawdę niewiele wspólnego z liczeniem; mniej więcej tyle, co poezja z kaligrafią. Dobry poeta może bazgrać jak kura pazurem (przy okazji, mój ulubiony – Yeats – był dyslektykiem); matematyk ma rozumieć relacje (wyrażane liczbami albo nie), od liczenia ma kalkulator.

      4. Bawiąc się w filozofa…

        Wszyscy ludzie jesteśmy równi, tj. równie wartościowi jako istoty ludzkie. Jeśli jednak chodzi o wiedzę i umiejętności, czy jest tajemnicą, że jedni są w określonym zakresie „lepsi" od innych?

        Świat jeśli ma funkcjonować, nie może być sprawiedliwy. Uczeń się nie nauczył, bo mu się nie chciało i dostał jedynkę i czy jest to sprawiedliwe? Ten uczeń nie nauczył, bo chodził przybity, a chodził przypity bo miał dowolnego rodzaju problemy życiowe, o których nauczyciel się nigdy nie dowie – nie jego wina, że się nie nauczył. Za każdym niepowodzeniem kryją sie złożone przyczyny [nie ma „lenia" bez głębszych przyczyn] i wszyscy jesteśmy usprawiedliwieni, bo życie po prostu jest bardzo, bardzo złożone. Jeśli mielibyśmy się oceniać sprawiedliwie, wszczyscy moglibyśmy dostawać tylko jedną i tę samą ocenę. Ocenianie [czegokolwiek] z definicji wiąże się z niesprawiedliwością, więc skoro istnieją oceny, nie ma co wymagać, by były sprawiedliwe: po prostu służą sprawdzeniu wiedzy.

      5. Przepraszam, jeszcze jedno:

        to przykładowo w momencie przyjęcia na studia, skąd byłoby wiadomo, kto jest dobry i przyjąć, a kto jest zły i odrzucić, a dobre swoje wyniki uzyskał „za brak zdolności"?!

        Jak to skąd? Z egzaminu badającego opanowanie minimum materiału pozwalającego na rozpoczęcie studiów (student kierunku X powinien potrafić to, to i to, co badamy na teście). Choć w perspektywie demograficznego niżu i to nie jest konieczne – można będzie przyjmować (niemal) wszystkich chętnych, kto się nie nadaje, ten odpadnie.

        Jedną z podstawowych funkcji edukacji powszechnej jest (a przynajmniej powinno być) wychowanie obywatelskie – budowanie poczucia wspólnoty pomiędzy ludźmi pochodzącymi z różnych środowisk. Próba wyrównywania szans stanowi jej ważny element. Wczesna segregacja na lepszych i gorszych jest niebezpieczna, bo petryfikuje podziały społeczne (caeteris parubis paribus (podziękowania dla NightHuntera) bogatsi będą osiągać lepsze wyniki) i za jakiś czas możemy żyć w kilku równoległych społeczeństwach, nienawidzących siebie nawzajem.

      6. Jedną z podstawowych funkcji edukacji powszechnej jest (a przynajmniej powinno być) wychowanie obywatelskie – budowanie poczucia wspólnoty pomiędzy ludźmi pochodzącymi z różnych środowisk. Próba wyrównywania szans stanowi jej ważny element. Wczesna segregacja na lepszych i gorszych jest niebezpieczna, bo petryfikuje podziały społeczne (caeteris parubis bogatsi będą osiągać lepsze wyniki) i za jakiś czas możemy żyć w kilku równoległych społeczeństwach, nienawidzących siebie nawzajem.

        Odnoszę wrażenie, że polskie społeczeństwo jest nadzwyczaj jednorodne, nadzwyczaj słabo rozwarstwione. Wiadomo, że jedni mają znacznie więcej pieniędzy od innych, ale jak wpływa to na ich życie? W Polsce edukacja jest darmowa od samej podstawówki po studia wyższe dzienne, a na niższych etapach nie tylko jest darmowa, a po prostu obowiązkowa! Polskie dziecko, choćby chodziło głodne, jeśli ma zdolności, ostatecznie ma szanse je wykazać tak samo jak dziecko bogate i w jednej jest z nim klasie. Tak nie żyje większa część ludzkości, chyba? My Polacy żyjemy w jakimś niepojęcie jednorodnym społeczeństwie i nie widzę by nam groziło, że „za jakiś czas możemy żyć w kilku równoległych społeczeństwach, nienawidzących siebie nawzajem." z powodu takiego, że w szkole wszyscy oceniani by byli tak samo – powinni! Inna sprawa, że choć rozwarstwienie społeczne jest „niesprawiedliwe", społeczeństwo nierozwarstwione nie mogłoby organizacyjnie funkcjonować.

    2. Znajoma doktor nauk politycznych twierdziła, że osób z orzeczeniem o dysleksji nie powinno się przyjmować na kierunki humanistyczne. Bo umiejętność czytania i pisania to umiejętność tak podstawowa, że bez niej nie ma co wpuszczać delikwenta na uniwersytet. W sumie brzmi to całkiem logicznie…

    3. Czy osoba, kryjaca sie za Night Hunter wogule kiedys choc raz zaznajomila sie z fachowa wiedza na temat tego czym jest dysleksja? Co robi na tym forum ktos, kto nie jest zainteresowany tematem, ani nic o nim nie wie? I po co wogule tu wchodzi, jesli nie chce wiedziec? Przeciez w samym artykule jest opis tego na czym dysleksja polega. Night hunter nawet nie przeczytal tego artykulu. A moze przeczytal,ale nic nie rozumie?

      Dysleksja nie ma nic wspolnego z tym, czy ktos jest madry, czy glupi. To problem w odkodowywaniu kodu jezykowego. Ten problem utrudnia proces nauki, jesli nauka bazuje na kontakcie z tekstem. Artykul mowi o tym, jak pracowac z trudnosciami, zeby one nie utrudnialy uczenia.

      Czy Night hunter wogule mysli co mowi?

      1. „Czy Night hunter wogule mysli co mowi?"- Nigth Hunter ma wielką nadzieję, że pani Małgorzata jest ciężko chora na dyslekcję, bo jeśli osoba zdrowa robi tyle błędow w jednym zdaniu ( od ortograficznych, przez gramatyczne po merytoryczne) to „po co wogule tu wchodzi"?

      2. Chyba z czystej przyzwoitości powinienem szczerze wyjaśnić (szczególnie pani Małgorzacie), dlaczego nie „zaznajomiłem się z fachową wiedzą" o dyslekcji i nadal tego nie robię. Jest to związane z pewną traumą psychiczną, której kiedyś przez nią doznałem.
        Dawno temu na jakimś polskim czacie towarzyskim pisałem sobie z pewną miłą panią, a że nie miałem polskiej klawiatury opuszczałem wszystkie te kreseczki i ogonki, do czego sie on szybko przyzwyczaiła, zdecydowanie za szybko, jak się potem okazało. Gdy mi napisała, że pracuje z dyslektykami od razu podważyłem powagę tego problemu używając słowa „pic"- czyli ściema, bzdura, bajka ( pic na wode, fotomontaż). Napisałem tak:
        – Czy przypadkiem dyslekcja to nie pic?
        A ona mi na to:
        -Nie, „nie pić" to przypadkiem abstynencja, dyslekcja to coś innego, raczej nie zrozumiesz. Cześć!

        No i do dziś nie rozumiem, tak mi zostało…

    4. @Night Hunter

      „Choroby" takie jak dyslekcja, dysortografia itp. moga sie rozwijac tylko w patologicznym, przymusowym systemie edukacyjnym.Czy slyszal ktos, zeby do klubu pilkarskiego przyszedl chlopak z zaswiadczeniem o dysfutbolii? Dopoki pilka nozna nie jest przymusowa- choroba taka nie istnieje. Jak ktos nie umie grac w pilke to w nia nie gra. Tak samo jak ktos nie umie pisac to niech nie pisze, a jesli musi to bedzie pisac z bledami i inni okresla go mianem „tumana" a nie jakiegos „dyslektyka". Tak przynajmniej powinno byc.

      Przypomniałem sobie dobrą anegdotę. Otóż w Japonii jest tylko prawa pozycja miecza, tzn. prawa dłoń chwyta rękojeść powyżej lewej dłoni. Mistrz japoński zapytany co z mańkutami odrzekł, że w Japonii nie ma mańkutów. Serio.

      1. Ta japońska sytuacja jest trochę prostsza- zanim samuraj-mańkut przekaże swoje geny zostanie skrócony o głowę. Albo się przestawi.
        Gdyby u nas od ortografii bardzo zależała jakość życia, to dyslektyk za nic nie mógłby znaleźć partnerki i też nie przekazałby genów, chyba że by sie z tego „wyleczył". Jednak mamy wiele nieźle płatnych zawodów, do których wykonywania ortografia jest zbędna. Dyslektycy mogą być wspaniałymi murarzami, rolnikami, mechanikami, rzeźnikami, po co im z nieziemskim trudem zdobywać zawód przymierającego głodem znawcy jakiejś literatury??? No chyba ze na podstawie zaświadczenia o urojonej dyslekcji latwiej zdobyć taki zawód niż nauczyć się układania glazury…

      2. Ta japońska sytuacja jest trochę prostsza- zanim samuraj-mańkut przekaże swoje geny zostanie skrócony o głowę. Albo się przestawi.

        Z tą selekcją naturalną to byłaby raczej gruba przesada…, ale tak jak piszesz, musi się nauczyć posługiwać mieczem jak osoba praworęczna i musieć to móc. W Japonii w tym przynajmniej przypadku nie ma dyskusji „bo ja jestem leworęczny". Oczywiście Polak-mańkut uczący się władać japońskim mieczem w Polsce również przestrzegać musi pozycji pomyślanych dla praworęcznych.

        Gdyby u nas od ortografii bardzo zależała jakość życia, to dyslektyk za nic nie mógłby znaleźć partnerki i też nie przekazałby genów, chyba że by sie z tego „wyleczył".

        Mógłby też poszukać partnerki w kraju typu Hiszpania (przykład 1: wysoka degradacja społeczna) i Republika Dominikańska (przykład 2: słaba edukacja), gdzie dysortografia zasługuje na miano emblematu narodowego. To jak kto się ortografią posługuje zależne jest ponad wszystko od poziomu edukacji, podczas gdy udział wszelakich dys jest drugorzędny. Czyli jeśli np. Hiszpanka z kolczykami w nosie myli ze sobą „a ver" y „haber" to nie dlatego, by miała jakąś dys.

      3. A propos „a ver-haber"- pewna para z mojej rodziny wróciła niedawno z Kanarów i oboje nauczyli się aż jednego słowa po hiszpańsku ( może cierpią na dysmemorię), mianowicie „hola". Ale o dziwo wymawiają je z „h", nie podejrzewam ich o kontakt z hiszpańskim pisanym ( przypadek bliski dysleksji) i sami zaklinają się, że tak to słyszeli codziennie od tubylców. Czyżby tam zachowała sie wymowa z wymawianym „h"?

      4. Nie znam hiszpańskiego z Kanarów, ale wymowa „h" zachowała się w niektórych regionach Hiszpanii, oraz Ameryk, w tym chyba na Kanarach. Jak podaje Wikipedia [https://es.wikipedia.org/wiki/H]:

        «Otra excepción importante son las palabras que tenían F en vez de H en el latín vulgar y en español antiguo. En la lengua española preclásica, palabras como „harto", „hablar" y „hermoso" se escribían „farto", „fablar" y „fermoso". Esta /f/ inicial cambió su punto de articulación de labiodental [f] a faríngea [h]. Los hispanohablantes que siguen la norma atlántica tienden a articular la [h] en palabras como „huir", „heder", „higo". En buena parte de Andalucía, Canarias, Extremadura, Cantabria y en zonas rurales de la ribera caribeña, Cuba y Puerto Rico se mantiene la pronunciación [h] en las palabras señaladas».

        Kolumbijczycy wymieniony tu wyraz „harto" wymawiają zwykle „jarto", ale pozostałe wymienione -może poza jakimś językiem bardzo gwarowym- normalnie z „h" niemym. Taka pisownia „jarto" przez „j" widnieje w słowniku wydanym przez la Academia Colombiana de la Lengua (4 wydanie, 2012) (podobnie jak np. „jecho" i „jediondo"), podczas gdy pisowni tej brakuje w słowniku Real Academia Española. Widzę jednak właśnie, że spośród wymienionych przeze mnie słówek, w DRAE widnieje „jediondo" podpisane jako słowo urugwajskie i brak w haśle wzmianki o Kolumbii… Niektóre słowa mają oficjalnie dwie formy pisowni, np. „halar" – „jalar" i tak np. ciekawe, że Kolumbijczycy są w stanie wymówić „jalar", gdy widzą na piśmie „halar".

  3. Ocena-jak sama nazwa wskazuje, ma wspolna etymologie ze slowem „cena". Skad wiemy, ze mercedes jest lepszy od seicento? Nie musimy tego sprawdzac, cena mowi nam wszystko. Dlaczego Messi jest drozszy od Blaszczykowskiego? Bo go wyzej cenia, czyli musi byc lepszy.W swiecie motoryzacji i futbolu rzadzi Wolny Rynek i cena jest kwintesencja sprawiedliwosci. Nikt nie wpadnie na „postepowy" pomysl- niech Blaszczykowski pogra w Barcelonie, troche sie podciagnie, a Messi ze dwa sezony niech pokopie z niepelnosprawnymi i wszystko sie wyrowna. Ludzie tego nie kupia, wszystko sie zawali, zbankrutuje. Niestety w szkolnictwie, szczegolnie w Polsce, zamiast wolnego rynku panuje komunistyczna urawnilowka i oceny malo maja wspolnego z cenami (czyli sprawiedliwoscia) a najwiecej uznania wzbudza nie ten, kto jest najlepszy a ten kto najbardziej SIE STARA. Jednak kazdy piewca takiego kryterium oceniania, gdy zachoruje i idzie na operacje to nagle chce miec najlepszego chirurga, a nie tego , co najbardziej sie stara…

    1. Nawiążę do tego starania się i oceniania po efektach… Przypomniał mi się kolega ze studiów, który zasłużenie cieszył się opinią najlepszego na roku. Taki typ o aparycji mało kujońskiej,a raczej „metalicznej" – długie włosy, czarna skóra, zakrapianą imprezą nie pogardził. Najlepsze oceny, zawsze przygotowany do zajęć, jeśli czegoś nie wiedział to prawdopodobnie nie warto było tego wiedzieć. W czasie sesji, przed którymś egzaminem, pytam go: „I co, mistrzu – znów będzie piąteczka?" A on mówi: „Wszyscy myślą, że ja jestem taki zdolny a ja tu całe noce zakuwam". [Kurtyna].
      Z kolei ja kiedyś uczyłam się 2 tygodnie bardzo intensywnie do egzaminu ustnego u profesora, który wymagał przyswojenia całej masy szczegółowych, acz moim zdaniem często zbędnych informacji. Do egzaminu przystąpiłam w zerowym terminie by mieć jeszcze jedną szanse w razie porażki. Oczywiście dostałam 3 pechowe pytania które wybroniłam ledwie na 3. Nie miałam do egzaminatora pretensji – odpowiadałam nietęgo, a on po prostu ocenił po owocach. Ktoś inny byłby szczęśliwy, że zaliczył. Ale po 2 tygodniach męki z materiałem egzaminacyjnym nie dopuszczałam do siebie myśli że tyle pracy zaowocowało ledwo tróją. Przystąpiłam do negocjacji z profesorem i ostatecznie po kompleksowym przemaglowaniu dostałam 4.
      Tego samego dnia ktoś inny chwalił się, że cały semestr się obijał, uczył się tylko w noc przed egzaminem a dostał akurat takie pytania, na które umiał odpowiedzieć. 5 w indeksie praktycznie bez wysiłku.
      Może nawet znalazłby się ktoś, kto po prostu ma świetną pamięć i po jednym przeczytaniu zapamiętuje co trzeba.
      Wszystkich jakoś trzeba ocenić.
      Takie życie…

      1. Ale po co te wszystkie drobne zdawania malej ilosci materialu- kartkowki, sprawdziany, testy, kolokwia, egzaminy semestralne? Jaki to ma sens??? Sprawdzana powinna byc tylko wiedza utrwalona- jak ktos studiowal szesc lat medycyne to po tym okresie powinien miec egzaminy ze wszystkiego, czego sie uczyl, to samo na wszystkich kierunkach. Co to za filolog, ktory pozaliczal wszystkie przedmioty po egzaminach, na ktore sie uczyl intensywnie kilka nocy przed nimi. Niech po pieciu latach zdaje egzaminy ze wszystkich swoich umiejetnosci. Znajomosc jezyka liczy sie w danej chwili, a nie co on tam pozaliczal po kawalku przygotowujac sie do tego. Trojka z materialu bardzo szczegolowego otrzymana bez przygotowywania sie jest o niebo bardziej wartosciowa niz piatka po kuciu caly dzien i noc przed zdawaniem.

      2. Myślę, że sprawdzanie wiedzy w postaci okresowych testów, egzaminów itd jest konieczne ze względu na ułomną ludzką naturę. Widać to nawet przy obecnym systemie – ludzie bimbają sobie cały semestr, a potem zakuwają w noc przed zaliczeniem. Kij musi być, podobnie jak marchewka, jaką dla przynajmniej części studentów są dobre oceny (i stypendium naukowe za wysoką średnią). Gdyby wiedzę wymaganą do uzyskania dyplomu sprawdzano dopiero po kilku latach, wiele osób też by tak podeszło do sprawy. Być może nawet by zaliczyli, ale wedle zasady „zakuć – zdać – zapomnieć". To raczej tok nauki powinien być ustawiony tak, że to, czego uczymy się na danym roku, jest wykorzystywane i utrwalane w latach kolejnych. Wtedy egzamin ze wszystkiego byłby idealnym rozwiązaniem. No, wyrzuciłabym z tego egzaminu pytania szczegółowe o rzeczy których pamiętać nie trzeba – wystarczy wiedzieć gdzie szukać informacji gdy pojawi się taka potrzeba ;-)Patrzę na sprawę z perspektywy kierunków humanistycznych, gdzie w znanej mi rzeczywistości studentom każe się zapamiętywać sporo szczegółowych danych których się potem nie wykorzystuje. Weźmy np. studentów dziennikarstwa – np. mają zaliczyć przedmiot „historia prasy". Na kolokwium może paść pytanie o, powiedzmy, pismo „Pszczółka", a wykładowca oczekiwał będzie że student napisze w jakich latach ukazywało się, w jakim formacie i ile stron miało, kto był rednaczem, a także jakie miało stałe rubryki, jaką reprezentowało myśl i jaką metodą były wykonywane ilustracje. Jeśli ktoś się tym nie pasjonuje ani nie zamierza z tego doktoryzować, po kiego grzyba to pamiętać?
        Inna sprawa to sprawdziany językowe. Bez sensu jest moim zdaniem podawanie uczniom, z czego będzie sprawdzian. Można uprzedzić, że będzie – czemu nie. Ale powinien dotyczyć wszystkiego, co do tej pory przerobiono.

  4. Ciekawy temat, opisany problem dotyczy również mnie. Dysortografie wykryto na.początku liceum. I nie byli to moi rodzice bo oni o czymś takim wcale nie wiedzieli ale moja polonistka. Po badaniach u psychologa, logopedy stwierdzono wady w czytaniu i pisaniu. Powiedziano mi że fakt bycia mankutem ma tu dodatkowy wpływ.

    Ja nie wypowiadam się za innych, mnie w sumie mało obchodzą co o dysleksji piszą hejterzy. Gdyby nie światek o dysortografie nie zdalnym matury pisemnej z powodu błędów, i nie chodzi o pisanie rz i ż czy u i ó ale mylenie spółgłosek dzwiecznych i bezdźwięcznych.

    Czy zaświadczenie o dysleksji to pójście na skróty? Liceum zakończył z wyróżnieniem, podobnie jak dwa z trzech kierunkow studiów. Ciekawostką może być fakt, że językami z pisaniem których nie mam problemów to chorwacki/serbski oraz bułgarski.

    Ja dysleksję porównuje z takimi wadami jak no daltonizm, ktoś kto tego nie ma nie zrozumie.o co w tym chodzi.

    Dla przykładu częstym błędem jaki popełniane w języku chińskim jest mylenie kolejności słów w słowach złożonych z kilku znaków. Ten błąd jest dość rzadki, mój znajomy który jest również dyslektykiem rownkez ma z tym problemy.

    1. Mylisz kolejność słów w chińskim- a co z polskim? Móglbyś podać jakieś konkretne przykłady? Masz problem z parami dźwięczna-bezdźwięczna, ale gdzie? Wszędzie czy na końcu wyrazu? A dlaczego nie sprawia Ci to kłopotów w serbskim i bułgarskim?

    2. Ponieważ „pisałem brzydko", w pierwszej klasie liceum szkoła wysłała mnie do jakiejś to poradni, czy przychodni psychologicznej na badania, w celu uzyskania zaświadczenia o dysgrafii.

      Bardzo miła pani psycholog przeprowadziła na mnie serię testów. Pierwsze pytanie brzmiało, gdzie leży Egipt. Moja odpowiedź brzmiała: w północno-wschodniej Afryce. Tak pierwszym już pytaniem bardzo miła pani psycholog zdradziła, że badają mnie pod kątem skończonego idiotyzmu. Naprawdę Pani myśli, że odpowiem nad Nilem?

      Bardzo miła pani psycholog zbadała też m.in., czy potrafię układać drewniane klocki we wzorki, albo czy potrafię zapamiętać ciąg kilku liczb, które mi 5 sekund wcześniej powiedziała. W formularzu zaznaczyłem, że nie mam myśli samobójczych i podobne bzdety.

      Kilka dni później były wyniki. Dostałem zaświadczenie o dysgrafii, czyli licencję na pisanie brzydko. Nigdy nie musiałem się nawet starać, „bo mi wolno". 😛 Okazało się, że z tajemniczych powodów koniecznie chcą ze mną rozmawiać w tej poradni.

      Ta sama miła pani psycholog pokazała mi więc kartkę ze słupkami, które miały odpowiadać moim poszczególnym zdolnościom umysłowym; było tych słupków koło 10. Niższa z poziomych kresek na rysunku miała reprezentować średnią dla populacji, a wyższa miała reprezentować jakieś „maksimum dla normalnej zmienności", jak dobrze pamiętam, którego natura nie została mi jednak szczegółowo objaśniona. Każdy z moich słupków wykraczał ponad to „maksimum normalnej zmienności", przy czym ze trzy były ze dwa razy ponad tym maksimum, podczas gdy z siedem wyskakiwało gdzieś w kosmos. To był odręczny rysunek. Pani była podekscytowana objaśniając mi znaczenie każdego ze słupków i okazało się, że jestem hiper duper geniuszem. To ja jestem hiper duper geniuszem, bo w wieku LICEALNYM wiedziałem, gdzie leży Egipt i potrafiłem układać klocki! Skoro tak wyglądają dowody na mój geniusz, zadaję sobie pytanie, co potrafi co potrafi dyslektyk.

      Następnie miła pani psycholog bezusilnie próbowała przekonać mnie, do zapisania się u Niej na jakąś terapię. Opowiadała mi coś o przyjaźni i o ewolucji człowieka, aż Jej wyjaśniłem, że nie ma racji w niczym, co mówi i przestała. Ta terapia nie miała mieć nic wspólnego z dysgrafią, bo licencję na brzydkie pisanie już otrzymałem i zostałem z czytelnego pisania na zawsze zwolniony. Inni podostawali licencję na nieprzestrzeganie zasad ortografii, licencję na niepamiętanie ostatniego zdania, które powiedział nauczyciel, lub licencję nie niemyślenie. Nie wiem, komu wyszło to na dobre.

      A moja dysgrafia? Moje naturalne pismo jestem w stanie przeczytać tylko ja, jeśli piszę szybko z tym, że:
      (1) Odczytuję moje „nieczytelne" pismo płynnie.
      (2) Gdy pisze wolno, piszę ładniej od tych, którzy dysgrafii stwierdzonej nie mają.
      Przede wszystkim jednak pisałem brzydko na przedmiotach, których nie lubiłem, a ładnie na przedmiotach, które lubiłem. I to cała tajemnica dysgrafii.

  5. Ja sie uczyłem w trochę mniej postępowych czasach, kiedy panowały inne metody wychowawcze zarówno w stosunku do wszystkich dys- jak i leni, cwaniaków i bęcwałów. Wszystkich traktowano równo.
    W mojej podstawówce najważniejszym przedmiotem (zdaniem pana Szpaka) była muzyka. Na każde zajęcia trzeba było przepisać kilka stron jakichś nutek z tekstami piosenek. Kto tego nie zrobił lub strasznie nabazgrał nie był karany oceną, bo z muzyki i tak nie można było siedzieć. Pan Szpak potrafił skuteczniej zmotywować ucznia do kaligrafii, a jego argumentem była gruba, półmetrowa linijka. Delikwent musiał wyciągnąć otwartą dłoń badając na niej wytrzymałość tejże linijki rozpędzonej do najwyższej predkości, jaką pan Szpak mógł uzyskać. Kiedyś przestraszony dysgrafik zabrał w ostatniej chwili rękę, linijka uderzyła w brzeg ławki i pękła. Ale wkrótce pojawił się nowy środek w leczeniu dysgrafii- półtorametrowa deseczka gruba na jakieś 3-4 cm , niezbyt szeroka. W przypadku wykrycia choroby dysgrafik sprawdzał jej wytrzymałość na własnych pośladkach, przeciętnie odrzucało go na 2-3 metry do przodu.Muszę przyznać, że pan Szpak na moich oczach wiele osób wyleczył z dysgrafii. Po kilku miesiącach w mojej klasie terapie antydysgraficzne miały miejsce bardzo rzadko.
    Oczywiście nie jestem zwolennikiem takich metod terapeutycznych, ale pokazywało to dobitnie jak szybko takie choroby po pewnych kuracjach bezpowrotnie znikają.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ