Jak (nie) uczyć się języków obcych – część 3 – niemiecki.

Oto nadchodzi wielkimi krokami trzecia część cyklu "Jak (nie) uczyć się języków obcych". Wcześniej opisałem moją historię kontaktów z angielskim oraz rosyjskim. Dziś przyszedł czas na język naszych zachodnich sąsiadów. Jakie wnioski wyciągnąłem z nauki niemieckiego? Przekonajcie się o tym sami.

Niemiecki towarzyszył mi od najmłodszych lat, a wszystko dzięki mojemu ojcu. Otóż skończył on szkołę tłumaczy języka niemieckiego i od kiedy tylko pamiętam interesował się krajami niemieckojęzycznymi, w szczególności Austrią oraz Szwajcarią. W zasadzie trudno mi sobie przypomnieć mój pierwszy kontakt z tym językiem, bo mam wrażenie jakby w pewnym stopniu towarzyszył mi od zawsze. Kiedyś się dowiedziałem, że były plany uczynienia ze mnie dziecka dwujęzycznego.  Znajomi moich rodziców byli ponoć zszokowani, gdy chcąc pójść do ubikacji powiedziałem "Ich will pissen". Ostatecznie jednak plan nie wypalił i nie potrafię dokładnie stwierdzić ile mi w głowie zostało z tamtego okresu.

Kontakt z niemieckim miałem jednak nadal. Na początku lat 90 brakowało w Polsce telewizyjnych stacji komercyjnych, więc gdy wraz z telewizją satelitarną przyszło około 10 kanałów niemieckojęzycznych było z czego wybierać. Bywało, że oglądałem jakieś bajki w tym języku, albo mecze piłki nożnej, kiedy nic ciekawego nie było w polskiej telewizji i na pewno rozumiałem więcej niż po angielsku (miałem też "Cartoon Network", którego z tegoż powodu nie oglądałem). Oprócz tego byłem siłą rzeczy, podobnie jak cała moja rodzina, zmuszony do słuchania niemieckiego przez kilka godzin dziennie. Zaowocowało to tym, że nie jest dla mnie niczym dziwnym oglądanie telewizji w języku obcym zamiast po polsku. Nie mogę oczywiście powiedzieć, że rozumiem 100% dialogów, ale było całkiem sporo filmów, które obejrzałem po niemiecku kilka lat wcześniej zanim mogłem to zrobić po polsku i nie czułem, że czegoś nie zrozumiałem wcześniej. To w tym języku po raz pierwszy obejrzałem tak znakomite dzieła jak "Zielona mila", czy "Forest Gump". Wszystko to po kilku latach oglądania przy okazji niemieckiej telewizji. Mogę więc tylko banalnie stwierdzić, że im więcej czasu spędzasz z obcym językiem, tym lepiej go rozumiesz.

Tyle jeśli chodzi o umiejętności pasywne. Użycie języka w praktyce to już zupełnie inna sprawa. Tego byłem uczony najpierw w domu (z podręcznika, w którym głównym bohaterem była żaba) i w szkole. Nie wiem jak się miały rzeczy w innych regionach Polski, ale w Szamotułach był to wtedy jedyny język obcy jakiego mogliśmy się uczyć. Niestety z nauki w szkole dobrych wspomnień nie mam. I nie chodzi mi tu o oceny – przeważnie dostawałem 5 prawie wcale się nie ucząc. Może jednak właśnie w tym tkwił problem, że osoby mające ocenę bardzo dobrą z niemieckiego tak naprawdę nie potrafiły skleić nawet najprostszych zdań. Nie muszę chyba dodawać, że poziom pozostałych osób był jeszcze gorszy. Mimo to wszyscy przechodzili z klasy do klasy, traktując niemiecki jak każdy inny przedmiot. Problem w tym, że język obcy nie powinien być nauczany jak każdy inny przedmiot. Co mnie zawsze uderza to pytania w stylu: "A z czego będzie kartkówka/sprawdzian/kolokwium/egzamin?". Zadając takie pytania i przygotowując daną część materiału, żeby potem ją zapomnieć, na pewno nie nauczymy się języka. Wydaje mi się, że język obcy trzeba traktować całościowo i absolutnie nie stosować do niego zasady "zakuć, zdać, zapomnieć". Bez regularnych powtórek materiału (rozumianych niekoniecznie jako ślęczenie nad tabelkami, lecz także obcowanie z żywym językiem) nigdy nie opanujemy dobrze tego co nowe. Robiąc dzienne powtórki natomiast praktycznie nie musimy się w ogóle uczyć na jakiekolwiek egzaminy itp. Przynajmniej ja od dobrych 8 lat nigdy nie uczyłem się konkretnie na dany egzamin – po prostu traktowałem go jak pewną formę sprawdzenia mojej znajomości języka.

Nauka niemieckiego w szkołach nie stoi jednak na wysokim poziomie. W moim mieście uczył się go każdy, a niewiele znam osób, które faktycznie posiadają choć minimalną jego znajomość (np. potrafiłyby powiedzieć co robiły wczoraj). Pamiętam, że co roku trzeba było kupować ładne kolorowe podręczniki ("Der, die, das", "Alles klar"), które tak naprawdę nikomu nie przypadały do gustu. Pamiętam też jak rodzice podarowali mi naprawdę solidny "Samouczek języka niemieckiego" wydawnictwa Wiedza Powszechna. Brakowało w nim kolorowych obrazków, ale wszystko było jasno wytłumaczone. Dialogi były czasem rodem z NRD (pojawiały się Trabanty i Wartburgi), ale przynajmniej nie były na siłę stylizowane na mowę nastolatków, co strasznie irytowało w szkolnych podręcznikach. Przerobienie tej książki oraz jej drugiego tomu w zupełności wystarczyło do osiągania ocen bardzo dobrych i celujących w liceum. Oprócz tego kilka miesięcy spędzonych z Wiedzą Powszechną pozwoliło mi na nabycie pewnych aktywnych umiejętności – niby nic wielkiego, ale potrafiłem poinformować panią w berlińskiej księgarni, że szukam książek o Bizancjum. Był to pewien moment przełomowy w mojej przygodzie z językami obcymi – od tego czasu zacząłem bardziej ufać samouczkom i sobie samemu niż kolorowym podręcznikom szkolnym.

I wtedy po raz kolejny osiadłem na laurach, podobnie jak to miało miejsce z angielskim. Gramatyka niemiecka uciekała jednak jakby wolniej. Niemiecki ma bowiem relatywnie prosty system czasów i nie wiem jak mógłbym zapomnieć prawidłowego stosowania czterech przypadków. Podobnie ma się sytuacja z szykiem zdania, który wiele osób irytuje, ale mi bardzo pomaga i jestem do niego tak przyzwyczajony, że również nie wyobrażam sobie mówienia w inny sposób. Nie twierdzę oczywiście, że język niemiecki jest szczególnie prosty, ale na pewno nie jest tak trudny jak go niektórzy przedstawiają.  I na dodatek jest jednym z ładniejszych języków. Ale to już tylko moja subiektywna opinia 😉

Inne posty z cyklu "Jak (nie) uczyć się języków obcych":
Język angielski
Język rosyjski

Podobne posty:
5 rzeczy jakich nauczyła mnie nauka czeskiego
Prośba o poradę – angielski, niemiecki, rosyjski
Co przyjdzie z słuchania radia przez godzinę dziennie
Czy 1000 słów i 70% rozumienia to dużo?
Jakie materiały warto czytać?

27 komentarze na temat “Jak (nie) uczyć się języków obcych – część 3 – niemiecki.

  1. Ahh, ten język niemiecki. Chciałbym mieć też takie zdanie o tym języku. Tymczasem ja uczę się już 9 lat niemieckiego a nie umiem prawie nic. Chciałbym żeby ktoś zaraził mnie takim optymizmem do niemca.

  2. Bądźmy dokładniejsi – od 9 lat uczęszczasz na zajęcia z niemieckiego 🙂 Wystarczy, że jako drugi projekt po esperanto wybierzesz niemiecki, przerobisz jakiś samouczek, zaczniesz czytać niemieckie gazety i oglądać filmy i zobaczysz, że ten język nie jest wcale taki straszny.

    A co do motywacji to polecam wyjazd do Niemiec, Austrii lub Szwajcarii. Szczególnie Niemcy, jako że jest to kraj bardzo niedoceniany pod względem turystycznym. Mnie w każdym mieście takie miasta jak Berlin, Hamburg czy Brema naprawdę urzekły.

  3. podziwiam zapał do nauki niemieckiego. osobiście nie przepadam a tym językiem i nawet wycieczka do kilku niemieckich miast nie pomogła. ten język nie jest dla mnie chociaż także mam z nim stycznośc od dziecka. jednakże gratuluję zapału w nauce i pisaniu bloga 🙂

  4. Tak mi się przypomniała moja honorowa czwórka z maturalnej klasie. Miałem bodajże trzy gołe piątki ze sprawdzianów, ale razem z nauczycielką doszliśmy do wniosku, że jednak na 5 nie zasługuję ;p Bo też tak było. Ich spreche nichts so viel? Tak to się mówi? ;p

  5. Ja mam takie pytanie niezwiązane z tym wpisem. Mianowicie chcę się zabrać za hiszpański i postanowiłem kupić sobie podręcznik Assimila. I tu pytanie, ponieważ zauważyłem dwie jego wersje. Jedna za 59 zł (590 stron + mp3, nowsze wydanie) i druga za 69 zł (470 stron + 4CD, starsze wydanie). Niby wybór prosty, skoro mam więcej stron za mniej kasy, przy tych samych wymiarach strony, ale pozostaje pytanie o zawartość. Czy jest możliwe, że wycwanili się dając w tej nowszej wersji większą czcionkę sztucznie rozpychając książkę? Bo słyszałem, że te wcześniejsze wydania są przeważnie na wyższym poziomie.
    Nie wiedziałem gdzie skierować takie pytanie, a Ty już kiedyś pisałeś o Assimilu, więc mam nadzieję, że wiesz coś więcej 😉

    Tutaj jeszcze linki jakby coś :
    http://www.gandalf.com.pl/b/jezyk-hiszpanski-mp3/
    http://www.gandalf.com.pl/b/jezyk-hiszpanski-latwo-i-przyjemnie-4/

  6. Witaj,
    Niestety nie było mi dane nigdy przejrzeć nowego Assimila do hiszpańskiego. Z doświadczenia jednak z angielskimi i niemieckimi stwierdzam, że stare wersje są lepsze. Po pierwsze nowa książka nie jest w twardej oprawie, po drugie jest w niej mniej zdań w dialogach (szczególnie w początkowych lekcjach) co ma akurat znaczenie fundamentalne. Zawsze najlepszym wyjściem w takim wypadku byłoby kupno obydwu – w jednej znajdziesz rzeczy jakich nie ma w tej drugiej. Jeśli jednak miałbym pozostać przy jednej z nich to bez wątpienia wybrałbym starszą wersję.

  7. wielkie dzięki. pomysl jednak nie do konca moj, a inspirowany "nogą lalki". za to gordon moj, wykonany wlasnorecznie.
    Twoj blog bardzo mi sie przydal, zaczelam uczyc sie rosyjskiego i Twoje wskazowki okazaly sie bardzo cenne, szczegolnie dot. Anki – teraz codziennie uzywam.

  8. Nie mogę się zgodzić co do łatwości gramatyki języka niemieckiego (często niuansowe różnice między zustandspassiv i vorgangspassiv, cztero- i pięcioczasownikowe konstrukcje końcowe, czasowniki złożone zmieniające swoje znaczenie w zależności od tego, czy je rozłączymy czy nie, partykuly modalne, i wiele innych przykladow z gramatyk dla zaawansowanych), poniewaz sama mam wrazenie, ze ‚im dalej w las, tym wiekszy kryminal’:) niemniej ciesze sie, ze zachecasz do nauki tego jezyka, i ze piszesz tu o wszystkim tak motywujaco, ze zaraz zabiore sie za nauke:)

  9. Kompletnie się z Tobą zgadzam. Im lepiej zna się język, tym więcej napotyka się rzeczy, które sprawiają problem. Opanowanie KAŻDEGO języka obcego w stopniu perfekcyjnym jest bardzo trudne i co do tego nie mam wątpliwości. Z reguły jednak ludzie wysiadają przy niemieckim na poziomie początkującym nie potrafiąc tworzyć najprostszych zdań w czasie teraźniejszym czego osobiście nie mogę pojąć. Dzięki za komentarz 🙂

  10. Bardzo interesująca strona. Gratuluje autorowi pomysłu.Chciałbym podzielić się swoimi doświadczeniami dotyczącymi nauki języka niemieckiego. Moja przygoda z tym językiem trwa już ok. 20 lat… mógłby ktoś powiedzieć, że znam ten język płynnie,nic bardziej błędnego, ale od początku. Pierwszy kontakt z niemieckim miałem w szkole podstawowej bodajże przez 2 czy 3 lata, następnie 4 lata w liceum ogólnokształcącym z maturą z języka obcego i właśnie… 11 lat przerwy w nauce tego języka. Obecnie od 3 lat przebywam w Niemczech i szczerze to choć znam ten język na poziomie Mittelstufe 1 to im dłużej się go uczę tym bardziej do mnie dociera jak mało go znam. Proszę mi wierzyć, ze nawet po intensywnym kursie podstawowym i zdobyciu Zertifikat Deutsch B1 miałem stracha przed rozmową w tym języku, prawie wcale nie rozmawiałem po niemiecku.Dopiero po kursie Mittelstufe 1 trwającym 2 miesiące po ok. 4h 5 razy w tyg. nabrałem nie tyle, że więcej pewności co do swoich umiejętności językowych, tylko radzenia sobie ze strachem przed rozmową. Nie ma bowiem nic gorszego jak strach przed otwarciem ust z obawy, że powiem coś źle i odbiorca tego nie zrozumie,albo może i zrozumie ale jego odpowiedź z kolei będzie dla mnie niezrozumiała. Moim celem jest kontynuacja nauki przynajmniej do poziomu C1, o ile cierpliwość mi na to pozwoli;)

  11. Polecam ten bezpłatny kurs internetowy języka niemieckiego. To taki niemiecki w pigułce – trochę ważnego słownictwa, podstawy gramatyki i co najważniejsze – porady, jak tanio dojechać do Austrii i jak się szybko uczyć niemieckiego w codziennych sytuacjach (np. słuchając radio internetowe, korzystając z materiałów dostępnych w sieci) http://porteuropa.eu/niemiecki

  12. Bardzo się cieszę, że znalazłem twój blog. Jest prześwietny. W przeciągu 30 minut przeczytałem około siedmiu artykułów napisanych przez ciebie, aż w końcu pojawił się ten. Od razu pomyślałem – to jest to, czego szukam. I faktycznie, wnioski wyciągnąłem. Już teraz poprosiłem mojego partnera (który mieszka w Berlinie i z którym mam zamiar związać swoją przyszłość), aby zwiedził księgarnie (najlepiej second-handy) w poszukiwaniu bajek dla dzieci. Przypomniałem sobie, że dostałem od niego czasopismo Deutsch Aktuell, które bardzo polecali mi ludzie, którzy styczność z niemieckim mieli większą niż ja. Takie blogi jak twój jedynie budują moją motywację (którą i tak mam dużą), a dodatkowo pozwalają na poznanie ciekawych i użytecznych rzeczy. Na jutro nawet zaplanowałem sobie, że zapoznam się z obsługą programu Anki oraz stworzę w nim własną bazę słówek i zwrotów. Więcej pisał nie będę bo wniosek jest prosty – kontynuuj tego bloga, choćby dla takich ludzi jak ja. Dziękuję i pozdrawiam serdecznie.

  13. Też jestem zdania, że j. niemiecki jest jednym z łatwiejszych języków do nauczenia. Mało tego, niemiecki to jeden z tych języków, których ciężko zapomnieć. Nie używając tego języka przez prawie 15 lat (jako dziecko mówiłam płynnie, bo w Niemczech spędziłam swoje dzieciństwo) na pewno zmniejszył się mój zasób słów, jednak tworzenie zdań, odmiany itd. były cały czas bezbłędne. Kiedy po 15 latach osiedliłam się w kraju niemieckojęzycznym, to ok 3 miesięcy zajęło mi przyswojenie sobie zapomnianego słownictwa jednak nie musiałam się na nowo uczyć gramatyki (czego sobie nie wyobrażam). Inaczej mam np. z angielskim – nie używam – zapominam. Ja to dziele na języki, które czuję – polski, niemiecki i te, których (jeszcze) nie czuję – angielski, francuski. I choć mój bierny angielski nie jest zły, to jednak tworzenie złożonych zdań, jeżeli tylko nie będę używała j.angielskiego przez 2-3 tygodnie, przychodzi mi z wielką trudnością.

  14. Ach, cieszę się, że są osoby, które także uważają, że niemiecki jest.. ładny [i nie mówię tego tylko jako studentka germanistyki^^] 😀
    Osobiście bardzo podoba mi się w nim to, że jest na MAXA precyzyjny, każde słówko ma przeważnie swoje określone miejsce w zdaniu, no i na + jest także to (przynajmniej dla mnie), że czasowniki się odmieniają, co brzmi jakoś.. bardziej ‚ludzko’ – w przeciwieństwie do angielskiego… saludos! 🙂

    1. Czy niemiecki jest ładny? Hm, trudno powiedzieć. O gustach podobnież nie dyskutuje się, ale pomiąwszy już to myślę, że w przypadku języków należałoby najpierw dokonać rozdziału na język pisany i mówiony. Moim zdaniem pisany niemiecki jest ładny, a nawet może i piękny, przy czym owo piękno jest w dużej mierze funkcją jego precyzyjności. Właśnie za ten porządek lubię język niemiecki. Natomiast język mówiony? Nie wiem, tu już być miłośnikiem niemczyzny chyba jednak dość trudno (przynajmniej w moim przypadku).

      Przy okazji. Zastanawiałem się kiedyś nad studiowaniem filologii germańskiej. Szybko jednak odrzuciłem tę myśl z następujących przyczyn:

      1. Filologia to nauka nie tyle języka, co raczej nauka o języku, np. o jego literaturze. Mnie zaś literatura niemiecka prawie kompletnie nie interesuje. Dość paradoksalnie – raczej nie lubię jęz. angielskiego, za to klasyka angielska czy zwłaszcza amerykańska jest mi bliska.

      2.
      Języka można bez żadnych przeszkód nauczyć się bez studiowania filologii. W zależności dajmy na to od potrzeb czy determinacji można go opanować w stopniu mniejszym, takim samym lub większym niż "po" studiach filologicznych. Jak powiedziałem, nic tu nie stoi na przeszkodzie, a poznawanie literatury czy powiedzmy gramatyki opisowej nie jest do tego niezbędne.

      3.
      Filologie zwykle opanowane są przez kobiety, dla których opanowywanie języka to jeden z etapów na drodze do "atrakcyjnego" cudzoziemskiego zamążpójścia. Nie oszukujmy się – tak to z reguły wygląda (choć kobiety pewnie będą temu zaprzeczać). Rzecz jasna nie w każdym przypadku musi tak być, ale jakoś trudno doprawdy uwierzyć, by w Polsce ni stąd ni zowąd było tyle bezinteresownych miłośniczek literatury hiszpańskiej czy włoskiej (z filologią ang. czy niem. może być cokolwiek inaczej, o czym poniżej, ale generalna zasada jest podobna).

      4.
      Jako rozwinięcie powyższego. Należę do tego dziwacznego, coraz dziś rzadszego już typu ludzi, dla którego studia to rozwijanie zainteresowań, nie zaś nadzieja na dużą kasę (swoją drogą, ciekawe czy to w liberalizmie podlega już penalizacji?). A tak jakoś się składa, a przynajmniej wynika z mych obserwacji, iż filologie bardzo często przyciągają tych, którym ubrdało się, że z języków może być "pinonc" (dotyczy to oczywiście nie tylko tych kierunków, ale mówimy przecież o językach).

      5.
      Zauważyłem wielokrotnie, że studenci i absolwenci filologii mają przesadnie duże wyobrażenie o swych umiejętnościach językowych (a tym samym i o sobie).

      Reasumując punkty 3, 4 i 5 – trudno mi by było wytrzymać w takim towarzystwie.

    2. @2. Chyba jedyna wieksza przeszkoda w nauce jezyka obcego jest wlasnie STUDIOWANIE filologii. Przeszedlem przez cos takiego i z cala pewnoscia stwierdzam, ze gdybym ten czas, pieniadze i potencjal umyslowy wykorzystal na inne sposoby nauki, daloby mi to nieporownywalnie wiecej. Na filologii aktywnej nauki jezyka prawie nie ma, a to co jest odbywa sie metodami najglupszymi z mozliwych.
      @5. To duze wyobrazenie wynika z tego, ze otoczenie zbyt wysoko ocenia absolwentow filologii przypisujac im doskonala znajomosc jezyka. Absolwenci tylko to wykorzystuja, a na pytanie czy znaja dany jezyk, odpowiadaja dumnie: -przeciez ja jestem po filologii… I wszystko jasne, wiecej pytan nie ma. Dla mnie taka odpowiedz to to samo, co by ktos zapytany czy dobrze plywa, odpowiedzial: -przeciez ja nad samym morzem mieszkam!
      O ile na filologii niewiele sie mozna nauczyc praktycznego jezyka, o tyle rozny jest stopien jego znajomosci tych, ktorzy ja koncza- od poziomu sredniego gimnazjalisty, na poziomie nativa konczac (to przewaznie tylko na studiach zaocznych). Zalezy to tylko od tego z jakim jezykiem ktos zaczynal i ile sie sam nauczyl. Jest teoretycznie mozliwe skonczenie filologii przez osobe nie rozumiejaca prawdziwego jezyka ze sluchu- czyli w praktyce nie znajaca go wcale.
      Najwazniejsza zas rzecza na filologii, duzo wazniejsza niz znajomosc jezyka, jest chodzenie na zajecia, bo ponad 2 nieobecnosci na semestr moga sprawic, ze wredna pani magister nie dopusci Cie do egzaminu, ktory zdalbys z latwoscia.

    3. W pełni się zgadzam z "ortografer". Paradoksalnie też miałem myśli o filologii germańskiej. Mam znajomego, który jest od wielu już lat nauczycielem angielskiego i zawsze mówi, że filologia to nauka o języku i jeśli ktoś chce się nauczyć języka to lepszy będzie dla niego kurs językowy – oczywiście kurs też ma wady o czym pisał już kiedyś autor bloga w jakimś temacie. Znam osobę, która skończyła filologię angielską na prestiżowej uczelni w Polsce a językiem biegle nie włada. Oczywiście nie piszę, że tak jest zawsze ale takie rzeczy mają miejsce. Odmiana końcówek na łacinie, analizowanie wierszy, poetów itp. itd. – to jest właśnie m.in. filologia. Również bym się źle czuł, gdzie przykładowo ponad 90% studentów to kobiety. Nie chcę nikogo przez to obrazić – takie mam po prostu zdanie. Moja daleka krewna ukończyła filologię hiszpańską potem zrobiła doktorat (przez kilka lat była w Hiszpanii) i nie mogła znaleźć pracy. Dlaczego? Bo nie miała konkretnego zawodu – fachu. Pracodawcy woleli zatrudnić przeciętnego Hiszpana bo i tak znał język lepiej (uczył go się przecież od urodzenia). Dzisiaj sam język to stanowczo za mało na rynku pracy. Zawód plus język wg. mnie jak najbardziej. Bardzo szanuję i podziwiam osobę, która opanowała chociaż 1 język obcy ale na bardzo wysokim poziomie. Ze zgrozą czytam czasem blogi, gdzie niektóre osoby chwalą się, że znają po 4,5 i więcej języków obcych…biegle. Sam autor bloga przyznał w jednym temacie, że lepiej znać mniej ale lepiej / na wyższym poziomie. Z racji, że to mój pierwszy wpis czuję się w obowiązku napisać, że to bardzo ciekawy i pożyteczny blog. Serdecznie pozdrawiam!

      1. Co do wybierania jezyków obcych przez kobiety – wydaje mi się, że nie chodzi tutaj o zamążpójście. W Polsce nie widziałam trendu, aby dziewczyny po ukrainistyce czy filologii rosyjskiej czwórkami szły do ślubu z panami zza Bugu. Ale osobie po filologi tajskiej, sinologii, germanistyce, filologii romańskiej itp. może być łatwiej zawiązać wartościową znajomość z Tajem/Niemcem/Francuzem/Chińczykiem itp. niż gdyby te 2 osoby miały porozumiewać się w jęz. ang, który jest dla nich językiem obcym (w domu mówiłam po francusku z rodzicami i cięzej mi nawiązywac bliższe relacje z Polakami, bo polski to dla mnie jezyk nauki o kątach rozwartych, rymach okalających, co podmiot miał na myśli, to jezyk relacji zawodowych, studiów itp. ale nie potrafię po polsku opisywać swoich stanów emocjonalnych i jestem inną osobą, gdy mówię po polsku – taką bardziej stanowczą, oschłą.

        Co do " Również bym się źle czuł, gdzie przykładowo ponad 90% studentów to kobiety." – polskie uniwersytety sa bardzo sfeminizowane (większość studentów to kobiety bodajze coś ok. 70% zaleznie od uczelni i kierunku). Chcąc nie chcąc w 9/10 przypadków zawsze trafi się na grupę z większością kobiet – niezależnie czy to gospodarka przestrzenna, finanse i rachunkowość, filologia polska/francuska, matematyka, biologia, chemia organiczna itd.

        Ja na medycynie jak studiowałam to w grupie było tylko 3 chłopaków. W innych była i tak przewaga kobiet (60%). Na stomatologii były 2 grupy tylko kobiece. Kobiety częściej decydują się na studia – mężczyźni są za to liczniejsi w zawodówkach, technikach elektronicznych, budowlankach, samochodówkach, czyli miejscach, które zapewniają pracę fizyczną, dają namacalne umiejętności i wczesne usamodzielnienie się.

        Co do przewagi kobiet na filologiach – to występuje od Stanford po kolegium języków obcych w Xyz. Wydaje mi się, że to są poniekąd uwarunkowania biologiczne – kobiety sa predysponowane do tego typu pracy: wcześniej zaczynają mówić, więcej czytają, uogólniając więcej też mówią w życiu i na tym mówieniu zarabiają (np. sfeminizowane szkoły, gabinety psychologów, opiekunki). Kobiety uczą się/ uczone są, aby o swoich problemach rozmawiać i poprzez rozmowy je rozwiązywać, są bardziej wylewne (pogadanki z dziecmi, plotkowanie z przyjaciółkami). Np. pielęgniarstwo jest niemalze w 100% sfeminizowane, ale chyba nikt nie powie, że to dlatego, że kobiety marzą o pocieraniu czyjegos tyłka, nawet jeśli byłby to milioner. W firmach BPO zajmujących się księgowością w załodze 500-600 osobowej ponad 400 pracowników to panie.

        Sądzę, że wiele kobiet lubi żmudne prace, wymagające poświęcenia lat, by w czymś być dobrym nawet gdy nie dadzą pewności dobrych zarobków/prestiżu (księgowość, prawo rodzinne, języki obce), meżczyźni częsciej stawiają na coś, co da efekt już teraz, prawie z marszu np. glazurnictwo, spawalnictwo – nauka trwa zdecydowanie krócej, ‚profity’ przychodzą szybciej.

        Jestem osobą dwujęzyczną, ale polski jest taki bardziej urzędniczy dla mnie to jednak pisanie wypracowań szło mi zdecydowanie lepiej niż moim kolegom Polakom. Nawet przeciętnie inteligentne koleżanki umiały się wypowiadać i ładniej pisać niż ogarnięci uczniowie. Oczywiście to niema przełożenia w ‚dorosłym’ życiu – sąsiad, który naukę zakończył na 2 klasie gimnazjum (tak, nie zadał 4 razy) zarabia bardzo dużo (założył firmę zajmującą się usuwaniem azbestu- eternitu). Moi koledzy po fachu w PL zanim zaczną godziwie zarabiać to mój kolega będzie miał już ponad 20-letnia firmę z silną pozycją na rynku.

        Na językach da sie zarobić, ale trzeba coś umięć, chyba, że zna się holenderski, duński czy norweski – na słuchawkach wted zarabia się więcej niż wielu lekarzy.

  15. Przyjemnie jest mieć wen do nauki niemieckiego. Od czasu do czasu mi się to zdarza. Postanowiłam dzisiaj spytać poczciwego wujka google co myśli i trafiłam tutaj. Zabawnie czytać kogoś, kto pochodzi z mojego miasta :p Pozdrawiam ze Sportowej 😀

  16. Ciekawy wpis, tym bardziej, że jesienią zabrałem się za naukę niemieckiego. Miałem go w podstawówce, w gimnazjum i liceum. Ponad 8 lat. Niestety nic nie pamiętałem po tych latach… Niemiecki jest często znienawidzonym językiem w szkołach, a dopiero po wielu latach docenia się jego wartość i przydatność. Moja znajoma z LO też zaczęła się go uczyć, a to była osoba strasznie nieznosząca tego języka w liceum(przez lata miała rosyjski w szkole, w LO to było jej pierwsze zetknięcie się z niemieckim). I dobrze, że Wiedza Powszechna znów wydała Samouczek Języka Niemieckiego. Naprawdę bardzo dobra rzecz.

  17. "Im więcej czasu spędzasz z obcym językiem, tym lepiej go rozumiesz" – to jest tak oczywiste, że nie będę o to zahaczał. 🙂

    "Język obcy nie powinien być nauczany jak każdy inny przedmiot" – otóż to! Nie wiem, jak to wygląda za granicą, ale wszyscy wiemy, jak to jest w Polsce… Chwała nauczycielom, którzy prawidłowo podchodzą do nauczania języka obcego. Szkoda tylko, że jest ich tak niewiele. Natomiast zasadę "zakuć, zdać, zapomnieć" w stosunku do języków obcych powinno się jak najszybciej kompletnie wykorzenić. Jeśli ktoś chce uczyć się języka obcego, żeby go potem zapomnieć – niech w ogóle się za to nie zabiera, gdyż pozbawione jest to wszelkiego sensu. W zasadzie nauka czegokolwiek tylko po to, by to potem zapomnieć, jest bezsensowna.

    "język niemiecki […] na pewno nie jest tak trudny jak go niektórzy przedstawiają. I na dodatek jest jednym z ładniejszych języków" – MADE MY DAY! 😉 Ja również uważam język niemiecki za jeden z ładniejszych języków i coś mnie bardzo w środku rusza, kiedy słyszę coś w stylu: "Każde niemieckie słowo brzmi jak rozkaz rozstrzelania", albo kiedy widzę w Internecie pośmiewisko z niego. Pewnie to przez tę wrodzoną niechęć do Niemiec i wszystkiego, co niemieckie, która mnie jakoś ominęła. 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ