Czy w dobie automatycznych translatorów nauka języka obcego ma sens?

Jeszcze nie tak dawno temu odsetek naszych rodaków znających biegle przynajmniej jeden język obcy był niewielki. Większość z nas poprzestawała na nauce przewidzianej programem szkolnym, z której wynosiło się zazwyczaj niewiele.

Dziś uczymy się języków obcych chętniej, intensywniej i z pomocą komputerów. Czy jednak taka nauka ma sens, gdy dookoła nas pojawia się coraz więcej automatycznych translatorów, reklamowanych jako doskonałe narzędzia do natychmiastowego porozumiewania się w językach obcych?

Naprzeciw potrzebom

Wzrost zainteresowania nauką języków obcych można przypisać bezpośrednio dwóm czynnikom.

Po pierwsze, obecni pracodawcy kładą silny nacisk na znajomość języków obcych wobec kandydatów aplikujących niemal na wszystkie stanowiska. Dotyczy to w znacznej większości języka angielskiego, aczkolwiek firmy, które są powiązane z określonymi regionami świata, oczekują też znajomości języków, którymi posługuje się lokalna ludność. Młodzi ludzie, świadomi konkurencji na rynku pracy, zaczęli stawiać na intensywną, pozaszkolną naukę języków obcych.

Dodatkowo, dzięki zmianom politycznym (strefa Schengen) jak i technologicznym (rozwój branż lotniczych, samochodowych, czy kolejowych) ludzie mogą swobodnie przemieszczać się zarówno między krajami jak i kontynentami. Podróżuje się po prostu szybciej i łatwiej, a więc i kontakt z obcymi kulturami i językami jest częstszy.

Naprzeciw potrzebom wszystkich, którzy pragną uczyć się języków obcych wychodzi więc wiele szkół i uniwersytetów, ale także coraz to bardziej zaawansowane programy do nauki, oferujące różne podejścia do przyswajania nowych słówek czy gramatyki.

Z drugiej strony, rozwój technologii, szczególnie w dziedzinie rozpoznawania i przetwarzania mowy sprawia, że na rynku coraz częściej, i w coraz bardziej rozbudowanych formach, zaczynają pojawiać się automatyczne tłumacze. Począwszy od sztandarowego i coraz bardziej rozbudowanego Google Translate, poprzez aplikacje na telefon, aż po futurystycznie wyglądające słuchawki na uszy, które oferują niemalże symultaniczne tłumaczenie mowy – automatyczne tłumacze wychodzą naprzeciw potrzebie wieloletniego uczenia się języków obcych, oferując w zamian szybkie i przystępne cenowo rozwiązania. W związku z tym coraz częściej pojawiają się pytania, czy w dobie i automatycznych translatorów i mobilnych tłumaczy, nauka języka obcego nadal ma sens.

Język obcy w kieszeni, czyli zalety translatorów i tłumaczy mobilnych

Prof. dr hab. Dariusz Jemielniak z Akademii Leona Koźmińskiego postawił tezę, że jeżeli ktoś zamierza się uczyć języka jedynie po to, aby móc się w nim porozumiewać w sprawach codziennych, lepiej żeby zaniechał lekcji z nauczycielem, poprzestając na korzystaniu z translatorów. Udowadnia to, przeliczając czas nauki języka obcego od podstaw do poziomu komunikatywnego. Nauka z nauczycielem plus praca własna zajmują około 1000 – 1200 godzin; tyle samo zajmuje dojście do poziomu biegłej znajomości. Przeliczając to na 60 godzin na semestr, otrzymujemy pięć lat nauki, zaś w ciągu tych pięciu lat postęp technologiczny umożliwi osiągnięcie znacznie lepszych rezultatów tłumaczeń maszynowych. Prof. Jemielniak podaje przykład systemu Google Translate sprzed pięciu lat i obecnie, kiedy wspomagany jest dodatkowo przez silnie rozbudowaną sztuczną inteligencję. Inne firmy, zajmujące się opracowaniem translatorów również rozbudowują swoje programy o nowe możliwości.

Nie da się ukryć, że powyższa teza brzmi bardzo rozsądnie. Zawsze staramy się znaleźć najszybsze i najprostsze rozwiązania naszych problemów, a automatyczne translatory właśnie takie rozwiązania oferują.

Po pierwsze, działają one bardzo szybko. Potrzebują zaledwie kilku sekund do przetłumaczenia wielostronicowego tekstu; ta sama praca zajmuje zawodowemu tłumaczowi znacznie więcej czasu. Podobnie działają mobilne tłumacze – zazwyczaj wystarczy wypowiedzieć zdanie i już po kilku sekundach na ekranie telefonu czy monitora pojawi się jego ekwiwalent w języku obcym.

Po drugie, automatyczne translatory można pobrać i zainstalować na swoim komputerze czy komórce lub tłumaczyć bezpośrednio w Internecie. Narzędzia te są na ogół bardzo proste w użyciu, a tłumaczenie można uzyskać za naciśnięciem jednego przycisku.

Wreszcie, nie bez znaczenia jest fakt łatwego dostępu do translatorów automatycznych. Większość z nich, jak Google Translate czy Skype Translator jest bowiem darmowa. W przypadku bardzo zaawansowanych gadżetów jak mobilne tłumacze, cena może sięgać nawet kilku tysięcy złotych, niemniej można się sprzeczać, czy jest to szczególnie wygórowana suma za natychmiastowy dostęp do kilkunastu języków, bez potrzeby spędzenia ani jednej godziny nad książką czy na lekcji.

Powyższe cechy sprawiają, że translatory automatyczne oddają nieocenione usługi szczególnie osobom podróżującym do krajów obcojęzycznych. Nie trzeba uczyć się języka kraju, do którego udajemy się na wycieczkę czy w delegację służbową. Zwykły translator wystarczy do zrobienia zakupów, zarezerwowania pokoju w hotelu czy załatwienia drobnych spraw. Natomiast do prowadzenia rozmów biznesowych można zaopatrzyć się w bardziej zaawansowany system jaki oferują mobilne tłumacze.

Wydawać by się mogło, że mając dostęp do tak zaawansowanych aplikacji i gadżetów, nauka języka obcego będzie zwyczajnie nieopłacalna. Jednakże automatycznym translatorom daleko jest do osiągnięcia jakości tłumaczeń umożliwiającej wygodną i swobodną rozmowę na każdy temat…

Czy to wystarczy, czyli pułapki automatycznych translatorów

Pomimo postępów technologicznych, największą wadą automatycznego tłumaczenia nadal pozostaje jego niska jakość. Translator, w przeciwieństwie do człowieka, tłumaczy według najprostszych reguł gramatycznych i wyboru najpopularniejszych słów. Programy komputerowe, zwłaszcza zwykłe translatory, nie zawsze „rozumieją” specyficzne wyrażenia (idiomy) właściwe dla danego języka. W ten sposób mogą zostać zatracone niuanse tekstu, mogące mieć znaczenie dla kontekstu.

Co więcej, żaden program nie wychwyci też słów użytych nieprawidłowo; przetłumaczy je automatycznie, natomiast człowiek zaznajomiony z językiem obcym zrozumie, że rozmówca popełnił błąd i poprosi o wyjaśnienie.

Wreszcie, chociaż wielu producentów mobilnych tłumaczy zachwala je jako posiadające dostęp do kilkudziesięciu języków, należy pamiętać, że dostępne w nich słownictwo jest zwykle ograniczone do najczęściej używanych fraz.

Z tych też powodów automatyczne tłumacze mogą wspomóc nas w codziennej komunikacji, szczególnie, gdy znamy już dany język chociaż w stopniu podstawowym. Z całą pewnością nie uczynią z nas jednak poliglotów, nie sprawdzą się też podczas rozmów na bardziej specjalistyczne tematy.

Narzędzia CAT, czyli wspomaganie wykwalifikowanych tłumaczy

Osobną grupą ludzi, którzy od lat mogą korzystać z technologicznych ułatwień językowych są profesjonalni tłumacze, zajmujący się zarówno przekładem literatury i poezji, jak również specjalistycznymi tłumaczeniami branżowymi. To właśnie dla ich wygody powstają coraz to bardziej zaawansowane programy wspierające tłumaczenie, potocznie zwane CAT'ami (computer assisted translation – z angielskiego tłumaczenie wspierane komputerowo). W przeciwieństwie do standardowych translatorów, narzędzia CAT nie tłumaczą jednak tekstów automatycznie. Zamiast tego wspierają one pracę tłumaczy, sprawdzając poprawność gramatyczną tekstu, pozwalając tworzyć własne glosariusze, podpinać elektroniczne słowniki oraz zarządzać treścią w sposób przejrzysty i prosty.

Czy profesjonalni tłumacze powinni rozważać przebranżowienie związane z rozwojem sztucznej inteligencji i automatycznego tłumaczenia? Tutaj zdania są podzielone. Ofer Shoshan, szef One Hour Translation sugeruje, że chociaż wysoce specjalistyczne teksty mogą dalej wymagać nadzoru człowieka aby zachować poprawność tłumaczenia, około 80% wszystkich tłumaczeń będzie w przeciągu najbliższych lat wykonywane przez komputery. Z drugiej jednak strony, wielu badaczy podkreśla, że pomimo ciągłego rozwoju, automatyczne tłumacze nie są w stanie dorównać człowiekowi, szczególnie, jeśli weźmiemy pod uwagę jakość i klarowność całego dokumentu, nie tylko pojedynczych zdań. Zapotrzebowanie na tłumaczy jest nadal duże, zawodami przyszłości mogą zaś okazać się tłumacze specjalizujący się w korekcie przekładów maszynowych, potrafiący wspierać i współpracować razem ze sztuczną inteligencją. Branża nie chyli się ku upadkowi, ale przechodzi ewolucję.

Warto czy nie?

Dalszy intensywny rozwój technologii spowoduje, że w ciągu kilku najbliższych lat automatyczne translatory oraz mobilne tłumacze staną się szeroko używanymi narzędziami, szczególnie wśród globetrotterów. Dzięki natychmiastowemu dostępowi do wielu języków, niemalże symultanicznemu tłumaczeniu oraz stosunkowo niewielkiej cenie, już teraz stanowią one nieocenioną pomocą w sytuacji, gdy zwyczajnie nie znamy języka obcego.

Czy jednak oznacza to, że nie warto w ogóle uczyć się języków obcych? Zdecydowanie nie! Nauka języka obcego oprócz oczywistej korzyści, przynosi także bardziej holistyczne benefity. Każdy język rozwija umysł, spowalnia proces starzenia mózgu, ułatwia samorozwój i zasób wiedzy, wspomaga też kojarzenie znaczeń. Umiejętność czytania literatury w oryginale poszerza wiedzę nie tylko o bohaterach utworów, ale także o kulturze i mentalności ich autorów, co nie zawsze da się osiągnąć czytając jedynie przekład, choćby najlepszy językowo i literacko.

Wreszcie, pomimo rozwoju, automatyczne tłumaczenie nie osiągnęło jeszcze poziomu umożliwiającego nam podjęcie np. biurowej pracy w kraju, którego języka nie znamy. Jeśli więc marzy nam się praca za granicą, jedyną słuszną drogą jest nauka języka.

Podsumowując, automatyczne translatory oraz mobilne tłumacze są przydatne ze względów finansowych i czasowych, jeżeli chodzi jedynie o podstawową znajomość języka obcego. Pomogą nam one w zakupach, zamówieniu jedzenia w restauracji czy załatwieniu drobnej sprawy urzędowej za granicą. Natomiast wszędzie tam, gdzie niezbędna jest jakość i dokładność, czy też odrobina kreatywności, znajomość języka pozostaje nieoceniona. Analogią mogą być tutaj kalkulatory – pozwalają nam one na dokonywanie błyskawicznych obliczeń, nie są jednak w stanie zastąpić wiedzy i umiejętności jakie posiada osoba obeznana z matematyką. Dlatego też, jeśli chcesz rozpocząć naukę języka obcego – nie wahaj się, przynosi ona bowiem same zalety, a ewentualna technologia może jedynie wspomóc Twoje wysiłki i pozwolić Ci na bezproblemową komunikację.

O autorce:

Katarzyna Zgorzelska – blogerka, która w swoich tekstach często porusza tematy samorozwoju, kariery, oraz nauki. Gdy nie pracuje, entuzjastycznie uczy się języków obcych, aktualnie starając się okiełznać język niemiecki. Artykuł powstał dzięki konsultacji z TEB Edukacja – grupą ekspertów z branży edukacyjnej.

About Michał Nowacki

https://woofla.pl/michal-nowacki/

8 komentarze na temat “Czy w dobie automatycznych translatorów nauka języka obcego ma sens?

  1. Translatory bardzo się przydają, jeżeli chodzi o "suche" informacje, na przykład gdybyśmy chcieli wiedzieć co oficjalne źródła w Chinach mówią własnym obywatelom o koronawirusie. Albo kiedy kupiliśmy coś w obcym kraju i chcemy przeczytać instrukcję obsługi. Ale kiedy sami chcemy coś zakomunikować, lepiej takim narzędziom nie ufać. Nie rozumieją kontekstu, z niewinnego (może idiomatycznego) wyrażenia może wyjść coś nieprzyzwoitego, czasem "nie łapią" gramatyki w takim stopniu że z przeczenia wychodzi twierdzenie, z "może" wychodzi "musi" itp.

    A już w momencie kiedy interesujemy się kulturą jakiegoś kraju, nie mamy innego wyjścia niż nauczyć się języka, choćby pasywnie. W piosenkach mamy wyrażenia potoczne i slangowe, w książkach formy wyrazów których nie ma w słownikach, można się ich domyśleć, ale na podstawie podobieństwa i kontekstu, z czym automaty jeszcze długo sobie nie poradzą. A nawet gdyby to wszystko działało, nie da się zachwycić pięknem jakiegoś tekstu, mając tylko tłumaczenie.

  2. Ludzie w zdecydowanej większości nie uczą się języków obcych dlatego, że je potrzebują, a z innych powodów społecznych. Tym samym myślę, że za naszego życia ludzie nie przestaną uczyć się języków obcych w wyniku rozwoju sztucznej inteligencji.

    Pracodawcy nie wiedząc co mądrego napisać w ogłoszeniu o pracy, życzą sobie znajomość języków. Rozwój Google Translate nie ma żadnego wpływu na tę sytuację – pracodawcy wciąż nie będą wiedzieli, co napisać w ogłoszeniu i wciąż będą sobie życzyć języków.

    Tymczasem jeśli ktoś uczy się języka obcego zwyczajnie z zamiłowania, wciąż będzie się tego języka uczyć.

    W dalszej przyszłości – sam nie wiem. Może z rozwojem technologii będziemy porozumiewać się telepatycznie z tłumaczeniem w locie na wszystkie języki.

  3. Jest coś, co potrafią już małe dzieci, a nie radzą sobie z tym komputery. Jest to kojarzenie. I dopóki maszyny się tego nie nauczą, translatory nie wyjdą poza granice zabawek. Na przykład zdanie "maluch złapał świnkę" ma 40 znaczeń i tylko skojarzenie z kontekstem może jednoznacznie naprowadzić na to właściwe. Słowo "maluch" może oznaczać małe dziecko i fiata 126p; złapać to inaczej dogonić, chwycić w powietrzu, zarazić się chorobą i złowić, np. rybę. Świnka to małe prosię, gryzoń (morska), ryba karpiowata i choroba zakażna. I choć większość kombinacji ma niewielki sens, to tępa maszyna może wybrać każdą, np. mały fiat złowił chorobę świnkę. Szanse na to, że translator przetłumaczy poprawnie to zdanie są jak 1:40, czyli prawie żadne.
    A jak poradzi sobie maszyna z wieloznacznością polskiego przyimka "za" tłumacząc na angielski?
    dzięki za kawę – for
    za domem – behind
    za drogi – too
    za godzinę – in
    za karę – as
    za pięć druga – to
    za okazaniem – upon
    uważać za przyjaciela – consider a friend
    Translator się raczej nie połapie z wieloznacznością form gramatycznych:
    She was given to kindergarten – została oddana…..
    She was given flowers – została (od)dana kwiaty?????
    Ciekawe, czy jakiś translator poradzi sobie z nawet niewielką zawiłością gramatyczną:
    When was it to be for?
    Kiedy to było być dla?
    Oczywiście chodzi o "na kiedy to miało być?" ale dla maszyny to może być zdecydowanie za trudne😉

    1. @NightHunter:
      "maluch złapał świnkę" – naprawdę prosty model statystyczny, jeśli tylko nakarmić go odpowiednią dużą ilością danych, poradzi sobie z tym, że "świnka" obok "maluch złapał" raczej oznacza chorobę, a nie zwierzę, a "maluch" obok "złapał świnkę" oznacza dziecko, a nie samochód.
      Z przetłumaczeniem "za" w kontekście też sobie poradzi, i nawet tak dużej ilości danych nie trzeba zważywszy na zagęszczenie tych słów.

      Oczywiście między translatorami a człowiekiem jest ciągle przepaść, ale przykłady które podałeś są dość proste, to tylko kolokacje w obrębie jednego zdania. Współczesne metody potrafią o wiele więcej niż tłumaczenie słowo po słowie ze słownika. Istnieją dzisiaj modele matematyczne, którym można napisać "człowiek jadący na słoniu trzyma kanarka" – i mogą wygenerować obraz człowieka na słoniu trzymającego kanarka (tak samo w drugą stronę). I taki algorytm wcale nie musiał być wcześniej nakarmiony dokładnie obrazkiem przedstawiającym to zdarzenie – wystarczy, że widział zdjecia kanarków, zdjęcia słonia, i człowieka który coś trzyma – i może sobie z tego poskładać wyjściowy obraz (który raczej jeszcze nie będzie się nadawał do powieszenia na ścianie, ale ogólny sens będzie zachowany)

  4. Od dawna dręczy mnie problem. Jaki język powinienem wybrać przy pisaniu książki, by ta była poczytna za tysiąc lat?

    Przypuszczam, że za tysiąc lat sztuczna inteligencja pozwoli na przetłumaczenie dzisiejszego angielskiego, hiszpańskiego i polskiego. Być może nie ma więc sensu uczyć się kolejnego języka w tym celu, by w nim tworzyć i wystarczyłoby pisać wszystko choćby po polsku.

    Niemniej, w ciągu tysiąca lat języki te zdążą zmienić się na tyle, że ciężko będzie znaleźć człowieka, który będzie potrafił w którymś z tych języków czytać w oryginale. Automatyczne tłumacze pozwolą więc najwyżej na zachowanie sensu przekazu, ale pozbawią większości czytelników przyjemności czytania. [Próbowałem przeczytać Iliadę Homera, ale w starożytnej grece nie rozumiem, a znane mi tłumaczenia na hiszpański i polski czyta się okropnie i niesposób przez nie przebrnąć z powodu właśnie języka. Z kolei Sztukę wojenną Sun Zi, w której interesują mnie tylko koncepcje, mogłem przeczytać kilkadziesiąt lub kilkaset razy z przyjemnością.]

    Zastanawiam się więc, czy w celu tworzenia, warto jest się nauczyć jakiegoś języka bardziej stabilnego, który daje większą gwarancję, że w odległej przyszłości będzie grupa ludzi czytających w oryginale. Dla nas, a przynajmniej dla mnie, najprostsza do opanowana wydaje mi się starożytna łacina spośród tych stabilnych. Myślę też o tym, że w XXI wieku po łacinie niewiele się będzie tworzyć, a tym samym pisarzowi jest o wiele łatwiej się wyróżnić i za tysiąc lat uwagę prędzej przykuje XXI-wieczna książka po łacinie niż po angielsku.

    Niestety starożytna łacina jako język wymarły jest bezużyteczna za życia, a korzyści z pisania po łacinie można odnieść raczej po śmierci np. za ten tysiąc lat. Zastanawiam się więc też nad żyjącymi językami o jako tako zakonserwowanej wersji pisemnej – może mandaryński lub arabski? Tutaj mam pytanie do specjalistów od chińskiego i arabskiego – na ile będą zrozumiałe za tysiąc lat?

    Skoro mowa o przyszłości i o urządzeniach tłumaczących, takie urządzenia będą dobre, ale być może lepiej jest wpierw opanować jakiś sensowny język, typu starożytna łacina, by ludzie w tej przyszłości jedni z niego tłumaczyli tymi nowoczesnymi urządzeniami, a inni mogli czytać w oryginale?

    1. Nie powiedziałbym że łacina ,, jako język wymarły jest bezużyteczna za życia" – można przeczytać wiele dzieł łacińskich.

      Radzę jeszcze rozważyć grekę. Sam zacząłem uczyć się greki później niż łaciny, lepiej znam póki co łacinę… i chyba lepiej byłoby odwrotnie. Oczywiście to zależy od potrzeb człowieka, ale w moim wypadku chyba przydatność samego Nowego Testamentu jest jednak większa niż przydatność dzieł łacińskich. I chyba nie będę tu wyjątkiem – typowy Janusz co niedzielę słucha czytania z NT, zaś z dziełami łacińskimi ma znikomy kontakt. A oprócz NT po grecku jest masa dzieł filozofów, Ojców Kościoła, dokumenty soborów, eposy, dramaty itd.

      Innymi opcjami mogą być hebrajski, sanskryt, pali – ale to tylko luźne sugestie, mało o nich wiem.

      1. Przy nauce starożytnej greki pojawia się pytanie, który dialekt wybrać i tu wahałbym się pomiędzy homerowską, a attycką, ale jest ich więcej… Nie wiem, na ile nadają się one do pisania XXI-wiecznej książki, ale nowe słowa pewnie mógłbym zapożyczyć ze współczesnej greki i w przyszłości mnie zrozumieją. Odnoszę wrażenie, że łacina jest mimo wszystko mniej skomplikowanym wyborem.

        W przypadku jednak tak starożytnej greki, jak starożytnej łaciny pojawia się ten sam problem. Jeśli moim celem nie jest tylko bierne czytanie, ale aktywne tworzenie dzieł życia, potrzebuję bardzo dużo treningu w aktywnym użyciu języka. Znalezienie przez internet kompetentnej użytkowniczki starożytnej greki lub starożytnej łaciny, która będzie się ze mną wymieniać poprawnymi językowo mailami nie będzie graniczyło z cudem? Jak nie będę bardzo dużo pisać np. maile lub chociaż na WhatsAppie, to się nie nauczę dobrze pisać.

        Proste do opanowania i raczej stabilne powinno być esperanto, ale w tym języku raczej nic ważnego nie powstało i nie wiem, czy za tysiąc lat ktoś będzie się esperanto uczyć. Ryzyko wydaje mi się tu znacznie większe niż w przypadku starożytnej łaciny.

        Innymi słowy, poszukuję języka spełniającego wszystkie te warunki:
        – który nie będzie zmieniał się w czasie
        – którego będą się uczyć za tysiąc i wiele tysięcy lat
        – w którym względnie łatwo jest znaleźć kompetentnego rozmówcę w czasach dzisiejszych

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ