Bez Kategorii

Wzory mezomeryczne związków organicznych, jako odpowiedniki ligatur w językach naturalnych

W artykule poświęconym promowaniu używania wzorów szkieletowych narysowałem wzór octanu etylu jako:

Jest w tym tyle prawdy, ile w wymawianiu litery a angielskiego słowa apple {jabłko}, jako polskiego [a], choćby właśnie w wyrazie „j[a]błko”. Wiemy, że patrząc z perspektywy języka polskiego angielskie a(pple) wymawiamy jako coś pomiędzy polskim [a] a polskim [e]. Dobrze oddaje to ligatura æ używana w Międzynarodowym Alfabecie Fonetycznym, która jest niczym innym jak graficznym przedstawieniem tego pośredniego dźwięku, którego graniczne (kanoniczne – nieosiągalne) struktury moglibyśmy przedstawić jako: [a ↔ e]. Jest to bliska analogia do bardziej prawdziwego wzoru octanu etylu, który należałoby przedstawić jako:

Innymi słowy, chemicznym odpowiednikiem ligatury æ byłby poniższy wzór oddający charakter wiązań pojedynczych i podwójnych w strukturach granicznych, jako wiązanie półtorakrotne oznaczone kombinacją linii ciągłej i przerywanej.

W obydwu przypadkach literę/wzór, w piśmie wyrażamy jedną – prostszą, a może raczej historycznie pierwotną, strukturą graniczną, odpowiednio a(pple)/(wzór na rysunku poniżej),

podczas gdy, ligatura æ / (wzór poniżej) maja raczej charakter pomocniczy.

Moglibyśmy sobie jednak wyobrazić, że przyjęto by konwencję używania (chemicznych) ligatur jako pełnoprawnych liter (wzorów), jak to ma, chociażby miejsce w języku francuskim, np. w słowie œuf {jajko}, gdzie francuskie œ to nic innego jak polskie [e] wymawiane z zaokrąglonymi ustami jak do [o], czyli: [e ↔ o] lub [o ↔ e], jeśli przeformułujemy instrukcję jako: „zaokrąglij usta jak do [o] i wymów [e]”.

Czasami jednak można rozpisać 3, 4…10… struktur granicznych związków organicznych i taki bardziej poprawny wzór 'ligaturyczny', teoretycznie lepiej oddający rzeczywistość, w praktyce byłby szalenie nieczytelny, o ile w ogóle możliwy do narysowania.

Wiemy już, że wzory mezomeryczne oddają pewien jedynie intuicyjnie wyobrażalny wzór, który jest czymś pomiędzy narysowanymi – w rzeczywistości nieistniejącymi podstrukturami. Co więcej, charakter tej rzeczywistej cząsteczki niekoniecznie jest w 50% odzwierciedleniem tych struktur kanonicznych, w niektórych przypadkach może to być bardziej 60:40 %, a w innych 90:10 %, albo na odwrót. Nie jesteśmy w stanie oszacować liczbowo tego udziału, ale porównując pary czy zestawy związków, które nieznacznie się różnią, możemy przewidywać wzrost/spadek tendencji do któregoś ze wzorów granicznych i zarazem przewidywać np. różnicę w aktywności, w reakcjach ze związkami o charakterze nukleofilowym/elektrofilowym lub kwasowość związku poprzez stabilizację powstającego anionu.  I tak wiemy, że w poniższym trio związków względną tendencję do zbliżania się rzeczywistej struktury do jednej z kanonicznych obrazuje pogrubiony zwrot strzałki.

Pośrednio przekłada się to na kwasowość (łatwość odrywania) protonów grup metylowych (tioester będzie najbardziej kwaśny, a amid najmniej) oraz tendencją do reakcji partnerów nukleofilowych z grupą karbonylową, również rosnącą od najmniej aktywnego amidu do najbardziej aktywnego tioestru.

Aby analizować tego typu efekty, musimy jednak wpierw ‘poczuć’, czym jest elektroujemność oraz zrozumieć różnicę w wielkości orbitali pierwiastków z poszczególnych szeregów układu okresowego. Na początek jednak wytłumaczę najprostszą kwestię – skąd się wzięły te plusy i minusy w strukturach kanonicznych, czyli tzw. ładunki formalne.

Warsztaty z podstaw chemii organicznej i projektowania syntez związków organicznych o znaczeniu użytkowym. Część 1 (proton, elektron, orbital)

Szanowni Państwo, nazywam się Michał Nowacki i jestem adiunktem w Zakładzie i Katedrze Technologii Leków i Biotechnologii Farmaceutycznej na Wydziale Farmaceutycznym Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Jednym z ważnych obszarów zainteresowania farmacji jest poszukiwanie nowych leków oraz projektowanie, coraz to lepszych, metod syntezy związków zarówno już stosowanych w lecznictwie, jak i dopiero odkrywanych. W zdecydowanej większości są to umiarkowanie złożone związki organiczne wodoru [H], węgla [C], ale też tlenu [O] i azotu [N] czy rzadziej, siarki [S], chloru [Cl], bromu [Br], jodu [I] i fosforu [P], boru [B], fluoru [F] i innych pierwiastków.

Celem cyklu zajęć, które przygotowałem, jest m.in. zachęcenie Państwa do aplikowania w przyszłości na nasz Wydział Farmaceutyczny, a następnie wstąpienia w szeregi koła Studenckiego „Synthesis”, które mam przyjemność współprowadzić wraz z Panią Doktor Martyną Wróbel, a jeszcze w bardziej odległej przyszłości do aktywnego uczestnictwa w badaniach naukowych nad nowymi lekami i metodami ich otrzymywania.

W trakcie warsztatów, wspólnie, w sposób teoretyczny — na papierze/tablicy/ekranie komputera lub smartfona, zaprojektujemy syntezy ważnych związków organicznych z naszego otoczenia: nie tylko leków, ale też substancji zapachowych, pestycydów, feromonów, konserwantów, a nawet materiałów wybuchowych.

Na początek jednak ważna uwaga! Treść, szczególnie, pierwszych wykładów świadomie zawiera liczne uproszczenia zjawisk opisywanych przez mechanikę kwantową i może być przyczyną frustracji osób konserwatywnie podchodzących do chemii. Uważam jednak, że lepiej być w stanie sobie jakkolwiek wyobrazić podstawowe koncepcje w sposób graficzny, w nie do końca poprawny sposób, niż w pełni poprawny opowiadać o nieprzemawiających do wyobraźni słuchaczy koncepcjach, do których opisu angażuje się np. równanie Schrödingera czy rachunek tensorowy. Wiem, że niektórzy mogą być odmiennego zdania; osoby zainteresowane tym bardziej poprawnym opisem odsyłam do książek poświęconych mechanice kwantowej.

Synteza organiczna, która jest narzędziem umożliwiającym otrzymywanie i przekształcanie cząsteczek, przypomina logiczną, czy wręcz strategiczną grę planszową i żeby granie w nią sprawiało nam przyjemność, musimy wpierw poznać i zaakceptować jej podstawowe reguły – reguły stworzone przez siły Natury na bardzo długo przed pojawieniem się człowieka na Ziemi.

Do dyspozycji mamy różne kostki, a właściwie kulki surowców, które możemy łączyć ze sobą, za pomocą wiązań, w użyteczne substancje chemiczne.

Na początku zrobimy sekcję cząsteczki najprostszego surowca z naszej gry — wodoru, który w najprostszej formie występuje jako H2 i w postaci plastikowego modelu wygląda jak mała hantla.

Każda biała kulka to jądro atomowe, które zbudowane jest tylko z 1 protonu, cząstki naładowanej dodatnio. Co się stanie, jeśli zbliżę do siebie 2 takie cząstki?

Zaczną się odpychać i im bardziej spróbujemy je ze sobą zbliżyć, tym silniej będą się odpychały. Podobnie jak magnesy zbliżone do siebie tym samym biegunem, zrobią wszystko, żeby tylko się ze sobą nie połączyć.

W mikroświecie istnieją również cząstki naładowane ujemnie — elektrony, które umożliwiają łączenie się ze sobą jąder atomowych, w związki chemiczne.

Pomimo tego, że elektron jest 2000 razy lżejszy od protonu, to przyjmujemy, że ich ładunki się wzajemnie równoważą. Protony i elektrony przyciągają się, podobnie jak magnesy zbliżone przeciwnymi biegunami, ale wbrew temu, co widzimy, zbliżając magnesy dostatecznie blisko siebie, nie ‘sklejają się’. I to jest jedna z najważniejszych reguł, którą musimy zaakceptować, choć wydaje się ona pozornie sprzeczna z intuicją. Gdyby jednak tak było, jak podpowiada nam intuicja, to wszechświat uległby natychmiastowej anihilacji — a tak się jednak nie dzieje.

Możemy spróbować to zrozumieć, porównując elektron na przykład do Księżyca, który jest naturalnym satelitą Ziemi (odpowiednika protonu). Jeśli zużyję część energii wytwarzanej w moim organizmie, aby zadziałać siłą swoich mięśni i podskoczyć, to w związku z tym, że działa na mnie siła grawitacji, po chwili zostanę sprowadzony z powrotem na ziemię. Możemy jednak na przykład podpiąć pod rakietę kosmiczną satelitę i wytworzyć za pomocą jej silnika na tyle dużo energii spalając paliwo (np.: hydrazynę: NH2—NH2), aby przezwyciężyć siłę grawitacji.

Rakieta wynosząca satelitę wytraca energię, cały czas opierając się sile grawitacji oraz ze względu na zderzanie się z cząsteczkami gazów (opory powietrza). W momencie, gdy wydostanie się poza atmosferę, znajduje się już jednak w próżni i możemy przyjąć, że już nie traci energii w zderzeniu z innymi cząsteczkami, a w pewnym momencie siła przyciągania ziemskiego, która słabnie wraz z oddalaniem się rakiety, równoważy siłę, którą nadaje rakiecie spalanie mieszanki paliwowej, co można kontrolować. W tym momencie wypuszczenie satelity, która ma energię wewnętrzną wynikającą z faktu, że była częścią tej rakiety (podobnie jak ciało człowieka wyskakującego z pociągu ma pęd nadany przez ruch tego pociągu), powoduje, że chęć dalszej ucieczki satelity w kosmos jest równoważona przez siłę przyciągania ziemskiego i satelita zaczyna okrążać Ziemię i ani na nią nie spada, ani nie ulatuje w kosmos, przynajmniej, dopóki przypadkowo nie zderzy się z jakimś większym obiektem.

Księżyc krążący wokół Ziemi, podobnie jak elektron wokół jądra, jest sytuacją, którą już zastaliśmy, ale w związku z tym, że zarówno elektron, jak i Księżyc mają energię, której nie wytracają, przekłada się ona na siłę przeciwstawiającą się ich zderzeniu i zlepieniu z ciałem, które okrążają.

Bardziej naukowe, z zastosowaniem wzorów matematycznych, ale jeszcze dające się zrozumieć, wyjaśnienie, dlaczego elektron nie spada na jądro, znajdziecie Państwo w filmiku (nie mojego autorstwa).

Wynika z tego następująca konstatacja: „ujemnie naładowany elektron nie spada na dodatnio naładowane jądro pomimo istniejącej między nimi siły przyciągania”.

Innymi słowy, elektron pozostaje w ciągłym ruchu, otaczając jądro, ale nie tyle po orbicie, ile po sferze. Wyobraźmy sobie, że mamy 2 balony, włożone jeden w drugi. Do środka tego wewnętrznego wkładamy ziarnko maku i pompujemy go. Następnie pompujemy również, ale nieco mocniej zewnętrzny. Wyobraźmy sobie teraz, że ziarnko maku, które obrazuje rozmiar proton, lewituje w samym środku mniejszego balonu. Elektron możemy sobie wyobrazić jako kilka rzędów wielkości mniejszą cząstkę, która porusza się tak ekstremalnie szybko (tak naprawdę jest jednocześnie falą, ale o tym później), i przez 90-95% czasu jest gdzieś w przestrzeni między pierwszy a drugim 'balonem'. Otrzymujemy zatem rozmyty obraz jej obecności w przestrzeni, która jest wycinkiem kuli i nazywamy tę przestrzeń orbitalem atomowym, pamiętajmy jednak, że tak naprawdę nie ma fizycznej bariery — ścianek balonu, które by ograniczały ruch elektronu, to ograniczenie wynika z posiadanej przez elektron energii i jego siły oddziaływania z jądrem (w tym przypadku pojedynczym protonem).

W kolejnym odcinku opowiem o naturalnej tendencji elektronów, o przeciwnych spinach, do łączenia się w pary.

Semantyka chemii organicznej. Ćwiczenia w zapisywaniu rozpuszczalników (+ ich krótkie omówienie) wzorami szkieletowymi

Odpowiednikiem słów w języku obcym, z których budujemy wypowiedzi, w przypadku chemii organicznej są (proste) związki chemiczne. Ten tekst poświęcę na zapoznanie czytelnika z kilkudziesięcioma rozpuszczalnikami, a zatem substancjami pełniącymi funkcje raczej pomocnicze, które trudno mi jest porównać do czegoś sensu stricte obecnego w językach. Niemniej i one mogą (i często tak się dzieje) posłużyć jako typowy substrat — budulec bardziej złożonych związków. Tutaj jednak ograniczę się do przedstawienia ich podstawowych zastosowań oraz przy okazji zaprezentuję ich struktury i chemiczne skróty/akronimy, pod którymi występują — a to już jest bliskim odpowiednikiem systemu pisma/ortografii języków naturalnych.

Podobnie, jak w przypadku omówionych w poprzednim odcinku różnic pomiędzy przeładowanymi oczywistymi informacjami wzorami strukturalnymi — a będących niezbędnym minimum — szkieletowymi, dysponujemy różnymi sposobami zapisu rozpuszczalników (i innych związków) w formie linearnej, na przykład w tekście lub na schemacie nad/pod strzałką symbolizującą reakcję chemiczną.

Octan etylu możemy zapisać jako:

CH3COOCH2CH3

CH3CO2CH2CH3

MeCO2Et

AcOEt[1]

EA[2]

Spośród wymienionych preferuję ten pogrubiony. Wykorzystuje on skróty dwóch często występujących grup: acetylowej (Ac) i etylowej (Et) połączonych atomem tlenu (O). Akronim EA, choć krótszy, nie jest tak jednoznacznie oczywisty, jego percepcja wymaga przekształcenia go z angielskiej nazwy na wzór, więc wymaga dodatkowych operacji umysłowych.

Przy omawianiu poszczególnych rozpuszczalników będę podawał również ich typowe zastosowania, przy czym:

R — to rozpuszczalnik stosowany często do prowadzenia reakcji,

E — do ekstrakcji roztworów wodnych; wyklucza to użycie rozpuszczalników mieszających się z wodą bez ograniczeń, co będę oznaczał symbolem lemniskaty (∞),

C — stosowany często w chromatografii kolumnowej; przy czym C oznacza domyślnie chromatografię na żelu krzemionkowym (faza normalna), a Co rozpuszczalnik stosowany do fazy organicznej na fazach odwróconych (najczęściej organicznych pochodnych krzemu, zawierających długie alifatyczne łańcuchy, np. tzw. C-18).

Zatem powyższy zapis oznacza, że octan etylu stosowany jest najczęściej do ekstrakcji i chromatografii na fazach normalnych.

Najbliższymi pochodnymi wody (H2O), są alkohole: metylowy[3]) (MeOH), etylowy (EtOH), izopropanol (i-PrOH) rzadziej n-butanol (n-BuOH) oraz fluorowcowane, lekko kwaśne fluorowcowane pochodne: 2,2,2-trifluoroetanol (CF3CH2OH; TFEA) oraz dość drogi heksafluoroizopropanol [(CF3)2CHOH, HFIP].

Metanol (MeOH) jako jeden z niewielu rozpuszczalników rozpuszcza wiele soli zarówno organicznych, jak i nieorganicznych.

Inną grupą polarnych rozpuszczalników mieszających się z wodą bez ograniczeń są kwasy karboksylowe: mrówkowy (HCO2H), octowy[4] (AcOH) i trifluorooctowy[5] (TFA) pełniące często dodatkowo funkcję kwaśnego katalizatora.

Kolejną grupą, aczkolwiek dość różnorodną są etery.

Najważniejszy z nich tetrahydrofuran (THF) to najczęściej stosowany rozpuszczalnik do transformacji prowadzonych w obniżonej temperaturze (często < -70°C). Bardzo często stosuje się go w reakcjach, w których generowane są karboaniony, w czym nierzadko uczestniczy jedna z najsilniejszych zasad znanych w chemii organicznej – n-butylolit (n-BuLi), która reaguje z większością rozpuszczalników (uwaga w temperaturze pokojowej BuLi rozkłada również THF!). Do opisanego powyżej celu stosuje się wyłącznie suszony THF, przetrzymywany „pod argonem” (w atmosferze gazu obojętnego — argonu).

Bliski analog strukturalny — 1,4-dioksan, choć nie nadaje się do powyższych celów (krzepnie już w 12°C), to z powodzeniem może być stosowany w reakcjach wymagających z kolei ogrzewania (temp. wrz. to 101°C; dla THF’u 66°C).

Eter dietylowy (Et2O) jest, w przeciwieństwie do mieszających się z wodą bez ograniczeń[6] THF’u i 1,4-dioksanu, rozpuszczalnikiem stosowanym najczęściej do ekstrakcji, zwłaszcza związków o niewielkiej, lub umiarkowanej polarności. Ze względu na niską temperaturę wrzenia (35°C) i związane z tym: łatwość samozapłonu oraz działanie narkotyczne na eksperymentatora oraz skłonność do tworzenia wybuchowych nadtlenków[7], (podobnie jak THF i 1,4-dioksan) często zastępowany jest bardziej stabilnym eterem tert-butylowo metylowym (MTBE; temp. wrz. 55°C), który jednak nie powinien być stosowany do ekstrakcji bardzo kwaśnych wodnych roztworów, pod wpływem których może nastąpić jego rozszczepienie.   

Zdecydowanie najrzadziej używanym rozpuszczalnikiem z tej grupy jest eter difenylowy (Ph2O), który stosowany jest do prowadzenia reakcji wymagających ogrzewania w wysokiej temperaturze (np. termicznych eliminacji czy przegrupowań sigmatropowych). To, co jest jego zaletą (temp. wrz. 259°C) powoduje jednak techniczne trudność związane z pozbyciem się go z mieszaniny poreakcyjnej (ekstrakcje rozpuszczalnikami o niskiej polarności / chromatografia kolumnowa).

Zróżnicowaną klasą, którą łączy m.in. nieograniczona mieszalność z wodą, są rozpuszczalniki polarne aprotonowe do których należą, stosowane głównie w formie ‘suchej’ m.in: aceton (AcMe), acetonitryl (MeCN), dimetyloformamid (DMF), dimetylopirolidon (NMP), dimetylosulfotlenek (DMSO), pirydyna (Py).

Ze względu na zdolność solwatowania kationów bardzo często stosowane są w reakcjach substytucji nukleofilowej (najczęściej SN2). Ponadto często umożliwiają rozpuszczenie zarówno substancji, które trudno rozpuszczają się w jakichkolwiek innych rozpuszczalnikach, jak i niekiedy pewnej ilość soli nieorganicznych.[8]

Te o najsłabszych ‘zdolnościach’ do rozpuszczania: acetonitryl (temp. wrz. 82°C) i dość reaktywny aceton (56°C) łatwo odparować z mieszaniny reakcyjnej. Pirydynę (115°C), a w szczególności DMF (153°C) można w większości usunąć pod zmniejszonym ciśnieniem na wyparce, pod warunkiem zastosowania tzw. ‘odwróconego łapacza kropel’ uniemożliwiającego powrót oddestylowywanego rozpuszczalnika z powrotem do kolby. W przypadku DMF’u konieczne jest dodatkowo zwiększenie temp. łaźni wodnej do ok 60-65°C.

Alternatywnym/równoległym rozwiązaniem jest wielokrotne odparowanie mieszaniny poreakcyjnej z toluenem (PhMe), który z obydwoma rozpuszczalnikami tworzy azeotropy o niższej temperaturze wrzenia. Innym rozwiązaniem stosowanym w przypadku DMF, NMP (temp. wrz. 202°C), czy DMSO (temp. wrz. 189°C)  jest rozcieńczeniem mieszaniny poreakcyjnej wodą, ekstrakcja możliwie mało polarnym rozpuszczalnikiem organicznym (jeśli to możliwe, najlepiej eterem dietylowym, jeśli nie rozpuszcza on produktu to  np. octanem etylu, po czym frakcje organiczne wielokrotnie przemywa się nasyconym roztworem NaCl w wodzie — tzw. solanką, w której większość związków organicznych się nie rozpuszcza, a te polarne aprotonowe rozpuszczalniki tak). W przypadku pirydyny możliwe jest skuteczne odmycie jej z fazy organicznej za pomocą rozcieńczonych roztworów HCl (pod wpływem których tworzy słabo rozpuszczalną w fazie organicznej sól — chlorowodorek pirydyny), o ile i produkt nie zawiera zasadowych grup (np. aminowych) i jest odporny na działanie kwasów.

W przypadku niedającego się odparować na wyparce DMSO alternatywną metodą jest jego wymrożenie i sublimacja w liofilizatorze.

Warto również wspomnieć, że acetonitryl jest najczęściej stosowanym (w parze z wodą) rozpuszczalnikiem w przypadku rozdziałów chromatograficznych prowadzonych na odwróconych fazach.

Po przeciwnej stronie skali znajdują się rozpuszczalniki niepolarne aprotonowe m.in. heksan (HexH[9]), cykloheksan (CyH[10]), pentan, heptan, toluen (PhMe), benzen (PhH) i ksyleny.

Heksan (w postaci izomerów) oraz mniej toksyczny cykloheksan (uwaga temp. top. 7°C) i toluen stosowane są jako eluenty do chromatografii kolumnowej. Toluen sporadycznie wykorzystywany jest również do ekstrakcji. Specyficznym zastosowaniem toluenu, coraz rzadziej wybieranego benzenu oraz niekiedy cykloheksanu jako rozpuszczalników w reakcjach, jest możliwość tworzenia przez nie azeotropów z wodą, które po skropleniu za pomocą chłodnicy zwrotnej można rozdzielić za pomocą specjalnej nasadki tzw. aparatu Deana-Starksa na wodę i rozpuszczalnik organiczny, który w zamkniętym cyklu wraca do ogrzewanej w temperaturze wrzenia rozpuszczalnika (tzw. refluksie) kolby reakcyjnej. Taką technikę stosuje się m.in. w kondensacji Knoevenagela lub przekształcania aldehydu lub ketonu odpowiednio w (cykliczny) acetal lub ketal np. za pomocą glikolu etylenowego [HO(CH2)2OH], gdzie obecność śladowej choćby ilości wody inhibuje przebieg tych równowagowych transformacji.  

Pentan (temp. wrz. 36°C) stosowany jest czasem do wytrącania i/lub przemywania osadów. Otrzymywane w ten sposób stałe związki często mają postać pyłu, który skutecznie można wyszyć na lejku Schotta i/lub pompie olejowej, w celu pozbycia się resztek rozpuszczalnika.

Heptan (98°C) wykorzystywany jest do ‘pseudo-krystalizacji’. Próbkę zawierającą mniej polarne zanieczyszczenie można zagrzać w heptanie do wrzenia i po schłodzeniu do temp. pokojowej, odsączyć nierozpuszczony osad od przesączu zawierającego niepolarne zanieczyszczenia, co często pozwala w prosty sposób oczyścić związek unikając chromatografii.

Ksylen, występujący w postaci wysokowrzącej (~ 140°C) mieszaniny izomerów (orto, meta, para) podobnie jak omawiany wcześniej eter difenylowy służy do prowadzenia reakcji wymagających ogrzewania w wysokiej temperaturze.

Ostatnią ważną grupą są rozpuszczalniki chlorowcowane m.in. chlorek metylenu (DCM), 1,2-dichloroetan (DCE), chloroform (CHCl3), coraz rzadziej stosowany czterochlorek węgla (CCl4) i jeszcze rzadziej chlorobenzen PhCl.

Dichlorometan (temp. wrz. 40°C) stosowany jest zarówno jako rozpuszczalnik (często bezwodny), do licznych reakcji, ale również do ekstrakcji czy chromatografii kolumnowej. Innym zastosowaniem, w parze z heksanem lub heptanem, jest możliwość wykorzystania go do wytrącania na wyparce, w trakcie którego lepiej rozpuszczający związki organiczne DCM jest oddestylowywany jako pierwszy, co dodatkowo radykalnie schładza mieszaninę, co często ułatwia wypadanie czystego związku w postaci osadu lub oleju, znad którego można ściągnąć fazę węglowodorową zawierającą mniej polarne zanieczyszczenia. DCM stosowany jest często również jako rozpuszczalnik do przenoszenia substancji np. z większej kolby do mniejszej (kolby lub fiolki). W połączeniu z metanolem (np. jako 50% roztwór) umożliwia rozpuszczenie większości substancji, które nie rozpuszczają się np. ani w samym MeOH ani w DCM.

Niekiedy jako alternatywę dla chlorku metylenu, zwłaszcza dla reakcji wymagających umiarkowanego ogrzewania, stosuje się wyżej wrzący 1,2-dichloroetan (temp. wrzenia 83°C).

Chloroform używa się często do ekstrakcji, nanoszenia mieszanin reakcyjnych na kolumnę chromatograficzną, ale chyba jego najważniejszym zastosowaniem jest użycie do kilkukrotnego odparowywania próbek oczyszczonego produktu, przed analizą NMR, w celu usunięcia (‘wypchnięcia’) resztek innych rozpuszczalników. Jako że w spektroskopii NMR najczęściej stosowany jest CDCl3 ‘naturalnie’ zawierający pewną ilość CHCl3, jego niewielka dodatkowa ilość wynikająca z odparowywania jest bardziej akceptowalna, niż piki od innych rozpuszczalników.

Czterochlorek węgla (temp. wrz. 77°C) podobnie jak benzen, to typowy rozpuszczalnik stosowany do reakcji rodnikowych.

Chlorobenzen (temp. wrz. 132°C) wybierany w analogicznych sytuacjach jak ksylen czy eter difenylowy, jest najbardziej z nich stabilny w warunkach kwasowych, najmniej w silnie zasadowych.

Na tym zakończę to dosyć arbitralne omówienie rozpuszczalników, pośród których zabrakło m.in. dekaliny, nitrobenzenu, disiarczku węgla (CS2), eteru naftowego (będącego niesprecyzowana mieszanką róznych węglowodorów) czy HMPA, ale taką listę można rozciągać w nieskończoność.

W kolejnym odcinku, przećwiczymy przekształcanie reakcji krótkich syntez z ciężkostrawnej formy zapisu wzorami strukturalno-półstrukturalno-półszkieletowymi pokutującymi dalej nawet w najbardziej współczesnych skryptach i podręcznikach, na łatwo przyswajalne szkieletowe. Mam nadzieję, że powyższy trening na rozpuszczalnikach stanowił wystarczającą rozgrzewkę.  


[1] Uwaga, Ac jest też skrótem od rzadko spotykanego pierwiastka aktynu.

[2] Akronim od angielskiej nazwy ethyl acetate.

[3] Umiarkowanie dobrze rozpuszcza wiele soli organicznych.

[4] Czysty kwas octowy (tzw. lodowaty) krzepnie już w 17°C).

[5] Silny kwas o mocy zbliżonej do kwasów nieorganicznych.

[6] THF, 1,4-dioksan, ale również EtOH lub MeOH ze względu na nieograniczoną mieszalność z wodą często wybierane są jako współrozpuszczalnik w reakcjach hydrolizy, w których stosowany jest wodny roztwór wodorotlenku lub np. kwasu solnego. Rozpuszczalnik organiczny umożliwia rozpuszczenie substratu, a jego mieszalność z wodą umożliwia otrzymanie mieszaniny jednofazowej.

[7] Mechanizm powstawania nadtlenków, które po dziś są powodem najtragiczniejszych w skutkach wypadków w laboratoriach oraz mechanizm działania stabilizatorów (na przykład BHT), które są dodawane do niektórych rozpuszczalników, by temu zapobiec, omówię kiedyś w oddzielnym artykule.

[8] Przydatnym narzędziem do sprawdzania rozpuszczalności soli nieorganicznych w rozpuszczalnikach jest rosyjska baza danych „База данных физико-химических свойств и синтезов веществ”. Jednak, jak się przekonałem w praktyce, rozpuszczalność niektórych soli jest zdecydowanie niższa niż to wynika z powyższej wyszukiwarki i innych tablic chemicznych. Przypuszczam, że tak „świetna” rozpuszczalność niektórych soli wynika z niskiej jakości (dużej zawartości wody) rozpuszczalników i soli nieorganicznych (też niewykluczone, że zawilgoconych, jako, że większość z nich jest higroskopijna), które były używane w pomiarach, te kilkadziesiąt lat temu i nikt tego nie skorygował/zaktualizował. Przy próbie rozpuszczenia sproszkowanego K2CO3 w DMF’ie czy DMSO (niesuszonych, CZDA, dopiero co otwarta butelka) nie byłem w stanie rozpusćić kilku, a może i 10-krotnie mniejszej ilości! od tej, która wynikała z tablic.

[9] Półoficjalny, rzadko stosowany skrót.

[10] J.w.

Pożyteczny minimalizm. O koncepcji zapisu języka chemii organicznej wzorami szkieletowymi

W poprzedniej części nieco wysługując się jednym z moich ulubionych pisarzy — Jackiem Londonem zachęcałem do dogłębnego analizowania reakcji i syntez opisanych w podręcznikach i literaturze fachowej. Żeby ułatwić percepcję przedstawionej w nich/niej wiedzy, moim zdaniem niezbędne jest jak najszybsze przestawienie się na używanie wyłącznie wzorów kreskowych, zwanych również szkieletowymi, zamiast najczęściej stosowanych, w podręcznikach, różnych wariacji wzorów: strukturalnych, półstrukturalnych i częściowo tylko szkieletowych. Autorzy podręczników je stosujący, z niewiadomego mi powodu, traktują Czytelnika jako pozbawionego wyobraźni i nieumiejącego zliczyć do, w porywach, ośmiu. Kurczowe trzymanie się tych wzorów jest najszybszą drogą do znienawidzenia chemii organicznej, a notowanie w ten sposób jest bardzo męczące i nużące, podobnie jak sposób percepcji takich wzorów przez umysł. Uważam, że stosowanie takich wzorów w podręcznikach powinno być karalne, gdyż uniemożliwia uczniom i/czy studentom polubienie tej fascynującej nauki, jaką jest chemia organiczna.

Zachęcam zatem do jak najszybszego odkręcenia bocznych kółek od rowerka i zdecydowania się na znacznie przyjemniejszą przejażdżkę ze wzorami szkieletowymi.

Powyższą, wcale nie nazbyt krzywdzącą, uwagę zobrazuję przykładem związku znanemu Państwu z życia pozalaboratoryjnego. Poniższa substancja jest głównym składnikiem zmywaczy konwencjonalnych lakierów do paznokci[1] oraz jedną z naturalnych substancji zapachowych obecnych w białym winie.

W przedstawionym powyżej modelu ważnego rozpuszczalnika organicznego i surowca do syntez — octanu etylu, bo o nim mowa, kolorem białym oznaczono atomy wodoru (H), czarnym węgla (C) a, czerwonym tlenu (O). Cząsteczka ta jest zaprezentowana w postaci najbardziej stabilnego konformeru, którego wszystkie grupy i atomy są możliwie daleko od siebie, ale należy pamiętać, że jest ona w ciągłym ruchu i następują nieustanne obroty wokół wszystkich wiązań pojedynczych.

Przekształcenie, pokazanego wcześniej, modelu kulkowego w powyższy pokazujący wszystkie informacje plus orbitale elektronowe z parami elektronami, ręcznie – na papierze zajęło mi ok. 45 sekund. Wzór zawiera 8 atomów H, 4 C, 2 O, 8 wiązań — (uwzględniając podwójne =) oraz 3 przedstawione klinem ponad płaszczyznę kartki, oraz 3 poniżej płaszczyzny, dodatkowo 4 orbitale zawierające 2 elektrony na każdym (w sumie 8). Zliczając — aż 40 (bitów) informacji!

Można go uprościć do wzoru półstruktualnego, którego narysowanie zajęło mi ok. 20 sekund i zredukowało liczbę informacji do 22.

Dokonując kolejnych uproszczeń, możemy dojść do różnych wariantów wzorów, na których zapisanie wystarczy < 10 sekund zawierających odpowiednio 12 i 10 informacji. Wzory te charakteryzują się tym, że chowają informacje na temat sposobu połączenia atomów i geometrii cząsteczki, zatem, żeby ją sobie wyobrazić i odtworzyć trzeba dokonać licznych operacji myślowych.

Niestety autorzy większości podręczników, z zupełnie niezrozumiałego dla mnie powodu, z uporem sadysty lubują się w różnych wariantach podobnych wzorów.

Tymczasem wystarczy < 5 sekund, żeby przedstawić octan etylu w postaci przyjemnego dla oka wzoru szkieletowego składającego się z: 2 atomów tlenu i 6 wiązań — (uwzględniając podwójne =) w sumie tylko 8 (bitów) informacji! Wzór ten, zakładając u osoby go odczytującej znajomości prostych reguł, które przypomnę poniżej, zawiera dokładnie te same informacje co wzór strukturalny, którego narysowanie i percepcja zajmuje prawie 10-krotnie więcej czasu i wysiłku!

Wystarczy pamiętać o kilku regułach:

  1. Na końcach kresek oraz punktach przegięcia lub łączenia się kresek, niezakończonych literami, domyślnie znajdują się atomy węgla (C),
  2. Każdy z niezaznaczonych atomów węgla jest połączony wiązaniami pojedynczymi (—) z taką liczbą atomów wodoru (H), żeby zgromadzić wokół siebie oktet walencyjny. Innymi słowy, zakończenie kreski odpowiada grupie CH3, punkt zagięcia (>) grupie CH2, w przypadku punktu, od którego odchodzą 3 rozgałęzienia (Y) CH. Dla punktów, od których odchodzą 4 kreski (np. X lub >=) węgiel nie tworzy dodatkowego wiązania z wodorem.
  3. Atomy wodoru (H) musimy zapisać tylko wtedy, gdy są połączone z innym atomem niż węgiel (C), najczęściej: O, N, S, P i.in.
  4. Wolnych par elektronowych (dotyczy najczęściej O, N, S, P, Se, F, Cl, Br, I i.in.) nie trzeba zaznaczać, ich domyślna liczba również wynika z reguły oktetu. Jeśli tlen (O) jest połączony dwoma wiązaniami z innym(i) atomem/ami to muszą być wokół niego 4 niewiążące elektrony, czyli ich 2 pary.
  5. Stosując wzory szkieletowe, można pokazać wiązanie C—H, jeśli chce się coś wyjaśnić (na przykład odrywanie wodoru przez zasadę (B[2] od angielskiego base). Podobnie można zaznaczyć parę elektronową, chcąc pokazać, że odrywa ona/przyłącza proton od kwasu (H—A; gdzie A oznacza anion kwasu; od angielskiego acid).

Taki zapis nie oznacza, że przy węglu grupy metylowej znajduje się tylko jeden atom wodoru (H), lecz, że chcemy pokazać tylko ten jeden, 2 pozostałe pozostają w domyśle.

Podobnie w przypadku pary elektronowej tlenu, możemy (ale nie musimy) pokazać jedną, i w tym wypadku nie oznacza, że jest tylko jedna, lecz, że zależało nam na pokazaniu tej jednej, druga pozostaje „schowana”.

6. Kąty pomiędzy zapisywanymi bądź schowanymi atomami wynikają z hybrydyzacji atomów oraz związanej z tym liczby podstawników, w tym niewiążących par elektronowych, które należy traktować jako podstawniki. Obowiązuje tu zasada na tzw. „chłopski rozum”[3], podstawniki zajmują najodleglejsze miejsca w przestrzeni lub na płaszczyźnie, względem siebie, żeby zminimalizować odpychające oddziaływania między sobą.

Jeśli podstawniki są 4 (hybrydyzacja sp3), to muszą być rozmieszczone w narożnikach tetraedru — kąty (<) między wiązaniami są zbliżone do 110°, im większy podstawnik lub para elektronowa na większym orbitalu (szczególnie w przypadku kolejnych okresów, dotyczy np. atomów, P, S, Se i.in.) tym większe pretensje do zagrabienia większej przestrzeni kosztem pozostałych podstawników, które w konsekwencji tego zbliżają się do siebie i kąt między nimi jest mniejszy. Są to na ogół małe odchylenia, których nie uwzględnia się przy rysowaniu wzorów.[4]

Jeśli są 3 podstawniki (hybrydyzacja sp2) to leżą na płaszczyźnie tworząc kąty ok. 120°.

W przypadku hybrydyzacji sp podstawniki okupują najdalsze możliwe punkty płaszczyzny/przestrzeni — cząsteczka jest liniowa, kąt 180° (CO2 O=C[5]=O, alkiny R—C≡C—R’, nitryle R—C≡N:, keteny >C=C[6]=C< i inne).

7. Związki mogą występować w różnych konformacjach, najczęściej rysuje się taką, w jakiej grupy są najdalej siebie. Niemniej wszystkie poniższe struktury są równie poprawne i mogą być odwrócone pod dowolnym kątem:

8. Wszystkie odchylenia od powyższych reguł, najczęściej w przypadku ładunku dodatniego na węglu (karbokation), ujemnego (karboanion), niesparowany elektron (rodnik), czy obecności luki elektronowej i pary elektronowej (karbenu) wymagają zaznaczenia tego na wzorze szkieletowym. To zagadnienie omówię dokładniej w kolejnej części materiałów pomocniczych.

Z moich obserwacji i doświadczenia z pracy z magistrantami (polskimi i z zagranicznymi) wynika, że studenci w bardzo różnym stopniu znają reguły zapisu wzorami szkieletowymi. Niektórym nie przeszkadza 5-cio wiązalny węgiel, inni myślą, że zakończenie kreski symbolizuje wodór (H) zamiast grupy metylowej (CH3), w alkinach i nitrylach podstawniki, zamiast tworzyć kąt 180°, tworzą 120° itd. Najczęściej jednak spotykam osoby, które są (nie do końca) świadomymi użytkownikami tej koncepcji zapisu tzw. znającymi-niepraktykującymi, dlatego zachęcam do przećwiczenia zapisu na najczęściej spotykanych w laboratorium rozpuszczalnikach, które przy okazji pokrótce omówię w kolejnym odcinku.

Często zdarza się również, że osoby zapisują związek w postaci wzoru szkieletowego, po czym niepotrzebnie dodają zbędne informacje, psując ich prostotę, przejrzystość i oszczędność formy. Poniżej przykłady:

Zachęcam również do zapisywania grup funkcyjnych w postaci szkieletowej, zamiast zapisywać je skrótami (np. CO2Et dla estru, CN dla nitrylu, CHO dla aldehydu czy SO2 dla sulfonu), znacznie lepiej pozwala to zrozumieć reakcje i mechanizmy przebiegające z ich udziałem. W przypadku pisania pracy magisterskiej, czy publikacji, kosztem waloru dydaktycznego często lepiej jednak zapisywać część grup w postaci skróconej (np. grupę NO2 czy CF3), żeby związki zajmowały mniej miejsca na schematach lub po prostu, aby grupy na schematach wzajemnie ze sobą nie kolidowały – zapisywanie 3-wymiarowych struktur na płaskiej kartce generuje niekiedy tego typu problemy.

W celu przećwiczenia zapisu wzorami szkieletowymi w kolejnym odcinku pokrótce omówię kilkadziesiąt najczęściej spotykanych w laboratorium chemii organicznej rozpuszczalników.

Jeśli jednak wolicie wpierw podrążyć problematykę zapisu wzorami mezomerycznymi, wstęp do tego zagadnienia znajduje się tutaj.


[1] W przypadku tzw. hybryd stosowany jest silniejszy rozpuszczalnik, ale bardziej wysuszający skórę — aceton.

[2] Uwaga! W innym kontekście (B) może oznaczać atom boru.

[3] Istnieje metodologia o skrócie VSEPR, która tłumaczy to samo w absurdalnie zawikłany sposób.

[4] Niekiedy odchylenia są znaczne, w cząsteczce siarkowodoru (H2S) kąt między wiązaniami wynosi 90°, zamiast spodziewanych ~110°.

[5] Stosując zapis zworami szkieletowymi, zamiast litery C stosuje się kropkę.

[6] Analogicznie jak w przypadku CO2.

Polecane książki do podstaw chemii organicznej i te o strawnej objętości

Szanowni Państwo,

w ramach działalności w kole zachęcam do czytania czy doczytywania sobie podstawowych informacji z chemii organicznej. Dobrze, jakby mieli Państwo przy sobie podręcznik do chemii organicznej na podorędziu, warto mieć go przy sobie podczas spotkań laboratoryjnych, żebyśmy mogli wskazywać, co warto sobie na bieżąco przypominać. Proszę zatem, aby wszyscy z Państwa, którzy chcą uczestniczyć w jakiejkolwiek formie w zajęciach naszego koła, zaopatrzyli się w miarę "nowy" (wydany w ciągu ostatnich 35 lat)  podręcznik do podstaw chemii organicznej (najlepiej w jego papierową wersję).  Najkrótszą książką, jaką polecam, są "Krótkie wykłady z chemii organicznej" Grahama Patrica. Nie taki zły jest skrypt, będący chyba głównym źródłem, z którego korzystaliście Państwo przy nauce do egzaminu/ćwiczeń z "chemii organicznej" i "preparatyki organicznej" autorstwa Doroty Maciejewskiej, Marii Langwald; linki poniżej). 

Najlepszym obecnie na rynku podręcznikiem jest "Chemia organiczna"; Clayden, Greeves, Warren, (Wothers) – najnowsze polskie wydanie (4 tomowe) jest z 2016 roku (wydaje mi się, że jest tłumaczeniem 1 wydania brytyjskiego oryginału), ale obecnie trudno zdobyć tę książkę, poza tym jej koszt to ponad 400 zł. Nieco tańsza i łatwiej dostępna jest w oryginalnym anglojęzycznym II (lekko zmienionym) wydaniu (1-tomowym) z 2012 roku. Jej wersję elektroniczną można co prawda znaleźć tutaj, ale nie jest to zapewne wersja do legalnego korzystania i decyzję o tym pozostawiam Państwa sumieniu.

Praktycznie wszystkie publikacje, z którymi się Państwo zetkniecie w czasie prac z nami czy pisania pracy magisterskiej, będą po angielsku, więc warto prędzej czy później się z tą książką zaprzyjaźnić, jeśli ktoś z Państwa już wie, że synteza organiczna to jest „to”. W naszej katedrze posiadamy niestety tylko jeden jej (anglojęzyczny) egzemplarz w postaci fizycznej.

Popularnym i lubianym przez polskich studentów podręcznikiem jest "Chemia Organiczna"; McMurry'ego. Pomimo zbliżonej objętości do "Claydena" (ok. 1200 stron) zawiera kilkukrotnie mniej treści. Występuje w polskiej wersji językowej w wydaniu starszym dwutomowym i nowszych 5-cio tomowych. Jej najnowsze wydanie, w pełni legalne (ale po angielsku) dostępne jest tutaj. Co więcej, zauważone przez czytelników błędy są na bieżąco poddawane korekcie. Osobiście nie przepadam za tą książką ze względu na "rozwodnienie" jej treści (co jest cechą wspólną wielu amerykańskich podręczników) i brak omówienia wielu bardziej "nowoczesnych" reakcji (choć wiele z nich ma już kilkadziesiąt lat), ale wiem, że studenci uważają ją za przyjazną w nauce.

Podobną książką, na pierwszy rzut oka zawierającą trochę więcej "nowszego" materiału, jest "Chemia organiczna"; Solomons'a (wydanie polskojęzyczne w 2 tomach)

Obydwie z wyżej wymienionych książek znajdziecie Państwo w bibliotece WUM; Solomons wydaje się trochę lepszy, ale w bibliotece jest tylko jeden jej egzemplarz i nie wiem, czy można go wypożyczyć. 

Jeśli przeraża Państwa nauka z książek anglojęzycznych lub objętości wymienionych powyżej, to polecam wybrać coś polskiego, krótszego (ok. 600 stron). Tutaj wymienię kilka dostępnych pozycji:

"Chemia organiczna" Floriańczyk, Białecka; 2005; (podobnie jak wszystkie wcześniej wspomniane książki zawiera omówienie podstaw technik identyfikacji związków: NMR, MS, UV-VIS i IR)

"Chemia organiczna" Mastalerz; 2000 (techniki identyfikacji są tu jedynie wspomniane, ale jest w niej wiele ważnych reakcji, których nie ma w pozostałych wymienionych w tej sekcji książkach)

"Chemia organiczna"; Maciejewska, Langwald (tom 1 i 2) to skrypt używany do nauki na naszym wydziale, ale brak w nim jakichkolwiek informacji na temat technik spektroskopowych/alnych.

"Chemia organiczna – krótki kurs" Hart (zawiera elementarne podstawy technik spektroskopowych/alnych).

I wiele, wiele innych książek, jeśli Państwo macie/znacie/lubicie jakieś inne, to proszę się pochwalić, może będą dla nas wystarczające.

Niezależnie, którą z nich Państwo wybierzecie (najlepiej udać się do biblioteki i przekartkować każdą z nich), na pewno łatwiej będzie korzystać z jej papierowej wersji i umożliwi mi to szybsze wskazanie Państwu odpowiednich rozdziałów, których przeczytanie będzie ułatwiać na bieżąco naszą współpracę.

Michał Nowacki

Jak samodzielnie zgłębiać język chemii organicznej? Analiza studiów przypadku, w celu kształtowania chemicznej intuicji

Szanowni Państwo, nazywam się Michał Nowacki i jestem adiunktem w Zakładzie i Katedrze Technologii Leków i Biotechnologii Farmaceutycznej na Wydziale Farmaceutycznym Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Wraz z Panią Doktor Martyną Wróbel — Opiekunem studenckiego koła naukowego „Synthesis” — prowadzimy działalność dydaktyczną poświęconą badaniom nad nowymi lekami i metodami ich otrzymywania.

Celem krótkiego cyklu materiałów, które przygotowałem dla Państwa, jest podanie wskazówek metodologicznych, które rozwiną Państwa chemiczną intuicję, pozwalającą łatwiej zrozumieć wewnętrzną logikę chemii organicznej i samodzielnie dokształcać się w tej dziedzinie wiedzy demonizowanej, jako skrajnie pamięciowa. Jest w tym poglądzie sporo prawdy, albowiem zgłębianiu chemii organicznej bliżej jest do nauki dowolnego naturalnego języka obcego (niż choćby matematyki), które moim zdaniem, powinno polegać na analizie obcojęzycznych tekstów, którym odpowiadają wieloetapowe syntezy związków organicznych i rozkładaniu ich na czynniki pierwsze, co umożliwia z kolei samodzielne tworzenie nowych zdań — planowanie i następnie nastawianie reakcji chemicznych, a z nich dłuższych wypowiedzi — ścieżek syntetycznych. Podobnie, jak jedynie kontakt z dobrze wykształconym rodzimym użytkownikiem języka jest prawdziwym testem poprawności stworzonej, przez adepta języka obcego, dłuższej wypowiedzi, tak eksperyment w laboratorium weryfikuje, czy zaprojektowana przez chemika synteza faktycznie umożliwi otrzymanie oczekiwanego związku. W obydwu przypadkach praktycznie nie da się ze 100% pewnością sukcesu zaplanować w pełni poprawnego rozwiązania w sposób teoretyczny, ale bogata wiedza faktograficzna i dobrze rozwinięta intuicja lingwistyczna/chemiczna pozwala skomponować twór wymagający, po weryfikacji, wprowadzenia niewielkiej liczby poprawek. W obydwu wypadkach to Natura jest egzaminatorem modelowanego rozwiązania i tym lingwistyka/chemia różni się od policzalnych na kartce papieru problemów matematycznych.  

Podobne, do opisanego wyżej, podejście analityczne przedstawił amerykański pisarz — Jack London, w autobiograficznej powieści z 1909 r — „Martin Eden”, co prawda w odniesieniu do nauki warsztatu literackiego, ale jest ono na tyle uniwersalne, że można je z powodzeniem zastosować do wielu innych dziedzin wiedzy i życia, w tym do nauki projektowania syntez związków organicznych na podstawie tych opisanych w artykułach i podręcznikach, do czego zachęcam.

"Czytając utwory poczytnych autorów[1], Martin notował osiągnięte przez nich rezultaty, starając się wyśledzić drogi, jakimi do nich doszli, i wyławiając w toku fabuły[2] zręczne chwyty w treści i stylu, (…) z materiałów tych układał metodyczne wyciągi, których się następnie uczył. Nie miał bynajmniej zamiaru małpować cudzych wzorów; starał się tylko odkryć zasady, których stosowanie doprowadzało do zamierzonego celu. Sporządzał spisy efektownych i zwracających uwagę odrębności stylu[3], aby porównawszy ich przykłady, zaczerpnięte z prac wielu autorów, móc zrozumieć ogólną zasadę powstawania takich osobliwości pisarskich[4]. Wyposażony w ten sposób miał nadzieję wyhodować w przyszłości własne, swoiste odrębności, przesiane przez sito należytej krytycznej oceny. Analogicznie gromadził też przykłady zwrotów szczególnie tętniących życiem, powiedzeń żrących jak kwas i palących jak ogień lub też jaśniejących łagodnym blaskiem na tle jałowej pustyni pospolitej ludzkiej mowy[5]. Niezmiernie zaś szukał zasady tkwiącej w zapleczu czy u źródła jednostkowych zjawisk. Chciał dowiedzieć się, jak te rzeczy powstają, by móc samemu je tworzyć. Nie zadowalało go samo tylko oglądanie oblicza piękna[6]. Rozkrawał piękno i dociekał tajników jego budowy w laboratorium swej małej (…) izdebki, dokonawszy zaś selekcji piękna i poznawszy gruntownie jego anatomię, czuł się bardziej już powołany do samodzielnego tworzenia piękna.

Taką już miał naturę, że pracując, musiał mieć pełną świadomość tego, co robi. Nie umiał wykonywać roboty na ślepo, po omacku, nie wiedząc dobrze, dokąd dąży, i licząc na to, że przypadek czy szczęśliwa gwiazda zapewnią uzyskanie pożądanego i pięknego efektu. Nie znosił wyników przypadkowych. Pragnął zawsze dowiedzieć się, jak i dlaczego coś się dzieje. (…)”.[7]

Zapoznawszy się z ideą metodologii przedstawioną powyżej, i przekuwając ją na język chemii organicznej, zachęcam Państwa do zaprzyjaźnienia się z dowolnym podręcznikiem do chemii organicznej o objętości 400-600 stron, jego systematyczną lekturę oraz własnoręczne sporządzanie, przy pomocy ołówka i kartki papieru, notatek możliwie ubogich w słowa i bogatych w schematy reakcji i mechanizmy pokazujące ich przebieg.

Polecam prowadzenie notatek na gładkiej kartce papieru A4 bez kratek i linii, które niepotrzebnie rozpraszają uwagę. Ponadto zachęcam do zagięcia tejże kartki wzdłuż dłuższego boku, w celu utworzenia dwóch kolumn i notowania w pierwszej z nich, a dopiero po wyczerpaniu miejsca przejście do drugiej. Notatki prowadzone w utworzonej w ten sposób wąskiej kolumnie (o rozmiarze zbliżonym do tego, jaki wyświetla się na smartfonie) można objąć jednym spojrzeniem, a patrzenie na nie mniej męczy niż nieustanne przemiatanie ich wzrokiem wzdłuż długich wierszy od lewej do prawej i z powrotem.

W kolejnym odcinku opowiem pokrótce o największym gamechange’rze — chemicznej (samo)edukacji — o zaletach stosowania wzorów szkieletowych, będących swoistą prostą, przejrzystą i oszczędną w formie stenograficzną notacją zapisu związków organicznych.   

Michał Nowacki


[1] Zdolnych chemików organików.

[2] Wieloetapowych syntez.

[3] Strategii syntetycznych

[4] Ścieżek syntetycznych.

[5] Sprytnie zastosowanych reakcji.

[6] Skutecznej ścieżki syntetycznej.

[7] Fragmenty rozdziału XXIII „Martina Edena” Jacka Londona, przekład Zygmunta Glinki.

Język łotewski – z czym to się je?

Przyznam się – jako amator języków bałtyckich – że nie wiem do końca, co mam myśleć o dosyć małej ich popularności w Polsce. Z jednej strony łączy nas dobrych kilka wieków wspólnej historii, kraje bałtyckie leżą stosunkowo blisko (zwłaszcza z mojej rodzinnej Warmii) i są świetnym pomysłem na tanią podróż zagraniczną (ale to temat na inną okazję), z drugiej strony rozumiem taki stan- łączna liczba mieszkańców Litwy i Łotwy to mniej, niż 5 milionów, z czego i tak spora część to mniejszości, wydają się także mało praktyczne na rynku pracy.  Tak czy inaczej, naprawdę warto, nawet hobbystycznie, spędzić z nimi trochę czasu, przy czym ja tutaj chcę się skupić na łotewskim- czyli tym mniej popularnym, rzadziej używanym i ogólnie bardziej „egzotycznym”.

Łotewski – czy jest trudny?

Na legendarne pytanie o trudność języka w tym przypadku mogę odpowiedzieć- dla mnie, jako Polaka, nie! Języki bałtyckie są umieszczane czasem w postulowanej grupie języków bałtosłowiańskich, co sugeruje jakieś dalekie pokrewieństwo pomiędzy polskim a łotewskim. W trakcie nauki byłem w stanie jak najbardziej uwierzyć, że coś jest na rzeczy, bo język łotewski wydawał mi się dość intuicyjny i czułem się, jakbym się uczył jakiegoś pokrewnego języka.

Co jest proste?

Wymowa – znajomy alfabet łaciński, jak czytamy, tak piszemy i odwrotnie. Akcent zwykle jest stały na pierwszej sylabie (co budzi skojarzenia choćby z sąsiednimi estońskim czy fińskim) i dlatego stosunkowo nie jest wielką sztuką dosyć szybko nauczyć się czytać po łotewsku. Przy tym nie ma także obecnych w litewskim trzech typów akcentu. Czyli banał? Aż tak dobrze to nie ma. Alfabet łotewski wygląda tak:

A, Ā, B, C, Č, D, E, Ē, F, G, Ģ, H, I, Ī, J, K, Ķ, L, Ļ, M, N, Ņ, O, P, R, S, Š, T, U, Ū, V, Z, Ž

i łatwo dostrzec, że jednak będzie trzeba się nauczyć niektórych charakterystycznych dźwięków- mam na myśli np. miękkie Ģ, Ķ, Ļ. O ile Ņ czytamy, jak naturalne dla nas Ń, to te pierwsze przypominają bardziej gj, kj czy lj.

W łotewskim został też iloczas, wyrażony w „daszku” nad literą, który zanikł w wielu innych językach, co wymaga ostrożności w używaniu, bo długa samogłoska potrafi nawet zmienić przypadek na miejscownik (kafejnīca- kawiarnia, ale kafejnīcā- w kawiarni), bo w łotewskim nie używa się odpowiednika słowa w. Spora liczba długich samogłosek to z jednej strony dodatkowa rzecz do opanowania, ale z drugiej sprawia, że łotewski jest łatwiejszy do zrozumienia od wielu innych języków, bo nie da się w nim mówić szybko (wtedy krótkie i długie samogłoski by się stopiły). W ogólnie jest to chyba jeden z najspokojniej brzmiących języków, jakie znam i znakomicie pasuje do introwertycznego charakteru Łotwy i Łotyszy.

Przypadki– stąd wzmianka wyżej, że łatwiej tego języka nauczyć się Polakom (czy w ogóle Słowianom), niż Francuzom czy Amerykanom. Na pierwszy rzut oka raczej odstraszają, ale szybko odkrywamy, że nie taki diabeł straszny. Poniżej odmiana słowa „człowiek”.

(za – Wikisłownik)

Widać siedem przypadków, czyli tyle, ile w polskim, ale wołacza używa się rzadko, miejscownik polega w liczbie pojedynczej tylko na wydłużeniu ostatniej samogłoski, dopełniacz wchodzi do głowy od razu przez podobieństwo z polskim, narzędnik tak naprawdę nie istnieje, bo polega na dostawieniu słowa ar (czyli z) i odmianie przez biernik, ogólnie końcówki wydają się jakieś takie znajome.

Tu dochodzimy do jednej z najciekawszych rzeczy w łotewskim i ogólnie w językach bałtyckich. O ile dostawianie przypisanych końcówek w kolejnych przypadkach po mianowniku to norma, to łotewski robi to także w mianowniku- istnieje sześć typów odmian- po trzy męskie i żeńskie, bo rodzaju nijakiego nie ma. Czyli rodzaj męski w mianowniku musi mieć końcówkę -s, -is lub -us, a żeński -a, -e oraz nieregularną -s. Innych końcówek język łotewski nie dopuszcza, tzn. dopuszcza, ale nie da się ich odmieniać.

Żeby zobaczyć, jak bardzo jest to interesujące, wystarczy pójść na łotewską Wikipedię i wyszukać dowolnych ludzi, bo praktycznie nikt nie został oszczędzony. Pisownia fonetyczna nie dziwi może w przypadku języków o innym alfabecie, ale tu mamy przecież normalny alfabet łaciński.

Przykłady? Na łotewskiej Wikipedii nie znajdziemy Lecha Wałęsy, Grzegorza Krychowiaka, Giorgio Chielliniego czy Hillary Clinton, są za to Lehs Valensa, Gžegožs Krihovjaks, Džordžo Kjellīni czy Hilarija Klintone. Natomiast jeśli Łotysz zobaczyłby pisownię oryginalną, to po prostu nie wiedziałby, jak to odmieniać, dlatego imiona i nazwiska dopasowuje się w ten sposób do łotewskiej deklinacji.

Słownictwo – Łotysze w przeciwieństwie do Litwinów nie oczyścili języka z obcych wpływów, dzięki temu szybko zauważamy znajome słowa, niemieckie (bremzēt brzmi znajomo, prawda?) czy słowiańskie (chociażby cena to po prostu cena). Są też oczywiście uniwersalne słowa pochodzenia łacińskiego czy greckiego.

Co jest trudne?

Czasowniki – ta lista będzie raczej krótsza, niż rzeczy przyjemnych do nauki, ale muszę w nim umieścić czasowniki. Plus w postaci słów brzmiących znajomo nie występuje tu prawie wcale, dodatkowo mamy sporo czasowników nieregularnych, kilka typów odmiany, z czego jedna brzmi identycznie w czasie przeszłym i teraźniejszym, a o znaczeniu decyduje kontekst. Dodatkowo często występują zmiany spółgłosek w różnych odmianach, które są po prostu do nauczenia się na pamięć. Występują także czasy przypominające angielskie czasy perfect. Z drugiej strony są też prostsze operacje, na przykład regularna do bólu metodę tworzenia czasu przyszłego.

(Odmiana czasownika mówić. Te końcówki -šu, -si itd. są dość uniwersalne. Za- Wikisłownik.)

Wyjątkowość – wyjątkowość jako minus? W tym kontekście tak- łotewski jest przy okazji jednym z najbardziej archaicznych języków w Europie, do tego członkiem małej grupy językowej, z której większość języków wymarła, dlatego trzeba być gotowym na pewne, powiedzmy „dziwactwa”, jak wspomniany brak słowa w, ale także brak czasownika mieć (ja mam to po łotewsku man ir, czyli dosłownie mnie jest).

Czy warto się uczyć łotewskiego?

Oczywiście, że tak, z tych samych powodów, dla których ogólnie warto się uczyć języków. Do tego jest to język oryginalny i piękny, brzmiący bardzo spokojnie i majestatycznie, a przy tym jest naprawdę przyjemny w nauce. Niestety z powodów oczywistych dość trudno o materiały do nauki. Ja uczyłem się głównie z aplikacji, a jeśli chodzi o tabele gramatyczne, to istnieje kilka pomocnych anglojęzycznych stron, takich jak latvian.rocks czy learninglatvian.rozentali.com, oczywiście też pomocny jest Wikisłownik.

Poza tym warto, celem osłuchania, posłuchać audycji radiowych na stronie https://latvijasradio.lsm.lv/lv/lr/- jest to prostu publiczne łotewskie radio, czyli taki odpowiednik naszego Polskiego Radia. Oprócz tego mogę polecić kilka stron informacyjnych po łotewsku:

Oprócz tego jest do dyspozycji oczywiście YouTube. Polecam kanał meetlatvia (https://www.youtube.com/user/meetlatvia), znajdują się na nim proste filmiki, które przybliżą nam, jakim krajem jest Łotwa i jacy są Łotysze. Oprócz tego można w uproszczony sposób poznać bliżej historię Łotwy w rysunkowym filmiku (https://www.youtube.com/watch?v=EcKIeD3RxRQ).

Jak widać, jakieś źródła zawsze się znajdą, w dobie internetu nawet niszowość języka nie jest już nie do przeskoczenia i jeśli ktoś naprawdę znajdzie w sobie chęci, to i łotewskiego się nauczy.

Autorem artykułu jest Kacper Wonia

Czy w dobie automatycznych translatorów nauka języka obcego ma sens?

Jeszcze nie tak dawno temu odsetek naszych rodaków znających biegle przynajmniej jeden język obcy był niewielki. Większość z nas poprzestawała na nauce przewidzianej programem szkolnym, z której wynosiło się zazwyczaj niewiele.

Dziś uczymy się języków obcych chętniej, intensywniej i z pomocą komputerów. Czy jednak taka nauka ma sens, gdy dookoła nas pojawia się coraz więcej automatycznych translatorów, reklamowanych jako doskonałe narzędzia do natychmiastowego porozumiewania się w językach obcych?

Naprzeciw potrzebom

Wzrost zainteresowania nauką języków obcych można przypisać bezpośrednio dwóm czynnikom.

Po pierwsze, obecni pracodawcy kładą silny nacisk na znajomość języków obcych wobec kandydatów aplikujących niemal na wszystkie stanowiska. Dotyczy to w znacznej większości języka angielskiego, aczkolwiek firmy, które są powiązane z określonymi regionami świata, oczekują też znajomości języków, którymi posługuje się lokalna ludność. Młodzi ludzie, świadomi konkurencji na rynku pracy, zaczęli stawiać na intensywną, pozaszkolną naukę języków obcych.

Dodatkowo, dzięki zmianom politycznym (strefa Schengen) jak i technologicznym (rozwój branż lotniczych, samochodowych, czy kolejowych) ludzie mogą swobodnie przemieszczać się zarówno między krajami jak i kontynentami. Podróżuje się po prostu szybciej i łatwiej, a więc i kontakt z obcymi kulturami i językami jest częstszy.

Naprzeciw potrzebom wszystkich, którzy pragną uczyć się języków obcych wychodzi więc wiele szkół i uniwersytetów, ale także coraz to bardziej zaawansowane programy do nauki, oferujące różne podejścia do przyswajania nowych słówek czy gramatyki.

Z drugiej strony, rozwój technologii, szczególnie w dziedzinie rozpoznawania i przetwarzania mowy sprawia, że na rynku coraz częściej, i w coraz bardziej rozbudowanych formach, zaczynają pojawiać się automatyczne tłumacze. Począwszy od sztandarowego i coraz bardziej rozbudowanego Google Translate, poprzez aplikacje na telefon, aż po futurystycznie wyglądające słuchawki na uszy, które oferują niemalże symultaniczne tłumaczenie mowy – automatyczne tłumacze wychodzą naprzeciw potrzebie wieloletniego uczenia się języków obcych, oferując w zamian szybkie i przystępne cenowo rozwiązania. W związku z tym coraz częściej pojawiają się pytania, czy w dobie i automatycznych translatorów i mobilnych tłumaczy, nauka języka obcego nadal ma sens.

Język obcy w kieszeni, czyli zalety translatorów i tłumaczy mobilnych

Prof. dr hab. Dariusz Jemielniak z Akademii Leona Koźmińskiego postawił tezę, że jeżeli ktoś zamierza się uczyć języka jedynie po to, aby móc się w nim porozumiewać w sprawach codziennych, lepiej żeby zaniechał lekcji z nauczycielem, poprzestając na korzystaniu z translatorów. Udowadnia to, przeliczając czas nauki języka obcego od podstaw do poziomu komunikatywnego. Nauka z nauczycielem plus praca własna zajmują około 1000 – 1200 godzin; tyle samo zajmuje dojście do poziomu biegłej znajomości. Przeliczając to na 60 godzin na semestr, otrzymujemy pięć lat nauki, zaś w ciągu tych pięciu lat postęp technologiczny umożliwi osiągnięcie znacznie lepszych rezultatów tłumaczeń maszynowych. Prof. Jemielniak podaje przykład systemu Google Translate sprzed pięciu lat i obecnie, kiedy wspomagany jest dodatkowo przez silnie rozbudowaną sztuczną inteligencję. Inne firmy, zajmujące się opracowaniem translatorów również rozbudowują swoje programy o nowe możliwości.

Nie da się ukryć, że powyższa teza brzmi bardzo rozsądnie. Zawsze staramy się znaleźć najszybsze i najprostsze rozwiązania naszych problemów, a automatyczne translatory właśnie takie rozwiązania oferują.

Po pierwsze, działają one bardzo szybko. Potrzebują zaledwie kilku sekund do przetłumaczenia wielostronicowego tekstu; ta sama praca zajmuje zawodowemu tłumaczowi znacznie więcej czasu. Podobnie działają mobilne tłumacze – zazwyczaj wystarczy wypowiedzieć zdanie i już po kilku sekundach na ekranie telefonu czy monitora pojawi się jego ekwiwalent w języku obcym.

Po drugie, automatyczne translatory można pobrać i zainstalować na swoim komputerze czy komórce lub tłumaczyć bezpośrednio w Internecie. Narzędzia te są na ogół bardzo proste w użyciu, a tłumaczenie można uzyskać za naciśnięciem jednego przycisku.

Wreszcie, nie bez znaczenia jest fakt łatwego dostępu do translatorów automatycznych. Większość z nich, jak Google Translate czy Skype Translator jest bowiem darmowa. W przypadku bardzo zaawansowanych gadżetów jak mobilne tłumacze, cena może sięgać nawet kilku tysięcy złotych, niemniej można się sprzeczać, czy jest to szczególnie wygórowana suma za natychmiastowy dostęp do kilkunastu języków, bez potrzeby spędzenia ani jednej godziny nad książką czy na lekcji.

Powyższe cechy sprawiają, że translatory automatyczne oddają nieocenione usługi szczególnie osobom podróżującym do krajów obcojęzycznych. Nie trzeba uczyć się języka kraju, do którego udajemy się na wycieczkę czy w delegację służbową. Zwykły translator wystarczy do zrobienia zakupów, zarezerwowania pokoju w hotelu czy załatwienia drobnych spraw. Natomiast do prowadzenia rozmów biznesowych można zaopatrzyć się w bardziej zaawansowany system jaki oferują mobilne tłumacze.

Wydawać by się mogło, że mając dostęp do tak zaawansowanych aplikacji i gadżetów, nauka języka obcego będzie zwyczajnie nieopłacalna. Jednakże automatycznym translatorom daleko jest do osiągnięcia jakości tłumaczeń umożliwiającej wygodną i swobodną rozmowę na każdy temat…

Czy to wystarczy, czyli pułapki automatycznych translatorów

Pomimo postępów technologicznych, największą wadą automatycznego tłumaczenia nadal pozostaje jego niska jakość. Translator, w przeciwieństwie do człowieka, tłumaczy według najprostszych reguł gramatycznych i wyboru najpopularniejszych słów. Programy komputerowe, zwłaszcza zwykłe translatory, nie zawsze „rozumieją” specyficzne wyrażenia (idiomy) właściwe dla danego języka. W ten sposób mogą zostać zatracone niuanse tekstu, mogące mieć znaczenie dla kontekstu.

Co więcej, żaden program nie wychwyci też słów użytych nieprawidłowo; przetłumaczy je automatycznie, natomiast człowiek zaznajomiony z językiem obcym zrozumie, że rozmówca popełnił błąd i poprosi o wyjaśnienie.

Wreszcie, chociaż wielu producentów mobilnych tłumaczy zachwala je jako posiadające dostęp do kilkudziesięciu języków, należy pamiętać, że dostępne w nich słownictwo jest zwykle ograniczone do najczęściej używanych fraz.

Z tych też powodów automatyczne tłumacze mogą wspomóc nas w codziennej komunikacji, szczególnie, gdy znamy już dany język chociaż w stopniu podstawowym. Z całą pewnością nie uczynią z nas jednak poliglotów, nie sprawdzą się też podczas rozmów na bardziej specjalistyczne tematy.

Narzędzia CAT, czyli wspomaganie wykwalifikowanych tłumaczy

Osobną grupą ludzi, którzy od lat mogą korzystać z technologicznych ułatwień językowych są profesjonalni tłumacze, zajmujący się zarówno przekładem literatury i poezji, jak również specjalistycznymi tłumaczeniami branżowymi. To właśnie dla ich wygody powstają coraz to bardziej zaawansowane programy wspierające tłumaczenie, potocznie zwane CAT'ami (computer assisted translation – z angielskiego tłumaczenie wspierane komputerowo). W przeciwieństwie do standardowych translatorów, narzędzia CAT nie tłumaczą jednak tekstów automatycznie. Zamiast tego wspierają one pracę tłumaczy, sprawdzając poprawność gramatyczną tekstu, pozwalając tworzyć własne glosariusze, podpinać elektroniczne słowniki oraz zarządzać treścią w sposób przejrzysty i prosty.

Czy profesjonalni tłumacze powinni rozważać przebranżowienie związane z rozwojem sztucznej inteligencji i automatycznego tłumaczenia? Tutaj zdania są podzielone. Ofer Shoshan, szef One Hour Translation sugeruje, że chociaż wysoce specjalistyczne teksty mogą dalej wymagać nadzoru człowieka aby zachować poprawność tłumaczenia, około 80% wszystkich tłumaczeń będzie w przeciągu najbliższych lat wykonywane przez komputery. Z drugiej jednak strony, wielu badaczy podkreśla, że pomimo ciągłego rozwoju, automatyczne tłumacze nie są w stanie dorównać człowiekowi, szczególnie, jeśli weźmiemy pod uwagę jakość i klarowność całego dokumentu, nie tylko pojedynczych zdań. Zapotrzebowanie na tłumaczy jest nadal duże, zawodami przyszłości mogą zaś okazać się tłumacze specjalizujący się w korekcie przekładów maszynowych, potrafiący wspierać i współpracować razem ze sztuczną inteligencją. Branża nie chyli się ku upadkowi, ale przechodzi ewolucję.

Warto czy nie?

Dalszy intensywny rozwój technologii spowoduje, że w ciągu kilku najbliższych lat automatyczne translatory oraz mobilne tłumacze staną się szeroko używanymi narzędziami, szczególnie wśród globetrotterów. Dzięki natychmiastowemu dostępowi do wielu języków, niemalże symultanicznemu tłumaczeniu oraz stosunkowo niewielkiej cenie, już teraz stanowią one nieocenioną pomocą w sytuacji, gdy zwyczajnie nie znamy języka obcego.

Czy jednak oznacza to, że nie warto w ogóle uczyć się języków obcych? Zdecydowanie nie! Nauka języka obcego oprócz oczywistej korzyści, przynosi także bardziej holistyczne benefity. Każdy język rozwija umysł, spowalnia proces starzenia mózgu, ułatwia samorozwój i zasób wiedzy, wspomaga też kojarzenie znaczeń. Umiejętność czytania literatury w oryginale poszerza wiedzę nie tylko o bohaterach utworów, ale także o kulturze i mentalności ich autorów, co nie zawsze da się osiągnąć czytając jedynie przekład, choćby najlepszy językowo i literacko.

Wreszcie, pomimo rozwoju, automatyczne tłumaczenie nie osiągnęło jeszcze poziomu umożliwiającego nam podjęcie np. biurowej pracy w kraju, którego języka nie znamy. Jeśli więc marzy nam się praca za granicą, jedyną słuszną drogą jest nauka języka.

Podsumowując, automatyczne translatory oraz mobilne tłumacze są przydatne ze względów finansowych i czasowych, jeżeli chodzi jedynie o podstawową znajomość języka obcego. Pomogą nam one w zakupach, zamówieniu jedzenia w restauracji czy załatwieniu drobnej sprawy urzędowej za granicą. Natomiast wszędzie tam, gdzie niezbędna jest jakość i dokładność, czy też odrobina kreatywności, znajomość języka pozostaje nieoceniona. Analogią mogą być tutaj kalkulatory – pozwalają nam one na dokonywanie błyskawicznych obliczeń, nie są jednak w stanie zastąpić wiedzy i umiejętności jakie posiada osoba obeznana z matematyką. Dlatego też, jeśli chcesz rozpocząć naukę języka obcego – nie wahaj się, przynosi ona bowiem same zalety, a ewentualna technologia może jedynie wspomóc Twoje wysiłki i pozwolić Ci na bezproblemową komunikację.

O autorce:

Katarzyna Zgorzelska – blogerka, która w swoich tekstach często porusza tematy samorozwoju, kariery, oraz nauki. Gdy nie pracuje, entuzjastycznie uczy się języków obcych, aktualnie starając się okiełznać język niemiecki. Artykuł powstał dzięki konsultacji z TEB Edukacja – grupą ekspertów z branży edukacyjnej.

Blaski i cienie nauki języka nowogreckiego

Moja przygoda z językiem nowogreckim rozpoczęła się latem 2015 roku, kiedy uznałam, że pracując jako tłumacz, powinnam zdobyć wykształcenie filologiczne. Oczywiście, mogłam pójść po linii najmniejszego oporu i wybrać filologię polską lub zwiększyć ten opór tylko nieznacznie i wybrać język angielski, ale wciąż żyło we mnie pragnienie poznawania nowych języków, dlatego zdecydowałam się na nowogrecki. Studia musiałam rozpocząć od drugiego roku z zerową znajomością języka, gdyż prawo ukraińskie nie pozwala na przyjęcie na pierwszy rok osoby, która posiada już wykształcenie wyższe. Swojej decyzji nie żałuję, chociaż na początku było trudno i do tej pory miewam chwile zwątpienia. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę znała grecki na poziomie, który pozwoliłby mi na używanie go w pracy, ale na razie stawiam sobie nieco mniej ambitne cele – na razie marzę o zdobyciu certyfikatu na poziomie B2. Do egzaminu mam jeszcze nieco ponad miesiąc i aktywnie się do niego przygotowuję, dlatego dziś podzielę się swoimi przemyśleniami na temat tego pięknego języka.

Czym się różni język nowogrecki od starożytnej greki? Czyli parę słów o historii języka greckiego.
Grecy są bardzo dumni ze swojego języka i często twierdzą, że grecki jest najstarszym spośród wciąż używanych języków europejskich oraz że współczesna greka różni się od starożytnej tylko nieznacznie. W rzeczywistości jednak różnica pomiędzy językiem starogreckim i nowogreckim jest mniej więcej taka jak pomiędzy łaciną i współczesnym włoskim. Oczywiście, cech wspólnych jest bardzo dużo, ale jeśli marzycie o czytaniu dzieł Platona i Arystotelesa w oryginale, nauka języka nowogreckiego raczej wam w tym nie pomoże. W porównaniu ze starożytną greką oraz z koine (czyli powszechną formą greki, która powstała w czasach świetności imperium Aleksandra Macedońskiego, napisany w niej został m.in. Nowy Testament) język współczesnych Greków posiada znacznie uproszczoną gramatykę i fonetykę, pojawiło się w nim sporo zapożyczeń z języka tureckiego, francuskiego, angielskiego, a także z języków słowiańskich.
Odkąd Grecja ogłosiła niepodległość w 1821 roku, pomiędzy greckimi językoznawcami trwał spór dotyczący przyszłości ich języka ojczystego, który ostatecznie zakończony został dopiero w 1976 roku. Niektórzy twierdzili, że język literacki powinien opierać się o używane współcześnie dialekty ludowe, które w ciągu 500 lat panowania osmańskiego dość znacznie oddaliły się od greki starożytnej. Ten wariant języka nowogreckiego nazywany był „δημοτική” [dimotiki], czyli językiem ludowym. Inni popierali natomiast ideę oczyszczenia współczesnej greki z obcych naleciałości i ponownego zbliżenia jej do języka starożytnego – wariant ten nazywany był „καθαρεύουσα” [katharewusa], czyli językiem oczyszczonym. Aż do 1976 roku językiem urzędowym, w którym sporządzano wszelkie dokumenty, była właśnie katharewusa, która była trudna dla zrozumienia nawet dla Greków, szczególnie dla osób słabo wykształconych. Ostatecznie podjęto więc decyzję o rezygnacji z katharewusy na rzecz dimotiki. Część słownictwa używanego w katharewusie stopniowo przeniknęła do języka mówionego, dlatego literacki język nowogrecki stanowi połączenie XIX-wiecznych dialektów ludowych z katharewusą, w którym znaczenie przeważają jednak elementy dimotiki.

Co ciekawe, niektóre słowa strogreckie wyszły z użycia w swoim podstawowym znaczeniu, ale występują w wyrazach złożonych. Na przykład słowo „οἶκος” [oikos], oznaczające dom, zastąpione zostało słowem „σπίτι” [spiti], pochodzącym od łacińskiego „hospitium”, jednak korzeń „oiko” znajdziemy w wielu nowogreckich słowach: „οικογένεια” [ikojenia] – czyli rodzina, „κάτοικος” [katikos] – czyli mieszkaniec, „νοικοκυρά” [nikokira] – czyli gospodyni domowa. Skoro jednak rodowici Grecy mieli problemy ze zrozumieniem katharewusy (która nie była w końcu greką starożytną!), my tym bardziej powinniśmy pogodzić się z tym, że nauka języka nowogreckiego umożliwi nam jedynie komunikację z jego użytkownikami oraz czytanie dzieł współczesnej literatury greckiej.

Ortografia
Wszyscy uczyliśmy się kiedyś (z mniejszym lub większym powodzeniem) matematyki i fizyki, dzięki czemu powinniśmy znać przynajmniej połowę greckich liter. Rozpoczynając naukę języka nowogreckiego szybko dowiemy się jednak, że wymowa wielu liter znacznie się zmieniła. Współczesna β to już nie „beta”, lecz „wita” i oznacza głoskę [w]. Głoska [b] we współczesnej grece występuje rzadko i zapisywana jest dwuznakiem „μπ”. Δ obecnie wymawiana jest jak „th” w angielskim słowie „that”, a głoska [d] zapisywana jest jako „ντ”. Γ czasem wymawiana jest jako [j], a czasem jako dźwięczne („ukraińskie”) [h]. O ile jednak nauczenie się współczesnej wymowy greckich spółgłosek nie powinno sprawiać większych kłopotów, prawdziwe schody zaczynają się przy samogłoskach. Nie tyle przy ich wymowie, ile przy pisowni. Jak zapisać po grecku głoskę [i]? Mamy do wyboru 7 wariantów: ι, η, υ, ει, οι, ηι, υι. Co prawda ostatnie 2 używane są bardzo rzadko, ale marne to pocieszenie, kiedy uczymy się nowogreckiej ortografii. Głoska [e] może być zapisywana jako ε lub αι, natomiast [o] jako ο lub ω. Związane jest to z zanikiem dyftongów oraz iloczasu w języku nowogreckim. W niektórych przypadkach znajomość gramatyki pozwala na bezbłędny wybór odpowiedniej pisowni (zwłaszcza jeśli chodzi o końcówki), ale tak naprawdę ucząc się nowych słów, trzeba od razu zapamiętywać ich pisownię. Jest to jedna z tych rzeczy, które najbardziej frustrują mnie w nauce greckiego – pocieszam się jedynie tym, że nawet nasi wykładowcy czasem popełniają błędy.

Akcent
Akcent w języku greckim jest ruchomy, ale na szczęście nie jest już polifoniczny. Może on padać na ostatnią, przedostatnią lub trzecią od końca sylabę, może się zmieniać w zależności od przypadku i zawsze jest zapisywany. O ile w języku rosyjskim lub ukraińskim akcent zaznaczany jest jedynie w słownikach i w podręcznikach dla cudzoziemców, w języku greckim pisanie bez akcentów uważane jest za niepoprawne. Jest to jednocześnie ułatwieniem (gdyż widząc jakieś słowo po raz pierwszy od razu możemy je przeczytać poprawnie) oraz utrudnieniem (bo nie wiedząc na jaką sylabę pada akcent w danym wyrazie możemy popełnić błąd ortograficzny). Dla mnie, jako dla osoby, której pisanie przychodzi o wiele łatwiej i szybciej niż mówienie, jest to raczej dodatkowe zmartwienie, ale to kwestia gustu.

Gramatyka
Gramatyka języka nowogreckiego jest dość logiczna, ale niestety posiada sporo wyjątków, do których należą przede wszystkim liczne czasowniki nieregularne. Współczesna greka posiada cztery przypadki (mianownik, dopełniacz, biernik oraz szczątkowy wołacz) – w katharewusie był jeszcze celownik, który wciąż występuje w niektórych wyrażeniach idiomatycznych. Tak samo, jak w języku polskim, występują trzy rodzaje gramatyczne, ale końcówka rzeczownika prawie zawsze pozwala na ustalenie jakiego jest on rodzaju (wyjątkiem są rzeczowniki kończące się na –ος, które najczęściej są rodzaju męskiego, ale czasem również żeńskiego lub nijakiego, oraz całkiem spora grupa rzeczowników nieregularnych).
Język nowogrecki ma 8 czasów – jeden teraźniejszy, przeszły dokonany i niedokonany, przyszły dokonany i niedokonany oraz 3 czasy odpowiadające w przybliżeniu angielskim present perfect, past perfect i future perfect. Nie ma natomiast bezokolicznika. Formą podstawową czasownika jest forma pierwszej osoby liczby pojedynczej, natomiast do łączenia czasowników używa się partykuły „να” [na]. Zdanie „Chcę czytać” w tłumaczeniu na język grecki brzmi „θέλω να διαβάζω” [thelo na diawazo]. Cecha ta łączy język grecki z innymi językami ligi bałkańskiej, między innymi z bułgarskim, w którym greckiemu „να” odpowiada „да”.

Słownictwo
W nauce języka greckiego bardzo pomaga to, że każdy z nas zna sporo słów pochodzących ze starożytnej greki. Historia, geografia, polityka, demokracja, teatr, terapia, Europa… Wszystkie te słowa (i setki innych) pochodzą z greki i są nadal używane. Jako politolog z wykształcenia byłam dość zaskoczona, gdy dowiedziałam się, że greckie słowo „δημοκρατία” [dimokratija] oznacza zarówno demokrację, jak też republikę, w związku z czym po grecku nie da się powiedzieć „republika demokratyczna”. Z Republiki Demokratycznej Konga Grecy zrobili Republikę Ludową („Λαϊκή Δημοκρατία”). Niektóre słowa zapożyczone z greckiego zmieniły jednak swoje znaczenie w innych językach. Kiedy po raz pierwszy spotkałam się z przymiotnikiem „ιδιωτικός” [idiotikos], oczywiście pomyślałam, że chodzi o coś idiotycznego.  W rzeczywistości oznacza ono „prywatny”, nie jest to jednak typowy „fałszywy przyjaciel tłumacza”. Słowo „idiota” istotnie pochodzi od starogreckiego słowa, które pierwotnie oznaczało „osobę prywatną”, „niespecjalistę”.
Niestety, znajomość „międzynarodowych” terminów pochodzących z greckiego nie pozwoli nam na łatwe zrozumienie tekstów w tym języku. W porównaniu z językiem włoskim, którego również uczę się od kilku miesięcy, w greckim jest znacznie więcej słów, które wcale nie brzmią znajomo i których po prostu trzeba się nauczyć.

Czy warto się uczyć greckiego?
Nie będę chyba zbyt odkrywcza pisząc, że języka warto się uczyć tylko wtedy, gdy jesteśmy autentycznie zainteresowani krajami, w którym jest on używany, ich kulturą lub przynajmniej samym językiem. Wyjątkiem jest chyba tylko angielski, który może nam się przydać do poznawania całego świata, a nie tylko krajów angielskojęzycznych. Po grecku możemy się porozumieć w Grecji oraz w południowej części Cypru, o ile Cypryjczycy przejawią nieco dobrej woli i przejdą na literacki język grecki, gdyż dialekt cypryjski czasem jest niezrozumiały nawet dla mieszkańców Grecji. Mieszkańcy obu tych krajów są zwykle bardzo sympatyczni i otwarci, a na próby cudzoziemców posługiwania się ich językiem reagują ze sporym entuzjazmem. Jedyny problem, z którym spotkałam się rozmawiając z Grekami i Cypryjczykami przez Internet jest ich zamiłowanie do pisania w alfabecie łacińskim, przy czym każdy ma swoją własną transliterację – niektórzy piszą fonetycznie, niektórzy odtwarzają grecką ortografię literami łacińskimi, a niektórzy używają nawet cyfr zamiast liter (na przykład 8 jako θ). Nie wiem, z czego to wynika. W krajach byłego ZSRR kiedyś również modne było pisanie tak zwanym „translitem”, ale było to w zamierzchłych czasach, kiedy wiadomość napisana cyrylicą mogła dojść do odbiorcy w postaci „krzaczków” przez problemy z kodowaniem. A Grekom tak już zostało.
Ze względu na obecną sytuację Grecji i Cypru język grecki raczej będzie przydatny w życiu zawodowym (chociaż życie potrafi zaskakiwać), ale wydaje mi się, że najlepszą motywacją do nauki języka wcale nie są względy praktyczne. Moim zdaniem język ten po prostu brzmi pięknie i pozwala na odkrycie fascynującej kultury, która co prawda ma niewiele wspólnego z osiągnięciami naukowymi i filozoficznymi starożytnej Grecji (chociaż tego akurat lepiej Grekom nie mówić), ale łączy w sobie wpływy różnych cywilizacji wraz z bardzo wyluzowanym podejściem do życia. Nie wiem, w jakim stopniu uda mi się opanować grecki do końca moich studiów, ale dzięki niemu trafiłam na Cypr, zakochałam się w tym kraju i jestem pewna, że jeszcze tam wrócę. Choćby dlatego uważam, że nauka greckiego była dobrym pomysłem, nawet jeśli nieszczególnie praktycznym.

Francuskojęzyczne czasopisma – podróże, historia, nauka, kulinaria

Mój poprzedni wpis poświęciłam francuskojęzycznym gazetom i stacjom radiowym oraz związanym z nimi portalom informacyjnym. Jednak (na szczęście) nie samą polityką człowiek żyje, dlatego postanowiłam zrobić przegląd francuskojęzycznych czasopism o charakterze bardziej hobbystycznym.

moutons-a-l-estive-0_620x465

Dolina Ossau w Pirenejach- relacje z tego oraz wielu innych ciekawych miejsc możecie znaleźć na stronie magazynu Geo.

Miłośnikom podróży polecam magazyn Geo. Strona internetowa magazynu zawiera naprawdę imponującą ilość informacji. W dziale Guides de voyage można znaleźć informacje o nawet tak tajemniczych zakątkach świata, jak pasmo górskie Tassili czy wyspa Mo'orea. Artykuły są posortowane według kontynentów, a następnie krajów, regionów i miast. Możecie tam znaleźć informacje właściwie na każdy temat: wskazówki dojazdu, klimat, walutę, najważniejsze święta, lokalne specjały. W dziale Vos voyages de rêve można natomiast znaleźć relacje czytelników czasopisma z różnych mniej lub bardziej egzotycznych podróży, zaś w dziale Voyages GEO – artykuły podróżnicze autorstwa dziennikarzy magazynu. Wszystkie relacje są bogato opatrzone zdjęciami. W dziale Vidéos można znaleźć krótkie, 1-2 minutowe filmiki z różnych zakątków świata. Ponadto na stronie można znaleźć quizy na różne tematy (nie tylko geograficzne, ale też np. historyczne czy przyrodnicze) oraz duży wybór tapet na pulpit.

Na stronie innego magazynu podróżniczego, Grands Reportages, także można znaleźć relacje z różnych ciekawych miejsc. Na stronie jest dostępna wyszukiwarka, która umożliwia odnajdywanie reportaży według miejsc. W dziale web.tv możecie natomiast znaleźć nagrania wywiadów z ciekawymi ludźmi, np. Davidem de Rueda, eksploratorem miejskim, czy Gaëlem Derive, klimatologiem, ekspertem w dziedzinie globalnego ocieplenia. Ponadto na stronie można znaleźć recenzje książek o tematyce podróżniczej oraz filmów z różnych zakątków świata.

Zdjęcie z wyprawy rowerowej wzdłuż Dunaju. O tej i wielu innych eska[padach możecie poczytać na stronie magazynu Grands Reportages.

Zdjęcie z wyprawy rowerowej wzdłuż Dunaju. O tej i wielu innych eska[padach możecie poczytać na stronie magazynu Grands Reportages.

Osobom zainteresowanym historią polecam magazyn zatytułowany po prostu L'HistoireMiłośnicy historii zapewne znają podział na historię wydarzeniową (histoire événementielle), kładącą nacisk głównie na wojny i inne przełomowe wydarzenia oraz historię długiego trwania (histoire de la longue durée), opisującą życie codzienne zwykłych ludzi i powolne, stopniowe przemiany zachodzące w społeczeństwach. W L'Histoire można znaleźć sporo artykułów wpisujących się w ten drugi nurt, obejmujących zagadnienia związane z życiem codziennym, jak np. małżeństwo czy seksualność. Spora część artykułów jest dostępna tylko dla osób mających wykupiony abonament, ale te, które są dostępne za darmo, też są ciekawe. Najwięcej ich jest w dziale Actualité. Można znaleźć w nim ciekawostki historyczne ze wszystkich epok, a także refleksje dotyczące współczesnych wydarzeń, jak np. niedawne wybory prezydenckie w USA czy zbliżające się wybory prezydenckie we Francji. Na stronie magazynu znajduje się też zbiór map historycznych.

Późnośredniowieczna Europa. Ta i inne mapy są dostępne na stronie magazynu L'Histoire.

Późnośredniowieczna Europa. Ta i inne mapy są dostępne na stronie magazynu L'Histoire.

Warto też zwrócić uwagę na magazyn popularnonaukowy Pour La Science. Na stronie czasopisma znajduje się spora baza artykułów popularnonaukowych posegregowanych według dziedzin. Wybór jest naprawdę duży –  znajdą tu coś dla siebie miłośnicy archeologii, astronomii, biologii, matematyki, fizyki, psychologii, socjologii, a także nowych technologii, geologii oraz botaniki. Ponadto w dziale themes można znaleźć zbiory artykułów na różne ważne i popularne tematy, jak np. seksualność, depresja, globalne ocieplenie czy nawet... Gwiezdne Wojny.  Osobom zainteresowanym psychologią może także przypaść do gustu inny magazyn wydawany przez redakcję Pour la science – Cerveau&Psycho.

Na koniec coś na lekki i przyjemny temat –  kulinaria. Polecam stronę magazynu Cuisine Actuelle. Można tu znaleźć przepisy na takie specjały jak cukinia à la pizza czy pasta z wanilii i białej czekolady.

cukinia a la pizza- przepis na ten i inne smakołyki mozna znaleźć na stronie magazynu Cuisine Actuelle

cukinia a la pizza- przepis na ten i inne smakołyki można znaleźć na stronie magazynu Cuisine Actuelle

Na stronie jest naprawdę sporo przepisów, a wyszukiwarka umożliwia znalezienie potraw zawierających konkretny produkt. Są także przepisy w wersji video. Wegetarianom i weganom może natomiast przypaść do gustu strona czasopisma Slowly Veggie, która też zawiera sporo ciekawych przepisów.

Zobacz także…

Teksty piosenek jako materiał pomocniczy do nauki języka. Francuskie brzmienia – część 2: Naufragés du Silence
Kanały na YouTube, które pomogą Ci szlifować francuski
Dlaczego nauka języka szwedzkiego jest teraz łatwiejsza niż kiedykolwiek?
Dlaczego nauka języka szwedzkiego jest teraz łatwiejsza niż kiedykolwiek – część 2