Author: Artykuł gościnny

Ewolucja języków germańskich

Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie scena z jednego z pierwszych odcinków serialu “Wikingowie”. Ragnar i kilku jego kumpli po raz pierwszy natyka się na anglosaskiego rycerza. Próbują się dogadać i zupełnie im to nie wychodzi. “Wikingowie”, mimo tony wad i upchnięcia całego IX wieku w mniej więcej piętnastu latach, jedną rzecz mają dobrze pomyślaną: ludzie z różnych stron świata faktycznie mówią różnymi językami. Jeżeli w tej samej scenie bohaterowie posługują się dwoma językami, współczesny angielski zastępuje tylko jeden z nich, podczas gdy ten drugi pozostaje w oryginale (no, mniej więcej w oryginale — na tyle, na ile udało się go zrekonstruować).

Podczas pierwszych spotkań Skandynawowie i Anglosasi rozmawiają więc przez tłumacza. Jest to jednak dość niezręczne pod względem płynności gry aktorskiej, dość szybko więc Ragnar stwierdza, że już się nauczył mówić w języku wroga (dzięki pomocy Athelstana, anglosaskiego mnicha, którego porwał) i głównym językiem scen w Anglii staje się właśnie staroangielski.
Ale na ile pokrewieństwo tych języków mogło pomóc przybyszowi ze Skandynawii w opanowaniu staroangielskiego? Jak bardzo różniły się one od siebie? Z jednej strony, obydwa należą do rodziny germańskiej, z drugiej jednak przez setki lat rozwijały się w izolacji od siebie. A skoro już przy tym jesteśmy, jak mają się one do innych języków germańskich, zwłaszcza niemieckiego?

Zanim odpowiemy na te pytania, chciałbym napisać kilka słów wstępu o sprawach, które w sumie każdy powinien coś wiedzieć, ale gdy w ramach zbierania danych do tego tekstu zacząłem czytać dyskusje na tematy językowe w polskim internecie, odkryłem, że chyba jednak nie.
Ewolucja języków w pewnym stopniu przypomina ewolucję biologiczną [1]. Tak jak ona ma charakter grupowy, nie indywidualny (tzn. zmiany zachodzą w ramach całej lokalnej populacji) i działa w stosunkowo odizolowanych społecznościach. Zmiany są na tyle powolne, że kolejne pokolenia nie mają problemu z porozumiewaniem się między sobą i w dużej mierze nie zdają sobie z nich sprawy. Przed okresem nowożytnym standaryzacja języka, czyli świadome wprowadzanie i zatwierdzanie słownictwa i reguł gramatycznych przez grupę ludzi o dużym autorytecie, miała miejsce bardzo rzadko i dotyczyła w zasadzie wyłącznie języków o wysokim statusie religijnym i kulturowym (łacina, sanskryt), podczas gdy większość społeczeństwa posługiwała się nieuregulowanymi dialektami. Poza tymi rzadkimi przypadkami rozwój języków nie był z góry zaplanowany. Zmiany wymowy zachodziły niemalże nieświadomie: nikt nigdy nie obudził się rano i nie stwierdził, że np. od teraz przestaje wymawiać samogłoski nosowe. Podobnie zmiany w gramatyce wynikały z nieperfekcyjnego przekazu pomiędzy pokoleniami, co owocowało powstawaniem nowych wyjątków od reguł gramatycznych oraz następnie upowszechniania się tych wyjątków, a stopniowego wycofywania starych reguł. Również zapożyczenia z języków sąsiadów miały więcej wspólnego z modą i trendami w lokalnej kulturze, niż z racjonalnymi decyzjami, jak by to chcieli niektórzy językoznawcy-amatorzy na blogach i w mediach społecznościowych.

Rodzina języków germańskich ma swoje korzenie na terytorium współczesnej Danii i południowej Szwecji, gdzie przodkowie ludów germańskich żyli w relatywnej izolacji od momentu oddzielenia się ich od innych grup indoeuropejskich, aż po ok. 500 r. p.n.e. [2] Pod koniec tego okresu możemy wyróżnić dwie główne podgrupy językowe: północną (w Skandynawii) i zachodnią (w obecnych północnych Niemczech). Jest to jednak wszystko trochę palcem po wodzie pisane. Zakładamy, że tak było, ponieważ wykopaliska archeologiczne wskazują na osadnictwo w tych czasach w tym rejonie, a badania lingwistyczne sugerują taki właśnie rozwój wypadków pomiędzy rekonstruowanym językiem praindoeuropejskim z jednej strony a językami germańskimi, co do których mamy dowody na piśmie, z drugiej. Nie istnieją jednak żadne pisemne dokumenty mówiące nam cokolwiek o tym hipotetycznym pragermańskim języku ani o jego dialektach.
Nie oznacza to jednak, że dowolna inna hipoteza będzie miała status równy z powyższą teorią. W lingwistyce, podobnie jak w archeologii i w innych dziedzinach, staramy się ograniczać ilość niezwykłych wydarzeń, jakie musiałyby mieć miejsce, aby dana teoria miała sens. Teoria migracji i izolacji jest najlepszym, co obecnie mamy. Ale wróćmy do tematu.

W drugim wieku przed naszą erą zaczęła się ekspansja plemion germańskich na południe, a co za tym idzie częstsze kontakty z Celtami, a następnie z Rzymianami. Zachodnia podgrupa zaczęła się dywersyfikować pod wpływem tych zmian i kontaktów, podczas gdy podgrupa północna nadal rozwijała się w relatywnym spokoju. Paradoksalnie jednak pierwszy znany nam tekst w języku germańskim pochodzi od ludzi, którzy przybyli na południe prosto ze Skandynawii i przez jakiś czas zamieszkiwali tereny współczesnej Polski — Gotów.
Język gocki zaliczamy do osobnej, wschodniej grupy języków germańskich, razem z językami Wandalów i Burgundów —  dwóch innych germańskich plemion, które, podobnie jak Goci, najechały Cesarstwo Rzymskie w V wieku n.e. [3] O ich mowie wiemy jednak niewiele, natomiast Goci pozostawili po sobie długie fragmenty tłumaczeń z Nowego Testamentu. U szczytu potęgi, w VI wieku n.e., rządzili współczesną Hiszpanią i Włochami. Nigdy nie było ich jednak wielu i po przegranych wojnach ich potomkowie wtopili się w lokalne społeczności i zapomnieli języka przodków. Istnieją przesłanki, by sądzić, że na Krymie osadnicy goccy dużo dłużej zachowali niezależność kulturową i językową, ale materiałów dowodowych na potwierdzenie tej teorii jest zbyt mało, by przyjąć ją ze stuprocentową pewnością. Wiemy, że Ostrogoci zasiedlali te tereny przed podbojem Rzymu, a w 1562 roku Ogier Ghiselin de Busbecq — ambasador cesarza Ferdynanda I na dworze otomańskim w Konstantynopolu, napisał list, w którym zwrócił uwagę na dziwną mowę, którą posługują się niektórzy mieszkańcy Krymu. Jego notatki sugerują, że mógł to być język wywodzący się z gockiego. Nazywamy go krymskim gockim, ale jak widać, informacje o nim są niepewne.

W czasach gdy Goci zajmowali się dzieleniem między sobą resztek Cesarstwa Rzymskiego, wybrzeże Morza Północnego i Danię zasiedlały plemiona zachodniogermańskie, których języki tworzyły kontinuum. Mieszkańcy sąsiednich wiosek zazwyczaj byli w stanie porozumieć się ze sobą bez problemów, lecz im dalej na wschód lub na zachód, różnice robiły się coraz poważniejsze. Patrząc od zachodu byli to: Frankowie, Fryzowie, Sasi (Saksończycy) i Anglowie. W V wieku n.e. Frankowie wydarli Galię upadającemu Rzymowi. Na podbitych terenach — analogicznie do Gotów we Włoszech i Hiszpanii w trochę wcześniejszym okresie — Frankowie stanowili mniejszość i mimo iż była to mniejszość uprzywilejowana, ich potomkowie stopniowo porzucali język przodków na rzecz lokalnych dialektów romańskich, dając początek starofrancuskiemu. Frankijski był jeszcze w użyciu w czasach Karola Wielkiego (742-814), ale stopniowo zmieszał się z lokalnymi dialektami romańskimi, dając początek starofrancuskiemu. Nie był to proces zupełnie jednostronny: w jego wyniku język starofrancuski zyskał domieszkę słów pochodzenia germańskiego, wymawiane /h/ na początku słów tego pochodzenia oraz być może również nasalizację (głoski /ɑ̃/, /ε̃/, /œ̃/ oraz /ɔ̃/), tak charakterystyczną dla tego języka. [4,5]

Anglowie, Sasi oraz mieszkający na terenach obecnej Danii Jutowie (których podejrzewamy o posługiwanie się językiem z północnej grupy językowej) wykorzystali upadek Cesarstwa do inwazji na Brytanię. Z ich połączonych mocy powstał Kapitan Planeta… czekaj, nie ta bajka… Ich języki dały początek staroangielskiemu. I to na ludzi posługujących się tym właśnie językiem natknęli się wikingowie.

Pod koniec pierwszego tysiąclecia naszej ery języki północnogermańskie również stanowiły kontinuum. Nawet obecnie Norwegowie, Duńczycy, i Szwedzi, są w stanie porozumieć się do pewnego stopnia. Jedynie islandzki, rozwijający się w relatywnej izolacji, pozostał bardziej konserwatywny pod względem słownictwa i gramatyki, a wymowa uległa zmianie w tak odmiennym kierunku, że Islandczykom łatwiej jest dziś czytać stare sagi, niż współczesne skandynawskie kryminały.
Możemy zauważyć tu jeszcze jedną ciekawą zależność. Zmiany w języku nie następują z tą samą szybkością w każdej społeczności, a czas izolacji od wspólnego przodka nie jest jedynym czynnikiem w tym procesie. Olbrzymią rolę gra również kontakt z innymi grupami językowymi oraz wydarzenia historyczne. Pozostawanie na uboczu europejskiej historii pozwoliło Islandczykom na przechowanie przez stulecia archaicznych cech języka. W tym samym czasie Wyspy Brytyjskie stały się areną dla migracji, wojen i stapiania się ze sobą ludów z różnych krańców kontynentu, co pociągnęło za sobą gwałtowny rozwój języka angielskiego.

Wiemy na pewno, że wśród wikingów, którzy najechali Anglię w IX wieku, dominowali ludzie mówiący dialektami zachodnimi języka, który nazywamy staronordyckim. Wiemy o tym języku dość dużo, ale głównie z Islandii i z trochę późniejszego okresu jego rozwoju. Z drugiej strony, staroangielski znamy głównie z poematu “The Seafarer” oraz z “Beowulfa”, również spisanych dopiero sto-dwieście lat po pierwszym spotkaniu Anglosasów z wikingami. Możemy więc zrekonstruować stan obu języków kilkaset lat wcześniej i porównać je. Na początku IX wieku te dwa języki miały za sobą jedynie trzysta-czterysta lat kompletnej separacji, a od wspólnego proto-germańskiego korzenia dzieliło je ok. 1300 lat. Z drugiej strony jednak, podobieństwo słów nie zapewnia jeszcze kompletnego zrozumienia. Zapewne podczas pierwszych kontaktów Skandynawowie i Anglosasi byli w stanie rozpoznać pojedyncze słowa wypowiadane przez drugą stronę, ale brak kontekstu, nieznana wymowa i “fałszywi przyjaciele” uniemożliwiały dokładne zrozumienie bez pomocy tłumacza.
Mogę to porównać do następującej sytuacji: Często w polskim internecie natykam się na stwierdzenie, że ktoś jest w stanie bardzo dobrze zrozumieć inny słowiański język. Zazwyczaj autor takiego stwierdzenia przeczytał tekst w danym języku lub wysłuchał nagrania w wykonaniu wyraźnie mówiącego aktora lub polityka, a następnie miał czas się nad nim zastanowić oraz sprawdzić kilka niejasnych słów. Jest to zupełnie co innego, niż gdy rozmawiasz z kimś w hałaśliwym miejscu i masz zaledwie kilka sekund na zrozumienie wypowiedzi i sformułowanie swoich myśli. Myślę więc, że serial “Wikingowie”, być może przypadkiem, przedstawił spotkanie wikingów z Anglosasami całkiem prawidłowo. Ragnar z początku potrzebował pomocy tłumacza w kontaktach z northumbryjskim królem i jego doradcami, ale z czasem coraz lepiej zdawał sobie sprawę z podobieństw między dwoma językami i nauczenie się staroangielskiego nie było dla niego wielkim problemem.

Terry Pratchett pisał o angielskim, że jest to język, który w ciemnych zaułkach okrada inne języki z gramatyki i słownictwa. Na pewno było tak w przypadku staronordyckiego, z którego do staroangielskiego trafiło bardzo wiele zapożyczeń, zwłaszcza prostych, jednosylabowych słów, opisujących przedmioty codziennego użytku, jak pług (s.nord. plogr, ang. plough) lub ciasto (s.nord. kaka, ang. cake), słowa rozpoczynające się od “sk”, która to zbitka w anglosaskim ewoluowała w “sh”, jak również zaimek trzeciej osoby liczby mnogiej, “they”. Mimo tych zmian język Anglosasów w wieku X nadal nazywamy staroangielskim i dopiero najazd Normanów w wieku XI uznajemy za początek średnioangielskiego.

Normanowie byli potomkami wikingów, którzy na przełomie IX i X wieku osiedlili się w północnej Francji. W roku, 876 jeszcze jako wrogowie króla francuskiego, zdobyli Rouen i przez kolejne dekady atakowali okoliczne miasteczka i wsie, nie napotykając dużego oporu. W 911 ich przywódca, Rollon, zawarł przymierze z królem Karolem III, które zalegalizowało stan faktyczny: ziemie na północnym wybrzeżu Francji weszły w posiadanie “ludzi z północy”, Normanów. Od tego czasu Normandia, mimo iż formalnie pozostawała pod władzą króla Francji, była w praktyce niezależnym organizmem politycznym, który odegrał ważną rolę w historii europejskiego średniowiecza. Normani stosunkowo szybko porzucili staronordycki na rzecz lokalnego starofrancuskiego dialektu (który czasem nazywany jest staronormańskim). Gdy w roku 1066 książę Wilhelm na własną rękę zorganizował udaną inwazję na drugą stronę kanału La Manche, przywiózł już ze sobą język o wyraźnie romańskich cechach.

W ciągu kilku kolejnych setek lat język angielski ewoluował z niezwykłą szybkością, absorbując normańskie słowa. Popularnym przykładem jest tu porównanie par słów: nazw zwierząt hodowlanych oraz przyrządzanego z nich mięsiwa. Klasa rządząca nazywała mięso na swoich stołach słowami pochodzenia normańskiego: mutton (baranina), beef (wołowina), veal (cielęcina); podczas gdy służący mówili o zwierzętach, używając słów anglosaskich: sheep, cow, calf. Do tej pory język angielski pełen jest par synonimów lub słów o podobnym znaczeniu, w których jedno z nich wywodzi się ze staronormańskiego i należy do wyższego rejestru, niż drugie, wyraźnie germańskie. Zmianom uległa również gramatyka — język stał się bardziej analityczny — a wymowa prawdopodobnie właśnie w tym okresie wzbogaciła się o głoski /z/ i /zj/ (słowa takie jak vision, pleasure, to refuse). [6]
Proces zmian był nierówny, szybszy na południu, wolniejszy na północy, co doprowadziło do powstania całego spektrum lokalnych dialektów. Dopiero pod koniec średniowiecza, wraz z upowszechnieniem się druku, dialekt londyński zaczął zdobywać przewagę, dając początek współczesnej angielszczyźnie. William Shakespeare, pisząc pod koniec XVI wieku, korzystał już z języka, który nazywamy wczesnym nowożytnym angielskim. Tylko daleko na północy, na nizinach południowej Szkocji, średnioangielskie dialekty przetrwały i wyewoluwały we współczesny Scots: szkocki-germański (dla odróżnienia od szkockiego-gaelickiego).


Diagram przedstawiający genealogię języków opisywanych w tekście.
Również jako animacja

Wróćmy jeszcze na kontynent. Pod koniec średniowiecza z dialektów wybrzeża Morza Północnego zaczęły wykształcać się nowe języki: niderlandzki i fryzyjski na zachodzie oraz tzw. dolnoniemiecki (niederdeutsch, plattdeutsch) na wschodzie. W XIV wieku, u szczytu potęgi Ligi Hanzeatyckiej, język średniodolnoniemiecki rozbrzmiewał wzdłuż Morza Północnego i Bałtyku, przez Gdańsk, aż po Estonię. Z czasem jednak pozycja Ligi osłabła. Na zachodzie język niderlandzki i fryzyjski utrzymały dominującą pozycję (niderlandzki dał nawet początek jeszcze jednemu językowi z tej grupy — Afrikaans), ale dolnoniemiecki, choć przetrwał, utracił uprzywilejowany status w kulturze i handlu na rzecz języka, który wrócił na północ po długim czasie niezależnego rozwoju u podnóża Alp: języka górnoniemieckiego (hochdeutsch).

Podczas gdy Skandynawia, Anglia i wybrzeże Morza Północnego na zmianę handlowały i walczyły ze sobą, środkowe i południowe Niemcy pozostawały zwrócone w zupełnie inną stronę. Mieszkańcy tych terenów byli potomkami plemion, które wywędrowały na południe być może jeszcze w drugim i pierwszym stuleciu przed naszą erą, choć na podstawie starożytnych źródeł (Strabon, Juliusz Cezar) nie jesteśmy w stanie stwierdzić ze stuprocentową pewnością, czy Cymbrowie i Teutoni, z którymi Rzymianie starli się w latach 113-101 p.n.e., byli Germanami czy Celtami [7]. Graniczyły ze starożytnym Rzymem, a następnie znalazły się w granicach imperium Karola Wielkiego, a po jego rozpadzie — Świętego Cesarstwa Rzymskiego. To tutaj, w klasztorach od Aachen po Jezioro Bodeńskie, rozwijała się literatura i język starogórnoniemiecki. Najsłynniejszym tekstem w tym języku jest fragment Przysięgi Strasburskiej, dokumentu z 842 roku, poświadczającego sojusz braci, Ludwika II Niemieckiego i Karola Łysego. Przez kolejne stulecia Święte Cesarstwo Rzymskie, które powstało z włości Ludwika, koncentrowało się bardziej na sobie oraz na relacjach z Francją i Italią, niż na kontaktach ze swoimi północnymi rubieżami. W konsekwencji wymiana handlowa i migracje ludności okazały się niewystarczające dla unifikacji języka na terenie całego kraju. Swój udział miała też zapewne geografia południowych Niemiec — góry, doliny oraz dwie wielkie rzeki: Ren i Dunaj — ułatwiająca izolację lokalnych społeczności. [8]
Przełomowym momentem dla popularyzacji, a równocześnie ujednolicenia języka górnoniemieckiego, była reformacja. W 1534 roku Marcin Luter przetłumaczył Biblię właśnie na ten język, a dzięki prasie drukarskiej mogła ona zostać szybko skopiowana i trafić w każdy zakątek Niemiec. Stopniowo, w miarę upadku Ligi Hanzeatyckiej oraz bogacenia się południa Niemiec, język górno-niemiecki zyskiwał na znaczeniu, a dolno-niemiecki zaczynał być postrzegany jako język rybaków i drobnych mieszczan.
Nie oznacza to jednak, że współczesny język niemiecki to monolit. Ta historia wyjaśnia jedynie, dlaczego różni się on tak wyraźnie od innych języków germańskich. Święte Cesarstwo Rzymskie nigdy nie miało jednego centrum: Austria, Prusy, wybrzeże Renu, i Szwajcaria, zawsze były osobnymi ośrodkami kulturowymi. Mamy więc obecnie do czynienia zarówno z różnymi standardami językowymi w Niemczech, Austrii, Szwajcarii i Luksemburgu, jak i z lokalnymi niestandardowymi wariantami i dialektami. Język luksemburski, wywodzący się ze średniogórnoniemieckiego, ma w Luksemburgu status osobnego języka, na równych prawach z niemieckim. Dialekty szwajcarskie nie mają takiego statusu, ale i tak są zupełnie niezrozumiałe dla przeciętnego Niemca. Niemieckie landy pozostają dumne ze swoich dialektów, nawet jeśli tylko niewielki procent mieszkańców potrafi się nimi poprawnie posługiwać, a dla większości znane różnice ograniczają się do specyficznej wymowy i kilku zabawnych synonimów. Również w Polsce — w Wilamowicach pod Bielsko-Białą — zachował się osobny dialekt górnoniemiecki, sprowadzony tu w XIII wieku przez osadników z zachodu. Obecnie prawie wymarły, ale trwają próby rewitalizacji.


Maciej Gorywoda mieszka w Berlinie, gdzie uczy się niemieckiego i francuskiego. Jest autorem bloga językowo-historycznego “Zabierz Swego Lwa”. Do tej pory blog koncentrował się na nauce francuskiego i historii średniowiecza, od nowego roku autor ma w planach poszerzenie tematyki o język niemiecki i Niemcy, z naciskiem na wydarzenia tworzące naszą wspólną europejską historię.


Dodatkowe materiały:

A “Old Norse and Old English”, ⦁ “Goths and Huns in Old Norse”, Jackson Crowford, U. of Boulder, Colorado
B “Germanic Languages of the World: Introductory Overviews”, Alexander Arguelles
C “The Gothic Bible: a reading of Matthew 27 in the Gothic language”, Jordan Ashley Moore
D “The Wulfila Project” – Biblia w języku gockim z tłumaczeniami na angielski i niemiecki
E “A Grammar of Proto-Germanic” – Winfred P. Lehmann


Bibliografia:

[1] “Perfect Phylogenetic Networks: A New Methodology for Reconstructing the Evolutionary History of Natural Languages”, Luay Nakhleh, Don Ringe, Tandy Warnow.
[2] “Runes and Germanic Linguistics”. Elmer H. Antonsen
[3] “Upadek Cesarstwa Rzymskiego”, Peter Heather
[4] “The Romance Languages”, Rebecca Posner, pp. 24-29
[5] “Romance Languages, A Historical Introduction”, T. Alkire, C. Rosen
[6] “Phonological Change in English”, Raymond Hickey
[7] “Climate and the Collapse of the Roman Empire | Part 3a: The Cimbrian War”, Brandon Lee Drake, U. of New Mexico
[8] “The Holy Roman Empire, a thousand years of Europe’s history”, Peter H. Wilson

Szwedzkie problemy z gangsterami, zombie i awokado, czyli mnogie formy mnogie i kontrowersyjna końcówka -s

Przez jeden tydzień w marcu 2017 roku szwedzkie media zdominowała wiadomość o tym, że Szwedzi najwyraźniej mają problemy z gangsterami. A także z awokado, muffinkami, bajglami, tortillami oraz… zombie! Omawiane w prasie i w telewizji problemy nie dotyczyły oczywiście ani przestępczości, ani kuchennych rewolucji, ani tym bardziej postaci z horrorów. Chodziło o problemy językowe. A konkretnie o to, jak po szwedzku powinna brzmieć forma mnoga tych rzeczowników.

Całe to zamieszanie zaczęło się od tego, że ukazała się czwarta edycja Svenska skrivregler (dosłownie: Szwedzkich zasad pisania) – książki wydawanej przez Radę Języka Szwedzkiego, zawierającej instrukcje i porady, jak pisać różnego rodzaju teksty (listy, protokoły, raporty itd.), redagować akapity i tytuły, wprowadzać cytaty, stosować znaki interpunkcyjne, kiedy używać małej i wielkiej litery itp. Bieżące wydanie zawiera nowy rozdział poświęcony słowom i tekstom w języku angielskim, a więc między innymi zapożyczeniom z angielskiego. Powiewem nowości jest też nastawienie Rady Języka Szwedzkiego do końcówki formy mnogiej -s, kojarzącej się przede wszystkim właśnie z odmianą słów obcego pochodzenia. Dotychczas eksperci zajmujący się kulturą i ochroną języka odradzali odmienianie słów na angielską modłę i zalecali korzystanie z repertuaru szwedzkich końcówek. A więc: en gangster – flera gangstrar, a nie gangsters, en hobby – flera hobbyer, a nie hobbies albo hobbys, czy en zombie flera zombier, a nie zombies. Zdano sobie jednak sprawę, że słowa z innych języków coraz częściej przenikają do szwedzkiego, że stają się w szwedczyźnie coraz bardziej naturalne, razem z ich odmienionymi formami. Ola Karlsson z Rady Języka Szwedzkiego przyznał nawet, że angielska forma liczby mnogiej nadaje językowi szwedzkiemu więcej płynności.

Zacznijmy jednak od początku. W materiałach do nauki języka szwedzkiego najczęściej przedstawia się pięć końcówek formy mnogiej nieokreślonej – pięć typów deklinacji. Zależą one od kilku czynników: od rodzaju rzeczownika, od tego, czy rzeczownik kończy się na spółgłoskę czy samogłoskę, a także od akcentowanej sylaby w wyrazie. W dużym skrócie i w uproszczeniu: rzeczowniki należące do pierwszego typu deklinacji są rodzaju ogólnego i kończą się na -a, które w liczbie mnogiej tracą, ale otrzymują końcówkę -or, np. en flicka – flera flickor (jedna dziewczynka – kilka dziewczynek). Do drugiego typu deklinacji należą rzeczowniki rodzaju ogólnego, jednosylabowe oraz zakończone np. na -er, -ing, -ning, -dom czy ­-lek, które w formie mnogiej otrzymują końcówkę -ar, np. en bil – flera bilar (jeden samochód – kilka samochodów), en syster – flera systrar (jedna siostra – kilka sióstr) czy en övning flera övningar (jedno ćwiczenie – kilka ćwiczeń). Trzeci typ deklinacji to również rzeczowniki rodzaju ogólnego, wiele z nich to zapożyczenia, w których akcent pada w nich na ostatnią sylabę. Do tej grupy należą także słowa zakończone na -het, skap lub -nad. W formie mnogiej otrzymują końcówkę -er, np. en fåtölj – flera fåtöljer (jeden fotel – kilka foteli) czy en lägenhet – flera lägenheter (jedno mieszkanie – kilka mieszkań). Do kolejnych dwóch typów deklinacji należą rzeczowniki rodzaju nijakiego. Czwarty typ reprezentują te zakończone na samogłoskę – w formie mnogiej otrzymują końcówkę -n, np. ett äpple flera äpplen (jedno jabłko – kilka jabłek), a piąty te zakończone na spółgłoskę – w formie mnogiej nie otrzymują końcówki, np. ett hus – flera hus. Do tej ostatniej grupy zaliczają się także rzeczowniki rodzaju ogólnego zakończone na -are lub ­­-er, oznaczające nazwy zawodów czy narodowości, np. en lärare – flera lärare (jeden nauczyciel – kilkoro nauczycieli) albo en politiker – flera politiker (jeden polityk – kilkoro polityków). O końcówce -s niemal w ogóle się nie wspomina. Tymczasem w obszernej Gramatyce Języka Szwedzkiego Akademii Szwedzkiej  (SAG) pisze o się niej jako końcówce siódmego typu deklinacji (SAG jako osobny typ traktuje formę mnogą zakończoną na ­-r, która w materiałach dydaktycznych prezentowana jest razem z typem trzecim). Rzeczowniki należące do tej siódmej grupy to te obcobrzmiące. SAG wymienia tu następujące przykłady: happenings, walkie-talkies, fans, dummies, slogans, a nawet mixers i trailers ­– chociaż w języku szwedzkim istnieją słowa zakończone na -er, ale zastosowanie rodzimych wzorców odmiany, czyli utworzenie formy mixrar i trailrar, spowodowałoby powstanie zbitek spółgłoskowych [ksr] i [jlr], dla szwedzkiego obcych i trudniejszych w artykulacji. O końcówce ­-s pisze się też w przypadku rzeczowników obcego pochodzenia, których rzadko używa się w formie pojedynczej, np. cornflakes, jeans czy shorts. Użycie końcówki -s w liczbie mnogiej nie jest zresztą niczym nowym. U Augusta Strindberga w powieści Czerwony Pokój (szw. Röda rummet) z 1879 roku znajdziemy formę revolvers (rewolwery), a współcześnie słownik SAOL (Svenska Akademiens Ordlista) podaje jedynie formę revolvrar.

O co więc tyle hałasu? Bardziej otwarte podejście Rady Języka Szwedzkiego stało się dla wielu pretekstem do dyskusji na temat wpływu języka angielskiego na szwedzki w ogóle. Pojawiły się głosy poirytowanych tym, że na poduszkę powietrzną coraz częściej mówi się airbag zamiast krockkudde, że youtuberzy coraz częściej mówią o must have, że wszystko musi być cool i tym, że nie wiadomo, jak odmienić smoothie. O ile pierwsze zarzuty kojarzą mi się z niedawnym nietrafionym pomysłem Szwedzkich Demokratów, by ograniczyć napływ anglicyzmów i używanie słów obcego pochodzenia, który właściwie uderzał między innymi już w samą nazwę partii, tak ostatnia kwestia rzeczywiście jest warta uwagi i poruszano ją też w związku z publikacją Svenska skrivregler.

Chodzi mianowicie o to, że dla rzeczowników wymienionych wyżej pięciu typów deklinacji istnieją wzorce tworzenia formy mnogiej określonej, np. de glada flickorna, de snabba bilarna, de dyra fåtöljerna, de röda äpplena, de stora husen czy de trevliga lärarna (te wesołe dziewczynki, te szybkie samochody, te drogie fotele, te czerwone jabłka, te duże domy czy ci mili nauczyciele). A co z formami określonymi od tortillas, zombies, emojis czy wspomnianych wcześniej smoothies? Czy w tym przypadku należałoby jednak powrócić do form rodzimych? Två tortillas – de två goda tortillorna (dwie tortille – te dwie smaczne tortille), en massa zombies – de hemska zombierna (masa zombie – te straszne zombie)? Zostawić formy bez końcówki? Två bagels – de två goda bagels (dwa bajgle – te dwa smaczne bajgle)? Czy może zbudować formę taką jak emojisarna – to znaczy taką, która ma i końcówkę formy ­­­-s, i szwedzką ­końcówkę ­-ar… Co ciekawe, formy liczby mnogiej zakończone na ­-sar (w formie określonej ­­-sarna) występują dość powszechnie w języku nieformalnym, mówionym – można więc usłyszeć na przykład, jak szwedzcy vlogerzy podają przepis na sałatkę, do której potrzebują kilku avokadosar, tymczasem SAOL podaje tylko formę avokadorna. Zresztą, podobnie wygląda to także w przypadku innych owoców, np. kiwi i mango (kiwisarna, mangosarna vs kiwierna, mangorna).

Takie formy nie powinny jednak budzić zdziwienia i irytacji. W języku szwedzkim jest bowiem grupa słów, których forma mnoga zupełnie poprawnie kończy się na ­-sar, np. potatisar (ziemniaki), kepsar (czapki z daszkiem), bebisar (niemowlaki). W przypadku tych rzeczowników przyczyny są inne – ich forma pojedyncza została zapożyczona od angielskiej formy mnogiej: en potatis od potatoes, en keps od caps i en bebis od babies. Podobnie stało się w przypadku słów ett kex (ciastko) – pochodzącego od cakes i ett chips (czips) –  pochodzącego od chips. Oba należą do piątej deklinacji, więc ich formy liczby mnogiej to odpowiednio kex i chips. Także my w polszczyźnie mamy swojego czipsa i krakersa. Aktualnie niestabilnie wygląda sytuacja szwedzkiej muffinki, ponieważ spotkać można formy zarówno ett muffin jak i ett muffins, a nawet en muffins.

Pozostaje jeszcze pytanie o to, co w języku szwedzkim zrobić z zapożyczeniami, których forma mnoga w języku angielskim to nie tylko sama końcówka -s, np. en story – stories (po szwedzku raczej storys, storyer), oraz ze słowami zapożyczanymi z języków innych niż angielski, np. z włoskiego en paparazzo – paparazzi (po szwedzku także papparazoer) czy z niemieckiego en schlager – schlager (po szwedzku także schlagers, schlagrar).

Dlaczego warto się temu wszystkiemu przyglądać? Oczywiście, jeśli uczycie się języka szwedzkiego, może się Wam to przydać na jakimś teście (a już teraz możecie sprawdzić się w quizie przygotowanym przez Språktidningen, link TUTAJ). Ale to też jedno z zagadnień, które przypomina nam, że język stale się zmienia, czy to się komuś podoba czy nie. Z badania przeprowadzonego przez Williama Zetterberga wynika, że końcówka ­-s preferowana jest w przypadku słów, które funkcjonują w języku szwedzkim stosunkowo od niedawna (np. selfie czy lobby), podczas gdy forma mnoga starszych, bardziej „oswojonych” słów częściej tworzona jest przy pomocy rodzimych wzorców. Może to oznaczać, że forma mnoga z -s jest niejako formą tymczasową, przejściową. Badanie potwierdziło też, że formy z ­-s używają częściej młodsi użytkownicy języka szwedzkiego.

Na koniec – warto też pamiętać, że użycie różnych form czasem może dać różny efekt, prawda?

Eller hur, amigos?

Eller hur, amigor?

 

Bibliografia:

Gellerstam, Martin (2002). Norm och bruk i SAOL. LexicoNordica, 9, 21–31.

Ledin, Per (2013). Gillar du avokadosar? Några ord om sar-pluralen https://pasvenska.se/gillar-du-avokadosar-nagra-ord-om-sar-pluralen/ [dostęp: 08.01.2019]

SAG 2 = Teleman, Ulf; Hellberg, Staffan & Andersson, Erik (1999). Svenska Akademiens Grammatik. Del 2: Ord. Stockholm: Nordstedts Ordbok.

Zetterberg, William (2017). Arising plurals in Swedish: A study of Swedish s-plurals. Lund: Lunds universitet. https://lup.lub.lu.se/student-papers/search/publication/8903357 [dostęp: 08.01.2019]

Engelskt plural ger svenskan bättre flyt https://sverigesradio.se/sida/artikel.aspx?programid=406&artikel=6656822 [dostęp: 08.01.2019]

Är s-plural gångbart i svenskan? http://www.sprakochfolkminnen.se/sprak/sprakradgivning/aktuellt-sprakrad/granskade-rad/2017-05-08-ar-s-plural-gangbart-i-svenskan.html [dostęp: 08.01.2019]

 


Autorką tekstu jest Natalia Kołaczek, autorka strony Szwecjoblog.pl

 

ZOBACZ RÓWNIEŻ:

Jak poprawnie kląć po szwedzku

Szwedzi na Ukrainie? Od XVIII wieku?

Pitch accent w języku szwedzkim, cz. 1

Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje w trakcie wyjazdu

Tosar tú føroyskt? – Co warto wiedzieć o języku farerskim?

 

Jak osiągnąć poziom biegłości (C2) w języku niemieckim?

Jakie są możliwości osiągnięcia poziomu C2? Czy jest to realne, jeżeli nie mieszkamy w kraju, w którym mówi się w danym języku?

Kiedyś myślałam, że między poziomami C1 a C2 istnieje tylko mała różnica. Teraz wiem, że jest ona ogromna. Kiedyś sądziłam też, że po zakończeniu studiów magisterskich z filologii germańskiej będę miała poziom C2. Teraz wiem, że nie było to realne.

Poziom C1 to poziom zaawansowany, zaś C2 to poziom profesjonalny. Osoba posiadająca poziom C1:

– rozumie prawie wszystko, co słyszy lub czyta;

– bez trudu potrafi wyrazić swoją opinię na każdy temat. Należy jednak zaznaczyć, że na poziomie C1 dozwolone jest opisywanie danego słowa. Czyli nie znając czy zapomniawszy danego słowa, można opisać, o co nam chodzi, używając innych słów. Nie dzieje się to jednak często;

– wypowiada się i pisze w razie potrzeby obszernie;

– bez trudu nawiązuje interakcje;

– mówi w tempie odpowiednim do sytuacji;

– popełnia niewiele błędów gramatycznych;

– mówi prawie bez akcentu.

Na poziomie C2 wymagania są oczywiście wyższe. Co więc oznacza ten poziom, którzy osiągają tylko nieliczni? Osoba będąca na poziomie C2:

– rozumie wszystko, co słyszy lub czyta;

– nie szuka słów, słowa przychodzą jej do głowy bez trudności;

– potrafi nawiązać rozmowę adekwatną do sytuacji i bez problemu odnieść się do wypowiedzi partnera w rozmowie;

– posiada bardzo bogate słownictwo, a jej środki językowe są urozmaicone;

– wyróżnia się bardzo dobrą wymową;

– komunikuje się naturalnie, chociaż czasami zdarzają się błędy;

– bardzo rzadko robi błędy ortograficzne.

Myślę, że po tym opisie różnica jest widoczna. Ja sama spędziłam ponad 7 lat w Niemczech i teraz bez żadnych wątpliwości mogę powiedzieć, że nigdy nie osiągnęłabym poziomu C2, gdybym nie spędziła dłuższego czasu w kraju niemieckojęzycznym. Co dał mi ten pobyt?

  1. Mój język jest naturalny. Wiem, jak rzeczywiście mówi się po niemiecku – niekoniecznie tylko tak, jak pisze się w podręcznikach. Do naturalnej komunikacji należy również język potoczny.
  2. Zdecydowanie poprawiła się moja wymowa. Wcześniej wiele reguł istniało dla mnie tylko w teorii.
  3. Bez trudności rozumiem rodzimych użytkowników języka.
  4. Rozumiem wszystko, co słyszę w radiu lub telewizji.
  5. Wzrosła moja pewność w używaniu języka.

Czy możliwe jest zdanie egzaminu językowego na poziomie C2 bez spędzenia dłuższego okresu w Niemczech, Szwajcarii czy Austrii?

Tak, myślę, że jest to możliwe, chociaż na pewno będzie trudne. Jednak również mieszkając w ojczystym kraju można nawiązać kontakt z żywym, codziennym językiem. Jak to zrobić?

  1. Słuchając radia i oglądając telewizję w języku obcym.
  2. Korzystając z zasobów Internetu, np. na YouTube.
  3. Szukając kontaktu z rodzimymi użytkownikami języka. Niemieckojęzyczne osoby mieszkają również w Polsce – w dużych miastach warto zorientować się, czy istnieje coś takiego jak „Stammtisch” – czasami nauczyciele organizują spotkania, podczas których mówi się tylko po niemiecku i na których można spotkać Niemców, Austriaków czy Szwajcarów.
  4. Szukając w Internecie rodzimego użytkownika języka, z którym można by od czasu do czasu porozmawiać. W tym celu można wykorzystać np. stronę „Conversation exchange” (https://www.conversationexchange.com/)
  5. Jeśli nie jest możliwy dłuższy wyjazd do kraju niemieckojęzycznego, to może chociaż krótka wycieczka?
  6. Komentując na niemieckojęzycznych forach internetowych czy na Facebooku.

Należy dodać, że do osiągnięcie poziomu C2 zalecanych jest przynajmniej 1000 godzin nauki.

Oczywiście wielu uczących chce potwierdzić swoją znajomość języka obcego w sposób oficjalny, czyli zdobyć certyfikat. Najpopularniejszymi egzaminami z języka niemieckiego na poziomie C2 są:

  • Das Goethe-Zertifikat C2: Großes Deutsches Sprachdiplom – składa się on z czterech częsci. Trwa 3,5 godziny. Są to oczywiście: czytanie, słuchanie, pisanie i mówienie. Zadania z części pisemnej nie są oceniane w centrum egzaminacyjnym, lecz w Monachium. Są one związane z literaturą, na stronie Goethe-Institut znajdziemy listę wymaganej literatury. Na rok 2019 są to dwie powieści, które należy przeczytać. Czytając wymagania na powyższej stronie, widzimy, że teksty, z którymi zdający muszą się zmierzyć, są często nieformalne, naukowe, literackie, a tempo mówienia na egzaminie ze słuchania zawsze jest naturalne.
  • Również egzamin telc C2 składa się z czterech tych samych części (jak zresztą wszystkie egzaminy, gdyż sprawdzają one podstawowe umiejętności językowe). Trwa on 4 godziny i 10 minut. Również kładzie nacisk na naturalne używanie języka we wszystkich sytuacjach i na umiejętność pracy ze wszystkimi rodzajami tekstów. Więcej informacji.
  • Egzamin ÖSD C2 (austriacki) również składa się z czterech części. Trwa 3 godziny i 10-15 minut. Na egzaminie ustnym musimy poradzić sobie m.in. na rozmowie telefonicznej. Mimo że jest to egzamin austriacki, należy zaznaczyć, że odnosi się do całego obszaru niemieckojęzycznego, czyli nie będzie tak, że teksty będą dotyczyły tylko Austrii. Tutaj znajdziemy więcej informacji.

Cechą wspólną tych egzaminów jest to, że sprawdzają rozumienie języka w autentycznym, naturalnym kontekście – języka naturalnego, codziennego, ale również specjalistycznego i w środowisku pracy.

Jak najlepiej przygotować się do egzaminu na poziomie C2?

Kilku wskazówek już udzieliłam, ale co jeszcze można zrobić, żeby sprostać poziomowi C2? Jak osiągnąć prawie bezbłędne używanie języka? Jak udoskonalić wymowę tak, aby zbliżyła się do wymowy rodzimego użytkownika języka?

Pomocne na pewno będzie nagrywanie się. Istnieje wiele aplikacji, za pomocą których możemy się nagrywać.

Bardzo dużo mówi się dzisiaj o immersji językowej. Czym ona jest?

Jest to zanurzenie się w języku, przesiąknięcie językiem. Upraszczając: należy otoczyć się językiem obcym ze wszystkich stron. Jak możemy to zrobić?

  • czytać w języku obcym;
  • oglądać telewizję czy filmiki w Internecie w języku obcym;
  • słuchać audiokursów czy audiobooków w drodze do szkoły czy pracy lub uprawiając sport;
  • na kursie najlepiej mówić tylko w języku obcym;
  • jak najwięcej mówić w języku obcym: z innymi lub do siebie;
  • nazywać przedmioty w swoim otoczeniu w języku obcym;
  • warto język w telefonie czy tablecie przestawić na język obcy.

Najlepiej starać się mieć jak najmniej kontaktu z językiem polskim. Bez przesady oczywiście – nie chodzi o to, żebyśmy unikali rodziny czy znajomych.

Tak, w tej metodzie chodzi o to, żeby uczyć się tak jak uczą się dzieci. Rzeczywiście możemy to do pewnych granic osiągnąć. Kiedy spoglądamy na rzeczy w swoim otoczeniu, możemy nazywać je w języku obcym. Jeśli nie znamy słówek, to sprawdzamy. Wcześniej tak właśnie się uczyłam, czyli:

  • w drodze do pracy i potem do domu, a także biegając wieczorami, słuchałam audiokursów;
  • czytałam dużo w językach obcych. Wyszukiwałam zagraniczne portale, których treści mnie interesowały;
  • oglądałam telewizję hiszpańską czy angielską;
  • kupowałam hiszpańsko- i anglojęzyczne czasopisma;
  • po angielsku rozmawiałam z przyjaciółmi Anglikami. Po hiszpańsku nie miałam z kim, więc mówiłam do siebie;
  • dużo pisałam w językach obcych;
  • jak najczęściej starałam się nazywać w językach obcych przedmioty w swoim otoczeniu.

I tutaj jedna bardzo ważna uwaga: Zbliżając się do sposobu, w jaki dzieci uczą się języka ojczystego, zwróćmy uwagę na to, że one przecież nie mówią od razu pełnymi zdaniami. Nie zrażają się również, popełniając błędy. Nie zniechęcają się tym, że dorośli je poprawiają. Inaczej przecież nigdy nie nauczyłyby się mówić, prawda?

Mam nadzieję, że powyższe wskazówki pomogą Wam w osiągnięciu poziomu C2. Sądzę, że bardzo trudno jest zbliżyć się do poziomu rodzimego użytkownika języka, ale myślę, że nie to powinno być celem nauki. Nie powinno być nim również tylko zaliczenie egzaminu, gdyż jego zdanie nie zawsze mówi o tym, że zdający rzeczywiście ten poziom osiągnął. Naprawdę ważna jest według mnie umiejętność komunikacji oraz rozumienia innych. Uczymy się języka obcego przecież po to, żeby powiedzieć w nim to, co chcemy.


Autorką artykułu jest Magdalena Surowiec.


Polecane artykuły:

Jak ocenić poziom znajomości języka obcego? ESOKJ w teorii i w praktyce
Czy język niemiecki jest trudny?
Przewodnik po Deutsche Welle
Jak (nie) uczyć się języków obcych – część 3 – niemiecki
Niemieckie gazety, portale informacyjne oraz stacje radiowe
Niemiecki w 4 miesiące, czyli zmagania z przeciwnościami
Kurs kursowi nierówny, czyli recenzja deutsch.info

Narody turkijskie południowej Syberii – część III

W poprzednich częściach cyklu (I i II) pisałam o podziale narodów turkijskich południowej Syberii i o ich republikach autonomicznych. Teraz przygotowałam prostą mapę tego regionu, poświęconą przede wszystkim tym narodom i grupom etnicznym, które nie mają żadnej postaci autonomii (choć w historii zdarzało się, że miały).

Mapę najlepiej oglądać w połączeniu z I i II częścią tego artykułu. Jako że ma ona charakter uproszczony, chcę podać też trochę bardziej szczegółowych danych na temat rozmieszczenia zaznaczonych na niej narodów. Niestety, nie jestem w stanie napisać o wszystkich tak, jak bym chciała. Otóż moim głównym źródłem są wyniki spisu ludności Rosji z 2010 r., a więc już nie pierwszej świeżości. Zawierają one informacje o rozmieszczeniu ludności poszczególnych narodowości, ale nie każdy z narodów/grup etnicznych został potraktowany równie szczegółowo. Najwyraźniej łatwiej było przeprowadzić statystykę tzw. małych rdzennych narodów, niż tych większych. Np. dowiemy się, że wśród Ałtajczyków zostali wyodrębnieni Telengici, Tubalarzy i Czełkanie, ale nie znajdziemy nic o podziale Tatarów. Można też się zastanawiać, dlaczego Kumandyńczycy i Teleuci zostali sklasyfikowani osobno, a nie zaliczeni również do Ałtajczyków. Albo dlaczego spośród Chakasów nie wyodrębniono chociażby Sagajów i Kaczynów.

Kto szukał informacji o poszczególnych narodach w rosyjskiej Wikipedii, znajdzie w przypadku niektórych z nich dość szczegółowe dane o rozmieszczeniu ich w poszczególnych miejscowościach. Są to jednak dane pochodzące z jeszcze wcześniejszego spisu z 2002 r., nie będę więc ich przytaczać, żeby nie mieszać statystyk z dwóch różnych spisów. W statystykach tego nowszego nie udało mi się niestety znaleźć takich informacji. Ograniczę się więc jedynie do tego, co znalazłam w podsumowaniu spisu z 2010 r., czyli do szczebla republik, krajów i obwodów.

Ałtajczycy

Ogółem: 74 238, w tym:

– Telengici: 3 712, w tym 3 712 w Republice Ałtaju;

– Tubalarzy: 1 965, w tym 1 891 w Republice Ałtaju;

– Czełkanie: 1 181, w tym 1 113 w Republice Ałtaju.

Chakasi

Ogółem 72 959.

Kumandyńczycy

Ogółem 2892, w tym 1 401 w Kraju Ałtajskim, 1 062 w Republice Ałtaju i 225 w obwodzie kemerowskim.

Szorowie

Ogółem 12 888, w tym 10 672 w obwodzie kemerowskim, 1 150 w Republice Chakasji, 161 w Kraju Krasnojarskim, 118 w Kraju Ałtajskim i 87 w Republice Ałtaju.

Tatarzy syberyjscy

Ogółem 6 779.

Teleuci

Ogółem 2 643, w tym 2 520 w obwodzie kemerowskim.

Tofalarzy

Ogółem 762, w tym 678 w obwodzie irkuckim.

Turcy czułymscy

Turcy czułymscy: 355, w tym 204 w obwodzie tomskim i 145 w Kraju Krasnojarskim.

Tuwińcy

Tuwińcy: 263 934, w tym:

– Todżyńcy: 1 858, w tym 1 856 w Republice Tuwy.


Zobacz również:

Różnorodność języków turkijskich

Klasyfikacje języków turkijskich – część 1

Klasyfikacje języków turkijskich – część 2

Teoria ałtajska

Przykład języka zagrożonego – czyli po co mi ten szorski?

Język szorski na tle innych języków turkijskich – część I

Język szorski na tle innych języków turkijskich – część II

Język szorski na tle innych języków turkijskich – część III

Narody turkijskie południowej Syberii – część I

Narody turkijskie południowej Syberii – część II

3 najlepsze słowniki do nauki języków obcych

Przystępując do nauki języka obcego pojawia się potrzeba sprawdzenia poszczególnych słów. Chcemy wiedzieć, co to tajemnicze słowo oznacza. Gorzej, gdy mamy do czynienia z całym wyrażeniem. Niektóre słowniki nie radzą sobie z dłuższą formą i podają znaczenie poszczególnych słów. Dochodzi przy tym czasem do kuriozalnych sytuacji. Niektóre słowniki – bardzo często translatory, zbyt dosłownie tłumaczą poszczególne frazy. Przykładem jest Dziękuję z góry, czyli słynne już: Thank you from the mountain. Jest to zwrot przetłumaczony dosłownie – wyraz po wyrazie, lecz niestety nie mający ani sensu, ani pokrycia w rzeczywistości. Powinno to wyglądać tak:

Ucząc się więc języków obcych, warto mieć pod ręką sprawdzone słowniki, które nie tylko potrafią prawidłowo przetłumaczyć każdy wyraz, lecz również całe wyrażenia. Jeśli dla przykładu tłumaczymy jakieś konkretne słowo, świetnie jest, jeśli słownik podaje praktyczne przykłady z użyciem tego wyrazu. Mamy wtedy pewność, że wszystko jest w porządku, a samo słowo w rzeczywistości istnieje.

Dlatego dziś przygotowałem Wam krótkie zestawienie słowników, które moim zdaniem doskonale sprawdzają się przy codziennej nauce języków obcych. Korzystam z nich każdego dnia i często, szczególnie ze względu na naukę mniej popularnych języków, stają się dla mnie nie tylko ratunkiem, ale również doskonałym źródłem nowych treści.

eTutor

Na pierwszy strzał idzie moje ostatnie odkrycie. Mimo znajomości kilku innych słowników, ten pozwala na znacznie więcej. Tylko zerknijcie na ten przykład:

Mamy słowo Dziękuję, a pod nim kilka przykładów zastosowania. Mamy również przykładowe zdania, które moim zdaniem powinny z automatu znaleźć się na naszej liście „do nauczenia“. Co ciekawe, słownik eTutora pozwala na przesłuchanie danego słowa lub całego zdania, dzięki czemu mamy pewność, że wszystko wypowiemy prawidłowo. Jeśli uznamy, że jakieś konkretne wyrażenie jest warte zapamiętania – obok niego wydawca umieścił symbol „plusa“. Klikając na niego dodajemy go do listy powtórek i tym samym budujemy sobie zestaw dobrych wyrażeń do nauki.

Ostatnią sprawą, o której warto wspomnieć jest boczny pasek słownika, który sugeruje powiązane zwroty. Bo przecież oprócz zwykłego Dziękuję, na co dzień używamy takich słów jak Dzięki czy Dziękuję za. Coś takiego zawsze się przydaje i niewątpliwie skraca czas nauki języka. Jedyną wadą całego słownika jest ograniczenie do języka angielskiego i niemieckiego. Mimo to i tak zapewne pokryje 90% uczących się w naszym kraju, a to już jest absolutnie wystarczające.

Reverso

Drugim słownikiem, z którego najczęściej korzystam jest słownik Reverso. Podobnie jak w przypadku eTutora, potrafi tłumaczyć również całe wyrażenia oraz sugeruje masę przykładów, dzięki którym dość dobrze ogarniemy dane słowo. Istnieje także możliwość przesłuchania całych zdań w dość dobrej jakości. Zaletą tego słownika jest ilość dostępnych języków. I tak np. z polskiego można tłumaczyć na język niemiecki, angielski, hiszpański, francuski i włoski. Natomiast, jeśli poszukujecie bardziej egzotycznych języków, jak na przykład arabski, hebrajski czy rumuński – musicie w drugą stronę posłużyć się już językiem angielskim. Korzystam z tej opcji, kiedy szukam czegoś np. w języku rosyjskim. Jest to pewne utrudnienie, ale z drugiej strony mam wtedy stały kontakt również z drugim językiem obcym. Reverso daje możliwość zapisywania słów do ulubionych oraz podglądania ich w konkretnym kontekście. Pojawia się wtedy dodatkowa ramka, na której możecie zobaczyć na przykładzie dialogu, w jaki sposób dane wyrażenie zostało pierwotnie wykorzystane. Co ciekawe, część z nich pochodzi z prawdziwych filmów dając nam wrażenie żywego języka.

Glosbe

Być może słownik Glosbe nie ma dodatkowych opcji, jakie oferuje zarówno eTutor jak i Reverso. Posiada jednak ważną cechę, która czyni go wyjątkowym. To ogromna ilość języków, które macie do dyspozycji wraz z językiem polskim. Jest ich kilkadziesiąt, jeśli nie sto. To sprawia, że Glosbe staje się najbardziej poręcznym słownikiem ze wszystkich. Szczególnie kiedy uczycie się języków rzadszych lub takich, które zazwyczaj nie wchodzą w skład podstawowych – np. portugalski, rosyjski, czeski. Korzystałem z niego wyjątkowo intensywnie przy nauce języka chorwackiego, którego nie znajdziecie w pozostałych słownikach. To bardzo ułatwia pracę i staje się niekiedy ostatnią deską ratunku przy nauce bardziej egzotycznych języków. Oczywiście słownik oprócz samych tłumaczeń pojedynczych słów sugeruje również całe zdania i gotowe wyrażenia.

Wszystkie trzy słowniki to ogromne wsparcie przy nauce języków obcych. Twórcy odeszli od starej formuły tłumaczącej jedynie pojedyncze słowa, a skoncentrowali się na praktycznych tłumaczeniach słów i wyrażeń. Dzięki temu wiemy, że nasze konkretne słowo jest „ubrane” w prawidłową formę i po prostu pasuje do kontekstu.

Każdy ze słowników posiada swoje mocne i słabe strony, ale niewątpliwie wszystkie trzy deklasują, moim zdaniem, konkurencję, stając się doskonałym źródłem nauki języków obcych. (Niestety z własnego doświadczenia wiemy, że nie wszystkie przykłady, podawane przez opisane w artykule narzędzia internetowe, są poprawne, dlatego, w przypadku większych wątpliwości, warto je skonfrontować w kilku źródłach – przypis redakcji.)


Autorem artykułu jest Piotr Kruk


Zobacz również:

Przyszłość dwujęzycznego słownika PWN-Oxford

Słownik, czyli narzędzie do zadań specjalnych

Słownik polsko-kaszubski jest dostępny

Caesar czy Cezar?

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego po ukazaniu się białego dymu nad Watykanem rozbrzmiewają słowa: „annuncjo vobis gaudium manium” (celowo pozwalam sobie na taką transkrypcję), chociaż w zapisie jak byk stoi „annuntio” i „magnum”? Albo może przechodzą was ciarki, kiedy Amerykanie wymawiają „vice versa” jako „wajse weesa”? Albo może sami powiedzieliście kiedyś za Cezarem „weni, widi, wiczi”? Cóż, jak powiedział jeden z bohaterów filmu „Asteriks i Obeliks: misja Kleopatra” – weni, widi – to tak, wiczi – to nie do końca.

W takim razie jak się mówi po łacinie? Cały szkopuł (nota bene, wyraz ten bynajmniej nie ma nic wspólnego ze Szkopem, co mogłoby sugerować tak brzmienie, jak i znaczenie) polega na tym, że po łacinie od dobrych paru lat się nie mówi. Osoby, które ewentualnie mówią po łacinie – duchowni, prawnicy, naukowcy, medycy, zwolennicy „żywej łaciny” – to nie jej rodzimi użytkownicy, ale osoby, które wyuczyły się łaciny w konkretnym celu. Właśnie dlatego zaliczamy łacinę do języków martwych – ponieważ nikt w sposób naturalny nie posługuje się nią od urodzenia. Nawet gdybyśmy wychowali dziecko, mówiąc do niego wyłącznie po łacinie, przejęłoby ono nasze naleciałości językowe.

Tutaj dochodzimy do sedna sprawy. W podanych wyżej przykładach możemy dopatrzyć się pewnych nie tyle błędów, co naleciałości. Skąd one wynikają? Posłużmy się przykładem. Może próbowaliście kiedyś czytać w języku, którego nie znacie. Jeżeli nie znaliście podstaw wymowy tego języka, czytaliście literka po literce, zgodnie z zapisem. Teraz wyobraźcie sobie, że ktoś w ten sam sposób czyta po polsku. Zamiast „cz” w słowie „czubek” wymawia osobno „c” i „z” – c-zubek. (Co za koszmarek… a teraz podstawcie tu Szczebrzeszyn albo Brzęczyszczykiewicza).

To samo dzieje się z łaciną. Czytając lub mówiąc, dostosowujemy wymowę do wymowy naszego języka rodzimego. Stąd też rzymski mówca Marek Tuliusz Cicero dla Włocha będzie nazywać się „Cziczero”, dla Niemca – „Kikero”, dla Anglika – „Sisero”, dla Francuza – „Siserą”, dla Rosjanina – „Cicjero”, a dla Polaka – „Cicero”. Taka wymowa stanowi pewną konwencję – nazywamy ją wymową tradycyjną albo konwencjonalną.

Dużym błędem jest zatem stwierdzenie, że „Amerykanie nie umieją mówić po łacinie” czy „Włosi tak okropnie kaleczą łacinę”. Owszem, łacina w wersji włoskiej nie musi się nam podobać, nie znaczy to jednak, że jest w jakikolwiek sposób niepoprawna – ot, po prostu trochę inna niż nasza (żeby już nie wchodzić w dywagacje, czy Włosi to faktycznie potomkowie Rzymian – niewątpliwie bliżej im do Romulusa niż nam i równie niewątpliwie mają domieszkę krwi barbarzyńców). Niemniej jednak pewne zjawiska są typowe dla wymowy łaciny przez daną nację. Stąd właśnie bierze się wspomniane już „wiczi” czy „gaudium manium” – to nic innego jak charakterystyczna dla języka włoskiego palatalizacja, czyli zmiękczenie głoski. Ale uwaga! Co wolno Włochowi, to nie Polakowi. W języku polskim zmiękczenia owszem, występują, jednakże działa to trochę inaczej. Nie zmiękczamy na przykład zbitki „gn” – słyszeliście kiedykolwiek, żeby ktoś mówił „niaty” zamiast „gnaty”? Dlatego właśnie po wyborze papieża Włosi odczuwają „gaudium manium”, a Polacy – „magnum”. Stąd też, nawiasem mówiąc, wynika osobiście rażąca mnie tendencja wśród polskiego duchowieństwa do „włoszczenia” łaciny – z racji umieszczenia stolicy Piotrowej w Watykanie wielu księży przejmuje włoskie nawyki językowe. To samo tyczy się muzyków, wykonujących na przykład łacińskie części Mszy. Właśnie dlatego słyszymy potem „gracja plena”, „andżelus Dei” czy moje ulubione „salve Redżina” z „dżementes et flentes”. Przykłady można by mnożyć, a jeśli ktoś chce się przekonać osobiście, polecam wybrać się do Filharmonii na którąś z Mszy Mozarta. Albo kogoś innego, zależnie od upodobań muzycznych. Eksperyment można również przeprowadzić w domu, odsłuchując w YouTube tego samego utworu po łacinie w kilku różnych wykonaniach – zupełnie inaczej będzie śpiewał Pavarotti, inaczej Renee Fleming – pomijając oczywiście różnice wokalne.

Wynikałoby z tego, że nie istnieje jedyny słuszny sposób wymowy łaciny. Jak zatem mówili sami Rzymianie? Odpowiedź wcale nie jest taka prosta. Imperium rzymskie rozciągało się daleko poza włoski „but” – od Portugalii do Syrii, od Brytanii do Egiptu. Zwyczajnie nie jest możliwe, żeby wszyscy mieszkańcy tak wielkiego obszaru mówili dokładnie tak samo. To samo zjawisko możemy zaobserwować obecnie w Ameryce – Teksańczyk mówi inaczej niż Nowojorczyk – lub na nieco mniejszą skalę na własnym podwórku – Ślązak mówi inaczej niż Białostoczanin (jeśli chcemy traktować śląski jako osobny język, zastąpmy w przykładzie Ślązaka Góralem).

Po drugie, imperium rozciągało się nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie – od niewielkiej, ale buńczucznej społeczności w VIII wieku przed Chrystusem do późnego cesarstwa w V wieku po Chrystusie (celowo nie mówię tu o Bizancjum, czyli cesarstwie wschodniorzymskim, ponieważ dominował w nim język grecki). Tak długa przestrzeń czasowa stwarza spore możliwości ewolucji, również w zakresie fonetyki.

Wreszcie rzymskie społeczeństwo – jak każde – było zróżnicowane klasowo, co również odbijało się na wymowie. Pochodzenie społeczne i wykształcenie ujawnia się w sposobie nie tylko wysławiania się, lecz także wymowy głosek („piejo kury, piejo, ni majo koguta” brzmi dość ludowo, nieprawdaż?). Zachowała się nawet dość urocza anegdota o cesarzu Wespazjanie, który z pochodzenia był prostym żołnierzem, co skutkowało pewnymi gminnymi naleciałościami w mowie.  Kiedy konsul Florus wytykał mu, że nazwę wozów towarowych – „plaustra” – wymawia po wiejsku jako „plostra”, cesarz w odpowiedzi zwrócił się do niego per „Flaurus”, co po grecku oznacza nicponia.

Niemniej jednak da się odtworzyć łacińską fonetykę. Rekonstruujemy ją na podstawie antycznych inskrypcji, metrycznych tekstów poetyckich, starożytnych dzieł poświęconych gramatyce i językoznawstwu, oraz kontynuantów występujących w językach romańskich. Wyniki takiej rekonstrukcji mogą zaskoczyć młodych adeptów języka Rzymian – o czym może następnym razem.

Musimy pamiętać o tym, że tradycyjna wymowa łaciny to sztuczna konwencja, zatem stosowanie jej do tekstów antycznych to anachronizm. Nie zmienia to faktu, że nawet taka wymowa, jako powszechnie przyjęta, ułatwia nam zrozumienie łaciny i wprowadza pewien porządek w jej użyciu – ujednolicanie zresztą, jakby nie spojrzeć, raczej wpisuje się w rzymski duch. Można się spierać o sposób wymowy łaciny – jednak niezależnie, jakie przyjmiemy stanowisko, wymawiajmy świadomie.


Autorką artykułu jest Maria Wolak


Zobacz również:

Rola współczesnej nauki języków klasycznych (łacina, greka, scs)

Na początku była łacina

Żywa łacina – lekcja mówienia w martwym języku. Część I

Żywa łacina – lekcja mówienia w martwym języku. Część II

Co nas śmieszy w języku rosyjskim?

Tytuł tego artykułu jest nieco przewrotny, ponieważ z rosyjskim mam styczność od ładnych paru lat, uwielbiam go słuchać i się nim posługiwać, ale z doświadczenia własnego i swoich uczniów wiem, że na różnych poziomach zaawansowania może wywoływać uśmiech na twarzy. Dlaczego? Bo momentami bywa podobny do polskiego. I nie mam na myśli zbliżonego znaczenia, tylko warstwę brzmieniową, bo to ona wywołuje najwięcej skojarzeń.

O różnicach i podobieństwach między językiem polskim a rosyjskim opowiadałam w jednym z filmików – ten materiał będzie doskonałym wstępem do naszych późniejszych rozważań, zwłaszcza dla Czytelników nie znających tego języka:

https://youtu.be/WGwP-UlwElQ

Nie ukrywajmy, że najbardziej śmieszne wydają nam się te brzmienia, które niezbyt dostojnie się kojarzą lub w naszej wyobraźni tworzą dość zabawny obrazek. I właśnie na takie dwie grupy je podzieliłam.

Skojarzenia dźwiękowe

Pamiętam, kiedy na jednych z pierwszych zajęć z języka rosyjskiego na studiach nasz lektor poprosił, żebyśmy wykonali pewne ćwiczenie, rozpoczynając: будьте любезны… [budźcie liubiezny]. Oczywiście, nikt nie zachowywał się lubieżnie, choć wszyscy się śmiali, a dopiero potem się okazało, że prowadzący chciał, abyśmy „byli uprzejmi” wykonać jego polecenie.

Podobne skojarzenia wywołuje słowo сутки [sutki], które z biustem ma niewiele wspólnego (ten po rosyjsku to грудь/grudź lub właśnie бюст/biust), bo oznacza… dobę. Można jeszcze zaakceptować, kiedy магазин работает круглосуточно [magazin rabotajet kruglosutoczno], czyli sklep jest otwarty przez całą dobę, ale jak się nie uśmiechnąć, kiedy работает кругые сутки [rabotajet kruglyje sutki]?

Zabawnie, choć równie nieprzystojnie kojarzą się wszelkie określenia związane z używaniem ognia: зажигалка [zażygalka] to zapalniczka, зажигать костёр [zażygat’ kostior] oznacza rozpalanie ogniska, a обжиг [obrzyg] to proces, który oznacza… wypalanie.

Skojarzenia wizualne

Nazwałam je tak, ponieważ dane wyrażenie może się kojarzyć z jakąś scenką, zabawną sytuacją – oczywiście, w zależności od osoby takie wyobrażenia mogą być zupełnie inne.

Klasykiem jeszcze z okresu studiów było сначала разберёмся, а потом будем доказывать [snaczala razbieriomsja, a potom budziem dokazywat’], co oznacza mniej więcej: „najpierw rozeznamy się w sytuacji, a potem będziemy szukać dowodów”. Skojarzenie jest jednak chwytliwe, gdyż jeden z moich kursantów, pan po sześćdziesiątce, na pytanie, jaki może być sens tego zwrotu, odpowiedział: „pani Dagmaro, już chyba nie w tym wieku”.

Inną sytuacją, również z zajęć, była próba przetłumaczenia określenia охотник за бабочками [ochotnik za baboczkami]. Dziwnym trafem zamiast „łowcy motyli” wyszedł „pies na baby”, ku ogólnemu zdziwieniu, że przecież polskie tłumaczenie nijak się ma do rosyjskiego oryginału.

I na koniec określenie, które wyjątkowo lubię – смотреть телевизор [smotriet’ telewizor], które po polsku się przekłada jako „oglądanie telewizji”. Zawsze, kiedy słyszę o „oglądaniu telewizora”, widzę parę osób siedzących na kanapie, wpatrzonych w czarny ekran.

Oczywiście, z powyższych przykładów można się pośmiać i o nich zapomnieć, ale można też na bazie dźwiękowej i wizualnej budować skojarzenia, które pozwolą nam szybciej zapamiętać nowe słówka i zwroty. Co jednak najważniejsze, taka metoda uczenia się jest niezwykle efektywna – połączenie informacji ze skojarzeniem tworzy trwały ślad pamięciowy, co w przypadku nauki języków obcych jest niezwykle ważne.

A jakie techniki zapamiętywania nowych słówek Wy stosujecie? Jestem ich bardzo ciekawa 🙂

Autorką wpisu jest Dagmara Bożek-Andryszczak – tłumaczka i lektorka języka rosyjskiego. Autorka bloga o tłumaczeniach i języku rosyjskim http://www.dagatlumaczy.pl/ oraz specjalistycznego słownika polsko-rosyjskiego i rosyjsko-polskiego z zakresu marketingu internetowego https://www.slownikrosyjskiego.pl/.

Narody turkijskie południowej Syberii – część II

Pierwsza część tego artykułu była wprowadzeniem do geografii i podziału administracyjnego południowej Syberii. Dziś kontynuuję temat narodów turkijskich żyjących w tym regionie i postaram się usystematyzować ich podział.

W poprzedniej części pisałam, że podziały administracyjne często nie pokrywały się z etnicznymi, wskutek czego dochodziło do sztucznych podziałów lub równie sztucznych zjednoczeń. Należy także podkreślić, że niezależnie od rosyjskiej polityki w tym regionie sama etnogeneza narodów południowej Syberii była bardzo złożona. Wspomnę jedynie o dwóch związanych z nią czynnikach. Po pierwsze, co najmniej część tych narodów / grup etnicznych wyłoniła się na gruzach Chanatu Syberyjskiego (koniec XV w. – koniec XVI w.) i państwa Kirgizów jenisejskich, które ostatecznie upadło w XVIII w. Po drugie, część narodów uchodzących dziś za turkijskie to najprawdopodobniej sturczeni przedstawiciele narodów uralskich, a ściślej mówiąc – grupy samojedzkiej. Grupa ta, reprezentowana obecnie przez Nieńców, Eńców, Nganasan i Selkupów zamieszkujących północno-zachodnią Syberię, miała niegdyś znacznie większy zasięg, niż obecnie (obejmujący także południe Syberii), a część jej przedstawicieli wymarła bądź uległa rusyfikacji lub turkizacji. Jednym z takich narodów byli Kamasyńcy. O języku kamasyjskim, od stosunkowo niedawna wymarłym (1989 r.) wspominałam przy okazji klasyfikacji języków turkijskich. Otóż język ten, zaliczany zazwyczaj do samojedzkich (a więc uralskich), został uznany za turkijski przez Nikołaja Baskakowa i w związku z tym znalazł się w jego klasyfikacji razem z szorskim, chakaskim, czułymskim i saryg-ujgurskim.

Koniec dygresji, czas wracać do współczesności, bo nie da się równocześnie opowiedzieć o wszystkim, zwłaszcza gdy sami językoznawcy nie mają pewności co do wielu spraw. Zacznijmy od Ałtajczyków, bo wydaje mi się, że tu jest najwięcej komplikacji. Według Łukasza Smyrskiego (o którego książce „Ajdyn znaczy księżyc” wspominałam poprzednim razem) dzielą się oni na północnych i południowych, co odpowiada podziałom z klasyfikacji języków turkijskich. Podział na grupy etniczne wygląda więc następująco.

Ałtajczycy północni:

– Kumandyńczycy;

– Tubalarzy;

– Czełkanie.

Do Ałtajczyków północnych bywają zaliczani także Szorowie, ale nie zawsze, więc o nich napiszę osobno.

Ałtajczycy południowi:

– Ałtaj-kiżi;

– Teleuci;

– Telengici.

Drugą „skomplikowaną” grupą są Chakasi. Podobnie jak w przypadku Ałtajczyków, nie są oni jednolitym narodem. Według Smyrskiego samo słowo „Chakas” służy im tylko jako samookreślenie w języku rosyjskim, natomiast ich świadomość wiąże się z mniejszymi grupami etnicznymi. Główne grupy Chakasów to Kaczynowie (z północy) i Sagajowie (z południa). Poza tym wyróżnia się jeszcze Beltyrów (którzy uchodzą za podgrupę Sagajów), Kojbałów i Kyzyłów.

Podziałom podlegają także Tuwińcy, którzy, choć są narodem turkijskim, pod względem kultury mają wiele wspólnego z mongolskimi sąsiadami. Na terenie Tuwy wyodrębnia się większą grupę zachodnią oraz mniejszą wschodnią zwaną Todżyńcami. Poza tą republiką, lecz nadal w obrębie Rosji, żyją także bliscy Tuwińcom Tofalarzy (na zachodzie obwodu irkuckiego) i Sojoci (w Buriacji). W Mongolii i Chinach również występują grupy etniczne spokrewnione z Tuwińcami: Monczak i Caatani. Spotkałam też zdanie, że Sojoci i Caatani wywodzą się ze wspomnianych wyżej samojedzkich narodów uralskich, które uległy wpływom turkijskim i mongolskim.

Nie należy też pomijać innych narodów turkijskich południowej Syberii, nie mających własnych republik ani innych form autonomii. Pisałam tu już o Szorach – mieszkają oni przede wszystkim w obwodzie kemerowskim, lecz także na północy Chakasji. Na pograniczu obwodu tomskiego i Kraju Krasnojarskiego żyją zaś Turcy czułymscy. Poza tym cała zachodnia i południowa Syberia jest ojczyzną różnych grup Tatarów syberyjskich.

Im dalej w las, tym więcej drzew. Mam nadzieję, że pisząc na ten temat, udało mi się choć trochę wyjaśnić sytuację, a nie tylko zagmatwać – i że uda mi się jeszcze wrócić do tego tematu, tym razem już z mapą. Jeśli ktoś spośród Czytelników ma większą wiedzę na ten temat, będę wdzięczna za uwagi.


Zobacz również:

Różnorodność języków turkijskich

Klasyfikacje języków turkijskich – część 1

Klasyfikacje języków turkijskich – część 2

Teoria ałtajska

Przykład języka zagrożonego – czyli po co mi ten szorski?

Język szorski na tle innych języków turkijskich – część I

Język szorski na tle innych języków turkijskich – część II

Język szorski na tle innych języków turkijskich – część III

Narody turkijskie południowej Syberii – część I

Narody turkijskie południowej Syberii – część I

Południowa Syberia uchodzi za kolebkę narodów turkijskich, a i teraz mieszka tam kilka z nich. No właśnie – jakich? Pierwsze skojarzenie to Ałtajczycy, Chakasi, Tuwińcy, Szorowie… A co z Teleutami, Telengitami, Kumandyńczykami, Tofalarami, Tubalarami czy Turkami czułymskimi? Czy są to narody, czy grupy etniczne? Na jakiej podstawie można to stwierdzić?

Drugie pytanie dotyczy języków turkijskich tego regionu. Mogłoby się wydawać, że wszystko jest proste – Ałtajczycy mają język ałtajski, Chakasi – chakaski, Szorowie – szorski itd. Jest to jednak bardziej skomplikowane, niż się wydaje. Już na pierwszy rzut oka widać, że co najmniej trzy klasyfikacje języków turkijskich wyróżniają północnoałtajski i południowoałtajski. Niektóre z nich wymieniają jeszcze dialekty tych języków. Z kolei słowo „szorski” odnosi się zarówno do języka Szorów, jak i do jednego z dialektów języka chakaskiego. Jak się w tym wszystkim nie pogubić, czy jest to w ogóle możliwe?

Jeśli chodzi o klasyfikacje języków turkijskich, do tej pory zetknęłam się aż z kilkunastoma takimi podziałami różnych autorów. Oznacza to, że w środowisku turkologów nadal nie ma jednoznacznego, ustalonego podziału, co do którego zgadzaliby się wszyscy. Czy w takim razie da się wyjaśnić opisane wyżej zagadnienia? Być może w tej kwestii cały czas jest więcej pytań niż odpowiedzi. Jednak aby dodatkowo nie komplikować sprawy, skupię się na sytuacji obecnej.

http://trasa.ru/img/regions/sibirskiy.gif

Być może najłatwiejsze zagadnienie to geografia – rozmieszczenie wymienionych narodów / grup etnicznych na tle współczesnego podziału administracyjnego Rosji. Spróbujmy więc to usystematyzować. Na południowej Syberii istnieją obecnie trzy turkijskie republiki autonomiczne: Ałtaj, Chakasja i Tuwa. Już nazwa tej pierwszej może wprowadzać pewien problem – nie należy bowiem mylić Ałtaju z sąsiadującym z nim Krajem Ałtajskim – ale po kolei.

Republika Ałtaju leży w dużym stopniu w górach Ałtaj i graniczy na zachodzie ze wspomnianym Krajem Ałtajskim, na północy z obwodem kemerowskim i Chakasją, na wschodzie z Tuwą, a na południu z Mongolią, Chinami i Kazachstanem. Jej stolicą jest Gornoałtajsk.

Źródło: https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/0/0e/Altai_republic_map.png/250px-Altai_republic_map.png

W przeciwieństwie do Republiki Ałtaju Kraj Ałtajski jest w dużym stopniu nizinny – większość jego powierzchni przypada na Nizinę Zachodniosyberyjską. Na zachodzie i południu graniczy z Kazachstanem, na północy z obwodem nowosybirskim, na wschodzie z obwodem kemerowskim i Republiką Ałtaju. Jego stolicą jest Barnauł.

Republika Chakasji leży na lewym brzegu Jeniseju, w Kotlinie Chakasko-Minusińskiej i Wysoczyźnie Sajano-Ałtajskiej. To właśnie z tego regionu wywodzili się Kirgizi jenisejscy, których potomkami najprawdopodobniej są współcześni Chakasi. Obecnie Chakasja graniczy na zachodzie z obwodem kemerowskim, na północy i wschodzie z Krajem Krasnojarskim, a na południu z Tuwą i Ałtajem. Jej stolicą jest Abakan.

Republika Tuwy to jeden z najbardziej odizolowanych regionów Federacji Rosyjskiej. Ze wszystkich stron otaczają ją góry: Ałtaj, Sajan Wschodni, Sajan Zachodni i Tannu-Oła. Ma też odrębną historię od innych części Syberii, gdyż aż do 1911 r. należała do Chin. Tuwińcy podlegali też znacznym wpływom mongolskim. Osadnictwo rosyjskie w Tuwie zaczęło się dopiero pod koniec XIX wieku. Po krótkim epizodzie niepodległości Tuwa w 1946 r. została przyłączona do ZSRR jako Tuwiński Obwód Autonomiczny, w 1961 r. przekształcony w republikę. Obecnie graniczy na zachodzie z Ałtajem i Chakasją, na północy z Krajem Krasnojarskim, na wschodzie z obwodem irkuckim i Republiką Buriacji, a na południu z Mongolią. Stolicą Tuwy jest Kyzył.

W tym miejscu trzeba podkreślić, że podziały administracyjne z różnych przyczyn często nie pokrywają się z etnicznymi. Wymienione wyżej republiki autonomiczne powstawały najczęściej w pierwszych latach ZSRR jako obwody autonomiczne, często na terytoriach zamieszkiwanych przez narody niemające własnych tradycji państwowości lub takie, u których te tradycje sięgały bardzo daleko w głąb historii. Niejednokrotnie były to decyzje czysto polityczne, nieprzystające do rzeczywistości. Tak więc, skoro już istniała ałtajska republika, jej ludność zaczęto nazywać Ałtajczykami, a język ałtajskim, nie uwzględniając lokalnych podziałów. Jak już wspomniałam na początku, wszystko jest znacznie bardziej złożone. W zrozumieniu tego problemu bardzo pomogła mi książka Łukasza Smyrskiego „Ajdyn znaczy księżyc. Narody południowej Syberii” (wyd. DiG, Warszawa 2008). Polecam ją zwłaszcza dlatego, że polskie materiały na ten temat to rzadkość.

W drugiej części artykułu przejdę do kwestii etniczno-językowych.


Zobacz również:

Różnorodność języków turkijskich

Klasyfikacje języków turkijskich – część 1

Klasyfikacje języków turkijskich – część 2

Teoria ałtajska

Przykład języka zagrożonego – czyli po co mi ten szorski?

Język szorski na tle innych języków turkijskich – część I

Język szorski na tle innych języków turkijskich – część II

Język szorski na tle innych języków turkijskich – część III

Język szorski na tle innych języków turkijskich – część III

Kontynuuję temat o języku szorskim, porównując go z jakuckim i kirgiskim pod względem gramatyki, składni i słownictwa. W I części pisałam głównie o tym, jakie mogą być przyczyny różnic i podobieństw. W II części skupiłam się na gramatyce i składni. Teraz przechodzę do słownictwa.

Wspominałam wcześniej, że kultura i tradycja danego narodu odzwierciedla się w słownictwie np. poprzez bogatszy lub uboższy zasób słów na dany temat. W tej chwili nie będę zajmować się tym zagadnieniem, gdyż postanowiłam porównać słownictwo trzech języków na przykładzie najczęściej używanych, uniwersalnych pojęć. Zaczerpnęłam je w większości z portalu o języku kirgiskim Tili.kg, który wśród innych pomocy naukowych przedstawił swego czasu 200 podstawowych słów tego języka.

Do każdego słowa w języku polskim przyporządkowałam jego odpowiednik jakucki, kirgiski i szorski, a na tej podstawie podzieliłam całość na pięć grup:

  1. słowa podobne do siebie nawzajem we wszystkich trzech językach;
  2. słowa podobne w kirgiskim i szorskim, a odróżniające się w jakuckim;
  3. słowa podobne w kirgiskim i jakuckim, a odróżniające się w szorskim;
  4. słowa podobne w jakuckim i szorskim, a odróżniające się w kirgiskim;
  5. słowa niepodobne do siebie nawzajem w żadnym z tych języków.

Słowa podobne we wszystkich trzech językach

Polski Jakucki Kirgiski Szorski
jeden биир бир пир
dwa икки эки ийги
trzy үс үч ӱш
cztery түөрт төрт тӧрт
pięć биэс беш пеш
sześć алта алты алты
siedem сэттэ жети четти
dziewięć тоҕус тогуз тоғус
dziesięć уон он он
jedenaście уон биир он бир он пир
dwanaście уон икки он эки он ийги
trzynaście уон үс он үч он ӱш
czternaście уон түөрт он төрт он тӧрт
piętnaście уон биэс он беш он пеш
szesnaście уон алта он алты он алты
siedemnaście уон сэттэ он жети он четти
dziewiętnaście уон тоҕус он тогуз он тоғус
dwadzieścia сүүрбэ жыйырма чегирбе
trzydzieści отут отуз одус
dziewięćdziesiąt тоҕус уон токсон тоғузон
sto сүүс жүз чӱс
czerwony кыһыл кызыл қызыл
brązowy күрэҥ, өһөх күрөң қӱрең
niebieski күөх көк кӧк
czarny хара кара қара
koło төгүрүмтэ тегерек тегелек
ryba балык балык палық
koń ат, сылгы ат, жылкы ат
mięso эт эт эт
mleko үүт сүт сӱт
woda уу суу суғ
jajko сымыыт жумуртка ныбыртқа
ucho кулгаах кулак қулақ
ząb тиис тиш тиш
język тыл тил тил
szyja моой моюн мойун
nos мурун мурун пурну
dziewczyna кыыс кыз қыс
mężczyzna эр киһи эркек, эркек киши эр кижи
noga атах аяк, бут азақ
głowa бас, төбө баш паш
poduszka сыттык жаздык частық
nóż быһах бычак пычақ
łopata курдьэх күрөк кӱрчек
iść бар- бар- пар-
brać ыл- ал- ал-
biegać сүүр- жүгүр- чӱгӱр-
dawać биэр- бер- пер-
jeść аһаа-, сиэ- же- чии-
grać оонньоо- ойно- ойна-
spać утуй- укта- узу-
otwierać ас- ач- аш-
płakać ытаа- ыйла- ылға-
pić ис- ич- иш-
siedzieć олор- отур- одур-
stać тур- тур- тур-
patrzeć көр- кара- кӧр-

Słowa podobne w kirgiskim i szorskim, a odróżniające się w jakuckim

Polski Jakucki Kirgiski Szorski
osiem аҕыс сегиз сегис
osiemnaście уон аҕыс он сегиз он сегис
czterdzieści түөрт уон кырк қырық
pięćdziesiąt биэс уон элүү элиг
osiemdziesiąt аҕыс уон сексен сегизон
tysiąc тыһыынча миң муң
żółty араҕас, саһархай сары сарығ
biały үрүҥ, маҥан ак ақ
zielony чээл күөх, мутукча күөҕэ жашыл чажыл
różowy кубархай кыһыл кызгылт қыскылтым
zając куобах коён қозан
koza коза эчки ӧшкӱ
mysz кутуйах чычкан шышқан
świnia сибиинньэ чочко шошқа
owca тыһы бараан кой қой
kaczka кус өрдөк ӧртек
wielbłąd тэбиэн төө тӧӧ
miód мүөт бал пал
twarz сирэй бет, жүз чӱс
policzek иэдэс жаак наақ
włosy баттах чач шаш
ręka илии кол қол
łyżka ньуоска кашык шабла, қажық
lustro сиэркилэ күзгү қӱзеген
mydło мыыла самын сабын
rzeka өрүс өзөн, дарыя, дайра, суу, сай чулат, суғ
drzwi аан эшик эжик
gotować бэлэмнээ бышыр- пыжыр-
skakać кылый- секир-, атто- атты-

Słowa podobne w kirgiskim i jakuckim, a odróżniające się w szorskim

Polski Jakucki Kirgiski Szorski
pies ыт ит адай
palec тарбах бармак падырбаш
krzesło устуул стул тақта
stół остуол стол терги
łóżko орон, кырабаат кровать, керебет ширге
talerz тэриэлкэ тарелка айак
liść сэбирдэх жалбырак пӱр
śmiać się күл- күл- қатқыр-

Słowa podobne w jakuckim i szorskim, a odróżniające się w kirgiskim

Polski Jakucki Kirgiski Szorski
sześćdziesiąt алта уон алтымыш алтон
siedemdziesiąt сэттэ уон жетимиш четтон
krowa ынах уй нек
oko харах көз қарақ
chłopiec уол бала оол
nożyczki кыптыый кайчы қыпты
sklep маҕаһыын, лааппы дүкөн лапке
szkoła оскуола мектеп шқол

Słowa różniące się we wszystkich trzech językach

Polski Jakucki Kirgiski Szorski
szary сиэрэй, бороҥ боз қыр
lew хахай арстан ала парс
kot куоска мышык пызрақ
chleb килиэп нан қалаш
cebula луук пияз оқсум
usta айах ооз ақсы
kobieta дьахтар аял тижи кижи
ubikacja туалет даараткана шыжалғы
ręcznik соттор сүлгү қол чосқуш
kwiat чэчик, сибэкки гүл чақкийек
drzewo мас жыгач; дарак ағаш
las ойуур, тыа токой ағаш, чыш
piłka мээчик топ тоғаланчық
ulica уулусса көчө орам
dach кырыыса чатыр чабығ
okno түннүк терезе қӧзӱнек
czytać аах- оку- қыыр-
książka кинигэ китеп ном
nauczyciel учуутал мугалим ӱргедигчи
pisać суруй- жаз- пас-
rysować уруһуй-, дьүһүн-, ойуул- сүрөт тарт- қааста-
tańczyć үҥкүүлээ- бий- серки-
myśleć санаа-, толкуйдаа- ойло- пӧгӱн-, толан-

Spośród 125 wykorzystanych słów najwięcej (57) znalazło się w grupie, w której wszystkie trzy tłumaczenia są podobne. Trafiła do niej zdecydowana większość liczebników i sporo czasowników. Niektóre słowa nieznacznie różnią się fonetyką, inne zapisem, a kilka ma identyczną postać w dwóch, a nawet w trzech językach (np. эт – mięso).

Drugie miejsce zajęła grupa, w której odpowiednik szorski i kirgiski są podobne, a jakucki się odróżnia (29). Znalazło się w niej kilka liczebników, które nie pasowały do grupy pierwszej. Okazało się także, że wiele nazw zwierząt, niektóre kolory i części ciała mają w jakuckim zupełnie inną postać, niż w szorskim i kirgiskim. Zawdzięczają ją prawdopodobnie zapożyczeniom mongolskim, tunguskim i paleoazjatyckim. Np. słowo сирэй – „twarz” – jest zbieżne z mongolskim чирай. Podobne pochodzenie ma санаа- – myśleć. Co ciekawe, w tej grupie znalazło się też słowo „kaczka”, którego odrębność mieści się jednak w korzeniach turkijskich. Po jakucku kaczka to кус, co kojarzy się z ogólnoturkijskim kuş – „ptak”. Czyżby ogół został przeniesiony do szczegółu?

Na trzecim miejscu pod względem liczebności znalazła się grupa, w której każde słowo ma odrębną postać w każdym z trzech języków (23). Jakucki reprezentują w niej głównie zapożyczenia z rosyjskiego, których postać w niejednym przypadku została tak zmieniona przez odmienności fonetyki, że często trudno je rozpoznać na pierwszy rzut oka. Np. jakucki килиэп – „chleb” pochodzi od rosyjskiego słowa хлеб, a куоска – „kot” to rosyjska кошка. Można się tylko zastanawiać, dlaczego jakucki nie wykształcił własnych pojęć – czy przed przybyciem Rosjan Jakuci nie jedli żadnego odpowiednika chleba? Czy nie trzymali kotów w swoich koczowniczych gospodarstwach? A może takie odpowiedniki były, ale zostały wyparte przez naleciałości? Podkreślę po raz kolejny, że Jakucja została opanowana przez Rosjan już w XVII w., a więc znacznie wcześniej, niż ziemie kirgiskie – Turkiestan został przyłączony do Imperium Rosyjskiego w 1867 r.

Dwie pozostałe grupy, w których odrębność przejawia się w kirgiskim lub szorskim, zawierają po 8 wyrazów. To jeszcze bardziej podkreśla fakt, że kirgiski i szorski są bardziej podobne do siebie nawzajem, niż każdy z nich do jakuckiego. Ale i tak, biorąc pod uwagę izolację jakuckiego, ma on zaskakująco dużo wspólnego z pozostałymi językami turkijskimi.

W tym miejscu zakończę rozważania o podobieństwach i różnicach między tymi trzema językami. Z pewnością profesjonalni językoznawcy zrobiliby to lepiej i przytoczyli więcej przykładów, ale mam nadzieję, że czytanie tego artykułu będzie choćby dla kilku osób tak ciekawe, jak było dla mnie pisanie go.


Źródła:

Харитонов Л. Н., Современный якутский язык. Часть первая. Фонетика и морфология, Госиздат ЯАССР, Якутск 1947

http://tili.kg/

http://tili.tadarlar.ru/uchebnaya/slovar

http://el-sozduk.kg/

https://sakhatyla.ru/


Zobacz również:

Różnorodność języków turkijskich

Klasyfikacje języków turkijskich – część 1

Klasyfikacje języków turkijskich – część 2

Teoria ałtajska

Przykład języka zagrożonego – czyli po co mi ten szorski?

Język szorski na tle innych języków turkijskich – część I

Język szorski na tle innych języków turkijskich – część II

Genderomowa

Uniwersytet w Cardiff znalazł się w ogniu krytyki z powodu publikacji listy słów zakazanych. Nie wolno używać tam już takich sformułowań jak „umowa dżentelmeńska” (gentleman's agreement) lub „strażak” (fireman). Zdaniem licznych komentatorów jednak taka politycznie poprawna nowomowa ogranicza swobodę wypowiedzi. Walijski uniwersytet w swej krucjacie przeciwko niepoprawnym genderowo słowom znalazł się w ogniu krytyki nie tylko zwykłych ludzi powszechnie używających zakazanych słów, lecz również organizacji chroniących swobody wypowiedzi. Jest to element akademickiej walki ze stereotypami w języku, które „odmawiają ludziom ich indywidualności”. Zamiast tego, powinno się natomiast „promować atmosferę, w której wszyscy studenci czują własną wartość”. Nieposłuszeństwo językowe grozi postępowaniem dyscyplinarnym.

Czucie się „urażonym czyimś językiem” wydaje się nową modą. Studenci w Cambridge protestowali na przykład, ponieważ w ich kantynie podano im „Jamaican stew” (jamajski gulasz), na domiar złego z „Tunisian rice” (ryż po tunezyjsku). Ich zdaniem jest to niedopuszczalna stygmatyzacja kulturowa. Uniwersytet East Anglia zabronił też rozdawać sombrero w restauracji, ponieważ mogłoby to obrażać uczucia Meksykanów.

Magazyn Spiked zbadał stan swobody wypowiedzi na angielskich uczelniach.  Z opublikowanego przez nich raportu wynika, że ponad 63% brytyjskich uczelni aktywnie prowadzi politykę wrogą swobodzie wypowiedzi. Aż 94% brytyjskich uczelni prowadzi cenzurę. Co gorsza, problem z każdym rokiem pogłębia się. Do tematu odniosła się nawet pani premier Theresa May. Oprócz krytyki polityki „safe space” (tworzenie klosza, pod którym uczucia wrażliwych studentów – snowflakes – nie mogą zostać zranione), wspomniała, że ograniczenie swobody wypowiedzi negatywnie wpłynie na brytyjską gospodarkę i społeczeństwo. Według komentarzy pod artykułami prasowymi na ten temat, większość społeczeństwa również nieprzychylnie odnosi się do językowych rewolucji („Nie mają nic lepszego do roboty?”, „Kogoś, kto podaje listę słów, których wolno używać, powinno trzymać się jak najdalej od władzy!”).

Sytuacja jest również nieciekawa na amerykańskich uczelniach. „Antyfaszystowscy” studenci uniwersytetu w Berkeley (słynnego z obrony wypowiedzi w latach sześćdziesiątych) zorganizowali zamieszki, w wyniku których na kampusie nie mógł przemawiać prawicowy orator Milo Yiannopoulos – który notabene jest gejem i ma czarnego chłopaka… Dla młodocianych cenzorów to zbyt mało by udowodnić, że nie jest homofobicznym rasistą. Stąd również w USA powstają organizacje, które muszą stanąć w obronie swobody wypowiedzi, na przykład Fundacja na Rzecz Indywidualnych Praw w Edukacji FIRE, o której działaniach więcej dowiedzieć można się z poniższego filmiku:

O kwestii swobody wypowiedzi na anglosaskich uniwersytetach szerzej piszę w tekście Czy jest jeszcze wolność wypowiedzi na angielskich i amerykańskich uczelniach?

Wracając do kwestii czysto językowych, większość problemów wiąże się z tym, że w języku angielskim słowo man znaczy zarówno mężczyzna, jak i ogólnie człowiek. Stąd problemem stają się wszystkie słowa typu policeman (policjant), gentleman (dżentelmen) czy right-hand man (prawa ręka). Sama zamiana na policewoman (policjantka) nie jest wystarczająco poprawna, ponieważ słowa te nadal naładowane są genderowymi treściami – a co jeśli dany stróż prawa nie wie jeszcze, czy chce być policjantem, czy policjantką? Dlatego wszystkie słowa używane przez dzisiejszych studentów muszą być „neutralne genderowo”. „Pochodzenie kulturowe” interlokutora nie powinno wpływać na dobór słów, którymi się posługuje. Zamiast tego powinni „otworzyć się na różnorodność kulturową”, donosi The Telegraph.

Nie wszyscy jednak palą się do tak rozumianej otwartości. W wywiadzie dla powyższej gazety dr Joanna Williams z uniwersytetu w Kent mówi „Pomysł mówienia ludziom na uniwersytecie jak mają się wyrażać jest obelgą dla naukowców i studentów. Powinniśmy być w stanie poradzić sobie ze słowami. Różne wyrażenia naturalnie wyewoluowały na przestrzeni lat i niekoniecznie muszą nieść w sobie seksistowskie konotacje”.

Uniwersytet w Cardiff jednak twardo broni swojego stanowiska. „Zarzuty o nadmiar tak zwanej poprawności politycznej nie są dla nas niczym nowym (…) Uniwersytet wprowadził regulamin inkluzywnego języka (Code of Practice on Using Inclusive Language), który jest szerokim podejściem promującym solidarność i równość poprzez podnoszenie świadomości w kwestii potencjalnie dyskryminującego słownictwa. Sugeruje unikanie niestosownych uogólnień i podaje obrazowe przykłady słownictwa pełnego znaczenia genderowego oraz neutralne dla nich alternatywy”, napisał rzecznik uniwersytetu.

Jakie wytyczne wystosował więc uniwersytet w Cardiff?

Są to ogólne porady, na przykład:

– Słowa homoseksualny i heteroseksualny przebrzmiewają wartościami czasów nietolerancji, należy mówić o związkach jednopłciowych i wielopłciowych (same-sex and other sex relationships).

– Nikt nie lubi być wrzucany do jednego worka, dlatego należy unikać takich słów jak „niepełnosprawni” (disabled) czy „niewidomi” (blind). Dlatego zamiast „the disabled” czy „people with disabilities’  należy mówić „disabled people’ ponieważ to społeczeństwo nie jest w stanie zagwarantować im pełnosprawnego funkcjonowania. Oczywiście słowo handicapped jest poza dyskusją.

– Oprócz tego jest też lista 34 słów, których należy unikać pod groźbą konsekwencji dyscyplinarnych.  Niestety nie da się jej zgrabnie przetłumaczyć na język polski, więc rozkoszować się nią mogą wyłącznie czytelnicy władający tym językiem.

Często sprowadza się to do zamiany „kierownika„ na „kiero-osobę„ itp.:

Best man for the job – Best person for the job

Businessman/woman – Businessperson, manager, executive

Chairman/woman – Chair, chairperson, convener, head

Cleaning lady – Cleaner

Craftsman/woman – Craftsperson, craft worker

Delivery man – Delivery clerk, courier

Dear Sirs – Dear Sir/Madam (Madam/Sir)

Fireman – Fire-fighter

Forefathers – Ancestors, forebears

Foreman/woman – Supervisor, head juror

Gentleman’s agreement – Unwritten agreement, agreement based on trust

Girls (for adults) – Women

Headmaster/mistress – Headteacher

Housewife – Shopper, consumer, homemaker (depends on context)

Layman – Lay person

Man or mankind – Humanity, humankind, human race, people

Man (verb) e.g man the desk – Operate, staff, work at

Man in the street, common man – Average/ordinary/typical citizen/person

Man hour – Work hour, labour time

Man-made – Artificial, manufactured, synthetic

Manpower – Human resources, labour force, staff, personnel, workers, workforce

Miss/ Mrs – Ms chyba że zostało wyraźnie powiedziane, że Mrs

Policeman/woman – Police officer

Right-hand man – Chief assistant

Salesman/girl/woman – Sales assistant/agent/clerk/representative/staff/worker

Spokesman/woman – Spokesperson, representative

Sportsmanship – Fairness, good humour, sense of fair play

Steward/ess – Airline staff, flight attendant, cabin crew

Tax man – Tax officer/inspector

Waitress – Waiter/server

Woman doctor – i ogólnie żeńskie formy takie jak actress, poetess

Working man, working mother/wife – Wage earner/ taxpayer/worker

Workman – Worker/operative/trades person

Workmanlike – Efficient/proficient/skilful/proficient

Lista obejmuje słowa będące w powszechnym użyciu, co wywołuje sprzeciw większości ludzi, którzy ją widzą. Idąc tym tropem, można ją przecież poszerzać o dalsze przykłady:

Czy w takim razie ślepa osoba może powiedzieć „do zobaczenia”?

Czy do pirata wypada powiedzieć „rzuć na to okiem”?

Co to znaczy xe?

Osobnym problemem nowej genderomowy  jest też „zakładanie z góry czyjejś płci”. Aby przypadkiem nie narzucać ról genderowych osobom, które być może się jeszcze nie zdecydowały czy chcą być chłopakiem, czy dziewczynką, wiele uczelni nalega, by używać neutralnego genderowo xe (wymawiaj zii) zamiast on czy ona. Sytuacja jest kontrowersyjna, ponieważ w Kanadzie nowe rozporządzenia wprowadzono już w przedszkolach. Mają powstać również wspólne toalety, obowiązkowe dla wszystkich dzieci. Przymuszanie chłopców do zabawy lalkami jest powszechną praktyką. Zwolennicy pomysłu znów mówią o tym, że pragną, by szkoły były bezpieczniejsze i bardziej włączające. Przeciwnicy gorąco protestowali pod szkołą. Ich zdaniem parolatki nie zawsze potrafią same załatwić się w toalecie, więc zastanawianie się nad tym, którą mają wybrać nie jest ich najpilniejszym problemem.

Tymczasem liberalni językoznawcy zamiast xe sugerują też czasami powrót do wychodzącego już z użycia w języku angielskim „one” w sensie ktoś (na przykład „one has to know one's limits”). Czasami też używa się liczby mnogiej (Charlie tied their shoes). Na Oxfordzie jednak studentów namawia się do stosowania xe. Podobno Cambridge zamierza pójść w ich ślady. A czy za nimi reszta świata?

A co Wy myślicie o takich pomysłach na ulepszenie języka? Podzielcie się swoimi opiniami w komentarzach!


Specjalnie dla Woofla.pl

dr Grzegorz Kuśnierz

Zapraszam na mojego bloga kursu języka angielskiego online Speakingo.

Żywa łacina – lekcja mówienia w martwym języku. Część II

Pierwsza część wywiadu znajduje się tutaj.

Wspominałeś o poezji, która pojawia się na facebooku – naprawdę ktoś pisze i ktoś to czyta?

Tak, mnie też zdarza się popełnić jakiś epigram. W Watykanie organizowany jest corocznie konkurs poezji łacińskiej Certamen Poeticum Vaticanum – bierze w nim udział zwykle kilkadziesiąt osób z całego świata. Nawet w Polsce w tym roku zorganizowaliśmy taki konkurs w ramach Festiwalu ks. Macieja Kazimierza Sarbiewskiego (http://mckplonsk.pl/certamen-poeticum-sarbievianum/). Jego pomysłodawcą był mój znajomy działający w stowarzyszeniu Academia Europaea Sarbieviana. Gdy podzielił się ze mną swoim pomysłem i zapytał, czy mógłbym podjąć się zorganizowania takiego konkursu, pomyślałem, że to szczyt wariactwa – kto w tym weźmie udział? Ale raz kozie śmierć. Zorganizowałem jury, przygotowałem plakat, rozesłałem tu i ówdzie. Ostatecznie wpłynęło 19 zgłoszeń z 7 krajów świata (Polski, Włoch, Hiszpanii, Niemiec, Austrii, Francji i Kanady)! Powstało około 2000 wersów łacińskiej poezji! I to skrajnie różnej – metrycznej, rymowanej, pisanej wierszem białym… Niektóre utwory były naprawdę świetne. Wygrał Niemiec – Jonathan Geiger.

Poezja metryczna… Mój łacinnik tupał nogą recytując Eneidę i zachęcał nas do tego samego. Wyglądało to przekomicznie. Do dziś nie mogę zrozumieć, jak takie coś może kogoś zachwycać.

Rzeczywiście, nie wiemy, jak naprawdę poezję wykonywali sami Rzymianie. Grecy śpiewali, nawet zachowały się fragmenty zapisu muzycznego pewnych utworów i możemy dziś próbować rekonstruować coś z tego – i to też jest w internecie (kilka przykładów: https://www.youtube.com/watch?v=KjHNEbVKIGk – takie starożytne don’t worry, be happy! wygrawerowane na greckim nagrobku z I wieku; melorecytacja Homera: https://www.oeaw.ac.at/kal/sh/ czy w ogóle gra na zrekonstruowanych greckich instrumentach: https://www.oeaw.ac.at/kal/agm/ dla ciekawych mnóstwo publikacji na ten temat: http://homepage.univie.ac.at/Stefan.Hagel/ – nawiasem mówiąc, może niebawem uda nam się ściągnąć tego pana do Poznania na kilka performensów). A po Rzymianach nie pozostały nam żadne fragmenty zapisu muzycznego, żadne wskazówki. Naprawdę nie jesteśmy do końca pewni, jak Rzymianie wykonywali swoją poezję. Nie wiemy, jak łacińską poezję recytował Kochanowski! A przecież posługiwał się starożytnymi miarami metrycznymi (np. Carmen macaronicum napisał polsko-łacińskim heksametrem) – pozostaje tu nadal wiele do powiedzenia i wiele do odkrycia. To tupanie, czyli akcentowanie odpowiednich sylab dla zaznaczenia specyficznego rytmu, to bodaj wynalazek Richarda Bentleya żyjącego na przełomie XVII i XVIII wieku.

To jak to robiono przedtem?

No właśnie nie wiemy, i już wtedy nie wiedziano. Powstawało więc wiele koncepcji. Jedną z nich jest wspomniane tupanie, a inną np. śpiewanie.

Śpiewanie?

Skoro po łacinie wiersze nazywano słowem carmina – czyli po prostu pieśni, wielu uczonych było święcie przekonanych, że trzeba je śpiewać. A skoro nie zachowały się starożytne melodie, to tworzono nowe, które odpowiadały rytmowi łacińskiego wiersza. Jednym z wielu, którzy takie melodie tworzyli, był żyjący na przełomie XV i XVI wieku Petrus Tritonius. Napisał on 4-głosowe aranżacje do utworów Horacego i Filipa Kallimacha (Buonacorsiego) – dziełko dziś zapomniane, bo nie zostało dotąd przepisane na współczesną notację muzyczną i wydane, mało kto w ogóle to wykonuje – a już na pewno nie w Polsce. A szkoda, bo jest w tym i polski akcent – powstało ono w środowisku Filipa Kallimacha i Konrada Celtisa, humanistów działających w Krakowie w XV wieku. Kallimach jest z resztą pochowany u krakowskich Dominikanów (stela nagrobna w lewej ścianie prezbiterium). Oczywiście dziełko jest dostępne w google books:

https://books.google.pl/books?id=6dyIi0TbByQC&printsec=frontcover&hl=pl&source=gbs_ge_summary_r&cad=0#v=onepage&q&f=false I proszę – nie trzeba ruszać się z domu, by je zobaczyć!

Trudno jednak wykonywać z uczniami liceum albo studentami polonistyki czy historii 4-głosowe utwory XVI-wiecznej muzyki…

Rzeczywiście, to może być trudne. Ale mamy i prostsze rozwiązania. Wiesz, że niektóre łacińskie miary wierszowe można wykonać na znane dziś melodie? Np. Donec gratus eram tibi Horacego można całkiem zgrabnie podłożyć pod „Czerwone korale” Bratanków… W rzeczywistości jest to węgierska melodia wykorzystana przez ten zespół – kto nie wierzy, niech posłucha:

https://www.youtube.com/watch?v=1fDw9YQQM54&list=PL1273E23FBFFABCA8&index=4 Także i melodia innej węgierskiej piosenki pasuje idealnie do galijambu Katullusa – Super alta vectus Attis… https://youtu.be/WWdpIk4Ayl0?t=71 Są też i inne melodie pisane współcześnie, specjalnie do poszczególnych metrów czy utworów – wiele z nich można znaleźć na youtube – wystarczy wpisać hasło: TYRTARION, i wyskoczy cała playlista

(https://www.youtube.com/watch?v=wKLDQLjCLG4&list=PL1273E23FBFFABCA8).
W ten sposób o wiele łatwiej nauczyć się trudnych łacińskich miar wierszowych. Można je sobie ściągnąć jako MP3 i odsłuchiwać na słuchawkach w tramwaju czy podczas biegania.

Poezja, śpiew, audiobooki, ale filmów po łacinie to na pewno nie ma!

I znów Cię zaskoczę. A pamiętasz reklamę Simplus Maximus? Przecież była po łacinie –potem zamiast napisów dali lektora… nie wiem, po co… (https://www.youtube.com/watch?v=QLit0jaXxB8) I to zrobiona doskonale! Dobry tekst, poprawnie zrealizowany. Simplus Maximus Largissimus dat quingentas minutas loquendi! Jest też brytyjski serial Chelmsford 123 – pierwsze 10 minut pierwszego odcinka jest nakręcone w wybornej łacinie! (https://www.youtube.com/watch?v=n7uuMphhEX8) Obok tego mamy i inne produkcje – krótkometrażowe inscenizacje do podręcznika Familia Romana Ørberga (https://www.youtube.com/playlist?list=PL26E9179D48F4526E), obok nich oczywiście i wiele innych, nawet i videoclipy łacińskich i greckich przeróbek znanych piosenek (np. Call me maybe przerobione na pretensję Dydony do Eneasza, że nie chce do niej zadzwonić: https://www.youtube.com/watch?v=vpmjHLrj4Z4 albo Mamma mia przerobione na greckie Μα Τον Δια https://www.youtube.com/watch?v=q5fA6dTnyrE). Ale mamy i pełnometrażowe produkcje – niestety nie tak dobre… Przytoczę trzy przykłady – Sebastiane Dereka Jarmana (https://www.youtube.com/watch?v=CpDbLJX7sv8) – film specyficzny ze względu na samą tematykę i scenariusz, jak i nie grzeszący poprawną łaciną – denerwuje przede wszystkim brak konsekwencji w konwencji wymowy. Pominę błędy, bo nie jest ich aż tak dużo, poza tym wydaje się, że aktorzy rozumieją, co mówią, zupełnie przeciwnie niż w polskiej produkcji Imperator (https://www.youtube.com/watch?v=RRTh3qqZLkQ) – ta nie grzeszy poprawną łacińską idiomatyką ani gramatyką, pojawia się mnóstwo źle przeczytanych czy źle zaakcentowanych wyrazów, ale cum desint vires tamen est laudanda voluntas. Paweł Deląg też jest znany ze swej roli Marka Antoniusza, gdzie zdarzyło mu się wygłosić łacińską mowę (https://www.youtube.com/watch?v=BafD8q184U4). Dziwię się jednak, że producenci filmu nie zadbali o to, by ktoś nauczył go poprawnie wymawiać te wyrazy, dobrze akcentować, odpowiednio intonować zdania, rozumieć, co mówi. I wyszło jak wyszło. Z resztą pozostali aktorzy grają równie drętwo, chociaż robią mniej błędów. Dla cierpliwych i odważnych: https://www.youtube.com/watch?v=Kdc5mwIM02Q

Bo i tak większość widzów nie rozumiejąc, o czym mówią bohaterowie filmu, korzystała w tym czasie z napisów lub lektora. My też zawsze możemy skorzystać z przekładów, może więc nie warto się uczyć łaciny? Po co wyważać otwarte drzwi?

I tak i nie. Z jednej strony nie wszystko zostało przełożone (i prawdopodobnie nigdy nie zostanie przełożone, bo jest tego po prostu za dużo – http://jows.pl/sites/default/files/ochman.pdf – szacuje się, że wszystkie łacińskie dzieła powstałe w antyku, można zamknąć w zbiorze około stu 500-stronicowych książek współczesnego formatu – mam na myśli literaturę pogańską, natomiast uwzględniając antyczne teksty chrześcijańskie, byłby to zbiór około 500 takich książek; zaś wszystkie dzieła łacińskie powstałe od VI wieku aż po współczesność, zajęłyby – uwaga – 5 milionów takich książek, a więc 2500000000 stronic tekstu!) z drugiej strony ktoś musi robić te przekłady, a więc musi być stale ktoś, kto potrafi czytać ten język. Język polski się rozwija – przekłady mimo to, że nawet i czasem są (a przecież też nie wszystkiego), to się po prostu starzeją i potrzeba nowych. Trzeba też pamiętać, że tradurre è tradire – nie da się przełożyć każdego aspektu tekstu, zawsze trzeba z czegoś zrezygnować. Doskonałym przykładem tego jest przekładanie poezji, dowcipów z grą słowną, czy nawet przekład Biblii. Można zdobywać Himalaje, a można też oglądać ich zdjęcia – jak powiedział ostatnio Rafał Toczko – tak samo z literaturą – można czytać w oryginale, a można też i w przekładzie. Oczywiście nie uważam, że łacina jest każdemu do zbawienia koniecznie potrzebna, ale trzeba zachować jakąś rozsądną granicę, jakąś rozsądnie dużą grupę ludzi, którzy będą znali i doceniali ten język.

Jak dużą?

Np. w Niemczech (w zależności od landu) łaciny uczy się około 30% uczniów wszystkich szkół średnich, w Austrii, Szwajcarii czy Włoszech liczby te przedstawiają się podobnie (statystyki: http://www.ptf.edu.pl/nauczanie-laciny-w-innych-krajach/). Tymczasem w Polsce, w której łacina zachowała się bardzo długo, jako język urzędowy (do 1795 roku, dłużej zachowała się tylko na Węgrzech, gdzie była językiem obrad sejmu jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku), gdzie nasi pradziadowie mówili: eques Polonus sum, Latine loquor! (jestem polskim szlachcicem – mówię po łacinie), tylko niecałe 3% uczniów liceów ogólnokształcących (ogółem jest to – uwaga – 0,33% ucznów wszystkich szkół) uczy się łaciny. Łacina jest obecnie w około 82 Polskich szkołach (tak wynika z danych zgromadzonych ostatnio przez Polskie Towarzystwo Filologiczne – http://www.ptf.edu.pl/szkola-przyjazna-lacinie/ – choć statystyki mówią, że jest ich około 177), w wielu z nich w wymiarze godzinowym nie pozwalającym na jej opanowanie (http://www.ptf.edu.pl/nauczanie-laciny-stan-prawny/).

Nie każdy jednak będzie tłumaczem czy historykiem grzebiącym w archiwaliach.

Zgadza się, nie każdy. Ale czy jabłonka rodzi tylko te jabłka, z których wyrosną kolejne jabłonki? Tylko niektóre z nich wykiełkują i będą rodzić kolejne owoce, ale tak czy siak, jabłonki rodzą na potęgę, a my lubimy i jemy jabłka, prawda? Podobnie nie każdy będzie matematykiem czy inżynierem, a jednak uczymy w szkole matematyki. Zdobywając wiedzę ogólną w szkole, jesteśmy w stanie rozeznać, co lubimy, do czego mamy szczególne zdolności, co moglibyśmy robić in communem utilitatem. Nikt nie odkryje, że potrafi i lubi malować, jeśli nigdy nie dostanie pędzla do ręki. Nie chodzi też o to, by każdego uczyć robienia tłumaczeń ze słownikiem w ręku czy zrobić z niego specjalistę w dziedzinie gramatyki opisowej (chociaż może niektórzy rzeczywiście mają takie zakusy), ale o to, by umożliwić kontakt z tym językiem, dać jakieś podstawy, zainteresować historią i literaturą.
A dzieła starożytne pozwalają zrozumieć otaczający nas świat, nabrać do niego nieco dystansu, pozwalają z większym spokojem patrzeć na rzeczywistość – powiedzieć: to już było! To naprawdę budujące, gdy widzimy, że ludźmi od zarania dziejów targają te same namiętności, że mają te same problemy. Gdy o nich czytamy, to widzimy, jak sobie z nimi radzili, jak je rozwiązywali – w ten sposób możemy się od naszych przodków wiele nauczyć, w końcu (nie bez powodu mówimy) historia magistra vitae, nie?

Czego możemy się nauczyć?

Np. Niemczech koncerny farmaceutyczne wydają pieniądze na to, by kilka zespołów badawczych (jeden z przykładów: https://de.wikipedia.org/wiki/Johannes_Gottfried_Mayer#Forschergruppe_Klostermedizin) czytało dawne, starożytne i średniowieczne traktaty o medycynie i sporządzaniu leków, by sporządzali te leki, badali, czy rzeczywiście działają, czy są skuteczne, selekcjonowali z nich substancje czynne. Sprawdzali, czy można dziś takie leki produkować – by pomagać nam dziś przezwycieżać różne dolegliwości.

Ale to znów wiedza specjalistyczna.

Przykład może wąski, ale za to wyrazisty – bo wiążą się z tym realne pieniądze, wdrażanie nowoczesnych (haha! starożytnych i średniowiecznych!) rozwiązań i technologii oraz korzyść ogółu. Jednak żadna instytucja nie wpadnie na pomysł sponsorowania takich działań, jeśli wśród jej pracowników (powidzmy szczerze: wśród dyrektorów) nie ma osób, które miały kontakt z łaciną, tzn. takich, które wiedzą, z czym to się je. Podobnie – gdyby rządzący zdawali sobie sprawę z tego, że większość polskich archiwaliów to teksty łacińskie, które nigdy nie zostały wydane ani przetłumaczone, to przeznaczaliby więcej pieniędzy na ich opracowanie. A w aspekcie praktycznym przyczyniliby się do wzrostu zatrudnienia w tym sektorze – tym samym filolodzy klasyczni przestaliby „zabierać etaty” pracując „w nie swoim zawodzie”. Chociaż trzeba przyznać, że praca stróża nocnego jest świetnym rozwiązaniem – w tej pracy można spokojnie napisać doktorat. Ale czy naprawdę trzeba władać łaciną, by pilnować budowy?

Jednak wracając do „literatury pięknej”…

Czytając dzieła antyczne, które czytali i nasi przodkowie tworząc naszą kulturę, lepiej rozumiemy świat, w którym przyszło nam dziś żyć. Te teksty są po prostu częścią naszej tożsamości, nie tylko narodowej, ale w ogóle kulturowej. Ich lektura wpływa na samoświadomość, na kształtowanie naszej postawy obywatelskiej. Kilka lat temu p. Roman Giertych chciał wprowadzać do szkół lekcje patriotyzmu. Nie zauważyliśmy jednak, że patriotyzmu uczyliśmy się na wielu przedmiotach: na muzyce – gdy uczyliśmy się śpiewać polski hymn narodowy, gdy śpiewaliśmy polskie piosenki; na plastyce – gdy w pierwszych latach szkolnych kolorowaliśmy obrazki przedstawiające nasze symbole narodowe, pomniki, zabytki i słuchaliśmy o tym, co przedstawiają; na łacinie – gdy czytaliśmy po łacinie legendę o smoku wawelskim podaną przez Długosza, śmialiśmy się z tego, jak Kadłubek opisuje bitwy „starożytnych Polaków” z Aleksandrem Wielkim, gdy omawialiśmy mowę Cycerona przeciw Katylinie lub pro domo sua, dowiadując się, co to znaczy zdrada stanu, przewrót, zamach na demokrację, co to znaczy stawać w obronie własnego domu i wolności. Te elementy z polskich szkół zniknęły bezrefleksyjnie. Karolina Ekes stwierdziła ostatnio, że rezygnacja z łaciny w polskich szkołach jest niezgodna z Konstytucją z 1997 r. – a to dlatego, że w Preambule jest mowa o zobowiązaniu, by przekazać przyszłym pokoleniom wszystko, co cenne z ponad tysiącletniego dorobku – a dorobek ten w znacznej mierze jest łaciński. Tyle dzisiaj mówi się o zagrożeniach dla naszej kultury płynących z współczesnej wędrówki ludów o kulturze zupełnie innej, niż nasza, z globalizacji, różnych ideologii etc. Wydaje mi się jednak, że największym zagrożeniem dla naszej kultury jesteśmy my sami – bo przestajemy ją po prostu znać. A pytając właśnie „po co komu dziś łacina?” dajemy temu doskonałe świadectwo.


Autorem tekstu jest Martinus Loch – doktorant Uniwersytetu Adama Mickiewicza.