Caesar czy Cezar?

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego po ukazaniu się białego dymu nad Watykanem rozbrzmiewają słowa: „annuncjo vobis gaudium manium” (celowo pozwalam sobie na taką transkrypcję), chociaż w zapisie jak byk stoi „annuntio” i „magnum”? Albo może przechodzą was ciarki, kiedy Amerykanie wymawiają „vice versa” jako „wajse weesa”? Albo może sami powiedzieliście kiedyś za Cezarem „weni, widi, wiczi”? Cóż, jak powiedział jeden z bohaterów filmu „Asteriks i Obeliks: misja Kleopatra” – weni, widi – to tak, wiczi – to nie do końca.

W takim razie jak się mówi po łacinie? Cały szkopuł (nota bene, wyraz ten bynajmniej nie ma nic wspólnego ze Szkopem, co mogłoby sugerować tak brzmienie, jak i znaczenie) polega na tym, że po łacinie od dobrych paru lat się nie mówi. Osoby, które ewentualnie mówią po łacinie – duchowni, prawnicy, naukowcy, medycy, zwolennicy „żywej łaciny” – to nie jej rodzimi użytkownicy, ale osoby, które wyuczyły się łaciny w konkretnym celu. Właśnie dlatego zaliczamy łacinę do języków martwych – ponieważ nikt w sposób naturalny nie posługuje się nią od urodzenia. Nawet gdybyśmy wychowali dziecko, mówiąc do niego wyłącznie po łacinie, przejęłoby ono nasze naleciałości językowe.

Tutaj dochodzimy do sedna sprawy. W podanych wyżej przykładach możemy dopatrzyć się pewnych nie tyle błędów, co naleciałości. Skąd one wynikają? Posłużmy się przykładem. Może próbowaliście kiedyś czytać w języku, którego nie znacie. Jeżeli nie znaliście podstaw wymowy tego języka, czytaliście literka po literce, zgodnie z zapisem. Teraz wyobraźcie sobie, że ktoś w ten sam sposób czyta po polsku. Zamiast „cz” w słowie „czubek” wymawia osobno „c” i „z” – c-zubek. (Co za koszmarek… a teraz podstawcie tu Szczebrzeszyn albo Brzęczyszczykiewicza).

To samo dzieje się z łaciną. Czytając lub mówiąc, dostosowujemy wymowę do wymowy naszego języka rodzimego. Stąd też rzymski mówca Marek Tuliusz Cicero dla Włocha będzie nazywać się „Cziczero”, dla Niemca – „Kikero”, dla Anglika – „Sisero”, dla Francuza – „Siserą”, dla Rosjanina – „Cicjero”, a dla Polaka – „Cicero”. Taka wymowa stanowi pewną konwencję – nazywamy ją wymową tradycyjną albo konwencjonalną.

Dużym błędem jest zatem stwierdzenie, że „Amerykanie nie umieją mówić po łacinie” czy „Włosi tak okropnie kaleczą łacinę”. Owszem, łacina w wersji włoskiej nie musi się nam podobać, nie znaczy to jednak, że jest w jakikolwiek sposób niepoprawna – ot, po prostu trochę inna niż nasza (żeby już nie wchodzić w dywagacje, czy Włosi to faktycznie potomkowie Rzymian – niewątpliwie bliżej im do Romulusa niż nam i równie niewątpliwie mają domieszkę krwi barbarzyńców). Niemniej jednak pewne zjawiska są typowe dla wymowy łaciny przez daną nację. Stąd właśnie bierze się wspomniane już „wiczi” czy „gaudium manium” – to nic innego jak charakterystyczna dla języka włoskiego palatalizacja, czyli zmiękczenie głoski. Ale uwaga! Co wolno Włochowi, to nie Polakowi. W języku polskim zmiękczenia owszem, występują, jednakże działa to trochę inaczej. Nie zmiękczamy na przykład zbitki „gn” – słyszeliście kiedykolwiek, żeby ktoś mówił „niaty” zamiast „gnaty”? Dlatego właśnie po wyborze papieża Włosi odczuwają „gaudium manium”, a Polacy – „magnum”. Stąd też, nawiasem mówiąc, wynika osobiście rażąca mnie tendencja wśród polskiego duchowieństwa do „włoszczenia” łaciny – z racji umieszczenia stolicy Piotrowej w Watykanie wielu księży przejmuje włoskie nawyki językowe. To samo tyczy się muzyków, wykonujących na przykład łacińskie części Mszy. Właśnie dlatego słyszymy potem „gracja plena”, „andżelus Dei” czy moje ulubione „salve Redżina” z „dżementes et flentes”. Przykłady można by mnożyć, a jeśli ktoś chce się przekonać osobiście, polecam wybrać się do Filharmonii na którąś z Mszy Mozarta. Albo kogoś innego, zależnie od upodobań muzycznych. Eksperyment można również przeprowadzić w domu, odsłuchując w YouTube tego samego utworu po łacinie w kilku różnych wykonaniach – zupełnie inaczej będzie śpiewał Pavarotti, inaczej Renee Fleming – pomijając oczywiście różnice wokalne.

Wynikałoby z tego, że nie istnieje jedyny słuszny sposób wymowy łaciny. Jak zatem mówili sami Rzymianie? Odpowiedź wcale nie jest taka prosta. Imperium rzymskie rozciągało się daleko poza włoski „but” – od Portugalii do Syrii, od Brytanii do Egiptu. Zwyczajnie nie jest możliwe, żeby wszyscy mieszkańcy tak wielkiego obszaru mówili dokładnie tak samo. To samo zjawisko możemy zaobserwować obecnie w Ameryce – Teksańczyk mówi inaczej niż Nowojorczyk – lub na nieco mniejszą skalę na własnym podwórku – Ślązak mówi inaczej niż Białostoczanin (jeśli chcemy traktować śląski jako osobny język, zastąpmy w przykładzie Ślązaka Góralem).

Po drugie, imperium rozciągało się nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie – od niewielkiej, ale buńczucznej społeczności w VIII wieku przed Chrystusem do późnego cesarstwa w V wieku po Chrystusie (celowo nie mówię tu o Bizancjum, czyli cesarstwie wschodniorzymskim, ponieważ dominował w nim język grecki). Tak długa przestrzeń czasowa stwarza spore możliwości ewolucji, również w zakresie fonetyki.

Wreszcie rzymskie społeczeństwo – jak każde – było zróżnicowane klasowo, co również odbijało się na wymowie. Pochodzenie społeczne i wykształcenie ujawnia się w sposobie nie tylko wysławiania się, lecz także wymowy głosek („piejo kury, piejo, ni majo koguta” brzmi dość ludowo, nieprawdaż?). Zachowała się nawet dość urocza anegdota o cesarzu Wespazjanie, który z pochodzenia był prostym żołnierzem, co skutkowało pewnymi gminnymi naleciałościami w mowie.  Kiedy konsul Florus wytykał mu, że nazwę wozów towarowych – „plaustra” – wymawia po wiejsku jako „plostra”, cesarz w odpowiedzi zwrócił się do niego per „Flaurus”, co po grecku oznacza nicponia.

Niemniej jednak da się odtworzyć łacińską fonetykę. Rekonstruujemy ją na podstawie antycznych inskrypcji, metrycznych tekstów poetyckich, starożytnych dzieł poświęconych gramatyce i językoznawstwu, oraz kontynuantów występujących w językach romańskich. Wyniki takiej rekonstrukcji mogą zaskoczyć młodych adeptów języka Rzymian – o czym może następnym razem.

Musimy pamiętać o tym, że tradycyjna wymowa łaciny to sztuczna konwencja, zatem stosowanie jej do tekstów antycznych to anachronizm. Nie zmienia to faktu, że nawet taka wymowa, jako powszechnie przyjęta, ułatwia nam zrozumienie łaciny i wprowadza pewien porządek w jej użyciu – ujednolicanie zresztą, jakby nie spojrzeć, raczej wpisuje się w rzymski duch. Można się spierać o sposób wymowy łaciny – jednak niezależnie, jakie przyjmiemy stanowisko, wymawiajmy świadomie.


Autorką artykułu jest Maria Wolak


Zobacz również:

Rola współczesnej nauki języków klasycznych (łacina, greka, scs)

Na początku była łacina

Żywa łacina – lekcja mówienia w martwym języku. Część I

Żywa łacina – lekcja mówienia w martwym języku. Część II

8 komentarze na temat “Caesar czy Cezar?

  1. Łaciny nie uczę się w zasadzie bardzo długo – dopiero na początku tych wakacji po sesji postanowiłem sobie, że warto spróbować, bo od dawna mnie ciekawiła – lecz mogę się co nieco wypowiedzieć na temat wymowy. Zawsze podczas oglądania zagranicznych filmów (szczególnie tych anglojęzycznych) strasznie irytowała mnie tamtejsza wymowa po łacinie i denerwowałem się, bo nie wiedziałem, dlaczego tak strasznie kaleczą ten język 🙂 Dopiero stosunkowo niedawno dowiedziałem się, że to samo można powiedzieć o Polakach, bo jak napisałaś – w zasadzie każdy kraj ma swoją własną konwencję, która znacznie odbiega od "oryginału". Mimo to, ja od początku postanowiłem sobie, że będę się starał uczyć wymowy antycznej, takiej, jaką w mniejszym lub większym stopniu mówili Rzymianie. Z tego, co widziałem, to jest też sporo książek, które właśnie tylko taką wersję wymowy przedstawiają w początkowych rozdziałach.

    Ogólnie rzecz biorąc i abstrahując od sprawy samej wymowy – język magiczny, pierwsze, co mnie najbardziej zdziwiło to to, jak języki romańskie przez okres dwóch tysięcy lat się uprościły, a po deklinacji nie został w gruncie rzeczy ślad (wypowiadam się teraz w odniesieniu do francuskiego, włoskiego i hiszpańskiego, z rumuńskim nie miałem nigdy styczności).

    Powracając jeszcze do sprawy artykulacji, mam jedną wątpliwość i może Ty mogłabyś mi coś doradzić 🙂 W okresie antycznym iloczas w łacinie był ważny, a zmiana długości samogłoski czasami wpływała na zmianę znaczenia słowa. Istnieją książki, które do długości samogłosek przykładają wagę i zaznaczają długie dźwięki makronem. Mimo to, najczęściej spotykam się z całkowitym ignorowaniem iloczasu – czy to w zapisach w słownikach internetowych, sporej ilości podręczników, czy nawet (!) w arkuszach maturalnych z łaciny. Z racji tego, że łaciny się nie używa zbyt często do mówienia i wydaje mi się, że używa się jej głównie do znajomości biernej (tj. czytania), chciałbym zapytać, czy jest jeszcze dziś sens uczenia się tego, gdzie samogłoska jest długa, a gdzie krótka? Nie ukrywam, że czasami ciężko mi to zapamiętać wzrokowo, a przy próbach mówienia tego na głos, by zapamiętać słuchowo, jest jeszcze gorzej.

    1. Witaj Piotrze, dziękuję za komentarz 🙂 Łacina posiadała iloczas, który w języku polskim nie występuje, stąd też trudno nam go odtwarzać w mowie, ponieważ zwyczajnie "nie czujemy" długości głosek i wychodzą nam one trochę nienaturalnie. Tak jak wspomniałeś, zdarza się, że iloczas bywa cechą dystynktywną, czyli odróżnia dwa podobne wyrazy – np. długie a w ablativie pierwszej deklinacji. Niemniej jednak łacina jest językiem martwym, używamy jej głównie biernie, a ryzyko, że native speaker zapyta nas na ulicy o godzinę jest dość znikome, w związku z czym w razie potrzeby możemy po prostu posiłkować się słownikiem. Często możemy również poradzić sobie bez znajomości iloczasu – chociażby podany wcześniej ablativus możemy zidentyfikować w inny sposób.
      Jest też kilka prostych zasad związanych z iloczasem, które można zapamiętać – np. że samogłoska przed inną samogłoską jest krótka, a przed zbitką spółgłoskową – długa.
      Z praktycznego punktu widzenia iloczas przydaje się przy czytaniu poezji – antyczna poezja była metryczna, opierała się na odpowiednim rozłożeniu głosek długich i krótkich, więc nie orientując się w iloczasie, nie możemy wyznaczyć metrum. Ale tu również przychodzą z pomocą słowniki i wspomniane wyżej zasady.
      Podsumowując, iloczas bywa ważny, ale zdecydowanie nie jest to rzecz pierwszej potrzeby i myślę, że szkoda Twojego czasu na uczenie się go na pamięć.
      A związki między łaciną a językami romańskimi to fascynujący temat – może kiedyś coś o tym napiszę?

  2. Wymowa poszczegolnych nacji na podstawie ich zasad czytania to nie sa zadne nalecialosci lecz wyraz ich indolencji umyslowe. To tak, jakby nalecialosciami jezykowymi nazwac to, ze polski imbecyl angielskie "nice" wymawia "nice", niemiecki "nike", wloski "nicze", francuski i latynoski "nise", hiszpanski "niŧe" a rosyjski nicje". Jesli ktos nie ma najmniejszych uzdolnien jezykowych pozwalajacych chocby na wymawiani glosek nie wystepujacych w jego jezyku w nietypowej pozycji to po prostu powinien sobie lacine odpuscic. Jeest wiele zawodow, do ktorych bymajmniej nie jest niezbedna.

  3. Zgadzam się, że w przypadku angielskiego to jest idiotyczne, ale w przypadku łaciny niekoniecznie – skoro i tak wielu ludzi na danym terenie tak to wymawia, to wielu ludzi może nie widzieć powodów do utrudniania sobie życia – przecież i tak będą najprawdopodobniej co najwyżej czytali w tym języku, więc wymowę wykorzystują najprostszą dla nich. Wg mnie nic złego

    1. Nic zlego gdyby to nie byl jezyk miedzynarodowy. Esperanto tez nie jest jezykiem zywym ( poza bardzo malymi wyjatkami) a jednak nikt nie wymawia go wedlug wlasnych zasad czytania. Chyba tylko dlatego,ze ucza sie go wylacznie pasjonaci a nie jezykowi inwalidzi typu lekarze, ksieza, biolodzy (z wyjatkiem PB :-)), prawnicy itp.

      1. Też uważam że człowiek powinien przynajmniej starać się mówić poprawnie (i nie stosować zasad wymowy używanych tylko w jego własnym języku – np. Niemiec, cytując łacińską sentencję o Europie, nie powinien mówić "Oiropa" – i tak nie powie, bo to bardzo razi, w Niemczech też).

        Byłem kiedyś na katolickiej mszy w Helsinkach, publiczność bardzo międzynarodowa (wśród Finów katolików jest śladowa ilość), i dlatego spora część liturgii była po łacinie. I kiedy wszyscy razem śpiewali czy się modlili, brzmiało to dla mnie mniej-więcej poprawnie (i nie było tak żeby każdy śpiewał co innego).

  4. Starać się mówić mniej więcej poprawnie – jak najbardziej, tylko nie widzę potrzeby traktowania wymowy łacińskiej jako tak ważną jak angielską czy rosyjską. Ważne, aby każdy wiedział o co chodzi, czyli ae czytać jako e, bo czytanie ai (dobrze piszę?) jest dużo rzadsze. Jakaś poprawność i staranność są potrzebne, ale za polski akcent nikt nie powinien ganić – tak tu chyba trzeba to nazwać.

  5. Oczywiscie, ze trzeba sie starac, ale nie chodzi wcale o prawidlowa wymowe na poziomie fonemow, wystarczy uzywac w miare podobnych glosek wystepujacych w jezykach ojczystych. A w wiekszosci jezykow indoeuropejskich gloski zblizone do lacinskich wystepuja w pelnej gamie, czesto tylko w innym otoczeniu. Czy dla Polaka to straszny problem wymowienie ti, ri, si (jak w sinus), ktore nie wystepuja w rdzennie polskich slowach? A czy az tak wielkim wyzwaniem dla Anglika jest wymowic ge jak w get a nie w gender? Albo dla Hiszpana jak w guerra a nie w gente? A czy Wlochowi lub Niemcowi korona z glowy spadnie jesli ce wymowia jak swoje rodzime ze? Uzytkownicy jezykow z innych rodzin musza wlozyc wiecej pracy, choc i oni przewaznie swietnie wladaja jakims jezykiem europejskim, bo pastuszkowie raczej laciny sie nie ucza. Ale, z tego, co zauwazylem, lacine najbardzieh kalecza nie Eskimosi, nie Papuasi, nie Buszmeni z grupy khoisan, lecz najblizsi jej potomkowie – Wlosi.I jakby tego bylo malo, te skaleczona lacine narzucaja innym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ