Artykuły gościnne

Wyzwania budują – o nauce języka za granicą

Jak to jest z tą nauką języka za granicą? Dość powszechnie wierzy się, że samo przebywanie w obcym kraju sprawi, że przyswoimy dany język. Nauka nagle zacznie zachodzić niczym przez osmozę, a my będziemy wchłaniać małe partykuły języka jak gąbka wodę. O tym niestety można tylko pomarzyć.


Oczywiście, łatwiej jest przyswoić język obcy będąc w danym kraju, ale bierne przebywanie w obcym miejscu z pewnością nie jest wystarczające. W końcu nie nauczyliśmy się dodawania czy mnożenia przez samo przebywanie w sali od matematyki. Dlaczego zatem oczekujemy, że taki fenomen zdarzy się w przypadku nauki języka obcego.
W jaki sposób przebywanie w obcym kraju może nas wspomóc w nauce? Po pierwsze przez fakt bycia wystawionym na ekspozycję języka – będziemy słyszeć go na ulicy, w kawiarni, w sklepie. Nasze oczy będą bombardowane napisami, szyldami, etykietami. Wystarczy pójść do supermarketu, by odbyć lekcję dotyczącą chociażby produktów spożywczych. Istotne jest, żebyśmy byli uważni na to, co nas otacza i te szanse wykorzystywali.

Z mojej strony mogę podzielić się dwoma doświadczeniami nauki języka za granicą i wyciągniętymi z tego wnioskami. Pierwsze z nich było związane z nauką włoskiego w czasie wymiany zagranicznej w ramach programu Erasmus. Naukę zaczęłam w Polsce na 3-miesięcznym kursie w szkole językowej, co przełożyło się na poziom A1, a kontynuowałam na miesięcznym intensywnym kursie we Włoszech, co doprowadziło mnie do poziomu A2. Zaczynając Erasmus'a byłam w stanie budować proste zdania. Na miejsce docelowe wymiany wybrałam sobie południe Włoch, a dokładnie Sycylię – idealną, żeby szlifować włoski – niewiele lokalnych osób mówiło tam po angielsku. Ponieważ wyjechałam sama, nikt nie mógł mnie wyręczyć w mówieniu. Już na samym początku musiałam pokonać strach przed użyciem nowo nabytej wiedzy – musiałam spytać o drogę, kupić owoce na rynku, dogadać się z panią w hostelu. Kolejnym wyzwaniem i błogosławieństwem dla zgłębianego języka okazało się spotkanie Pauline ‑ rodowitej Francuzki, która ani myślała porozumiewać się po angielsku. Nasze początkowe rozmowy składały się z bardzo prostych zdań, a odstępy, z jakimi się pojawiały, wydawały się niejednokrotnie wiecznością. Niemal czułam, jak mózg gotuje się, próbując złożyć zdanie: znaleźć odpowiednie słowa, umieścić właściwie odmieniony czasownik i zawrzeć jak najwięcej treści. Potrzeba komunikacji wygrała z lękiem. Zdania z czasem stawały się dłuższe i bardziej wyrafinowane. Miałam to szczęście albo sposobność, że przez większą część wyjazdu przebywałam z osobami, którym zależało na rozwijaniu włoskiego, a nie utrwalaniu dobrze znanego angielskiego. Często przekazanie tego samego komunikatu zajmowało nam trzy razy więcej czasu, ale przynosiło pożądany rezultat w postaci większej płynności. Pobyt we Włoszech umożliwił mi również studiowanie w języku włoskim. Szczerze mówiąc, ze względu na małą liczbę osób na wydziale psychologii, wyboru nie było. Zajęcia odbywały się jedynie w formie wykładów, na początku ratowała mnie bardzo dobra znajomość angielskiego i podobieństwa między tymi dwoma językami. Samo przeczytanie i przetłumaczenie dość specjalistycznych tekstów z dziedziny psychologii zajmowało sporo czasu, ale było też świetną szkołą języka. Do czasów egzaminów mój poziom włoskiego był wystarczający, żeby przez nie przebrnąć. Całe doświadczenie kosztowało mnie sporo stresu i przekraczania własnych ograniczeń, ale emocje z czasem wyparowały, a znajomość języka pozostała.

Drugie doświadczenie jest związane z moją przeprowadzką za granicę i nauką języka szwedzkiego. Wyprowadzając się do Szwecji, jakiś rok temu znałam parę słów na krzyż, więc w tym przypadku nauka naprawdę zaczynała się od zera i na własną rękę. Dość cieplarniane warunki stworzone przez mojego partnera okazały się przeszkodą w szybkiej nauce. Co konkretnie mi przeszkodziło? Najprościej mówiąc zbyt mało wyzwań, szczególnie jeśli chodzi o mówienie. Praktycznie wszyscy w Szwecji biegle posługują się językiem angielskim i chętnie się na ten język przełączają, gdy napotykają obcokrajowców. Zarówno w domu, jak i w sytuacjach towarzyskich dominował język angielski – w końcu łatwiej przekazać komunikat w L2 niż w L4. Mój partner wyręczał mnie także w sklepach, urzędach, bibliotece. Wiadomo, jemu szło to szybciej, łatwiej i bezstresowo. Mimo że, jako nauczyciel angielskiego wiem, jak ważne jest mówienie, to było go stanowczo za mało. Uczyłam się – poświęcałam czas głównie na naukę słownictwa, gramatykę, następnie czytanie i słuchanie. Naturalną konsekwencją była znaczna przewaga tych elementów nad zdolnością komunikacji, a ja próbowałam uciec przed prawdą, którą kiedyś sprzedawałam moim uczniom – żeby mówić płynnie trzeba to mówienie zwyczajnie ćwiczyć. Przełomowe dla mnie okazało się znalezienie nauczyciela do konwersacji – kogoś kto nie pozwalał mi na użycie ani jednego słowa po angielsku. Kolejną pomocą było pójście na spotkania klubu językowego dla osób, które dopiero co przeprowadziły się do Szwecji. Przyjazna atmosfera, ludzie w podobnej sytuacji i na podobnym poziomie – sprzyjało to rozpuszczaniu barier językowych i dodawało odwagi do używania języka poza zajęciami – zaczełam rozmawiać z rodziną partnera i znajomymi. Nadal w rozmowach wspomagam się angielskim. Co się zmieniło to moja pewność siebie w używaniu nowego języka, co z kolei sprawia, że chętniej i częściej po niego sięgam.

Czego nauczyły mnie te dwa doświadczenia? Jedynym sposobem na rozwój (w tym językowy) to wychodzenie poza strefę własnego komfortu. Jeśli obawiasz się pójść coś sam załatwić w obcym języku, właśnie to zrób. Przyniesie Ci to satysfakcję, a następnym razem będzie znacznie łatwiej.
Im więcej wyzwań będziesz sobie stawiał na językowej drodze czy jakiejkolwiek innej, tym szybciej będzie to szło. W cieplarnianych warunkach jest miło, przyjemnie i znajomo, ale nie wniosą one niczego nowego.

Wnioski:


1. Język nie wejdzie sam do głowy. Nawet będąc za granicą, trzeba włożyć sporo wysiłku w jego naukę.
Z drugiej strony możliwości nauki i ćwiczenia są na wyciągnięcie ręki. Trzeba je tylko wykorzystywać.

2. Wystawiaj się na sytuacje, gdzie będziesz musiał/a użyć języka. Im dłużej zwlekasz, tym trudniej będzie Ci to zrobić. Zacznij od prostych sytuacji – w sklepie, na poczcie itp.
Na miejscu może to być lekcja z nauczycielem, który dopilnuje, żebyś nie używał/a rodzimego języka albo klub językowy.

3. Znajdź kogoś, z kim możesz rozmawiać w danym języku. Najlepiej, jeśli nie masz z tą osobą żadnego innego wspólnego języka – nie ma wtedy możliwości uciekania się do lepiej znanego języka. Zmusi Cię to do mówienia. Dobrze, jeśli to nie będzie nikt z rodziny albo bliski przyjaciel – często dają oni zbyt dużą taryfę ulgową.

4. Jeśli mieszkasz za granicą, pójdź załatwić coś sam/a. Nie będzie nikogo do pomocy, więc nie będziesz miał/a wyjścia – będziesz musiał/a się jakoś porozumieć.

5. Jeśli nie mieszkasz za granicą – pojedź gdzieś sam/a albo z kimś, kto danym językiem nie mówi. Odpowiedzialność za porozumienie się będzie spoczywała na Twojej głowie. Kolejna szansa na użycie języka!

6. Poproś osoby z otoczenia, żeby mówiły wolniej, zamiast przerzucały się na „wygodny” angielski (czy jakikolwiek inny język).


7. Bądź w stosunku do siebie cierpliwy. Nauka to proces, więc zwyczajnie wymaga czasu.

Autorką artykułu jest Agata Bakiera.

Jak przeklinali starożytni Rzymianie?

To często pojawiające się pytanie, na które odpowiedzieć potrafi bardzo mała grupa osób specjalizujących się w tym temacie – większość łacinników nie potrafi wszak mówić po łacinie, a co dopiero przeklinać w tym języku…

Na światowym rynku wydawniczym możemy znaleźć kilka książeczek, które próbują zaspokoić naszą ciekawość. Wśród nich znajdziemy np. broszurę Maledicta Latina (F.S. Friedrich Verlag) lub najnowszą książkę The Vulgar Latin dictionary – How to say #$&%, %$@ and &%@$ in the Latin Language. W mediach społecznościowych krążą także różne memy zawierające rzekomo łacińskie przekleństwa. Niestety jednak większość tych publikacji (zarówno memów jak i książek, także wyżej wymienionych) zawiera wiele błędów leksykalnych i idiomatycznych. Prezentowany w nich materiał to w dużej mierze dosłowne tłumaczenia „na łacinę” przekleństw funkcjonujących w językach nowożytnych. Dodatkowo z użyciem niewłaściwych wyrazów… Jak to możliwe? Po prostu… Ktoś miał pomysł, że taka książka się sprzeda, wziął więc słownik do ręki i zaczął szukać wyrazów, które mogłyby oddać wulgarny zwrot funkcjonujący w jego ojczystym języku. I wcale nie zadał sobie przy tym pytania, jak w rzeczywistości przeklinali Rzymianie? Być może wyszedł nawet z założenia, że nie mamy skąd tego wiedzieć… A słowniki – jak zobaczycie niżej – wcale nie pomagają się w tym zorientować.

Wyobraźmy sobie sytuację, w której ktoś Was zapyta: „Jak po angielsku powiedzieć <kurwa>?” Pewnie bez chwili namysłu odpowiecie: „Shit”. Ciekawski jednak natychmiast zwróci Wam uwagę, że to słowo nie oznacza kurwy, tylko gówno. I tu zaczynacie opowiadać o uzusie językowym, że nie można wszystkiego brać dosłownie, że w wielu kontekstach, w których Polak powie: „o, kurwa!” Anglik powie najczęściej właśnie „shit”. Zwykle nie jest to satysfakcjonująca odpowiedź i ciekawski drąży dalej… Nie daje mu to spokoju, że język angielski jest tak ubogi, że nie można w nim nawet siarczyście zakląć. W końcu znajduje w jakimś słowniku polsko-angielskim hasło: kurwa – whore. I zaczyna tego wyrazu używać w języku angielskim jako siarczystego przecinka. Wywoła to pewnie niemałe zdziwienie wśród użytkowników języka angielskiego, zapewne ktoś szybko zapyta go, o co mu chodzi i skarci, że to tak nie działa. Jeśli stworzy jakiś mem w języku angielskim i niepoprawnie użyje w nim tego wyrazu, to zapewne rzecz umrze śmiercią naturalną lub spotka się z odpowiednią krytyką (by nie powiedzieć hejtem), która wprawi autora w zakłopotanie i wstyd, że popełnił taki błąd. Nie zrobi już tego ponownie i przestanie rozpowszechniać wadliwą treść.

Wyobraźmy sobie teraz analogiczną sytuację, w której taki błąd popełnia osoba ucząca się łaciny, tworzy z nim mem, piosenkę, film, jakąś „sentencję” (np: qui penis aquam turbat?). Rzecz zaczyna krążyć w internecie i żyć własnym życiem, ma tysiące wyświetleń i polubień – kto by nie polubił łaciny podwórkowej Rzymian? Spróbuj rzeczowo wyjaśnić błąd, zostaniesz w najlepszym wypadku nazwany malkontentem, bo autorytet ma słownik, nie ty. Poza tym – Rzymianie też popełniali błędy, więc się czepiasz. No tak, ale nie takie!

I tak właśnie wygląda sytuacja dotycząca łacińskich przekleństw… A co na to słowniki?

Większość łacińskich słowników dwujęzycznych, których dziś używamy, ma swoje korzenie w XIX wieku, kiedy o pewnych rzeczach albo nie mówiono, albo używano eufemizmów tak niejasnych, że niewtajemniczony czytelnik nie zrozumie, o co chodzi. Nie powinno to dziwić, skoro większość najbardziej wulgarnych łacińskich „przekleństw” związana jest z seksem, a XIX-wieczne słowniki były pisane na użytek młodzieży szkolnej. Ich autorzy dbali więc o to, by nie przedstawiać w nich „treści nie licujących z młodzieńczą przyzwoitością!” (jak czytamy w jednym z XIX-wiecznych, szkolnych, ocenzurowanych wydań łacińskiego tekstu Eneidy Wergiliusza). Niestety współcześni leksykografowie kontynuują ten sposób myślenia.

Podam dwa przykłady wyrazów wysoce niecenzuralnych i ich objaśnienia zaczerpnięte ze słowników łacińsko-polskich: cinaedustancerz, baletnik, pantomimik, bezwstydny kuglarz (Bobrowski, 1833), to samo hasło u Plezi (1998): rozpustnik, wszetecznik uprawiający nierząd z mężczyznami – żadne z tych wyjaśnień nie jest właściwe i pełne (przy czym bliżej prawdy jest jednak Bobrowski). irrumare popełniać obrzydliwą wszeteczność (Bobrowski 1833), toż samo hasło lepiej wyjaśnia Korpanty (2001) irrumare –  obsc. odbywać stosunek oralny (z kimś) – ale to też nie wszystko…  Zdarza się także, że obsceniczne terminy objaśniane są wyłącznie po łacinie (w dwujęzycznym słowniku!) – i tu znów niewtajemniczony niczego się nie dowie.

W słownikach znajdziemy też wiele anachronizmów – np. to commit sodomy with, to practise unnatural vice, Knabenschänderei treiben – to jakby powiedzieć po polsku… „hańbić pacholęta” – wszak termin ten pochodzi z pierwszych drukowanych słowników łacińsko-niemieckich z XVI-wieku, a nadal jest stosowany wyłącznie w… łacińskich słownikach i dyskursie o Biblii. Anachronizmy te wynikają z różnic kulturowych, pomiędzy europejską, chrześcijańską współczesnością i pogańską starożytnością. Różnice te związane są m.in. z zupełnie innymi koncepcjami postrzegania ludzkiej seksualności i oceny normatywności zachowań seksualnych. Zupełnie innymi niż te, które funkcjonują w mentalności przeciętnego heteroseksualnego Kowalskiego, wychowanego wg wzorców i obyczajowości, ukształtowanej przez wieki pod wpływem myśli judeo-chrześcijańskiej. Ma to oczywiście niemały wpływ na rozwój języka i nasz sposób myślenia o seksie.

To właśnie z powodu tych różnic kulturowych we współczesnych językach europejskich nie mamy odpowiedników wielu precyzyjnych łacińskich terminów związanych z seksem – a najbardziej dosadne łacińskie przekleństwa właśnie z nim są związane. Szczypta przykładów: trudno znaleźć w języku polskim adekwatny odpowiednik łacińskiego czasownika irrumare (oznaczającego penetrację oralną, dosł: wgębiać, wgardlać), bo nasze myślenie o tej formie stosunku seksualnego krąży wokół innej „aktywności”, jaką jest fellatio (fellare – ssać). A wyraz ten – przynajmniej w rzymskim rzeczy pojmowaniu – zakłada zaangażowanie osoby wykonującej tę czynność. I w tym momencie wali się nasz jasny system podziału na partnera aktywnego i pasywnego w stosunku (oczywiście taki podział Rzymianie znali, ale był on oparty na nieco innych, bardziej złożonych kryteriach). W jednym ze swych utworów (carm. XVI) Katullus odgraża się swym krytykom (mężczyznom), zarzucającym mu niemęskość i skłonności do młodzieńców, że dowiedzie im swej męskości poniżając ich seksualnie poprzez stosunek oralny i analny (pedicabo ego vos et irrumabo!). Zaraz, zaraz… chce im dowieść, że „nie jest pedałem” uprawiając z nimi seks? Przecież to niedorzeczne! Udowodni tym raczej to, co mu zarzucają! – Tego nie da się wpisać w nasze dzisiejsze, stereotypowe schematy myślenia.

W zrozumieniu, jak przeklinali Rzymianie, nie pomagają nam też przekłady literatury rzymskiej, które zwykle łagodzone są w taki sposób, by czytelnikowi nawet na myśl nie przyszło, że wielki rzymski poeta (wzór cnót wszelakich) mógł użyć jakiegoś wyrazu zaczerpniętego wprost z rynsztoka, a co gorsza – w ogóle napisać coś dosadnego i… „wszetecznego”. Niektórzy tłumacze wręcz pomijają pewne partie tekstu czy całe wiersze, przekonując czytelnika, że niektóre utwory „nie nadają się w ogóle do tłumaczenia z powodu znacznie zmienionych pojęć o moralności i przyzwoitości” (Poezje Katulla, tłum. Jan Czubek, Kraków 1898, s. 22). Przekład katullusowego carm. XVI w wykonaniu Świderkówny (I wyd. 1956): „Mocno was skrzywdzę, porządne sprawię lanie, | Draniu Aureli i Furiu gałganie” z adnotacją w przypisie: „draniu i gałganie” – w oryginale nie nadające się do tłumaczenia epitety, określające ich jako osobników niemoralnych, stał się klasykiem i ponadczasowym przykładem cenzurowania starożytnych tekstów. Dziś sytuacja nieco zmienia się na lepsze – na polskim rynku wydawniczym mamy odważniejsze przekłady Katullusa (autorstwa Jacka Wójcickiego z 1990 r. oraz Grzegorza Franczaka i Aleksandry Klęczar z 2013 r.), jednak na swoje nowe przekłady wciąż czeka wielu poetów (m.in. Marcjalis).

Skoro nie ze słowników i przekładów, to skąd mamy czerpać wiedzę o tym, jak klęli Rzymianie? Czy to wiedza aż tak tajemna? Trochę tak, bo… najlepsze publikacje na ten temat są… po łacinie. Ergo – chcesz nauczyć się kląć po łacinie, musisz najpierw nauczyć się łaciny, by móc przeczytać kilka tych podstawowych tekstów. Wszystkie są na wyciągnięcie ręki, nie trzeba wychodzić z domu – wystarczy wygooglać np: „Glossarium eroticum linguae Latinae” (to słownik jednojęzyczny z 1826 roku, ma też swoją wersję łacińsko-niemiecką, wydaną przez Gastona Vorberga), Hermaphroditus Antoniego Beccadelliego (to z kolei zbiór epigramów, wśród których znajdziemy np. przezabawne epitafium dupojebcy) – gorąco polecam wydanie Friedricha Forberga (sic!), który zaopatrzył dzieło Panormity w obszerny łaciński wstęp, komentarz i jeszcze większe posłowie. Forberg uskarża się na nadmierną pruderię lub wręcz łóżkowe niedoświadczenie, bądź nawet brak wyobraźni tłumaczy i leksykografów – dlatego obiecuje czytelnikowi, że postara się jak najlepiej i jak najszerzej wyjaśnić znaczenie słów, które leksykografowie skrzętnie zamiatają pod dywan. Całość napisana jest z niesamowitym przekąsem. Czytelnik ma trochę wrażenie, że to pastisz XIX-wiecznej pracy naukowej, podobny do wcześniejszego traktatu „De arte pedendi” (czyli „O sztuce pierdzenia”) – skądinąd dostępnego od niedawna w polskim przekładzie z języka francuskiego. (Przy okazji warto wspomnieć, że na polskim rynku wydawniczym ukazała się także w zeszłym roku świetna książka, poświęcona rzymskim latrynom – Andrzej Wypustek, „Imperium szamba, ścieku i wychodka. Przyczynek do historii życia codziennego w starożytności”, Warszawa 2018).

No dobrze – ale skąd autorzy tych opracowań wiedzą, jak klęli Rzymianie? Mnóstwo materiału dostarcza nam przede wszystkim dwóch łacińskich poetów – wspomniany wyżej Katullus i Marcjalis (który zostawił po sobie przeszło 1500 epigramów) oraz zbiór Priapeów – obejmujący ponad 80 rubasznych epigramów poświęconych Priapowi, rzymskiemu przodkowi… stracha na wróble (albo raczej na złodziei)! Bożka obdarzonego olbrzymim przyrodzeniem, stawianego chętnie przez Rzymian w ogródkach dla zapewnienia obfitości plonów oraz odstraszania ptaków i złodziei. Priapea zostały przełożone na j. polski raz – przez J. Ciechanowicza, niestety – w moim odczuciu – nazbyt filologicznie i łagodnie. (Polskie przeróbki kilku Priapeów znajdziemy także wśród wierszy… Jana Kochanowskiego!). Ciekawym źródłem jest też jeden z listów Cycerona, który ów napisał do swojego (nie)przyjaciela, by w przezabawny (i naukowy!) sposób odnieść się do tego, że został przez niego nazwany mentula – czyli najzwyczajniej w świecie… chujem.

Do źródeł literackich należy dołożyć pokaźną spuściznę starożytnych chuliganów, kibiców (wyścigów rydwanów i walk gladiatorskich), obszczymurów (chociaż właściwie… osrajmurów – o których pisze w.w. A. Wypustek) i ich pogromców, żołnierzy, politycznych agitatorów, użytkowników publicznych toalet, gości knajp, łaźni, burdeli, zajazdów… którzy nie omieszkali pozostawić po sobie tysięcy graffiti w murach Pompejów, Herkulanum, Stabiów, Rzymu i wielu innych miejsc, które cudem przetrwały do naszych czasów. Nie wspominając już o tabliczkach z napisem „ciekawskim wstęp wzbroniony”, o murarzach pozostawiających po sobie napisy na murach (przed tynkowaniem), którymi przeklinają tych, co zerwą tynk (czyli zniszczą ich pracę), o przedmiotach codziennego użytku, wygrażających się swoim potencjalnym złodziejom… Tego jest naprawdę sporo.

Witam w świecie łacińskiego hejtu, rynsztoka i gladiatorów, po którym postaram się Was oprowadzić w kolejnych kilku tekstach, by opowiedzieć trochę o tym, jak przeklinali starożytni Rzymianie.


Autorem artykułu jest Marcin – Martinus – Loch


Zobacz również:

Rola współczesnej nauki języków klasycznych (łacina, greka, scs)

Na początku była łacina

Żywa łacina – lekcja mówienia w martwym języku. Część I

Żywa łacina – lekcja mówienia w martwym języku. Część II

Caesar czy Cezar?

Ewolucja języków germańskich

Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie scena z jednego z pierwszych odcinków serialu “Wikingowie”. Ragnar i kilku jego kumpli po raz pierwszy natyka się na anglosaskiego rycerza. Próbują się dogadać i zupełnie im to nie wychodzi. “Wikingowie”, mimo tony wad i upchnięcia całego IX wieku w mniej więcej piętnastu latach, jedną rzecz mają dobrze pomyślaną: ludzie z różnych stron świata faktycznie mówią różnymi językami. Jeżeli w tej samej scenie bohaterowie posługują się dwoma językami, współczesny angielski zastępuje tylko jeden z nich, podczas gdy ten drugi pozostaje w oryginale (no, mniej więcej w oryginale — na tyle, na ile udało się go zrekonstruować).

Podczas pierwszych spotkań Skandynawowie i Anglosasi rozmawiają więc przez tłumacza. Jest to jednak dość niezręczne pod względem płynności gry aktorskiej, dość szybko więc Ragnar stwierdza, że już się nauczył mówić w języku wroga (dzięki pomocy Athelstana, anglosaskiego mnicha, którego porwał) i głównym językiem scen w Anglii staje się właśnie staroangielski.
Ale na ile pokrewieństwo tych języków mogło pomóc przybyszowi ze Skandynawii w opanowaniu staroangielskiego? Jak bardzo różniły się one od siebie? Z jednej strony, obydwa należą do rodziny germańskiej, z drugiej jednak przez setki lat rozwijały się w izolacji od siebie. A skoro już przy tym jesteśmy, jak mają się one do innych języków germańskich, zwłaszcza niemieckiego?

Zanim odpowiemy na te pytania, chciałbym napisać kilka słów wstępu o sprawach, które w sumie każdy powinien coś wiedzieć, ale gdy w ramach zbierania danych do tego tekstu zacząłem czytać dyskusje na tematy językowe w polskim internecie, odkryłem, że chyba jednak nie.
Ewolucja języków w pewnym stopniu przypomina ewolucję biologiczną [1]. Tak jak ona ma charakter grupowy, nie indywidualny (tzn. zmiany zachodzą w ramach całej lokalnej populacji) i działa w stosunkowo odizolowanych społecznościach. Zmiany są na tyle powolne, że kolejne pokolenia nie mają problemu z porozumiewaniem się między sobą i w dużej mierze nie zdają sobie z nich sprawy. Przed okresem nowożytnym standaryzacja języka, czyli świadome wprowadzanie i zatwierdzanie słownictwa i reguł gramatycznych przez grupę ludzi o dużym autorytecie, miała miejsce bardzo rzadko i dotyczyła w zasadzie wyłącznie języków o wysokim statusie religijnym i kulturowym (łacina, sanskryt), podczas gdy większość społeczeństwa posługiwała się nieuregulowanymi dialektami. Poza tymi rzadkimi przypadkami rozwój języków nie był z góry zaplanowany. Zmiany wymowy zachodziły niemalże nieświadomie: nikt nigdy nie obudził się rano i nie stwierdził, że np. od teraz przestaje wymawiać samogłoski nosowe. Podobnie zmiany w gramatyce wynikały z nieperfekcyjnego przekazu pomiędzy pokoleniami, co owocowało powstawaniem nowych wyjątków od reguł gramatycznych oraz następnie upowszechniania się tych wyjątków, a stopniowego wycofywania starych reguł. Również zapożyczenia z języków sąsiadów miały więcej wspólnego z modą i trendami w lokalnej kulturze, niż z racjonalnymi decyzjami, jak by to chcieli niektórzy językoznawcy-amatorzy na blogach i w mediach społecznościowych.

Rodzina języków germańskich ma swoje korzenie na terytorium współczesnej Danii i południowej Szwecji, gdzie przodkowie ludów germańskich żyli w relatywnej izolacji od momentu oddzielenia się ich od innych grup indoeuropejskich, aż po ok. 500 r. p.n.e. [2] Pod koniec tego okresu możemy wyróżnić dwie główne podgrupy językowe: północną (w Skandynawii) i zachodnią (w obecnych północnych Niemczech). Jest to jednak wszystko trochę palcem po wodzie pisane. Zakładamy, że tak było, ponieważ wykopaliska archeologiczne wskazują na osadnictwo w tych czasach w tym rejonie, a badania lingwistyczne sugerują taki właśnie rozwój wypadków pomiędzy rekonstruowanym językiem praindoeuropejskim z jednej strony a językami germańskimi, co do których mamy dowody na piśmie, z drugiej. Nie istnieją jednak żadne pisemne dokumenty mówiące nam cokolwiek o tym hipotetycznym pragermańskim języku ani o jego dialektach.
Nie oznacza to jednak, że dowolna inna hipoteza będzie miała status równy z powyższą teorią. W lingwistyce, podobnie jak w archeologii i w innych dziedzinach, staramy się ograniczać ilość niezwykłych wydarzeń, jakie musiałyby mieć miejsce, aby dana teoria miała sens. Teoria migracji i izolacji jest najlepszym, co obecnie mamy. Ale wróćmy do tematu.

W drugim wieku przed naszą erą zaczęła się ekspansja plemion germańskich na południe, a co za tym idzie częstsze kontakty z Celtami, a następnie z Rzymianami. Zachodnia podgrupa zaczęła się dywersyfikować pod wpływem tych zmian i kontaktów, podczas gdy podgrupa północna nadal rozwijała się w relatywnym spokoju. Paradoksalnie jednak pierwszy znany nam tekst w języku germańskim pochodzi od ludzi, którzy przybyli na południe prosto ze Skandynawii i przez jakiś czas zamieszkiwali tereny współczesnej Polski — Gotów.
Język gocki zaliczamy do osobnej, wschodniej grupy języków germańskich, razem z językami Wandalów i Burgundów —  dwóch innych germańskich plemion, które, podobnie jak Goci, najechały Cesarstwo Rzymskie w V wieku n.e. [3] O ich mowie wiemy jednak niewiele, natomiast Goci pozostawili po sobie długie fragmenty tłumaczeń z Nowego Testamentu. U szczytu potęgi, w VI wieku n.e., rządzili współczesną Hiszpanią i Włochami. Nigdy nie było ich jednak wielu i po przegranych wojnach ich potomkowie wtopili się w lokalne społeczności i zapomnieli języka przodków. Istnieją przesłanki, by sądzić, że na Krymie osadnicy goccy dużo dłużej zachowali niezależność kulturową i językową, ale materiałów dowodowych na potwierdzenie tej teorii jest zbyt mało, by przyjąć ją ze stuprocentową pewnością. Wiemy, że Ostrogoci zasiedlali te tereny przed podbojem Rzymu, a w 1562 roku Ogier Ghiselin de Busbecq — ambasador cesarza Ferdynanda I na dworze otomańskim w Konstantynopolu, napisał list, w którym zwrócił uwagę na dziwną mowę, którą posługują się niektórzy mieszkańcy Krymu. Jego notatki sugerują, że mógł to być język wywodzący się z gockiego. Nazywamy go krymskim gockim, ale jak widać, informacje o nim są niepewne.

W czasach gdy Goci zajmowali się dzieleniem między sobą resztek Cesarstwa Rzymskiego, wybrzeże Morza Północnego i Danię zasiedlały plemiona zachodniogermańskie, których języki tworzyły kontinuum. Mieszkańcy sąsiednich wiosek zazwyczaj byli w stanie porozumieć się ze sobą bez problemów, lecz im dalej na wschód lub na zachód, różnice robiły się coraz poważniejsze. Patrząc od zachodu byli to: Frankowie, Fryzowie, Sasi (Saksończycy) i Anglowie. W V wieku n.e. Frankowie wydarli Galię upadającemu Rzymowi. Na podbitych terenach — analogicznie do Gotów we Włoszech i Hiszpanii w trochę wcześniejszym okresie — Frankowie stanowili mniejszość i mimo iż była to mniejszość uprzywilejowana, ich potomkowie stopniowo porzucali język przodków na rzecz lokalnych dialektów romańskich, dając początek starofrancuskiemu. Frankijski był jeszcze w użyciu w czasach Karola Wielkiego (742-814), ale stopniowo zmieszał się z lokalnymi dialektami romańskimi, dając początek starofrancuskiemu. Nie był to proces zupełnie jednostronny: w jego wyniku język starofrancuski zyskał domieszkę słów pochodzenia germańskiego, wymawiane /h/ na początku słów tego pochodzenia oraz być może również nasalizację (głoski /ɑ̃/, /ε̃/, /œ̃/ oraz /ɔ̃/), tak charakterystyczną dla tego języka. [4,5]

Anglowie, Sasi oraz mieszkający na terenach obecnej Danii Jutowie (których podejrzewamy o posługiwanie się językiem z północnej grupy językowej) wykorzystali upadek Cesarstwa do inwazji na Brytanię. Z ich połączonych mocy powstał Kapitan Planeta… czekaj, nie ta bajka… Ich języki dały początek staroangielskiemu. I to na ludzi posługujących się tym właśnie językiem natknęli się wikingowie.

Pod koniec pierwszego tysiąclecia naszej ery języki północnogermańskie również stanowiły kontinuum. Nawet obecnie Norwegowie, Duńczycy, i Szwedzi, są w stanie porozumieć się do pewnego stopnia. Jedynie islandzki, rozwijający się w relatywnej izolacji, pozostał bardziej konserwatywny pod względem słownictwa i gramatyki, a wymowa uległa zmianie w tak odmiennym kierunku, że Islandczykom łatwiej jest dziś czytać stare sagi, niż współczesne skandynawskie kryminały.
Możemy zauważyć tu jeszcze jedną ciekawą zależność. Zmiany w języku nie następują z tą samą szybkością w każdej społeczności, a czas izolacji od wspólnego przodka nie jest jedynym czynnikiem w tym procesie. Olbrzymią rolę gra również kontakt z innymi grupami językowymi oraz wydarzenia historyczne. Pozostawanie na uboczu europejskiej historii pozwoliło Islandczykom na przechowanie przez stulecia archaicznych cech języka. W tym samym czasie Wyspy Brytyjskie stały się areną dla migracji, wojen i stapiania się ze sobą ludów z różnych krańców kontynentu, co pociągnęło za sobą gwałtowny rozwój języka angielskiego.

Wiemy na pewno, że wśród wikingów, którzy najechali Anglię w IX wieku, dominowali ludzie mówiący dialektami zachodnimi języka, który nazywamy staronordyckim. Wiemy o tym języku dość dużo, ale głównie z Islandii i z trochę późniejszego okresu jego rozwoju. Z drugiej strony, staroangielski znamy głównie z poematu “The Seafarer” oraz z “Beowulfa”, również spisanych dopiero sto-dwieście lat po pierwszym spotkaniu Anglosasów z wikingami. Możemy więc zrekonstruować stan obu języków kilkaset lat wcześniej i porównać je. Na początku IX wieku te dwa języki miały za sobą jedynie trzysta-czterysta lat kompletnej separacji, a od wspólnego proto-germańskiego korzenia dzieliło je ok. 1300 lat. Z drugiej strony jednak, podobieństwo słów nie zapewnia jeszcze kompletnego zrozumienia. Zapewne podczas pierwszych kontaktów Skandynawowie i Anglosasi byli w stanie rozpoznać pojedyncze słowa wypowiadane przez drugą stronę, ale brak kontekstu, nieznana wymowa i “fałszywi przyjaciele” uniemożliwiały dokładne zrozumienie bez pomocy tłumacza.
Mogę to porównać do następującej sytuacji: Często w polskim internecie natykam się na stwierdzenie, że ktoś jest w stanie bardzo dobrze zrozumieć inny słowiański język. Zazwyczaj autor takiego stwierdzenia przeczytał tekst w danym języku lub wysłuchał nagrania w wykonaniu wyraźnie mówiącego aktora lub polityka, a następnie miał czas się nad nim zastanowić oraz sprawdzić kilka niejasnych słów. Jest to zupełnie co innego, niż gdy rozmawiasz z kimś w hałaśliwym miejscu i masz zaledwie kilka sekund na zrozumienie wypowiedzi i sformułowanie swoich myśli. Myślę więc, że serial “Wikingowie”, być może przypadkiem, przedstawił spotkanie wikingów z Anglosasami całkiem prawidłowo. Ragnar z początku potrzebował pomocy tłumacza w kontaktach z northumbryjskim królem i jego doradcami, ale z czasem coraz lepiej zdawał sobie sprawę z podobieństw między dwoma językami i nauczenie się staroangielskiego nie było dla niego wielkim problemem.

Terry Pratchett pisał o angielskim, że jest to język, który w ciemnych zaułkach okrada inne języki z gramatyki i słownictwa. Na pewno było tak w przypadku staronordyckiego, z którego do staroangielskiego trafiło bardzo wiele zapożyczeń, zwłaszcza prostych, jednosylabowych słów, opisujących przedmioty codziennego użytku, jak pług (s.nord. plogr, ang. plough) lub ciasto (s.nord. kaka, ang. cake), słowa rozpoczynające się od “sk”, która to zbitka w anglosaskim ewoluowała w “sh”, jak również zaimek trzeciej osoby liczby mnogiej, “they”. Mimo tych zmian język Anglosasów w wieku X nadal nazywamy staroangielskim i dopiero najazd Normanów w wieku XI uznajemy za początek średnioangielskiego.

Normanowie byli potomkami wikingów, którzy na przełomie IX i X wieku osiedlili się w północnej Francji. W roku, 876 jeszcze jako wrogowie króla francuskiego, zdobyli Rouen i przez kolejne dekady atakowali okoliczne miasteczka i wsie, nie napotykając dużego oporu. W 911 ich przywódca, Rollon, zawarł przymierze z królem Karolem III, które zalegalizowało stan faktyczny: ziemie na północnym wybrzeżu Francji weszły w posiadanie “ludzi z północy”, Normanów. Od tego czasu Normandia, mimo iż formalnie pozostawała pod władzą króla Francji, była w praktyce niezależnym organizmem politycznym, który odegrał ważną rolę w historii europejskiego średniowiecza. Normani stosunkowo szybko porzucili staronordycki na rzecz lokalnego starofrancuskiego dialektu (który czasem nazywany jest staronormańskim). Gdy w roku 1066 książę Wilhelm na własną rękę zorganizował udaną inwazję na drugą stronę kanału La Manche, przywiózł już ze sobą język o wyraźnie romańskich cechach.

W ciągu kilku kolejnych setek lat język angielski ewoluował z niezwykłą szybkością, absorbując normańskie słowa. Popularnym przykładem jest tu porównanie par słów: nazw zwierząt hodowlanych oraz przyrządzanego z nich mięsiwa. Klasa rządząca nazywała mięso na swoich stołach słowami pochodzenia normańskiego: mutton (baranina), beef (wołowina), veal (cielęcina); podczas gdy służący mówili o zwierzętach, używając słów anglosaskich: sheep, cow, calf. Do tej pory język angielski pełen jest par synonimów lub słów o podobnym znaczeniu, w których jedno z nich wywodzi się ze staronormańskiego i należy do wyższego rejestru, niż drugie, wyraźnie germańskie. Zmianom uległa również gramatyka — język stał się bardziej analityczny — a wymowa prawdopodobnie właśnie w tym okresie wzbogaciła się o głoski /z/ i /zj/ (słowa takie jak vision, pleasure, to refuse). [6]
Proces zmian był nierówny, szybszy na południu, wolniejszy na północy, co doprowadziło do powstania całego spektrum lokalnych dialektów. Dopiero pod koniec średniowiecza, wraz z upowszechnieniem się druku, dialekt londyński zaczął zdobywać przewagę, dając początek współczesnej angielszczyźnie. William Shakespeare, pisząc pod koniec XVI wieku, korzystał już z języka, który nazywamy wczesnym nowożytnym angielskim. Tylko daleko na północy, na nizinach południowej Szkocji, średnioangielskie dialekty przetrwały i wyewoluwały we współczesny Scots: szkocki-germański (dla odróżnienia od szkockiego-gaelickiego).


Diagram przedstawiający genealogię języków opisywanych w tekście.
Również jako animacja

Wróćmy jeszcze na kontynent. Pod koniec średniowiecza z dialektów wybrzeża Morza Północnego zaczęły wykształcać się nowe języki: niderlandzki i fryzyjski na zachodzie oraz tzw. dolnoniemiecki (niederdeutsch, plattdeutsch) na wschodzie. W XIV wieku, u szczytu potęgi Ligi Hanzeatyckiej, język średniodolnoniemiecki rozbrzmiewał wzdłuż Morza Północnego i Bałtyku, przez Gdańsk, aż po Estonię. Z czasem jednak pozycja Ligi osłabła. Na zachodzie język niderlandzki i fryzyjski utrzymały dominującą pozycję (niderlandzki dał nawet początek jeszcze jednemu językowi z tej grupy — Afrikaans), ale dolnoniemiecki, choć przetrwał, utracił uprzywilejowany status w kulturze i handlu na rzecz języka, który wrócił na północ po długim czasie niezależnego rozwoju u podnóża Alp: języka górnoniemieckiego (hochdeutsch).

Podczas gdy Skandynawia, Anglia i wybrzeże Morza Północnego na zmianę handlowały i walczyły ze sobą, środkowe i południowe Niemcy pozostawały zwrócone w zupełnie inną stronę. Mieszkańcy tych terenów byli potomkami plemion, które wywędrowały na południe być może jeszcze w drugim i pierwszym stuleciu przed naszą erą, choć na podstawie starożytnych źródeł (Strabon, Juliusz Cezar) nie jesteśmy w stanie stwierdzić ze stuprocentową pewnością, czy Cymbrowie i Teutoni, z którymi Rzymianie starli się w latach 113-101 p.n.e., byli Germanami czy Celtami [7]. Graniczyły ze starożytnym Rzymem, a następnie znalazły się w granicach imperium Karola Wielkiego, a po jego rozpadzie — Świętego Cesarstwa Rzymskiego. To tutaj, w klasztorach od Aachen po Jezioro Bodeńskie, rozwijała się literatura i język starogórnoniemiecki. Najsłynniejszym tekstem w tym języku jest fragment Przysięgi Strasburskiej, dokumentu z 842 roku, poświadczającego sojusz braci, Ludwika II Niemieckiego i Karola Łysego. Przez kolejne stulecia Święte Cesarstwo Rzymskie, które powstało z włości Ludwika, koncentrowało się bardziej na sobie oraz na relacjach z Francją i Italią, niż na kontaktach ze swoimi północnymi rubieżami. W konsekwencji wymiana handlowa i migracje ludności okazały się niewystarczające dla unifikacji języka na terenie całego kraju. Swój udział miała też zapewne geografia południowych Niemiec — góry, doliny oraz dwie wielkie rzeki: Ren i Dunaj — ułatwiająca izolację lokalnych społeczności. [8]
Przełomowym momentem dla popularyzacji, a równocześnie ujednolicenia języka górnoniemieckiego, była reformacja. W 1534 roku Marcin Luter przetłumaczył Biblię właśnie na ten język, a dzięki prasie drukarskiej mogła ona zostać szybko skopiowana i trafić w każdy zakątek Niemiec. Stopniowo, w miarę upadku Ligi Hanzeatyckiej oraz bogacenia się południa Niemiec, język górno-niemiecki zyskiwał na znaczeniu, a dolno-niemiecki zaczynał być postrzegany jako język rybaków i drobnych mieszczan.
Nie oznacza to jednak, że współczesny język niemiecki to monolit. Ta historia wyjaśnia jedynie, dlaczego różni się on tak wyraźnie od innych języków germańskich. Święte Cesarstwo Rzymskie nigdy nie miało jednego centrum: Austria, Prusy, wybrzeże Renu, i Szwajcaria, zawsze były osobnymi ośrodkami kulturowymi. Mamy więc obecnie do czynienia zarówno z różnymi standardami językowymi w Niemczech, Austrii, Szwajcarii i Luksemburgu, jak i z lokalnymi niestandardowymi wariantami i dialektami. Język luksemburski, wywodzący się ze średniogórnoniemieckiego, ma w Luksemburgu status osobnego języka, na równych prawach z niemieckim. Dialekty szwajcarskie nie mają takiego statusu, ale i tak są zupełnie niezrozumiałe dla przeciętnego Niemca. Niemieckie landy pozostają dumne ze swoich dialektów, nawet jeśli tylko niewielki procent mieszkańców potrafi się nimi poprawnie posługiwać, a dla większości znane różnice ograniczają się do specyficznej wymowy i kilku zabawnych synonimów. Również w Polsce — w Wilamowicach pod Bielsko-Białą — zachował się osobny dialekt górnoniemiecki, sprowadzony tu w XIII wieku przez osadników z zachodu. Obecnie prawie wymarły, ale trwają próby rewitalizacji.


Maciej Gorywoda mieszka w Berlinie, gdzie uczy się niemieckiego i francuskiego. Jest autorem bloga językowo-historycznego “Zabierz Swego Lwa”. Do tej pory blog koncentrował się na nauce francuskiego i historii średniowiecza, od nowego roku autor ma w planach poszerzenie tematyki o język niemiecki i Niemcy, z naciskiem na wydarzenia tworzące naszą wspólną europejską historię.


Dodatkowe materiały:

A “Old Norse and Old English”, ⦁ “Goths and Huns in Old Norse”, Jackson Crowford, U. of Boulder, Colorado
B “Germanic Languages of the World: Introductory Overviews”, Alexander Arguelles
C “The Gothic Bible: a reading of Matthew 27 in the Gothic language”, Jordan Ashley Moore
D “The Wulfila Project” – Biblia w języku gockim z tłumaczeniami na angielski i niemiecki
E “A Grammar of Proto-Germanic” – Winfred P. Lehmann


Bibliografia:

[1] “Perfect Phylogenetic Networks: A New Methodology for Reconstructing the Evolutionary History of Natural Languages”, Luay Nakhleh, Don Ringe, Tandy Warnow.
[2] “Runes and Germanic Linguistics”. Elmer H. Antonsen
[3] “Upadek Cesarstwa Rzymskiego”, Peter Heather
[4] “The Romance Languages”, Rebecca Posner, pp. 24-29
[5] “Romance Languages, A Historical Introduction”, T. Alkire, C. Rosen
[6] “Phonological Change in English”, Raymond Hickey
[7] “Climate and the Collapse of the Roman Empire | Part 3a: The Cimbrian War”, Brandon Lee Drake, U. of New Mexico
[8] “The Holy Roman Empire, a thousand years of Europe’s history”, Peter H. Wilson

Szwedzkie problemy z gangsterami, zombie i awokado, czyli mnogie formy mnogie i kontrowersyjna końcówka -s

Przez jeden tydzień w marcu 2017 roku szwedzkie media zdominowała wiadomość o tym, że Szwedzi najwyraźniej mają problemy z gangsterami. A także z awokado, muffinkami, bajglami, tortillami oraz… zombie! Omawiane w prasie i w telewizji problemy nie dotyczyły oczywiście ani przestępczości, ani kuchennych rewolucji, ani tym bardziej postaci z horrorów. Chodziło o problemy językowe. A konkretnie o to, jak po szwedzku powinna brzmieć forma mnoga tych rzeczowników.

Całe to zamieszanie zaczęło się od tego, że ukazała się czwarta edycja Svenska skrivregler (dosłownie: Szwedzkich zasad pisania) – książki wydawanej przez Radę Języka Szwedzkiego, zawierającej instrukcje i porady, jak pisać różnego rodzaju teksty (listy, protokoły, raporty itd.), redagować akapity i tytuły, wprowadzać cytaty, stosować znaki interpunkcyjne, kiedy używać małej i wielkiej litery itp. Bieżące wydanie zawiera nowy rozdział poświęcony słowom i tekstom w języku angielskim, a więc między innymi zapożyczeniom z angielskiego. Powiewem nowości jest też nastawienie Rady Języka Szwedzkiego do końcówki formy mnogiej -s, kojarzącej się przede wszystkim właśnie z odmianą słów obcego pochodzenia. Dotychczas eksperci zajmujący się kulturą i ochroną języka odradzali odmienianie słów na angielską modłę i zalecali korzystanie z repertuaru szwedzkich końcówek. A więc: en gangster – flera gangstrar, a nie gangsters, en hobby – flera hobbyer, a nie hobbies albo hobbys, czy en zombie flera zombier, a nie zombies. Zdano sobie jednak sprawę, że słowa z innych języków coraz częściej przenikają do szwedzkiego, że stają się w szwedczyźnie coraz bardziej naturalne, razem z ich odmienionymi formami. Ola Karlsson z Rady Języka Szwedzkiego przyznał nawet, że angielska forma liczby mnogiej nadaje językowi szwedzkiemu więcej płynności.

Zacznijmy jednak od początku. W materiałach do nauki języka szwedzkiego najczęściej przedstawia się pięć końcówek formy mnogiej nieokreślonej – pięć typów deklinacji. Zależą one od kilku czynników: od rodzaju rzeczownika, od tego, czy rzeczownik kończy się na spółgłoskę czy samogłoskę, a także od akcentowanej sylaby w wyrazie. W dużym skrócie i w uproszczeniu: rzeczowniki należące do pierwszego typu deklinacji są rodzaju ogólnego i kończą się na -a, które w liczbie mnogiej tracą, ale otrzymują końcówkę -or, np. en flicka – flera flickor (jedna dziewczynka – kilka dziewczynek). Do drugiego typu deklinacji należą rzeczowniki rodzaju ogólnego, jednosylabowe oraz zakończone np. na -er, -ing, -ning, -dom czy ­-lek, które w formie mnogiej otrzymują końcówkę -ar, np. en bil – flera bilar (jeden samochód – kilka samochodów), en syster – flera systrar (jedna siostra – kilka sióstr) czy en övning flera övningar (jedno ćwiczenie – kilka ćwiczeń). Trzeci typ deklinacji to również rzeczowniki rodzaju ogólnego, wiele z nich to zapożyczenia, w których akcent pada w nich na ostatnią sylabę. Do tej grupy należą także słowa zakończone na -het, skap lub -nad. W formie mnogiej otrzymują końcówkę -er, np. en fåtölj – flera fåtöljer (jeden fotel – kilka foteli) czy en lägenhet – flera lägenheter (jedno mieszkanie – kilka mieszkań). Do kolejnych dwóch typów deklinacji należą rzeczowniki rodzaju nijakiego. Czwarty typ reprezentują te zakończone na samogłoskę – w formie mnogiej otrzymują końcówkę -n, np. ett äpple flera äpplen (jedno jabłko – kilka jabłek), a piąty te zakończone na spółgłoskę – w formie mnogiej nie otrzymują końcówki, np. ett hus – flera hus. Do tej ostatniej grupy zaliczają się także rzeczowniki rodzaju ogólnego zakończone na -are lub ­­-er, oznaczające nazwy zawodów czy narodowości, np. en lärare – flera lärare (jeden nauczyciel – kilkoro nauczycieli) albo en politiker – flera politiker (jeden polityk – kilkoro polityków). O końcówce -s niemal w ogóle się nie wspomina. Tymczasem w obszernej Gramatyce Języka Szwedzkiego Akademii Szwedzkiej  (SAG) pisze o się niej jako końcówce siódmego typu deklinacji (SAG jako osobny typ traktuje formę mnogą zakończoną na ­-r, która w materiałach dydaktycznych prezentowana jest razem z typem trzecim). Rzeczowniki należące do tej siódmej grupy to te obcobrzmiące. SAG wymienia tu następujące przykłady: happenings, walkie-talkies, fans, dummies, slogans, a nawet mixers i trailers ­– chociaż w języku szwedzkim istnieją słowa zakończone na -er, ale zastosowanie rodzimych wzorców odmiany, czyli utworzenie formy mixrar i trailrar, spowodowałoby powstanie zbitek spółgłoskowych [ksr] i [jlr], dla szwedzkiego obcych i trudniejszych w artykulacji. O końcówce ­-s pisze się też w przypadku rzeczowników obcego pochodzenia, których rzadko używa się w formie pojedynczej, np. cornflakes, jeans czy shorts. Użycie końcówki -s w liczbie mnogiej nie jest zresztą niczym nowym. U Augusta Strindberga w powieści Czerwony Pokój (szw. Röda rummet) z 1879 roku znajdziemy formę revolvers (rewolwery), a współcześnie słownik SAOL (Svenska Akademiens Ordlista) podaje jedynie formę revolvrar.

O co więc tyle hałasu? Bardziej otwarte podejście Rady Języka Szwedzkiego stało się dla wielu pretekstem do dyskusji na temat wpływu języka angielskiego na szwedzki w ogóle. Pojawiły się głosy poirytowanych tym, że na poduszkę powietrzną coraz częściej mówi się airbag zamiast krockkudde, że youtuberzy coraz częściej mówią o must have, że wszystko musi być cool i tym, że nie wiadomo, jak odmienić smoothie. O ile pierwsze zarzuty kojarzą mi się z niedawnym nietrafionym pomysłem Szwedzkich Demokratów, by ograniczyć napływ anglicyzmów i używanie słów obcego pochodzenia, który właściwie uderzał między innymi już w samą nazwę partii, tak ostatnia kwestia rzeczywiście jest warta uwagi i poruszano ją też w związku z publikacją Svenska skrivregler.

Chodzi mianowicie o to, że dla rzeczowników wymienionych wyżej pięciu typów deklinacji istnieją wzorce tworzenia formy mnogiej określonej, np. de glada flickorna, de snabba bilarna, de dyra fåtöljerna, de röda äpplena, de stora husen czy de trevliga lärarna (te wesołe dziewczynki, te szybkie samochody, te drogie fotele, te czerwone jabłka, te duże domy czy ci mili nauczyciele). A co z formami określonymi od tortillas, zombies, emojis czy wspomnianych wcześniej smoothies? Czy w tym przypadku należałoby jednak powrócić do form rodzimych? Två tortillas – de två goda tortillorna (dwie tortille – te dwie smaczne tortille), en massa zombies – de hemska zombierna (masa zombie – te straszne zombie)? Zostawić formy bez końcówki? Två bagels – de två goda bagels (dwa bajgle – te dwa smaczne bajgle)? Czy może zbudować formę taką jak emojisarna – to znaczy taką, która ma i końcówkę formy ­­­-s, i szwedzką ­końcówkę ­-ar… Co ciekawe, formy liczby mnogiej zakończone na ­-sar (w formie określonej ­­-sarna) występują dość powszechnie w języku nieformalnym, mówionym – można więc usłyszeć na przykład, jak szwedzcy vlogerzy podają przepis na sałatkę, do której potrzebują kilku avokadosar, tymczasem SAOL podaje tylko formę avokadorna. Zresztą, podobnie wygląda to także w przypadku innych owoców, np. kiwi i mango (kiwisarna, mangosarna vs kiwierna, mangorna).

Takie formy nie powinny jednak budzić zdziwienia i irytacji. W języku szwedzkim jest bowiem grupa słów, których forma mnoga zupełnie poprawnie kończy się na ­-sar, np. potatisar (ziemniaki), kepsar (czapki z daszkiem), bebisar (niemowlaki). W przypadku tych rzeczowników przyczyny są inne – ich forma pojedyncza została zapożyczona od angielskiej formy mnogiej: en potatis od potatoes, en keps od caps i en bebis od babies. Podobnie stało się w przypadku słów ett kex (ciastko) – pochodzącego od cakes i ett chips (czips) –  pochodzącego od chips. Oba należą do piątej deklinacji, więc ich formy liczby mnogiej to odpowiednio kex i chips. Także my w polszczyźnie mamy swojego czipsa i krakersa. Aktualnie niestabilnie wygląda sytuacja szwedzkiej muffinki, ponieważ spotkać można formy zarówno ett muffin jak i ett muffins, a nawet en muffins.

Pozostaje jeszcze pytanie o to, co w języku szwedzkim zrobić z zapożyczeniami, których forma mnoga w języku angielskim to nie tylko sama końcówka -s, np. en story – stories (po szwedzku raczej storys, storyer), oraz ze słowami zapożyczanymi z języków innych niż angielski, np. z włoskiego en paparazzo – paparazzi (po szwedzku także papparazoer) czy z niemieckiego en schlager – schlager (po szwedzku także schlagers, schlagrar).

Dlaczego warto się temu wszystkiemu przyglądać? Oczywiście, jeśli uczycie się języka szwedzkiego, może się Wam to przydać na jakimś teście (a już teraz możecie sprawdzić się w quizie przygotowanym przez Språktidningen, link TUTAJ). Ale to też jedno z zagadnień, które przypomina nam, że język stale się zmienia, czy to się komuś podoba czy nie. Z badania przeprowadzonego przez Williama Zetterberga wynika, że końcówka ­-s preferowana jest w przypadku słów, które funkcjonują w języku szwedzkim stosunkowo od niedawna (np. selfie czy lobby), podczas gdy forma mnoga starszych, bardziej „oswojonych” słów częściej tworzona jest przy pomocy rodzimych wzorców. Może to oznaczać, że forma mnoga z -s jest niejako formą tymczasową, przejściową. Badanie potwierdziło też, że formy z ­-s używają częściej młodsi użytkownicy języka szwedzkiego.

Na koniec – warto też pamiętać, że użycie różnych form czasem może dać różny efekt, prawda?

Eller hur, amigos?

Eller hur, amigor?

 

Bibliografia:

Gellerstam, Martin (2002). Norm och bruk i SAOL. LexicoNordica, 9, 21–31.

Ledin, Per (2013). Gillar du avokadosar? Några ord om sar-pluralen https://pasvenska.se/gillar-du-avokadosar-nagra-ord-om-sar-pluralen/ [dostęp: 08.01.2019]

SAG 2 = Teleman, Ulf; Hellberg, Staffan & Andersson, Erik (1999). Svenska Akademiens Grammatik. Del 2: Ord. Stockholm: Nordstedts Ordbok.

Zetterberg, William (2017). Arising plurals in Swedish: A study of Swedish s-plurals. Lund: Lunds universitet. https://lup.lub.lu.se/student-papers/search/publication/8903357 [dostęp: 08.01.2019]

Engelskt plural ger svenskan bättre flyt https://sverigesradio.se/sida/artikel.aspx?programid=406&artikel=6656822 [dostęp: 08.01.2019]

Är s-plural gångbart i svenskan? http://www.sprakochfolkminnen.se/sprak/sprakradgivning/aktuellt-sprakrad/granskade-rad/2017-05-08-ar-s-plural-gangbart-i-svenskan.html [dostęp: 08.01.2019]

 


Autorką tekstu jest Natalia Kołaczek, autorka strony Szwecjoblog.pl

 

ZOBACZ RÓWNIEŻ:

Jak poprawnie kląć po szwedzku

Szwedzi na Ukrainie? Od XVIII wieku?

Pitch accent w języku szwedzkim, cz. 1

Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje w trakcie wyjazdu

Tosar tú føroyskt? – Co warto wiedzieć o języku farerskim?

 

Jak osiągnąć poziom biegłości (C2) w języku niemieckim?

Jakie są możliwości osiągnięcia poziomu C2? Czy jest to realne, jeżeli nie mieszkamy w kraju, w którym mówi się w danym języku?

Kiedyś myślałam, że między poziomami C1 a C2 istnieje tylko mała różnica. Teraz wiem, że jest ona ogromna. Kiedyś sądziłam też, że po zakończeniu studiów magisterskich z filologii germańskiej będę miała poziom C2. Teraz wiem, że nie było to realne.

Poziom C1 to poziom zaawansowany, zaś C2 to poziom profesjonalny. Osoba posiadająca poziom C1:

– rozumie prawie wszystko, co słyszy lub czyta;

– bez trudu potrafi wyrazić swoją opinię na każdy temat. Należy jednak zaznaczyć, że na poziomie C1 dozwolone jest opisywanie danego słowa. Czyli nie znając czy zapomniawszy danego słowa, można opisać, o co nam chodzi, używając innych słów. Nie dzieje się to jednak często;

– wypowiada się i pisze w razie potrzeby obszernie;

– bez trudu nawiązuje interakcje;

– mówi w tempie odpowiednim do sytuacji;

– popełnia niewiele błędów gramatycznych;

– mówi prawie bez akcentu.

Na poziomie C2 wymagania są oczywiście wyższe. Co więc oznacza ten poziom, którzy osiągają tylko nieliczni? Osoba będąca na poziomie C2:

– rozumie wszystko, co słyszy lub czyta;

– nie szuka słów, słowa przychodzą jej do głowy bez trudności;

– potrafi nawiązać rozmowę adekwatną do sytuacji i bez problemu odnieść się do wypowiedzi partnera w rozmowie;

– posiada bardzo bogate słownictwo, a jej środki językowe są urozmaicone;

– wyróżnia się bardzo dobrą wymową;

– komunikuje się naturalnie, chociaż czasami zdarzają się błędy;

– bardzo rzadko robi błędy ortograficzne.

Myślę, że po tym opisie różnica jest widoczna. Ja sama spędziłam ponad 7 lat w Niemczech i teraz bez żadnych wątpliwości mogę powiedzieć, że nigdy nie osiągnęłabym poziomu C2, gdybym nie spędziła dłuższego czasu w kraju niemieckojęzycznym. Co dał mi ten pobyt?

  1. Mój język jest naturalny. Wiem, jak rzeczywiście mówi się po niemiecku – niekoniecznie tylko tak, jak pisze się w podręcznikach. Do naturalnej komunikacji należy również język potoczny.
  2. Zdecydowanie poprawiła się moja wymowa. Wcześniej wiele reguł istniało dla mnie tylko w teorii.
  3. Bez trudności rozumiem rodzimych użytkowników języka.
  4. Rozumiem wszystko, co słyszę w radiu lub telewizji.
  5. Wzrosła moja pewność w używaniu języka.

Czy możliwe jest zdanie egzaminu językowego na poziomie C2 bez spędzenia dłuższego okresu w Niemczech, Szwajcarii czy Austrii?

Tak, myślę, że jest to możliwe, chociaż na pewno będzie trudne. Jednak również mieszkając w ojczystym kraju można nawiązać kontakt z żywym, codziennym językiem. Jak to zrobić?

  1. Słuchając radia i oglądając telewizję w języku obcym.
  2. Korzystając z zasobów Internetu, np. na YouTube.
  3. Szukając kontaktu z rodzimymi użytkownikami języka. Niemieckojęzyczne osoby mieszkają również w Polsce – w dużych miastach warto zorientować się, czy istnieje coś takiego jak „Stammtisch” – czasami nauczyciele organizują spotkania, podczas których mówi się tylko po niemiecku i na których można spotkać Niemców, Austriaków czy Szwajcarów.
  4. Szukając w Internecie rodzimego użytkownika języka, z którym można by od czasu do czasu porozmawiać. W tym celu można wykorzystać np. stronę „Conversation exchange” (https://www.conversationexchange.com/)
  5. Jeśli nie jest możliwy dłuższy wyjazd do kraju niemieckojęzycznego, to może chociaż krótka wycieczka?
  6. Komentując na niemieckojęzycznych forach internetowych czy na Facebooku.

Należy dodać, że do osiągnięcie poziomu C2 zalecanych jest przynajmniej 1000 godzin nauki.

Oczywiście wielu uczących chce potwierdzić swoją znajomość języka obcego w sposób oficjalny, czyli zdobyć certyfikat. Najpopularniejszymi egzaminami z języka niemieckiego na poziomie C2 są:

  • Das Goethe-Zertifikat C2: Großes Deutsches Sprachdiplom – składa się on z czterech częsci. Trwa 3,5 godziny. Są to oczywiście: czytanie, słuchanie, pisanie i mówienie. Zadania z części pisemnej nie są oceniane w centrum egzaminacyjnym, lecz w Monachium. Są one związane z literaturą, na stronie Goethe-Institut znajdziemy listę wymaganej literatury. Na rok 2019 są to dwie powieści, które należy przeczytać. Czytając wymagania na powyższej stronie, widzimy, że teksty, z którymi zdający muszą się zmierzyć, są często nieformalne, naukowe, literackie, a tempo mówienia na egzaminie ze słuchania zawsze jest naturalne.
  • Również egzamin telc C2 składa się z czterech tych samych części (jak zresztą wszystkie egzaminy, gdyż sprawdzają one podstawowe umiejętności językowe). Trwa on 4 godziny i 10 minut. Również kładzie nacisk na naturalne używanie języka we wszystkich sytuacjach i na umiejętność pracy ze wszystkimi rodzajami tekstów. Więcej informacji.
  • Egzamin ÖSD C2 (austriacki) również składa się z czterech części. Trwa 3 godziny i 10-15 minut. Na egzaminie ustnym musimy poradzić sobie m.in. na rozmowie telefonicznej. Mimo że jest to egzamin austriacki, należy zaznaczyć, że odnosi się do całego obszaru niemieckojęzycznego, czyli nie będzie tak, że teksty będą dotyczyły tylko Austrii. Tutaj znajdziemy więcej informacji.

Cechą wspólną tych egzaminów jest to, że sprawdzają rozumienie języka w autentycznym, naturalnym kontekście – języka naturalnego, codziennego, ale również specjalistycznego i w środowisku pracy.

Jak najlepiej przygotować się do egzaminu na poziomie C2?

Kilku wskazówek już udzieliłam, ale co jeszcze można zrobić, żeby sprostać poziomowi C2? Jak osiągnąć prawie bezbłędne używanie języka? Jak udoskonalić wymowę tak, aby zbliżyła się do wymowy rodzimego użytkownika języka?

Pomocne na pewno będzie nagrywanie się. Istnieje wiele aplikacji, za pomocą których możemy się nagrywać.

Bardzo dużo mówi się dzisiaj o immersji językowej. Czym ona jest?

Jest to zanurzenie się w języku, przesiąknięcie językiem. Upraszczając: należy otoczyć się językiem obcym ze wszystkich stron. Jak możemy to zrobić?

  • czytać w języku obcym;
  • oglądać telewizję czy filmiki w Internecie w języku obcym;
  • słuchać audiokursów czy audiobooków w drodze do szkoły czy pracy lub uprawiając sport;
  • na kursie najlepiej mówić tylko w języku obcym;
  • jak najwięcej mówić w języku obcym: z innymi lub do siebie;
  • nazywać przedmioty w swoim otoczeniu w języku obcym;
  • warto język w telefonie czy tablecie przestawić na język obcy.

Najlepiej starać się mieć jak najmniej kontaktu z językiem polskim. Bez przesady oczywiście – nie chodzi o to, żebyśmy unikali rodziny czy znajomych.

Tak, w tej metodzie chodzi o to, żeby uczyć się tak jak uczą się dzieci. Rzeczywiście możemy to do pewnych granic osiągnąć. Kiedy spoglądamy na rzeczy w swoim otoczeniu, możemy nazywać je w języku obcym. Jeśli nie znamy słówek, to sprawdzamy. Wcześniej tak właśnie się uczyłam, czyli:

  • w drodze do pracy i potem do domu, a także biegając wieczorami, słuchałam audiokursów;
  • czytałam dużo w językach obcych. Wyszukiwałam zagraniczne portale, których treści mnie interesowały;
  • oglądałam telewizję hiszpańską czy angielską;
  • kupowałam hiszpańsko- i anglojęzyczne czasopisma;
  • po angielsku rozmawiałam z przyjaciółmi Anglikami. Po hiszpańsku nie miałam z kim, więc mówiłam do siebie;
  • dużo pisałam w językach obcych;
  • jak najczęściej starałam się nazywać w językach obcych przedmioty w swoim otoczeniu.

I tutaj jedna bardzo ważna uwaga: Zbliżając się do sposobu, w jaki dzieci uczą się języka ojczystego, zwróćmy uwagę na to, że one przecież nie mówią od razu pełnymi zdaniami. Nie zrażają się również, popełniając błędy. Nie zniechęcają się tym, że dorośli je poprawiają. Inaczej przecież nigdy nie nauczyłyby się mówić, prawda?

Mam nadzieję, że powyższe wskazówki pomogą Wam w osiągnięciu poziomu C2. Sądzę, że bardzo trudno jest zbliżyć się do poziomu rodzimego użytkownika języka, ale myślę, że nie to powinno być celem nauki. Nie powinno być nim również tylko zaliczenie egzaminu, gdyż jego zdanie nie zawsze mówi o tym, że zdający rzeczywiście ten poziom osiągnął. Naprawdę ważna jest według mnie umiejętność komunikacji oraz rozumienia innych. Uczymy się języka obcego przecież po to, żeby powiedzieć w nim to, co chcemy.


Autorką artykułu jest Magdalena Surowiec.


Polecane artykuły:

Jak ocenić poziom znajomości języka obcego? ESOKJ w teorii i w praktyce
Czy język niemiecki jest trudny?
Przewodnik po Deutsche Welle
Jak (nie) uczyć się języków obcych – część 3 – niemiecki
Niemieckie gazety, portale informacyjne oraz stacje radiowe
Niemiecki w 4 miesiące, czyli zmagania z przeciwnościami
Kurs kursowi nierówny, czyli recenzja deutsch.info

3 najlepsze słowniki do nauki języków obcych

Przystępując do nauki języka obcego pojawia się potrzeba sprawdzenia poszczególnych słów. Chcemy wiedzieć, co to tajemnicze słowo oznacza. Gorzej, gdy mamy do czynienia z całym wyrażeniem. Niektóre słowniki nie radzą sobie z dłuższą formą i podają znaczenie poszczególnych słów. Dochodzi przy tym czasem do kuriozalnych sytuacji. Niektóre słowniki – bardzo często translatory, zbyt dosłownie tłumaczą poszczególne frazy. Przykładem jest Dziękuję z góry, czyli słynne już: Thank you from the mountain. Jest to zwrot przetłumaczony dosłownie – wyraz po wyrazie, lecz niestety nie mający ani sensu, ani pokrycia w rzeczywistości. Powinno to wyglądać tak:

Ucząc się więc języków obcych, warto mieć pod ręką sprawdzone słowniki, które nie tylko potrafią prawidłowo przetłumaczyć każdy wyraz, lecz również całe wyrażenia. Jeśli dla przykładu tłumaczymy jakieś konkretne słowo, świetnie jest, jeśli słownik podaje praktyczne przykłady z użyciem tego wyrazu. Mamy wtedy pewność, że wszystko jest w porządku, a samo słowo w rzeczywistości istnieje.

Dlatego dziś przygotowałem Wam krótkie zestawienie słowników, które moim zdaniem doskonale sprawdzają się przy codziennej nauce języków obcych. Korzystam z nich każdego dnia i często, szczególnie ze względu na naukę mniej popularnych języków, stają się dla mnie nie tylko ratunkiem, ale również doskonałym źródłem nowych treści.

eTutor

Na pierwszy strzał idzie moje ostatnie odkrycie. Mimo znajomości kilku innych słowników, ten pozwala na znacznie więcej. Tylko zerknijcie na ten przykład:

Mamy słowo Dziękuję, a pod nim kilka przykładów zastosowania. Mamy również przykładowe zdania, które moim zdaniem powinny z automatu znaleźć się na naszej liście „do nauczenia“. Co ciekawe, słownik eTutora pozwala na przesłuchanie danego słowa lub całego zdania, dzięki czemu mamy pewność, że wszystko wypowiemy prawidłowo. Jeśli uznamy, że jakieś konkretne wyrażenie jest warte zapamiętania – obok niego wydawca umieścił symbol „plusa“. Klikając na niego dodajemy go do listy powtórek i tym samym budujemy sobie zestaw dobrych wyrażeń do nauki.

Ostatnią sprawą, o której warto wspomnieć jest boczny pasek słownika, który sugeruje powiązane zwroty. Bo przecież oprócz zwykłego Dziękuję, na co dzień używamy takich słów jak Dzięki czy Dziękuję za. Coś takiego zawsze się przydaje i niewątpliwie skraca czas nauki języka. Jedyną wadą całego słownika jest ograniczenie do języka angielskiego i niemieckiego. Mimo to i tak zapewne pokryje 90% uczących się w naszym kraju, a to już jest absolutnie wystarczające.

Reverso

Drugim słownikiem, z którego najczęściej korzystam jest słownik Reverso. Podobnie jak w przypadku eTutora, potrafi tłumaczyć również całe wyrażenia oraz sugeruje masę przykładów, dzięki którym dość dobrze ogarniemy dane słowo. Istnieje także możliwość przesłuchania całych zdań w dość dobrej jakości. Zaletą tego słownika jest ilość dostępnych języków. I tak np. z polskiego można tłumaczyć na język niemiecki, angielski, hiszpański, francuski i włoski. Natomiast, jeśli poszukujecie bardziej egzotycznych języków, jak na przykład arabski, hebrajski czy rumuński – musicie w drugą stronę posłużyć się już językiem angielskim. Korzystam z tej opcji, kiedy szukam czegoś np. w języku rosyjskim. Jest to pewne utrudnienie, ale z drugiej strony mam wtedy stały kontakt również z drugim językiem obcym. Reverso daje możliwość zapisywania słów do ulubionych oraz podglądania ich w konkretnym kontekście. Pojawia się wtedy dodatkowa ramka, na której możecie zobaczyć na przykładzie dialogu, w jaki sposób dane wyrażenie zostało pierwotnie wykorzystane. Co ciekawe, część z nich pochodzi z prawdziwych filmów dając nam wrażenie żywego języka.

Glosbe

Być może słownik Glosbe nie ma dodatkowych opcji, jakie oferuje zarówno eTutor jak i Reverso. Posiada jednak ważną cechę, która czyni go wyjątkowym. To ogromna ilość języków, które macie do dyspozycji wraz z językiem polskim. Jest ich kilkadziesiąt, jeśli nie sto. To sprawia, że Glosbe staje się najbardziej poręcznym słownikiem ze wszystkich. Szczególnie kiedy uczycie się języków rzadszych lub takich, które zazwyczaj nie wchodzą w skład podstawowych – np. portugalski, rosyjski, czeski. Korzystałem z niego wyjątkowo intensywnie przy nauce języka chorwackiego, którego nie znajdziecie w pozostałych słownikach. To bardzo ułatwia pracę i staje się niekiedy ostatnią deską ratunku przy nauce bardziej egzotycznych języków. Oczywiście słownik oprócz samych tłumaczeń pojedynczych słów sugeruje również całe zdania i gotowe wyrażenia.

Wszystkie trzy słowniki to ogromne wsparcie przy nauce języków obcych. Twórcy odeszli od starej formuły tłumaczącej jedynie pojedyncze słowa, a skoncentrowali się na praktycznych tłumaczeniach słów i wyrażeń. Dzięki temu wiemy, że nasze konkretne słowo jest „ubrane” w prawidłową formę i po prostu pasuje do kontekstu.

Każdy ze słowników posiada swoje mocne i słabe strony, ale niewątpliwie wszystkie trzy deklasują, moim zdaniem, konkurencję, stając się doskonałym źródłem nauki języków obcych. (Niestety z własnego doświadczenia wiemy, że nie wszystkie przykłady, podawane przez opisane w artykule narzędzia internetowe, są poprawne, dlatego, w przypadku większych wątpliwości, warto je skonfrontować w kilku źródłach – przypis redakcji.)


Autorem artykułu jest Piotr Kruk


Zobacz również:

Przyszłość dwujęzycznego słownika PWN-Oxford

Słownik, czyli narzędzie do zadań specjalnych

Słownik polsko-kaszubski jest dostępny

Caesar czy Cezar?

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego po ukazaniu się białego dymu nad Watykanem rozbrzmiewają słowa: „annuncjo vobis gaudium manium” (celowo pozwalam sobie na taką transkrypcję), chociaż w zapisie jak byk stoi „annuntio” i „magnum”? Albo może przechodzą was ciarki, kiedy Amerykanie wymawiają „vice versa” jako „wajse weesa”? Albo może sami powiedzieliście kiedyś za Cezarem „weni, widi, wiczi”? Cóż, jak powiedział jeden z bohaterów filmu „Asteriks i Obeliks: misja Kleopatra” – weni, widi – to tak, wiczi – to nie do końca.

W takim razie jak się mówi po łacinie? Cały szkopuł (nota bene, wyraz ten bynajmniej nie ma nic wspólnego ze Szkopem, co mogłoby sugerować tak brzmienie, jak i znaczenie) polega na tym, że po łacinie od dobrych paru lat się nie mówi. Osoby, które ewentualnie mówią po łacinie – duchowni, prawnicy, naukowcy, medycy, zwolennicy „żywej łaciny” – to nie jej rodzimi użytkownicy, ale osoby, które wyuczyły się łaciny w konkretnym celu. Właśnie dlatego zaliczamy łacinę do języków martwych – ponieważ nikt w sposób naturalny nie posługuje się nią od urodzenia. Nawet gdybyśmy wychowali dziecko, mówiąc do niego wyłącznie po łacinie, przejęłoby ono nasze naleciałości językowe.

Tutaj dochodzimy do sedna sprawy. W podanych wyżej przykładach możemy dopatrzyć się pewnych nie tyle błędów, co naleciałości. Skąd one wynikają? Posłużmy się przykładem. Może próbowaliście kiedyś czytać w języku, którego nie znacie. Jeżeli nie znaliście podstaw wymowy tego języka, czytaliście literka po literce, zgodnie z zapisem. Teraz wyobraźcie sobie, że ktoś w ten sam sposób czyta po polsku. Zamiast „cz” w słowie „czubek” wymawia osobno „c” i „z” – c-zubek. (Co za koszmarek… a teraz podstawcie tu Szczebrzeszyn albo Brzęczyszczykiewicza).

To samo dzieje się z łaciną. Czytając lub mówiąc, dostosowujemy wymowę do wymowy naszego języka rodzimego. Stąd też rzymski mówca Marek Tuliusz Cicero dla Włocha będzie nazywać się „Cziczero”, dla Niemca – „Kikero”, dla Anglika – „Sisero”, dla Francuza – „Siserą”, dla Rosjanina – „Cicjero”, a dla Polaka – „Cicero”. Taka wymowa stanowi pewną konwencję – nazywamy ją wymową tradycyjną albo konwencjonalną.

Dużym błędem jest zatem stwierdzenie, że „Amerykanie nie umieją mówić po łacinie” czy „Włosi tak okropnie kaleczą łacinę”. Owszem, łacina w wersji włoskiej nie musi się nam podobać, nie znaczy to jednak, że jest w jakikolwiek sposób niepoprawna – ot, po prostu trochę inna niż nasza (żeby już nie wchodzić w dywagacje, czy Włosi to faktycznie potomkowie Rzymian – niewątpliwie bliżej im do Romulusa niż nam i równie niewątpliwie mają domieszkę krwi barbarzyńców). Niemniej jednak pewne zjawiska są typowe dla wymowy łaciny przez daną nację. Stąd właśnie bierze się wspomniane już „wiczi” czy „gaudium manium” – to nic innego jak charakterystyczna dla języka włoskiego palatalizacja, czyli zmiękczenie głoski. Ale uwaga! Co wolno Włochowi, to nie Polakowi. W języku polskim zmiękczenia owszem, występują, jednakże działa to trochę inaczej. Nie zmiękczamy na przykład zbitki „gn” – słyszeliście kiedykolwiek, żeby ktoś mówił „niaty” zamiast „gnaty”? Dlatego właśnie po wyborze papieża Włosi odczuwają „gaudium manium”, a Polacy – „magnum”. Stąd też, nawiasem mówiąc, wynika osobiście rażąca mnie tendencja wśród polskiego duchowieństwa do „włoszczenia” łaciny – z racji umieszczenia stolicy Piotrowej w Watykanie wielu księży przejmuje włoskie nawyki językowe. To samo tyczy się muzyków, wykonujących na przykład łacińskie części Mszy. Właśnie dlatego słyszymy potem „gracja plena”, „andżelus Dei” czy moje ulubione „salve Redżina” z „dżementes et flentes”. Przykłady można by mnożyć, a jeśli ktoś chce się przekonać osobiście, polecam wybrać się do Filharmonii na którąś z Mszy Mozarta. Albo kogoś innego, zależnie od upodobań muzycznych. Eksperyment można również przeprowadzić w domu, odsłuchując w YouTube tego samego utworu po łacinie w kilku różnych wykonaniach – zupełnie inaczej będzie śpiewał Pavarotti, inaczej Renee Fleming – pomijając oczywiście różnice wokalne.

Wynikałoby z tego, że nie istnieje jedyny słuszny sposób wymowy łaciny. Jak zatem mówili sami Rzymianie? Odpowiedź wcale nie jest taka prosta. Imperium rzymskie rozciągało się daleko poza włoski „but” – od Portugalii do Syrii, od Brytanii do Egiptu. Zwyczajnie nie jest możliwe, żeby wszyscy mieszkańcy tak wielkiego obszaru mówili dokładnie tak samo. To samo zjawisko możemy zaobserwować obecnie w Ameryce – Teksańczyk mówi inaczej niż Nowojorczyk – lub na nieco mniejszą skalę na własnym podwórku – Ślązak mówi inaczej niż Białostoczanin (jeśli chcemy traktować śląski jako osobny język, zastąpmy w przykładzie Ślązaka Góralem).

Po drugie, imperium rozciągało się nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie – od niewielkiej, ale buńczucznej społeczności w VIII wieku przed Chrystusem do późnego cesarstwa w V wieku po Chrystusie (celowo nie mówię tu o Bizancjum, czyli cesarstwie wschodniorzymskim, ponieważ dominował w nim język grecki). Tak długa przestrzeń czasowa stwarza spore możliwości ewolucji, również w zakresie fonetyki.

Wreszcie rzymskie społeczeństwo – jak każde – było zróżnicowane klasowo, co również odbijało się na wymowie. Pochodzenie społeczne i wykształcenie ujawnia się w sposobie nie tylko wysławiania się, lecz także wymowy głosek („piejo kury, piejo, ni majo koguta” brzmi dość ludowo, nieprawdaż?). Zachowała się nawet dość urocza anegdota o cesarzu Wespazjanie, który z pochodzenia był prostym żołnierzem, co skutkowało pewnymi gminnymi naleciałościami w mowie.  Kiedy konsul Florus wytykał mu, że nazwę wozów towarowych – „plaustra” – wymawia po wiejsku jako „plostra”, cesarz w odpowiedzi zwrócił się do niego per „Flaurus”, co po grecku oznacza nicponia.

Niemniej jednak da się odtworzyć łacińską fonetykę. Rekonstruujemy ją na podstawie antycznych inskrypcji, metrycznych tekstów poetyckich, starożytnych dzieł poświęconych gramatyce i językoznawstwu, oraz kontynuantów występujących w językach romańskich. Wyniki takiej rekonstrukcji mogą zaskoczyć młodych adeptów języka Rzymian – o czym może następnym razem.

Musimy pamiętać o tym, że tradycyjna wymowa łaciny to sztuczna konwencja, zatem stosowanie jej do tekstów antycznych to anachronizm. Nie zmienia to faktu, że nawet taka wymowa, jako powszechnie przyjęta, ułatwia nam zrozumienie łaciny i wprowadza pewien porządek w jej użyciu – ujednolicanie zresztą, jakby nie spojrzeć, raczej wpisuje się w rzymski duch. Można się spierać o sposób wymowy łaciny – jednak niezależnie, jakie przyjmiemy stanowisko, wymawiajmy świadomie.


Autorką artykułu jest Maria Wolak


Zobacz również:

Rola współczesnej nauki języków klasycznych (łacina, greka, scs)

Na początku była łacina

Żywa łacina – lekcja mówienia w martwym języku. Część I

Żywa łacina – lekcja mówienia w martwym języku. Część II

Co nas śmieszy w języku rosyjskim?

Tytuł tego artykułu jest nieco przewrotny, ponieważ z rosyjskim mam styczność od ładnych paru lat, uwielbiam go słuchać i się nim posługiwać, ale z doświadczenia własnego i swoich uczniów wiem, że na różnych poziomach zaawansowania może wywoływać uśmiech na twarzy. Dlaczego? Bo momentami bywa podobny do polskiego. I nie mam na myśli zbliżonego znaczenia, tylko warstwę brzmieniową, bo to ona wywołuje najwięcej skojarzeń.

O różnicach i podobieństwach między językiem polskim a rosyjskim opowiadałam w jednym z filmików – ten materiał będzie doskonałym wstępem do naszych późniejszych rozważań, zwłaszcza dla Czytelników nie znających tego języka:

https://youtu.be/WGwP-UlwElQ

Nie ukrywajmy, że najbardziej śmieszne wydają nam się te brzmienia, które niezbyt dostojnie się kojarzą lub w naszej wyobraźni tworzą dość zabawny obrazek. I właśnie na takie dwie grupy je podzieliłam.

Skojarzenia dźwiękowe

Pamiętam, kiedy na jednych z pierwszych zajęć z języka rosyjskiego na studiach nasz lektor poprosił, żebyśmy wykonali pewne ćwiczenie, rozpoczynając: будьте любезны… [budźcie liubiezny]. Oczywiście, nikt nie zachowywał się lubieżnie, choć wszyscy się śmiali, a dopiero potem się okazało, że prowadzący chciał, abyśmy „byli uprzejmi” wykonać jego polecenie.

Podobne skojarzenia wywołuje słowo сутки [sutki], które z biustem ma niewiele wspólnego (ten po rosyjsku to грудь/grudź lub właśnie бюст/biust), bo oznacza… dobę. Można jeszcze zaakceptować, kiedy магазин работает круглосуточно [magazin rabotajet kruglosutoczno], czyli sklep jest otwarty przez całą dobę, ale jak się nie uśmiechnąć, kiedy работает кругые сутки [rabotajet kruglyje sutki]?

Zabawnie, choć równie nieprzystojnie kojarzą się wszelkie określenia związane z używaniem ognia: зажигалка [zażygalka] to zapalniczka, зажигать костёр [zażygat’ kostior] oznacza rozpalanie ogniska, a обжиг [obrzyg] to proces, który oznacza… wypalanie.

Skojarzenia wizualne

Nazwałam je tak, ponieważ dane wyrażenie może się kojarzyć z jakąś scenką, zabawną sytuacją – oczywiście, w zależności od osoby takie wyobrażenia mogą być zupełnie inne.

Klasykiem jeszcze z okresu studiów było сначала разберёмся, а потом будем доказывать [snaczala razbieriomsja, a potom budziem dokazywat’], co oznacza mniej więcej: „najpierw rozeznamy się w sytuacji, a potem będziemy szukać dowodów”. Skojarzenie jest jednak chwytliwe, gdyż jeden z moich kursantów, pan po sześćdziesiątce, na pytanie, jaki może być sens tego zwrotu, odpowiedział: „pani Dagmaro, już chyba nie w tym wieku”.

Inną sytuacją, również z zajęć, była próba przetłumaczenia określenia охотник за бабочками [ochotnik za baboczkami]. Dziwnym trafem zamiast „łowcy motyli” wyszedł „pies na baby”, ku ogólnemu zdziwieniu, że przecież polskie tłumaczenie nijak się ma do rosyjskiego oryginału.

I na koniec określenie, które wyjątkowo lubię – смотреть телевизор [smotriet’ telewizor], które po polsku się przekłada jako „oglądanie telewizji”. Zawsze, kiedy słyszę o „oglądaniu telewizora”, widzę parę osób siedzących na kanapie, wpatrzonych w czarny ekran.

Oczywiście, z powyższych przykładów można się pośmiać i o nich zapomnieć, ale można też na bazie dźwiękowej i wizualnej budować skojarzenia, które pozwolą nam szybciej zapamiętać nowe słówka i zwroty. Co jednak najważniejsze, taka metoda uczenia się jest niezwykle efektywna – połączenie informacji ze skojarzeniem tworzy trwały ślad pamięciowy, co w przypadku nauki języków obcych jest niezwykle ważne.

A jakie techniki zapamiętywania nowych słówek Wy stosujecie? Jestem ich bardzo ciekawa 🙂

Autorką wpisu jest Dagmara Bożek-Andryszczak – tłumaczka i lektorka języka rosyjskiego. Autorka bloga o tłumaczeniach i języku rosyjskim http://www.dagatlumaczy.pl/ oraz specjalistycznego słownika polsko-rosyjskiego i rosyjsko-polskiego z zakresu marketingu internetowego https://www.slownikrosyjskiego.pl/.

Genderomowa

Uniwersytet w Cardiff znalazł się w ogniu krytyki z powodu publikacji listy słów zakazanych. Nie wolno używać tam już takich sformułowań jak „umowa dżentelmeńska” (gentleman's agreement) lub „strażak” (fireman). Zdaniem licznych komentatorów jednak taka politycznie poprawna nowomowa ogranicza swobodę wypowiedzi. Walijski uniwersytet w swej krucjacie przeciwko niepoprawnym genderowo słowom znalazł się w ogniu krytyki nie tylko zwykłych ludzi powszechnie używających zakazanych słów, lecz również organizacji chroniących swobody wypowiedzi. Jest to element akademickiej walki ze stereotypami w języku, które „odmawiają ludziom ich indywidualności”. Zamiast tego, powinno się natomiast „promować atmosferę, w której wszyscy studenci czują własną wartość”. Nieposłuszeństwo językowe grozi postępowaniem dyscyplinarnym.

Czucie się „urażonym czyimś językiem” wydaje się nową modą. Studenci w Cambridge protestowali na przykład, ponieważ w ich kantynie podano im „Jamaican stew” (jamajski gulasz), na domiar złego z „Tunisian rice” (ryż po tunezyjsku). Ich zdaniem jest to niedopuszczalna stygmatyzacja kulturowa. Uniwersytet East Anglia zabronił też rozdawać sombrero w restauracji, ponieważ mogłoby to obrażać uczucia Meksykanów.

Magazyn Spiked zbadał stan swobody wypowiedzi na angielskich uczelniach.  Z opublikowanego przez nich raportu wynika, że ponad 63% brytyjskich uczelni aktywnie prowadzi politykę wrogą swobodzie wypowiedzi. Aż 94% brytyjskich uczelni prowadzi cenzurę. Co gorsza, problem z każdym rokiem pogłębia się. Do tematu odniosła się nawet pani premier Theresa May. Oprócz krytyki polityki „safe space” (tworzenie klosza, pod którym uczucia wrażliwych studentów – snowflakes – nie mogą zostać zranione), wspomniała, że ograniczenie swobody wypowiedzi negatywnie wpłynie na brytyjską gospodarkę i społeczeństwo. Według komentarzy pod artykułami prasowymi na ten temat, większość społeczeństwa również nieprzychylnie odnosi się do językowych rewolucji („Nie mają nic lepszego do roboty?”, „Kogoś, kto podaje listę słów, których wolno używać, powinno trzymać się jak najdalej od władzy!”).

Sytuacja jest również nieciekawa na amerykańskich uczelniach. „Antyfaszystowscy” studenci uniwersytetu w Berkeley (słynnego z obrony wypowiedzi w latach sześćdziesiątych) zorganizowali zamieszki, w wyniku których na kampusie nie mógł przemawiać prawicowy orator Milo Yiannopoulos – który notabene jest gejem i ma czarnego chłopaka… Dla młodocianych cenzorów to zbyt mało by udowodnić, że nie jest homofobicznym rasistą. Stąd również w USA powstają organizacje, które muszą stanąć w obronie swobody wypowiedzi, na przykład Fundacja na Rzecz Indywidualnych Praw w Edukacji FIRE, o której działaniach więcej dowiedzieć można się z poniższego filmiku:

O kwestii swobody wypowiedzi na anglosaskich uniwersytetach szerzej piszę w tekście Czy jest jeszcze wolność wypowiedzi na angielskich i amerykańskich uczelniach?

Wracając do kwestii czysto językowych, większość problemów wiąże się z tym, że w języku angielskim słowo man znaczy zarówno mężczyzna, jak i ogólnie człowiek. Stąd problemem stają się wszystkie słowa typu policeman (policjant), gentleman (dżentelmen) czy right-hand man (prawa ręka). Sama zamiana na policewoman (policjantka) nie jest wystarczająco poprawna, ponieważ słowa te nadal naładowane są genderowymi treściami – a co jeśli dany stróż prawa nie wie jeszcze, czy chce być policjantem, czy policjantką? Dlatego wszystkie słowa używane przez dzisiejszych studentów muszą być „neutralne genderowo”. „Pochodzenie kulturowe” interlokutora nie powinno wpływać na dobór słów, którymi się posługuje. Zamiast tego powinni „otworzyć się na różnorodność kulturową”, donosi The Telegraph.

Nie wszyscy jednak palą się do tak rozumianej otwartości. W wywiadzie dla powyższej gazety dr Joanna Williams z uniwersytetu w Kent mówi „Pomysł mówienia ludziom na uniwersytecie jak mają się wyrażać jest obelgą dla naukowców i studentów. Powinniśmy być w stanie poradzić sobie ze słowami. Różne wyrażenia naturalnie wyewoluowały na przestrzeni lat i niekoniecznie muszą nieść w sobie seksistowskie konotacje”.

Uniwersytet w Cardiff jednak twardo broni swojego stanowiska. „Zarzuty o nadmiar tak zwanej poprawności politycznej nie są dla nas niczym nowym (…) Uniwersytet wprowadził regulamin inkluzywnego języka (Code of Practice on Using Inclusive Language), który jest szerokim podejściem promującym solidarność i równość poprzez podnoszenie świadomości w kwestii potencjalnie dyskryminującego słownictwa. Sugeruje unikanie niestosownych uogólnień i podaje obrazowe przykłady słownictwa pełnego znaczenia genderowego oraz neutralne dla nich alternatywy”, napisał rzecznik uniwersytetu.

Jakie wytyczne wystosował więc uniwersytet w Cardiff?

Są to ogólne porady, na przykład:

– Słowa homoseksualny i heteroseksualny przebrzmiewają wartościami czasów nietolerancji, należy mówić o związkach jednopłciowych i wielopłciowych (same-sex and other sex relationships).

– Nikt nie lubi być wrzucany do jednego worka, dlatego należy unikać takich słów jak „niepełnosprawni” (disabled) czy „niewidomi” (blind). Dlatego zamiast „the disabled” czy „people with disabilities’  należy mówić „disabled people’ ponieważ to społeczeństwo nie jest w stanie zagwarantować im pełnosprawnego funkcjonowania. Oczywiście słowo handicapped jest poza dyskusją.

– Oprócz tego jest też lista 34 słów, których należy unikać pod groźbą konsekwencji dyscyplinarnych.  Niestety nie da się jej zgrabnie przetłumaczyć na język polski, więc rozkoszować się nią mogą wyłącznie czytelnicy władający tym językiem.

Często sprowadza się to do zamiany „kierownika„ na „kiero-osobę„ itp.:

Best man for the job – Best person for the job

Businessman/woman – Businessperson, manager, executive

Chairman/woman – Chair, chairperson, convener, head

Cleaning lady – Cleaner

Craftsman/woman – Craftsperson, craft worker

Delivery man – Delivery clerk, courier

Dear Sirs – Dear Sir/Madam (Madam/Sir)

Fireman – Fire-fighter

Forefathers – Ancestors, forebears

Foreman/woman – Supervisor, head juror

Gentleman’s agreement – Unwritten agreement, agreement based on trust

Girls (for adults) – Women

Headmaster/mistress – Headteacher

Housewife – Shopper, consumer, homemaker (depends on context)

Layman – Lay person

Man or mankind – Humanity, humankind, human race, people

Man (verb) e.g man the desk – Operate, staff, work at

Man in the street, common man – Average/ordinary/typical citizen/person

Man hour – Work hour, labour time

Man-made – Artificial, manufactured, synthetic

Manpower – Human resources, labour force, staff, personnel, workers, workforce

Miss/ Mrs – Ms chyba że zostało wyraźnie powiedziane, że Mrs

Policeman/woman – Police officer

Right-hand man – Chief assistant

Salesman/girl/woman – Sales assistant/agent/clerk/representative/staff/worker

Spokesman/woman – Spokesperson, representative

Sportsmanship – Fairness, good humour, sense of fair play

Steward/ess – Airline staff, flight attendant, cabin crew

Tax man – Tax officer/inspector

Waitress – Waiter/server

Woman doctor – i ogólnie żeńskie formy takie jak actress, poetess

Working man, working mother/wife – Wage earner/ taxpayer/worker

Workman – Worker/operative/trades person

Workmanlike – Efficient/proficient/skilful/proficient

Lista obejmuje słowa będące w powszechnym użyciu, co wywołuje sprzeciw większości ludzi, którzy ją widzą. Idąc tym tropem, można ją przecież poszerzać o dalsze przykłady:

Czy w takim razie ślepa osoba może powiedzieć „do zobaczenia”?

Czy do pirata wypada powiedzieć „rzuć na to okiem”?

Co to znaczy xe?

Osobnym problemem nowej genderomowy  jest też „zakładanie z góry czyjejś płci”. Aby przypadkiem nie narzucać ról genderowych osobom, które być może się jeszcze nie zdecydowały czy chcą być chłopakiem, czy dziewczynką, wiele uczelni nalega, by używać neutralnego genderowo xe (wymawiaj zii) zamiast on czy ona. Sytuacja jest kontrowersyjna, ponieważ w Kanadzie nowe rozporządzenia wprowadzono już w przedszkolach. Mają powstać również wspólne toalety, obowiązkowe dla wszystkich dzieci. Przymuszanie chłopców do zabawy lalkami jest powszechną praktyką. Zwolennicy pomysłu znów mówią o tym, że pragną, by szkoły były bezpieczniejsze i bardziej włączające. Przeciwnicy gorąco protestowali pod szkołą. Ich zdaniem parolatki nie zawsze potrafią same załatwić się w toalecie, więc zastanawianie się nad tym, którą mają wybrać nie jest ich najpilniejszym problemem.

Tymczasem liberalni językoznawcy zamiast xe sugerują też czasami powrót do wychodzącego już z użycia w języku angielskim „one” w sensie ktoś (na przykład „one has to know one's limits”). Czasami też używa się liczby mnogiej (Charlie tied their shoes). Na Oxfordzie jednak studentów namawia się do stosowania xe. Podobno Cambridge zamierza pójść w ich ślady. A czy za nimi reszta świata?

A co Wy myślicie o takich pomysłach na ulepszenie języka? Podzielcie się swoimi opiniami w komentarzach!


Specjalnie dla Woofla.pl

dr Grzegorz Kuśnierz

Zapraszam na mojego bloga kursu języka angielskiego online Speakingo.

Magia lustra, czyli o tym jak zacząć mówić

O tym, że mówienie jest jednym z najważniejszych procesów w trakcie nauki języka obcego, nie trzeba nikogo przekonywać. Od samego początku naszej przygody z dowolnym językiem słyszymy, że musimy zacząć nim mówić. Łatwiej "powiedzieć", niż zrobić. Jak zatem zacząć mówić, gdy jesteśmy nieśmiali?

Zapewne sposób na przełamanie lęku przed mówieniem, który zaraz podam, jest znany wielu osobom. Piszę o nim dlatego, że choć znany, to często jest ignorowany. Mowa o ćwiczeniu przed lustrem – i bynajmniej nie chodzi tu o ćwiczenia fizyczne 🙂 .

Po raz pierwszy z metodą lustra zetknęłam się w liceum. Było to prawie 10 lat temu, jednak wtedy nie skorzystałam z tego sposobu nauki. Sięgnęłam po niego dopiero kilka lat późnej i okazał się zbawienny. Dzięki pewnemu portalowi poznałam Finkę, z którą pisałam po angielsku. Po pewnym czasie zdecydowałyśmy, że porozmawiamy na Skype i w ten sposób wzajemnie podszkolimy się z angielskiego. Tu jednak pojawił się problem; a właściwie strach. No bo jak to? Mam mówić po angielsku do obcej osoby? I to tak zupełnie naturalnie, na dowolny temat? A co jeśli popełnię głupi błąd i ona mnie wyśmieje?

Takie dylematy ma wielu z nas. Boimy się, że popełnimy błąd albo że nasz angielski (czy też inny język, którego się uczymy) będzie brzmiał fatalnie. Wtedy przypomniałam sobie o lustrze. I choć może wydawać się to śmieszne, to spędziłam trochę czasu na rozmawianiu ze sobą, a raczej mówieniu do siebie przed lustrem. Starałam się być jak najbardziej naturalna  – mówić płynnie, ale przede wszystkim ćwiczyłam intonację.

Pomimo strachu, wzięłam udział w konwersacji na Skype ze wspomnianą wcześniej Finką. Rozmawiałyśmy ze sobą kilka godzin, poruszając najgłupsze tematy świata. Jednak nie do tego zmierzam. Po wszystkim podeszła do mnie współlokatorka, która biegle mówi po angielsku i spędziła wiele lat za granicą, i powiedziała: „wiesz, słyszałam jak rozmawiasz, bardzo dobrze Ci poszło”. 'Wniosek z tego taki, że najważniejsze jest to, by nie bać się mówić i wyćwiczyć w sobie umiejętność mówienia na forum publicznym.

W liceum, przed maturą usłyszałam o metodzie lustra. W owym czasie, zarówno ja, jak i większość osób z mojej grupy ją po prostu zignorowałyśmy. Byliśmy pewni, że bez tego też damy radę. Oczywiście, jeśli dużo ćwiczymy, i co najważniejsze nie wstydzimy się mówić w innym języku przy obcych, to na pewno damy sobie radę. Jednak nie oszukujmy się – większość uczących się języka zwyczajnie wstydzi się nim mówić. Boimy się, że popełnimy błąd lub nasz akcent nie będzie idealny.

W takich przypadkach metoda lustra może okazać się zbawienna. Na początku będziemy czuć się głupio – przecież rozmawiamy z własnym odbiciem – jednak im szybciej zapomnimy o tym odczuciu, tym lepiej. Lustro pozwoli nam również zobaczyć nasze gesty. Tak przecież odbiorą nas egzaminatorzy podczas ustnej matury czy obcokrajowcy, którym będziemy tłumaczyć jak dojechać do hotelu. Warto zatem wykorzystać technikę, która pozwoli zapanować nad strachem, który powstrzymuje nas przed mówieniem, a przy okazji poprawimy również swoją gestykulację.

„A o czym miałbym mówić?”

Ta wątpliwość jest trochę taką wymówką. No bo o czym można mówić do siebie samego? Jeszcze zrobię z siebie większego pajaca i w dodatku to zobaczę. Błąd! Warto mówić o czymkolwiek. Zapomnijmy, że to ze sobą rozmawiamy. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy na rozmowie kwalifikacyjnej albo że plotkujemy z koleżanką na temat nowo poznanego chłopaka. Możemy mówić o planach wakacyjnych, ostatnio zwiedzonych zabytkach albo wziąć dowolną książkę lub gazetę z ilustracjami i spróbować opisać przedstawioną tamże sytuację.

Wiele osób ćwiczy głośne mówienie siedząc na kanapie – w porządku. Pamiętajmy jednak, że to nie przełamie zasadniczej bariery, która powstrzymuje nas przed mówieniem. Wystarczy, że usłyszymy ledwie szmer lub zdamy sobie sprawę, że właśnie do domu wrócił współlokator lub rodzice i nagle przestajemy mówić. Czujemy się zażenowani, bo może ktoś wyłapie nasze błędy. Boimy się tego nawet wtedy, gdy wiemy, że np. nasi rodzice nie znają języka, którego się uczymy. Jak więc w ogóle mogą usłyszeć nasze błędy?

Magia lustra

Matury zbliżają się wielkimi krokami, zatem warto wykorzystać pozostały czas jak najlepiej. Metoda lustra może być przez wielu odebrana jako: godna politowania, oczywista lub mało przydatna. Jednak każdy sposób nauki jest dobry. Tak, jak przy osłuchaniu się wykorzystujemy ulubione seriale czy filmy, podobnie i tutaj możemy porozmawiać na dowolny, wybrany przez siebie temat. Nawet jeśli mamy znajomego, z którym moglibyśmy poćwiczyć mówienie, to ja i tak zachęcam do samodzielnego rozmawiania przed lustrem.

Panuje powszechne przekonanie, że matura ustna to tylko formalność. Zapewne w wielu przypadkach tak jest, bo jak niektórzy twierdzą: „tego nie da się nie zdać”. Ale czy nie lepiej wyjść z sali z maksymalną liczbą punktów? Egzamin, który z pozoru jest formalnością, wiąże się także z ogromnym stresem, i nie możemy przewidzieć jak w tej sytuacji zachowa się nasz organizm. Nagle może okazać się, że strach nas sparaliżuje i nie powiemy wszystkiego, co istotne, w konsekwencji czego stracimy punkty.

Zapomnijmy o zażenowaniu i poćwiczmy wcześniej przed lustrem. Nawet jeśli ktoś z domowników będzie się z nas śmiał, to pamiętajmy, że uczymy się dla siebie. To, ile czasu poświęcimy na szlifowanie języka, przełoży się później na jakość potencjalnych spotkań z obcokrajowcami. Metoda lustra może pomóc nam prokonać barierę, która powstrzymuje nas przed mówieniem i następnym razem, gdy zatrzyma nas obcokrajowiec i zapyta o drogę, bez wahania mu pomożemy, zamiast tchórzyć  – mówiąc, że nie znamy języka.


Autorką tekstu jest Anna Gredecka.

5 zagadnień, które utrudniają Polakom naukę języka perskiego

Perski nie jest językiem ekstremalnie trudnym, choć w rankingu trudności języków opracowanym przez Foreign Service Institute (FSI) działającym przy Departamencie Stanu USA, zaliczany jest do kategorii IV. Oznacza to, że by się go nauczyć, osoba anglojęzyczna potrzebuje 44 tygodni (w tej samej kategorii znajduje się język polski). Inne języki orientalne, takie jak arabski, japoński czy koreański zaliczone zostały do najtrudniejszej – V kategorii (88 tygodni).

Pomimo że perski to język indoeuropejski, i co za tym idzie, ma tego samego przodka co język polski, początkujący uczniowie napotykają na szereg zagadnień sprawiających im trudność. Największą przeszkodą jest pismo. Wiele osób chce się uczyć perszczyzny, ale nie ma ochoty uczyć się pisma lub szybko się zniechęca. Oczywiście możliwa jest nauka bez poznawania oryginalnego zapisu. Istnieją nawet podręczniki bazujące w całości na łacińskiej transkrypcji, jednakże chcąc opanować język perski na poziomie trochę wyższym niż tzw. „komunikatywny”, nie unikniemy nauki pisma, ponieważ pismo perskie to nie tylko narzędzie, ale i element kultury.

  • Pismo

Do zapisu języka perskiego używa się zmodyfikowanego pisma arabskiego (28 liter arabskich + 4 nowe znaki). Pismo arabskie nie jest dostosowane do zapisu języków indoeuropejskich, ponieważ pomija zapis samogłosek. O ile w językach semickich to nie problem, to w przypadku języka perskiego, adaptacja pisma spółgłoskowego zaowocowała szeregiem wyjątków lub wieloznaczności. Ponieważ samogłoski historycznie krótkie nie są uwzględniane w piśmie perskim, prawidłowy odczyt może okazać się niemożliwy w przypadku, gdy nie znamy danego słowa. A rozpoczynając naukę języka, nie znamy praktycznie większości z nich.
Dodatkowo dużą trudność początkującym sprawia fakt, że niektóre perskie litery łączą się z kolejnymi, a niektóre nie. Nauki pisma nie ułatwia także podobieństwo liter, które mają ten sam kształt, a różnią się jedynie położeniem kropek.

Przykład:

Wyraz کره można przeczytać jako:
[kore] – Korea lub kula
[kare] – masło
[korre] – źrebię

Zapisane są jedynie spółgłoski [k-r-h], gdzie [h] na końcu wyrazu służy do zapisu samogłoski [-e].

  • Zapożyczenia

Zasób leksykalny współczesnego języka perskiego to w większości zapożyczenia. Największy ich odsetek stanowią słowa pochodzące z języka arabskiego. Ich wymowa została sperszczona i jest łatwiejsza dla Polaka niż wymowa arabska. Dodatkowo w języku perskim funkcjonują pożyczki ze współczesnych języków europejskich, głównie z języka angielskiego, francuskiego, rosyjskiego. W perskim znajdziemy też słowa tureckie oraz greckie.

Szacuje się, że słowa rdzennie perskie to jedynie 30-40% całego systemu leksykalnego. Słowa zapożyczone to dodatkowe utrudnienie dla osób uczących się tego języka. Zapis słów pochodzenia arabskiego nie jest intuicyjny. Niektórym fonemom odpowiadają aż trzy lub cztery różne znaki, czyli jest to jeszcze bardziej skomplikowane niż polskie pary grafemów u i ó czy rz i ż Dochodzi do tego np. arabska liczba mnoga łamana, a czasem nawet liczba podwójna. Zapis lub odczyt zapożyczeń transkrybowanych z języków europejskich sprawia trudność nawet Irańczykom, zwłaszcza gdy są to słowa długie.

Przykład:

fonem /z/ zapisany na cztery różne sposoby

ذ ذهن [zehn] umysł
ز زرد [zard] żółty
ض ضرب [zarb] uderzenie
ظ ظهر [zohr] południe

  • Konstrukcja izafetowa

Konstrukcja izafetowa to najpopularniejsza i najważniejsza konstrukcja składniowa języka perskiego. Służy do sygnalizowania i wyrażania związków między wyrazami. Łącznik występujący w konstrukcji ma postać nieakcentowanego [-e], które pojawia się pomiędzy członami konstrukcji izafetowej.

W nauce przeszkadza nie tylko wszechobecność tej struktury, ale również jej budowa. Szyk wyrazów jest stały: na pierwszym miejscu stoi wyraz określany, na drugim (i na kolejnych) wyrazy określające. W języku polskim jest odwrotnie, zdecydowanie częściej mówimy „biały dom”, „ciekawy film”, niż „dom biały” czy „film ciekawy”.
W sytuacji, gdy konstrukcja izafetowa składa się z wielu elementów, może przybierać formę długiego łańcucha, w którym określenia mogą same przybierać formę jeszcze jednej konstrukcji izafetowej.

Przykład:

خانه بزرگ پسر جوان همسایه ما
[chāne-je bozorg-e pesar-e dżawān-e hamsāje-je mā]
Duży dom młodego syna naszego sąsiada.

  • Szyk wyrazów w zdaniu

W perskim języku oficjalnym, podobnie jak w łacinie, czasownik występuje na końcu zdania. Jest to język typu SOV (podmiot-dopełnienie-orzeczenie). Z kolei język polski to typ SVO (podmiot-orzeczenie-dopełnienie).
Najczęstszym błędem w początkowym stadium nauki jest dosłowny przekład tego, co uczeń chce powiedzieć. Zaczyna myśleć po polsku i automatycznie rozpoczyna zdanie od zestawu podmiot + orzeczenie, a następnie rozwija myśl, dodając dopełnienie.

Przykład:

با ماشین به خانه می روم.
[bā māszin be chāne mi-rawam]
dosłownie: Samochodem do domu jadę.

  • Język potoczny

Perski język potoczny znacznie różni się od pisanego języka literackiego oraz oficjalnego mówionego. Między innymi zmienia się w nim szyk zdania (orzeczenie wskakuje na początek), tematy czasownikowe ulegają skróceniu, zanikają niektóre przyimki. W mowie potocznej stosowane są bardzo często tzw. zaimki sufigowane, które w zależności od kontekstu mogą wyrażać dopełnienie bliższe lub dalsze.
Kontakt osoby początkującej z szybkim, ulicznym językiem potocznym może skutkować brakiem zrozumienia nawet najprostszych zdań i konstrukcji.

Przykład:

Zdanie: Jadę/idę do domu.

język oficjalny język potoczny
[be chāne mi-rawam] [mi-ram chune]
به خانه می روم. می رم خونه.

Pomimo trudności, które tu opisałam, języka perskiego można się nauczyć. Najtrudniejszym zagadnieniem jest nauka pisma. Warto, by na tym etapie ktoś pomagał osobie początkującej, ponieważ można się szybko zniechęcić. Przy regularnych ćwiczeniach i samozaparciu, pismo perskie można opanować w ciągu 4-8 tygodni.

Potem będzie już tylko z górki, ponieważ perski to nie tylko trudności, ale i ułatwienia (np. brak odmiany przez przypadki, brak kategorii rodzaju). Nie bez powodu nazywany jest przez Irańczyków „najsłodszym z języków”.


Katarzyna Javaheri-Szpak

Od blisko 10 lat uczę języka perskiego. Uczyłam studentów, żołnierzy, lekarzy, filologów, pasjonatów języków oraz fascynatów Orientu. Nauka przebiegała zarówno stacjonarnie, jak i online.
Jestem współautorką pierwszego, i jak dotąd jedynego, słownika persko-polskiego. Obecnie pracuję nad materiałami, które mają na celu ułatwić naukę perskiego osobom polskojęzycznym. Prowadzę również bloga językowego www.jezykperski.pl oraz profil na Facebooku @kursperskiego.


Zobacz również:

Peterlin na Woofli – wprowadzenie

Peterlin 2 – studia przypadku czyli powrót do przeszłości

Peterlin 6bis – czego się uczyć? Dalsze kryteria.

Peterlin 9. Kiedy przestać się uczyć. Kilka iluzji.

Poligloci – jak oni to robią?

poliglociPoligloci i ich umiejętności to temat kontrowersyjny. Wśród osób uczących się języków wzbudzają skrajne emocje: podziw, niedowierzanie, zdumienie, zazdrość. Nie jest łatwo jednoznacznie określić, czy znajomość kilku(nastu/dziesięciu!) języków zawdzięczają wyłącznie własnej ciężkiej pracy, czy też jest to raczej swego rodzaju talent. Dla wielu są osobami godnymi naśladowania; wydaje się, że skoro oni mogą tyle osiągnąć, to każdy inny śmiertelnik również. Inni jednak patrzą na poliglotów z dużym dystansem czy wręcz nieufnością. A jak jest naprawdę?

Zacznijmy od zdefiniowania pojęcia „znajomość języka”. Gdzie leży granica, po której przekroczeniu możemy powiedzieć, że jakiś język "znamy"? Według standardów Komisji Europejskiej istnieje sześć poziomów biegłości językowej (A1-C2), a do osiągnięcia najwyższego wymagana jest znajomości wyrażeń idiomatycznych i kolokwialnych, rozumienie praktycznie wszystkiego, co się przeczyta i usłyszy, umiejętność streszczania informacji i różnicowania odcieni znaczeniowych. Przeciętnie uzdolniona osoba potrzebuje przynajmniej kilku lat intensywnej nauki, aby osiągnąć taki poziom.

Nie tylko definicja znajomości języka jest ważna, ale również to, jak się ją interpretuje. Przyjmuje się, że native speakerzy są odpowiednimi kandydatami do sprawdzenia, w jaki stopniu badany posługuje się ich językiem. Niestety, taka ocena nie zawsze jest miarodajna i bardzo się różni w zależności od kultury i  kraju pochodzenia "jurora". W niektórych regionach świata autochtoni bardzo entuzjastycznie i pozytywnie zareagują na obcokrajowca znającego absolutne podstawy ich języka i z zachwytem powiedzą: „You speak X language very well!” czy „Oh, you can speak my language!”. Nieraz okazuje się, że adept ledwie potrafi się przywitać, przedstawić i zamówić coca-colę w restauracji. Inni natomiast oceniają bardzo krytycznie; słysząc obcokrajowca mówiącego dość płynnie np. po hiszpańsku czy francusku, zwracają dużą uwagę nawet na drobne błędy gramatyczne oraz obcy akcent. Mogą wręcz stwierdzić, że dana osoba nie ma bladego pojęcia o ich języku. Nawet w obrębie jednego kraju i języka, w tym przypadku niemieckiego, po rozmowie z wieloma Niemcami spotkałam się ze skrajnie różnymi opiniami dotyczącymi mojej znajomości ich języka (oceniam, że jestem na poziomie B2). Niektórzy nie wierzyli, że jestem z Polski, ponieważ „znam niemiecki za dobrze”, a byli i tacy, którzy potrafili bez owijania w bawełnę powiedzieć: „Rozumiem, co mówisz, ale robisz dużo błędów i masz silny, śmieszny akcent”.

Trzecią kwestią jest grupa językowa. Inny wysiłek wkłada się w naukę trzech języków z grupy słowiańskiej lub germańskiej, a inny w naukę języków z różnych grup. Norweg bez znajomości szwedzkiego będzie w stanie porozumieć się ze Szwedem, a Polak nieznający języka słowackiego, bez większego problemu powinien dogadać się ze Słowakiem. Otwarte pozostaje pytanie, czy osoba, która „zna” kilka bardzo do siebie podobnych języków jeszcze mieści się w definicji poligloty.

Wielka legenda – Mezzofanti

Kardynał Giueseppe Mezzofanti to postać historyczna i legenda zarazem. Według różnych źródeł znał od 38 do nawet 58 języków. Mówiono, że każdy, kto z nim rozmawiał, był pod wrażeniem jego umiejętności i zdolności językowych, a sam Mezzofanti twierdził, że to dar od Boga. Duchowny opiekował się chorymi z różnych zakątków świata, mowy uczył się od nich i był zarazem jedyną osobą, która umiała się z nimi porozumieć. Twierdzono, że Mezzofanti był w stanie w dwa tygodnie nauczyć się nowego języka. Warto zastanowić się, czy to rzeczywiście możliwe.

Dwieście lat temu, za znajomość języka była uważana umiejętność rozumienia i tłumaczenia tekstu, natomiast w dzisiejszych czasach brane są pod uwagę cztery kompetencje: pisanie, czytanie, mówienie oraz rozumienie ze słuchu. Ponadto Mezzofanti na ogół spotykał swoich rozmówców w sytuacjach oficjalnych, kiedy pytania i zwroty grzecznościowe się powtarzały, a odpowiedzi były łatwe do przewidzenia. Nie rozmawiano o sprawach prywatnych, dlatego Mezzofanti nie musiał posługiwać się szczególnie rozbudowanym słownictwem, aby stworzyć iluzję, że doskonale zna dany język. Tutaj ponownie wracamy do kwestii związanej z tym, że znajomość języka była oceniana przez native speakera, którego zdanie może nie być adekwatne do rzeczywistych umiejętności ocenianego.

Mezzofanti dzisiejszych czasów – Alexander Arguelles

Alexander Arguelles zna 38 języków, jednak sporo z nich wykorzystuje tylko do lektury. Jego dzień zaczyna się już o 3 rano. Siada przy biurku i przez kilkanaście godzin uczy się – ćwiczy pisanie i czytanie w językach takich jak arabski, chiński czy sanskryt. Według niego istnieją trzy rodzaje poliglotów: geniusze pokroju Einsteina, występujący rzadko, którym nauka przychodzi bardzo łatwo oraz którzy są niezwykle mądrzy i utalentowani w wielu dziedzinach. Drugi rodzaj to ludzie, którzy z nauką języków nie mają większych trudności. Trzecia grupa to osoby, które swoje umiejętności zawdzięczają wyłącznie poświęceniu, motywacji i samozaparciu, a przede wszystkim zainteresowaniu tematem. Alexander Arguelles zaliczył się do ostatniej z tych grup.

Prowadzi on zeszyt, w którym zapisuje dokładną liczbę godzin spędzoną nad książkami. W ciągu 456 dni aż 4454 godzin poświęcił na naukę. Skąd czerpie motywację do tak intensywnej nauki? Jego obsesję językową mogła spowodować trauma z dzieciństwa, związana z wypadkiem, w  wyniku którego jego brat stał się niepełnosprawny. Sam Arguelles tak to tłumaczy: „Przez to, że mój brat praktycznie stracił życie, mam poczucie, że muszę robić w swoim życiu dwa razy więcej –  za siebie i za niego.”

Inni znani poligloci

Ziad Fazah; do roku 1998 widniejący na liście rekordów Guinessa, podobno znał „płynnie” 56 języków. Rok wcześniej wystąpił w programie telewizyjnym, w którym miał udowodnić swoje umiejętności. Native speakerzy rozmawiali z nim na relatywnie proste tematy i zadawali pytania. Ziad Fazah nie poradził sobie jednak z tym wyzwaniem, zapytany po rosyjsku „Jaki dzisiaj jest dzień?” i po chińsku „Jak nauczyłeś się chińskiego?” nie umiał odpowiedzieć, a w związku z tym jego umiejętności zostały postawione pod dużym znakiem zapytania.

Lomb Kató; węgierska poliglotka, tłumaczka i autorka książki „How I Learn Languages”, również twierdziła, że poliglotyzm nie jest skutkiem talentu, lecz ciężkiej pracy i motywacji. Zapytana, czy można znać kilkanaście języków, odpowiedziała: „Nie, nie można. Przynajmniej nie na takim samym poziomie.”

Emil Krebs; hiperpoliglota i dyplomata jest kolejną zagadką. Po śmierci, jego mózg został poddany badaniom, w celu sprawdzenia, czy jego struktura jest w jakiś sposób wyjątkowa. Okazało się, że komórki nerwowe i ich układ u poligloty wyglądał, i prawdopodobnie też działał, inaczej, niż u przeciętnego człowieka. Nie wiadomo jednak, czy takie nietypowe struktury wykształcił się w trakcie życia Emila Krebsa, czy też poliglota już się z nimi urodził.

Poliglotyzm społeczny

W wielu krajach świata występuje wielojęzyczność. Nie jest niczym dziwnym, że dana osoba na co dzień posługuje się trzema czy czterema językami i ma je opanowane na wysokim poziomie. Mieszkańcy Indii mówią bardzo wieloma różnymi językami, a niektórzy posługują się nawet ośmioma! Czy to kwestia talentu, a może uwarunkowań genetycznych? Odpowiedzi należy doszukiwać się raczej na gruncie socjologii. W Indiach istnieje powiedzenie: „jeżeli nie mówisz – nie jesz”. Oznacza tyle, że osoba jednojęzyczna nie jest w stanie funkcjonować w społeczeństwie – aby móc porozumiewać się z otoczeniem, a nawet a członkami własnej rodziny, musi znać przynajmniej kilka języków.

Będąc w Egipcie czy Turcji, można zaobserwować sytuacje, w których handlarze na bazarach i w sklepach obsługując turystów posługują się kilkoma językach: angielskim, rosyjskim, niemieckim, a czasami nawet i polskim. Poza tym, między sobą rozmawiają jeszcze w innym. Nie nauczyli się ich dla przyjemności, lecz z potrzeby. Willy Bradt mądrze powiedział „Jeśli coś Ci sprzedaję, mówię w Twoim języku. Jeśli to ja kupuję, dann müssen Sie Deutsch sprechen.” Co prawda ich poziom znajomości języków obcych jest daleki od tego prezentowanego przez rodzimego użytkownika, ale to im wystarcza, aby porozumieć się z turystą i wcisnąć mu towar.

Hiperpoligloci

Po przeczytaniu książki traktującej o zagadnieniu poliglotyzmu oraz po obejrzeniu niemałej liczby filmów na YouTube, w których wielu (hiper)poliglotów pokazuje swoje umiejętności, doszłam do wniosku, że rzeczywiście można nauczyć się kilku(nastu) języków, bez posiadania szczególnego talentu czy wyjątkowych predyspozycji. Jest to kwestia samozaparcia, motywacji, zainteresowania tematem i ogromnej ilości poświęconego czasu. Jeżeli ktoś twierdzi, że zna nie kilkanaście, lecz kilkadziesiąt języków, wtedy mamy dwie możliwości: albo uwierzyć, że stoi przed nami geniusz, albo się roześmiać i machnąć ręką, nie wierząc, że jest możliwe opanowanie aż tylu języków w czasie kilkunastu/dziesięciu lat. Istnieją nie tylko ograniczenia czasowe, ale również fizyczne. Większość osób doświadczyła sytuacji, w której ucząc się czy pracując, natrafiła na „ścianę”, która blokowała przyswajanie informacji i powodowała niemożność skupienia się. Ci, którzy w tym samym czasie musieli używać dwóch lub więcej języków, wiedzą, jak wymagające jest przełączanie się z jednego na drugi i że można to robić tylko przez jakiś czas, potem człowiek zaczyna się jąkać, nie może szybko znaleźć właściwych słów.

Hiperpoligloci dzisiejszych czasów sami twierdzą, że znajomość kilkudziesięciu języków graniczy z cudem. Na Youtubie można znaleźć kilka filmików z Richardem Simcottem w rodzaj: „Richard Simcott speaking 40 langauges”. Sam Richard nie twierdzi, że zna aż tyle języków, lecz właśnie tylu się (kiedyś) uczył i zna je na różnych poziomach. Lomb Kató uczyła się swojego szesnastego języka będąc już w podeszłym wieku i również sądzi, że nie można mówić biegle we wszystkich z nich. W filmiku „European speaking 19 langauges”, Vladimir Skultety przedstawia się w każdym z języków, który „zna” i opowiada, jak się go nauczył. Przy kilku zaznacza jednak, że w przygotowanie jego wypowiedź uczestniczył kolega i że sam, na co dzień, tak nie mówi. Hiperpoligloci tacy jak Mezzofanti czy Emil Krebs mogli być wybitni i rzeczywiście mieć duże predyspozycje do zostania geniuszami językowymi, ale, jak na razie, nie da się tego jednoznacznie udowodnić.

Kilka słów na koniec

Każdy z nas rodzi się z innymi cechami i talentami. Niektórzy dobrze gotują, inni piszą wiersze, a jeszcze inni mają bardzo wysokie IQ. Niemal każdy z nas ma znajomego o wybitnych zdolnościach matematycznych, czy też świetnie grającego na pianinie. Mając odpowiednie predyspozycje, łatwiej osiągnąć sukces w danej dziedzinie, natomiast nie jest to warunek wystarczający. Niektórzy poligloci mogą posiadać swego rodzaju „talent”, lecz kluczem do władania wieloma językami jest włożony wysiłek oraz czas poświęcony na naukę. Nikt nie zostanie świetnym muzykiem, jeśli nie spędzi przy swoim instrumencie wielu godzin każdego dnia, ani świetnym matematykiem uprzednio nie rozwiązawszy ogromnej liczby zadań, czy najlepszym piłkarzem, jeśli będzie opuszczał treningi. Jeżeli nie odczuwasz potrzeby znajomości dziesięciu języków, lecz chcesz po prostu nauczyć się np. angielskiego, ponieważ w dzisiejszych czasach jest to język "pierwszej potrzeby", oraz do tego np. włoskiego, bo często spędzasz wakacje na Półwyspie Apenińskim, to nie pozostaje nic innego, jak wziąć książkę w dłoń i zabrać się do nauki. Stwierdzenie, że: „nie nauczę się języka, bo nie mam talentu” to nędzna wymówka.


Zobacz również:

Myśl samodzielnie i nie patrz na innych, czyli krytyka poliglotów

Peterlin na Woofli – wprowadzenie

Peterlin 2 – studia przypadku czyli powrót do przeszłości