język szwedzki

Szwedzkie problemy z gangsterami, zombie i awokado, czyli mnogie formy mnogie i kontrowersyjna końcówka -s

Przez jeden tydzień w marcu 2017 roku szwedzkie media zdominowała wiadomość o tym, że Szwedzi najwyraźniej mają problemy z gangsterami. A także z awokado, muffinkami, bajglami, tortillami oraz… zombie! Omawiane w prasie i w telewizji problemy nie dotyczyły oczywiście ani przestępczości, ani kuchennych rewolucji, ani tym bardziej postaci z horrorów. Chodziło o problemy językowe. A konkretnie o to, jak po szwedzku powinna brzmieć forma mnoga tych rzeczowników.

Całe to zamieszanie zaczęło się od tego, że ukazała się czwarta edycja Svenska skrivregler (dosłownie: Szwedzkich zasad pisania) – książki wydawanej przez Radę Języka Szwedzkiego, zawierającej instrukcje i porady, jak pisać różnego rodzaju teksty (listy, protokoły, raporty itd.), redagować akapity i tytuły, wprowadzać cytaty, stosować znaki interpunkcyjne, kiedy używać małej i wielkiej litery itp. Bieżące wydanie zawiera nowy rozdział poświęcony słowom i tekstom w języku angielskim, a więc między innymi zapożyczeniom z angielskiego. Powiewem nowości jest też nastawienie Rady Języka Szwedzkiego do końcówki formy mnogiej -s, kojarzącej się przede wszystkim właśnie z odmianą słów obcego pochodzenia. Dotychczas eksperci zajmujący się kulturą i ochroną języka odradzali odmienianie słów na angielską modłę i zalecali korzystanie z repertuaru szwedzkich końcówek. A więc: en gangster – flera gangstrar, a nie gangsters, en hobby – flera hobbyer, a nie hobbies albo hobbys, czy en zombie flera zombier, a nie zombies. Zdano sobie jednak sprawę, że słowa z innych języków coraz częściej przenikają do szwedzkiego, że stają się w szwedczyźnie coraz bardziej naturalne, razem z ich odmienionymi formami. Ola Karlsson z Rady Języka Szwedzkiego przyznał nawet, że angielska forma liczby mnogiej nadaje językowi szwedzkiemu więcej płynności.

Zacznijmy jednak od początku. W materiałach do nauki języka szwedzkiego najczęściej przedstawia się pięć końcówek formy mnogiej nieokreślonej – pięć typów deklinacji. Zależą one od kilku czynników: od rodzaju rzeczownika, od tego, czy rzeczownik kończy się na spółgłoskę czy samogłoskę, a także od akcentowanej sylaby w wyrazie. W dużym skrócie i w uproszczeniu: rzeczowniki należące do pierwszego typu deklinacji są rodzaju ogólnego i kończą się na -a, które w liczbie mnogiej tracą, ale otrzymują końcówkę -or, np. en flicka – flera flickor (jedna dziewczynka – kilka dziewczynek). Do drugiego typu deklinacji należą rzeczowniki rodzaju ogólnego, jednosylabowe oraz zakończone np. na -er, -ing, -ning, -dom czy ­-lek, które w formie mnogiej otrzymują końcówkę -ar, np. en bil – flera bilar (jeden samochód – kilka samochodów), en syster – flera systrar (jedna siostra – kilka sióstr) czy en övning flera övningar (jedno ćwiczenie – kilka ćwiczeń). Trzeci typ deklinacji to również rzeczowniki rodzaju ogólnego, wiele z nich to zapożyczenia, w których akcent pada w nich na ostatnią sylabę. Do tej grupy należą także słowa zakończone na -het, skap lub -nad. W formie mnogiej otrzymują końcówkę -er, np. en fåtölj – flera fåtöljer (jeden fotel – kilka foteli) czy en lägenhet – flera lägenheter (jedno mieszkanie – kilka mieszkań). Do kolejnych dwóch typów deklinacji należą rzeczowniki rodzaju nijakiego. Czwarty typ reprezentują te zakończone na samogłoskę – w formie mnogiej otrzymują końcówkę -n, np. ett äpple flera äpplen (jedno jabłko – kilka jabłek), a piąty te zakończone na spółgłoskę – w formie mnogiej nie otrzymują końcówki, np. ett hus – flera hus. Do tej ostatniej grupy zaliczają się także rzeczowniki rodzaju ogólnego zakończone na -are lub ­­-er, oznaczające nazwy zawodów czy narodowości, np. en lärare – flera lärare (jeden nauczyciel – kilkoro nauczycieli) albo en politiker – flera politiker (jeden polityk – kilkoro polityków). O końcówce -s niemal w ogóle się nie wspomina. Tymczasem w obszernej Gramatyce Języka Szwedzkiego Akademii Szwedzkiej  (SAG) pisze o się niej jako końcówce siódmego typu deklinacji (SAG jako osobny typ traktuje formę mnogą zakończoną na ­-r, która w materiałach dydaktycznych prezentowana jest razem z typem trzecim). Rzeczowniki należące do tej siódmej grupy to te obcobrzmiące. SAG wymienia tu następujące przykłady: happenings, walkie-talkies, fans, dummies, slogans, a nawet mixers i trailers ­– chociaż w języku szwedzkim istnieją słowa zakończone na -er, ale zastosowanie rodzimych wzorców odmiany, czyli utworzenie formy mixrar i trailrar, spowodowałoby powstanie zbitek spółgłoskowych [ksr] i [jlr], dla szwedzkiego obcych i trudniejszych w artykulacji. O końcówce ­-s pisze się też w przypadku rzeczowników obcego pochodzenia, których rzadko używa się w formie pojedynczej, np. cornflakes, jeans czy shorts. Użycie końcówki -s w liczbie mnogiej nie jest zresztą niczym nowym. U Augusta Strindberga w powieści Czerwony Pokój (szw. Röda rummet) z 1879 roku znajdziemy formę revolvers (rewolwery), a współcześnie słownik SAOL (Svenska Akademiens Ordlista) podaje jedynie formę revolvrar.

O co więc tyle hałasu? Bardziej otwarte podejście Rady Języka Szwedzkiego stało się dla wielu pretekstem do dyskusji na temat wpływu języka angielskiego na szwedzki w ogóle. Pojawiły się głosy poirytowanych tym, że na poduszkę powietrzną coraz częściej mówi się airbag zamiast krockkudde, że youtuberzy coraz częściej mówią o must have, że wszystko musi być cool i tym, że nie wiadomo, jak odmienić smoothie. O ile pierwsze zarzuty kojarzą mi się z niedawnym nietrafionym pomysłem Szwedzkich Demokratów, by ograniczyć napływ anglicyzmów i używanie słów obcego pochodzenia, który właściwie uderzał między innymi już w samą nazwę partii, tak ostatnia kwestia rzeczywiście jest warta uwagi i poruszano ją też w związku z publikacją Svenska skrivregler.

Chodzi mianowicie o to, że dla rzeczowników wymienionych wyżej pięciu typów deklinacji istnieją wzorce tworzenia formy mnogiej określonej, np. de glada flickorna, de snabba bilarna, de dyra fåtöljerna, de röda äpplena, de stora husen czy de trevliga lärarna (te wesołe dziewczynki, te szybkie samochody, te drogie fotele, te czerwone jabłka, te duże domy czy ci mili nauczyciele). A co z formami określonymi od tortillas, zombies, emojis czy wspomnianych wcześniej smoothies? Czy w tym przypadku należałoby jednak powrócić do form rodzimych? Två tortillas – de två goda tortillorna (dwie tortille – te dwie smaczne tortille), en massa zombies – de hemska zombierna (masa zombie – te straszne zombie)? Zostawić formy bez końcówki? Två bagels – de två goda bagels (dwa bajgle – te dwa smaczne bajgle)? Czy może zbudować formę taką jak emojisarna – to znaczy taką, która ma i końcówkę formy ­­­-s, i szwedzką ­końcówkę ­-ar… Co ciekawe, formy liczby mnogiej zakończone na ­-sar (w formie określonej ­­-sarna) występują dość powszechnie w języku nieformalnym, mówionym – można więc usłyszeć na przykład, jak szwedzcy vlogerzy podają przepis na sałatkę, do której potrzebują kilku avokadosar, tymczasem SAOL podaje tylko formę avokadorna. Zresztą, podobnie wygląda to także w przypadku innych owoców, np. kiwi i mango (kiwisarna, mangosarna vs kiwierna, mangorna).

Takie formy nie powinny jednak budzić zdziwienia i irytacji. W języku szwedzkim jest bowiem grupa słów, których forma mnoga zupełnie poprawnie kończy się na ­-sar, np. potatisar (ziemniaki), kepsar (czapki z daszkiem), bebisar (niemowlaki). W przypadku tych rzeczowników przyczyny są inne – ich forma pojedyncza została zapożyczona od angielskiej formy mnogiej: en potatis od potatoes, en keps od caps i en bebis od babies. Podobnie stało się w przypadku słów ett kex (ciastko) – pochodzącego od cakes i ett chips (czips) –  pochodzącego od chips. Oba należą do piątej deklinacji, więc ich formy liczby mnogiej to odpowiednio kex i chips. Także my w polszczyźnie mamy swojego czipsa i krakersa. Aktualnie niestabilnie wygląda sytuacja szwedzkiej muffinki, ponieważ spotkać można formy zarówno ett muffin jak i ett muffins, a nawet en muffins.

Pozostaje jeszcze pytanie o to, co w języku szwedzkim zrobić z zapożyczeniami, których forma mnoga w języku angielskim to nie tylko sama końcówka -s, np. en story – stories (po szwedzku raczej storys, storyer), oraz ze słowami zapożyczanymi z języków innych niż angielski, np. z włoskiego en paparazzo – paparazzi (po szwedzku także papparazoer) czy z niemieckiego en schlager – schlager (po szwedzku także schlagers, schlagrar).

Dlaczego warto się temu wszystkiemu przyglądać? Oczywiście, jeśli uczycie się języka szwedzkiego, może się Wam to przydać na jakimś teście (a już teraz możecie sprawdzić się w quizie przygotowanym przez Språktidningen, link TUTAJ). Ale to też jedno z zagadnień, które przypomina nam, że język stale się zmienia, czy to się komuś podoba czy nie. Z badania przeprowadzonego przez Williama Zetterberga wynika, że końcówka ­-s preferowana jest w przypadku słów, które funkcjonują w języku szwedzkim stosunkowo od niedawna (np. selfie czy lobby), podczas gdy forma mnoga starszych, bardziej „oswojonych” słów częściej tworzona jest przy pomocy rodzimych wzorców. Może to oznaczać, że forma mnoga z -s jest niejako formą tymczasową, przejściową. Badanie potwierdziło też, że formy z ­-s używają częściej młodsi użytkownicy języka szwedzkiego.

Na koniec – warto też pamiętać, że użycie różnych form czasem może dać różny efekt, prawda?

Eller hur, amigos?

Eller hur, amigor?

 

Bibliografia:

Gellerstam, Martin (2002). Norm och bruk i SAOL. LexicoNordica, 9, 21–31.

Ledin, Per (2013). Gillar du avokadosar? Några ord om sar-pluralen https://pasvenska.se/gillar-du-avokadosar-nagra-ord-om-sar-pluralen/ [dostęp: 08.01.2019]

SAG 2 = Teleman, Ulf; Hellberg, Staffan & Andersson, Erik (1999). Svenska Akademiens Grammatik. Del 2: Ord. Stockholm: Nordstedts Ordbok.

Zetterberg, William (2017). Arising plurals in Swedish: A study of Swedish s-plurals. Lund: Lunds universitet. https://lup.lub.lu.se/student-papers/search/publication/8903357 [dostęp: 08.01.2019]

Engelskt plural ger svenskan bättre flyt https://sverigesradio.se/sida/artikel.aspx?programid=406&artikel=6656822 [dostęp: 08.01.2019]

Är s-plural gångbart i svenskan? http://www.sprakochfolkminnen.se/sprak/sprakradgivning/aktuellt-sprakrad/granskade-rad/2017-05-08-ar-s-plural-gangbart-i-svenskan.html [dostęp: 08.01.2019]

 


Autorką tekstu jest Natalia Kołaczek, autorka strony Szwecjoblog.pl

 

ZOBACZ RÓWNIEŻ:

Jak poprawnie kląć po szwedzku

Szwedzi na Ukrainie? Od XVIII wieku?

Pitch accent w języku szwedzkim, cz. 1

Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje w trakcie wyjazdu

Tosar tú føroyskt? – Co warto wiedzieć o języku farerskim?

 

Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje powyjazdowe

Siedemnastego czerwca bieżącego roku zakończył się mój półroczny pobyt w Królestwie Szwecji, finansowany ze środków programu Erasmus. Wyśniony, wymarzony, starannie zaplanowany i w każdym calu udany i wart wspomnień. Wyjazd tego typu to chyba najbardziej dostępna przeciętnemu studentowi szansa na tymczasowe wygnanie, a co za tym idzie, zanurzenie się (choć trochę) w rzeczywistości językowej i kulturowej danego kraju. Tym samym była to dla mnie niepowtarzalna okazja codziennego kontaktu z mową, której uczę się samodzielnie od czasów licealnych. Czas na podsumowanie tego doświadczenia właśnie od strony językowej, gdyż to właśnie ona zadecydowała o takim, a nie innym wyborze kraju docelowego.

Hjälmaren – czwarte pod względem powierzchni jezioro w Szwecji. Fot. własna.

Wpis podzielę na dwie główne części. Jedna z nich wskaże te sytuacje, osiągnięcia i doświadczenia, z których jestem dumna i zadowolona; jednym słowem wszystko, co przybliżyło mnie do sprawniejszego posługiwania się językiem szwedzkim. Inny segment poświęcony będzie sprawom, które nie do końca się udały; swoistym rachunkiem sumienia i krytycznym spojrzeniem na większość niewykorzystanego potencjału, jaki niewątpliwie drzemał we mnie i w samej idei tego krótko-długiego pobytu.

Trudno mi było zdecydować, która z części powinna otwierać wpis, a którą pozostawić na jego koniec. Zupełnie tak, jakbym chciała ocenić jednoznacznie, czy osiągnięcia przyćmiły błędy i niedostatki, czy odwrotnie. Czy da się zresztą wydać taki sąd, a co ważniejsze: czy warto?

Postanawiam zacząć od pozytywów. Nakreślenie sytuacji i warunków do nauki języka szwedzkiego znajduje się w dość obszernej formie tu oraz tu. Z czego jestem dumna oraz jakie przeszkody udało mi się pokonać?

  1. Uczestniczyłam w kilku nowych, lecz kulturowo i językowo cennych sytuacjach związanych z biernym odbiorem języka szwedzkiego. Pierwszą była studencka sztuka teatralna, której rozumienie ze słuchu wypadło u mnie lepiej, niż się spodziewałam (pomimo obecności słów mocno slangowych, słownych gier oraz galopująco szybkich przerywników śpiewanych). Drugim ciekawym lingwistycznie doświadczeniem było parokrotne przysłuchiwanie się katolickiej mszy odprawianej po szwedzku, choć specyficzny język biblijny niekoniecznie usprawnił moje umiejętności potocznych konwersacji.
  2. …całe szczęście, przy okazji podręcznikowo sztampowych dialogów życia codziennego wstydu nie było. Ponowna rezerwacja samolotu, na który nie zdążyłam z powodu wcześniejszego opóźnienia, small talk z taksówkarzami i kierowcami miejskich autobusów, drobne zakupy czy pytanie o drogę otworzyły moją przysłowiową gębę po blisko 5 latach używania szwedzkiego we wszystkim, prócz spontanicznej mowy.
  3. Zdarzały się także sytuacje, na które nie byłam specjalnie przygotowana od strony słownictwa. Rehabilitant, który (co rzadkie w Skandynawii) nie bardzo radził sobie z angielskim, zmusił mnie do zaprzyjaźnienia się z cząstkowym słownictwem ortopedycznym, zaś serwis naprawy wózków inwalidzkich nauczył mnie konsultowania ze Szwedami problemu zepsutych hamulców i opon.
  4. Otoczona głównie przez towarzystwo międzynarodowe, zdołałam nawiązać przyjaźnie z mniej lub bardziej rodowitymi Szwedami, niekiedy nawet bez pomocy języka angielskiego. Możliwość uczestnictwa w zwykłej, towarzyskiej rozmowie szwedzkiej młodzieży, a nawet pracy w ich obecności, to garść niepowtarzalnych wspomnień i namiastka wymarzonej emigracji.

Za co jednak biję się w pierś?

  1. Nie wykorzystałam do końca faktu geograficznego pozostawania w granicach szwedzkiego terytorium – nie sięgnęłam po audycje szwedzkiego radia i telewizji, które są chociażby zablokowane / niedostępne w Polsce, nie zanurzyłam się w gazetach, portalach informacyjnych i innych dobrach skandynawskiej codzienności. Cóż, nie ukrywam, że od telewizji (zwłaszcza polskiej) i informacyjnego stresu bardzo chciałam na Erasmusie odpocząć.
  2. Wyruszając w podróż do Szwecji, nie omieszkałam zapakować do plecaka mojego ulubionego gramatycznego zeszytu ćwiczeńTroll 2 autorstwa pań Mrozek-SadowskiejDymel-Trzebiatowskiej. Oczywiście nie zajrzałam doń ani razu.
  3. Nie spisywałam nowo nauczonych słów, konstrukcji, wyrażeń, wulgaryzmów i innych nowości, które codziennie łapałam garściami od moich szwedzkich przyjaciół. Brakowało mi dziennika nauki, monitorowania postępów, uwiecznienia wysiłku. Zawsze wychodziłam jednak z założenia, że nowych słów się używa, a nie więzi w zeszycie.
  4. Kontrola popełnianych przeze mnie błędów (zwłaszcza w mowie) była niewielka. Poprawiano mnie sporadycznie, wcale nie dlatego, że nie było czego poprawiać – lecz wchodzenie w co drugie zdanie nie sprzyja żadnej normalnej i nieskrępowanej konwersacji.

Trudno mówić o żalu za grzechy, a tym bardziej postanowieniu poprawy. Nie jestem w stanie przewidzieć, jak wiele razy jeszcze łaskawy los pozwoli mi wrócić do Szwecji i szlifować to, co już osiągnęłam. Wiem jednak, że ani anglojęzyczne środowisko, ani brak czasu spowodowany studiami (też w języku angielskim) nie uniemożliwiają przeciętnemu 'Erasmusowi' kontaktu z językiem urzędowym konkretnego kraju. Wystarczy szepnąć tu i tam, że chcesz się uczyć – a co więcej – samemu NAPRAWDĘ tego pragnąć.

alg

 

Zobacz także…

cz. 1: Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje przedwyjazdowe
cz. 2:
Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje w trakcie wyjazdu

Jak ujarzmić szwedzkie spółgłoski?

spolgloskiBądźmy szczerzy – sama umiejętność ujarzmienia szwedzkich samogłosek nie wystarczy, by budować północno-brzmiące wyrazy, zdania i wypowiedzi. Szwedzkie spółgłoski (konsonanter) zdają się nie być tak problematyczne jak samogłoski (vokaler) – nie musimy zwracać uwagi na ich długość (wyjątek stanowią oczywiście geminaty typu 'tt' czy 'bb'). Mimo to, warto zwrócić uwagę na to, jak poszczególne spółgłoski zachowują się w towarzystwie innych, oraz jak zmienia się ich wymowa w zależności od samogłoski, która po nich następuje. Wystarczy jedna czy dwie lekcje języka szwedzkiego, by wyjść całkowicie skonfundowanym zmiennością  chociażby brzmienia głoski 'k'.

Artykuł ten nie ma jednak na celu imitowania podręcznika do fonetyki ani szczegółowego wymieniania wszelkich zbitek spółgłoskowych wraz z uwzględnieniem subtelnych różnic między nimi (także w zależności od przyjętego dialektu). Już sama szwedzka część internetu (nie wspominając o międzynarodowej) pęka w szwach od zapytań i dyskusji okołofonologicznych. Chcę zachęcić do przyjęcia pewnego staroświeckiego sposobu pracy z językiem naszych północnych sąsiadów, bowiem ciężko mi czasem zrozumieć awersję kursantów wobec rozprawienia się z kwestią szwedzkiej wymowy raz, a dobrze. Oto garść moich prywatnych rad i spostrzeżeń:

1. Zapoznaj się z ogólnymi zasadami wymowy, choćby pobieżnie. Rzecz jasna prawie nikomu nie pomoże pamięciowe wkuwanie listy samogłosek, przed którymi dana spółgłoska zachowuje się tak, a nie inaczej. Jednak daje to pewien ogląd na to, jak gęsto rozsiane są językowe "miny", na które możemy szwedzkim nadepnąć. Mieć nieco szerszy ogląd na język, nawet jeśli nie umiemy się jeszcze w nim przedstawić. Tak samo, jak przed zwiedzaniem nieznanego miasta potrzebna jest chociażby kieszonkowa mapa.

2. Przyrównywanie obcych dźwięków do polskich raczej ci zaszkodzi, niż pomoże. Oczywiście jest to jakiś punkt wyjścia, jednak nie radzę utrwalać chociażby przekonania, jakoby 'tj' w słowie 'tjugo' było ekwiwalentem naszego 'ś' lub, nie daj Boże, 'sz'. Nie jest. Podobne odczucia mam na temat 'fun factu', który sama powtarzam napotkanym Szwedom – 'it's funny because 'tack' (szw. dziękuję) means 'yes' in Polish!'. Jest to oczywiście naciągane porównanie, bowiem nasze 'k' nie ma nic wspólnego z dźwięcznym 'ck'. Mówiąc 'tack' po szwedzku w sposób prawidłowy nie odczuwam nawet rzekomego podobieństwa tego wyrazu do naszego swojskiego przytaknięcia.

3. Być może kontakt ze Szwedami mówiącymi po angielsku zwróci twoją uwagę na to, z jakimi dźwiękami mają problem. Spostrzeżenia te poszerzą w jakiś sposób twoją wiedzę na temat zasobu fonetycznego rodzimych użytkowników tego języka. Większość z nich (lub raczej: pewna część) konsekwentnie omija dźwięk podobny do naszego 'dż' w jakich słowach jak 'just', 'justice' czy 'jealous', uparcie stojąc przy zwykłym 'jot'. Inna zaobserwowana przez jednego z moich wykładowców rzecz to ich nadużywanie 'ł'  w angielskich słowach z literą 'v', którą utożsamiają tym samym z 'w' (prawdopodobnie wynikająca z tego, że sami tej litery praktycznie nie używają).

4. Odwiedź uttal.se i przyjrzyj się swojej jamie ustnej. Wspomniana strona to dzieło pewnego miłego Pana, lektora kursów SFI (szwedzki dla imigrantów). Poprzez krótkie, acz treściwe filmiki przybliża on niemal każdy dźwięk w języku szwedzkim, tłumacząc przy tym jak powinniśmy układać nasz język, wargi i zęby. Demonstruje to wszystko, rzecz jasna, w mało komfortowym zbliżeniu na własny aparat gębowy. Instrukcje są podawane w języku szwedzkim, Pan mówi jednak (bardzo) powoli i wyraźnie, a co więcej, udostępnia nawet mini-słowniczek użytych pojęć i poleceń.

uttalslogga

5. Szukaj źródeł w szwedzkim Internecie. Większość "fajnych stron", które naprawdę ułatwią ci życie, to źródła szwedzkojęzyczne.  Chociażby materiały i kursy asymilujące przybyszów z innych krajów są z założenia bardzo intensywne, czemu osobiście mocno przyklaskuję. Ze stron tego typu, o których jeszcze tu nie wspominałam, przychodzi mi do głowy chociażby www.motmalet.nu – polecam sekcję ćwiczeń na odróżnianie od siebie par podobnych spółgłosek.

Spółgłoski i samogłoski to tylko wierzchołek fonetycznej góry lodowej języka szwedzkiego. Nie jest jednak moją intencją was straszyć – raczej zachęcić do dalszej podróży. Nie zapomnijcie jednak mapy – mimo, że wiele wydawnictw będzie wmawiało wam, że wcale jej nie potrzebujecie.

Zobacz także:

Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje przedwyjazdowe
Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje w trakcie wyjazdu
Jak ujarzmić szwedzkie samogłoski?
Szwedzkie plateau boli najbardziej

 

Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje w trakcie wyjazdu

Örebro [œrə'bruː] – miasto w regionie Örebro w środkowej Szwecji.

Örebro [œrə'bruː] – miasto w regionie Örebro w środkowej Szwecji.

Czas na drugą porcję przemyśleń zapoczątkowanych w sierpniowym artykule. Głównym zamysłem było (i nadal jest) napisanie trzech części – przedwyjazdowej, wyjazdowej i powyjazdowej – związanej z moim użyciem szwedzkiego w praktyce podczas studenckiej wymiany. Podstawowe fakty są nadal  aktualne – pobyt odbywa się w ramach programu Erasmus, obejmuje okres od stycznia do czerwca 2016 roku, zakłada studiowanie w języku angielskim, zaś uczelnią docelowa jest Uniwersytet w Örebro w środkowej Szwecji. Jeżeli jesteście ciekawi, jak staram się udowodnić swoją znajomość języka szwedzkiego po kilku ładnych latach samodzielnej nauki, zapraszam do czytania.

W pierwszej części planowanej trylogii wymieniłam niemal wszystkie obawy, jakie kołatały się w mojej głowie w związku z językowym aspektem wyjazdu. Martwiła mnie przede wszystkim świetna znajomość angielskiego – zarówno moja, jak i większości Szwedów (niezależnie od wieku!), która mogłaby zniweczyć moje ambitne plany konwersacyjne. Bałam się także mnogości dialektów i wariantów wymowy, jakie można w tym studenckim miasteczku napotkać, oraz nastawienia samych Szwedów wobec szaleńców uczących się ich języka bez żadnego wyraźnego (imigranckiego) powodu. Nie byłam również do końca pewna, czy uda się z odpowiednią, reprezentatywną próbką rodzimych native'ów w ogóle zapoznać – wszak większość czasu na takiej wymianie spędza się w towarzystwie anglojęzycznym, międzynarodowym, niekoniecznie związanym kulturowo z krajem tymczasowego pobytu. I wreszcie – modliłam się o przełamanie własnych oporów, wstydu i fałszywej skromności, zwłaszcza, że szwedzki to właściwie jedyny język obcy poza angielskim, z którym doszłam do co najmniej komunikatywnego poziomu. Zatem zacznijmy od początku…

NEVER UNDERESTIMATE THE POWER OF ERASMUS

Będąc częścią ESN (Erasmus Student Network) trzeba się naprawdę nieźle nagimnastykować, aby uniknąć zawierania co najmniej kilkunastu znajomości tygodniowo, przynajmniej przez pierwsze tygodnie wymiany. Pomijając osoby ze wszystkich zakątków Europy i świata, grupami opiekuje się całkiem spora garstka Szwedów, choć oczywiście w samym akademiku zdarzają się Skandynawowie wręcz unikający jakiegokolwiek kontaktu z 'Erasmusami'. Wracając do przykładów nieco bardziej pozytywnych, już blisko 3 tygodnie po inauguracji letniego semestru, opiekunowie wyszli naprzeciw zapotrzebowaniu studentów międzynarodowych, chcących zaczerpnąć podstaw tajemniczego i melodyjnego języka szwedzkiego. Powstały dwa kółka semi-naukowe, z czego pierwsze zaczynało zupełnie od zera, zaś drugie czuło się mniej więcej na poziomie A1-A2. Nikt nie pytał po co, dlaczego, ani nie oczekiwał wynagrodzenia – ot, grupka szwedzkich studentów (część z nich studiująca pedagogikę) poświęcała 2-3 godziny tygodniowo na przekazanie wiedzy o swoim ojczystym języku. Rzecz jasna zapał obcokrajowców szybko się ostudził i, z tego co widzę obecnie, spotkania są nagminnie odwoływane z powodu mikroskopijnej liczby chętnych. Niemniej jednak brawa dla naszych nordyckich przyjaciół za odpowiedzialne i entuzjastyczne podejście do tematu.

Ja niestety nadal miałam problem – gdybym miała znowu uczyć się cyfr, kolorów, przedstawiania się czy pytania o drogę, najprawdopodobniej trafiłabym do szpitala psychiatrycznego w stanie ciężkiej katatonii. Należało się zatem postarać o prywatnego kolegę lub koleżankę z dodatkową funkcją nauczycielską.

I'M SORRY, I CAN'T UNDERSTAND SKÅNSKA AT ALL

Najbardziej absurdalną sytuacją było chyba chwalenie się swoją jako-taką znajomością szwedzkiego w rozmowie z rodzimym użytkownikiem tego języka, przeprowadzanej całkowicie w języku angielskim. Szybko zrozumiałam, że bez przymusu niewiele się uda, tak więc na lotniskach, w sklepach i innych punktach usługowych udawałam, że angielskiego po prostu nie znam. Szło wspaniale, niestety udawanie wannabe-Szwedki nie było już takie łatwe w sytuacji, gdy rozmówca wiedział, że jestem Polką na Erasmusie i angielski znam zapewne ponadprzeciętnie dobrze. Zdarzyło mi się także usłyszeć wymówkę, jakoby to usposobienie Szwedów kazało im pozostawać przy angielskim – nie chcą, by ktokolwiek czuł się niekomfortowo siląc się na zbudowanie zdania po szwedzku (nawet, jeśli ten ktoś się tego języka dzielnie uczy, a rozmowa z nativem jest jego niepowtarzalną szansą na trening).

Tęcza nad kampusem. fot. własna

Tęcza nad kampusem. Fot. własna

Całe szczęście, znalazły się przynajmniej dwie osoby, które moje ambicje potraktowały z pełną powagą i do dziś zmuszają mnie do wyrażenia w ich języku wszystkiego, co chcę im przekazać. Z jedną z tych osób nie zamieniłam po angielsku ani jednego pełnego zdania, choć wierzcie mi, że nieraz go o to w zmęczeniu prosiłam.

Cudownym aspektem bycia częścią Uniwersytetu w Örebro jest możliwość uczestnictwa w jego naprawdę bogatym życiu studenckim. Kampusowy klub nocny, spełniający także funkcję pubu i kawiarni oraz możliwość wolontaryjnej pracy tamże bardzo pomogły mi zanurzyć się w całkowicie i prawdziwie szwedzkojęzycznej rzeczywistości.

Co zaś tyczy się dialektów – jest jedna koleżanka, z którą postanowiłyśmy pozostać przy angielskim, właśnie ze względu na wariant wymowy, jakim się posługuje. Szwedzki ze Skåne pokonał mnie już na etapie zrozumienia prostego pytania 'jak się masz', zaś używane przez innego kolegę finlandssvenska przypasowało mi chyba najbardziej.

SPRAWY WAŻNE I WAŻNIEJSZE

Poznając jakiegokolwiek Szweda lub Szwedkę (a w ostatnich tygodniach mam ku temu coraz więcej okazji), staram się od razu dać im znać o mojej chęci praktykowania szwedzkiego. Nie robię tego dla splendoru, bardziej po to, by jak najprędzej odzwyczaić ich od angielskiego, no i oczywiście sprawdzić, czy mam w ich języku jakiekolwiek zdolności przekonywania. Reakcje są praktycznie zawsze bardzo pozytywne, tym bardziej szkoda, gdy czar pryska, kiedy na angielski po prostu muszę przejść. Dzieje się tak w kilku następujących sytuacjach:

  • ktoś chce powiedzieć mi coś bardzo osobistego i wymaga ode mnie równie osobistego komentarza – niestety na dyskusje o związkach i sensie życia i śmierci mój szwedzki jest nieco zbyt kulawy;
  • chcę uzyskać pewność, że ktoś zrozumie mnie w jakiejś ważnej sprawie – zazwyczaj chodzi o odpowiedzialność w pracy;
  • inna ważna sprawa musi być przedyskutowana szybko i sprawnie, tak aby żadna ze stron nie pomyliła się w dalszych działaniach;
  • …lub po prostu w towarzystwie znajdują się osoby nie mówiące po szwedzku i kultura nakazuje włączenie je do rozmowy.

A DOBRZE ZNASZ TEN SZWEDZKI?

Dobre pytanie, które powinnam stawiać sobie praktycznie codziennie. Zawsze utrzymywałam, że moja znajomość szwedzkiego formowała się bardzo nierównomiernie – moje rozumienie ze słuchu znacznie przewyższa czytanie, zaś o mówieniu na głos przed wyjazdem w ogóle nie mogło być mowy. Zdarza mi się otrzymywać informacje zwrotne o zabarwieniu w zasadzie zawsze pozytywnym (w najgorszym wypadku neutralnym), choć chciałabym wspomnieć o zjawisku komplementów przyznawanych bardzo, bardzo na wyrost, które także słyszę. Ich podstawową wadą jest to, że bardzo zakłócają ogólny obraz feedbacku, który winien być raczej szczery i złożony zarówno z pochwał, jak i wskazania ZAWSZE obecnych niedociągnięć. Ludzie mają chyba różne rozumienie słowa 'płynny', gdyż ja swojego szwedzkiego bym z pewnością tak nie określiła. Jest wciąż bardzo wiele relatywnie prostych tematów, na które nie potrafię porozmawiać, przy jednoczesnej znajomości pojedynczych słów wykraczających poza mój ogólny poziom. Ważne jest zatem, by nie budować swojej samooceny językowej na zbyt małej liczbie 'ocen'.

CO DALEJ…

Trzecia (ostatnia) część cyklu powstanie już po moim powrocie (o którym w tej chwili nie umiem myśleć bez wszechogarniającego smutku), gdzie postaram się podsumować moje półroczne doświadczenie od strony wyłącznie językowej. Póki co, wracam do świata książek, kawy, piwa i napojów energetycznych. Hej då!


Zobacz także…
Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje przedwyjazdowe
Jak ujarzmić szwedzkie samogłoski?
Szwedzkie plateau boli najbardziej
SWEDEX: luźne przemyślenia

Szwedzi na Ukrainie? Od osiemnastego wieku?!

scandinavia1. Na co komu szwedzki w Finlandii?

Językiem szwedzkim posługuje się około dziewięciu milionów ludzi na całym świecie. Dla około ośmiu milionów ludzi w Szwecji jest on językiem ojczystym. Zostaje nam trochę ponad milion ludzi rozsianych po całym świecie – USA, Europa zachodnia… Cóż, czy to aby na pewno wszystko? Oczywiście, że nie. Dwieście tysięcy. Tyle osób używa na co dzień szwedzkiego w Finlandii. Dialekt niemalże tak samo stary, jak szwedzki używany w Svearike. Od pierwszych krucjat północnych ludy ugro-fińskie były poddawane wpływom germańskim. W 1154 roku Eryk Święty wyrusza na pierwszą wyprawę przeciw poganom do południowo-zachodniej Finlandii, by krzewić ogniem i mieczem chrześcijaństwo. Umówmy się, że, nie licząc religii, Szwedzi w tamtym czasie nie dysponowali jakimś szczególnie ogromnym zapleczem kulturowym, którym mogliby ubogacić narody ościenne: legendarne sagi o Waregach, bogata nordycka mitologia nie cieszyła się poparciem ze strony papieża (choć nieoficjalnie przetrwała oczywiście w średniowiecznych pieśniach, ludowych przekazach, barwnym szwedzkim folklorze). Aż trudno sobie wyobrazić, jak wyglądały pierwsze kontakty szwedzko-fińskie. Łacina? Szwedzki? Fiński? Język migowy? Stawiałbym raczej na jednostki z pogranicza tych dwóch kulturowo niezwykle odmiennych światów: bilingwalni kapłani? Brzmi to już zdecydowanie lepiej.

2. Szwedzka ekspansja kulturowa i literacki dorobek podbitych krain

Przez setki lat obie te kultury oddziaływały na siebie, ścierały się; skłamałbym oczywiście, gdybym powiedział, że to fińska literatura wpłynęła bardziej na tę szwedzką. Dlaczego? Dlatego że słowa “literatura fińska” z pewnością każdy z Was skojarzy od razu z literaturą fińskojęzyczną. Intuicyjnie, nie ma się czego wstydzić, też przez bardzo długi czas tak myślałem. Jednak literatura fińska to przede wszystkim utwory pisane po szwedzku, który był (i dziś nadal jest, choć jednym z dwóch) językiem urzędowym Finlandii. O literaturze typowo fińskojęzycznej możemy mówić dopiero od XIX wieku. Zaraz, zaraz… Bingo! Romantyzm, idea odrodzenia narodu fińskiego, zrzucenie rosyjskiego jarzma, próba stworzenia, posiadania eposu, historii, a raczej prawa do historii. Naród fiński, według romantyków, potrzebował legitymacji istnienia. To właśnie wtedy Elias Lönnrot zebrał runy (runy, czyli stare fińskie pieśni; nie mylić z pismem runicznym). Narodziła się Kalevala – fiński epos narodowy. Estońskie odrodzenie narodowe dokonuje się za sprawą Friedricha Reinholda Kreutzwalda, autora Kalevipoeg. Same tytuły czy opisy mogą nie za wiele mówić, więc pozwólcie, że użyję dość karkołomnego porównania: Kalevala i Kalevipoeg są dla Finów i Estończyków takim dziełem jak dla nas, Polaków, Pan Tadeusz. Takie porównania zachowajcie jednak dla siebie; nie jest to bynajmniej coś, czym należałoby się chwalić wśród znajomych.

Dość sporo tych informacji o literaturze, w dodatku pisanej w językach zgoła odmiennych od szwedzkiego. Jak się miały na przestrzeni wieków sprawy czysto językowe na dalekim (dla Szwedów, oczywiście) wschodzie?

3. Finlandssvenska i dialekty estońskie, czyli o co chodzi z tym szwedzkim na Ukrainie?

Dla osób, które przeszły przez podstawowy kurs językoznawczy na studiach humanistycznych, lecz również dla amatorów lingwistyki jasne jest, że języki ewoluują w czasie. Wpływ na to mają najróżniejsze czynniki socjologiczne, ekonomiczne, demograficzne i inne, których nie sposób tu wszystkich wymienić. Język jako instytucja społeczna ulega zmianom również wtedy, gdy dwie grupy/społecznosci się nim posługujące dzieli realna, fizyczna bariera uniemożliwiająca wzajemny kontakt. Zmiany, które wtedy w języku powstają (w każdej warstwie systemu: semantycznej, fonetycznej, gramatycznej, syntaktycznej) mają różne natężenie zależne oczywiście od czasu izolacji. Takie przemiany oceniane są najczęściej z punktu tej Pierwszej i Właściwej odmiany, czyli tak zwanego standardu. I tak polski używany przez Polaków mieszkających w Buenos Aires oceniany jest z perspektywy standardowej, literackiej polszczyzny. Drugie podejście do tematu zakłada istnienie więcej niż jednego standardu; mowa wtedy o plurycentrycznym systemie językowym. Językiem plurycentrycznym jest na przykład angielski (odmiana brytyjska + dziesiątki jej dialektów, odmiana amerykańska + dialekty, odmiana australijska, afrykańska i tak dalej), portugalski (europejski, brazylijski), niemiecki (np. Hochdeutsch, austriacki) i… szwedzki (rikssvenska, finlandssvenska).

Typologicznie i opisowo do czynienia mamy oczywiście tylko z jednym językiem szwedzkim; pomijając dialekty, istnieją dwa główne centra, w których używa się języka szwedzkiego: Szwecja i Finlandia. Szwedzka mniejszość estońska nie jest aż tak znacząca, by była w stanie stanowić samodzielne centrum tworzące kulturę, literaturę oraz krytykę literacką przyczyniającą się do wzbogacania szwedzkiego dorobku. Pewnie dlatego, że nigdy w historii nikt nie ustandaryzował szwedzkich dialektów mówionych w Estonii. Te słowa trochę bolą, ale taka jest niestety prawda. To po co w ogóle wspominałem cokolwiek o tej przeklętej Estonii? Nie był to bynajmniej żenujący chwyt retoryczny, ale i Estonia potęgą w żadnym tego słowa znaczeniu nigdy nie była. “Ważna kolonia” nawet z przymrużeniem oka jest dość sporym nadużyciem. Te dialekty, ta część szwedzkości zachowana w świadomości estońskich Szwedów jest tu najciekawsza.

Szwedzi, którzy od XIII-XIV wieku osiedlali się w Estonii, robili to głównie na wyspach, stąd też często zamiast terminu estlandssvenskar używa się terminu aibofolke, czyli “lud z wysp”. Przez cały czas populacja szwedzka w Estonii malała, punktem zwrotnym była oczywiścia druga wojna światowa, kiedy spora część estlandssvenskar uciekła do Szwecji. Te wydarzenia poprzedziło jednak jedno zupełnie inne, niespodziewane i niezwykle rzadkie: pod władaniem carycy Katarzyny, w 1781 populacja wyspy Hiiumaa została przesiedlona do Noworosji (dzisiejsza Ukraina), gdzie przybysze założyli wieś Staroszwedzkie (Gammalsvenskby). “Nowosłowianie” jednak się nie zasymilowali. Wręcz przeciwnie – udało im się zachować germańskie tradycje, w pewnym stopniu również protestancki obrządek. Współcześnie nikt nie podjął się na poważnie badania ich dialektu, jednak należy docenić ogromny wkład Alexandry Drotz Ruhn, autorki filmu dokumentalnego o mieszkańcach szwedzkiej wioski.

4. Mroczna przyszłość

finlandCzas płynie nieubłagalnie. W ostatnich latach liczba osób posługujących się specyficznym dialektem “ukraińsko-szwedzkim” zmalała do zera. Młodzi nie chcieli się uczyć języka babek, ludność Staroszwedzkiego zaczyna się asymilować. Czy wobec tego finlandssvenskar czeka ten sam los? Utrata tożsamości? Kiedy obserwuje się dość napiętą relację między mniejszością szwedzką w Finlandii a tamtejszą władzą, obawiam się, że w przyszłości liczba młodych osób, które będą decydowały się na naukę szwedzkiego, będzie maleć. Nie stanie się to oczywiście w ciągu 50, ba, nawet 100 lat. Ale ten proces jest nie do zatrzymania – dążymy do minimalizacji, automatyzacji i maksymalnej wydajności komunikacji. Na co komu polski na Wyspach Owczych?

Zobacz także…
Pitch accent w języku szwedzkim, cz. 1
Pitch accent w języku szwedzkim, cz. 2
Pitch accent w języku szwedzkim, cz. 3
Szwedzkie czasowniki frazowe
Pogadanka o szwedzkich kolokacjach

Obca literatura dziecięca: dobre źródło nauki?

astrid_powiesc

"Mio, mój Mio" w oryginale. (Fotografia własna)

Z tego wpisu dowiecie się między innymi, dlaczego tak bardzo lubię sięgać po opowiadania i powieści dla najmłodszych, kiedy to nachodzi mnie ochota na trening czytania w języku obcym. Czy "winna" jest moja domniemana infantylność lub też spychana do podświadomości tęsknota za dzieciństwem?  A może uda mi się udowodnić wam, że taka forma nauki ma kilka czysto metodycznych zalet? Powiem także, w którym momencie przestać polegać (naukowo, nie hobbystycznie) na książkach dla dzieci (tak naprawdę decyzja o tym "kiedy zejść ze sceny" tyczyć się może KAŻDEJ metody nauki CZEGOKOLWIEK). Tak więc zapraszam was do krainy wzruszających, baśniowych historii i dopełniających je doskonałych ilustracji – w klimacie, rzecz jasna, skandynawskim.

Jak przeczytać można w zakładce o autorach, moją pasją jest samodzielna nauka języka szwedzkiego. Nie bez powodu jednak nazwałam swój cykl "Dziecko z Bullerbyn" – gdyby nie kontakt z dziełami szwedzkiej autorki Astrid Lindgren, pół-szwedzkiej Tove Jansson oraz duńskiego Christiana Andersena, prawdopodobnie nie zainteresowałabym się tak mocno językami skandynawskimi w okresie późno-nastoletnim. Gdy dodamy do tej mieszanki moje fascynacje artystyczne, związane z klasyczną szkołą ilustracji, otrzymujemy wystarczającą dawkę sentymentu napędzającego językowy zapał.

"Dalej nie mogę chodzić. Ale to nie ma znaczenia w Krainie Zmierzchu"

"Dalej nie mogę chodzić. Ale to nie ma znaczenia w Krainie Zmierzchu" – A. Lindgren "W krainie zmierzchu" ("I skymningslandet")

O wartości artystycznej książek Astrid (której śmierć jako ośmioletnia dziewczynka całkiem przeżyłam) przekonałam się jeszcze mocniej, mogąc przeczytać je w szwedzkim oryginale. Na uznanie zasługują polskie tłumaczenia Ireny Szuch-Wyszomirskiej, która wspaniale oddała bezpretensjonalną "prostotę" stylu szwedzkiej pisarki. Wydaje mi się, że pod względem językowym i stylistycznym pisanie dla dzieci wymaga wyjątkowego kunsztu – ale o tym nieco później. Forma wspaniale współgra z niekoniecznie cukierkową i beztroską treścią. Po czym bowiem poznać dobre dzieło adresowane do dzieci? Po jego nieprzemijającym ładunku moralnym, duchowym i psychologicznym, który trafi także w serce dorosłego (niekiedy nawet mocniej niż za młodu). Upraszczanie i "odtragizowanie" baśni, bajek i opowiadań jest według mnie najgorszym, co przytrafia się współczesnym książeczkom i dobranockom. Mam wrażenie, że do minimum ogranicza się nawet udział czarnych charakterów. Ale nie o tym miał być ten tekst.

Zmierzam do tego, iż niedocenienie wartości literackiej niektórych dzieł adresowanych do dzieci może zubożyć nas o dobrych kilka czytelniczych uniesień. A jak to się ma do nauki języków obcych? W tym miejscu przechodzę do kolejnego argumentu zachęcającego do sięgania po klasyków literatury dziecięcej:

Język, w jakim pisane są tego typu powieści, łączy w sobie dwie cechy: jest jednocześnie UPROSZCZONY (tj. zrozumiały na poziomie początkującym i średnio zaawansowanym) oraz LITERACKI (a więc umiarkowanie kolokwialny i względnie urozmaicony, posiadający, bądź co bądź, pewną wartość artystyczną).

Innymi słowy:

  • obecność nowego słownictwa nie powinna być przytłaczająca, co może mieć miejsce kiedy czytamy dorosłą beletrystykę – chociażby lubiane przez wszystkich szwedzkie kryminały;
  • …nawet jeżeli nowe słowo pojawi się w co drugiej linijce, nie sięgajmy do słownika co 30 sekund – dobrym rozwiązaniem może okazać się czytanie historyjki znanej i pamiętanej z dzieciństwa, w wyniku czego pamiętać będziemy ogólny rys fabularny;
  • większość dziecięcych książek oraz nowele, baśnie i opowiadania nie są zbyt obszerne, przez co nie będziemy czuli wyrzutów sumienia nie mogąc "wymęczyć" tekstu od deski do deski;

Przy okazji podróży do kraju języka, którego się uczymy, można także zaopatrzyć się w wydania z dołączonym audio, czytanym przez aktorów. Sama przepadam za taką formą treningu czytania, połączonym z jednoczesnym słuchaniem.

Niestety, legalne nabycie takich książek lub nagrań stanowi niekiedy finansowe wyzwanie. Tyczy się to chociażby Królestwa Szwecji, gdzie cenowy szok to dla Polaka codzienność. Warto wobec tego poszukać czegoś na stronach internetowych wybranej stacji radiowej – jest niemal pewne, że znajdziemy tam niejedną audycję adresowaną do dzieci – bardzo małych oraz nieco większych. O mojej korespondencji ze szwedzkim radiem, które za darmo udostępniło mi tekstowe wersje czytanych dobranocek pisałam w tym artykule.

Zdecydowałam się więc napisać do szwedzkiego radia (moje pierwsze, samodzielne i nieco łamane szwedzkojęzyczne maile, przy których dzielnie się upierałam, choć przecież mogłabym napisać do nich po angielsku) z prośbą o udostępnienie mi transkrypcji krótkich opowiadań dla dzieci, czytanych w ramach cyklicznej audycji dla najmłodszych. Były to dzieła fińskich autorów, chyba dość niszowe, ponieważ nie potrafiłam znaleźć w Internecie nawet oryginałów, nie mówiąc już o przekładach na szwedzki. Ogromnie miło wspominam korespondencję z redaktorkami i realizatorkami tamtej audycji. „Na cito” otrzymałam plik .doc z kilkunastoma tekstami bajek, które mogłam jednocześnie śledzić zarówno wzrokowo, jak i słuchowo.

Jakkolwiek to brzmi, zachęcam do brania przykładu z tej mojej przygody.

MINUSY, PUŁAPKI?

Pobieżna analiza gramatyczna większości tekstów adresowanych do dzieci pozwala zauważyć, że zdania nie są zbyt rozbudowane. Użycie czasów ogranicza się zazwyczaj do teraźniejszego lub najprostszego z przeszłych. Nie sądzę jednak, aby osoba początkująca oczekiwała wyższego poziomu wtajemniczenia.

Warto bowiem (w każdej metodzie i na każdym etapie nauki języka) uświadomić sobie pewien moment, który określi jasno, że warto wypłynąć na "głębsze wody". Jeżeli będziemy w stanie przeczytać ze zrozumieniem i zerowym niemal wysiłkiem ulubioną baśń, książkę czy opowiadanie, oznacza to (poza tym, że cel został osiągnięty), iż FORMUŁA TA PRZESTAŁA NAS CZEGOKOLWIEK UCZYĆ. 

Brak wysiłku oznacza brak postępu i stanie w miejscu. Trening języka nie różni się pod tym względem od treningu siłowego, gdzie zasada jest prosta – no pain, no gain.

Dawkowanie bólu i podnoszonego ciężaru powinno być jednak stopniowe. Dlatego za naturalne i zgodne z rozwojem człowieka uważam stopniowe wychodzenie najpierw od audycji na poziomie "Domowego przedszkola", stopniowo przechodząc do książeczek i komiksów dla dzieci nieco starszych, następnie brnąc przez literaturę młodzieżową, by w końcu sięgnąć po cegłę pokroju Tołstoja (oczywiście co kto lubi).

NIE TYLKO SKANDYNAWIA

https://www.facebook.com/przygodymikolajka/

https://www.facebook.com/przygodymikolajka/

Choć najbliższe mojemu sercu są muminkowo-andersenowo-bullerbynowe klimaty zimnej północy, to pragnę zaznaczyć, że bogactwo literatury dziecięcej znajdziecie absolutnie pod każdą szerokością geograficzną. Miłośnicy francuskiego sięgnąć mogą po oryginalnego "Mikołajka", germanofile po braci Grimm, zaś Kubuś Puchatek nierzadko wykorzystywany jest na kursach języka angielskiego. Nieco starsi czytelnicy pamiętają być może piękne wydania baśni narodów republik radzieckich bądź zakaukaskich. Jest zatem w czym wybierać (nie tylko w granicach Europy).

Nie mam najmniejszego pomysłu na zakończenie tego artykułu, wstawię więc cytat z Doliny Muminków w listopadzie. Ponieważ cytaty z Muminków poruszają mnie bardziej niż cokolwiek, co w życiu przeczytałam.

"Paszczak obudził się powoli i gdy tylko stwierdził, że jest sobą, zapragnął być kimś innym, kimś, kogo nie znał. Czuł się jeszcze bardziej zmęczony niż wtedy, kiedy kładł się spać, a tu tymczasem nastawał już nowy dzień, który będzie trwał do wieczora, a potem przyjdzie następny i jeszcze następny i ten znów będzie taki sam jak wszystkie dni w życiu Paszczaka."

Zobacz też…

Dlaczego nauka języka szwedzkiego jest teraz łatwiejsza niż kiedykolwiek?
Dlaczego nauka języka szwedzkiego jest teraz łatwiejsza niż kiedykolwiek – część 2
Praca własna z tekstem oraz audio gdy brak podręcznika
Nauka języka bez podręcznika – część 2 – czytanie

 

 

Szwedzie, porozmawiaj ze mną! Refleksje przedwyjazdowe

Ilustracja autorstwa Ilon Wikland

Ilustracja autorstwa Ilon Wikland

W nadchodzącym roku uda mi się spełnić jedno z moich największych marzeń – spotka mnie bowiem szansa zamieszkania w Szwecji na pięć długo-krótkich miesięcy. Jako samouk języka szwedzkiego nie zamierzam ukrywać, że przygoda tego typu przemawia do mnie głównie pod kątem językowym, choć narzędziem do osiągnięcia tego celu okazały się studia – wszak sam wyjazd to nic innego jak wymiana studencka, honorowana na kierunku, który z filologią nie ma wiele wspólnego. Biorąc pod uwagę fakt, iż językiem wykładowym będzie angielski, zaś uczelniani współtowarzysze będą najpewniej stanowić mieszankę kultur całego świata, mogę mieć niemały kłopot z realizacją zamierzonego planu, jakim jest maksymalne wykorzystanie języka szwedzkiego w praktyce.

Zacznijmy jednak od tego, co potencjalnie działa na moją korzyść.

swedenDialekt. Jadę do miasta zwanego Örebro, położonego około 200 kilometrów od Sztokholmu. Region Szwecji, do którego należy Örebro, nosi nazwę Närke i nie graniczy z obszarem przypisanym stolicy. Poszukując informacji na temat osobliwości fonetycznych właściwych mieszkańcom Närke, korzystałam z solidnie opracowanej, głosowej encyklopedii szwedzkich dialektów, którą serdecznie polecam wszystkim pasjonatom. Ten przypisany mieszkańcom Stora Mellösa, osadzie należącej administracyjnie do Örebro, nie wydaje się być słuchowym wyzwaniem, choć faktycznie nie jest to standard sztokholmski, do którego przyzwyczaiły mnie podręczniki. Należy także pamiętać, że większe ośrodki miejskie przyciągają zazwyczaj osoby z różnych części Szwecji, więc niewykluczone, że w samym miejscu tymczasowego zamieszkania będę musiała zmagać się z wymową w jakiś sposób ujednoliconą. Zawsze mogło być gorzej, sądząc chociażby po wysłuchaniu przykładów z północnej części kraju.

Moje nastawienie. Jestem dość kontaktową osobą, a nieśmiałość to prawdopodobnie ostatnia cecha, jaką mogłabym sobie przypisać. Myślę, że z moją asertywnością także nie jest najgorzej i będę umiała zakomunikować, że NIE chcę przechodzić na angielski, nawet jeśli dzięki temu zrozumiemy się sprawniej.

Dlaczego jednak w ogóle przewiduję jakiekolwiek problemy na drodze realizacji moich szwedzkojęzycznych ambicji?

BO SZWEDZI TO I TAMTO…

Bo nie lubią nieznajomych. Bo nie patrzą w oczy. Bo są mało otwarci, a fakt, że ktoś uczy się ich języka, wcale im nie imponuje. Bo świetnie znają angielski i nie widzą powodu, by słuchać łamanego szwedzkiego w rozmowie z obcokrajowcem.

orebroDo wszelkich stwierdzeń przemawiających za teorią „osobowości narodu” zawsze pochodziłam z dużą rezerwą. Nie przepadam za generalizowaniem, choć z drugiej strony mówi się, że wyjątki stanowią tylko potwierdzenie reguły. Nie lubię też obrastać w takie uogólnione stwierdzenia mając za sobą kosmicznie niewielki czas spędzony poza granicami Polski, ba, a może i nawet własnego pokoju.

Trudno jednak powstrzymać się od zwerbalizowania kilku wstępnych obserwacji, jakie poczyniłam na Szwedach napotkanych w Internecie, bądź też na krajoznawczych wyprawach. Wykorzystam także wypowiedzi samych Szwedów, jakie zdołałam z nich wydusić na pewnym forum.

1. Polak uczący się szwedzkiego nie jest niczym szokującym, w końcu Polska jest zamorskim sąsiadem północy, zaś mgliste pojęcie Szwedów o Polsce każe zakładać, iż kontakty dyplomatyczne i handlowe są z nami możliwe. Co ciekawe, jedyny cień zdziwienia naszym zapałem do nauki szwedzkiego wywołuje u nich sam kontrast "zasięgowy" naszych języków: kraj 38-milionowy vs (tu cytat) "mniejsza i węższa" (polemizowałabym), 9-milionowa Szwecja.

2. Nie widzą w nas chyba typowego imigranta. Jeden z rozmówców wyraził nawet pewnego rodzaju obawę, iż "gdybyś przyjechała do Szwecji, władze gminy najprawdopodobniej wepchnęłyby cię na kurs szwedzkiego dla przybyszów z trzeciego świata". Co zaś jeśli nie mam woli, lub/i możliwości osiedlić się w kraju wikingów?…

3. …nie cały naród jednym głosem mówi – oczywiste jest, że pozytywne lub nawet na wpół entuzjastyczne reakcje na swoją walkę ze szwedzkim uzyskacie wśród społeczności, która sama języki obce lubi i kibicuje każdemu, kto je zgłębia.

4. Lecz nawet to nie wystarczy, by usidlić swojego "darmowego native speakera". Trudnościom w poszukiwaniu partnerów językowych w Internecie poświęciliśmy na Woofli już dwa artykuły, z których jeden wyszedł spod mojego pióra. Mając je w pamięci, trudno stwierdzić, czy chodzi o zjawiska tam opisane, czy o mentalność konkretnego narodu. Szwedzka ortografia bywa zwodnicza, nie wspominając o wymowie, tak więc jestem w stanie wyobrazić sobie, jak męcząca musi być rozmowa z osobą początkującą. Nawet wtedy, gdy myślałam, że nagranie siebie samej czytającej po szwedzku i wysłanie jej koledze zza morza nie wywoła zgorszenia, jego odpowiedź i tak zdołała wprawić mnie w osłupienie. "Wow! Brzmisz jak ktoś z Norrland!" (wiecie, ten dziwny akcent pół-Szwedów, pół-reniferów). Norrland? Mój boże, nigdy nie miałam takiego zamiaru. Czy to znaczy, że mówię niewyraźnie?

Wygląda na to, że generalizowanie tylko oddala nas od celu. Smagając się metaforycznym batem, wychodzić będę z prostego założenia: im lepiej będę mówić, tym bardziej zachęcę obcokrajowca i do pochwał i do wspólnych ćwiczeń konwersacyjnych.

Internet to jednak miejsce wyjątkowe, a rozpoczęcie z kimś znajomości jawi się bezsprzecznie jako mniej stresujące, niż w świecie realnym. Fizyczne przebywanie w Królestwie Szwecji (zwłaszcza na międzynarodowej wymianie) nie sprawi, że każdy Sven i Elsa będą lecieć do nas jak pszczoły do miodu.

Jakkolwiek stalkersko i przerażająco to brzmi, jedyne rozwiązanie upatruję w znalezieniu sobie szwedzkiej koleżanki lub kolegi na długo przed wyjazdem, oczywiście w celu budowania znajomości i podsycania wzajemnego zainteresowania sobą aż do dnia spotkania na uczelni. Jak? Chyba niestety w formie anonsu zamieszczonego wszędzie tam, gdzie w Internecie zrzeszają się studenci rzeczonego uniwersytetu. Opcję tę poleciłabym zarówno tym, którzy z pewnością siebie nie mają problemów, jak i ludziom w sytuacji odwrotnej.

Warto także zorientować się w działaniach podejmowanych przez lokalną Erasmus Student Network – jest to organizacja, która w Polsce (niestety nie wiem, jakie jeszcze państwa trudnią się czymś podobnym) realizuje chociażby program Mentor, polegający na swoistym "zaadoptowaniu" zagranicznego studenta przez osobę miejscową. "Opiekun" ten ma za zadanie ułatwić nowo przybyłemu zaaklimatyzowanie się w obcej dla niego kulturowo i językowo rzeczywistości. 

Na koniec (zgodna z tematem artykułu) anegdota z mojej wycieczki promem, obsługiwanym wyłącznie przez szwedzkojęzycznych pracowników. Była to w zasadzie pierwsza szansa przyszpanowania przed "nejtiwem", co prawda w obrębie słownictwa rybno-ziemniaczanego, ale zawsze. Stojąc w kolejce do wydawania posiłku, razem z moją mamą (nieznającą angielskiego ani szwedzkiego), starałam się dostrzec imię stojącego za ladą dżentelmena, aby upewnić się, czy jest on Szwedem z krwi i kości. Widząc na jego plakietce "Lukas" oraz słysząc szwedzki z jego ust wiedziałam już, że to mój wielki moment. Poprosiłam zatem o łososia, gryząc się w język za każdym razem, gdy nasuwały mi się zwroty brytyjskie. Wybór ziemniaczków okazał się nieco bardziej skomplikowany, bowiem restauracja oferowała opcję gotowaną i przypiekaną. "Które chcesz, mamo?" – spytałam pospiesznie. "Powiedz mu, że gotowane!" – usłyszałam. Zaraz ci powiem, Lukasie – pomyślałam z dumą, kiedy to rzeczony młodzieniec zabrał głos, używając całkiem niezłej polszczyzny: "Dla pani gotowane, tak?".

Tak właśnie kończą się dobre chęci.

Zobacz też:
Szwedzkie plateau boli najbardziej
SWEDEX: luźne przemyślenia
Po jakiemu uczyć się szwedzkiego?
Czy język szwedzki jest trudny

Jak ujarzmić szwedzkie samogłoski?

dlugie_aDzisiaj krótkie omówienie kwestii fonetycznej, której istotność  umieściłabym zdecydowanie bliżej początku "osi czasu" nauki języka szwedzkiego. Jej zaniedbanie upośledzi naszą umiejętność głośnego czytania już na samym starcie, zaś uważne jej traktowanie nie kosztuje wiele i może okazać się całkiem fajną zabawą. Mowa oczywiście o samogłoskach szwedzkich i ich podziale na krótkie i długie. Dlaczego jest to temat istotny? Po pierwsze, długość samogłoski determinuje wybór wariantu jej wymowy; po drugie, tak samo zapisane słowo może mieć dwa KOMPLETNIE różne znaczenia w zależności od tego, czy użyto w niej samogłoski krótkiej lub długiej. Zwrócę także uwagę na to, jak trenować wymowę poszczególnych samogłosek, gdyż dla niewprawionego ucha zlewają się one nierzadko w jedno.

Różne "bardzo śmieszne żarty" głoszą, że mowa Szwedów brzmi trochę jak ziewanie. Iloczas to inna nazwa tego zjawiska, które, mówiąc najprościej, determinuje długość dźwięku odpowiadającego wymawianej głosce lub sylabie. Dla niektórych nacji jest to rzecz intuicyjna – iloczas nie jest bowiem charakterystyczny wyłącznie dla szwedzkiego. Polacy niestety pozbawieni są takiego punktu odniesienia, ponieważ iloczas jest w polszczyźnie nieobecny od wieku XVI.

vokaler

[źródło: http://svenskab1b2.majby.se/doc/fonetik1.pdf] Kliknij, aby pobrać pdf z tablicą wszystkich znaków.

W szwedzkim, choć mówimy przeważnie o długości samogłosek (w tym przypadku aż dziewięciu: a, e, y, u, i, o, å, ö, ä), to zwraca się także uwagę na "długie", a więc podwojone spółgłoski, np. "tt", "bb". Znaleźć je można zazwyczaj na końcu wyrazu lub w jego środku. Zapisuje się je podobnie jak wydłużone samogłoski, używając czegoś w rodzaju trójkątnego dwukropka. Dla przykładu, w słowie sitter / (ktoś) siedzi / ['sɪt:ɛr] jesteśmy "w obowiązku" poświęcić ułamek sekundy dłużej na oddanie "długiego t" = "t:". Rzeczą oczywistą jest, że w polskim takie geminaty, a więc podwojone spółgłoski, są zjawiskiem nierzadkim, chociażby w popularnych imionach (Adriana / Adrianna robi różnicę!).

Zwracam uwagę na choćby pobieżną znajomość międzynarodowego alfabetu fonetycznego, ponieważ uważam, że nawet osoba początkująca zrobi z niego ogromny użytek. W kontekście omawianego tematu, a więc (samo)głosek długich w języku szwedzkim, ustalenie ich obecności lub nieobecności w przyswajanym słowie będzie kwestią zaledwie kilku kliknięć w jakimś dobrym, internetowym słowniku. Ja lubię lexin, właśnie z powodu uwzględnienia zapisu fonetycznego.

Przydatne reguły? Owszem, istnieją! Jeżeli ktoś nie może się bez nich obejść, to powinien pamiętać o tym, że…

  • Po samogłosce długiej zawsze następuje krótka spółgłoska, zaś po samogłosce krótkiej – spółgłoska długa;
  • Samogłoska jest krótka, jeśli jest akcentowana i ma po sobie spółgłoskę długą;
  • W sylabach nieakcentowanych wszystkie głoski są krótkie;
  • Przed samogłoską akcentowaną również;
  • Sylaba akcentowana zawsze jest długa (cechowana przez długą głoskę).

Powoływanie się na prawidłowości tego typu wymaga od uczącego się znacznego rozszerzenia wiedzy o akcentach i fonetyce szwedzkiej i nie ma nic wspólnego z nauką intuicyjną i naśladowczą, która, w mojej opinii, powinna być co najwyżej weryfikowana przy pomocy literatury.

Samogłoskowe faux-pas? Jak najbardziej możliwe. Chcąc wypowiedzieć się o zmarłym, łysym (kal) mężczyźnie, możemy nieopatrznie nazwać go zimnym (kall). Dyskusja nt. wyborów (val) może wprawić w konfuzję niespodziewanym przywołaniem nieokreślonej tamy (vall). Pan nadużywający wódki na weselu może zostać wyzwany od brzydkich (ful) zamiast pijanych (full). A to tylko niektóre z licznych przykładów.

OK, wiemy już gdzie głoskę skrócić, a gdzie wydłużyć, a prawdopodobieństwo gafy zostało zredukowane do minimum. Przejdę teraz do części praktycznej. Jak sprawić, by szwedzkie samogłoski brzmiały naprawdę szwedzko?

http://www.digitalasparet.se/

http://www.digitalasparet.se/

Raz, że słuchać native'ów – jasne. Jednak świadome wychwycenie subtelnych różnic między dźwiękami to sprawa dydaktyczna i przy użyciu narzędzi dydaktycznych wydaje się najbardziej efektywna. Nie każdy ma nauczyciela, ale (prawie) każdy ma internet. Stąd na pewno natrafiliście kiedyś na lub witrynę. Sama z nich korzystałam (sądzę, że z dobrym skutkiem!) i złego słowa nie dam o nich powiedzieć. Można zaangażowaniem pójść o krok dalej i spojrzeć na plansze artykulacyjne jak chociażby ta, którą wkleiłam po prawej stronie. Najlepiej byłoby oczywiście zmniejszyć się jak w Kingsajzie wejść jakiemuś Szwedowi do buzi (na szczęście większość z nich ma ładne zęby).

Moim absolutnym ulubieńcem jest pan Jacek Kubitsky i jego opracowanie gramatyczne języka szwedzkiego wydane przez Natur och Kultur. Kilka rozdziałów jest poświęconych także fonetyce, zaś podrozdziały w sposób opisowy i miejscami humorystyczny dadzą pewne WYOBRAŻENIE tego, jak za pomocą posiadanych przez nas – Polaków – umiejętności artykulacyjnych będziemy mogli wyczarować dźwięki dalekiej północy. Osobny fragment publikacji w całości poświęcono wymowie litery "o". Moim zdaniem jest to najlepsze źródło "beznagraniowe" służące do zgłębiania omawianego tematu. Poniżej mała próbka treści:

 

Samogłoska***

Długa

Krótka

E

 "Długie e jest bardziej ścieśnione (tzn. ma wymowę zbliżoną do i) niż (…) polskie e w słowie Ewa. Przypomina wymowę e w słowie klej (ale brzmi nieco dłużej)".  "Litery e oraz ä odpowiadają głosce jak w polskim wyrazie ser".

A

 "Długie a wymawiamy z domieszką polskiego o. Przypomina dialektalną wymowę a w wyrażeniu: skończony dziad".  "Wymawia się jak w polskim słowie matka"

*** [Tabela opracowana na podstawie książki, której współautorem jest p. Jacek Kubitsky (dokładny opis bibliograficzny pod artykułem), konkretnie rozdziałów 8.5 i 8.6]

Nie ukrywam (a wręcz przyznałam się do tego w tym artykule), że do treningu fonetycznego cudownie nadają się audycje dla dzieci. Dzieje się tak z bardzo prostego powodu (powodów): primo, mają one za zadanie nauczyć jak najmłodszego widza nie tylko samych literek, ale i odpowiadających im dźwięków; secondo: w piosenkach i dialogach uczestniczą zawodowi aktorzy o lepszej niż przeciętna dykcji.

Przyjrzyjcie się temu fragmentowi programu Fem myror är fler än fyra elefanter. Uszy nie spuchną, gdyż muzycznie audycja stoi na dość wysokim poziomie.

Śpiewana głoska (nuta) trwa odpowiednio długo i jest powtarzana z teatralną dokładnością, tak więc dźwięk ma doskonałe warunki do zaistnienia w naszej pamięci słuchowej.

Mankamentem łączenia treningu fonetycznego ze słuchaniem piosenek (takich, lub "dorosłych") wiąże się poniekąd właśnie z iloczasem – język "śpiewany" nie odda wszystkich niuansów akcentowych ani tempa języka mówionego.


Polak uczący się języka szwedzkiego napotka oczywiście więcej trudności fonetycznych niż tylko rozróżnianie samogłosek. Wszelkie zbitki spółgłoskowe to temat na osobny artykuł, który być może kiedyś się pojawi.


Polecam / korzystałam z:

  1. Szulc, A. (1992) Gramatyka dydaktyczna języka szwedzkiego. Kraków: Wydawnictwo UJ.
  2. Viber Å., Ballardini K., Stjärnlöf S., Kubitsky J. (1992) Mål. Gramatyka szwedzka po polsku. Svensk grammatik på polska. Sztokholm: Natur och Kultur.

Zobacz także…
SWEDEX: luźne przemyślenia

Po jakiemu uczyć się szwedzkiego?
Pitch accent w języku szwedzkim, cz. 1

Czy język szwedzki jest trudny?

 

Pitch accent w języku szwedzkim, cz. 1

pitch_szwedzkiKilka słów wstępu

Akcent wyrazowy w języku polskim różni się znacznie od tego występującego w szwedczyźnie. W tym drugim oprócz typowego akcentu ekspiratorycznego (przyciskowego, tryckaccent) ważną rolę odgrywa intonacja w obrębie słowa i to właśnie ten rodzaj akcentu (toniczny, ordaccent) spędza większości uczących się sen z powiek.

Czym tak właściwie jest pitch accent? Angielskie słowo pitch w znaczeniu, które bada fonetyka, znaczy tyle, co wysokość głosu1. Pitch accent to nic innego jak akcent oparty o zmiany w obrębie owej wysokości głosu. Uważny czytelnik spyta – „no dobrze, wysokość głosu. A ton?”. Otóż ton w fonetyce oznacza praktyczne zastosowanie wspomnianych zmian do rozróżniania znaczenia gramatycznego lub leksykalnego. „A język tonalny…?”

Wkraczamy na grząski teren nieprecyzyjnego nazewnictwa2. Trzymał się jednak będę tradycyjnego podziału, który grubą kreską oddziela języki tonalne i te z pitch accentem: dystrybucja tonów w tych pierwszych jest niezależna w poszczególnych sylabach (do tego może dojść tzw. sandhi tonalne); w tych drugich ogranicza się ona do akcentowanych sylab (lub mor w języku japońskim).

Akcent grawisowy

Przyjrzyjmy się zatem, jak teoria przekłada się na rzeczywistość. Jako że w tym artykule zajmujemy się wyłącznie intonacją słowną, a nie miejscem padania akcentu, pozwolę sobie pominąć dokładny opis tej kwestii fonetyki szwedzkiej. Bądź co bądź, akcent w szwedzkim pada z reguły na pierwszą sylabę słowa, ale nie jest to żelazna zasada. Zmiana miejsca padania akcentu ekspiratorycznego pociąga za sobą również zmiany jakościowe (kwalitatywne, w barwie samogłosek) i ilościowe (kwantytatywne, w długości samogłosek i spółgłosek). Przykład homografów ilustrujących to zjawisko:

modern: [ˈmuːdəɲ] matka3f.określona oraz [mʊˈdæːɲ] nowoczesny
perfekt: [pʰæːɾfəkt] jeden z czasów gram. oraz [pæɾˈfɛkːt] doskonały

Przejdźmy jednak do sedna i omówmy grav accent4. Znany jest on w nowszych publikacjach jako akcent toniczny drugi, AT2 (pod tą nazwą omawialiśmy go na ćwiczeniach z fonetyki języka szwedzkiego). Wiele opracowań sili się na omówienie jego właściwości z naciskiem na umiejętność własnej produkcji, niestety najczęściej nie przynosi to oczekiwanych rezultatów, ponieważ wyjaśnienia zwykle są długie, zawiłe i tak naprawdę ubogie w treść. Wiedzieć natomiast trzeba, że akcent grawisowy jest akcentem złożonym, a co za tym idzie, występować może tylko w słowach dwusylabowych i o większej liczbie sylab. Występowanie w słowach jednosylabowych jest z oczywistych powodów niemożliwe: AT2 składa się z dwóch przycisków. Akcent toniczny drugi jest pod względem budowy skomplikowany, szczególnie jeśli opuszczamy piaskownicę, w której bawiliśmy się słowami dwusylabowymi i zaczynami dorosłe życie w świecie wyrazów trój-, cztero-, pięciosylabowych.

Dość jednak teorii. Według mnie najlepiej ten akcent… pokazać5. Pokazać w formie wykresów, na których zaznaczona jest częstotliwość dźwięku (Hz) oraz jego długość (w sekundach). Kontur/obrys tonu zaznaczony jest na czarno. Kvinnlig röst to głos żeński6, manlig röst to głos męski, czyli mój. Czy to istotne? Tak, to bardzo ważne. Głos żeński rezonuje z większą częstotliwością7 z kolei głos męski z mniejszą8. W praktyce przekłada się to na to, jak program „wyłapuje” kontur. Poniżej przykład błędnego ustawienia wykrywania tonu:

sammansättningsammansättning, ustawienia błędne

Widzimy, że linie na prawym wykresie są bardziej opuszczone niż na lewym wykresie. Wszystko to spowodowane jest tym, że nagranie zawiera głos męski, a zostało „przepuszczone” przez czujniki mierzące głos w skali żeńskiej. Poniżej przykład z tym samym słowem, tym razem sytuacja odwrotna (prawy wykres nieco mniej błędny niż poprzednio, teraz nieco za wysoko):

sammansättning, głos żeńskisammansättning, głos żeński, ustawienia błędne

Część z Was z pewnością zachodzi w głowę – co to za „szlaczki”? Jak już wcześniej wspomniałem, to kontur tonu albo inaczej jego obrys. Szlaczek ten więc pokazuje wysokość głosu (im głos wyższy, tym bardziej rezonuje), co za tym idzie – zdradza budowę akcentu grawisowego. Jak to?! Przyjrzyjmy się poniższemu wykresowi (lera glina):

lera, głos męski

W lewym górnym rogu wykresu podana jest transkrypcja fonetyczna. Nie jest ona bezpośrednim przedmiotem badań w tym artykule, ale i tak należą się jakieś wyjaśnienia. Apostrofem zaznacza się miejsce padania główny akcentu (pierwszego przycisku). Dwa małe trójkąty służą do oznaczania iloczasu. Kluczem do poprawnego odczytania transkrypcji są znaki diakrytyczne nad symbolami "a" oraz "e". Pierwszy z nich oznacza ton niski opadający9, drugi natomiast ton po prostu opadający10. Teraz jeszcze raz spójrzmy na wykres, który, mam nadzieję, jawi się jako paralelny do transkrypcji. Ton głosu w pierwszym prostokącie opada dość gwałtownie w drugiej jego części (tej po przerywanej kresce), to właśnie ton niski opadający; następnie unosi się aż do zrównania z „normalnym” tonem głosu, po czym znowu opada – ton opadający. Poniżej dla porównania analiza graficzna „żeńskiego nagrania”:

lera, głos żeński

Rozkład przycisków akcentu grawisowego w słowach, które składają się z trzech sylab, przebiega w nieco inny sposób:

  • Ton niski opadający: w pierwszym przycisku (tuż przed samogłoską) głos dość gwałtownie opada.
  • Ton wysoki opadający: w drugim przycisku głos powraca do zerowego tonu, nieznacznie wzrasta i znów opada.
  • Trzecia sylaba otrzymuje ton niski – przejście jest kwantowe, więc nie traktuje się go jako składowej akcentu grawisowego.

Tylko w jakich miejscach padają te przyciski? Odpowiedź jest dość prosta – drugi przycisk następuje bezpośrednio po pierwszym. Nie chcę na razie zagłębiać się w kategorie morfofonologiczne, o których będę mówić w innym artykule, dlatego na razie przytoczę tylko jeden przykład (pojkarna chłopiec-l.mnoga-f.określona):

pojkarna, głos męski

Trzy kreski na wykresie oznaczają trzy kolejne tony. Spadek, wzniesienie ze spadkiem, ton niski. W trójsylabowcach, w których pierwszy przycisk pada dopiero na druga sylabę, pierwsza sylaba nie jest, cóż, tononośna11.

Słowa złożone z większej ilość sylab to nieco inna historia. Niestety nasza zasada „drugi przycisk następuje bezpośrednio po pierwszym” w niektórych słowach przestaje obowiązywać. Dopóki pierwszy przycisk pada w nich na pierwszą sylabę, wygląda to dość prosto i schludnie (mimo że często drugi przycisk znajduje się… na ostatniej sylabie):

  • Ton niski opadający: w pierwszym przycisku (tuż przed samogłoską) głos dość gwałtownie opada.
  • Ton niski/brak tonu: w „przerwie” pomiędzy przyciskami następuje seria sylab nieakcentowanych, których ton trudno jest zidentyfikować. Analiza wykazała, że znajduje się on na około takim samym poziomie, co najniższy punkt pierwszego przycisku. Nie jest to składowa akcentu grawisowego.
  • Ton wysoki opadający: w drugim przycisku głos powraca do zerowego tonu, następnie wzbija się i opada.

Spójrzmy na wykres jednego z analizowanych przeze mnie czterosylabowców (imperativ tryb rozkazujący):

imperativ_kvinnlig_röst

Jeśli jednak do czynienia mamy z regularnym rozkładem przycisków w słowach czterosylabowych i dłuższych, otrzymujemy na końcu po raz kolejny ton niski z poprzedzającymi go sylabami, które nie są tononośne. Poniższy wykres lepiej to zobrazuje:

dumheterna_manlig_röst

O akcencie grawisowym można jeszcze sporo powiedzieć. Ten artykuł ma raczej za zadanie przybliżyć jego strukturę i funkcjonowanie, wartość dydaktyczna zamieszczonych tu informacji (szczególnie dla początkujących) jest raczej niska. Omówmy jeszcze akcent akutowy.

Akcent akutowy

Krótko i na temat: akcent akutowy przypomina do złudzenia ten znany z innych języków, które nie mają pitch accentu. Dla porównania kolejne dwa wykresy (już ostatnie, przysięgam):

kommer_kvinnlig_röst magazyn_głos_męski

Jak widać, w innych językach akcentowana sylaba jest wypowiadana nieco wyżej od pozostałych. Jest to mechanizm bardzo podobny do akcentu akutowego; wystarczy zauważyć, że obrys pierwszej sylaby w słowie „kommer” znajduje się na wykresie wyżej niż druga sylaba, która zyskuje ton niski. Jeśli przycisk AT1 pada na inną sylabę niż pierwsza, to sylaby znajdujące się przed akcentem nie mają rozróżnialnego tonu: zakładamy, że ich kontur leżał będzie trochę wyżej od sylaby z tonem niskim.

Zakończenie

Tym sposobem pora zakończyć pierwszą część serii o fonetyce szwedzkiej. Dowiedzieliśmy się, czym jest pitch accent, jaką rolę odgrywa w języku szwedzkim, czym charakteryzuje się akcent ekspiratoryczny, grawisowy i akutowy. Zbadaliśmy strukturę AT2 zarówno w słowach dwusylabowych, jak i tych dłuższych. Miłośników językoznawstwa diachronicznego zainteresuje na pewno rys historyczny akcentu w języku szwedzkim, który poruszę w kolejnym artykule. Następnie użyjemy zdobytej wiedzy do stworzenia schematów morfofonologicznych, dzięki którym praktycznie zastosujemy wszystkie informacje na temat intonacji szwedzkiej. Så enkelt!

Literatura

Claes-Christian Elert Allmän och svensk fonetik, Uppsala 1970
Jacek Kubitsky Słownik szwedzko-polski, Warszawa-Sztokholm 1998
Lennart Larsson Svenska språkets historia från urgermansk till nusvensk tid, Kraków 1987


1Aż ciśnie się na usta słowo ton, ale bez fonetycznego niuansu.

2I tym sposobem Allmän och svensk fonetik Claesa-Christiana Elerta mówi, że „niewiele języków europejskich jest tonalnych, lecz należą do nich szwedzki i norweski”. Inne źródła unikają podobnych stwierdzeń.

3Polskie tłumaczenia słów szwedzkich za Słownikiem szwedzko-polskim Jacka Kubickiego.

4Terminy szwedzkie za Allmän och svensk fonetik Claesa-Christiana Elerta.

5Wszystkie wykresy zostały stworzone za pomocą open source'owego programu Praat (http://www.fon.hum.uva.nl/praat/), który służy do analizy fonetycznej danych dźwiękowych.

6Głos żeński: nagrania ze słownika Lexin (http://lexin.nada.kth.se).

7Około 210 Hz. Twórcy programu Praat sugerują ustawienie czujnika na zakres 100-500 Hz.

8Około 125 Hz. Twórcy programu Praat sugerują ustawienie czujnika na zakres 75-300 Hz.

9Ang. low falling tone

10Ang. falling tone

11Szw. icke-tonbärande stavelse

Szwedzkie plateau boli najbardziej

szwedzkie_plateau

Nie trać serca do języka!

Pamiętacie artykuły, w których przekonywałam, dlaczego nauka szwedzkiego jest teraz łatwiejsza niż kiedykolwiek? Z bólem serca spieszę ze sprostowaniem – miałam na myśli głównie mocno początkowy etap nauki tego pięknego języka.

Szwedzki jest językiem o tyle niewdzięcznym do nauki, że trudniej z nim wytrwać, niźli w ogóle zacząć. Szkoły językowe, mające języki skandynawskie + fiński w swojej ofercie, przeżywają od paru lat prawdziwą klęskę urodzaju. Zysk zawsze będzie się zgadzał, bo początkujących co roku jest cała masa. Lektorów, którzy mają kwalifikacje do nauczania nowicjuszy także nie brakuje – nie ma więc potrzeby zatrudniania chociażby native'ów. Schody zaczynają się wtedy, gdy ktoś wytrwa w tym (powszechnie uznawanym za niszowy) języku dłużej niż rok czy dwa. (Osobny post można by poświęcić powodom tego stanu rzeczy – tj. czy szwedzki w ogóle się przydaje, czy rzeczywiście JA go potrzebuję etc. W dalszej części tekstu poświęcę tej kwestii kilka słów). W miastach nieposiadających zaplecza skandynawistycznego trudno więc znaleźć wystarczającą ilość chętnych do utworzenia grupy na poziomach B1/B2+.

Nie jest moją intencją narzekać jednak na politykę prywatnych szkół językowych, czy też poziom motywacji większości ich klientów. Postulując wyższość działań samodzielnych nad zorganizowanymi, skupię się więc na problemie szwedzkojęzycznej posuchy, widzianej z perspektywy także zaawansowanych i średnio zaawansowanych samouków (w tym mnie). Podpowiem również, jak odczarować ten stan rzeczy, nie wydając przy tym fortuny.

1. ZABAW SIĘ W MATURZYSTĘ

Czy wiecie, że wraz z wejściem w życie zasad nowej matury, przez jeden rok (2005) można ją było zdawać także z zakresu znajomości języka szwedzkiego? Jedyne dwa arkusze (poziom podstawowy i rozszerzony), dostępne cały czas na stronie CKE, mogą stanowić ciekawe sprawdzenie się*, oczywiście mocno osadzone w realiach tego kontrowersyjnego egzaminu.

Same statystyki dotyczące popularności tego egzaminu w roku 2005 nie pozostawiają wątpliwości co do powodu usunięcia szwedzkiego z listy przedmiotów maturalnych. Pełna treść raportu z jakichś powodów została usunięta z serwera, jednak pamiętam, że liczba zdających nie przekraczała dwóch setek (przy czym rozszerzenie pisała dosłownie garstka młodzieży).

*Poziom podstawowy nowej matury z języka nowożytnego oscyluje w granicach poziomów A2/B1, zaś rozszerzenie reprezentuje średnio mocne B2.

2. SPRÓBUJ DOTRZEĆ DO MATERIAŁÓW PRZYGOTOWUJĄCYCH DO TISUSA

TISUS to certyfikat języka szwedzkiego na poziomie zaawansowanym, uprawniający do podjęcia studiów na uczelniach wyższych w Szwecji. Jako rozgrzewkę proponowałabym trening (już nie elementarnego) czytania i pisania z pomocą książeczek Text i Fokus oraz Form i Fokus, zaś bardziej odważnym zawodnikom polecam Skrivtrappan, który rozwinie nas przede wszystkim leksykalnie. Każdy, kto ma ze szwedzkim do czynienia więcej niż kilka miesięcy zauważy zapewne, że konstrukcje gramatyczne stosowane w prasie codziennej nie różnią się wyrafinowaniem od tych, które ogarnąć można w naprawdę niedługim czasie – rzecz jasna chodzi o szkielet prawidłowości gramatycznych, które w dalszych etapach nauki można już tylko szlifować. Sen z powiek do samego końca spędzać może co najwyżej stale poszerzający sskrivtrappanię zasób słownictwa wraz z jego rodzajnikami i typem deklinacyjnym/koniugacyjnym, a także stosowanie form określonej i nieokreślonej (podobny czort jak w angielskim – wielu uważa, iż poprawne stosowanie tzw. articles pośrednio świadczy o mistrzowskim opanowaniu mowy Szekspira). O literaturze nie czuję się jeszcze gotowa wypowiadać, gdyż w oryginale interesuje mnie póki co wyłącznie ta dziecięca.

Tutaj jednak napotykamy kolejną przeszkodę – swoisty monopol na wydawanie tego typu zaawansowanych i pewnych jakościowo materiałów edukacyjnych mają wydawnictwa powiązane z Folkuniversitetet, Svenska Institutet, czy też Natur och Kultur. Cena takiego podręcznika (ceny skandynawskie – wiadomo, kosmos), wraz z zestawem płyt czy zeszytów ćwiczeń, plus sprowadzenie tego wszystkiego przez Bałtyk do Polski przekracza możliwości finansowe wielu naszych rodaków. Jeśli jednak pieniądze, ewentualnie nielegalny dostęp do książek nie są dla was problemem, to warto rzucić okiem na tytuły, które wymieniłam.

3. BĄDŹ JĘZYKOWYM MAC GYVEREM

Tak naprawdę źródła do nauki kryją się wszędzie wokół nas – wystarczy trochę kreatywności, szczypta krytycznego myślenia i może jeszcze dobry słownik – miłośnikom papieru polecam ten autorstwa J. Kubitsky'ego – można go zażądać chociażby na urodziny, bo przy pięcioosobowej zrzutce wychodzą grosze.

Czy do (biernej co prawda, ale zawsze) analizy budowy zdań, doboru słów, podpatrywania stylistyki etc. potrzebna jest opracowana przez kilkunastu metodyków książka? A może wystarczy trochę podstawowej wiedzy o danym języku (oraz o językach w ogóle), nieco zróżnicowanych źródeł pisanych (chociażby skrawek bulwarowej prasy) i trochę internetu? Ewentualnie sieć znajomości zbudowana z pasjonatów mających te same ambicje i cele, co my?

PS-år-av-rivalitet-och-vänskapZdarza się, że biorę po prostu do ręki szwedzką gazetę (została mi po niedawnej wycieczce, ale równie dobrze można wejść sobie na pierwsze z brzegu Dagens Nyheter) i sprawdzam, czy na pewno rozumiem i potrafię wskazać powód użycia chociażby formy określonej (odpowiednik angielskiego THE). Bywa też, że zgłębiając historię stosunków polsko-szwedzkich chwytam po dwujęzyczną pozycję "Szwecja-Polska – lata rywalizacji i przyjaźni", w której symultanicznie porównywać mogę tekst w dwóch językach w obrębie jednej kartki. Korzyści, które wynoszę z tego rodzaju "prowizorki" zależą tylko i wyłącznie ode mnie, mojej ostrożności i głodu wiedzy.

To oczywiście rozwiązanie tymczasowe bądź fakultatywne, bowiem wiadomo, że zróżnicowanie źródeł i metod nauki pozwala na jak największą optymalizację całego procesu (oraz jego ciągłe ulepszanie!).

4. DLACZEGO SZWEDZKI?

Lubicie się tłumaczyć z powodów, dla których uczycie się określonego języka? Oczywiście o ile nie jest nim angielski, niemiecki, francuski czy rosyjski. Różne słyszy się głosy – z jednej strony, że poznanie jak największej liczby języków rozwija, z drugiej, że powodzenie nauki języków wyznaczane jest bezpośrednio przez zapotrzebowanie na codzienne ich użycie. Ostatnio natknęłam się na tekst o utrapieniu rękodzielników, czyli zamaskowanym wyszydzaniu ich "nudnej i nikomu niepotrzebnej pasji". Nie wiem na ile zalicza się do tego sytuacja nauki języka relatywnie niszowego, którym (a) nie mówi nasza rodzina czy partner, (b) którego nie używamy w pracy ani szkole, (c) którego nie używa się w naszym kraju, (d) na którym nie zarabiamy, a jedynie od czasu do czasu korzystamy z wytworów kultury w oryginale.

Na koniec ciekawy artykuł, bliski mi o tyle, że wypowiadającym się w nim nauczycielem jest mój były lektor-skandynawista. Szwedzki ma dla Polaków wiele twarzy – mimo wszystko przoduje ta związana z emigracją…

 

Zobacz też:

Faza plateau – czyli co to jest i jak przez to przejść
SWEDEX: luźne przemyślenia

Po jakiemu uczyć się szwedzkiego?
Czy język szwedzki jest trudny

SWEDEX: luźne przemyślenia

swedex

Źródło: http://www.folkuniversitetet.se/Las-mer-om-sprak/Sprakexamina/Swedex/

Jestem przedstawicielką pokolenia urodzonego w połowie lat 90. Wychowujący się w moim otoczeniu szkolnym rówieśnicy zdradzali mniejsze lub większe predyspozycje językowe, głównie w kierunku języka angielskiego, choć zdarzali się też mali germaniści, nieco wyobcowani w swych preferencjach. Pierwsza z przyjaciółek zdała FCE (Cambridge’owski First Certificate in English, poziom około B2) jeszcze w połowie gimnazjum. Zaraz potem zrobiła to druga. W międzyczasie, 15-letnia koleżanka potwierdziła innym certyfikatem swoją średnio zaawansowaną znajomość ojczystej mowy Angeli Merkel. Rok przed maturą gratulowaliśmy klasowej prymusce zaliczonego CPE (Certificate of Proficiency in English). Nie patrzyłam nań z zazdrością, raczej żalem, że: „mnie się nie chce, a mogłabym”, bądź też klasycznie wzdychając: „szkoda pieniędzy”. Swoją znajomość angielskiego oceniałam i nadal oceniam dość wysoko, zaś poza osobistą satysfakcją nie byłam w stanie dostrzec żadnych wymiernych korzyści podjęcia tego typu wyzwań.

Pewna grupa moich znajomych wie, że już od ponad roku zapowiadam (hucznie, a jakżeby inaczej), iż zdołam przygotować się zupełnie sama (tj. bez kursu) do tzw. „profa” (o samym stopniu trudności czy strukturze tego egzaminu chętnie podyskutuję w komentarzach). Ku mojemu rozgoryczeniu, studia dały mi dobry dowód na to, że należało uczynić to już dawno temu, zdając chociażby o oczko niższe CAE – uniknęłabym trzech semestrów uczelnianego lektoratu, który raczej powoduje moje językowe zacofanie, niż faktyczny progres. Nie o tym jednak chciałabym pisać, zwłaszcza, że same zajęcia wspominać będę raczej miło.

Wstęp ten miał na celu ukazanie powszechności zjawiska, przynajmniej w moim pokoleniu: certyfikaty językowe nie tracą na popularności, a wręcz zaryzykowałabym stwierdzenie przeciwne. Na początku przekażę myśl ogólną, która – teoretycznie – winna przyświecać czytelnikowi aż do końca lektury tego tekstu.

Jeśli ktoś robi coś wyłącznie dla własnej satysfakcji, to nie kwestionujmy utylitarności tego czegoś, bowiem sama ta satysfakcja nadaje danemu przedsięwzięciu wystarczająco głęboki sens.

Staram się wychodzić z tego założenia, nawet wbrew krytycznemu podejściu, które z pewnością zaobserwujecie poniżej.


SWEDEX – UDOWODNIJ, ŻE ZNALAZŁBYŚ SPOŻYWCZAK W SZTOKHOLMIE

Jako samouk języka szwedzkiego naturalną sprawą jest, że chciałabym móc monitorować własne postępy. Będąc samemu sobie "sterem, żeglarzem i okrętem" trudno jest o obiektywną informację zwrotną nt. prezentowanego przez siebie poziomu.

(No dobrze, nie jest aż tak źle – dziękuję dwóm skandynawistom, z którymi czasem koresponduję, a także moim internetowym "szwedoznajomym" oraz pani ekspedientce z księgarni w Karlskronie – jest mi bardzo miło, że się dogadałyśmy!)

Przechodząc do sedna: tak, do dziś przechodzi mi czasem przez głowę myśl, aby podejść do Swedexa – certyfikatu języka szwedzkiego, który możemy zdawać na jednym z trzech poziomów: A2, B1 lub B2. Moim potencjalnym celem byłby ten ostatni. Sam Swedex nie otwiera nam praktycznie żadnej furtki do Królestwa Szwecji – aby studiować na tamtejszych uczelniach, potrzebny jest papierek egzaminu TISUS (inna inszość, jak to mówią). Zatem po co miałabym inwestować czas i pieniądze w egzamin na poziomie B2? Po pierwsze, by się zwyczajnie sprawdzić. Po drugie, by ukierunkować jakoś swoją motywację – każdy z nas potrzebuje czasem celu. Jakiego typu wątpliwości mnie jednak powstrzymują?

1. KOSZT I MIEJSCE ZDAWANIA

Rok temu egzamin SWEDEX można było zdawać w kilku większych miastach Polski, w tym na poziomie B2 jedynie w Warszawie, Gdańsku i Poznaniu. Właśnie odwiedziłam oficjalną stronę folkuniversitetet, głównego "wykonawcy" rzeczonego certyfikatu: w roku 2015 pozostały już tylko ośrodki warszawskie. Wygląda na to, że popularność, bądź też zasoby pieniężne na przeprowadzanie SWEDEXa w Polsce maleją – jeszcze kilka lat temu egzaminatorów nie brakowało nawet w mojej rodzinnej Łodzi.

Koszt egzaminu SWEDEX na poziomie B2 to ok. 750 PLN (informacja mailowa, datowana na marzec 2014), tak więc jest to cena porównywalna chociażby z certyfikatami angielskimi . Doliczyć do tego trzeba także cenę podróży do danego miasta, podręczników i kursu przygotowawczego, ponieważ…

2. SWEDEX NIE SPRZYJA SAMOUKOM

text-i-fokusPo pierwsze: nie uświadczymy tutaj konkretnego spisu publikacji zredagowanych specjalnie pod kątem zadań pojawiających się na egzaminie. Folkuniversitetet poleca co prawda na swojej stronie podręcznik På svenska, na temat którego ciężko mi się wypowiadać z racji mojego braku doświadczenia z nim. Sama sięgnęłabym pewnie po Text i Fokus albo Form i Fokus. Mimo to, odczuwalny jest brak odpowiedniej ilości zestawów przykładowych testów, tematów do części ustnej czy konkretnych repetytoriów gramatycznych, które mogłyby pokierować samoukiem.

Sprawa ma się ciekawie z tzw. Modelltestami, a więc egzaminami przykładowymi. Na każdym z poziomów możemy uzyskać dostęp tylko do jednego z nich. Powtarzam: słownie – jednego. Moje mailowe zapytanie o ewentualną możliwość uzyskania  czy wykupienia większej ilości egzaminów, np. tych z lat ubiegłych, zostało potraktowane jednoznaczną odpowiedzią ze strony miłego Szweda: "NIE".

Pewne źródła każą mi przypuszczać, że lektorzy wykwalifikowani w kierunku przygotowania kandydatów do SWEDEXa w istocie mają dostęp do tego typu materiałów. Czyżby zmuszano mnie więc do uczestnictwa w zorganizowanych kursach prywatnych szkół językowych? 😉

3. PIĘĆSET ZŁOTYCH ZA PISEMNE POTWIERDZENIE UMIEJĘTNOŚCI NAPISANIA CZTEROZDANIOWEGO MAILA

…bo właśnie do tego ogranicza się moim zdaniem sens (a raczej brak sensu) zdawania SWEDEXa na najniższym z poziomów. Niech mnie ktoś oświeci albo wyprowadzi z błędu, ale nie mam pojęcia, komu i gdzie miałaby zaimponować chęć udokumentowania (w dodatku za tak ciężkie pieniądze) umiejętności, które powinno się posiąść po miesiącu-dwóch średnio intensywnej nauki.

Jeśli mamy już ufać europejskiej klasyfikacji poziomów zaawansowania językowego, to godna "szpanu" komunikatywność zaczyna się raczej w granicach B2. Zaraz ktoś mi zarzuci, że deprecjonuję znaczenie elementarnej znajomości języka, chociażby takiej, jaka przydaje się w podróży. Ależ skąd. Nie potrafię tylko dostrzec sensu tworzenia (i zdawania!) wystandaryzowanego i pieczołowicie ułożonego egzaminu na rzeczonym, mocno podstawowym poziomie. (O ile w ogóle ktoś widzi sens w zdawaniu certyfikatów na jakimkolwiek z poziomów!!!)

4. DOŚĆ SUROWY SPOSÓB OCENIANIA

Porównując SWEDEXa do nieco szerzej znanych, cambridge'owskich egzaminów sprawdzających znajomość angielszczyzny, zmuszona jestem wysnuć nieco nieśmiały wniosek odnośnie surowości przebiegu egzaminu, zwłaszcza części poświęconej rozumieniu ze słuchu.

Zacznijmy jednak od spraw bardziej ogólnych: poszczególne części SWEDEXa (czytanie, pisanie, mówienie, słuchanie oraz słownictwo&gramatyka) mają swoje oddzielne progi zdawalności (60%), które nie sumują się do ogólnego wyniku całego egzaminu. Innymi słowy: niemożliwe jest (tak jak na FCE, CAE czy CPE) kompensowanie wyniku danej części inną częścią. Jeśli choć jeden moduł uzyska wynik poniżej 60%, cały nasz SWEDEX (i pieniądze!) idą do kosza.

W przypadku certyfikatów brytyjskich, nagranie na tzw. "listeningu" puszczane jest egzaminowanemu dwa razy. Z niewiadomych mi przyczyn, SWEDEXowe słuchanie na poziomie B2 zakłada jednokrotne odtworzenie danego dialogu czy historyjki. Być może jest to rozwiązanie bardziej realistyczne – zwracam jednak uwagę na różnice między SWEDEXem a egzaminami (także maturalnymi) z innych języków nowożytnych.


JASNA I CIEMNA STRONA CERTYFIKATÓW JAKO TAKICH:

poziomyWszelkim certyfikatom językowym, konstruowanym na zasadzie poziomowania wiedzy zdającego i stawiania mu wymagań w związku z tymi poziomami, towarzyszy ukryte przekonanie, które starałam się zilustrować obrazkiem widocznym z lewej strony tego akapitu. Jeśli wyobrazimy sobie poszczególne etapy zaawansowania językowego (umowne czy też ustalone odgórnie) jako swoistą "matrioszkę" złożoną z mniejszych słoików włożonych w większe, to za nasz "wkład mentalny i umiejętności" możemy uznać wodę wypełniającą te naczynia.

Na początku wodą napełniamy najmniejszy ze słoiczków (tu oznaczony symbolem A2). Jeśli woda się "przeleje", a więc spełnimy wszystkie wymagania poziomu A2 i będziemy w stanie iść dalej, zaczniemy wypełniać naszą cieczą poziom B1. Tu z kolei konieczne jest kolejne "przeciążenie" słoiczka wodą, aby mogła ona dostać się do największego z naczyń. Innymi słowy – kierujemy się pewną równomiernością, kolejnością i ciągłością nauki.

Wiemy jednak, że nauka języka nie przebiega zawsze jednolicie we wszystkich sferach sprawnościowych, tj. słuchaniu, mówieniu, pisaniu i czytaniu. Osobiście uważam, że szwedzkie rozumienie ze słuchu na poziomie B2 pokonałabym choćby jutro, jednak do mówienia musiałabym się nieco przygotować. SWEDEX wymagałby ode mnie jednakowego wyćwiczenia we wszystkich tych płaszczyznach.

I żeby nie było – uważam to raczej za jedną z niewielu zalet przygotowywania się do certyfikatów – starają się one bowiem dążyć do wyposażenia "ucznia" w pewne minimum w zakresie odgórnie ustalonych poziomów.

Nie da się jednak ukryć, że przygotowując się do tego typu egzaminów uczymy się po prostu "rzemieślniczo" samego wypełniania konkretnych testów i stajemy się podporządkowani pewnej "filozofii używania języka" wyznawanej przez ich autorów.

Znakomitą ilustracją powyższej kwestii będzie jeden z moich ulubionych komentarzy pozostawionych przez stałego czytelnika Woofli. Mam nadzieję, że nie obrazi się on za ten mały cytat.

komentarzypp

 

Czy da się dodać coś więcej?…

Bardzo chętnie poznam wasze doświadczenia ze SWEDEXem oraz pobudki, jakie kierowały wami jeśli chodzi o przystąpienie do tego właśnie egzaminu. Jeśli uda mi się kiedyś go zdać (bo z tego wyzwania póki co nie rezygnuję), to na pewno postaram się opisać wszystko "od kuchni".

Przeczytaj także…

Po jakiemu uczyć się szwedzkiego?
Czy język szwedzki jest trudny
Dlaczego nauka języka szwedzkiego jest teraz łatwiejsza niż kiedykolwiek?
Dlaczego nauka języka szwedzkiego jest teraz łatwiejsza niż kiedykolwiek – część 2

 

Ile klasyki w postępie?

Nie tyrolska i nie turystyczna. Nudna i zacofana konserwa językowa – to ja.

Nie tyrolska i nie turystyczna. Nudna i zacofana konserwa językowa – to ja.

***Uwaga: wpis mocno subiektywny i oparty na moich własnych perypetiach związanych z nauką języków obcych. Przyda się osobom, które zauważają u siebie predyspozycje i preferencje zbliżone do moich.


Zauważyliście, że spora część postów na WOOFLi (no dobrze, powiedzmy, że połowa) zawiera w sobie dużo stwierdzeń opartych na przeczeniach, a więc lubimy mówić o tym jak NIE uczyć się języków, zamiast po prostu dzielić się z czytelnikami tym, jak MY „to” robimy? Oczywiście byłoby niesprawiedliwością generalizować tę myśl na całokształt naszych artykułów. Ale myślę, że osoba zainteresowana nauką języków większą radość, motywację i nadzieję wyniesie z tekstów będących drogowskazem i źródłem porad.

Problem w tym, że czytelnik oczekuje zwykle porad:
a)    uniwersalnych
b)    możliwie rewolucyjnych

Myślę, że nie muszę udowadniać, że bardzo o takie trudno.

Zwróćmy jednak uwagę na pewnego rodzaju trend we współczesnym myśleniu o metodologii nauczania i uczenia się języków. Mieliście kiedyś w ręku jakiś (nawet współczesny) podręcznik do wykładania łaciny i kultury antycznej w szkołach średnich? Chociażby Porta Latina, z której sama korzystałam w liceum. Praca z taką książką stawia sobie za cel przede wszystkim wpajanie struktury języka łacińskiego (nieużywanego przecież w codziennych sytuacjach komunikacyjnych) poprzez schemat: przedstawienie teorii gramatycznej – komentarz gramatyczno-leksykalny – rozdanie słowników – trening translatorski. Tylko i wyłącznie, powtarzam: tylko i wyłącznie tłumaczenie pełnych zdań, które wymaga takiego natężenia uwagi i łączenia wielu obszarów ledwo co nabytej wiedzy w jedno, że ma się ochotę jedynie splunąć i trzasnąć drzwiami.

Zdaje się, że szeroko pojęta praca z tekstem należy już do bardzo niepożądanych, wręcz archaicznych i znienawidzonych metod, szczególnie uznawanych za nieprzystające do realiów nauczania i uczenia się języków nowożytnych. Praca ze źródłem pisanym, skupiona na pewnego rodzaju analizie i zagłębianiu się w niuanse językoznawcze, jawi się wielu osobom jako żmudna, totalnie niepraktyczna, nierozwijająca, krzywdząca i zniechęcająca. Wszak każdy chciałby przede wszystkim „nauczyć się mówić”.

źródło: http://www.michelthomas.com/assets/downloads/INTRODUCTORY%20POLISH.pdf

źródło: http://www.michelthomas.com/assets/downloads/INTRODUCTORY%20POLISH.pdf

 

Powyższy zrzut ekranu, będący fragmentem opisu metody niejakiego Michela Thomasa (co ciekawe, natrafiłam nań  przeglądając oparty na niej kurs języka polskiego dla obcokrajowców), ma jednoznaczny wydźwięk: ludzie mają trudności z nauką języków, ponieważ nie pozwala im się wyjść ze szkolnych schematów. Ten pan utrzymuje chyba, że już sam kontakt z ołówkiem i kartką papieru, albo (Boże uchowaj) słownikiem, grozi histeryczną katatonią, afazją, otępieniem i zespołem stresu pourazowego.

A ja, psiakrew, lubię pracę z tekstem i cenię ją sobie jak nic innego, podobnie chyba jak Karol i Michał. Prawda jest taka, że lubię obcować z wieloma tekstami, najlepiej o dużym przekroju różnorodności i stopnia trudności. Lubię „wymiętosić” jedną frazę na wszystkie strony, rozumieć budowę zdania w każdym jego szczególe, tworzyć w głowie poznawczą reprezentację gramatycznego „szkieletu”, na który potem samodzielnie jestem w stanie układać „tkanki mięśniowe, kostne, narządy i układy narządów” złożone ze słów i interpunkcji.

To trochę jak z małymi chłopcami, którzy widząc zegarek od razu chcieliby go rozkręcić i poznać wszystkie jego mechanizmy, części, śrubki i zębatki. Inni zaś wolą po prostu mieć cały, gotowy, dobrze działający gadżet, z którego będą w stanie zwyczajnie odczytać godzinę, jeśli będzie im potrzebna. I nic w tym złego.
Kiedy zaczynałam samodzielną naukę języka obcego, zależało mi nieco na obcięciu kosztów źródeł potrzebnych mi do nauki. Uważałam wtedy, że najlepiej będzie zacząć od opracowywania prostych tekstów porównując je w miarę symultanicznie z ich głosowymi nagraniami. Chciałam ominąć konieczność nabywania książek z dołączoną płytą CD.

Zdecydowałam się więc napisać do szwedzkiego radia (moje pierwsze, samodzielne i nieco łamane szwedzkojęzyczne maile, przy których dzielnie się upierałam, choć przecież mogłabym napisać do nich po angielsku) z prośbą o udostępnienie mi transkrypcji krótkich opowiadań dla dzieci, czytanych w ramach cyklicznej audycji dla najmłodszych. Były to dzieła fińskich autorów, chyba dość niszowe, ponieważ nie potrafiłam znaleźć w Internecie nawet oryginałów, nie mówiąc już o przekładach na szwedzki. Ogromnie miło wspominam korespondencję z redaktorkami i realizatorkami tamtej audycji. „Na cito” otrzymałam plik .doc z kilkunastoma tekstami bajek, które mogłam jednocześnie śledzić zarówno wzrokowo, jak i słuchowo.

Na kanwie tych możliwości opracowałam bardzo lubiany przeze mnie do dziś trening fonetyczno-ortograficzno-polisensoryczny, który pewnie części czytelników przypominać będzie zwykłe dyktando, jednak nie do końca polega na tym samym.
Znając ogólne brzmienie głosek, prawidłowość ich zmienności w zależności od ułożenia, położenia akcentu etc. (ktoś pomyśli – co to w ogóle za kolejność uczenia się? Studiowanie alfabetu fonetycznego i podręczników dla filologów, podczas gdy mogłabyś przyswoić te zasady nieświadomie i naturalnie?), postanawiam wyłowić z nagrania dźwiękowego NIEZNANE MI wcześniej słowo, po czym (wsłuchując się uważnie, bez sprawdzania) usiłuję napisać je tak, jak je sobie „wyobraziłam” w formie tekstowej. Przy odrobinie wiedzy i szczęścia, uda mi się osiągnąć 100% ortograficznej poprawności, a ponadto ustalić długość poszczególnych samogłosek, rodzaj akcentu, postać i wzajemną relację dyftongów itd. itp.

Uwierzcie mi, że szwedzki potrafi płatać czasem różne figle na linii zapis – wymowa. Dlatego samodzielnie oceniam, że właśnie taka umiejętność jest bardzo dla mnie cenna i warta ćwiczeń. Ach, dodam jeszcze, że niesamowicie przydaje się to jeżeli chcemy (np. podczas oglądania obcojęzycznej telewizji) sprawdzić szybko w Internecie jakieś nurtujące nas słowo. Jednym słowem – uczymy radzić sobie bez transkrypcji słownej. Chyba też właśnie dlatego bardzo cenię sobie moją powierzchowną znajomość alfabetu fonetycznego. Podręcznik, który przy wprowadzaniu suchej leksyki uwzględnia ten uniwersalny zapis fonetyczny, jest w mojej opinii naprawdę cenny.

Nie oznacza to jednak, że pracuję wyłącznie na suchych tekstach, nagraniach, gotowych źródłach wspomagających rozumienie bierne (deprecjonując umiejętności czynnego posługiwania się językiem w mowie i w piśmie), albo siadam ze słownikiem polsko-szwedzkim i uczę się każdego słowa po kolei.

Tak naprawdę metoda, którą obierzesz, ma najmniejsze znaczenie. To nie metody zrewolucjonizują twoje postępy, mentalność, sposób patrzenia na to, co do tej pory robiłeś źle. Pozwólcie, że podzielę się na koniec moją myślą, którą dość dobrze zilustruje poniższy cytat:

„Languages cannot be taught, they can only be learnt. The best way is to tell students right away that they are responsible for their own learning process, and the teacher is just a guide who has to motivate them.”

Nie chodzi więc o konflikty między nauczaniem indywidualnym a grupowym; metodami wyniesionymi z przedwojennego szkolnictwa a tymi „nowoczesnymi”; sporem między „naciskiem na komunikatywność” a „puryzmem językowym”. Chodzi o przejęcie inicjatywy i odpowiedzialności za swoją własną naukę. Pełnej, kompletnej i globalnej – stąd też nie zgadzam się z ostatnią częścią cytatu – to nie „teacher” ma być źródłem motywacji, tylko nasze własne dążenia i potrzeby intelektualne.

Nikt ich za nas ani dla nas nie stworzy.

 

Zobacz też…

Kiedy i jak korzystać z Wikipedii przy nauce języka obcego?

Nie samymi podręcznikami… – czyli internetowe pomoce naukowe

7 grzechów głównych nauki języków obcych