Author: Artykuł gościnny

Narody turkijskie południowej Syberii – część II

Pierwsza część tego artykułu była wprowadzeniem do geografii i podziału administracyjnego południowej Syberii. Dziś kontynuuję temat narodów turkijskich żyjących w tym regionie i postaram się usystematyzować ich podział.

W poprzedniej części pisałam, że podziały administracyjne często nie pokrywały się z etnicznymi, wskutek czego dochodziło do sztucznych podziałów lub równie sztucznych zjednoczeń. Należy także podkreślić, że niezależnie od rosyjskiej polityki w tym regionie sama etnogeneza narodów południowej Syberii była bardzo złożona. Wspomnę jedynie o dwóch związanych z nią czynnikach. Po pierwsze, co najmniej część tych narodów / grup etnicznych wyłoniła się na gruzach Chanatu Syberyjskiego (koniec XV w. – koniec XVI w.) i państwa Kirgizów jenisejskich, które ostatecznie upadło w XVIII w. Po drugie, część narodów uchodzących dziś za turkijskie to najprawdopodobniej sturczeni przedstawiciele narodów uralskich, a ściślej mówiąc – grupy samojedzkiej. Grupa ta, reprezentowana obecnie przez Nieńców, Eńców, Nganasan i Selkupów zamieszkujących północno-zachodnią Syberię, miała niegdyś znacznie większy zasięg, niż obecnie (obejmujący także południe Syberii), a część jej przedstawicieli wymarła bądź uległa rusyfikacji lub turkizacji. Jednym z takich narodów byli Kamasyńcy. O języku kamasyjskim, od stosunkowo niedawna wymarłym (1989 r.) wspominałam przy okazji klasyfikacji języków turkijskich. Otóż język ten, zaliczany zazwyczaj do samojedzkich (a więc uralskich), został uznany za turkijski przez Nikołaja Baskakowa i w związku z tym znalazł się w jego klasyfikacji razem z szorskim, chakaskim, czułymskim i saryg-ujgurskim.

Koniec dygresji, czas wracać do współczesności, bo nie da się równocześnie opowiedzieć o wszystkim, zwłaszcza gdy sami językoznawcy nie mają pewności co do wielu spraw. Zacznijmy od Ałtajczyków, bo wydaje mi się, że tu jest najwięcej komplikacji. Według Łukasza Smyrskiego (o którego książce „Ajdyn znaczy księżyc” wspominałam poprzednim razem) dzielą się oni na północnych i południowych, co odpowiada podziałom z klasyfikacji języków turkijskich. Podział na grupy etniczne wygląda więc następująco.

Ałtajczycy północni:

– Kumandyńczycy;

– Tubalarzy;

– Czełkanie.

Do Ałtajczyków północnych bywają zaliczani także Szorowie, ale nie zawsze, więc o nich napiszę osobno.

Ałtajczycy południowi:

– Ałtaj-kiżi;

– Teleuci;

– Telengici.

Drugą „skomplikowaną” grupą są Chakasi. Podobnie jak w przypadku Ałtajczyków, nie są oni jednolitym narodem. Według Smyrskiego samo słowo „Chakas” służy im tylko jako samookreślenie w języku rosyjskim, natomiast ich świadomość wiąże się z mniejszymi grupami etnicznymi. Główne grupy Chakasów to Kaczynowie (z północy) i Sagajowie (z południa). Poza tym wyróżnia się jeszcze Beltyrów (którzy uchodzą za podgrupę Sagajów), Kojbałów i Kyzyłów.

Podziałom podlegają także Tuwińcy, którzy, choć są narodem turkijskim, pod względem kultury mają wiele wspólnego z mongolskimi sąsiadami. Na terenie Tuwy wyodrębnia się większą grupę zachodnią oraz mniejszą wschodnią zwaną Todżyńcami. Poza tą republiką, lecz nadal w obrębie Rosji, żyją także bliscy Tuwińcom Tofalarzy (na zachodzie obwodu irkuckiego) i Sojoci (w Buriacji). W Mongolii i Chinach również występują grupy etniczne spokrewnione z Tuwińcami: Monczak i Caatani. Spotkałam też zdanie, że Sojoci i Caatani wywodzą się ze wspomnianych wyżej samojedzkich narodów uralskich, które uległy wpływom turkijskim i mongolskim.

Nie należy też pomijać innych narodów turkijskich południowej Syberii, nie mających własnych republik ani innych form autonomii. Pisałam tu już o Szorach – mieszkają oni przede wszystkim w obwodzie kemerowskim, lecz także na północy Chakasji. Na pograniczu obwodu tomskiego i Kraju Krasnojarskiego żyją zaś Turcy czułymscy. Poza tym cała zachodnia i południowa Syberia jest ojczyzną różnych grup Tatarów syberyjskich.

Im dalej w las, tym więcej drzew. Mam nadzieję, że pisząc na ten temat, udało mi się choć trochę wyjaśnić sytuację, a nie tylko zagmatwać – i że uda mi się jeszcze wrócić do tego tematu, tym razem już z mapą. Jeśli ktoś spośród Czytelników ma większą wiedzę na ten temat, będę wdzięczna za uwagi.


Zobacz również:

Różnorodność języków turkijskich

Klasyfikacje języków turkijskich – część 1

Klasyfikacje języków turkijskich – część 2

Teoria ałtajska

Przykład języka zagrożonego – czyli po co mi ten szorski?

Język szorski na tle innych języków turkijskich – część I

Język szorski na tle innych języków turkijskich – część II

Język szorski na tle innych języków turkijskich – część III

Narody turkijskie południowej Syberii – część I

Narody turkijskie południowej Syberii – część I

Południowa Syberia uchodzi za kolebkę narodów turkijskich, a i teraz mieszka tam kilka z nich. No właśnie – jakich? Pierwsze skojarzenie to Ałtajczycy, Chakasi, Tuwińcy, Szorowie… A co z Teleutami, Telengitami, Kumandyńczykami, Tofalarami, Tubalarami czy Turkami czułymskimi? Czy są to narody, czy grupy etniczne? Na jakiej podstawie można to stwierdzić?

Drugie pytanie dotyczy języków turkijskich tego regionu. Mogłoby się wydawać, że wszystko jest proste – Ałtajczycy mają język ałtajski, Chakasi – chakaski, Szorowie – szorski itd. Jest to jednak bardziej skomplikowane, niż się wydaje. Już na pierwszy rzut oka widać, że co najmniej trzy klasyfikacje języków turkijskich wyróżniają północnoałtajski i południowoałtajski. Niektóre z nich wymieniają jeszcze dialekty tych języków. Z kolei słowo „szorski” odnosi się zarówno do języka Szorów, jak i do jednego z dialektów języka chakaskiego. Jak się w tym wszystkim nie pogubić, czy jest to w ogóle możliwe?

Jeśli chodzi o klasyfikacje języków turkijskich, do tej pory zetknęłam się aż z kilkunastoma takimi podziałami różnych autorów. Oznacza to, że w środowisku turkologów nadal nie ma jednoznacznego, ustalonego podziału, co do którego zgadzaliby się wszyscy. Czy w takim razie da się wyjaśnić opisane wyżej zagadnienia? Być może w tej kwestii cały czas jest więcej pytań niż odpowiedzi. Jednak aby dodatkowo nie komplikować sprawy, skupię się na sytuacji obecnej.

http://trasa.ru/img/regions/sibirskiy.gif

Być może najłatwiejsze zagadnienie to geografia – rozmieszczenie wymienionych narodów / grup etnicznych na tle współczesnego podziału administracyjnego Rosji. Spróbujmy więc to usystematyzować. Na południowej Syberii istnieją obecnie trzy turkijskie republiki autonomiczne: Ałtaj, Chakasja i Tuwa. Już nazwa tej pierwszej może wprowadzać pewien problem – nie należy bowiem mylić Ałtaju z sąsiadującym z nim Krajem Ałtajskim – ale po kolei.

Republika Ałtaju leży w dużym stopniu w górach Ałtaj i graniczy na zachodzie ze wspomnianym Krajem Ałtajskim, na północy z obwodem kemerowskim i Chakasją, na wschodzie z Tuwą, a na południu z Mongolią, Chinami i Kazachstanem. Jej stolicą jest Gornoałtajsk.

Źródło: https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/0/0e/Altai_republic_map.png/250px-Altai_republic_map.png

W przeciwieństwie do Republiki Ałtaju Kraj Ałtajski jest w dużym stopniu nizinny – większość jego powierzchni przypada na Nizinę Zachodniosyberyjską. Na zachodzie i południu graniczy z Kazachstanem, na północy z obwodem nowosybirskim, na wschodzie z obwodem kemerowskim i Republiką Ałtaju. Jego stolicą jest Barnauł.

Republika Chakasji leży na lewym brzegu Jeniseju, w Kotlinie Chakasko-Minusińskiej i Wysoczyźnie Sajano-Ałtajskiej. To właśnie z tego regionu wywodzili się Kirgizi jenisejscy, których potomkami najprawdopodobniej są współcześni Chakasi. Obecnie Chakasja graniczy na zachodzie z obwodem kemerowskim, na północy i wschodzie z Krajem Krasnojarskim, a na południu z Tuwą i Ałtajem. Jej stolicą jest Abakan.

Republika Tuwy to jeden z najbardziej odizolowanych regionów Federacji Rosyjskiej. Ze wszystkich stron otaczają ją góry: Ałtaj, Sajan Wschodni, Sajan Zachodni i Tannu-Oła. Ma też odrębną historię od innych części Syberii, gdyż aż do 1911 r. należała do Chin. Tuwińcy podlegali też znacznym wpływom mongolskim. Osadnictwo rosyjskie w Tuwie zaczęło się dopiero pod koniec XIX wieku. Po krótkim epizodzie niepodległości Tuwa w 1946 r. została przyłączona do ZSRR jako Tuwiński Obwód Autonomiczny, w 1961 r. przekształcony w republikę. Obecnie graniczy na zachodzie z Ałtajem i Chakasją, na północy z Krajem Krasnojarskim, na wschodzie z obwodem irkuckim i Republiką Buriacji, a na południu z Mongolią. Stolicą Tuwy jest Kyzył.

W tym miejscu trzeba podkreślić, że podziały administracyjne z różnych przyczyn często nie pokrywają się z etnicznymi. Wymienione wyżej republiki autonomiczne powstawały najczęściej w pierwszych latach ZSRR jako obwody autonomiczne, często na terytoriach zamieszkiwanych przez narody niemające własnych tradycji państwowości lub takie, u których te tradycje sięgały bardzo daleko w głąb historii. Niejednokrotnie były to decyzje czysto polityczne, nieprzystające do rzeczywistości. Tak więc, skoro już istniała ałtajska republika, jej ludność zaczęto nazywać Ałtajczykami, a język ałtajskim, nie uwzględniając lokalnych podziałów. Jak już wspomniałam na początku, wszystko jest znacznie bardziej złożone. W zrozumieniu tego problemu bardzo pomogła mi książka Łukasza Smyrskiego „Ajdyn znaczy księżyc. Narody południowej Syberii” (wyd. DiG, Warszawa 2008). Polecam ją zwłaszcza dlatego, że polskie materiały na ten temat to rzadkość.

W drugiej części artykułu przejdę do kwestii etniczno-językowych.


Zobacz również:

Różnorodność języków turkijskich

Klasyfikacje języków turkijskich – część 1

Klasyfikacje języków turkijskich – część 2

Teoria ałtajska

Przykład języka zagrożonego – czyli po co mi ten szorski?

Język szorski na tle innych języków turkijskich – część I

Język szorski na tle innych języków turkijskich – część II

Język szorski na tle innych języków turkijskich – część III

Język szorski na tle innych języków turkijskich – część III

Kontynuuję temat o języku szorskim, porównując go z jakuckim i kirgiskim pod względem gramatyki, składni i słownictwa. W I części pisałam głównie o tym, jakie mogą być przyczyny różnic i podobieństw. W II części skupiłam się na gramatyce i składni. Teraz przechodzę do słownictwa.

Wspominałam wcześniej, że kultura i tradycja danego narodu odzwierciedla się w słownictwie np. poprzez bogatszy lub uboższy zasób słów na dany temat. W tej chwili nie będę zajmować się tym zagadnieniem, gdyż postanowiłam porównać słownictwo trzech języków na przykładzie najczęściej używanych, uniwersalnych pojęć. Zaczerpnęłam je w większości z portalu o języku kirgiskim Tili.kg, który wśród innych pomocy naukowych przedstawił swego czasu 200 podstawowych słów tego języka.

Do każdego słowa w języku polskim przyporządkowałam jego odpowiednik jakucki, kirgiski i szorski, a na tej podstawie podzieliłam całość na pięć grup:

  1. słowa podobne do siebie nawzajem we wszystkich trzech językach;
  2. słowa podobne w kirgiskim i szorskim, a odróżniające się w jakuckim;
  3. słowa podobne w kirgiskim i jakuckim, a odróżniające się w szorskim;
  4. słowa podobne w jakuckim i szorskim, a odróżniające się w kirgiskim;
  5. słowa niepodobne do siebie nawzajem w żadnym z tych języków.

Słowa podobne we wszystkich trzech językach

Polski Jakucki Kirgiski Szorski
jeden биир бир пир
dwa икки эки ийги
trzy үс үч ӱш
cztery түөрт төрт тӧрт
pięć биэс беш пеш
sześć алта алты алты
siedem сэттэ жети четти
dziewięć тоҕус тогуз тоғус
dziesięć уон он он
jedenaście уон биир он бир он пир
dwanaście уон икки он эки он ийги
trzynaście уон үс он үч он ӱш
czternaście уон түөрт он төрт он тӧрт
piętnaście уон биэс он беш он пеш
szesnaście уон алта он алты он алты
siedemnaście уон сэттэ он жети он четти
dziewiętnaście уон тоҕус он тогуз он тоғус
dwadzieścia сүүрбэ жыйырма чегирбе
trzydzieści отут отуз одус
dziewięćdziesiąt тоҕус уон токсон тоғузон
sto сүүс жүз чӱс
czerwony кыһыл кызыл қызыл
brązowy күрэҥ, өһөх күрөң қӱрең
niebieski күөх көк кӧк
czarny хара кара қара
koło төгүрүмтэ тегерек тегелек
ryba балык балык палық
koń ат, сылгы ат, жылкы ат
mięso эт эт эт
mleko үүт сүт сӱт
woda уу суу суғ
jajko сымыыт жумуртка ныбыртқа
ucho кулгаах кулак қулақ
ząb тиис тиш тиш
język тыл тил тил
szyja моой моюн мойун
nos мурун мурун пурну
dziewczyna кыыс кыз қыс
mężczyzna эр киһи эркек, эркек киши эр кижи
noga атах аяк, бут азақ
głowa бас, төбө баш паш
poduszka сыттык жаздык частық
nóż быһах бычак пычақ
łopata курдьэх күрөк кӱрчек
iść бар- бар- пар-
brać ыл- ал- ал-
biegać сүүр- жүгүр- чӱгӱр-
dawać биэр- бер- пер-
jeść аһаа-, сиэ- же- чии-
grać оонньоо- ойно- ойна-
spać утуй- укта- узу-
otwierać ас- ач- аш-
płakać ытаа- ыйла- ылға-
pić ис- ич- иш-
siedzieć олор- отур- одур-
stać тур- тур- тур-
patrzeć көр- кара- кӧр-

Słowa podobne w kirgiskim i szorskim, a odróżniające się w jakuckim

Polski Jakucki Kirgiski Szorski
osiem аҕыс сегиз сегис
osiemnaście уон аҕыс он сегиз он сегис
czterdzieści түөрт уон кырк қырық
pięćdziesiąt биэс уон элүү элиг
osiemdziesiąt аҕыс уон сексен сегизон
tysiąc тыһыынча миң муң
żółty араҕас, саһархай сары сарығ
biały үрүҥ, маҥан ак ақ
zielony чээл күөх, мутукча күөҕэ жашыл чажыл
różowy кубархай кыһыл кызгылт қыскылтым
zając куобах коён қозан
koza коза эчки ӧшкӱ
mysz кутуйах чычкан шышқан
świnia сибиинньэ чочко шошқа
owca тыһы бараан кой қой
kaczka кус өрдөк ӧртек
wielbłąd тэбиэн төө тӧӧ
miód мүөт бал пал
twarz сирэй бет, жүз чӱс
policzek иэдэс жаак наақ
włosy баттах чач шаш
ręka илии кол қол
łyżka ньуоска кашык шабла, қажық
lustro сиэркилэ күзгү қӱзеген
mydło мыыла самын сабын
rzeka өрүс өзөн, дарыя, дайра, суу, сай чулат, суғ
drzwi аан эшик эжик
gotować бэлэмнээ бышыр- пыжыр-
skakać кылый- секир-, атто- атты-

Słowa podobne w kirgiskim i jakuckim, a odróżniające się w szorskim

Polski Jakucki Kirgiski Szorski
pies ыт ит адай
palec тарбах бармак падырбаш
krzesło устуул стул тақта
stół остуол стол терги
łóżko орон, кырабаат кровать, керебет ширге
talerz тэриэлкэ тарелка айак
liść сэбирдэх жалбырак пӱр
śmiać się күл- күл- қатқыр-

Słowa podobne w jakuckim i szorskim, a odróżniające się w kirgiskim

Polski Jakucki Kirgiski Szorski
sześćdziesiąt алта уон алтымыш алтон
siedemdziesiąt сэттэ уон жетимиш четтон
krowa ынах уй нек
oko харах көз қарақ
chłopiec уол бала оол
nożyczki кыптыый кайчы қыпты
sklep маҕаһыын, лааппы дүкөн лапке
szkoła оскуола мектеп шқол

Słowa różniące się we wszystkich trzech językach

Polski Jakucki Kirgiski Szorski
szary сиэрэй, бороҥ боз қыр
lew хахай арстан ала парс
kot куоска мышык пызрақ
chleb килиэп нан қалаш
cebula луук пияз оқсум
usta айах ооз ақсы
kobieta дьахтар аял тижи кижи
ubikacja туалет даараткана шыжалғы
ręcznik соттор сүлгү қол чосқуш
kwiat чэчик, сибэкки гүл чақкийек
drzewo мас жыгач; дарак ағаш
las ойуур, тыа токой ағаш, чыш
piłka мээчик топ тоғаланчық
ulica уулусса көчө орам
dach кырыыса чатыр чабығ
okno түннүк терезе қӧзӱнек
czytać аах- оку- қыыр-
książka кинигэ китеп ном
nauczyciel учуутал мугалим ӱргедигчи
pisać суруй- жаз- пас-
rysować уруһуй-, дьүһүн-, ойуул- сүрөт тарт- қааста-
tańczyć үҥкүүлээ- бий- серки-
myśleć санаа-, толкуйдаа- ойло- пӧгӱн-, толан-

Spośród 125 wykorzystanych słów najwięcej (57) znalazło się w grupie, w której wszystkie trzy tłumaczenia są podobne. Trafiła do niej zdecydowana większość liczebników i sporo czasowników. Niektóre słowa nieznacznie różnią się fonetyką, inne zapisem, a kilka ma identyczną postać w dwóch, a nawet w trzech językach (np. эт – mięso).

Drugie miejsce zajęła grupa, w której odpowiednik szorski i kirgiski są podobne, a jakucki się odróżnia (29). Znalazło się w niej kilka liczebników, które nie pasowały do grupy pierwszej. Okazało się także, że wiele nazw zwierząt, niektóre kolory i części ciała mają w jakuckim zupełnie inną postać, niż w szorskim i kirgiskim. Zawdzięczają ją prawdopodobnie zapożyczeniom mongolskim, tunguskim i paleoazjatyckim. Np. słowo сирэй – „twarz” – jest zbieżne z mongolskim чирай. Podobne pochodzenie ma санаа- – myśleć. Co ciekawe, w tej grupie znalazło się też słowo „kaczka”, którego odrębność mieści się jednak w korzeniach turkijskich. Po jakucku kaczka to кус, co kojarzy się z ogólnoturkijskim kuş – „ptak”. Czyżby ogół został przeniesiony do szczegółu?

Na trzecim miejscu pod względem liczebności znalazła się grupa, w której każde słowo ma odrębną postać w każdym z trzech języków (23). Jakucki reprezentują w niej głównie zapożyczenia z rosyjskiego, których postać w niejednym przypadku została tak zmieniona przez odmienności fonetyki, że często trudno je rozpoznać na pierwszy rzut oka. Np. jakucki килиэп – „chleb” pochodzi od rosyjskiego słowa хлеб, a куоска – „kot” to rosyjska кошка. Można się tylko zastanawiać, dlaczego jakucki nie wykształcił własnych pojęć – czy przed przybyciem Rosjan Jakuci nie jedli żadnego odpowiednika chleba? Czy nie trzymali kotów w swoich koczowniczych gospodarstwach? A może takie odpowiedniki były, ale zostały wyparte przez naleciałości? Podkreślę po raz kolejny, że Jakucja została opanowana przez Rosjan już w XVII w., a więc znacznie wcześniej, niż ziemie kirgiskie – Turkiestan został przyłączony do Imperium Rosyjskiego w 1867 r.

Dwie pozostałe grupy, w których odrębność przejawia się w kirgiskim lub szorskim, zawierają po 8 wyrazów. To jeszcze bardziej podkreśla fakt, że kirgiski i szorski są bardziej podobne do siebie nawzajem, niż każdy z nich do jakuckiego. Ale i tak, biorąc pod uwagę izolację jakuckiego, ma on zaskakująco dużo wspólnego z pozostałymi językami turkijskimi.

W tym miejscu zakończę rozważania o podobieństwach i różnicach między tymi trzema językami. Z pewnością profesjonalni językoznawcy zrobiliby to lepiej i przytoczyli więcej przykładów, ale mam nadzieję, że czytanie tego artykułu będzie choćby dla kilku osób tak ciekawe, jak było dla mnie pisanie go.


Źródła:

Харитонов Л. Н., Современный якутский язык. Часть первая. Фонетика и морфология, Госиздат ЯАССР, Якутск 1947

http://tili.kg/

http://tili.tadarlar.ru/uchebnaya/slovar

http://el-sozduk.kg/

https://sakhatyla.ru/


Zobacz również:

Różnorodność języków turkijskich

Klasyfikacje języków turkijskich – część 1

Klasyfikacje języków turkijskich – część 2

Teoria ałtajska

Przykład języka zagrożonego – czyli po co mi ten szorski?

Język szorski na tle innych języków turkijskich – część I

Język szorski na tle innych języków turkijskich – część II

Genderomowa

Uniwersytet w Cardiff znalazł się w ogniu krytyki z powodu publikacji listy słów zakazanych. Nie wolno używać tam już takich sformułowań jak „umowa dżentelmeńska” (gentleman's agreement) lub „strażak” (fireman). Zdaniem licznych komentatorów jednak taka politycznie poprawna nowomowa ogranicza swobodę wypowiedzi. Walijski uniwersytet w swej krucjacie przeciwko niepoprawnym genderowo słowom znalazł się w ogniu krytyki nie tylko zwykłych ludzi powszechnie używających zakazanych słów, lecz również organizacji chroniących swobody wypowiedzi. Jest to element akademickiej walki ze stereotypami w języku, które „odmawiają ludziom ich indywidualności”. Zamiast tego, powinno się natomiast „promować atmosferę, w której wszyscy studenci czują własną wartość”. Nieposłuszeństwo językowe grozi postępowaniem dyscyplinarnym.

Czucie się „urażonym czyimś językiem” wydaje się nową modą. Studenci w Cambridge protestowali na przykład, ponieważ w ich kantynie podano im „Jamaican stew” (jamajski gulasz), na domiar złego z „Tunisian rice” (ryż po tunezyjsku). Ich zdaniem jest to niedopuszczalna stygmatyzacja kulturowa. Uniwersytet East Anglia zabronił też rozdawać sombrero w restauracji, ponieważ mogłoby to obrażać uczucia Meksykanów.

Magazyn Spiked zbadał stan swobody wypowiedzi na angielskich uczelniach.  Z opublikowanego przez nich raportu wynika, że ponad 63% brytyjskich uczelni aktywnie prowadzi politykę wrogą swobodzie wypowiedzi. Aż 94% brytyjskich uczelni prowadzi cenzurę. Co gorsza, problem z każdym rokiem pogłębia się. Do tematu odniosła się nawet pani premier Theresa May. Oprócz krytyki polityki „safe space” (tworzenie klosza, pod którym uczucia wrażliwych studentów – snowflakes – nie mogą zostać zranione), wspomniała, że ograniczenie swobody wypowiedzi negatywnie wpłynie na brytyjską gospodarkę i społeczeństwo. Według komentarzy pod artykułami prasowymi na ten temat, większość społeczeństwa również nieprzychylnie odnosi się do językowych rewolucji („Nie mają nic lepszego do roboty?”, „Kogoś, kto podaje listę słów, których wolno używać, powinno trzymać się jak najdalej od władzy!”).

Sytuacja jest również nieciekawa na amerykańskich uczelniach. „Antyfaszystowscy” studenci uniwersytetu w Berkeley (słynnego z obrony wypowiedzi w latach sześćdziesiątych) zorganizowali zamieszki, w wyniku których na kampusie nie mógł przemawiać prawicowy orator Milo Yiannopoulos – który notabene jest gejem i ma czarnego chłopaka… Dla młodocianych cenzorów to zbyt mało by udowodnić, że nie jest homofobicznym rasistą. Stąd również w USA powstają organizacje, które muszą stanąć w obronie swobody wypowiedzi, na przykład Fundacja na Rzecz Indywidualnych Praw w Edukacji FIRE, o której działaniach więcej dowiedzieć można się z poniższego filmiku:

O kwestii swobody wypowiedzi na anglosaskich uniwersytetach szerzej piszę w tekście Czy jest jeszcze wolność wypowiedzi na angielskich i amerykańskich uczelniach?

Wracając do kwestii czysto językowych, większość problemów wiąże się z tym, że w języku angielskim słowo man znaczy zarówno mężczyzna, jak i ogólnie człowiek. Stąd problemem stają się wszystkie słowa typu policeman (policjant), gentleman (dżentelmen) czy right-hand man (prawa ręka). Sama zamiana na policewoman (policjantka) nie jest wystarczająco poprawna, ponieważ słowa te nadal naładowane są genderowymi treściami – a co jeśli dany stróż prawa nie wie jeszcze, czy chce być policjantem, czy policjantką? Dlatego wszystkie słowa używane przez dzisiejszych studentów muszą być „neutralne genderowo”. „Pochodzenie kulturowe” interlokutora nie powinno wpływać na dobór słów, którymi się posługuje. Zamiast tego powinni „otworzyć się na różnorodność kulturową”, donosi The Telegraph.

Nie wszyscy jednak palą się do tak rozumianej otwartości. W wywiadzie dla powyższej gazety dr Joanna Williams z uniwersytetu w Kent mówi „Pomysł mówienia ludziom na uniwersytecie jak mają się wyrażać jest obelgą dla naukowców i studentów. Powinniśmy być w stanie poradzić sobie ze słowami. Różne wyrażenia naturalnie wyewoluowały na przestrzeni lat i niekoniecznie muszą nieść w sobie seksistowskie konotacje”.

Uniwersytet w Cardiff jednak twardo broni swojego stanowiska. „Zarzuty o nadmiar tak zwanej poprawności politycznej nie są dla nas niczym nowym (…) Uniwersytet wprowadził regulamin inkluzywnego języka (Code of Practice on Using Inclusive Language), który jest szerokim podejściem promującym solidarność i równość poprzez podnoszenie świadomości w kwestii potencjalnie dyskryminującego słownictwa. Sugeruje unikanie niestosownych uogólnień i podaje obrazowe przykłady słownictwa pełnego znaczenia genderowego oraz neutralne dla nich alternatywy”, napisał rzecznik uniwersytetu.

Jakie wytyczne wystosował więc uniwersytet w Cardiff?

Są to ogólne porady, na przykład:

– Słowa homoseksualny i heteroseksualny przebrzmiewają wartościami czasów nietolerancji, należy mówić o związkach jednopłciowych i wielopłciowych (same-sex and other sex relationships).

– Nikt nie lubi być wrzucany do jednego worka, dlatego należy unikać takich słów jak „niepełnosprawni” (disabled) czy „niewidomi” (blind). Dlatego zamiast „the disabled” czy „people with disabilities’  należy mówić „disabled people’ ponieważ to społeczeństwo nie jest w stanie zagwarantować im pełnosprawnego funkcjonowania. Oczywiście słowo handicapped jest poza dyskusją.

– Oprócz tego jest też lista 34 słów, których należy unikać pod groźbą konsekwencji dyscyplinarnych.  Niestety nie da się jej zgrabnie przetłumaczyć na język polski, więc rozkoszować się nią mogą wyłącznie czytelnicy władający tym językiem.

Często sprowadza się to do zamiany „kierownika„ na „kiero-osobę„ itp.:

Best man for the job – Best person for the job

Businessman/woman – Businessperson, manager, executive

Chairman/woman – Chair, chairperson, convener, head

Cleaning lady – Cleaner

Craftsman/woman – Craftsperson, craft worker

Delivery man – Delivery clerk, courier

Dear Sirs – Dear Sir/Madam (Madam/Sir)

Fireman – Fire-fighter

Forefathers – Ancestors, forebears

Foreman/woman – Supervisor, head juror

Gentleman’s agreement – Unwritten agreement, agreement based on trust

Girls (for adults) – Women

Headmaster/mistress – Headteacher

Housewife – Shopper, consumer, homemaker (depends on context)

Layman – Lay person

Man or mankind – Humanity, humankind, human race, people

Man (verb) e.g man the desk – Operate, staff, work at

Man in the street, common man – Average/ordinary/typical citizen/person

Man hour – Work hour, labour time

Man-made – Artificial, manufactured, synthetic

Manpower – Human resources, labour force, staff, personnel, workers, workforce

Miss/ Mrs – Ms chyba że zostało wyraźnie powiedziane, że Mrs

Policeman/woman – Police officer

Right-hand man – Chief assistant

Salesman/girl/woman – Sales assistant/agent/clerk/representative/staff/worker

Spokesman/woman – Spokesperson, representative

Sportsmanship – Fairness, good humour, sense of fair play

Steward/ess – Airline staff, flight attendant, cabin crew

Tax man – Tax officer/inspector

Waitress – Waiter/server

Woman doctor – i ogólnie żeńskie formy takie jak actress, poetess

Working man, working mother/wife – Wage earner/ taxpayer/worker

Workman – Worker/operative/trades person

Workmanlike – Efficient/proficient/skilful/proficient

Lista obejmuje słowa będące w powszechnym użyciu, co wywołuje sprzeciw większości ludzi, którzy ją widzą. Idąc tym tropem, można ją przecież poszerzać o dalsze przykłady:

Czy w takim razie ślepa osoba może powiedzieć „do zobaczenia”?

Czy do pirata wypada powiedzieć „rzuć na to okiem”?

Co to znaczy xe?

Osobnym problemem nowej genderomowy  jest też „zakładanie z góry czyjejś płci”. Aby przypadkiem nie narzucać ról genderowych osobom, które być może się jeszcze nie zdecydowały czy chcą być chłopakiem, czy dziewczynką, wiele uczelni nalega, by używać neutralnego genderowo xe (wymawiaj zii) zamiast on czy ona. Sytuacja jest kontrowersyjna, ponieważ w Kanadzie nowe rozporządzenia wprowadzono już w przedszkolach. Mają powstać również wspólne toalety, obowiązkowe dla wszystkich dzieci. Przymuszanie chłopców do zabawy lalkami jest powszechną praktyką. Zwolennicy pomysłu znów mówią o tym, że pragną, by szkoły były bezpieczniejsze i bardziej włączające. Przeciwnicy gorąco protestowali pod szkołą. Ich zdaniem parolatki nie zawsze potrafią same załatwić się w toalecie, więc zastanawianie się nad tym, którą mają wybrać nie jest ich najpilniejszym problemem.

Tymczasem liberalni językoznawcy zamiast xe sugerują też czasami powrót do wychodzącego już z użycia w języku angielskim „one” w sensie ktoś (na przykład „one has to know one's limits”). Czasami też używa się liczby mnogiej (Charlie tied their shoes). Na Oxfordzie jednak studentów namawia się do stosowania xe. Podobno Cambridge zamierza pójść w ich ślady. A czy za nimi reszta świata?

A co Wy myślicie o takich pomysłach na ulepszenie języka? Podzielcie się swoimi opiniami w komentarzach!


Specjalnie dla Woofla.pl

dr Grzegorz Kuśnierz

Zapraszam na mojego bloga kursu języka angielskiego online Speakingo.

Żywa łacina – lekcja mówienia w martwym języku. Część II

Pierwsza część wywiadu znajduje się tutaj.

Wspominałeś o poezji, która pojawia się na facebooku – naprawdę ktoś pisze i ktoś to czyta?

Tak, mnie też zdarza się popełnić jakiś epigram. W Watykanie organizowany jest corocznie konkurs poezji łacińskiej Certamen Poeticum Vaticanum – bierze w nim udział zwykle kilkadziesiąt osób z całego świata. Nawet w Polsce w tym roku zorganizowaliśmy taki konkurs w ramach Festiwalu ks. Macieja Kazimierza Sarbiewskiego (http://mckplonsk.pl/certamen-poeticum-sarbievianum/). Jego pomysłodawcą był mój znajomy działający w stowarzyszeniu Academia Europaea Sarbieviana. Gdy podzielił się ze mną swoim pomysłem i zapytał, czy mógłbym podjąć się zorganizowania takiego konkursu, pomyślałem, że to szczyt wariactwa – kto w tym weźmie udział? Ale raz kozie śmierć. Zorganizowałem jury, przygotowałem plakat, rozesłałem tu i ówdzie. Ostatecznie wpłynęło 19 zgłoszeń z 7 krajów świata (Polski, Włoch, Hiszpanii, Niemiec, Austrii, Francji i Kanady)! Powstało około 2000 wersów łacińskiej poezji! I to skrajnie różnej – metrycznej, rymowanej, pisanej wierszem białym… Niektóre utwory były naprawdę świetne. Wygrał Niemiec – Jonathan Geiger.

Poezja metryczna… Mój łacinnik tupał nogą recytując Eneidę i zachęcał nas do tego samego. Wyglądało to przekomicznie. Do dziś nie mogę zrozumieć, jak takie coś może kogoś zachwycać.

Rzeczywiście, nie wiemy, jak naprawdę poezję wykonywali sami Rzymianie. Grecy śpiewali, nawet zachowały się fragmenty zapisu muzycznego pewnych utworów i możemy dziś próbować rekonstruować coś z tego – i to też jest w internecie (kilka przykładów: https://www.youtube.com/watch?v=KjHNEbVKIGk – takie starożytne don’t worry, be happy! wygrawerowane na greckim nagrobku z I wieku; melorecytacja Homera: https://www.oeaw.ac.at/kal/sh/ czy w ogóle gra na zrekonstruowanych greckich instrumentach: https://www.oeaw.ac.at/kal/agm/ dla ciekawych mnóstwo publikacji na ten temat: http://homepage.univie.ac.at/Stefan.Hagel/ – nawiasem mówiąc, może niebawem uda nam się ściągnąć tego pana do Poznania na kilka performensów). A po Rzymianach nie pozostały nam żadne fragmenty zapisu muzycznego, żadne wskazówki. Naprawdę nie jesteśmy do końca pewni, jak Rzymianie wykonywali swoją poezję. Nie wiemy, jak łacińską poezję recytował Kochanowski! A przecież posługiwał się starożytnymi miarami metrycznymi (np. Carmen macaronicum napisał polsko-łacińskim heksametrem) – pozostaje tu nadal wiele do powiedzenia i wiele do odkrycia. To tupanie, czyli akcentowanie odpowiednich sylab dla zaznaczenia specyficznego rytmu, to bodaj wynalazek Richarda Bentleya żyjącego na przełomie XVII i XVIII wieku.

To jak to robiono przedtem?

No właśnie nie wiemy, i już wtedy nie wiedziano. Powstawało więc wiele koncepcji. Jedną z nich jest wspomniane tupanie, a inną np. śpiewanie.

Śpiewanie?

Skoro po łacinie wiersze nazywano słowem carmina – czyli po prostu pieśni, wielu uczonych było święcie przekonanych, że trzeba je śpiewać. A skoro nie zachowały się starożytne melodie, to tworzono nowe, które odpowiadały rytmowi łacińskiego wiersza. Jednym z wielu, którzy takie melodie tworzyli, był żyjący na przełomie XV i XVI wieku Petrus Tritonius. Napisał on 4-głosowe aranżacje do utworów Horacego i Filipa Kallimacha (Buonacorsiego) – dziełko dziś zapomniane, bo nie zostało dotąd przepisane na współczesną notację muzyczną i wydane, mało kto w ogóle to wykonuje – a już na pewno nie w Polsce. A szkoda, bo jest w tym i polski akcent – powstało ono w środowisku Filipa Kallimacha i Konrada Celtisa, humanistów działających w Krakowie w XV wieku. Kallimach jest z resztą pochowany u krakowskich Dominikanów (stela nagrobna w lewej ścianie prezbiterium). Oczywiście dziełko jest dostępne w google books:

https://books.google.pl/books?id=6dyIi0TbByQC&printsec=frontcover&hl=pl&source=gbs_ge_summary_r&cad=0#v=onepage&q&f=false I proszę – nie trzeba ruszać się z domu, by je zobaczyć!

Trudno jednak wykonywać z uczniami liceum albo studentami polonistyki czy historii 4-głosowe utwory XVI-wiecznej muzyki…

Rzeczywiście, to może być trudne. Ale mamy i prostsze rozwiązania. Wiesz, że niektóre łacińskie miary wierszowe można wykonać na znane dziś melodie? Np. Donec gratus eram tibi Horacego można całkiem zgrabnie podłożyć pod „Czerwone korale” Bratanków… W rzeczywistości jest to węgierska melodia wykorzystana przez ten zespół – kto nie wierzy, niech posłucha:

https://www.youtube.com/watch?v=1fDw9YQQM54&list=PL1273E23FBFFABCA8&index=4 Także i melodia innej węgierskiej piosenki pasuje idealnie do galijambu Katullusa – Super alta vectus Attis… https://youtu.be/WWdpIk4Ayl0?t=71 Są też i inne melodie pisane współcześnie, specjalnie do poszczególnych metrów czy utworów – wiele z nich można znaleźć na youtube – wystarczy wpisać hasło: TYRTARION, i wyskoczy cała playlista

(https://www.youtube.com/watch?v=wKLDQLjCLG4&list=PL1273E23FBFFABCA8).
W ten sposób o wiele łatwiej nauczyć się trudnych łacińskich miar wierszowych. Można je sobie ściągnąć jako MP3 i odsłuchiwać na słuchawkach w tramwaju czy podczas biegania.

Poezja, śpiew, audiobooki, ale filmów po łacinie to na pewno nie ma!

I znów Cię zaskoczę. A pamiętasz reklamę Simplus Maximus? Przecież była po łacinie –potem zamiast napisów dali lektora… nie wiem, po co… (https://www.youtube.com/watch?v=QLit0jaXxB8) I to zrobiona doskonale! Dobry tekst, poprawnie zrealizowany. Simplus Maximus Largissimus dat quingentas minutas loquendi! Jest też brytyjski serial Chelmsford 123 – pierwsze 10 minut pierwszego odcinka jest nakręcone w wybornej łacinie! (https://www.youtube.com/watch?v=n7uuMphhEX8) Obok tego mamy i inne produkcje – krótkometrażowe inscenizacje do podręcznika Familia Romana Ørberga (https://www.youtube.com/playlist?list=PL26E9179D48F4526E), obok nich oczywiście i wiele innych, nawet i videoclipy łacińskich i greckich przeróbek znanych piosenek (np. Call me maybe przerobione na pretensję Dydony do Eneasza, że nie chce do niej zadzwonić: https://www.youtube.com/watch?v=vpmjHLrj4Z4 albo Mamma mia przerobione na greckie Μα Τον Δια https://www.youtube.com/watch?v=q5fA6dTnyrE). Ale mamy i pełnometrażowe produkcje – niestety nie tak dobre… Przytoczę trzy przykłady – Sebastiane Dereka Jarmana (https://www.youtube.com/watch?v=CpDbLJX7sv8) – film specyficzny ze względu na samą tematykę i scenariusz, jak i nie grzeszący poprawną łaciną – denerwuje przede wszystkim brak konsekwencji w konwencji wymowy. Pominę błędy, bo nie jest ich aż tak dużo, poza tym wydaje się, że aktorzy rozumieją, co mówią, zupełnie przeciwnie niż w polskiej produkcji Imperator (https://www.youtube.com/watch?v=RRTh3qqZLkQ) – ta nie grzeszy poprawną łacińską idiomatyką ani gramatyką, pojawia się mnóstwo źle przeczytanych czy źle zaakcentowanych wyrazów, ale cum desint vires tamen est laudanda voluntas. Paweł Deląg też jest znany ze swej roli Marka Antoniusza, gdzie zdarzyło mu się wygłosić łacińską mowę (https://www.youtube.com/watch?v=BafD8q184U4). Dziwię się jednak, że producenci filmu nie zadbali o to, by ktoś nauczył go poprawnie wymawiać te wyrazy, dobrze akcentować, odpowiednio intonować zdania, rozumieć, co mówi. I wyszło jak wyszło. Z resztą pozostali aktorzy grają równie drętwo, chociaż robią mniej błędów. Dla cierpliwych i odważnych: https://www.youtube.com/watch?v=Kdc5mwIM02Q

Bo i tak większość widzów nie rozumiejąc, o czym mówią bohaterowie filmu, korzystała w tym czasie z napisów lub lektora. My też zawsze możemy skorzystać z przekładów, może więc nie warto się uczyć łaciny? Po co wyważać otwarte drzwi?

I tak i nie. Z jednej strony nie wszystko zostało przełożone (i prawdopodobnie nigdy nie zostanie przełożone, bo jest tego po prostu za dużo – http://jows.pl/sites/default/files/ochman.pdf – szacuje się, że wszystkie łacińskie dzieła powstałe w antyku, można zamknąć w zbiorze około stu 500-stronicowych książek współczesnego formatu – mam na myśli literaturę pogańską, natomiast uwzględniając antyczne teksty chrześcijańskie, byłby to zbiór około 500 takich książek; zaś wszystkie dzieła łacińskie powstałe od VI wieku aż po współczesność, zajęłyby – uwaga – 5 milionów takich książek, a więc 2500000000 stronic tekstu!) z drugiej strony ktoś musi robić te przekłady, a więc musi być stale ktoś, kto potrafi czytać ten język. Język polski się rozwija – przekłady mimo to, że nawet i czasem są (a przecież też nie wszystkiego), to się po prostu starzeją i potrzeba nowych. Trzeba też pamiętać, że tradurre è tradire – nie da się przełożyć każdego aspektu tekstu, zawsze trzeba z czegoś zrezygnować. Doskonałym przykładem tego jest przekładanie poezji, dowcipów z grą słowną, czy nawet przekład Biblii. Można zdobywać Himalaje, a można też oglądać ich zdjęcia – jak powiedział ostatnio Rafał Toczko – tak samo z literaturą – można czytać w oryginale, a można też i w przekładzie. Oczywiście nie uważam, że łacina jest każdemu do zbawienia koniecznie potrzebna, ale trzeba zachować jakąś rozsądną granicę, jakąś rozsądnie dużą grupę ludzi, którzy będą znali i doceniali ten język.

Jak dużą?

Np. w Niemczech (w zależności od landu) łaciny uczy się około 30% uczniów wszystkich szkół średnich, w Austrii, Szwajcarii czy Włoszech liczby te przedstawiają się podobnie (statystyki: http://www.ptf.edu.pl/nauczanie-laciny-w-innych-krajach/). Tymczasem w Polsce, w której łacina zachowała się bardzo długo, jako język urzędowy (do 1795 roku, dłużej zachowała się tylko na Węgrzech, gdzie była językiem obrad sejmu jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku), gdzie nasi pradziadowie mówili: eques Polonus sum, Latine loquor! (jestem polskim szlachcicem – mówię po łacinie), tylko niecałe 3% uczniów liceów ogólnokształcących (ogółem jest to – uwaga – 0,33% ucznów wszystkich szkół) uczy się łaciny. Łacina jest obecnie w około 82 Polskich szkołach (tak wynika z danych zgromadzonych ostatnio przez Polskie Towarzystwo Filologiczne – http://www.ptf.edu.pl/szkola-przyjazna-lacinie/ – choć statystyki mówią, że jest ich około 177), w wielu z nich w wymiarze godzinowym nie pozwalającym na jej opanowanie (http://www.ptf.edu.pl/nauczanie-laciny-stan-prawny/).

Nie każdy jednak będzie tłumaczem czy historykiem grzebiącym w archiwaliach.

Zgadza się, nie każdy. Ale czy jabłonka rodzi tylko te jabłka, z których wyrosną kolejne jabłonki? Tylko niektóre z nich wykiełkują i będą rodzić kolejne owoce, ale tak czy siak, jabłonki rodzą na potęgę, a my lubimy i jemy jabłka, prawda? Podobnie nie każdy będzie matematykiem czy inżynierem, a jednak uczymy w szkole matematyki. Zdobywając wiedzę ogólną w szkole, jesteśmy w stanie rozeznać, co lubimy, do czego mamy szczególne zdolności, co moglibyśmy robić in communem utilitatem. Nikt nie odkryje, że potrafi i lubi malować, jeśli nigdy nie dostanie pędzla do ręki. Nie chodzi też o to, by każdego uczyć robienia tłumaczeń ze słownikiem w ręku czy zrobić z niego specjalistę w dziedzinie gramatyki opisowej (chociaż może niektórzy rzeczywiście mają takie zakusy), ale o to, by umożliwić kontakt z tym językiem, dać jakieś podstawy, zainteresować historią i literaturą.
A dzieła starożytne pozwalają zrozumieć otaczający nas świat, nabrać do niego nieco dystansu, pozwalają z większym spokojem patrzeć na rzeczywistość – powiedzieć: to już było! To naprawdę budujące, gdy widzimy, że ludźmi od zarania dziejów targają te same namiętności, że mają te same problemy. Gdy o nich czytamy, to widzimy, jak sobie z nimi radzili, jak je rozwiązywali – w ten sposób możemy się od naszych przodków wiele nauczyć, w końcu (nie bez powodu mówimy) historia magistra vitae, nie?

Czego możemy się nauczyć?

Np. Niemczech koncerny farmaceutyczne wydają pieniądze na to, by kilka zespołów badawczych (jeden z przykładów: https://de.wikipedia.org/wiki/Johannes_Gottfried_Mayer#Forschergruppe_Klostermedizin) czytało dawne, starożytne i średniowieczne traktaty o medycynie i sporządzaniu leków, by sporządzali te leki, badali, czy rzeczywiście działają, czy są skuteczne, selekcjonowali z nich substancje czynne. Sprawdzali, czy można dziś takie leki produkować – by pomagać nam dziś przezwycieżać różne dolegliwości.

Ale to znów wiedza specjalistyczna.

Przykład może wąski, ale za to wyrazisty – bo wiążą się z tym realne pieniądze, wdrażanie nowoczesnych (haha! starożytnych i średniowiecznych!) rozwiązań i technologii oraz korzyść ogółu. Jednak żadna instytucja nie wpadnie na pomysł sponsorowania takich działań, jeśli wśród jej pracowników (powidzmy szczerze: wśród dyrektorów) nie ma osób, które miały kontakt z łaciną, tzn. takich, które wiedzą, z czym to się je. Podobnie – gdyby rządzący zdawali sobie sprawę z tego, że większość polskich archiwaliów to teksty łacińskie, które nigdy nie zostały wydane ani przetłumaczone, to przeznaczaliby więcej pieniędzy na ich opracowanie. A w aspekcie praktycznym przyczyniliby się do wzrostu zatrudnienia w tym sektorze – tym samym filolodzy klasyczni przestaliby „zabierać etaty” pracując „w nie swoim zawodzie”. Chociaż trzeba przyznać, że praca stróża nocnego jest świetnym rozwiązaniem – w tej pracy można spokojnie napisać doktorat. Ale czy naprawdę trzeba władać łaciną, by pilnować budowy?

Jednak wracając do „literatury pięknej”…

Czytając dzieła antyczne, które czytali i nasi przodkowie tworząc naszą kulturę, lepiej rozumiemy świat, w którym przyszło nam dziś żyć. Te teksty są po prostu częścią naszej tożsamości, nie tylko narodowej, ale w ogóle kulturowej. Ich lektura wpływa na samoświadomość, na kształtowanie naszej postawy obywatelskiej. Kilka lat temu p. Roman Giertych chciał wprowadzać do szkół lekcje patriotyzmu. Nie zauważyliśmy jednak, że patriotyzmu uczyliśmy się na wielu przedmiotach: na muzyce – gdy uczyliśmy się śpiewać polski hymn narodowy, gdy śpiewaliśmy polskie piosenki; na plastyce – gdy w pierwszych latach szkolnych kolorowaliśmy obrazki przedstawiające nasze symbole narodowe, pomniki, zabytki i słuchaliśmy o tym, co przedstawiają; na łacinie – gdy czytaliśmy po łacinie legendę o smoku wawelskim podaną przez Długosza, śmialiśmy się z tego, jak Kadłubek opisuje bitwy „starożytnych Polaków” z Aleksandrem Wielkim, gdy omawialiśmy mowę Cycerona przeciw Katylinie lub pro domo sua, dowiadując się, co to znaczy zdrada stanu, przewrót, zamach na demokrację, co to znaczy stawać w obronie własnego domu i wolności. Te elementy z polskich szkół zniknęły bezrefleksyjnie. Karolina Ekes stwierdziła ostatnio, że rezygnacja z łaciny w polskich szkołach jest niezgodna z Konstytucją z 1997 r. – a to dlatego, że w Preambule jest mowa o zobowiązaniu, by przekazać przyszłym pokoleniom wszystko, co cenne z ponad tysiącletniego dorobku – a dorobek ten w znacznej mierze jest łaciński. Tyle dzisiaj mówi się o zagrożeniach dla naszej kultury płynących z współczesnej wędrówki ludów o kulturze zupełnie innej, niż nasza, z globalizacji, różnych ideologii etc. Wydaje mi się jednak, że największym zagrożeniem dla naszej kultury jesteśmy my sami – bo przestajemy ją po prostu znać. A pytając właśnie „po co komu dziś łacina?” dajemy temu doskonałe świadectwo.


Autorem tekstu jest Martinus Loch – doktorant Uniwersytetu Adama Mickiewicza.

Żywa łacina – lekcja mówienia w martwym języku. Część I

Żywa łacina? A mówi się, że to język martwy…

Świetne pytanie, najlepiej zacząć od tego. Łacina tak naprawdę nie jest ani językiem żywym, ani językiem martwym. Jest jakby językiem zamrożonym. Pierwszy raz łacinę martwą nazwano bodaj w XVI wieku – w czasach, gdy cały świat nią władał – czy to nie wydaje się absurdalne? W czasach, gdy każdy wykształcony człowiek świetnie znał ten język. Ba! aż do XVIII wieku wykształcenie można było zdobyć tylko po łacinie – był to język wykładowy wszystkich szkół – zaczynając od szkół parafialnych, poprzez szkoły przyklasztorne – np. jezuickie czy pijarskie, a na uniwersytetach skończywszy. Polscy królowie elekcyjni (wszak nie zawsze Polacy z urodzenia) porozumiewali się z poddanymi po łacinie, Kościół sprawował liturgię po łacinie, po łacinie powstawała poezja, spisywano kroniki (przecież legendy o smoku wawelskim, Wandzie, co Niemca nie chciała i wiele innych znamy właśnie wyłącznie z łacińskich przekazów), po łacinie powstawały najważniejsze prace naukowe – to w tym języku Galileusz i Kopernik opisywali swoje odkrycia, to w tym języku Newton sformułował swoje zasady dynamiki. Skąd więc pomysł, by łacinę nazwać martwą? Tej przenośni – bo tak ją należy rozumieć – użył Marc-Antoine de Muret wyliczając walory języków klasycznych: w przeciwieństwie do języków, których używamy na co dzień, które bezsprzecznie żyją (a cechą życia jest to, że coś umiera i coś rodzi się na nowo), łacina jest jakby zamrożona w swym najlepszym stadium. Języki żywe zmieniają się – dlatego mamy problem ze zrozumieniem słów Bogurodzicy, czy kazań świętokrzyskich, dzisiejszy Francuz nie jest w stanie czytać tekstów napisanych w tym języku w XVI wieku, tak bardzo zmienił się francuski, podobnie nauczywszy się standardowego języka angielskiego mamy problem z przeczytaniem Szekspira. A łacina od czasów Cycerona jest stała i niezmienna, nie zmienia się jej gramatyka, nie zmienia się jej brzmienie – dzięki temu nauczywszy się łaciny możemy bez trudu czytać dzieła Cezara i Cycerona, Wergiliusza, Horacego, ale i św. Tomasza z Akwinu, św. Augustyna, Petrarki, Newtona, metryki chrzcielne wystawione w XIX wieku, encykliki Jana Pawła II, Benedytka XVI czy Franciszka – a przecież te teksty dzielą całe stulecia. Dlatego właśnie łacinę Muret nazwał „jakby martwą”, niezmienną, raz na zawsze utrwaloną, a przez to nieśmiertelną. To, że łacina taka jest, nie wyklucza możliwości mówienia w tym języku – oczywiście, że się da. (http://www.interlinguistik-gil.de/wb/media/beihefte/08/beiheft8-fritsch.pdf)

Ale do tego potrzebne są nowe słowa – rzymianie nie znali przecież telefonów, telewizorów, komputerów.

Rzeczywiście nie znali, co nie zmienia faktu, że wszystkie wymienione tutaj nazwy pochodzą z łaciny i greki. Telewizja – proszę: tele (po grecku: daleko) i visio (łac. widziany obraz), telefontele (znów greckie daleko) i fone (co po grecku oznacza: głos, dźwęk), komputer też jest z łaciny – computare to po prostu liczyć, rachować, także i kursor, monitor, klawiatura to słowa łacińskie. Podobnie większość symboli stosowanych w matematyce, fizyce, chemii czy w ogóle w technice ma łacińskie pochodzenie. Sinus (zatoka, skraj – chodzi oczywiście o kąty leżące przy przyprostokątnych, a więc kąty skrajne; oznacza także fałd – można to odnieść do wykresu funkcji) i tangens (dotykający – chodzi o przyprostokątne, a więc dotykające kąta prostego) – nieprzypadkowo związany z tangiem – to przecież wyrazy łacińskie, matematyczne r to oczywiście radius (promień koła), radio to też od tego. Symbol matematycznego pierwiastka pochodzi od małej literki r, skrótu od wyrazu radix, którym w matematyce nazywano właśnie pierwiastek. Jeśli ktoś ma ambicję, by liczyć do nieskończoności, to i tu bez łaciny się nie obejdzie (https://pl.wikipedia.org/wiki/Liczebniki_główne_potęg_tysiąca#Nazwy_utrwalone_w_pi.C5.9Bmiennictwie) – przecież te wszystkie miliony, biliony, tryliony, kwintyliony, duodecyliony, czyli nazwy liczb „wielozerowych”, oparte są na łacińskich liczebnikach! W samochodzie też mamy łacinę – V na desce rozdzielczej to przecież velocitas (nieprzypadkowo po angielsku velocity), h to hora, a więc godzina, no i – skoro już tak przyczepiłem się do litery „r” – to R na drążku skrzyni biegów to też od łacińskiego retro – do tyłu.

Boże! Nigdy już nie spojrzę tak samo na drążek skrzyni biegów…

Kiedyś wymyślano nazwy nowych wynalazków czerpiąc z łaciny i greki. Natomiast dziś żyjemy w czasach, gdy zaczęto używać w tym celu języka angielskiego – mamy przecież smartfony, a te już są z angielskiego smart i (tele)phone jako pospolitego wyrazu angielskiego, nie rozpoznawanego już jako wyraz grecki. Mamy tablet (nooo… trochę od łacińskiego tabula…), czytniki Kindle – ale równie dobrze moglibyśmy je nazwać optonami, czyli użyć nazwy, którą tak zgrabnie ukuł w grece Stanisław Lem. Oczywiście nowe słowa powstają i zawsze powstawały – przecież Newton, Kopernik, czy Galileusz też musieli jakoś nazwać swoje nowe koncepcje – a więc i oni wymyślali nowe łacińskie i greckie słowa. Dziś istnieją nawet specjalne słowniki, które takie słownictwo zawierają (https://www.youtube.com/watch?v=j7WBolRmzQc, http://www.lateinlexikon.com, https://www.amazon.de/Visuelles-Wörterbuch-Latein-Deutsch-Coventgarden/dp/3831090912, nawet w języku polskim: https://www.ceneo.pl/30245761), ale nie jest to główny nurt nauczania łaciny – uczymy się jej po to, by mieć kontakt z przeszłością, mówienie o smartfonach i tabletach jest kwestią nawet nie drugiego czy trzeciego, ale któregoś tam rzędu. Poza tym – czy rozmawiając nawet na co dzień w języku polskim, naprawdę tak często używamy tych „nowoczesnych” wyrazów? Skądże! Najczęściej rozmawiamy o prostych zdarzeniach, o pogodzie, o zakupach, naszych planach, problemach, uczuciach – przecież to tematy ponadczasowe, starożytni również pisali i rozmawiali o tym samym! A więc słownictwo znane Cyceronowi niemal w zupełności wystarcza. Neologizmy nie są potrzebne do czytania i interpretacji tekstów z przeszłości – a tym się głównie zajmujemy, wcale nie są również aż tak potrzebne do prowadzenia zwyczajnych rozmów przy piwie. Łacina jest takim ponadczasowym łącznikiem z przeszłością i o to nam głównie chodzi. Jak mawiał Otto von Habsburg: wer nicht weiss woher er kommt, der weiss nicht wohin er geht und wo er steht (kto nie wie, skąd pochodzi, ten nie wie, dokąd idzie ani gdzie jest).

A czy z przyszłością również?

Z przyszłością również – jeśli napiszemy coś poprawną łaciną dziś, to za 100, 500 czy 1000 lat będzie to nadal zrozumiałe – oczywiście pod warunkiem, że będzie istniał nadal ktoś, kto będzie znał łacinę. By to zrozumieć nie będzie musiał uczyć się kilku wariantów języka funkcjonujących w różnych czasach, tak jak my musimy uczyć się innego wariantu angielskiego, by zrozumieć Szekspira, czy średniowiecznego niemieckiego, by czytać Pieśń Nibelungów.

Czyli łacina jest ponadczasowa?

Tak. Ukuto kiedyś nawet taki termin – res publica litterarum (rzeczpospolita literacka), obejmujący całą łacińskojęzyczną spuściznę literacką oraz tych, którzy ją czytają i tworzą. By stać się jej obywatelem, wystarczy nauczyć się łaciny i zasiąść do lektury. W ten sposób możemy jakby porozmawiać z autorami odległymi nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie (coś jak messenger, tyle, że ponadczasowy) – wszak o książkach i bibliotekach pisano niegdyś: hic mortui vivunt, hic muti loquuntur (tutaj martwi żyją, tutaj rozmawiają niemi). Ale fenomen tej rzeczypospolitej rozumieją chyba tylko jej obywatele.

A nie masz zakus, żeby rzeczywiście ożywić łacinę? Jak niegdyś Eliezer Ben Jehuda ożywił język hebrajski?

Bynajmniej, to byłoby bez sensu! Kiedyś poważnie myślano nad tym, by łacinę uczynić językiem Unii Europejskiej – ale niestety, albo może nawet na szczęście nic z tego nie wyszło (https://pl.wikipedia.org/wiki/Żywa_łacina). Gdyby łacina znów weszła w użycie powszechne, znów zaczęłaby się zmieniać. Wtedy znów mówilibyśmy innym językiem na co dzień, niż tym, w którym pisał Cyceron – a to właśnie czytanie tekstów z przeszłości jest celem nauki. Najlepiej wyraził to chyba wspomniany Muretus:

"Mówi się, że łacina i greka już dawno umarły. A ja uparcie twierdzę, że one nie tylko żyją, ale i mają się nieźle, a nawet, jeśli mielibyśmy pozostać przy tej metaforze, cieszą się wspaniałym zdrowiem, po tym, gdy przestały być pod władaniem niewykształconego ludu. Jak długo bowiem pozostawały we władaniu pospólstwa, to znaczy, dopóki pozostawały w użyciu ludu, jak mówi Horacy (Ars poetica 72), poprawność i norma językowa nieustannie się zmieniały, kołysały, płynęły, nie były pewne, nie były stałe, nie mogły pozostawać niezmienne choćby przez jedno stulecie. A teraz, gdy ich używanie zostało ograniczone, że tak powiem, jedynie do środowiska optymatów (ludzi wykształconych), i gdy sięgamy po nie do najlepszych autorów, rządzą nimi raz ustanowione i pewne reguły, od wielu stuleci są utrwalone ("zamrożone") i pozostają niezmienne. Gdyby pozostały w użytku ludu, dziś nie rozumielibyśmy Cycerona – tak jak w jego czasach nie były już zrozumiałe dzieła spisane w czasach Romulusa czy Numy; doprawdy niewielu było już wtedy tych, którzy rozumieli samo prawo XII tablic! Widzimy też i dziś, że nie możemy zrozumieć rzeczy spisanych czterysta czy pięćset lat temu.

Więc te języki, które zależą od codziennego używania niewykształconego pospólstwa, codziennie umierają i codziennie rodzą się na nowo, a te, które wyswobodziły się z jego niewoli i schroniły się w użyciu ludzi wykształconych, te nie tylko żyją, ale uzyskały w pewien sposób nieśmiertelność i niezmienność.

Zmuszani jesteśmy do uczenia się nie jednego, ale dwóch języków, nie tylko obcych, ale i dawno wygasłych i jakby pogrzebanych. Gdyby istniało bowiem jakieś miasto, jakiś lud, w którym mówiono by po grecku czy po łacinie, to wysyłalibyśmy tam nasze dzieci, by od wczesnych lat swego życia chłonęły umiejętność posługiwania się tymi językami. Ale teraz musimy dłużej zmagać się i trudzić już na samym początku, już w samych szrankach musimy wysilać się bardziej, niż w dawnych czasach, by dotarły one z linii startu do mety. Zanim będziemy mogli zaledwie gaworzyć po grecku czy po łacinie, musimy użyć wielkich starań, potrzeba nam wiele wysiłku, wielu nieprzespanych nocy, wielu nauczycieli – a w ich niedostatku przede wszystkim tych, którzy we własnej profesji sami potrzebowaliby dobrego nauczyciela. W ten sposób zmuszeni jesteśmy ścigać cień tych umiejętności, które starożytni bez wysiłku chłonęli z mlekiem matki, zdobywali w codziennym kontakcie z ludźmi, a na ich naukę musimy poświęcać najlepsze lata naszego życia."

Ale jednak i on przyznaje, że prościej byłoby wysłać dziecko do takiego miasta, gdzie mówiłoby się po łacinie czy po grecku…

Tak, nazywamy to dziś immersją, czyli zanurzeniem w języku, gdy przebywamy na co dzień wyłącznie z ludźmi, którzy posługują się danym językiem, rzeczywistość tego języka otacza nas, uczymy się go w konkretnych sytuacjach, w ten sposób jesteśmy w stanie szybciej nauczyć się takiego języka. I tu znów niespodzianka – na świecie istnieje kilka szkół, w których w taki sposób, czyli poprzez immersję, uczy się języka łacińskiego i starożytnej greki. Można wyjechać na studia do Vivarium Novum w Rzymie (https://vivariumnovum.net/en), można udać się do Jerozolimy do Polis – Jerusalem Institute of Languages and Humanities (http://www.polisjerusalem.org), a nawet do Ameryki na Uniwersytet w Kentucky (https://mcl.as.uky.edu/classics) lub do Paideia Institute (http://www.paideiainstitute.org). Organizowanych jest także wiele kursów (zwłaszcza w lecie) – ich wykaz możemy znaleźć chociażby tutaj: http://www.latinitium.com/blog/spoken-latin-summer2017. Robert Maier prowadzi także kalendarz wydarzeń łacińskich, do którego stara się wpisywać wszystkie wydarzenia związane z aktywnym używaniem języka łacińskiego: http://www.septimanalatina.org/txt/l/calendarium.html. Jeśli ktoś chce porozmawiać po łacinie dziś – nie będzie miał z tym żadnego problemu. Bez trudu znajdzie tysiące osób na całym świecie, które świetnie władają łaciną. A już tym bardziej w epoce internetu – możemy porozmawiać przez skype, czy na facebooku (zwanego po łacinie greckim zapożyczeniem: prosopobiblion – bo greka bardziej niż łacina lubi słowne nowotwory). Istnieją tam też różnorakie grupy skupiające łacinników. A rozmawia się o różnych rzeczach – przede wszystkim dzielimy się różnymi odkryciami – co kto ciekawego lub zabawnego wyczytał u jakiegoś łacińskiego autora – np. polecenie wytnij i wklej (w odniesieniu do redakcji tekstu) w liście samego Cycerona! Albo materiałami do nauki, linkami do audiobooków (a właśnie! można sobie posłuchać świetnych nagrań: https://www.youtube.com/playlist?list=PLfku8EBM-vSIIvVShg_DcOqKg3-yUAEsv). Wielu współczesnych poetów publikuje tam też swoje łacińskie wiersze – bodaj najbardziej znany z tego jest Martin Freundorfer z Wiednia (nagrodzony swego czasu przez papieża za swą twórczość).

Nie wiedziałem, że tyle się dzieje!

Tak, w naszej dziedzinie przeżywamy prawdziwy renesans – prof. Rico mówi nawet, że to szósty renesans w dziejach ludzkości (https://www.youtube.com/watch?v=-ZwJKvvdQTI). Zaczyna on również powoli docierać do Polski – coraz więcej młodych ludzi śledzi na bieżąco światowe trendy w dziedzinie studiów nad antykiem i językami klasycznymi, korzysta z internetu, gdzie z łatwością znajduje świetne materiały do nauki. Zaczynamy i w Polsce mieć absolwentów Vivarium Novum czy Polis Institute. Wydaje się, że takie aktywne podejście do nauczania języków klasycznych jest jedyną przyszłością studiów nad antykiem i literaturą łacińsko-grecką. Jeśli chcemy przetrwać, musimy sprawić, by łacina i greka stały się znów językami wykładowymi na filologii klasycznej, by czytać w tych językach teksty i w tych językach o nich dyskutować – zamiast opierać się na nieustannym ich przekładaniu na polski i dopytywaniu o formy gramatyczne – czasem mniej liczy się to, co autor ma nam do przekazania niż to, że robi to za pomocą ablativu absolutu albo ACI. Wspomniane wcześniej instytucje nie mogą narzekać na brak studentów, a wręcz przeciwnie – do niektórych z nich bardzo trudno się dostać – np. Vivarium Novum przyjmuje corocznie około 40 uczniów na około 200 kandydatów z całego świata, a trzeba przyznać, że tamtejsza komisja rekrutacyjna ma bardzo trudny wybór, bo zgłaszają się tam niezwykle zdolni ludzie. Tymczasem u nas filologia klasyczna świeci pustkami.

Nie każdego stać jednak na taką podróż czy udział w kursie poza granicami naszego kraju.

Mnie też nie stać, więc w zupełności to rozumiem. Ale skoro Mahomet nie może do góry, to może trzeba mu wybudować górę na miejscu?

Co masz na myśli?

Stworzyć taką szkołę w Polsce. Mamy potencjał, Polska w porównaniu do zachodu jest tania i to mogłoby być naszą kartą przetargową – nikt jednak niestety tego nie zauważa.

No więc na co czekasz?

Daj mi pieniądze, a zrobię to! Póki co zakładam stowarzyszenie, by móc o nie zabiegać. A kursy już mamy – jak do tej pory odbywają się po kosztach (https://scholaaestivaposnaniensis.wordpress.com/about/).

Może powiesz o nich coś więcej?

Pierwszy taki kurs odbył się w Poznaniu w 2001 roku. Od tamtej pory Letnie Szkoły Żywej Łaciny odbywają się co roku. W 2006 roku pierwszy raz wziąłem udział w takiej szkole i od tamtej pory udzielam się w ich organizowaniu. W 2007 roku wraz z przyjaciółmi zorganizowałem taki kurs w Krakowie, później w 2008 r. w Gdańsku. Od 2012 roku mamy już dwie szkoły rocznie – letnią i zimową, te także peregrynują – odbywały się już w Krakowie, we Wrocławiu, w Katowicach. W sumie odbyły się już 22 takie wydarzenia. Mamy więc już jakąś tradycję, wypracowujemy metody, sprawdzamy różne techniki dydaktyczne i podręczniki. Mamy niebywałą okazję do różnych eksperymentów, sprawdzania nowych rozwiązań. Wraz ze wzrostem zainteresowania kursami musieliśmy wprowadzić podział na grupy uwzględniając poziom zaawansowania uczestników. Słowem: dzieje się!

I kto bierze udział w takich kursach?

Mnóstwo świetnych ludzi – to niezwykła okazja do nawiązania wspaniałych znajomości i międzynarodowych przyjaźni. Od mniej więcej 5 lat w poszczególnych edycjach kursów bierze udział około 50 uczestników, szacuję, że w tym okresie w naszych kursach udział wzięło około 400 osób z 12 krajów świata, tzn. z Polski, Niemiec, Austrii, Białorusi, Litwy, Włoch, Szwecji, USA, Węgier, Wielkiej Brytanii, Czech, Francji. W tym roku (https://scholaaestivaposnaniensis.wordpress.com) będziemy mieć jeszcze prawdopodobnie kogoś z Bośni i z Hiszpanii. Z dumą mogę powiedzieć, że wiadomość o tegorocznej Szkole Letniej dotarła do odbiorców w aż 30 państwach świata, rozsianych na 5 kontynentach! Uczestnicy są w różnym wieku – mamy uczniów gimnazjum, liceum, studentów, osoby pracujące i emerytowane. Gdy ktoś zadaje mi pytanie, czy mamy jakieś ograniczenia wiekowe co do uczestników kursu, odpowiadam zawsze: „Łacina łączy stulecia, czemu więc nie miałaby i łączyć pokoleń?” I to rzeczywiście się sprawdza. Znikają bariery wiekowe i narodowościowe – rozmawiając ze sobą nie czujemy, że pochodzimy z różnych krajów, dzieli nas jakaś różnica wieku. Ba! w łacinie nie ma osobnych form grzecznościowych – wszyscy zwracają się do siebie w drugiej osobie, można oczywiście wyrażać szacunek przez dodanie jakiejś tytulatury (np. professor, domine, pater), ale jednak używa się przy tym i tak drugiej osoby liczby pojedynczej czasownika. To niesłychanie zbliża.

Wow! I wszyscy mówią po łacinie?

Tak, w tej sytuacji łacina staje się przymusowym językiem komunikacji. Intensywny 2-tygodniowy kurs daje naprawdę niesamowite efekty. Oczywiście kurs to nie tylko zajęcia, ale i wspólne spędzanie przerw – ludzie chodzą na papierosa „po łacinie”, proszą o podanie cukru, czy nalanie herbaty również w języku Rzymian. Niektórzy zaczynają nawet śnić po łacinie! Razem (w mniejszych grupach) jemy obiad, często także kolację, wieczorem wychodzimy do knajpy. Ktoś ukuł nawet takie słówko na „knajping” – cauponari (bo caupona to knajpa, cauponari to „knajpić się” – swoją drogą i polska wersja pasuje jak ulał do starych łacińsko-polskich słowników podających zawsze jakieś przekomicznie objaśnienia słówek). Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że to słowo w łacinie od dawna istnieje…

Takie bezwiedne wymyślenie słowa, które już istnieje, jest dowodem świetnej znajomości języka.

Tak, to prawda. Czasem komuś zdarzy się wymyślić coś już dawno wymyślonego. Ale jak to mówiono – pereant qui nostra ante nos dixere! (Niech zginą ci, którzy wpadli na nasze pomysły przed nami).

Kto prowadzi zajęcia podczas takich kursów?

Zapraszamy gości z zagranicy, ale korzystamy także z naszych „krajowych sił” – mamy już sprawdzoną, międzynarodową drużynę, w razie potrzeby zapraszamy do niej także nowe osoby.

Jednak Łacina jest trudna…

Bynajmniej! Nie jest trudniejsza od polskiego, a już dla Polaka zwłaszcza. Jest obrzydliwie regularna, no i nikt się nie krzywi, że nie tak wymawiamy jakieś głoski, bo fonetyka łaciny jest dziś zupełnie umowna. Nikt nie będzie się z nas śmiał, gdy będziemy mówić z polskim akcentem. Łaciny można nauczyć się w przynajmniej 180 godzin lekcyjnych (dodając oczywiście mniej więcej drugie tyle pracy w domu – na „odrabianie zadań domowych”) – oczywiście pod warunkiem, że będziemy się jej odpowiednio uczyli.

Odpowiednio? Ale przecież łacina to tabelki, regułki, deklinacje…

Tak uczono w XIX wieku, tak i wielu (niestety) uczy i dziś. Łacina hartuje ducha, ćwiczy cierpliwość, rozwija umiejętność logicznego myślenia… Do diaska! Ale matematyka, czy programowanie rozwija te same umiejętności! Nie ma co się dziwić, że gdy w dyskursie o przywróceniu łaciny do szkół posługujemy się takimi argumentami, nasi adwersarze wykorzystują je przeciwko nam, proponując wprowadzenie takich przedmiotów jak programowanie czy logika – skoro to właśnie logiczne myślenie ma być jakąś główną wartością czy korzyścią płynącą z nauki łaciny.

No tak, łacina matematyką humanisty!

I pierwszym stopniem do piekła, jeśli jej nauczanie ogranicza się do gramatyki i wertowania słownika. Wszyscy mówią o jakichś drugorzędnych korzyściach z uczenia się łaciny, zapominając jednak o głównym jego celu: uczymy się łaciny po to, by czytać teksty! Tak jak angielskiego uczymy się po to, by czytać książki, móc dogadać się za granicą. Nie po to, byśmy wiedzieli, że istnieje tabela czasowników nieregularnych i swim, swam, swum. Czy ktoś wypowiadając po angielsku zdanie I ask him to close the window myśli o tym, że to szczątki angielskiego ACI? Bynajmniej! A czy brak tej wiedzy przeszkadza mu w biegłym mówieniu i czytaniu po angielsku? Powtórzę: bynajmniej! Przy czym nie oznacza to, że moi uczniowie nie wiedzą, co to jest Ablativus albo ACI – po prostu stosujemy inne metody. Czym innym jest nauczanie gramatyki opisowej, a czym innym praktyczna nauka języka.

Właśnie – sam przyznajesz, że łaciny uczymy się po to, żeby czytać, a Ty wciąż mówisz o mówieniu. Raz mówisz, że łacina jest martwa, raz mówisz o szkołach żywej łaciny. Czy to nie jest sprzeczność?

Nie. Język jest stworzony właśnie do mówienia i słuchania, czytanie jest umiejętnością wtórną. Jak pisał Comenius i wspomina Wilfried Stroh: trudno przyswoić sobie język tylko oczami i rękami (czyli przez czytanie i pisanie odmianek), język jest dla języka i dla uszu, dopiero później dla oczu, które jednak stanowią wielką pomoc dla tych zmysłów. Właśnie – język dla języka, jak sama nazwa wskazuje. Mówiąc i słuchając, jednocześnie patrząc i działając nauczymy się języka szybciej, niż tylko czytając, deklinując i wertując słownik. Mówienie jest więc drogą do opanowania języka w sposób umożliwiający czytanie książek. To jak wchodzenie na 12. piętro wieżowca, by podziwiać widok – można pojechać windą albo iść schodami. Każda droga prowadzi do tego samego, jednak jedną dotrzemy na miejsce szybko i bez trudu, a obranie drugiej zabierze nam więcej czasu i wysiłku. Wybierając windę będziemy mieć więcej czasu na napawanie się widokiem, schody może i wpłyną na naszą muskulaturę, ale i zmęczą stawy, spowodują zakwasy, wielu w połowie zrezygnuje, a wytrwali – zmęczeni i wyczerpani, nie będą już mieli tyle radości z podziwiania upragnionego widoku. Oczywiście ktoś powie, że to zadanie dla wytrwałych i że dla nich właśnie warto uskuteczniać wchodzenie po schodach. Z jednej strony może i to prawda, ale z drugiej potem dziwimy się, że w szkołach nie ma łaciny – skoro rodzice męczyli się wchodzeniem po tych schodach, dano im za mało czasu na dojście do celu i przez to nigdy nie dotarli do podziwiania tego ponoć zapierającego dech w piersiach widoku, to trudno spodziewać się, że będą do tego wysiłku zachęcać potomność. Tak czy siak nie możemy powiedzieć, że winda albo schody są naszym celem. Mówienie jest drogą do czytania tekstów oryginalnych. Żywa łacina to takie hasło propagandowe, powstałe na początku XX wieku. Nazywano nim właśnie zastosowanie konwersacji czy metody bezpośredniej w nauczaniu łaciny. Chodziło o ożywienie lekcji martwego języka. Hasło się przyjęło i tak już zostało. To taka konwencja. https://www.youtube.com/watch?v=dXHhl0GNsak

Jednak trudno mi sobie wyobrazić inną lekcję łaciny, niż rozpoznawanie form z tabelką w ręku. Pierwsza lekcja to obowiązkowo wymowa i puella, puellae!

Można oczywiście zacząć od tego, że łacina w różnych okresach brzmiała różnie, że w różnych państwach brzmi różnie, że my mówimy ci-vi a Anglicy si-vi, że w Polsce mówimy weni, widi, wici, a Włosi mówią wiczi, tymczasem sam Cezar (a właściwie Kajsar) mówił: łeni, łidi, łiki. Ale to naprawdę w dzisiejszych czasach tylko konwencja. Zamiast teoretyzować, można przejść do działania. Może więc rozmówki? Salve! Quod est tibi nomen? Mihi nomen est Martinus. Esne Germanus? Minime, Polonus sum. Ubi habitas? Cracoviae habito. Uczniowie od razu widzą zastosowanie poszczególnych wyrazów i form – najpierw uczą się ich użycia, potem dowiadują się, że coś tam jest formą drugiej osoby czasownika, a coś pierwszą. Takich zwrotów możemy używać przecież na każdej lekcji – przy powitaniu, przy proszeniu kogoś do tablicy, cokolwiek (quidcumque! o!). Podajmy łacińskie wersje imion, każdy będzie się czuł znobilitowany, że wołają go do tablicy po łacinie – i jednocześnie osłuchawszy się zapamięta formę wołacza. W takich rozmówkach mamy już i orzeczenie imienne, i dativus possessivus, i składnię miast… Więc i gramatycznych ekstremistów też da się zadowolić. Dydaktyka w ostatnich latach niebywale się zmieniła i rozwinęła (są nawet kursy i podręczniki dla dzieci, np: http://www.banzaj.pl/Dar-Rzymianina-czyli-Lingua-Latina-CD-Kwiecinski-Lech-p15689-sklepy.html) – łaciny jest pełno w internecie, jest mnóstwo materiałów do nauki, są nagrania, filmiki, podcasty, audiobooki – żyć nie umierać! Mamy masę świetnych podręczników – dostępnych także w niedrogich lub całkiem darmowych PDFach (np. podręcznik Ørberga: http://munduslatine.weebly.com/cursos.html). W zeszłym miesiącu w Jerozolimie wydano podręcznik FORUM – najnowocześniejszy podręcznik do łaciny na świecie – i proszę, nagrania do niego są dostępne w internecie za darmo: http://www.polisjerusalem.org/forum-speaking-latin. Dzięki internetowi nauczyciele mogą wymieniać się doświadczeniami, materiałami, pomysłami, mogą się wzajemnie inspirować, mogą realizować wspólne projekty.

Wspólne projekty?

Tak. Np. w ramach programu Comenius czy Erasmus+. (O! I znów kłaniają się wielcy łacińscy pisarze). Uczniowie jednej z polskich szkół (IV LO w Gorzowie Wielkopolskim) wzięli udział w międzynarodowym projekcie eTwinning (brało w nim udział kilkanaście szkół z całej Europy) i zdobyli szereg nagród oraz wyróżnień. Ich prace (podsumowanie projektu można znaleźć tutaj: https://prezi.com/coyrwy86ylwb/latin-in-etwinning/ – zachęcam! Jest też filmik!) były naprawdę najlepsze – widziałem prace pozostałych, nasze znacznie się wyróżniały – pomysłowością i wykonaniem. Do tego potrzebny jest jednak świetny nauczyciel, który trzyma rękę na pulsie, wie, że takie projekty istnieją i zachęca uczniów do podjęcia wyzwania. W tym roku szkoła znów bierze udział w kolejnym projekcie (http://www.estudiosclasicos.org/proyecto-de-latin-hablado-en-bachillerato/) – trzymajmy więc kciuki!

Czyli można bez tabelek?

Ujmijmy to inaczej – tabelka ma porządkować wiedzę, nie być jedynym narzędziem i celem przekazywania wiedzy. Tabelka to przejrzyste uporządkowanie. Ale mnie przeraża jej nadużywanie. Później uczniowie zapamiętują, że w łacinie są formy gramatyczne, ale nie potrafią ich wykorzystać, albo w ogóle ich nie pamiętają, twierdzą, że po łacinie się nie mówi – bo to taki język do tabelkowania. Cały kurs poświęcają na opanowywanie reguł gramatyki, nigdy nie widząc na oczy żadnego tekstu! No i w społeczeństwie utrwala się przekonanie, że łacina jest trudna i niepotrzebna. I fakt – jaki użytek zrobię z wiedzy, że w angielskim istnieją czasowniki nieregularne? To nie jest znajomość języka, ale jakaś tam szczątkowa wiedza o języku.

Druga część wywiadu


Autorem tekstu jest Martinus Loch – doktorant Uniwersytetu Adama Mickiewicza.

Język szorski na tle innych języków turkijskich – część II

Już po raz drugi piszę o trzech językach turkijskich: szorskim, kirgiskim i jakuckim. Przedstawienie tego pierwszego na tle dwóch pozostałych stało się pretekstem do rozważań na temat języków turkijskich w ogóle, ich klasyfikowania, historii piśmiennictwa i zmiennych kolei losu, z jakimi borykały się zwłaszcza języki narodów ZSRR. Dziś chcę skupić się na najważniejszych cechach języków, ich różnicach i podobieństwach.

Alfabet

Na nieznany nam język spoglądamy często przez pryzmat pisma, a gdy zaczynamy się go uczyć, jest to zazwyczaj pierwszy krok. Jak już wspomniałam poprzednim razem, zarówno szorski, jak i kirgiski i jakucki są obecnie zapisywane cyrylicą. W każdym z tych przypadków różni się ona od alfabetu rosyjskiego występowaniem dodatkowych liter oznaczających dźwięki charakterystyczne dla tych języków.

Dźwięk Szorski Kirgiski Jakucki
dźwięczne „h” ғ ҕ
d' дь
gardłowe „k” қ
nosowe „ng” ң ң ҥ
ń нь
ö ӧ ө ө
h һ
ü ӱ ү ү

W tabeli widać, że najwięcej dodatkowych liter występuje w jakuckim – aż siedem, a najmniej w kirgiskim – tylko trzy. Te trzy dźwięki występują także w pozostałych dwóch językach, choć są różnice w ich zapisie. Przy tym uwaga – to, że jakaś litera nie występuje w danym języku, nie oznacza, że nie istnieje w nim ten dźwięk; np. w kirgiskim nie ma żadnej litery oznaczającej gardłowe „k”, ale jest taki dźwięk.

Ciekawe jest też to, że w językach turkijskich nie ma pewnych dźwięków obecnych w rosyjskim. W związku z tym niektóre litery cyrylicy służą w nich tylko do zapisywania zapożyczeń z rosyjskiego. Nie odnalazłam wprawdzie informacji o szorskim, ale np. w kirgiskim są to litery ф, х, ц, щ oraz znak miękki i twardy. Z kolei do języka jakuckiego nie pasuje aż trzynaście rosyjskich liter. Można więc zastanawiać się, czy cyrylica jest odpowiednim alfabetem dla jakuckiego, skoro tak dużo liter jest „nieużywanych”, a zabrakło siedmiu innych? Jeśli nie jest, czy łaciński byłby lepszy? Piszę te słowa w chwili, gdy trwa dyskusja nad zapowiedzią rychłego wprowadzenia alfabetu łacińskiego dla języka kazachskiego. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy faktycznie stanie się to tak szybko, jak życzyłby sobie prezydent, i z jakim powodzeniem. Wiem tylko, że spośród byłych republik radzieckich na alfabet łaciński przeszedł już Azerbejdżan, Turkmenistan i Uzbekistan, choć jeszcze brakuje mi wiedzy, by stwierdzić, komu się to lepiej udało (i czy w ogóle można ogłosić jakiś sukces).

Harmonia samogłosek

Przejdźmy jednak do omówienia innych cech wybranych języków. Prawie wszystkie języki turkijskie łączą trzy wyznaczniki: aglutynacyjność, harmonia samogłosek i szyk zdania SOV. Piszę „prawie”, gdyż kilkakrotnie napotkałam wzmianki o wyjątkowości języka uzbeckiego, w którym harmonia samogłosek jakoby zanikła. W pozostałych językach jest obecna, lecz na różne sposoby, a nasze trzy języki są doskonałymi przykładami do zilustrowania tych różnic.

Przede wszystkim – czymże jest harmonia samogłosek? Słownik Języka polskiego podaje, że to „uzależnienie samogłoski afiksalnej od samogłoski rdzennej”. W praktyce oznacza to, że samogłoski w danym języku dzielą się na dwie lub więcej grup, a w danym wyrazie występują tylko te należące do jednej grupy (wyjątek stanowią niektóre zapożyczenia i wyrazy złożone). Jest to bardzo ważne zwłaszcza w kontekście aglutynacyjności, która polega na dodawaniu do rdzenia wyrazu przyrostków niosących konkretne znaczenie, np. liczbę mnogą lub przypadek deklinacji rzeczownika. Każdy przyrostek dodawany do danego wyrazu powinien być dostosowany do jego harmonii samogłosek, czyli zawierać samogłoski z tej samej grupy? Przyjrzyjmy się poniższym przykładom.

W języku kirgiskim samogłoski dzielą się na tylne zaokrąglone (о, у), przednie zaokrąglone (ө, ү), tylne niezaokrąglone (а, ы) i przednie niezaokrąglone (э/е, и). Zgodnie z harmonią samogłosek, jeśli w wyrazie występuje np. о, to w dodawanych doń przyrostkach będą występowały samogłoski о lub у, czyli należące do tej samej grupy.

саясат – polityka
саясатчы – polityk

Бишкек – Biszkek (stolica Kirgistanu)
Бишкекте – w Biszkeku

тогуз – dziewięć
тогузунчу – dziewiąty

көчө – ulica
көчөлөр – ulice

W jakuckim wygląda to podobnie.

аҕа – ojciec
аҕабыт – nasz ojciec

киһи – człowiek
киһигин – jesteś człowiekiem

тоҥ – zamarzać
тоҥмот – niezamarzający

көр – patrzeć
көрүүм – patrzę

W języku szorskim harmonia samogłosek opiera się na dwóch grupach: tylnych (а, у, о, ы) i przednich (е, и, ӧ, ӱ).

ӧртек – kaczka
ӧртектер – kaczki

чол – droga
чолыбыс – nasza droga

Postać zapożyczeń rosyjskich

Jak wspomniałam w poprzedniej części, każdy z omawianych języków zawiera zapożyczenia z rosyjskiego, lecz w każdym przypadku historia ich przenikania była inna. Do jakuckiego zaczęły one napływać najwcześniej, więc jest ich stosunkowo dużo, lecz ich postać została zmieniona przez odmienną od rosyjskiej fonetykę. Jest to widoczne zwłaszcza w przypadku imion.

куорат – miasto (od: город)
сиэрей – szary (od: серый)
Баһылай – Bahyłaj (imię; od: Василий – Wasilij)
Буотур – Buotur (imię; od: Петр – Piotr)

W języku szorskim jest podobnie. Ciekawe są zwłaszcza zapożyczenia kulinarne.

кабыста – kapusta
маркеп – marchew
плине – bliny

W kirgiskim również istnieją silnie przekształcone zapożyczenia, lecz jest ich zdecydowanie mniej, gdyż rosyjskie słownictwo zaczęło napływać do Turkiestanu znacznie później, niż na Syberię.

бөлкө – bułka
бөтөлкө – butelka

W języku kirgiskim jest wiele zapożyczeń z innych języków europejskich, które zostały doń przeniesione poprzez rosyjski już w XX wieku. W tym przypadku najczęściej zachowały one formę zbieżną z rosyjską, ale podlegają kirgiskiej gramatyce (np. deklinacji, izafetowi, posesywności).

республика – republika
Кыргыз Республикасы – Republika Kirgiska

аэропорт – lotnisko
аэропортко – na lotnisko

университет – uniwersytet
университетим – mój uniwersytet

Takich przykładów można by wymieniać jeszcze dużo więcej, ja jednak zatrzymam się w tym miejscu. Zapraszam na kolejną część porównania szorskiego z kirgiskim i jakuckim, która będzie poświęcona przede wszystkim słownictwu.

Zobacz również:

Różnorodność języków turkijskich

Klasyfikacje języków turkijskich – część 1

Klasyfikacje języków turkijskich – część 2

Teoria ałtajska

Przykład języka zagrożonego – czyli po co mi ten szorski?

Język szorski na tle innych języków turkijskich – część I

Magia lustra, czyli o tym jak zacząć mówić

O tym, że mówienie jest jednym z najważniejszych procesów w trakcie nauki języka obcego, nie trzeba nikogo przekonywać. Od samego początku naszej przygody z dowolnym językiem słyszymy, że musimy zacząć nim mówić. Łatwiej "powiedzieć", niż zrobić. Jak zatem zacząć mówić, gdy jesteśmy nieśmiali?

Zapewne sposób na przełamanie lęku przed mówieniem, który zaraz podam, jest znany wielu osobom. Piszę o nim dlatego, że choć znany, to często jest ignorowany. Mowa o ćwiczeniu przed lustrem – i bynajmniej nie chodzi tu o ćwiczenia fizyczne 🙂 .

Po raz pierwszy z metodą lustra zetknęłam się w liceum. Było to prawie 10 lat temu, jednak wtedy nie skorzystałam z tego sposobu nauki. Sięgnęłam po niego dopiero kilka lat późnej i okazał się zbawienny. Dzięki pewnemu portalowi poznałam Finkę, z którą pisałam po angielsku. Po pewnym czasie zdecydowałyśmy, że porozmawiamy na Skype i w ten sposób wzajemnie podszkolimy się z angielskiego. Tu jednak pojawił się problem; a właściwie strach. No bo jak to? Mam mówić po angielsku do obcej osoby? I to tak zupełnie naturalnie, na dowolny temat? A co jeśli popełnię głupi błąd i ona mnie wyśmieje?

Takie dylematy ma wielu z nas. Boimy się, że popełnimy błąd albo że nasz angielski (czy też inny język, którego się uczymy) będzie brzmiał fatalnie. Wtedy przypomniałam sobie o lustrze. I choć może wydawać się to śmieszne, to spędziłam trochę czasu na rozmawianiu ze sobą, a raczej mówieniu do siebie przed lustrem. Starałam się być jak najbardziej naturalna  – mówić płynnie, ale przede wszystkim ćwiczyłam intonację.

Pomimo strachu, wzięłam udział w konwersacji na Skype ze wspomnianą wcześniej Finką. Rozmawiałyśmy ze sobą kilka godzin, poruszając najgłupsze tematy świata. Jednak nie do tego zmierzam. Po wszystkim podeszła do mnie współlokatorka, która biegle mówi po angielsku i spędziła wiele lat za granicą, i powiedziała: „wiesz, słyszałam jak rozmawiasz, bardzo dobrze Ci poszło”. 'Wniosek z tego taki, że najważniejsze jest to, by nie bać się mówić i wyćwiczyć w sobie umiejętność mówienia na forum publicznym.

W liceum, przed maturą usłyszałam o metodzie lustra. W owym czasie, zarówno ja, jak i większość osób z mojej grupy ją po prostu zignorowałyśmy. Byliśmy pewni, że bez tego też damy radę. Oczywiście, jeśli dużo ćwiczymy, i co najważniejsze nie wstydzimy się mówić w innym języku przy obcych, to na pewno damy sobie radę. Jednak nie oszukujmy się – większość uczących się języka zwyczajnie wstydzi się nim mówić. Boimy się, że popełnimy błąd lub nasz akcent nie będzie idealny.

W takich przypadkach metoda lustra może okazać się zbawienna. Na początku będziemy czuć się głupio – przecież rozmawiamy z własnym odbiciem – jednak im szybciej zapomnimy o tym odczuciu, tym lepiej. Lustro pozwoli nam również zobaczyć nasze gesty. Tak przecież odbiorą nas egzaminatorzy podczas ustnej matury czy obcokrajowcy, którym będziemy tłumaczyć jak dojechać do hotelu. Warto zatem wykorzystać technikę, która pozwoli zapanować nad strachem, który powstrzymuje nas przed mówieniem, a przy okazji poprawimy również swoją gestykulację.

„A o czym miałbym mówić?”

Ta wątpliwość jest trochę taką wymówką. No bo o czym można mówić do siebie samego? Jeszcze zrobię z siebie większego pajaca i w dodatku to zobaczę. Błąd! Warto mówić o czymkolwiek. Zapomnijmy, że to ze sobą rozmawiamy. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy na rozmowie kwalifikacyjnej albo że plotkujemy z koleżanką na temat nowo poznanego chłopaka. Możemy mówić o planach wakacyjnych, ostatnio zwiedzonych zabytkach albo wziąć dowolną książkę lub gazetę z ilustracjami i spróbować opisać przedstawioną tamże sytuację.

Wiele osób ćwiczy głośne mówienie siedząc na kanapie – w porządku. Pamiętajmy jednak, że to nie przełamie zasadniczej bariery, która powstrzymuje nas przed mówieniem. Wystarczy, że usłyszymy ledwie szmer lub zdamy sobie sprawę, że właśnie do domu wrócił współlokator lub rodzice i nagle przestajemy mówić. Czujemy się zażenowani, bo może ktoś wyłapie nasze błędy. Boimy się tego nawet wtedy, gdy wiemy, że np. nasi rodzice nie znają języka, którego się uczymy. Jak więc w ogóle mogą usłyszeć nasze błędy?

Magia lustra

Matury zbliżają się wielkimi krokami, zatem warto wykorzystać pozostały czas jak najlepiej. Metoda lustra może być przez wielu odebrana jako: godna politowania, oczywista lub mało przydatna. Jednak każdy sposób nauki jest dobry. Tak, jak przy osłuchaniu się wykorzystujemy ulubione seriale czy filmy, podobnie i tutaj możemy porozmawiać na dowolny, wybrany przez siebie temat. Nawet jeśli mamy znajomego, z którym moglibyśmy poćwiczyć mówienie, to ja i tak zachęcam do samodzielnego rozmawiania przed lustrem.

Panuje powszechne przekonanie, że matura ustna to tylko formalność. Zapewne w wielu przypadkach tak jest, bo jak niektórzy twierdzą: „tego nie da się nie zdać”. Ale czy nie lepiej wyjść z sali z maksymalną liczbą punktów? Egzamin, który z pozoru jest formalnością, wiąże się także z ogromnym stresem, i nie możemy przewidzieć jak w tej sytuacji zachowa się nasz organizm. Nagle może okazać się, że strach nas sparaliżuje i nie powiemy wszystkiego, co istotne, w konsekwencji czego stracimy punkty.

Zapomnijmy o zażenowaniu i poćwiczmy wcześniej przed lustrem. Nawet jeśli ktoś z domowników będzie się z nas śmiał, to pamiętajmy, że uczymy się dla siebie. To, ile czasu poświęcimy na szlifowanie języka, przełoży się później na jakość potencjalnych spotkań z obcokrajowcami. Metoda lustra może pomóc nam prokonać barierę, która powstrzymuje nas przed mówieniem i następnym razem, gdy zatrzyma nas obcokrajowiec i zapyta o drogę, bez wahania mu pomożemy, zamiast tchórzyć  – mówiąc, że nie znamy języka.


Autorką tekstu jest Anna Gredecka.

Język szorski na tle innych języków turkijskich – część I

Wracam do tematu języka szorskiego. Poprzednim razem pisałam o jego sytuacji, a także o cyklu lekcji, który powstał jako jedna z inicjatyw minionego właśnie Roku Języka Szorskiego. Teraz chciałabym skupić się na samym języku i jego miejscu wśród innych języków turkijskich. Jako punkt odniesienia do porównań posłuży mi przede wszystkim kirgiski, a także w mniejszym stopniu jakucki – te dwa języki porównywałam już kiedyś na blogu Kirgiski.pl.

Dziś napiszę przede wszystkim o czynnikach, które miały wpływ na rozwój szorskiego na tle kirgiskiego i jakuckiego, a następny artykuł poświęcę konkretnym przykładom gramatycznym i leksykalnym. Najpierw jednak kilka słów o miejscu języka szorskiego w klasyfikacjach języków turkijskich, o których też już pisałam.

Jak to bywa z klasyfikacjami, przynależność szorskiego do określonych grup w każdej wygląda inaczej. W klasyfikacji Radłowa język szorski znalazł się w grupie wschodniej wraz z tuwińskim, chakaskim, tofalarskim, czułymskim oraz językami / dialektami ałtajskimi. Ramstedt zrobił podobnie, lecz grupę tę nazwał północną. Według Samojłowicza zaś szorski należy do grupy ujgurskiej, która tworzy dość zaskakujący zbiór: oprócz szorskiego, chakaskiego, tuwińskiego i tofalarskiego w tej grupie znalazł się też… staroujgurski, jakucki i dołgański. W bardziej rozbudowanej klasyfikacji Achatowa szorski należy do grupy syberyjsko-ałtajskiej i podgrupy chakaskiej. Jeszcze bardziej wielopoziomowa klasyfikacja Baskakowa umieszcza szorski w grupie wschodniohunnickiej, podgrupie oguzo-ujgurskiej i jeszcze mniejszej jednostce obejmującej języki chakaskie. Natomiast u Tekina i Djaczka wzmianki o szorskim nie ma w ogóle.

W klasyfikacjach można się pogubić, jednakże w jednym są zgodne: szorski jest najbliższy językom innych narodów południowej Syberii, a zwłaszcza chakaskiemu. Tym ciekawsze będzie porównywanie go z kirgiskim, który ani razu nie znalazł się z nim w jednej grupie.

Co łączy, a co dzieli te języki? Pisząc o jakuckim i kirgiskim, poświęciłam wiele słów temu, co w dużym stopniu wpływa na kształtowanie się języka, czyli historii, religii, środowisku i sąsiedztwu. Te hasła mogą brzmieć ogólnikowo, lecz przykłady z wymienionych języków wskazują, że czynniki te mają bezpośredni wpływ na zapis i słownictwo. Spróbujmy więc porównać trzy narody i języki pod tym względem.

Wszystkie trzy narody, o których mowa, wywodzą się z południowej Syberii. Przodkami Jakutów byli najprawdopodobniej nadbajkalscy Kurykanie, a Kirgizów – Kirgizi jenisejscy. O tym, jak ci pierwsi mogli trafić nad Lenę, a drudzy w Tien-szan, nadal toczą się dyskusje. Faktem jest natomiast, że w słownictwie jakuckim istnieją naleciałości mongolskie, które mogły się pojawić jeszcze przed wielką wędrówką. Zapożyczenia tunguskie i paleoazjatyckie pojawiły się w jakuckim później, zaczerpnięte od współczesnych sąsiadów – odpowiednio Ewenków i Jukagirów. Z kolei w języku kirgiskim, otoczonym innymi językami turkijskimi, znaczna ilość zapożyczeń pochodzi z perskiego i arabskiego – za sprawą religii, o czym będzie mowa poniżej. Język szorski kształtował się natomiast najpierw pod wpływem języków uralskich i mongolskich, a potem rosyjskiego.

A co z religią? Wszystkie narody turkijskie posiadały swój zespół tradycyjnych wierzeń, oparty na kulcie sił przyrody, o którym można by napisać oddzielny artykuł. W VIII-XII w. Kirgizi stopniowo przyjmowali islam, zachowując jednak wiele przedmuzułmańskich obrzędów. Wraz z islamem przyjęli duży zasób słów arabskich i perskich, czego nie doświadczyli Jakuci ani Szorowie. Wymienione narody Syberii nigdy nie były muzułmanami i w związku z tym dłużej przechowały tradycyjne wierzenia, aż do powierzchownej często chrystianizacji przez rosyjskich misjonarzy. Odzwierciedlają to także pojęcia związane z edukacją, która przez wieki była związana z religią. Weźmy takie pojęcia jak książka, szkoła i nauczyciel. W języku kirgiskim mają one źródłosłów arabski (odpowiednio китеп, мектеп, мугалим). W jakuckim wyraźne jest ich rosyjskie pochodzenie (кинигэ, оскуола, учуутал). W szorskim zaś jest jeszcze ciekawiej. Słowo „książka” (ном) wygląda na zapożyczenie perskie, „szkoła” (шқол) pochodzi z rosyjskiego, a „nauczyciel” to rodzime, turkijskie słowo ӱргедигчи.

Z tym tematem nieodłącznie wiąże się kwestia rusyfikacji. Ziemie Szorów i Jakutów zostały podbite przez Rosjan już w XVII w., a więc znacznie wcześniej niż Turkiestan, który ostatecznie stał się częścią imperium w 1867 r. Stąd też zapożyczenia rosyjskie w jakuckim i szorskim pojawiły się wcześniej niż w kirgiskim, a na przestrzeni wieków ich postać została zmieniona przez fonetykę danego języka.

Wszystko to można prześledzić także na przykładzie piśmiennictwa, które przeżywało bardziej lub mniej burzliwe etapy rozwoju. Pominę w tej chwili ogół dziedzictwa literackiego z twórczością epicką na czele i skupię się na samym zapisie. Początki piśmiennictwa kirgiskiego, sięgające jeszcze państwa Kirgizów jenisejskich, to staroturkijskie pismo runiczne. Wraz z przyjęciem islamu język kirgiski zaczęto zapisywać alfabetem arabskim. Tymczasem jakucki i szorski na początki piśmiennictwa musiały poczekać aż do XIX w. Wówczas z inicjatywy wspomnianych rosyjskich misjonarzy zostały opracowane alfabety tych języków, oparte na cyrylicy, w celu drukowania literatury religijnej. W 1819 r. w Irkucku ukazał się jakucki katechizm – pierwsza drukowana książka w tym języku. Pierwszą książką w języku szorskim był natomiast przekład Biblii wydany w 1883 r. w Kazaniu przez Iwana Sztygaszewa, pierwszego szorskiego duchownego. Alfabety te były jeszcze niejednokrotnie modyfikowane.

Nowa fala zainteresowania alfabetami nastąpiła we wczesnym ZSRR i objęła wszystkie trzy omawiane dziś języki. W latach 20. zyskały one nowe alfabety i elementarze. W przypadku szorskiego i jakuckiego była to cyrylica, w przypadku kirgiskiego – zreformowany arabski. Wkrótce wśród wszystkich turkijskich narodów ZSRR zaczęto propagować zmodyfikowane alfabety łacińskie. Tendencja ta nie trwała jednak długo. Druga połowa lat 30., kojarzona ze stalinowskimi czystkami, przyniosła także odwrót władzy radzieckiej od głoszonej wcześniej otwartości na kultury i języki nierosyjskich narodów. Alfabety łacińskie zastąpiono cyrylicą, nauczanie wielu języków w szkołach ograniczono, a innych całkowicie zaniechano. Wśród narodów najbardziej dotkniętych zmianami mieli nieszczęście znaleźć się Szorowie – o tym, jak doszło do wyniszczenia ich kultury, pisałam w poprzednim artykule.

Miałam pisać o języku szorskim – a wplotłam w tekst tak dużo o Kirgizach i Jakutach. Wszystko po to, by pokazać, jak różne i jak podobne na poszczególnych etapach historii były ich ścieżki rozwoju. W kolejnym artykule skupię się już na porównaniu czysto językowym, a podobieństwa i różnice przyniosą niejedno zaskoczenie.


Przeczytaj również:

Różnorodność języków turkijskich

Klasyfikacje języków turkijskich – część 1

Klasyfikacje języków turkijskich – część 2

Teoria ałtajska

Przykład języka zagrożonego – czyli po co mi ten szorski?

5 zagadnień, które utrudniają Polakom naukę języka perskiego

Perski nie jest językiem ekstremalnie trudnym, choć w rankingu trudności języków opracowanym przez Foreign Service Institute (FSI) działającym przy Departamencie Stanu USA, zaliczany jest do kategorii IV. Oznacza to, że by się go nauczyć, osoba anglojęzyczna potrzebuje 44 tygodni (w tej samej kategorii znajduje się język polski). Inne języki orientalne, takie jak arabski, japoński czy koreański zaliczone zostały do najtrudniejszej – V kategorii (88 tygodni).

Pomimo że perski to język indoeuropejski, i co za tym idzie, ma tego samego przodka co język polski, początkujący uczniowie napotykają na szereg zagadnień sprawiających im trudność. Największą przeszkodą jest pismo. Wiele osób chce się uczyć perszczyzny, ale nie ma ochoty uczyć się pisma lub szybko się zniechęca. Oczywiście możliwa jest nauka bez poznawania oryginalnego zapisu. Istnieją nawet podręczniki bazujące w całości na łacińskiej transkrypcji, jednakże chcąc opanować język perski na poziomie trochę wyższym niż tzw. „komunikatywny”, nie unikniemy nauki pisma, ponieważ pismo perskie to nie tylko narzędzie, ale i element kultury.

  • Pismo

Do zapisu języka perskiego używa się zmodyfikowanego pisma arabskiego (28 liter arabskich + 4 nowe znaki). Pismo arabskie nie jest dostosowane do zapisu języków indoeuropejskich, ponieważ pomija zapis samogłosek. O ile w językach semickich to nie problem, to w przypadku języka perskiego, adaptacja pisma spółgłoskowego zaowocowała szeregiem wyjątków lub wieloznaczności. Ponieważ samogłoski historycznie krótkie nie są uwzględniane w piśmie perskim, prawidłowy odczyt może okazać się niemożliwy w przypadku, gdy nie znamy danego słowa. A rozpoczynając naukę języka, nie znamy praktycznie większości z nich.
Dodatkowo dużą trudność początkującym sprawia fakt, że niektóre perskie litery łączą się z kolejnymi, a niektóre nie. Nauki pisma nie ułatwia także podobieństwo liter, które mają ten sam kształt, a różnią się jedynie położeniem kropek.

Przykład:

Wyraz کره można przeczytać jako:
[kore] – Korea lub kula
[kare] – masło
[korre] – źrebię

Zapisane są jedynie spółgłoski [k-r-h], gdzie [h] na końcu wyrazu służy do zapisu samogłoski [-e].

  • Zapożyczenia

Zasób leksykalny współczesnego języka perskiego to w większości zapożyczenia. Największy ich odsetek stanowią słowa pochodzące z języka arabskiego. Ich wymowa została sperszczona i jest łatwiejsza dla Polaka niż wymowa arabska. Dodatkowo w języku perskim funkcjonują pożyczki ze współczesnych języków europejskich, głównie z języka angielskiego, francuskiego, rosyjskiego. W perskim znajdziemy też słowa tureckie oraz greckie.

Szacuje się, że słowa rdzennie perskie to jedynie 30-40% całego systemu leksykalnego. Słowa zapożyczone to dodatkowe utrudnienie dla osób uczących się tego języka. Zapis słów pochodzenia arabskiego nie jest intuicyjny. Niektórym fonemom odpowiadają aż trzy lub cztery różne znaki, czyli jest to jeszcze bardziej skomplikowane niż polskie pary grafemów u i ó czy rz i ż Dochodzi do tego np. arabska liczba mnoga łamana, a czasem nawet liczba podwójna. Zapis lub odczyt zapożyczeń transkrybowanych z języków europejskich sprawia trudność nawet Irańczykom, zwłaszcza gdy są to słowa długie.

Przykład:

fonem /z/ zapisany na cztery różne sposoby

ذ ذهن [zehn] umysł
ز زرد [zard] żółty
ض ضرب [zarb] uderzenie
ظ ظهر [zohr] południe

  • Konstrukcja izafetowa

Konstrukcja izafetowa to najpopularniejsza i najważniejsza konstrukcja składniowa języka perskiego. Służy do sygnalizowania i wyrażania związków między wyrazami. Łącznik występujący w konstrukcji ma postać nieakcentowanego [-e], które pojawia się pomiędzy członami konstrukcji izafetowej.

W nauce przeszkadza nie tylko wszechobecność tej struktury, ale również jej budowa. Szyk wyrazów jest stały: na pierwszym miejscu stoi wyraz określany, na drugim (i na kolejnych) wyrazy określające. W języku polskim jest odwrotnie, zdecydowanie częściej mówimy „biały dom”, „ciekawy film”, niż „dom biały” czy „film ciekawy”.
W sytuacji, gdy konstrukcja izafetowa składa się z wielu elementów, może przybierać formę długiego łańcucha, w którym określenia mogą same przybierać formę jeszcze jednej konstrukcji izafetowej.

Przykład:

خانه بزرگ پسر جوان همسایه ما
[chāne-je bozorg-e pesar-e dżawān-e hamsāje-je mā]
Duży dom młodego syna naszego sąsiada.

  • Szyk wyrazów w zdaniu

W perskim języku oficjalnym, podobnie jak w łacinie, czasownik występuje na końcu zdania. Jest to język typu SOV (podmiot-dopełnienie-orzeczenie). Z kolei język polski to typ SVO (podmiot-orzeczenie-dopełnienie).
Najczęstszym błędem w początkowym stadium nauki jest dosłowny przekład tego, co uczeń chce powiedzieć. Zaczyna myśleć po polsku i automatycznie rozpoczyna zdanie od zestawu podmiot + orzeczenie, a następnie rozwija myśl, dodając dopełnienie.

Przykład:

با ماشین به خانه می روم.
[bā māszin be chāne mi-rawam]
dosłownie: Samochodem do domu jadę.

  • Język potoczny

Perski język potoczny znacznie różni się od pisanego języka literackiego oraz oficjalnego mówionego. Między innymi zmienia się w nim szyk zdania (orzeczenie wskakuje na początek), tematy czasownikowe ulegają skróceniu, zanikają niektóre przyimki. W mowie potocznej stosowane są bardzo często tzw. zaimki sufigowane, które w zależności od kontekstu mogą wyrażać dopełnienie bliższe lub dalsze.
Kontakt osoby początkującej z szybkim, ulicznym językiem potocznym może skutkować brakiem zrozumienia nawet najprostszych zdań i konstrukcji.

Przykład:

Zdanie: Jadę/idę do domu.

język oficjalny język potoczny
[be chāne mi-rawam] [mi-ram chune]
به خانه می روم. می رم خونه.

Pomimo trudności, które tu opisałam, języka perskiego można się nauczyć. Najtrudniejszym zagadnieniem jest nauka pisma. Warto, by na tym etapie ktoś pomagał osobie początkującej, ponieważ można się szybko zniechęcić. Przy regularnych ćwiczeniach i samozaparciu, pismo perskie można opanować w ciągu 4-8 tygodni.

Potem będzie już tylko z górki, ponieważ perski to nie tylko trudności, ale i ułatwienia (np. brak odmiany przez przypadki, brak kategorii rodzaju). Nie bez powodu nazywany jest przez Irańczyków „najsłodszym z języków”.


Katarzyna Javaheri-Szpak

Od blisko 10 lat uczę języka perskiego. Uczyłam studentów, żołnierzy, lekarzy, filologów, pasjonatów języków oraz fascynatów Orientu. Nauka przebiegała zarówno stacjonarnie, jak i online.
Jestem współautorką pierwszego, i jak dotąd jedynego, słownika persko-polskiego. Obecnie pracuję nad materiałami, które mają na celu ułatwić naukę perskiego osobom polskojęzycznym. Prowadzę również bloga językowego www.jezykperski.pl oraz profil na Facebooku @kursperskiego.


Zobacz również:

Peterlin na Woofli – wprowadzenie

Peterlin 2 – studia przypadku czyli powrót do przeszłości

Peterlin 6bis – czego się uczyć? Dalsze kryteria.

Peterlin 9. Kiedy przestać się uczyć. Kilka iluzji.

Poligloci – jak oni to robią?

poliglociPoligloci i ich umiejętności to temat kontrowersyjny. Wśród osób uczących się języków wzbudzają skrajne emocje: podziw, niedowierzanie, zdumienie, zazdrość. Nie jest łatwo jednoznacznie określić, czy znajomość kilku(nastu/dziesięciu!) języków zawdzięczają wyłącznie własnej ciężkiej pracy, czy też jest to raczej swego rodzaju talent. Dla wielu są osobami godnymi naśladowania; wydaje się, że skoro oni mogą tyle osiągnąć, to każdy inny śmiertelnik również. Inni jednak patrzą na poliglotów z dużym dystansem czy wręcz nieufnością. A jak jest naprawdę?

Zacznijmy od zdefiniowania pojęcia „znajomość języka”. Gdzie leży granica, po której przekroczeniu możemy powiedzieć, że jakiś język "znamy"? Według standardów Komisji Europejskiej istnieje sześć poziomów biegłości językowej (A1-C2), a do osiągnięcia najwyższego wymagana jest znajomości wyrażeń idiomatycznych i kolokwialnych, rozumienie praktycznie wszystkiego, co się przeczyta i usłyszy, umiejętność streszczania informacji i różnicowania odcieni znaczeniowych. Przeciętnie uzdolniona osoba potrzebuje przynajmniej kilku lat intensywnej nauki, aby osiągnąć taki poziom.

Nie tylko definicja znajomości języka jest ważna, ale również to, jak się ją interpretuje. Przyjmuje się, że native speakerzy są odpowiednimi kandydatami do sprawdzenia, w jaki stopniu badany posługuje się ich językiem. Niestety, taka ocena nie zawsze jest miarodajna i bardzo się różni w zależności od kultury i  kraju pochodzenia "jurora". W niektórych regionach świata autochtoni bardzo entuzjastycznie i pozytywnie zareagują na obcokrajowca znającego absolutne podstawy ich języka i z zachwytem powiedzą: „You speak X language very well!” czy „Oh, you can speak my language!”. Nieraz okazuje się, że adept ledwie potrafi się przywitać, przedstawić i zamówić coca-colę w restauracji. Inni natomiast oceniają bardzo krytycznie; słysząc obcokrajowca mówiącego dość płynnie np. po hiszpańsku czy francusku, zwracają dużą uwagę nawet na drobne błędy gramatyczne oraz obcy akcent. Mogą wręcz stwierdzić, że dana osoba nie ma bladego pojęcia o ich języku. Nawet w obrębie jednego kraju i języka, w tym przypadku niemieckiego, po rozmowie z wieloma Niemcami spotkałam się ze skrajnie różnymi opiniami dotyczącymi mojej znajomości ich języka (oceniam, że jestem na poziomie B2). Niektórzy nie wierzyli, że jestem z Polski, ponieważ „znam niemiecki za dobrze”, a byli i tacy, którzy potrafili bez owijania w bawełnę powiedzieć: „Rozumiem, co mówisz, ale robisz dużo błędów i masz silny, śmieszny akcent”.

Trzecią kwestią jest grupa językowa. Inny wysiłek wkłada się w naukę trzech języków z grupy słowiańskiej lub germańskiej, a inny w naukę języków z różnych grup. Norweg bez znajomości szwedzkiego będzie w stanie porozumieć się ze Szwedem, a Polak nieznający języka słowackiego, bez większego problemu powinien dogadać się ze Słowakiem. Otwarte pozostaje pytanie, czy osoba, która „zna” kilka bardzo do siebie podobnych języków jeszcze mieści się w definicji poligloty.

Wielka legenda – Mezzofanti

Kardynał Giueseppe Mezzofanti to postać historyczna i legenda zarazem. Według różnych źródeł znał od 38 do nawet 58 języków. Mówiono, że każdy, kto z nim rozmawiał, był pod wrażeniem jego umiejętności i zdolności językowych, a sam Mezzofanti twierdził, że to dar od Boga. Duchowny opiekował się chorymi z różnych zakątków świata, mowy uczył się od nich i był zarazem jedyną osobą, która umiała się z nimi porozumieć. Twierdzono, że Mezzofanti był w stanie w dwa tygodnie nauczyć się nowego języka. Warto zastanowić się, czy to rzeczywiście możliwe.

Dwieście lat temu, za znajomość języka była uważana umiejętność rozumienia i tłumaczenia tekstu, natomiast w dzisiejszych czasach brane są pod uwagę cztery kompetencje: pisanie, czytanie, mówienie oraz rozumienie ze słuchu. Ponadto Mezzofanti na ogół spotykał swoich rozmówców w sytuacjach oficjalnych, kiedy pytania i zwroty grzecznościowe się powtarzały, a odpowiedzi były łatwe do przewidzenia. Nie rozmawiano o sprawach prywatnych, dlatego Mezzofanti nie musiał posługiwać się szczególnie rozbudowanym słownictwem, aby stworzyć iluzję, że doskonale zna dany język. Tutaj ponownie wracamy do kwestii związanej z tym, że znajomość języka była oceniana przez native speakera, którego zdanie może nie być adekwatne do rzeczywistych umiejętności ocenianego.

Mezzofanti dzisiejszych czasów – Alexander Arguelles

Alexander Arguelles zna 38 języków, jednak sporo z nich wykorzystuje tylko do lektury. Jego dzień zaczyna się już o 3 rano. Siada przy biurku i przez kilkanaście godzin uczy się – ćwiczy pisanie i czytanie w językach takich jak arabski, chiński czy sanskryt. Według niego istnieją trzy rodzaje poliglotów: geniusze pokroju Einsteina, występujący rzadko, którym nauka przychodzi bardzo łatwo oraz którzy są niezwykle mądrzy i utalentowani w wielu dziedzinach. Drugi rodzaj to ludzie, którzy z nauką języków nie mają większych trudności. Trzecia grupa to osoby, które swoje umiejętności zawdzięczają wyłącznie poświęceniu, motywacji i samozaparciu, a przede wszystkim zainteresowaniu tematem. Alexander Arguelles zaliczył się do ostatniej z tych grup.

Prowadzi on zeszyt, w którym zapisuje dokładną liczbę godzin spędzoną nad książkami. W ciągu 456 dni aż 4454 godzin poświęcił na naukę. Skąd czerpie motywację do tak intensywnej nauki? Jego obsesję językową mogła spowodować trauma z dzieciństwa, związana z wypadkiem, w  wyniku którego jego brat stał się niepełnosprawny. Sam Arguelles tak to tłumaczy: „Przez to, że mój brat praktycznie stracił życie, mam poczucie, że muszę robić w swoim życiu dwa razy więcej –  za siebie i za niego.”

Inni znani poligloci

Ziad Fazah; do roku 1998 widniejący na liście rekordów Guinessa, podobno znał „płynnie” 56 języków. Rok wcześniej wystąpił w programie telewizyjnym, w którym miał udowodnić swoje umiejętności. Native speakerzy rozmawiali z nim na relatywnie proste tematy i zadawali pytania. Ziad Fazah nie poradził sobie jednak z tym wyzwaniem, zapytany po rosyjsku „Jaki dzisiaj jest dzień?” i po chińsku „Jak nauczyłeś się chińskiego?” nie umiał odpowiedzieć, a w związku z tym jego umiejętności zostały postawione pod dużym znakiem zapytania.

Lomb Kató; węgierska poliglotka, tłumaczka i autorka książki „How I Learn Languages”, również twierdziła, że poliglotyzm nie jest skutkiem talentu, lecz ciężkiej pracy i motywacji. Zapytana, czy można znać kilkanaście języków, odpowiedziała: „Nie, nie można. Przynajmniej nie na takim samym poziomie.”

Emil Krebs; hiperpoliglota i dyplomata jest kolejną zagadką. Po śmierci, jego mózg został poddany badaniom, w celu sprawdzenia, czy jego struktura jest w jakiś sposób wyjątkowa. Okazało się, że komórki nerwowe i ich układ u poligloty wyglądał, i prawdopodobnie też działał, inaczej, niż u przeciętnego człowieka. Nie wiadomo jednak, czy takie nietypowe struktury wykształcił się w trakcie życia Emila Krebsa, czy też poliglota już się z nimi urodził.

Poliglotyzm społeczny

W wielu krajach świata występuje wielojęzyczność. Nie jest niczym dziwnym, że dana osoba na co dzień posługuje się trzema czy czterema językami i ma je opanowane na wysokim poziomie. Mieszkańcy Indii mówią bardzo wieloma różnymi językami, a niektórzy posługują się nawet ośmioma! Czy to kwestia talentu, a może uwarunkowań genetycznych? Odpowiedzi należy doszukiwać się raczej na gruncie socjologii. W Indiach istnieje powiedzenie: „jeżeli nie mówisz – nie jesz”. Oznacza tyle, że osoba jednojęzyczna nie jest w stanie funkcjonować w społeczeństwie – aby móc porozumiewać się z otoczeniem, a nawet a członkami własnej rodziny, musi znać przynajmniej kilka języków.

Będąc w Egipcie czy Turcji, można zaobserwować sytuacje, w których handlarze na bazarach i w sklepach obsługując turystów posługują się kilkoma językach: angielskim, rosyjskim, niemieckim, a czasami nawet i polskim. Poza tym, między sobą rozmawiają jeszcze w innym. Nie nauczyli się ich dla przyjemności, lecz z potrzeby. Willy Bradt mądrze powiedział „Jeśli coś Ci sprzedaję, mówię w Twoim języku. Jeśli to ja kupuję, dann müssen Sie Deutsch sprechen.” Co prawda ich poziom znajomości języków obcych jest daleki od tego prezentowanego przez rodzimego użytkownika, ale to im wystarcza, aby porozumieć się z turystą i wcisnąć mu towar.

Hiperpoligloci

Po przeczytaniu książki traktującej o zagadnieniu poliglotyzmu oraz po obejrzeniu niemałej liczby filmów na YouTube, w których wielu (hiper)poliglotów pokazuje swoje umiejętności, doszłam do wniosku, że rzeczywiście można nauczyć się kilku(nastu) języków, bez posiadania szczególnego talentu czy wyjątkowych predyspozycji. Jest to kwestia samozaparcia, motywacji, zainteresowania tematem i ogromnej ilości poświęconego czasu. Jeżeli ktoś twierdzi, że zna nie kilkanaście, lecz kilkadziesiąt języków, wtedy mamy dwie możliwości: albo uwierzyć, że stoi przed nami geniusz, albo się roześmiać i machnąć ręką, nie wierząc, że jest możliwe opanowanie aż tylu języków w czasie kilkunastu/dziesięciu lat. Istnieją nie tylko ograniczenia czasowe, ale również fizyczne. Większość osób doświadczyła sytuacji, w której ucząc się czy pracując, natrafiła na „ścianę”, która blokowała przyswajanie informacji i powodowała niemożność skupienia się. Ci, którzy w tym samym czasie musieli używać dwóch lub więcej języków, wiedzą, jak wymagające jest przełączanie się z jednego na drugi i że można to robić tylko przez jakiś czas, potem człowiek zaczyna się jąkać, nie może szybko znaleźć właściwych słów.

Hiperpoligloci dzisiejszych czasów sami twierdzą, że znajomość kilkudziesięciu języków graniczy z cudem. Na Youtubie można znaleźć kilka filmików z Richardem Simcottem w rodzaj: „Richard Simcott speaking 40 langauges”. Sam Richard nie twierdzi, że zna aż tyle języków, lecz właśnie tylu się (kiedyś) uczył i zna je na różnych poziomach. Lomb Kató uczyła się swojego szesnastego języka będąc już w podeszłym wieku i również sądzi, że nie można mówić biegle we wszystkich z nich. W filmiku „European speaking 19 langauges”, Vladimir Skultety przedstawia się w każdym z języków, który „zna” i opowiada, jak się go nauczył. Przy kilku zaznacza jednak, że w przygotowanie jego wypowiedź uczestniczył kolega i że sam, na co dzień, tak nie mówi. Hiperpoligloci tacy jak Mezzofanti czy Emil Krebs mogli być wybitni i rzeczywiście mieć duże predyspozycje do zostania geniuszami językowymi, ale, jak na razie, nie da się tego jednoznacznie udowodnić.

Kilka słów na koniec

Każdy z nas rodzi się z innymi cechami i talentami. Niektórzy dobrze gotują, inni piszą wiersze, a jeszcze inni mają bardzo wysokie IQ. Niemal każdy z nas ma znajomego o wybitnych zdolnościach matematycznych, czy też świetnie grającego na pianinie. Mając odpowiednie predyspozycje, łatwiej osiągnąć sukces w danej dziedzinie, natomiast nie jest to warunek wystarczający. Niektórzy poligloci mogą posiadać swego rodzaju „talent”, lecz kluczem do władania wieloma językami jest włożony wysiłek oraz czas poświęcony na naukę. Nikt nie zostanie świetnym muzykiem, jeśli nie spędzi przy swoim instrumencie wielu godzin każdego dnia, ani świetnym matematykiem uprzednio nie rozwiązawszy ogromnej liczby zadań, czy najlepszym piłkarzem, jeśli będzie opuszczał treningi. Jeżeli nie odczuwasz potrzeby znajomości dziesięciu języków, lecz chcesz po prostu nauczyć się np. angielskiego, ponieważ w dzisiejszych czasach jest to język "pierwszej potrzeby", oraz do tego np. włoskiego, bo często spędzasz wakacje na Półwyspie Apenińskim, to nie pozostaje nic innego, jak wziąć książkę w dłoń i zabrać się do nauki. Stwierdzenie, że: „nie nauczę się języka, bo nie mam talentu” to nędzna wymówka.


Zobacz również:

Myśl samodzielnie i nie patrz na innych, czyli krytyka poliglotów

Peterlin na Woofli – wprowadzenie

Peterlin 2 – studia przypadku czyli powrót do przeszłości

Przykład języka zagrożonego – czyli po co mi ten szorski?

turkijskie_na_woofli5W pierwszym wpisie o różnorodności języków turkijskich wspominałam o tych narodach i językach, które z powodu małej liczebności i braku jakiejkolwiek autonomii – nie mówiąc już o własnym państwie – są bardzo mało znane na arenie międzynarodowej (użyłam tam nawet sformułowania „prawie niewidoczne”). Dziś chciałabym się zatrzymać przy jednym z nich, na którym skupiałam swoją uwagę przez ostatnie pół roku. Mam na myśli język szorski.

Z wymienionych wyżej powodów nazwa tego języka z pewnością nie mówi Czytelnikom zbyt wiele. Zanim jednak przybliżę trochę naród i język, napiszę, w jaki sposób się nim zainteresowałam. Otóż na potrzeby bloga Enesaj.pl poszukiwałam różnych informacji i ciekawostek o językach turkijskich, zwłaszcza tych mniej znanych. Tym sposobem trafiłam na portal Tadarlar.ru – rosyjskojęzyczny portal o Szorach i języku szorskim, a na nim na informację o trwającym właśnie Roku Języka Szorskiego. Dowiedziałam się też, że na portalu jest dostępny dziesięcioczęściowy cykl lekcji tego języka – i to sprawiło, że, za zgodą redakcji portalu, postanowiłam go przetłumaczyć.

Szorowie to jeden z południowosyberyjskich narodów turkijskich, zamieszkujący głównie południową część obwodu kemerowskiego. Oprócz tego Szorowie żyją w Chakasji, Ałtaju, Kraju Krasnojarskim i Kraju Ałtajskim. Według ostatniego spisu ludności Federacji Rosyjskiej jest ich zaledwie ok. 13 tysięcy, z czego nie wszyscy władają językiem szorskim. Zarówno wstęp do pierwszej lekcji, jak i opublikowany na portalu apel w związku z Rokiem Języka Szorskiego, ukazują, jak trudna jest sytuacja tego języka, co wynika z historii tego narodu. Autonomię, czyli Górnoszorski Rejon Narodowy, mieli zaledwie przez kilkanaście lat – od 1926 do 1939 r. Wraz z jej likwidacją przestało się rozwijać szorskie piśmiennictwo, które i tak było wówczas młode. Oznaczało to więc całe pokolenia bez dostępu do szorskich książek i gazet, bez wydawania nowych podręczników i wznawiania starych, bez nauki szorskiego w szkołach. Ponadto uprzemysłowienie regionu (Zagłębia Kuźnieckiego) sprawiło, że Szorowie odeszli od tradycyjnego trybu życia. Wskutek tego w chwili rozpadu ZSRR językiem tym posługiwało się jedynie starsze pokolenie. Od tego czasu język szorski wrócił do ośrodków akademickich, szkół i wydawnictw, jednakże to nie wystarczyło, by powrócił też do życia codziennego Szorów. Lubow Czulżanowa, autorka cyklu lekcji szorskiego na portalu Tadarlar.ru, wspomina, że wiele dzieci nie zna nawet podstawowych słów, a starszych ubywa z roku na rok. W pięciostopniowej skali zagrożenia stosowanej przez UNESCO szorski ma status poważnie zagrożonego (stopień 3). Wśród innych zagrożonych języków turkijskich taki sam status mają m.in.: dołgański, gagauski, chaładż i tofalarski.

Dlaczego o tym piszę? Po części dlatego, żeby na konkretnym przykładzie ukazać, jak wymierają języki i jaki los może wkrótce spotkać co najmniej kilkanaście języków turkijskich. Zdaję sobie sprawę z tego, że od mojego pisania o szorskim i tłumaczenia lekcji nie poprawi się ani sytuacja języka, ani samych Szorów; tak samo, jak nie mogę powiedzieć, żebym przy tej okazji nauczyła się czegoś więcej, poza podstawami gramatyki i słownictwa. Pomimo wszystkich wyżej wymienionych okoliczności, a także tego, że w najbliższym czasie nie wybieram się na południe Syberii i nie znajdę sobie szorskich partnerów do rozmów, moje internetowe kontakty z tym językiem z pewnością nie poszły na marne. Przetłumaczenie dziesięciu lekcji z kursu Lubow Czulżanowej umożliwiło mi zagłębienie się w język turkijski inny niż kirgiski, a jednak w wielu aspektach bardzo do niego podobny. Dało mi to szerokie pole do porównań z uwzględnieniem podobieństw i zróżnicowania warunków, w jakich kształtowały się oba języki (tak, jak zrobiłam to kiedyś z kirgiskim i jakuckim). Tym porównaniom poświęcę następny artykuł.


Przeczytaj również:

Różnorodność języków turkijskich

Klasyfikacje języków turkijskich – część 1

Klasyfikacje języków turkijskich – część 2

Teoria ałtajska