Jak (nie) uczyć się języków obcych – część 1 – angielski

W komentarzu do podsumowania sierpnia Grzegorz poprosił mnie opisanie kolejnych etapów nauki języków, które opanowałem do poziomu B2 lub C1. Trudno mi to było przedstawić w komentarzu, jako że w moim życiu zdarzały się rozmaite wzloty i upadki – nie zawsze byłem miłośnikiem języków obcych, a różnych języków uczyłem się przy użyciu różnych metod, czasem lepszych, czasem gorszych. Niewątpliwie wyciągnąłem jednak z tego pewne wnioski, które pomogły mi w optymalizacji nauki. Mam nadzieję, że pomogą również wam. Dziś część pierwsza cyklu będącego w pewnym sensie czymś w rodzaju rozliczenia z przeszłością – „Jak (nie) uczyć się języków obcych – część 1".

Na pierwszy ogień pójdzie język angielski, czyli ten za którym przepadam najmniej z racji swojej popularności. Wkurza mnie gdy na każdym kroku jestem nim bombardowany i spotykam turystów, którzy wymagają od innych by ten język znali. Ale odrzućmy na bok moje osobiste poglądy i skupmy się na tym co stanowi istotę tego artykułu.

Jako dziecko naturalnie nie czułem potrzeby nauki języków obcych. Nie to, że nie miałem żadnych ambicji – bywało i wtedy, że nauczyłem się liczyć po włosku, ale wynikało to raczej z faktu mojego zamiłowania do historii starożytnego Rzymu niż z chęci opanowania języka. Zresztą jakiemu dziecku, które nie żyje w dwujęzycznym środowisku język ma się wydawać do czegoś przydatny?

Siłą rzeczy od najmłodszych lat miałem do czynienia z językiem angielskim, który dominuje we wszelkiego rodzaju muzyce jaką można usłyszeć w radiu. Jednak niespecjalnie korciło mnie, żeby zrozumieć teksty piosenek. Pierwszy raz poczułem, że przydałoby się tego języka nauczyć, gdy nadszedł rok 1997 i gdy otrzymałem komputer. Polskojęzyczne wersje gier były wtedy niesłychanie rzadkie, więc chcąc pojąć o co chodzi w fabule musiałem siłą rzeczy starać się zrozumieć język angielski. O tym jaki wpływ na moją znajomość angielskiego miała gra Starcraft pisałem już wcześniej. Moja chęć zrozumienia fabuły była tak ogromna, że spisałem do zeszytu wszystkie możliwe dialogi z gry – większość z nich po pewnym czasie umiałem już na pamięć. W razie potrzeby korzystałem z pomocy słownika angielsko-polskiego, ale robiłem to w sumie rzadko zawsze starając się najpierw zrozumieć słowa z kontekstu. Dodam, że pracę z fabułą Starcrafta zaczynałem kompletnie od zera – nie miałem zielonego pojęcia o angielskiej gramatyce. Ech, aż się łezka w oku kręci, gdy sobie przypomnę jak nie mogłem w słowniku czasem znaleźć form czasu przeszłego rozmaitych czasowników… Fakt faktem mimo pewnych minusów w postaci słabego zaplecza edukacyjnego ten rodzaj nauki miał jeden zasadniczy czynnik, bez którego uważam naukę języka za bardzo trudną – pasję i zapał. A jeśli ktoś jest ciekaw zawartości samych dialogów to tutaj daję linki do pełnych skryptów: http://www.gamefaqs.com/pc/25418-starcraft/faqs/53600 – Starcraft
http://www.gamesradar.com/pc/starcraft-brood-war/faq/g-2005120716370866311645/c-280495 – Starcraft: Brood War

Naturalnie po przygodzie ze Starcraftem nie potrafiłem mówić płynnie po angielsku – tzn. potrafiłem być w miarę kontaktowy i coraz rzadziej używałem słownika czytając, ale nie posiadałem większej wiedzy na temat gramatyki, bardziej miałem natomiast opanowane słownictwo używane w tematyce legend i wojen gwiezdnych niż codziennego użytku. Od pierwszej klasy LO zacząłem mieć jednak angielski w szkole i te zaległości nadrobiłem – był to jeden z niewielu przypadków, w których nauka w szkole się na coś przydała. W międzyczasie uczęszczałem też do szkoły językowej JDJ w Poznaniu, ale generalnie uważałem to za stratę pieniędzy. Nie byłem zafascynowany tym językiem, specjalnie w domu się go nie uczyłem, może oprócz czytania książek i stron internetowych od czasu do czasu i mimo to bez większych problemów zdałem rozszerzoną maturę na 85%.

Następnie przyszły studia, na których znacznie częściej przydawał się język rosyjski (wschodoznawstwo) i muszę przyznać, że jeśli chodzi o kwestie językowe to był to czas stracony. Osiadłem bowiem na laurach, niesłusznie twierdząc, że jakoś ten angielski umiem i więcej go ćwiczyć nie trzeba – miałem więc kilkuletnią przerwę. Nie znaczy to, że kompletnie go nie używałem, owszem czasem się zdarzało, że coś czytałem, tłumaczyłem teksty piosenek, oglądąłem filmy bez napisów ale było to tak niesystematyczne, że mogło co najwyżej spowolnić proces zapominania języka, w większości było też zorientowane wyłącznie na pasywną funkcję języka.  Reasumując – zrobienie przerwy w nauce języka to NAJGORSZA rzecz jaką możesz sobie zafundować.

Oprzytomniałem stosunkowo niedawno – rok temu pojechaliśmy z moją dziewczyną na Litwę, gdzie mieszkaliśmy u Litwinów, z którymi rozmawialiśmy po angielsku (i po litewsku – zawsze staram się opanować przynajmniej najbardziej podstawowe słownictwo gdy gdzieś jadę, ale o tym napiszę kiedy indziej). Z dogadaniem się nie było żadnych problemów niezależnie od tematu – mogła to być historia, muzyka, języki, praca, życie codzienne – wszystko. Jednak strasznie głupio się czułem wiedząc, jak często popełniam błędy gramatyczne, do tego stopnia, że przy używaniu trybów warunkowych wspomagałem się rosyjskim, który moi gospodarze również znali. Postanowiłem więc gruntownie powtórzyć wszystkie kwestie gramatyczne, a następnie przede wszystkim ćwiczyć język – bo regularna praktyka to podstawa, nawet gdy uważasz, że już dany język opanowałeś.

Obecnie jest już znacznie lepiej – swój poziom mogę określić gdzieś pomiędzy B2 a C1 (pasywna znajomość nawet C1/C2, aktywna raczej bliżej B2 – moim zdaniem określanie jednego poziomu dla pisania, mówienia, czytania i słuchania mija się trochę z celem), cały czas go doskonalę, ale specjalnie mi się nigdzie nie spieszy. Wolę traktować angielski jako narzędzie do nauki innych języków niż jako cel sam w sobie. Cały czas jednak żałuję tego, że tak naprawdę poza starcraftowym epizodem nie było żadnego momentu, w którym robiłem coś systematycznie, a systematyczna praca znacznie przyspiesza proces nauki języka. Gdybym dziś zaczynał naukę angielskiego, na pewno wiele bym zmienił tak, żeby dojśc do tego poziomu nawet 5-6 razy szybciej. Nie byłoby przerw w nauce, zakupiłbym jakiś sensowny podręcznik (na pewno inny niż te kolorowe badziewia jakie są zatwierdzane przez MEN, z których naprawdę trudno jest się czegoś nauczyć), korzystałbym z Anki od samego początku i przede wszystkim byłbym bardziej systematyczny.

W najbliższym czasie nastąpi ciąg dalszy cyklu.

Inne posty z cyklu „Jak (nie) uczyć się języków obcych":
Język rosyjski

Podobne posty:
Angielskie gazety – linki
Gry komputerowe i nauka języków obcych

19 komentarze na temat “Jak (nie) uczyć się języków obcych – część 1 – angielski

  1. Niestety nie za bardzo – wtedy bardziej skupiamy się właśnie na napisach, a nie na samej wymowie. Zapewne coś tam się da wyłapać, ale tempo postępu będzie bardzo powolne. Generalnie polecałbym przynajmniej oglądanie z angielskimi napisami – nawet jeżeli na początku będzie to sprawiało problemy, to zobaczysz, że wkrótce będziesz rozumiał znaczną większość dialogów. Gdy już w tym poczujesz się swobodnie przejdź na oglądanie filmów zupełnie bez napisów.

  2. Witam
    Bardzo mi się podoba Twój blog:)
    We wrześniu byłem 2 tygodnie na Ukrainie i jestem pierwszy raz w życiu bardzo zmotywowany do nauki języka obcego. Korzystam w tej chwili z fiszek do nauki słownictwa angielskiego i proszę o radę. Jakie książki polecisz do samodzielnej nauki angielskiego? Mój poziom to A2 (4 lata temu zdałem maturę podstawową z ang. na 75%). Słyszałem o serii „in Use" czy jest warta zakupu? Czy wystarczy „Essential English in Use" czy książka gramtyczna i słówka to nie za mało?
    Pozdrawiam serdecznie

  3. Witaj! Dzięki, staram się 🙂
    Ukraina – piękny kraj i ciekawy język. Przyznam się jednak, że zdziwiło mnie, że podróż tam zmotywowała Cię do nauki angielskiego, a nie np. rosyjskiego czy ukraińskiego. Ale to nie jest w tej chwili ważne, więc przejdźmy do rzeczy.

    Podręcznika z serii „in Use" nigdy nie używałem w praktyce, więc trudno mi obiektywnie się o tym wypowiedzieć. Jeśli jednak nie jesteś pasjonatem wkuwania gramatyki, to nie polecałbym uczenia się z książki do tego przeznaczonej – tylko się zniechęcisz. Słówka też warto, żeby były związane z czymś czego się uczysz, a nie zupełnie oderwane od rzeczywistości i podane w formie listy.

    Ja osobiście bym wziął Assimil (najlepiej starsze wydanie jeśli jest dostępne) i/lub podręczniki z Wiedzy Powszechnej (koniecznie z kasetami/CD), przerabiałbym je od samego początku (bo po kilku latach naprawdę sporo się zapomina podstawowych rzeczy jeśli się często języka nie używa), zainstalował Anki, czytał gazety w internecie i słuchał tego co Cię interesuje, tudzież oglądał angielską TV. Wtedy, jeśli będziesz codziennie pracował z tym materiałem, to jest szansa, że wskoczysz na B1/B2.
    Pozdrawiam i życzę powodzenia!

  4. Witaj!
    Jutro wybieram się do księgarni, żeby osobiście przejrzeć podręcznik do angielskiego z Wiedzy Powszechnej dla początkując oraz podręcznik Assimila tom 1 (jest to nowe wydanie 2-częściowe). Na zakup jednej z tych książek się zdecyduję.
    Rosyjskiego też się uczę z książki z serii „ucz się sam" Wydawnictwa Literackiego:) Zastanawiałem się nad nauką ukraińskiego, ale samodzielnie doszedłem do podobnych jak Ty przemyśleń. Materiałów do rosyjskiego jest bez porównania więcej. Dodatkowo dosyć duża grupa Ukraińców posługuje się językiem rosyjskim, a nie ojczystym. Dotyczy to zwłaszcza wschodniej Ukrainy. Miałem przyjemność rozmawiać dużo z Ukraińcem z południowej Ukrainy, który mówił po rosyjsku i ukraińsku. Znajomość dwóch języków bardzo mu pomogła zrozumieć mnie, chociaż praktycznie mówiłem po polsku:)
    Jeszcze nigdy nie miałem takiego zapału do nauki języków:)
    Życzę wytrwałości w prowadzeniu blogów i wielu ciekawych pomysłów na wpisy!

  5. Dzięki Jurand!
    Co do Assimila to polecałbym od razu kupno obydwu tomów – tak naprawdę ich podział jest czysto umowny. W starym wydaniu było w jednym tomie więcej lekcji niż w dwóch tomach nowego. Poza tym jeśli już miałeś wcześniej kontakt z angielskim to przez pierwszy tom powinieneś przejść bez większych problemów. Dobrze robisz, że bierzesz pod uwagę Wiedzę Powszechną – jest to jedna z najlepszych serii podręczników w Polsce. Żałuję tylko, że nie mają nic do rosyjskiego, bo bym to niewątpliwie wszystkim polecał.

    Ukraiński uważam natomiast za najładniejszy język słowiański i na pewno wart nauki. Ostatnimi czasy poprawia się nawet sytuacja jeśli chodzi o podręczniki do nauki tego języka, a jego znaczenie na Ukrainie cały czas wzrasta. I niewątpliwie zgadzam się z tym co powiedziałeś – osoba znająca zarówno rosyjski i ukraiński znacznie lepiej rozumie Polaków.

    Pozdrawiam!

  6. Stronę kursu właśnie odwiedziłem. Wszystko fajnie, ale jedno zdanie zepsuło całe wrażenie:
    „Dopiero wtedy zobaczysz, jak bardzo ten język jest podobny do polskiego i jak szybko się go można nauczyć – w przeciwieństwie do np. rosyjskiego, który nie jest wcale do ukraińskiego podobny (ukraiński jest bliższy polskiemu, słowackiemu i czeskiemu, niż rosyjskiemu)."
    Jest ono oczywistą niedorzecznością i każe mi raczej z rezerwą odnosić się do tego kursu. Aczkolwiek zobaczę i zrecenzuję w przyszłości. Jeśli się okaże czymś naprawdę wartościowym to na pewno dam znać.

  7. Bardzo się cieszę, że tutaj trafiłam 🙂 Blog będę śledzić z zainteresowanie, dodaję link do ulubionych u siebie, bo również piszę o nauce języka angielskiego.

  8. Hej..
    jestem w 3 lasie technikum 4-letniego i mam nieśmiałe plany zdawać maturę rozszerzoną z angielskiego w szkole przerabiamy podręcznik matura masters, plus jedna odrębna lekcja w tygodniu repetytorium longmana podstawowy i jeszcze english for international tourism(ale to nie związane z matura)chce zamówić longmana poz rozsz. i robić sama w domu.. Czy to dobry pomysł? Co mogę zrobić by zdać rozszerzoną na przyzwoitym poziomie? Z jakich książek korzystać?
    Z góry dzięki za odp. Marzena:)

  9. Angielski, moja największa zmora. Gdybym pewnie miała go w szkole, to bym go uwielbiała.
    Ale nie miałam, miałam niemiecki i niemiecki na zawsze zostanie językiem, który będzie mnie „ciągnął" jako najmocniejszy.
    Przygoda z angielskim ograniczyła się do 2 lekcji tygodniowo w 2 klasie liceum, ale chyba przyswajalność mam wysoką, bo z niewielkim wkładem własnym ogarniałam maturę podstawową z angielskiego na 80%.
    A teraz weź tu człowieku się doucz tak, żeby wykład po angielsku zrozumieć… Tym bardziej, że nie cierpię tego języka. Uczę się go codziennie mnóstwo, do tego czytam po niemiecku, rozgrzebuję włoski i piszę po chińsku trochę, ale nie czuję, by moja znajomość angielskiego rosła, chociaż testy uczelniane już wróżą mi B2 (no ale bez umiejętności aktywnych). Chyba na ten język jestem odporna…

  10. Witaj,

    na wstępie cieszę się że znalazłam Twoją stronę, jest wielką skarbnicą porad i refleksji;)
    Nie będę przedłużać- mam tylko „na szybko" takie pytanie- polecasz do nauki ang. książki Wiedzy Powszechnej, tylko nie wiem które, bo jest ich sporo:
    http://wiedza.pl/pl/c/Jezyk-angielski/2\

    Miałeś jakiś konkretny tytuł na myśli?

    pozdrawiam,
    Ania

    1. Cześć Ania,

      dzięki za skomentowanie tak starego wpisu. Zawsze lubię, gdy ktoś zwraca uwagę na coś co napisałem już wieki temu. Z podręczników Wiedzy Powszechnej miałem na myśli „Mówimy po angielsku" oraz „Myślimy po angielsku" – nie przeglądałem wprawdzie nowych wydań, ale stare były bardzo fajne, bliskie ideałowi książek bazujących na czytance, dialogu, ćwiczeniach gramatycznych i tłumaczeniowych. Do tego dochodzi oczywiście nienaganny materiał audio.

      Pozdrawiam,
      Karol

      1. Oj tak… W Polsce mam wiele podręczników Wiedzy Powszechnej do nauki języków obcych i szczerze mówiąc bardzo ciężko mi się z nimi rozstawało. Może nie są one kolorowe, nie posiadają one tzw. tipów „jak nauczyć się języka 5 razy szybciej niż inni", ale przykładowo zasady gramatyczne są przedstawione nam w jasny sposób, bez niezbędnych komplikacji. Trzeba przyznać, że są warte uwagi i dobrej oceny. A ja mam jeszcze nadzieję, że kiedyś swoje książki będę miał w swoim-swoim domu a nie „u mamy" 😉

  11. „[…]zakupiłbym jakiś sensowny podręcznik (na pewno inny niż te kolorowe badziewia jakie są zatwierdzane przez MEN, z których naprawdę trudno jest się czegoś nauczyć), korzystałbym z Anki od samego początku i przede wszystkim byłbym bardziej systematyczny."
    jaki więc jest godny polecenia podręcznik do nauki angielskiego? mój poziom to A2(w mowie)/B1+, choć tak naprawdę trudno precyzyjnie określić. wiedzę powszechną mam za sobą i chciałabym coś wyżej i najlepiej po angielsku. myślałam o Matura masters (mimo że maturę mam za sobą), ale toż badziewie przez MEN zatwierdzone 😉

  12. W podstawówce nienawidziłam angielskiego – właśnie z powodu jego wszechobecności i nacisku na konieczność nauki. Uczyłam się wprawdzie dobrze, ale niechętnie i zdecydowanie wolałam niemiecki. Potem udało mi się trochę polubić angielski – po kilku wyjazdach do Anglii, kiedy odkryłam zalety wykorzystania go w praktyce, ale i tak pozostał on dla mnie językiem-narzędziem, a nie językiem, którym można się delektować.

  13. Karolu, studiowałeś Wschodoznawstwo w Poznaniu? Skończyłam historię na I stopniu (UW) i myślę o kontynuacji na II stopniu właśnie na Wschodoznawstwie. Myślę o zagadnieniach historyczno-współczesnych, rosyjski znam dobrze. Co sądzisz o tych studiach?

    1. @Magda
      Tak, ukończyłem Wschodoznawstwo na UAM w Poznaniu i szczerze mogę te studia polecić każdej osobie zainteresowanej zagadnieniami historyczno-polityczno-kulturowymi obszaru byłego bloku wschodniego. Jest to jeden z niewielu kierunków, na których interdyscyplinarność jest naprawdę mile widziana, dzięki czemu mogłem, mimo oczywistego skupienia na krajach byłego ZSRR, napisać pracę magisterską na temat serbskiego nacjonalizmu w Bośni i Hercegowinie. Jest też naprawdę sporo możliwości uczestniczenia w interesujących konferencjach, wyjazdach naukowych za wschodnią granicę, a otwartość umysłu osób, które można spotkać na tym kierunku jest naprawdę rzadko spotykana w naszym społeczeństwie. Jeśli więc chcesz kontynuować edukację na kolejnym kierunku humanistycznym to uważam, iż jest to całkiem dobry wybór.

  14. Zdecydowanie zgadzam się ze wszystkimi wytłuszczonymi twierdzeniami. Z doświadczenia wiem, że ta przerwa w nauce języka jest bardzo zła. Kiedy na pierwszych zajęciach z łaciny na studiach powróciły deklinacje i koniugacje, po dwóch pełnych latach od początku nauki, byłem trochę zdezorientowany. Wydaje mi się jednak, że wynikało to ze słabej wiedzy wyniesionej z zajęć wtedy, dwa lata temu. Dla porównania niemiecki znam (znałem?) bardzo dobrze, mimo to jak dzisiaj rano w tramwaju słyszałem Niemców swobodnie rozmawiających w ich rodzimym języku, bardzo się ucieszyłem, że mogę jeszcze sporo zrozumieć i rozpoznać określone konstrukcje gramatyczne, chociaż miałem od niego rok przerwy (kompletnie).

    PS. Zahaczając jeszcze o wstęp z tymi turystami, muszę powiedzieć, że to nie turyści powinni wymagać od rodzimych użytkowników języka, by posługiwali się tym „uniwersalnym i globalnym" językiem angielskim, lecz to własnie ci użytkownicy powinni wymagać od turystów znajomości języka urzędowego kraju, który odwiedzają. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ