[MN13] Nie zastanawiaj się o czym „Woofla napisze” za kolejne 3 dni, zastanów się, czym Ty, już dziś, możesz zainteresować Czytelników Woofli …

Poszukujemy nowych autorów!


All hands on deck!

I want you for Woofla - dołącz do nas 2Paliwem każdego nowego przedsięwzięcia, szczególnie tak unikatowego, jakim jest Woofla są ludzie i ich pomysły. Idee porównałbym do szczepek drewna, które po wrzuceniu do ognia pozwalają w krótkim czasie uzyskać dużo ciepła. Niemniej jednak, jak grube by nie były, w pewnym momencie blask ogniska powoli przygasa, a i siedzenie w zimny wieczór wokół ledwie żarzących się węgli przestaje być przyjemne i w końcu każdy rozchodzi się do swojego namiotu, aby zagrzebać się w ciepłym śpiworze. Choć autorom Woofli jeszcze bardzo daleko do wypalenia (się i tematów), to jednak fakt, że od ponad 4-ech miesięcy ciągle tych samych pięć osób lata po opał skutkuje pewną stagnacją hamującą rozwój portalu. Mamy wiele pomysłów wykraczających poza obecną formułę, ale tylko 10 dłoni. Owszem, do wooflowego ogniomistrza – Karola, co jakiś czas zgłaszają się osoby, które dotychczas raczej biernie przyglądały się staraniom zmierzającym do tego, by każdy z Czytelników znalazł tu treści, które go zainteresują, skłonią do refleksji, zachęcą do dyskusji oraz dzielenia się swoimi spostrzeżeniami i pomysłami. Jednak, z jakiegoś, nie do końca zrozumiałego dla nas, powodu, każdy początkowo pełen entuzjazmu autor chcący ku naszej ogromnej uciesze dołączyć do zespołu Woofli, „wysłany” po raz pierwszy „na akcję” po chrust, ginie w czeluściach ciemnego lasu i już nigdy nie wraca…


Powody takiego stanu rzeczy mogą być różne. Wiem, że niektóre osoby nie są pewne, czy tematy na które chciałyby pisać zainteresują innych Czytelników. Jest tylko jeden sposób by się o tym przekonać – opublikować pierwszy artykuł. Z poznawczych względów największą wartość mają właśnie teksty bogate w problemy, które nie zostały dotąd poruszone. W rzeczywistości najchętniej komentowane są jednak artykuły, na których temat Czytelnicy mają już wyrobione zdanie jeszcze przed ich przeczytaniem, ale taka już nasza – ludzka konstrukcja…

„Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No… To… Poprzez… No reminiscencję. No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę.”

„Rejs”; 1970 r.


Mogę się domyślać, że drugą, związaną z tym, kwestią jest obawa jak treść zostanie przyjęta przez komentujących. Uprawiając tego typu ekshibicjonizm, który znamionuje m.in. to, że piszemy pod naszymi prawdziwymi nazwiskami, musimy liczyć się z tym, że któregoś dnia na nasze głowy zostanie wylane wiadro pomyj.

„(…) Nie ma szczęścia dziewczynina, ale po co się tu pchała, mogła w domu siedzieć. Wlazła na ring, to dostała w ryj…”

Robert Górski; Kabaret Moralnego Niepokoju;  skecz: „Lachony”

Na szczęście Woofla jest jednym z ostatnich rezerwatów kultury wypowiedzi i dyskusji. Nawet jeśli Czytelnicy w 100% nie zgadzają się z tym o czym mówimy, to piszą o swoich zastrzeżeniach w sposób kulturalny i świadczący o tym, że chcą by rozwijająca się debata skłoniła do refleksji zarówno autora jak i pozostałe osoby mające w przyszłości (nie)przyjemność przeczytania owego artykułu. Jednak o to właśnie chodzi: „jeśli dwaj partnerzy zawsze się zgadzają, jest o jednego za dużo."


Kolejnym czynnikiem „odpychającym” nowych autorów może być to, że nasze artykuły są w ich ocenie po prostu za słabe. Na swoją obronę możemy powiedzieć, że nie jesteśmy ani lingwistami, ani dziennikarzami, lecz po prostu hobbistami – normalnymi ludźmi, którzy mają swoje życie, w którym języki nie są jedynym motywem, często studiującymi (niekiedy na kolejnym już kierunku lub stopniu) i pracującymi jednocześnie. Jesteśmy jednak w stanie wykrzesać z siebie tyle entuzjazmu, by dzielić się w wolnej chwili swoimi przemyśleniami. Oceniamy, że nasza siła tkwi właśnie w tej „odświeżającej amatorskości” i samouctwie. Nie jesteśmy nagabywaczami szkół językowych chcącymi podprogowymi chwytami wydusić z Czytelnika ostatnie 10 złotych. Nie gwarantujemy nieomylności, ale przynajmniej wierzymy w skutecznośc tego, o czym piszemy. Stoimy w jednym szeregu z tymi, którzy pragną ulepszyć system edukacji językowej w Polsce. Do współpracy zapraszamy oczywiście również osoby o typowo lingwistycznym wykształceniu mając nadzieję, że wzmocni to również merytoryczną stronę portalu.


Wahanie potencjalnych autorów także może być powodowane niepewnością dotyczącą tego, czy sprostają „naszym standardom”. Od kandydatów oczekujemy ‘jedynie’ gotowości do napisania jednego artykułu w ciągu miesiąca (ok. 1000 słów) na wybrany przez siebie temat. Nie spodziewamy się „dzieł życia”, ani kolejnej epopei, lecz kawałka akceptowalnej, mającej ręce i nogi polszczyzny. W przypadku zainteresowania, zachęcamy do napisania pilotażowego artykułu do naszej „redakcji”. Mamy świadomość, że tekst nigdy nie będzie w pełni satysfakcjonował autora, żeby jednak przestrzec przed przesadną perfekcją przytoczę fragment pewnej rozmowy:

„ – (…) Szukałem idealnych słów, które powinienem (…) wtedy powiedzieć, ale nie znalazłem, więc nie powiedziałem. (…) Słowa, wciąż ich brak. (…) Piszę powieść po nocach, tygodniami. Tworzenie rzeczy doskonałej jest procesem bolesnym. Oto ona, jedyne zdanie.
– Czy zechciałbyś przeczytać na głos?
– Wydaje mi się, że właśnie mam na to ochotę. Dziękuję. „Pewnego pięknego, majowego ranka, elegancka młoda amazonka na świetnej, smukłej klaczy jechała, być może, wzdłuż kwiecistej alei Dibellon.”(…) Co byś o tym powiedział?
– Słowa są piękne…
– To tylko szkic. Nie ośmieliłbym się oddać tego wydawcy… ale pewnego dnia znajdę słowa, w których poczujecie zapach tej alei i usłyszycie stukot kopyt. Tego dnia wydawca czytając mój rękopis wstanie i powie: „Panowie, czapki z głów”.(…)”

Fragment rozmowy Josepha Granda z Doktorem Bernardem Rieuxem i Jeanem Tarrou. Ekranizacja powieści Alberta Camusa: „Dżuma; 1992 r.

Nie czekajcie, aż znajdziecie słowa, które w sposób idealny wyrażą Wasze przemyślenia, przybliżcie to tymi, które w tym momencie dobrze oddadzą treść i nie „ulepszajcie” swoich tekstów w nieskończoność.

„There was once a novelist who wrote a very long book. It took him ten years of hard work. When he reached the end and read back what he had written, he realized that he was no longer the person of ten years ago. His wisdom had deepened, his skill had increased. And so he sat down to rewrite the book. Ten more years passed. When he reached the end of his second draft, he read back what he had written. Again, he realized that he was no longer the person who had begun the rewrite. His wisdom was deeper still, his skill more profound. And so he sat down to rewrite it a third time…”

“There is no point of arrival, no point of perfection. You just do your best with what you’ve got, cross your fingers and send your creation out into the WOrld [OF LAnguages].”

Nigel Watts; “Write a Novel And Get it Published”


Cienki ze mnie motivational speaker, dlatego domyślam się, że powyższe uwagi mogły nie przekonać wszystkich osób, które chciałyby do nas dołączyć, ale się boją – (klasyczny konflikt dążenie – unikanie, któremu nie raz ulegam).

Marek HłaskoW swojej kolumnie bardzo często „oddaję głos” mistrzom literatury (tym razem Markowi Hłasce), którzy w sposób dla mnie nieosiągalny potrafią oddać istotę problemu. Z perspektywy czasu trudno mi powiedzieć, czy to właśnie zamieszczony poniżej fragment miał decydujący wpływ na to, że postanowiłem przestać się krygować ze swoimi ‘ledwie’ kilkuletnim hobby dotykającym budowy języków obcych, i poczułem chęć „osiągnięcia” czegoś więcej współpracując z osobami o podobnych zainteresowaniach.

Na pewno siłę oddziaływania wzmocniła zbieżność imion, dlatego łatwiej było mi się odnaleźć w roli Kosewskiego. Miałem wręcz porażające uczucie, że podmiot liryczny rozmawia ze mną. Być może również i tym, którzy dotąd się wahają czy wejść w bardziej aktywną rolę, poniższy tekst pomoże podjąć „męską” decyzję i wziąć sprawy we własne palce…

„(…) Tylko masz się nie łamać tak głupio i, pamiętaj, wierzyć w siebie, silnie wierzyć. Bez takiej wiary, silnej i gorącej, to szkoda gadki. Ale i w innych musisz wierzyć (…) chcą ci pomóc i na pewno pomogą. Nie zrażać się tylko, przeciwnie, wgryzać się w to wszystko, w robotę. No, pewnie, że niełatwe to dla ciebie, ale dasz sobie radę, jak tylko będziesz chciał. A że ci tam ktoś nawet głupio przygada, bracie, to nie powód do tragedii; ty wiesz: ludzie są rozmaici. I tacy, i tacy, jeden zrozumie, nic nie powie, drugi będzie się śmiał, gadał, co mu ślina na język przyniesie. Często sami zapominają, jak od życia brali w tyłek. Czy ja tego samego nie słuchałem? (…) Nie przejmuj się tym. Masz ten swój cel i wal śmiało, na przekór, a na pewno dojdziesz. (…) Chcemy ludzi mocnych i śmiałych, a nie łachudrów. Właśnie wierzymy w człowieka, w jego możliwości, w rozum, w serce. (…) Właśnie na tej wierze budujemy to wszystko. Marnie by było z tobą, gdyby nie ta wiara. To nie frazesy, człowieku. (…) Po prostu nie wierzysz w to, że sam potrafisz sobie poradzić, że już umiesz cokolwiek zrobić. Mówmy szczerze: nie masz żadnej wytrwałości. Lada niepowodzenie, nawet nic nie znaczące, już ciebie łamie, już jesteś do niczego, szmatę z ciebie robi: opuszczasz ręce i najchętniej zmieniłbyś zawód. (…) Nie można tak ciągle liczyć na kogoś, że ten ktoś za ciebie zrobi wszystko, że weźmie za rączkę, poprowadzi na gotowe. Ty sam musisz w siebie wierzyć, sam próbować, nie oglądać się ciągle na innych. A że trzeba czasami zacisnąć zęby, no, to takie już jest życie. Samo nic nie przychodzi, wszystko trzeba zdobywać. (…). No, to pamiętaj, musisz wierzyć w siebie i wierzyć w nas. Jak nie będziesz miał tej jakiejś twardości, jak będziesz taki miękki, to faktycznie nie warto się brać za nic, bo i po co? Naszarpiesz się, namęczysz się i nigdy nic z tego nie będzie.(…) Co, ty boisz się tego (…), co?…(…) Ty się niestety wszystkiego boisz, życia się boisz. Ty nawet jeszcze nie żyjesz, to jeszcze nie jest życie. (…) Możesz się pogniewać na mnie albo nie, twoja sprawa. Ale ja ci też chcę powiedzieć, że te twoje wszystkie hmm… nieszczęścia, nad którymi się tak roztkliwiasz, to dlatego, że ty nie masz tej odwagi, już nie mówię bojowości. Zramolałeś jakoś, życie przemknie, przejdzie koło ciebie, a ty nawet nie będziesz wiedział, kiedy, co, jak. Życie swoją drogą, a ty sobie, z boczku, z boczku przeraczkujesz. A że tam ludzie walczą o coś, biją się, szarpią, to fiuuu… co to ciebie obchodzi. Ty tylko boczkiem, boczkiem, pomalutku, żeby się nie ubrudzić.
– Ja – powiedział Kosewski – ja. No, nie wiem, Stefan. Ty, ty nie wiesz, co ja…
– Przeżyłem? Wiem. Nic nie przeżyłeś, Michał, i nic nie przeżyjesz, jeśli tak dalej będzie. Ty życia nie przeżyjesz, przepełzniesz tylko przez życie. A pełzakiem każdy potrafi być. Ale przeżyć takie prawdziwe życie, takie bliskie, gorące, uuu… to już nie każdy. Walczyć i zwyciężać, bić się o coś… no… A nie całe życie siedzieć tylko w swoim ogródeczku. (…) W walce jest też spokój, Michał, w walce, właśnie w walce. Czy ty tego nie rozumiesz, że przecież życie bez jakiejś walki o coś, dla kogoś, dla innych to tylko erzac, jakaś pusta forma…
– I tylko walkę, tylko taki odlew można lać w tę formę?
– Tylko, Michał. Inaczej pozostanie tylko pustą formą… (…) Zrewiduj ty to wszystko. Pamiętaj, że kiedyś przyjdzie taki czas, że trzeba będzie spojrzeć wstecz, w te kilkadziesiąt lat życia, zrobić jakiś bilans, obrachunek. I co wtedy zobaczysz? (…) Wtedy nawet nie będziesz wiedział, jak nazwać te kilkadziesiąt lat. Będzie jakieś takie bez tytułu! Jak ta pusta forma. Przecież formę się odrzuca, forma przeważnie idzie na szmelc, a odlew idzie między ludzi i ten dopiero mówi o formie. Pusta forma pozostanie tylko pustą formą. Przełam się, do cholery, zejdź z tego marginesu, przestań się zgrywać, po co ci to? Na co ci to? Sam siebie nie dasz rady oszukać, a u ciebie wszystko, (…) z tego wynika. Z takiego braku odwagi: „Ja sobie pomalutku, pomalutku, tylko dla siebie, pomalutku łebkiem na świat!" Zawsze po czyichś śladach… A samemu nic wydeptać nie potrafisz. I pomyśl, pomyśl trochę o tym odlewie…

Marek Hłasko; „Baza Sokołowska”; 1951 r.

Epilog
Dwa miesiące po mojej trzeciej w ciągu ostatnich dwóch lat większej, nieudanej próbie przedyskutowania na szerszym forum swoich przemyśleń na tematy związane z językami obcymi, 3 października 2014 r. przeczytałem, jak się okazało, ostatni post na moim ulubionym blogu językowym – „Świecie Języków Obcych”, na którym przybierałem dotychczas zupełnie bierną postawę nie zamieszczając choćby jednego komentarza. Jeszcze tego samego dnia napisałem do Karola w sprawie nowego projektu, niedługo potem stając się historycznie drugim, tym razem w pełni aktywnym współtwórcą Woofli na pierwszy ogień rzucając artykuły poświęcone problematyce pisma ideograficznego, które niemal 3 lata czekały na ujrzenie światła dziennego.


Ada

Ostatniego lata, kiedy ukończyłam moje 1,5 kursu w szkole językowej, zaczęłam desperacko szukać choćby namiastki kontaktu z osobami, których hobby stanowi nauka języków obcych. Przeglądanie archiwów wymierających forów dyskusyjnych wprawiło mnie w kiepski nastrój i zostawiło z przekonaniem, że ludzie nie chcą i/lub nie umieją rzeczowo dyskutować. I wtedy, klikając w jeden link na którymś z takich forów, trafiłam na blog Karola. Michał nic a nic nie przesadził, określając Świat Języków Obcych – a obecnie Wooflę – mianem rezerwatu kultury wypowiedzi. Lektura artykułów i komentarzy na ŚJO przez kilka miesięcy była dla mnie inspiracją i czymś w rodzaju wsparcia w samodzielnej nauce języka hiszpańskiego. Kiedy Karol ogłosił, że szuka współautorów do swojego projektu, próbowałam akurat rozkręcić własny blog. Alternatywa w postaci pisania na Woofli była jednak tak kusząca, że zgłosiłam się bez zastanowienia. I dziś bardzo się cieszę, że podjęłam tę decyzję.


Karolina

Pamiętam, że na blog Karola (pewnie zaraz pomyślicie, że jest on kimś w rodzaju bożka, któremu obmywamy włosami stopy i bijemy pokłony, ale zapewniam, że nigdy nie widziałam go nawet na żywo) „Świat Języków Obcych" wchodziłam z wypiekami na twarzy już jako szesnastolatka. Interesowałam się wówczas wszystkim, co dotyczyło języków obcych, ale żaden inny autor nie był w stanie usatysfakcjonować mnie w pełni pod względem przekazywanej „filozofii" uczenia się. Mogę śmiało powiedzieć, że gdyby nie ŚJO, to nie podjęłabym się nigdy samodzielnej nauki języka szwedzkiego, która okazała się być nie tylko moim głównym hobby, ale także czymś w rodzaju życiowej terapii. Teraz, prawie 5 lat później, mogę realizować swoje długo tłumione pragnienia bycia małym, przemądrzałym, internetowym pismakiem – i publikuję własne przemyślenia na stronie, której sama za młodu byłam fanką. Dodam tylko, że poziom osób komentujących artykuły na WOOFLA.pl jest tak wysoki, że moje bycie tutaj jest dla mnie nie tylko wspaniałą przygodą, ale także szansą nieustannego dokształcania się.


NAPRAWDĘ szukamy nowych autorów
Jeszcze raz w imieniu zespołu gorąco namawiam do rozważenia propozycji bardziej aktywnego uczestnictwa w naszych projektach. Czekamy na Wasze „odlewy". Liczba miejsc ograniczona 😉 .


Zobacz również:

Dołącz do naszego zespołu

Witajcie na WOOFLA.PL

Autorzy

Witaj

About Michał Nowacki

http://woofla.pl/michal-nowacki/

32 komentarze na temat “[MN13] Nie zastanawiaj się o czym „Woofla napisze” za kolejne 3 dni, zastanów się, czym Ty, już dziś, możesz zainteresować Czytelników Woofli …

  1. Wszystko fajnie, tylko dlaczego wybraliście taką męczącą, staroświecką szatę graficzną? Wchodzę na tę stronę i mam ochotę zaraz wyjść, bo wydaje mi się, że nie była aktualizowana od 2006. Bo tak wygląda. Powiecie, że liczy się treść – żeby do niej dotrzeć, trzeba zostać czymś zachęconym. Nie macie jak na razie takiej pozycji, żeby robić ekstrawagancje i odpychać czytelników (że niby jak ktoś jest naprawdę zainteresowany, to zostanie). Wyglądajcie profesjonalnie, to może ktoś się zgłosi.

    1. Dzięki Adam za komentarz. Choć uważam, że treść mimo wszystko jest najważniejsza i osobiście niewiele przejmują mnie osoby, które patrzą przede wszystkim na szatę graficzną (piszę wszak dla tych co chcą czytać, nie tych co chcą oglądać) to krytykę biorę sobie do serca, bo w pełni jestem świadom tego jak wiele rzeczy można oraz należy zmienić, żeby strona wyglądała tak jak przystało na dzisiejsze standardy. Każde działanie, każda zmiana wymagają jednak określonego nakładu czasu i pracy – znacznie łatwiej jest kiedy w zespole znajduje się więcej osób, co pozwala na rozdzielenie zadań i skoncentrowanie się na elementach innych niż treść artykułów. Stopniowo do tego dążymy, wyrazem zmian jest chociażby nowa odsłona naszego profilu na Facebooku oraz poboczne projekty lingwistyczne, które pewnego dnia zapewne ujrzą światło dzienne, ale potrzebujemy dodatkowego czasu oraz ludzi, którzy razem z nami chcieliby to współtworzyć. Nie od razu Rzym zbudowano.

      Pozdrawiam,
      Karol

      1. Cieszy mnie tak spokojna reakcja, stronie bardzo kibicuję, pamiętam świetnego bloga.

    2. Strona faktycznie ascetyczna w formie, ale bogactwo treści to rekompensuje. Szczerze mówiąc, sama nie przepadam za stronami z mnóstwem grafiki, ruchomymi elementami i różnymi „wodotryskami" które często mają przypudrować mizerię treści. No, może mały lifting i np. wrzucenie tła w cieplejszym kolorze niż sterylna biel by się przydały.

      1. Dziękuję Warmiaczko za miłe słowa dotyczące bogactwa treści, jaką można znaleźć na Woofli. Wygląd zewnętrzny, tak jak już wspomniałem będziemy stopniowo zmieniać – na pewno nie będzie na nim wspomnianych przez Ciebie „wodotrysków" i podobnych upiększaczy. Chodzi przede wszystkim o to, żeby strona wyglądał maksymalnie estetycznie przy zachowaniu zdrowych proporcji ascetyzmu i nowoczesności.

        Pozdrawiam,
        Karol

  2. Karolu, czytam Was sobie czasem i lubię Wasze artykuły, ale zgadzam się z adamg i powiem tak: Jeśli faktycznie niewiele Cię przejmują osoby, które patrzą najpierw na szatę graficzną, to nigdy nie będziecie tu mieli więcej niż kilkudziesięciu czytelników. Z perspektywy mojego trzydziestokilkuletniego życia i kilkunastoletniego doświadczenia zawodowego stwierdzam, że pierwszą rzeczą, na którą patrzy się podczas potencjalnej randki nie jest intelekt, a wygląd, zaś pierwszą rzeczą, która wpada w oko podczas surfowania w internecie, jest… tak, też wygląd. Strony staroświeckiej i nieaktualizowanej nikt nie przeczyta, bo każdy pomyśli (mówię jako socjolog) że ktoś kto nie umie nawet zalatwić sobie estetycznego dizajnu, nie będzie umiał napisać dobrego artykułu. Jeśli pierwsze wrażenie, tych pierwszych 5 sekund, to „ech, amatorka”, to drugie dobre już nie nastąpi. Szkoda, że chyba nie rozumiesz tego, tym bardziej jako – mniemam – młody człowiek, który powinien poruszać się lekko i łatwo w świecie mediów społecznościowych, blogosferze, internecie. Nie zawrócimy kijem rzeki – żyjemy w cywilizacji obrazkowej i o ile dobra treść sama się obroni, o tyle trzeba dać jej jeszcze szansę na to, aby było ją widać. Z taką polityką, jaką prezentujesz, będzie to niewymownie trudne. Tym bardziej jest to smutne, że nie widzę właściwie powodu, dla ktorego prezentujesz taką zachowawczą postawę? Duma? Godność? Wiara w swoją kompetencję? Wszak dobry design i dobra reklama nie uwłacza żadnemu z nichże? Jeśli zaś tak właśnie jest… no cóż, w takim przypadku dziwne, że szukacie nowych ludzi… Mam nadzieję, że jednak dasz szansę szacie graficznej i innym didaskaliom. Nie trzeba się bronić przed nowym, zwłaszcza, że macie dobrego bloga. Na Facebooku zauważyłem lekką pozytywną zmianę, nie chcę chwalić przed zachodem słońca, ale mam nadzieję, że uda Wam się jednak ten mariaż „idei” (treści) z „komercją” (grafika, reklama etc.). Powodzenia!

    1. Jakubie, dziękuję za nawiązanie do wątku rozpoczętego przez Adama. Nigdzie nie powiedziałem, że jestem wrogiem stworzenia nowej szaty graficznej. Wręcz przeciwnie, uważam ją za bardzo ważny element rozwoju strony i jestem ogromnym zwolennikiem jej ulepszenia. Zachowawczą postawą byłoby kasowanie tego rodzaju komentarzy bądź uporczywa obrona mojego stanowiska, czego w tej chwili nie robię przyznając wam całkowitą rację. Tak jak już powiedziałem, staramy się nasz projekt rozwijać i będziemy go ulepszać pod wieloma względami, zarówno pod względem treści, reklamy oraz grafiki. Do każdej z tych rzeczy potrzeba ludzi – i tu wracamy do idei przewodniej artykułu. Większa liczba współpracowników = możliwość poświęcenia większej ilości wolnego czasu na rzeczy związane z czymś innym niż tworzenie treści. Mam nadzieję, że dostrzegasz tu pewną logikę.

      Tym niemniej bardzo dziękuję za te komentarze, bo stanowią one podstawę do tego nad czym będziemy debatować w naszym zespole przez najbliższe dni.
      Pozdrawiam,
      Karol

  3. Byłbym wdzięczny (a myślę, że autorzy Woofli też), gdyby ktokolwiek z przekazujących głosy krytyczne uzupełnił hasła „archaiczna, nieestetyczna, męcząca, staroświecka" o wskazanie, co konkretnie jest takie archaiczne (nieestetyczne etc…) oraz może jeszcze o odesłanie do jakiegoś pozytywnego wzorca (porównywalnej rozmiarami i orientacją na merytorykę strony która wygląda ładnie i profesjonalnie) i/lub podpowiedź jak niewielkim nakładem pracy można wooflę uatrakcyjnić (bo zawsze można).

    Moim zdaniem: –
    1. to nie jest blog o podróżach/jedzeniu/modzie który przede wszystkim musi wyglądać, więc stawiałbym na czytelność, a nie efektowność.
    2. (wg mnie przynajmniej) woofla jest przeładowana niepotrzebnymi elementami. Mój ulubiony languagehat.com ma znacznie bardziej ‚archaiczną’ szatę, ale wygląda -moim zdaniem- o wiele ładniej. Co bym zmienił?
    2a. Trzykolumnowy układ zamieniłbym na dwukolumnowy, bo wywołuje oczopląs. Miejsca by starczyło, bo ograniczyłbym widgety, jak niżej:
    2b. Wyrzuciłbym z kolumny bocznej elementy: tagi (i tak indeksuje je wyszukiwarka, no i są pod każdym tekstem) najnowsze wpisy (są na głównej) i meta (logujecie się przecież pewnie i tak przez osobny adres); uciąłbym (co najmniej o połowę) liczbę „najnowszych komentarzy" i „najpopularniejszych wpisów".
    2c. Ze strony głównej wyrzuciłbym rotator – ma on sens w mediach, które dziennie publikują kilkadziesiąt tekstów w tym 5-7 ważnych, które trzeba utrzymać dłużej/wyróżnić. Rotator pokazujący na przemian dokładnie to co jest zaraz pod nim nie ma wg. mnie racji bytu.
    2d. Zastąpiłbym ciemnoszarą obramówkę po bokach i czarne tło banneru czymś jaśniejszym, bo strona przez taki dobór kolorów wygląda ponuro.

    3. Szukanie autorów wśród własnych czytelników uzupełniłbym szukaniem autorów wśród autorów cudzych (=piszących gdzie indziej) lub samodzielnych. Może ktoś z conlangera? Jakiś bloger, czytany tylko przez mamę, dziewczynę i kota? Może ktoś składający w sieci kurs irlandzkiego czy walijskiego, albo słownik hebrajski da się namówić na ‚gościnny występ’ albo ‚stałą rubrykę’?

    1. No proszę, co za szybkość reakcji! „Tak powinno być w każdym banku", że zacytuję klasykę reklamy. Ale co zrobicie, jeśli w następnym komentarzu ktoś napisze, że trzy kolumny wyglądają lepiej? 😉

      Poważnie – wg mnie już te niewielkie zmiany dają dobry efekt: strona jest bardziej zwarta i czytelna. Utrzymuję uwagi o rotatorze i kolorach, ale zdaję sobie sprawę że zwłaszcza w tej ostatniej kwestii trzeba by trochę poeksperymentować, nie jest to banalne przestawienie opcji w panelu administracyjnym.

  4. Piotrze, wtedy zmienimy ponownie ilość kolumn 😉 Tak całkiem poważnie to jestem bardzo wdzięczny za uwagi dotyczące graficznej strony naszego serwisu, bo faktycznie jest to układ znacznie milszy dla oka i pozbawiony treści zupełnie niepotrzebnej, takiej jak najnowsze wpisy czy meta, która sprawiała bardzo amatorskie wrażenie. Kwestia rotatora oraz kolorów jest jeszcze do obgadania. Punkt trzeci zawarty w Twoim komentarzu również weźmiemy sobie do serca.

    Pozdrawiam,
    Karol

    1. Szczerze mówiąc, liczyłem po cichu, że sprowokuję Adama i Jakuba do reakcji – naprawdę ciekawi mnie na ile ich punkt widzenia jest zbieżny z moim (a już zwłaszcza chciałbym poznać jakieś pozytywne przykłady). Cóż, moja wina, że się spóźniłem – przy blogowej dynamice 2 dni opóźnienia to zbyt długo by zakładać, że rozmówca nie zapomniał o całej sprawie, wróci i może nawet odpowie. Na FB/Twitterze trzeba jeszcze szybciej, żeby czytali.

  5. Ja na miejscu właściciela strony pomyślałbym o tym jak ją spieniężyć. Np reklamy google, programy partnerskie z kursami itd Nie jest grzechem zarabiać na swojej pracy.

    1. Pamiętaj jednak, że reklamy mogą przynieść także negatywny efekt. Dla przykładu: ja, jeśli także tutaj zacznie mnie straszyć reklama „Władcy języków" ucieknę stąd z krzykiem, choćby przez okno, a bloga czytam jeszcze od czasów ŚJO 😉

    2. Tak jak wspomniał M&M reklamy mogą przynieść bardzo różny efekt, niekoniecznie pozytywny. Pieniądze z Google'a nie są zbyt wielkie – starczyłoby ich pewnie jedynie na opłacenie hostingu. Na temat programów partnerskich z kursami języków obcych i tym, że nie mam ochoty reklamować produktu, do którego sam nie jestem przekonany mógłbym napisać osobny artykuł. Nie oznacza to jednak, że produkty wysokiej jakości, które są warte promocji nie istnieją. Za spieniężeniem oczywiście jestem, ale chcielibyśmy (mogę tu mówić chyba za wszystkich autorów Woofli) jednocześnie nie tracić twarzy.

      Pozdrawiam,
      Karol

  6. Z czystej (i dużej) ciekawości : udało się Wam kogoś zwerbować ? 😉

    P.s. Yana Para Puyu, gdybyś kiedyś zdecydował się na małą zamianę ról na Woofli i postanowił dołączyć do autorów serwisu, z pewnością nie tylko ja bardzo bym się ucieszyła 🙂

    1. I jeszcze słowo do powyższej dyskusji : brak reklam i prób spieniężania tego serwisu jest jedną z największych zalet Woofli ! Wielki szacunek dla autorów, że trwają w swoim postanowieniu. I podpisuję się pod słowami M&M : jeśli zaczną mi tutaj wyskakiwać z każdej strony reklamy – ucieknę.

    2. @Magda, w odpowiedzi na Twój komentarz:

      I MOTYWACJA

      Jest mi miło czytać Twoje słowa, oczywiście. 🙂 Natomiast jak napisał @peterlin:

      „Szukanie autorów wśród własnych czytelników uzupełniłbym szukaniem autorów wśród autorów cudzych (=piszących gdzie indziej) lub samodzielnych."

      Prawdę powiedziawszy, gdybym chciał pisać blog językowy, to bym go pisał z Wooflą, lub bez. Kilka lat temu prze krótki czas miałem własny blog językowy, ale szybko go usunąłem, gdyż zwyczajnie nie chiało mi się pisać, a w chwili obecnej mam sporo mniej czasu niż w wtedy, gdy blog prowadziłem, czy również pod koniec zeszłego roku, gdy dużo na Woofli komentowałem. Po usunięciu bloga mój dawny (całkiem dobry) adres został zajęty przez kogoś innego, kto niewiele tam trzyma.

      Moje hobby językowe jest tylko jednym z wielu moich zainteresowań z dziedzin dość od siebie nieraz odległych. Choć może w pewnym okresie mojego życia przez niedługi czas wysunęło się na pierwszy plan, ani w wymiarze ogólnym liczonym od czasów przedszkolnych, ani w chwili obecnej na nim się nie znajduje. Obecnie mam pracę, czy finansowanie, zwiazązane z naukami przyrodniczymi. Szczerze też powiedziawszy widzę, że językom poświęcam się najbardziej w okresach, gdy w innych dziedzinach po prostu mam mało do zrobienia. Myślę, że byłoby mi łatwiej zmotywować się do pisania bloga językowego (lub zaangażowania na Woofli) gdyby języki były największą pasją mojego życia, lub byłbym z językami związany zawodowo. Dla mnie jednak zwykły być przede wszystkim narzędziem. Chyba, że sprzedam duszę diabłu i zrobię certyfikat z hiszpańskiego, po czym ogłoszę się jako korepetytor gwarantując „skuteczne metody" i „najlepsze ceny" jednoczeście pisząc na Woofli, że namawiam do samouctwa jako metody najlepszej i najtańszej…!!!

      II TECHNIKI NAUKI

      Nie potrzebuje pisać artykułów o tym, jak uczyć się języków. Cała recepta to (1) odrobina rozumu i (2) kreatywności, oraz (3) samozaparcia możliwemu dzięki temu, że język do czegoś faktycznie służy (do rozmów, czytania, czegokolwiek…) i z pasji. Nie dać się złapać w pułapki naciągaczy żerujące na ich przeciwieństwach, czyli (1') ludzkiej głupocie, (2') bezradności i (3') niezdecydowaniu takie jak (a) szkoły językowe (sami się nauczymy szybciej, więcej i taniej), (b) komercyjne podręczniki (które mają się po pierwsze sprzedać, a nie czegoś nauczyć), czy (c) skrótowe techniki nauki (nauka opracowanych tekstów, dosłowne tłumaczenia, korpus językowy, mnemotechniki itd.). Jak mówi powiedzenie, „no hay atajo sin trabajo", czyli „nie ma skrótu bez pracy", lub innymi słowy nie ma drogi na skróty.

      To co mógłbym napisać na temat nauki języków obcych, by się i tak streściło w tych kilku powyższych zdaniach… Zgadzam się w 95% z tym, co piszą @Karol Cyprowski, @Karolina Koszałkowska i @Adriana Oniszk (choć to brakujące 5% bywa ważne).

      Ktoś skomentował, że więcej bywa tu o tym, jak się nie uczyć, niż jak się uczyć i, że metody większości autorów Woofli nie są dokładnie opisane w szczegółach. Bo tak naprawdę metoda nie jest ważna w szczegółach, lecz jedynie w ogóle. Czy będę wpisywał słówka do programu, a może do zeszytu jest nawyżej średnio ważnym pytaniem. Nie ma natomiast dla mnie najmniejszego znaczenia, na jaki kolor co sobie podkreślają autorzy Woofli. Wróćmy więc do punktów (1) rozum i (2) kreatywność, z których wyniknie, że każdy dostosowuje metodę do swoich potrzeb. Próby dokładnej charakterystyki (jakie na Woofli również miały miejsce) niestety najczęściej kończą się na punkcie (3'c) skrótowe techniki nauki dla naiwnych.

      III INNE TEMATY

      Oczywiście pisać mógłbym też artykuły bardziej tematyczne w przypływie natchnienia (lepiej brzmi niż: nudów). Wyobraźmy sobie serię artykułów charakteryzującą hiszpański w Kolumbii, w których przekazałbym informacje teoretyczne (gramatyka, wymowa, wewnętrzy podział dialektalny) zaczerpnięte z paru publikacji (prawdziwych, a nie samej Wikipedii), nieco obserwacji własnych w oparciu o wiele źródeł przez parę lat, jak również jakieś listy najpraktyczniejszego słownictwa na zasadzie „podstawy kolumbijskiego dla uczących się innego dialektu". Podobnie mogę napisać coś np. o keczua. Wszystko fajnie, tylko co potem? Po miesiącu lub dwóch pisania stwierdzę, że wyczerpały mi się najlepsze pomysły, może dojdzie do tego przypływ innej pracy (do której jestem zobowiązany, za którą mi płacą, ale i dla mnie ciekawszej) i zamilknę. Niestety nie podejmę się teraz współpracy stałej, ale jeśli będę miał realną ochotę coś z doskoku napisać, odezwę się na redakcja@woofla.pl

      1. Piotrze,
        Na pytanie ‚co potem’ odpowiedź jest prosta – potem, to co już napisałeś, albo zniknie z sieci kiedy pochopnie skasujesz bloga, albo będzie rozproszone w komentarzach na różnych stronach i forach (o ile wiem, wyszukiwarki nie indeksują komentarzy, albo dają im b. niską wagę, ze względu na powszechność spamu komentarzowego), albo będzie odrobinę lepiej dostępne dla entuzjastów, jeśli zbierzesz wszystko w jednym miejscu, pod jedną marką. W swoich zakładkach mam strony nieaktualizowane od 7 czy 8 lat, na które nadal zdarza mi się zajrzeć, bo wciąż są dla mnie wartościowe.

        Zebranie swoich obserwacji nt. dialektów kolumbijskich czy keczua może być działaniem jednorazowym, nie zaciągasz w ten sposób zobowiązania do publikowania co tydzień czy co miesiąc. Nie będę ciągnął i ewangelizował dalej, bo pamiętam, że już taką dyskusję odbyliśmy. Nadal uważam, że warto się posiadaną wiedzą (zwłaszcza jeśli ma ona unikalny charakter) ‚dzielić ze światem’

      2. @peterlin

        „Zebranie swoich obserwacji nt. dialektów kolumbijskich czy keczua może być działaniem jednorazowym, nie zaciągasz w ten sposób zobowiązania do publikowania co tydzień czy co miesiąc. (…) Nadal uważam, że warto się posiadaną wiedzą (zwłaszcza jeśli ma ona unikalny charakter) ‚dzielić ze światem’"

        Brzmi to dużo lepiej niż to, co mnie odstraszyło pogrubioną czcionką w artykule zachęcającym do dołączenia do Woofli:

        Od kandydatów oczekujemy ‘jedynie’ gotowości do napisania jednego artykułu w ciągu miesiąca (ok. 1000 słów) na wybrany przez siebie temat.

        Pozostaje kwestią otwartą forma publikacji posiadanej wiedzy. Mogę dołączyć do Woofli, mogę pisać własny blog, a mogę opublikować e-book. Każda z tych trzech form publikacji na swoje dobre strony.

      3. @Yana Para Puyu

        Gorąco popieram namowy @peterlina i cieszę się, że nie jesteś już tak całkiem „na nie" 🙂 Myślę, że współpraca w Wooflą (choćby luźna) mogłaby być dla Ciebie dobrym rozwiązaniem, bo z miejsca zyskujesz czytelników i trzycyfrowe odsłony artykułu. Karol zrobił naprawdę dobrą robotę przez te kilka lat funkcjonowania ŚJO.

        A poza tym: zobacz, że niektóre Twoje komentarze (np. pod moimi tekstami) są tak obszerne i tak bogate w treść, że w zasadzie wystarczyłoby zrobić ctrl c i ctrl v i miałbyś gotowy artykuł 🙂

      4. @Yana Para Puyu,

        „Od kandydatów oczekujemy ‘jedynie’ gotowości do napisania jednego artykułu w ciągu miesiąca (ok. 1000 słów) na wybrany przez siebie temat.”

        Pisząc ten fragment chodziło mi / nam głównie o to, by nie kończyło się na jednym artykule. Każdy z nowych autorów musi wpierw sam wdrożyć się w „cykl publikacyjny”. Poznać podstawowe zasady funkcjonowania Woofli od środka, zalecenia odnośnie technicznych aspektów artykułów i przygotowywania ich do publikacji. Gdyby wiele osób kończyło na jednym, dwóch artykułach, to po prostu ktoś z nas musiałby je edycyjnie obsługiwać i poświęcać gro czasu na czynności mało twórcze. Zależy nam po prostu na szybkim usamodzielnieniu się autorów. Przesadne rozczłonkowanie też nie jest szczególnie korzystne, stąd wzmianka o miesięcznej regularności. Oczywiście nikt nie podpisuje cyrografu na dożywotnie pisanie dla Woofli. Kilka artykułów – cykl można już uznać za jakąś regularność.

        Jeśli czujesz, że 1000 słów Cię ogranicza, to też nie traktuje tego jako nadrzędnej reguły. Chyba raz udało mi się zmieścić w tym ‘zalecanym’ limicie.

        Pozdrawiam,

      5. Z natury bardzo chętnie współpracuję na wszelkich polach. Nie będę chrzanił, że nie mam czasu, bo jestem w stanie podjąć się przedsięwzięć dużo większych, jedynie pod warunkiem, że widzę ich cel, tj. mają dla mnie sens. Wówczas łatwo znajdzie się i czas i motywacja.

        Weźmy @Adriana Twój artykuł o hiszpańskich filmach, które łatwo przeoczyć. Prawdę powiedziawszy KAŻDY, kto jest w stanie jako tako ze zrozumieniem obejrzeć zrecenzowane tam filmy, byłby również w stanie przeczytać ten artykuł napisany w języku hiszpańskim. Jaki sens było to pisać po polsku? Na stronie o tematyce filmowej owszem można by po polsku recenzować filmy nakręcone w najróżniejszych językach świata, ale mam wątpliwości czy na Woofli. Pisząc ten, lub podobny artykuł po hiszpańsku poszerzyłabyś grono czytelników poza Polską. Jeśli zaś Polak nie zrozumie jakichś wyrazów w Twoim artykule tym lepiej – czegoś się przy okazji nauczy. Przede wszystkim jednak, poćwiczyłabyś wypowiedź po hiszpańsku Ty sama. Twój hiszpański jest nieperfekcyjny? Nie szkodzi! Piszesz artykuł i przed publikacją dajesz go inteligentnemu rodzimemu użytkownikowi hiszpańskiego do sprawdzenia… U dołu artykułu umieszczasz podziękowania za korektę językową z imienia i nazwiska (o ile korektor nie życzy sobie pozostać anonimem) i publikujesz artykuł na Woofli. Jest to 10 razy więcej pracy, ale może aż 100 razy więcej pożytku? Dla mnie osobiście przynajmniej miałoby to 100 razy więcej pożytku, gdybym miał być autorem. Wówczas piszę i widzę, że jest to dla mnie konstruktywne, gdyż nie tylko systematyzuję moją wiedzę (co mogę zrobić po polsku), ale też ćwiczę język i potencjalnie docieram do lepszych komentatorów, od których sam mogę dużo więcej się dowiedzieć itd.

        Niektóre treści przekazujące wiedzę bardzo podstawową trzeba przekazywać w języku polskim. Inne jednak można w języku obcym (jak te filmy). Jeszcze inne należy w języku obcym (przykład poniżej).

        Przypuśćmy, że napisałbym artykuł z przeglądem systemów ortograficznych stosowanych do zapisu języków keczuańskich. Po tym krótkim przeglądzie uargumentowałbym własne stanowisko w sprawie ortografii. Jaki sens byłoby to pisać po polsku chyba tylko dla siebie samego, lub cudem dla kilku osób?! Ten sam artykuł na ten specyficzny temat opublikowany po hiszpańsku trafiłby do osób naprawdę tematem zainteresowanych. To brzmi jak duże słowa, ale w tego typu przypadkach, gdy mowa o językach niszowych, artykuły wręcz mogą w pewnym minimalnym stopniu wpływać na historię języka, o ile opublikowane we właściwym języku (w tym przypadku to hiszpański, w innych np. angielski).

      6. OK. Oto mój plan… Założę sobie blog w języku hiszpańskim. Czasem mogę opublikować też coś po angielsku, polsku, portugalsku, lub w keczua południowym, jeśli uznam. Jeśli będę miał taką potrzebę (np. w keczua lub w portugalskim), skorzystam z korekty rodzimego użytkownika. Jeśli jestem w stanie napisać po polsku artykuł o tym jak się uczyć języków obcych, mogę to samo zrobić w kolumbijskim hiszpańskim i doliczyć to sobie do czasu nauki, prawda? W tej chwili wydaje mi się, że jest to wspaniały pomysł. Myślę, że parę lat blogowania w języku hiszpańskim bardzo dobrze mi zrobi!

        Potrzebuję SWOBODY, żadnych zobowiązań odgórnych, ani ograniczeń tematycznych. Jeśli zachcę mi się napisać artykuł o panamskim dialekcie hiszpańskiego, to go napiszę. Poćwiczę przy tym hiszpański i może przeczytają go rodzimi Panamczycy i skomentują, a ja dowiem się WIĘCEJ… Jeśli zachce mi się napisać artykuł z niepublikowanymi obserwacjami na temat wierzeń danego plemienia, to go napiszę! Mogę więc w pewnym stopniu odbiegać od tematów językowych.

      7. @Yana Para Puyu

        Weźmy @Adriana Twój artykuł o hiszpańskich filmach, które łatwo przeoczyć. Prawdę powiedziawszy KAŻDY, kto jest w stanie jako tako ze zrozumieniem obejrzeć zrecenzowane tam filmy, byłby również w stanie przeczytać ten artykuł napisany w języku hiszpańskim. Jaki sens było to pisać po polsku?

        Pomysł, żebym pisała tutaj po hiszpańsku nie sprawdziłby się z dwóch przyczyn:
        1. (Przyczyna prozaiczna). Napisanie przemyślanego artykułu po polsku i jego korekta wymaga czasu. To nie wygląda tak, że siadasz i po dwóch godzinach masz gotowy artykuł. Zresztą Michał już poruszył ten temat w tym wątku. Napisanie ekwiwalentnego treściowo (bo niekoniecznie w formie) artykułu po hiszpańsku istotnie zajęłoby mi 10x więcej czasu. A wrzucanie kolejnych jego fragmentów, żeby otrzymać korektę na lang.8 – drugie tyle. Nie mam nieograniczonych zasobów czasu i energii. Poza Wooflą też jest życie.

        2. (Przyczyna najważniejsza). Woofla nadal ma podtytuł Świat Języków Obcych. Jest stroną skierowaną do polskiego czytelnika zainteresowanego szeroko pojętą tematyką języków obcych. Zauważyłam, że spośród komentujących moje artykuły, co najmniej połowa osób zna hiszpański lepiej niż ja. Ale wiem też, że czytają mnie osoby, które:
        a) w ogóle nie znają tego języka i uczyć się go nie zamierzają,
        b) myślą o podjęciu nauki
        c) znają język na poziomie początkującym
        Naprawdę, istnieje mnóstwo portali przeznaczonych do wprawiania się w pisaniu w językach obcych. Ale chyba niekoniecznie Woofla.

        Na stronie o tematyce filmowej owszem można by po polsku recenzować filmy nakręcone w najróżniejszych językach świata, ale mam wątpliwości czy na Woofli.

        Na samym początku współpracy z pomysłodawcą i gospodarzem tej strony zadałam mu pytanie, jak widzi jej kształt i czy dopuszcza artykuły na tematy inne niż ściśle językowe – tzn. dotyczące kultury i historii krajów, których język nas interesuje. Gdyby nie pełne poparcie Karola w tej kwestii, nigdy nie opublikowałabym tutaj choćby „Urugwajskich głosów", nie planowałabym też artykułu o „Święcie Kozła" i dyktaturze Trujillo. Skoro jednak mogę to zrobić – to trudno, żebym unikała pisania o rzeczach, które najbardziej mnie interesują, które są sednem i sensem mojej nauki hiszpańskiego. Bo uczę się głównie po to, żeby czytać literaturę, oglądać filmy i zagłębiać się w historię różnych ciekawych krajów. A że przy okazji mogę paru polskim czytelnikom, nie zawsze znającym hiszpański, przybliżyć parę tematów niekoniecznie popularnych u nas – tym lepiej.

  7. @Magda
    Dzięki za komentarze! Na „ŚJO" były reklamy Google'a i mimo wszystko czytelnicy nie uciekli. Reklamy same w sobie są moim zdaniem czymś złym dopiero wtedy, kiedy zaczynasz wciskać ludziom produkt wątpliwej jakości, którego samemu się nie wypróbowało – możesz mi jednak wierzyć, że daleko mi do tego i jestem bardzo wybredny jeśli chodzi o lokowanie byle czego. Poszukiwanie osób chętnych do współpracy trwa natomiast od dnia pierwszego istnienia Woofli po chwilę, w której uznamy, że jest nas za dużo – artykuł został co prawda opublikowany niedawno, ale od zawsze na górze strony znajduje się etykieta „Dołącz do nas", do której mogą zajrzeć osoby zainteresowane. Faktu samej akcji szukania współautorów nie należy też utożsamiać z tym, że chcemy współpracować z byle kim i na gwałt potrzebujemy kogoś kto będzie pisał za nas – osobiście wolę skromną grupę pomysłowych i intelignentych osób tworzących artykuły na naprawdę wysokim poziomie niż wielu miernych autorów piszących o niczym. Mam nadzieję, że w przyszłości będą do nas się zgłaszać przede wszystkim ci pierwsi.

    Pozdrawiam,
    Karol

  8. @Wujkowie dobra rada

    Długo powstrzymywałem się przed komentarzem pod swoim własnym artykułem, ale nie chcę czekać, aż przebierze się miarka. Wydaje mi się, że warto uświadomić Czytelników, jak wygląda sytuacja.

    FORMA GRAFICZNA
    Z wyjątkiem @peterlina, którego zdanie i rady sobie zawsze cenię i biorę do serca, nikt z krytykujących nie podał choćby jednego konkretu w jaki sposób uatrakcyjnić Wooflę. Pod artykułem, w którym zachęcamy do dołączenia do zespołu dostajemy nagle po tyłku od osób, które po raz pierwszy zdecydowały się wypowiedzieć i od razu pozwalają sobie na postawę roszczeniową. Mamy się tłumaczyć z tego, jak w ogóle ŚMIEMY zachęcać kogoś do współpracy. Nie widzę powodu dla którego Redaktor Naczelny – autor ok. 100 artykułów (ani którykolwiek z autorów ze znacznie mniejszym dorobkiem) ma się tłumaczyć przed kimś, kto szarpnął się na 5 zdań o tym, że strona nie realizuje jego podniet artystycznych.

    Wywołany @peterlin na swoim blogu http://www.peterlin.pl/blog/ sformułował niegdyś zasady, w oparciu o które miał funkcjonować jego blog. Jest to dobry moment, by przytoczyć fragment cytatu podobnego do tego, który się tam znajdował: „if you're not paying for something, you're not the customer (…)”. Chyba każdy może sobie dopowiedzieć czego może w związku z tym z czystym sumieniem oczekiwać. Jest takie powiedzenie, którego nie przytoczę, o tym co można dostać „za darmo".

    REKLAMY
    I tu płynnie przejdę do czytelników, którzy grożą nam, że uciekną, gdy tylko pojawi się jakaś reklama. Chyba czas najwyższy uświadomić te osoby, że miejsce w chmurze, w którym wisi już 130 artykułów i ponad 3000 komentarzy nie jest sponsorowane przez Szejka z Arabii Saudyjskiej, żadną sektę ani organizację terrorystyczną, lecz opłacane w całości prze osobę, która w ciągu ostatnich 5-lat regularnie zapewnia darmową rozrywkę wielu osobom zainteresowanym językami obcymi. Zgadywanka – kto to taki? Podpowiem, że nie Święty Mikołaj.

    U mnie – autora rodzi, dotychczas tłumiony, sprzeciw, to, że są osoby, którym poczucie przyzwoitości nie przeszkadza próbować ustawiać Twórcę Woofli, który ponosi z własnej kieszeni nie tak małe koszty, w roli małego Kazia i jeszcze zarzucać brak profesjonalizmu. Jeśli ktoś nie jest w stanie poświęcić 1/3 sekundy, żeby zamknąć wyskakującą reklamę, albo przeboleć, tego, że pokazuje się ona w rogu okna, to jak w ogóle może oczekiwać, że Redaktor Naczelny będzie ich zabawiał na swój koszt kolejnymi artykułami (napisanie każdego zajmuje (co najmniej kilka godzin (o ile wszystko jest już ułożone „w głowie”, często raczej kilkanaście) z radością oczekując zewsząd na kolejnego zgniłego pomidora, którym ktoś w pierwszym zdaniu swojej komentatorskiej aktywności zdecyduje się go uraczyć.
    Zachęcam do chwili refleksji. Szanujmy się nawzajem.

    Gwoli ścisłości; to tylko moje prywatne zdanie – autora swoich artykułów i czytelnika wszystkich pozostałych wpisów i komentarzy, a nie redakcji Woofli.

    1. Skoro zostałem wywołany, a traf chciał, że przywoływany przez Michała tekst (Rules) zniknął z mojego bloga akurat wczoraj, czuję się w obowiązku wyłożyć tu swoje stanowisko, zanim przeformułowane (i mniej kapryśne) Zasady powrócą.

      1. Nadal uważam, że krytyka nie musi być miła i przyjacielska w tonie, powinna jednak -jeśli ma być traktowana poważnie- być konkretna, rzeczowa. Jeśli nie chce ci się napisać jasno, o co ci chodzi, nie dziw się, kiedy innym nie będzie się chciało domyślać, co miałeś na myśli i zareagują odpowiednio (tj. potraktują cię wrogo, lekceważąco lub zignorują).

      2. Doskonale wiem, i skala czytelnictwa mojego bloga daje na to dowody, że obrane przeze mnie nastawienie nie jest optymalne, jeśli chodzi o poszerzanie bazy czytelniczej. W końcu co znaczy ‚abrasive jerk’ dowiedziałem się będąc tak opisany, i nie sądzę, żeby ten, kto mnie tak opisał pozostał na moim blogu jako stały czytelnik (choć miewałem też kompulsywnych anty-fanów 🙂 Nie wiem zatem czy autorzy woofli powinni, dla swojego własnego dobra, kierować się podobnymi do moich zasadami 🙂

      3. Dysproporcja pomiędzy wysiłkiem włożonym przez autora w przygotowanie tekstu, a sumarycznym wysiłkiem wkładanym przez ogół czytelników w komentarze/krytykę i inny docierający do autora odzew bywa deprymująca, ale nie sposób zmienić tej relacji. Nie da się odgórnie wymusić większej zawartości „mięsa" w komentarzu, a próby zniechęcania do komentarzy zdawkowych, mogą zniechęcić do komentowania w ogóle. Można starać się w neutralnym tonie dopytać o konkrety, ale jak widać z historii komentarzy na woofli, nie zawsze to działa.

      4. Odnośnie szaty graficznej. Jak łatwo zgadnąć, ma ona dla mnie b. niski priorytet. Swoje uwagi do woofli przekazałem niemal wyłącznie po to, żeby zachęcić innych, by postępowali podobnie. Przy okazji – na moich starych stronach internetowych był kiedyś nagłówek „If you don't like my (lack of) design – bugger off", co wtedy uważałem za pomysł świetny, teraz – za skrajnie niemądry, bo wiem że zniechęcił co najmniej jednego życzliwego krytyka.

    2. Mam wrażenie, że wiem do kogo odnosi się powyższy komentarz 😉

      Gwoli ścisłości: nie przeszkadzają mi reklamy migające w rogu, czy takie które da się zamknąć. Internet jest obecnie tak przeładowany tym badziewiem, że przejmowanie się, mogłoby szybko doprowadzić do wrzodów żółądka i plam wątrobianych. Pisząc o uciekaniu miałem raczej na myśli to co dzieje się przykładowo na wielu portalach informacyjnych typu WP. Przeczytanie jakiegoś newsa, lub artykułu jest nie tylko frustrujące, ale czasem nawet niewykonalne, pomimo adblocka, z powodu odpalających się automatycznie filmików z reklamą środka na potencję, lub slide-barów (tak to się chyba nazywa), które potrafią zasłonić 2/3 tekstu i nie pozwalają się nawet wyłączyć. Reklama dyskretna – ok. , nikt przecież nie przeczy temu, że autorzy bloga mogliby wreszcie zacząć na nim zarabiać.

      Topór wojenny uważam za zakopany 😀

  9. Dzień dobry!
    Chciałbym się z Wami podzielić pewnym spostrzeżeniem – a mianowicie tym, że w nowym wzorze dowodów osobistych ma być rubryka:
    OBYWATELSTWO/NATIONALITY
    Zdumiony tym faktem, napisałem do mswia@gov.pl -> oto odpowiedź:
    W odpowiedzi na nadesłane drogą elektroniczną pismo z dnia 18 lutego 2015 roku informuję, że

    w trakcie prac legislacyjnych nad projektem rozporządzenia w sprawie wzoru dowodu osobistego

    ustalono, że wyraz „obywatelstwo” będzie tłumaczone jako „nationality”, tak jak jest to zwyczajowo

    stosowane w dokumentach tożsamości wydawanych w innych krajach, w tym w paszportach, zgodnie z

    zaleceniem ICAO. W dokumencie ICAO 9303 wyraz „nationality” występuje w opisie pól. Określenie

    „nationality” jest stosowane w dokumentach tożsamości wydawanych przez następujące państwa UE:

    Litwa, Luxemburg, Malta, Holandia, Portugalia, Rumunia, Słowacja, Szwecja, Szwajcaria, Finlandia,

    Francja, Grecja, Węgry, Bułgaria, Cypr, Czechy, Niemcy, Hiszpania, Dania.

    /-/ Małgorzata Zdziech

    Naczelnik Wydziału Ewidencji Ludności

    i Dowodów Osobistych

    Nie chce mi się już korespondować z MSW, ale zdumiewa mnie to. Wg mnie powinno być:
    OBYWATELSTWO/CITIZENSHIP albo
    NARODOWOŚĆ/NATIONALITY

    Toż przecież obywatelstwo i narodowość to zupełnie inne pojęcia. Gdybym wyemigrował do, dajmy na to, Czech i przyjął ich obywatelstwo, to przecież nie stanę się Czechem, tylko Polakiem, ale czeskim obywatelem (Citizenship = CZECH, Nationality = POLISH).

    Macie pomysł, dlaczego w dowodzie (a, co wynika z pisma od MSW także w innych dowodach, czy ich odpowiednikach) jest takie pomieszanie pojęć narodowości i obywatelstwa?

    Pozdrawiam. Co do dialektu zachodniomazowieckiego pamiętam, ale jeszcze u teściów nie byłem.

    PS. Czy istnieje możliwość wprowadzenia podglądu napisanego posta przed wysłaniem? Byłaby przydatna (np. teraz dla mnie)

    1. Popełniasz częsty w Polsce błąd utożsamiając ‚nationality’ z ‚ethnicity’. Prawna definicja pojęcia ‚nationality’ (patrz np. OED: definicja 3a) mówi, że jest to „the status of being a citizen or subject of a particular state…". To nie jest to samo co „citizenship", bo „citizen" z definicji ma prawa obywatelskie, a „national" – niekoniecznie (np. w pewnych okresach historii kobiety nie były „citizens", ale „nationals" – jak najbardziej; nawet dziś mieszkańcy pewnych terytoriów, np. Amerykańskiego Samoa, są „nationals but not citizens of the USA").

      1. Link do definicji 3a nie działa 🙁
        W takim razie obcokrajowiec, posiadający kartę stałego pobytu i polski PESEL ma polskie „nationality", choć nie ma „citizenship"? Poza tym, jeśli ktoś ma prawo do wyrobienia dowodu osobistego, to chyba musi być „citizen"? Troszkę to zawiłe. Ale dzięki za wyjaśnienie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ