Poziom znajomości języka po 80 godzinach nauki, czyli podsumowanie eksperymentu językowego

rpa28 listopada 2015 roku rozpocząłem w ramach przygotowań związanych z wyjazdem do RPA mój drobny eksperyment polegający na nauce używanego przez znaczącą część tamtejszego społeczeństwa języka afrikaans. Projekt trwał 11 tygodni (dokładnie 78 dni) i dobiegł końca wraz z rozpoczęciem podróży, podczas której próbowałem wykorzystać wiedzę zdobytą wcześniej. Teraz przyszedł czas na podsumowanie całego procesu oraz wnioski jakie z niego może wyciągnąć niemal każda osoba ucząca się języka, nawet jeśli nie jest miłośnikiem moich metod (o czym można było się dowiedzieć w komentarzach do wcześniejszych artykułów) – prawdy rządzące nauką języka są bowiem bardziej uniwersalne, niż się ludziom może, na pierwszy rzut oka, wydawać. Do zapoznania się z nimi zapraszam wszystkich, zarówno tych, którzy na bieżąco śledzili moje zmagania, jak i tych, którzy na Woofli są po raz pierwszy.

Proces nauki: metody oraz czas

Mimo że o samych metodach wspominałem już przynajmniej dwukrotnie, powtórzę ich główne założenia:
1. Przerobienie podręcznika Colloquial Afrikaans B. Donaldsona i utworzenie talii aktywnych w Mnemosyne polegających na tłumaczeniach z polskiego lub angielskiego na afrikaans. W chwili zakończenia eksperymentu oznaczało to 1417 unikatowych zdań, z których znaczną część potrafiłbym aktualnie powiedzieć oraz modyfikować bez chwili zawahania.
2. Czytanie afrykanerskich tekstów z ogólnodostępnych serwisów takich jak MaroelaMedia, Netwerk24 czy też afrykanerskiej Wikipedii. Jeśli starczało czasu, to również stosownie analizowałem te teksty, wypisując nie w pełni zrozumiałe zdania do mojego zeszytu (w omawianym okresie było ich 639) oraz do talii pasywnej w Anki (jej jedyny cel to sprawdzenie czy potrafię podać polski odpowiednik afrykanerskiego słowa). Czytałem przede wszystkim na temat współczesnej sytuacji politycznej w RPA oraz historii Afrykanerów – warto zaznaczyć, że ten wybór miał więcej wspólnego z moimi zainteresowaniami, niż jakimkolwiek praktycznym aspektem nauki języka.
3. Słuchanie w tle audycji radia RSG oraz ściąganie i wsłuchiwanie się uważniej w najciekawsze z nich (przede wszystkim poświęconej wydarzeniom współczesnym „Kommentaar").
4. Od stycznia pisałem już w afrikaans wiadomości tekstowe do osób, u których udało mi się znaleźć lokum na czas wyjazdu.

Proces nauki: Ile spędziłem czasu na nauce afrikaans?

Ciężko jednoznacznie powiedzieć, gdyż jednoznacznie mogłem dokłanie liczyć jedynie czas przeznaczony na pracę z SRSami (Anki i Mnemosyne). Na pracy z aktywną talią spędziłem w omawianym okresie 2099 minut (35 h), co daje 27 minut dziennie. Talia pasywna była znacznie mniej czasochłonna – jej przerabianie zabrało mi 585 minut, czyli 7,5 minuty dziennie. Jeśli wziąć pod uwagę, że średnio minutę zajęło mi wprowadzenie jednego zdania do każdej z talii dostajemy liczbę 4638 minut, czyli niemal godzinę pracy w skupieniu dziennie. Tyle jeśli chodzi o sesje mierzalne. Do tego dochodzą jeszcze ciężko mierzalne okresy, w których „żyłem w afrikaans", czego nie należy bagatelizować. Dojeżdżając do pracy (ok. pół godziny w jedną stronę) czytałem w afrikaans, zwłaszcza w późniejszym okresie, kiedy nie była to czynność wymagająca ode mnie zastanawiania się nad znaczeniem niektórych podstawowych wyrazów bądź struktur gramatycznych. Siedząc w domu w tle często leciała afrykanerska muzyka (Van Coke Kartel, Karen Zoid, Chris Chameleon, Jack Parow, Robbie Wessels, Die Heuwels Fantasies), oglądałem na YouTube wywiady w tym języku, które z początku niemal niezrozumiałe z biegem czasu odkrywały przede mną kolejne warstwy znaczeniowe. Najprościej mówiąc starałem się mieć kontakt z afrikaans również poza formalnym procesem nauki tak często, jak to tylko możliwe. Warto jednak zauważyć, że będąc osobą jednocześnie pracującą, studiującą i zajętą innymi rzeczami takimi jak choćby administrowanie Wooflą, nie zawsze byłem w stanie znaleźć odpowiednio dużo czasu, który na wyżej wspomniany kontakt mogłem poświęcić.

Rezultaty:

Jeśli ktoś spodziewał się, że na Woofli kiedyś przeczyta o tym, że można nauczyć się języka na wysokim poziomie spędzając na procesie jego nauki godzinę dziennie przez względnie krótki okres, to się grubo mylił. Na pewno jednak jest możliwe w ciągu 2-3 miesięcy dojść do poziomu pewnej samodzielności językowej, która pozwala nam już na bezstresowe zanużenie się w języku, korzystanie z jego dobrodziejstw w codziennym życiu i poznawanie świata z perspektywy obcej kultury. Zawsze powtarzałem, że znajomość języka należy podzielić na przynajmniej cztery umiejętności, które, choć się przenikają, niekoniecznie muszą ze sobą współgrać (czego przykładem są osoby niepiśmienne, bądź ludzie czytający po angielsku, ale bez zdolności płynnego mówienia w tym języku).

Przypomnijmy, jakie cele sobie postawiłem na początku grudnia:
Czytanie – Chciałbym po kilku miesiącach móc bez większych problemów czytać prozę w afrikaans.
Pisanie – Chciałbym jeszcze przed wyjazdem móc napisać parę maili, które ten wyjazd uczynią jeszcze bardziej atrakcyjnym.
Mówienie – Chciałbym rozmawiać na nieskomplikowane tematy, nie uciekając się do pomocy języka angielskiego.
Słuchanie – Chciałbym, obok prostych konwersacji, rozumieć audycje radiowe oraz reportaże Netwerk24.

Jak wygląda ich realizacja w praktyce?
Czytanie – zdecydowanie najmocniejsza zdolność, co zresztą nie dziwi biorąc pod uwagę fakt, iż czytać bardzo lubię, robię to często, a pisany afrikaans ze względu na podobieństwo do poznanych wcześniej języków germańskich wygląda całkiem zrozumiale nawet dla osób, które nie miały z nim nigdy kontaktu. Dlatego też cel, jaki sobie postawiłem przed trzema miesiącami, był zdecydowanie najbardziej ambitny, biorąc pod uwagę, iż wiele osób ma nierzadko problem z czytaniem literatury obcojęzycznej nawet po paru latach nauki. W trakcie wyprawy kupiłem pare pozycji książkowych w afrikaans, z czego dwie to powieści. F.A. Venter oraz André Brink należą do klasyki afrykanerskiej literatury i dzieło tego pierwszego pt. Kambro-kind miałem już okazję zacząć czytać. Nie jest to naturalnie „jazda bez trzymanki" jak w przypadku języka rosyjskiego, ale też nie powiedziałbym, iż sprawia duże kłopoty. Na stronie znajduję około 5-6 słów, których nie widziałem wcześniej, ale w zdecydowanej większości nie są one istotne dla zrozumienia fabuły. Mogę więc czytać prozę w afrikaans i sprawia mi to przyjemność – czegóż chcieć więcej?

Pisanie – przed oraz w trakcie podróży napisałem kilkanaście maili oraz smsów w afrikaans związanych z tak różnymi rzeczami jak kwestie noclegowe, lokalny transport czy też… przepis na pierogi ruskie, które zasmakowały moim gospodarzom w Bloemfontein. Ten poziom zupełnie mi do szczęścia wystarcza. Można powiedzieć, że i na tym polu eksperyment zakończył się sukcesem.

Mówienie – zadanie było utrudnione przynajmniej z trzech powodów. Pierwszym był fakt, że nauka mówienia ograniczała się u mnie do używania talii aktywnej i modyfikowania zdań przykładowych. Zatem na miejsce przyleciałem nie mając specjalnego doświadczenia w tej sferze. Drugim powodem jest urzędowy status języka angielskiego i względnie wysoki (przynajmniej w stosunku do pozostałych grup etnicznych zamieszkujących RPA) poziom wykształcenia Afrykanerów, co z kolei implikuje ich dwujęzyczność (do jakiego stopnia jest ona posunięta, to już temat na osobny artykuł). Po trzecie, nie jechałem sam, a towarzysząca mi osoba nie zna afrikaans. Naturalnym więc było, że większość czasu rozmawialiśmy po angielsku. Gdy jednak sygnalizowałem chęć przechodzenia na afrikaans, nie było z tym większych problemów, a moi rozmówcy okazywali ogromną cierpliwość, starali się mówić ciut wolniej, co znacznie ułatwiało komunikację, będąc jednocześnie pod autentycznym wrażeniem, że komuś z innego kontynentu wpadł do głowy pomysł nauki tak niszowego języka. Zresztą przynajmniej dwa razy nagrano mnie telefonem komórkowym w celu udowodnienia znajomym i rodzinom, że rzeczywiście do RPA przyjechał Polak, który mówi w afrikaans. Bardzo słabo, ale czegóż więcej oczekiwać po tak krótkim czasie nauki.

Słuchanie – o ile na początku niełatwo było mi z afrykanerskich audycji wychwycić cokolwiek, poza zaimkami osobowymi, o tyle po dwóch miesiącach kontaktu z tym językiem mogłem już przysłuchiwać się dyskusjom rozumiejąc zdecydowaną większość przekazu. Dalej jednak nie było to pełne rozumienie, podobnie jak z kontaktem na żywo. Tak długo jak moi rozmówcy mówili powoli i wyraźnie oraz rozmawialiśmy na bliski mi temat, nie miałem z tym większego problemu. Gdy jednak jadąc pociągiem z Johannesburga do Bloemfontein miałem okazję siedzieć w wagonie z dwiema kolorowymi kobietami (o społeczności tzw. Koloredów pisałem w artykule „Język (nie) tylko białego człowieka") żywo komentującymi niedole podróży, byłem przeważnie bezradny, gdyż odmiana jakiej używały w dużej mierze różniła się od standardowego języka, którego miałem się okazję uczyć.

Wnioski:

Nie jestem wielkim fanem sztywnej kwalifikacji znajomości języka, ale jeśli przyjęlibyśmy za wyrocznię zatwierdzone przez Radę Europy oraz powszechnie znane poziomy biegłości mógłbym z całą pewnością stwierdzić, że doszedłem do słabego B1 z odchyleniami w stronę B2 w zakresie czytania oraz A2 jeśli chodzi o mówioną interakcję, co odzwierciedla dokładnie na co poświęciłem, nieprzypadkowo zresztą, najwięcej czasu. Wydaje mi się, że jest to przeciętny poziom, jaki można osiągnąć po przerobieniu podręcznika oraz dwumiesięcznym, dość regularnym acz krótkim (80h rzeczywistej nauki), kontakcie z językiem. Rezultat byłby najprawdopodobniej bardziej imponujący, gdybym mógł sobie pozwolić na znacznie częstsze obcowanie z afrikaans w formie skoncentrowanej nauki. Prawdą jest bowiem, że czas oraz koncentracja to najważniejsze czynniki, jeśli chodzi o skuteczność procesu uczenia się języka, dużo istotniejsze moim zdaniem, niż najbardziej wyszukane metody (całkiem częstym przypadkiem są zresztą osoby, które więcej czasu spędzają na szukaniu dobrych metod, podręczników zamiast na nauce języka). Te ostatnie nic nie dadzą, jeśli nie zainwestujemy odpowiednio dużo swojego wolnego czasu w ich zastosowanie. Mam tu na myśli przynajmniej godzinę dziennie – krótszy kontakt z językiem służy na pewnym poziomie już jedynie temu by języka wolniej zapominać.
Chciałbym artykuł zakończyć pewną refleksją na temat czasu. Otóż zdarzało mi się już otrzymywać maile od osób, które wspominały, iż 5 lat uczyły się niemieckiego i nadal nic nie potrafią powiedzieć. Mierzenie swojego procesu nauki w latach jest jednak czymś strasznie mylącym, dlatego gorąco zachęcam do wykorzystywania jako miary nie lat, lecz godzin spędzonych na skoncentrowanej nauce lub bezpośrednich rozmowach w danym języku. Gdy wybierzemy tę miarę, nagle okaże się, iż de facto kontakt z językiem w ciągu tych pięciu lat był po prostu fikcją i nie ma nic dziwnego w tym, że się go nie nauczyliśmy. Gdyby w tym czasie poświęcać na niemiecki godzinę dziennie uzbieralibyśmy około 1800 godzin, które zupełnie wystarczą, by osiągnąć bardzo wysoki poziom językowej biegłości. Powyżej opisałem czego można dokonać w 80 godzin prowadząc przy okazji dość intensywny tryb życia. Dlaczego więc nie przeznaczyć więcej czasu na to, by stać się biegłym w języku obcym, na którym nam naprawdę zależy?

Inne artykuły opisujące mój projekt nauki języka afrikaans:
Eksperyment językowy – pełen opis projektu
(Nie)płynny w 3 miesiące czyli eksperyment językowy
Język nie tylko białego człowieka
Dwa tygodnie i trzy pytania, czyli eksperymentu ciąg dalszy

24 komentarze na temat “Poziom znajomości języka po 80 godzinach nauki, czyli podsumowanie eksperymentu językowego

  1. Ogromne gratulacje za motywacje i wytrwałość oraz rezultaty, które udało Ci się osiągnąć. Rozumiem, że najbardziej odczuwalne braki zaobserwowaleś w mowie i rozumieniu ze słuchu. Ostatnio miałam przyjemność odrobinkę zagłębić się w ten temat i okazuje się, że to że mamy największe problemy z mówieniem wynika po prostu z zaniedbań środowiskowych. Nie angażujemy się w trakcie nauki w mówienie, a jeśli to robimy to przeważnie zbyt mało uwagi temu poświęcamy. Każdy człowiek rozpoczyna proces mowy od słuchu i obserwacji, po czym zaczyna mówić, a następnie kształci pisanie i czytanie. My dorośli wywracamy tą kolejność, bo przecież jesteśmy dorośli.. ale ta dorosłość nie znaczy o niczym innym jak tylko tym, że możemy proces nauki pisania i czytania przyspieszyć. To dokładnie tylko tyle znaczy. Dalej powinniśmy naturalną i najbardziej skuteczną kolejność zachowywać, jeśli chcemy szybko uzyskać płynność językową , w każdej kategorii. Nauka czytania i pisania gdy wspiera proces nauki mowy daje najszybsze rezultaty, a jeśli traktujemy mowe jako tylko dopełnienie gramatyki i czytania no to wtedy pojawia się problem – nie potrafimy mówić. Mowa nie jest umiejętnością wrodzoną i jedyny sposób, żeby nauczyć się języka to jest mówiąc jak najczęściej i jak najwięcej. Ciekawe czy zgodziłbyś się z tąteorią, gdybyś przeprowadził eksperyment nauki języka, poświęcając tyle samo czasu na naukę, ale jako dominującą metodę przyjmując mówienie. Sądzę, że osiągnąłbyś nieporównywalnie lepsze rezultaty. Nie oceniam Twoich metod. Zazdroszcze, że udało Ci się cel osiągnąć bo to się liczy. Pozdrawiam : )

    1. Napisałaś:

      Ciekawe czy zgodziłbyś się z tą teorią, gdybyś przeprowadził eksperyment nauki języka, poświęcając tyle samo czasu na naukę, ale jako dominującą metodę przyjmując mówienie.

      Na pewno lepiej bym mówił, ale to przecież oczywiste – umiemy najlepiej zawsze to na czym spędzamy najwięcej czasu. Czy ogólny rezultat byłby lepszy? Śmiem wątpić, bo na mówieniu zależało mi najmniej (no bo po co właściwie przeznaczać na to czas skoro nie mam zamiaru tego języka w wersji mówionej używać na co dzień?), a na odbieraniu treści najwięcej.

      Przejdę do rzeczy – prezentujesz (nie od dziś zresztą, pamiętam nadal dyskusje na „ŚJO") stanowisko, któremu od dawna staram się przeciwstawiać, a które jest wśród ludzi mocno zakorzenione i przyjmuje jako wyznacznik znajomości języka przede wszystkim język mówiony w mniejszym lub większym stopniu ignorując pozostałe aspekty. Jeśli przyjmiemy taki punkt widzenia to rzeczywiście ludzie popełniają błąd i odwracają kota ogonem. Gdy jednak znaczenie aspektów wyrównamy okazuje się, że rzeczywistość nie wygląda wcale tak różowo jak przedstawiłaś. Ba, znam wiele osób mówiących płynnie po polsku i niemiecku, które nie potrafią w tych językach poprawnie pisać, mimo że, o zgrozo, nawet szkoły pokończyły i to wcale nie są liczby małe. Doświadczenie mówi mi, że jeśli ktoś dobrze pisze i dużo czyta, przeważnie dobrze też mówi. Na odwrót sprawdza się to znacznie rzadziej.

      Każdy moim zdaniem powinien się uczyć właśnie tego na czym mu najbardziej zależy – jeśli ktoś narzeka na to, że słabo mówi to niech mówi częściej, jeśli nie potrafi czytać książki to niech zacznie ją czytać. Nie ma drogi nie skróty i zawsze to na co nie przeznaczamy czasu nie będzie naszą mocną stroną. To truizm i pisałem już o tym wiele razy, ale mam wrażenie, że nigdy za mało.

      1. > Doświadczenie mówi mi, że jeśli ktoś dobrze pisze i dużo czyta, przeważnie dobrze też mówi.
        Rozumiem że pominąłeś tu wymowę, której nie miał okazji wyćwiczyć.

      2. @Void

        Rozumiem że pominąłeś tu wymowę, której nie miał okazji wyćwiczyć.

        Nie bardzo rozumiem co masz na myśli. Wyćwiczenie wymowy przy okazji (chociażby poprzez wokalizację tego co się czyta) wydaje mi się w tym wypadku raczej czymś oczywistym.

      3. > Nie bardzo rozumiem co masz na myśli. Wyćwiczenie wymowy przy okazji (chociażby poprzez wokalizację tego co się czyta) wydaje mi się w tym wypadku raczej czymś oczywistym.
        Chodzi mi o to że nasze wyobrażenie jak czytać może być bardzo odległe od prawidłowego. Przez lata byłem pewien że angielskie słowo „comfortable" czyta się tak samo, jak znane mi „table". Dopóki nie znalazłem osoby biegłej w tym języku tkwiłem w swoich błędach. Okazało się że samo czytanie nie poprawia tego jak mówię.

      4. @Void
        Samo czytanie wymowy nie poprawia, to jasne, ale nigdy nie napisałem, że osoba, która dobrze czyta nie ma do czynienia z różnorodnością form języka mówionego. Mając dużo kontaktu z radiem i telewizją problemu z wymową nie powinno być problemu jeśli jest się odpowiednio uważnym i nie ma tzw. „drewnianego ucha". Jeśli ktoś natomiast kontaktu z językiem mówionym nie ma w ogóle to oczywistym jest, że nie będzie miało dobrej wymowy, ale tu znowu uciekamy w truizmy.

        Mój pierwotny komentarzu oparłem po prostu na moich zawodowych przeżyciach związanych z kompletowaniem niemieckojęzycznego zespołu konsultantów – zawsze znacznie łatwiej było znaleźć osobę, która dobrze po niemiecku mówi niż pisze. Podejrzewam, że sytuacja w przypadku pozostałych języków wygląda dość podobnie.

  2. Wybacz. Nie zrozumiałam Cie. Odnioslam wrażenie, że eksperyment którego się podjales był częścią przygotowań do podróży. W domyśle uznałam, że jak najlepsza zdolność komunikacji w formie mowionej to był główny cel. No bo jeśli piszesz, że podejmujesz się nauki języka ze względu na wyjazd to raczej większość czytelników pomyśli, że nie chodzi Ci jeszcze na tym etapie o to by pojechać do obcego kraju i czytać tamtejsza literaturę w oryginale.. 😉

    Ty też mnie nie rozumiesz. Nie uwazam by nauka języka obcego musiała mieć przebieg skrajny. Tzn. Albo gadam i nie czytam, nie uczę się słówek, gramatyki albo uczę się słówek, gramatyki i nie gadam. Jedno nie wyklucza drugiego. O to mi chodzi. Jeżeli człowiek mówi wiele w języku obcym to uzupełnienie nauki czytaniem i pisaniem cały proces uczenia się przyspieszy, ale jeżeli tylko się osluchujemy, czytamy i piszemy wtedy akwizycja nowego języka przebiega wolniej i utrwala się z większym mozolem. Wynika to po prostu ze sposobu w jaki działa mózg. Wielu wybitnych specjalistow w najróżniejszych dziedzinach podgladajac naturę dochodzi do wyśmienitych wniosków. Adaptuja te rozwiązania i one odnoszą spodziewane rezultaty. W zwiazku z tym nie rozumiem czemu nigdy nie potrafisz być elastyczny w porównaniu procesu akwizycji języka pierwszego i kolejnych w późniejszym życiu. Nie kloce się, że człowiek dorosły powinien latami budować bazę podstawowych słów i patrzeć na świat z perspektywy dziecka, ale spieram się że wzorowanie sie na tym procesie akwizycji, jego kolejności, przebiegu jednakze adekwatnie do aktualnych możliwości umysłowych jednostki jest świetnym sposobem na szybsza, bardziej trwała i gruntowna znajomość jezyka. Ale to bez znaczenia. Reprezentujemy skrajne podejścia do nauki, oboje radzimy sobie w językach które nabyliśmy i oboje z tym żyjemy. Także nie ma co się spierać. 🙂 Pozdrowki

  3. Jeżeli człowiek mówi wiele w języku obcym to uzupełnienie nauki czytaniem i pisaniem cały proces uczenia się przyspieszy, ale jeżeli tylko się osluchujemy, czytamy i piszemy wtedy akwizycja nowego języka przebiega wolniej i utrwala się z większym mozolem. Wynika to po prostu ze sposobu w jaki działa mózg. Wielu wybitnych specjalistow w najróżniejszych dziedzinach podgladajac naturę dochodzi do wyśmienitych wniosków. Adaptuja te rozwiązania i one odnoszą spodziewane rezultaty. W zwiazku z tym nie rozumiem czemu nigdy nie potrafisz być elastyczny w porównaniu procesu akwizycji języka pierwszego i kolejnych w późniejszym życiu. Nie kloce się, że człowiek dorosły powinien latami budować bazę podstawowych słów i patrzeć na świat z perspektywy dziecka, ale spieram się że wzorowanie sie na tym procesie akwizycji, jego kolejności, przebiegu jednakze adekwatnie do aktualnych możliwości umysłowych jednostki jest świetnym sposobem na szybsza, bardziej trwała i gruntowna znajomość jezyka.

    To są kompletne bzdury. Komentarz o wybitnych specjalistach i naturalnej akwizycji języka jest słodki.

    Dziecko przez kilka pierwszych lat swojego życia przede wszystkim słucha i dopiero później mówi. Tak samo przebiega nauka na wyższych etapach rozwoju: zanim ktoś samodzielnie napisze książkę/artykuł prasowy, uprzednio sam ileś (i to dużo…) książek/artykułów prasowych przeczyta. Najpierw dużo, bardzo dużo odbieramy, tj. osłuchujemy się i oczytujemy, a następnie dopiero na bazie tego odbioru sami produkujemy.

    Kolejność działanń Karola w trakcie ralizacji „eksperymentu" nie tylko była logiczna, ale i zgodna z „naturalną akwizycją" np. pierwszego języka. Jest logiczne, że Karol najpierw się osłuchiwał w afrikaans, a później dopiero (korzystajac z okazji podróży) mówił w afrikaans. Próba wypowiedzi ustnej w języku obcym, z którym się dobrze ktoś nie osłuchał (opatrzenie-oczytanie też bardzo pomaga) to ZGROZA tak pod względem składni, jak akcentu, jak płynności wypowiedzi. To samo tyczy się pisania.

    Osoba, która dużo aktywnie produkuje, robi to lepiej od osby, która mało produkuje, lecz POD WARUNKIEM wystarczająco dużego odbioru. Co powiem i napiszę w języku, którego nie słyszałem i w którym nie czytałem? I czy byłaby to właśnie ta „naturalna akwizycja" – naturalna kolejność?

    Każdy z lekcji języka obcego w szkole wie, jakie horrory składniowe, lub horrory w akcencie (łącznie z nauczycielami!), tworzą ludzie, których nauka opiera się na metodzie „regułki gramatyczne + słówka" z podręcznika. Zmuszają ludzi do mówienia od pierwszej lekcji mimo, że nie słyszeli dobrze języka, w którym mają mówić i do pisania rozprawek w języku, którego na piśmie też dobrze nie widzieli. Gdyby dać licealistom mniej rozprawek z angielskiego do napisania (którego to angielskiego na oczy nie widzieli, a pisać im każą), a zamiast tego kazać im przeczytać kilka angielskich lektur, poziom językowy maturzystów wzrosłby skokiem z roku na rok! I okazałoby się, że po tych kilku lekturach wypracowania lepsze piszą.

    1. Nie jest dla mnie szokiem, że nazywasz to co napisałam bzdruami – ok. 🙂 Lubie poznawać mózg i reakcje w nim zachodzące. Oczywiście nie oznacza to, że każda naukowa publikacja jest prawidłowa. Mam też dzieci i od dawna szczególnie interesują mnie zagadnienia akwizycji języka przez dzieci, ale też temat dwujęzycności i wielojęzyczności. Mam w tym interes osobisty, Sami twórcy teorii potrafią w późniejszym czasie zmienić swoje wnioski lub je zanegować. Ale na tym to polega – uczysz się, szukasz rozwiązań i te elementy składają się na kolejne, nowe bądź zmienione wnioski. Głupstwem jest uważać, że zawsze ma się rację. Ja tak nie uważam. Przykro mi że takie wrażenie odnosisz. Nie jest to nasza pierwsza wymiana poglądów. Zrozumiałam, że nie interesuje Cię naukowa strona akwizycji języków. Swoje wnioski popierasz wyłącznie subiektywnymi odczuciami wynikającymi z Twoich własnych doświadczęń. Nie ma w tym nic złego, tyle że my dwoje nie mamy o czym dyskutować, bo mnie interesuje wyjście poza obszar własnego ego. Staram się rozwijać i w tym godzę się na popełnianie przez siebie błędów. Staram się być elastyczna w poglądach i liczę zawsze na kontruktywną dyskusję z której coś wynika, w której czegoś nowego się nauczę, dzięki źródłom i opiniom rozmówcy i dzięki poszukiwaniu nowych (mających jakiś grunt, a nie samo „wydaje mi się") argumentów do kontynuacji wymiany zdań. Przyjmuje informacje i chłonę opinie i fakty poparte konkretnymi naukowymi doświadczeniami. Wyłącznie osobisty punkt widzenia osoby uczącej się języków uważam za ciekawy, ale niedostateczny do głębszej dyskusji jeśli ma zmierzać do udowodnienia jakichś prawd uniwersalnych.. Nikt nie jest nieomylny. Ty też nie. Brak szacunku do prób wykładowców i badaczy problematyki nauki języków, badaczy funkcjonowania mózgu, czyli nauki generalnie, sprawia że nie mam pojęcia do czego zmierzasz w swoich wypowiedziach i na jakiej podstawie uważasz, że ktoś tym poglądom tak po prostu zaufa? .. Dyskutowanie Twoim sposobem czasami przypomina spór o to czy ziemia krąży wokół słońca, gdzie Ty to nazywasz bredniami, twierdząc, że to słońce krąży wokół ziemi.. Jeżeli lingwiści, biolodzy, logopedzy, naukowcy poświęcający życie i karierę badaniu zagadnień, o których piszemy są poniżej Twojego poziomu to czemu jeszcze nie zrobiłeś zawrotnej kariery oświecając tłum niedołęgów naukowych i nie rozwiązałeś odwiecznego problemu jak się nauczyć języka jak native w trzy dni?… Nie musisz odpisywać to pytanie retoryczne. Ja już nie odpiszę.

      1. Sami twórcy teorii potrafią w późniejszym czasie zmienić swoje wnioski lub je zanegować. Ale na tym to polega – uczysz się, szukasz rozwiązań i te elementy składają się na kolejne, nowe bądź zmienione wnioski.

        Masz na myśli teorię, czy może hipotezę? Zanegować teorię (grawitacji, ewolucji?), to raczej rzadka sprawa. Może odrzucili hipotezę (którą celowo formuuje się tak, by ją móc odrzucić). Czy jednak anonimowi „wybitni specjaliści" dawno nie udowodnili, że „naturalna akwizycja" języka, w której czytać winno się dopiero po opanowaniu mówienia (bo dziecko najpierw uczy się mówić, później puszczają je do szkoły?), jest skuteczniejsza od metod zastosowanych w „eksperymencie " Karola, który to z początku sporo czytał (bo szkołę już ukończył)?

        Lubie poznawać mózg i reakcje w nim zachodzące. Oczywiście nie oznacza to, że każda naukowa publikacja jest prawidłowa. Mam też dzieci i od dawna szczególnie interesują mnie zagadnienia akwizycji języka przez dzieci, ale też temat dwujęzycności i wielojęzyczności.

        Zrozumiałam, że nie interesuje Cię naukowa strona akwizycji języków. Swoje wnioski popierasz wyłącznie subiektywnymi odczuciami wynikającymi z Twoich własnych doświadczęń. Nie ma w tym nic złego, tyle że my dwoje nie mamy o czym dyskutować, bo mnie interesuje wyjście poza obszar własnego ego.

        Brak szacunku do prób wykładowców i badaczy problematyki nauki języków, badaczy funkcjonowania mózgu, czyli nauki generalnie, sprawia że nie mam pojęcia do czego zmierzasz w swoich wypowiedziach i na jakiej podstawie uważasz, że ktoś tym poglądom tak po prostu zaufa?

        Jeśli pewnego słonecznego dnia pokażesz, że to co piszesz, ma jakieś relacje z nauką, z zainteresowaniem przeczytam. Problem w tym, że odwieczne ogólnikowe teksty o wybitnych specjalistach, naturalnej akwizycji i cudownych zdolnościach językowych dzieci, brzmią jak wyrwane z bloga natchnionej pisarsko 18-letniej psycholożki. Jakkolwiek się do nich odniosę -bezosobowo i rzeczowo, czy może kpiarsko- obawiam się mieć w tym silniejsze od Ciebie więzi z nauką.

        Zauważ choćby, że jeśli rozbijesz na części pierwsze mój komentarz, wyrażone w niej tezy są jasno sformułowane i dość łatwo weryfikowalne. W przeciwieństwie do wyrażonych przez Ciebie tez „wybitnych specjalistów":

        Ciekawe czy zgodziłbyś się z tąteorią, gdybyś przeprowadził eksperyment nauki języka, poświęcając tyle samo czasu na naukę, ale jako dominującą metodę przyjmując mówienie. Sądzę, że osiągnąłbyś nieporównywalnie lepsze rezultaty."
        Jeżeli człowiek mówi wiele w języku obcym to uzupełnienie nauki czytaniem i pisaniem cały proces uczenia się przyspieszy, ale jeżeli tylko się osluchujemy, czytamy i piszemy wtedy akwizycja nowego języka przebiega wolniej i utrwala się z większym mozolem."

        Co znaczy, że osiągnąłby lepsze rezultaty? Lepsze rezultaty w czym? Czy Twoi „wybitni spcjaliści" sami wiedzą co właściwie z czym chcą tu porównywać? Karol już Ci odpisał:
        Na pewno lepiej bym mówił, ale to przecież oczywiste – umiemy najlepiej zawsze to na czym spędzamy najwięcej czasu. Czy ogólny rezultat byłby lepszy? Śmiem wątpić"
        Ja również śmiem wątpić.

        W najlepszym wypadku, tezę Twoich „wybitnych specjalistów" można sprowadzić do „kto mówi więcej, mówi lepiej". Jest to twierdzenie oczywiste (nie trzeba być „wybitnym specjalistą"). Po pierwsze jednak nie mówi o ogólnym poziomie znajomości języka (tu się zgodzę też ze swierdzeniem Karola: „Doświadczenie mówi mi, że jeśli ktoś dobrze pisze i dużo czyta, przeważnie dobrze też mówi. Na odwrót sprawdza się to znacznie rzadziej.").
        Po drugie zwracam uwagę (hipoteza weryfikowalna), że znacząco zwiększony odbiór poprawia jakość produkcji przy tym samym wysiłku włożonym na tę produkcję, lub też, że przy bardzo mały odbiorze (np. sam szkolny podręcznik), zwiększony wysiłek na produkcję (więcej dialogów, albo więcej rozprawek) nie przyniesie tak znaczącej poprawy w tej produkcji, jak w sytuacji tego zwiększonego wysiłku na produkcję przy jednocześnie zwiększonym odbiorze (tj. np. uczeń czyta angielskie książki, a nie tylko podręcznik).

        Innymi słowy, albo dobrze produkować, trzeba najpierw odbierać, jest jest logiczne na mój chłopski rozum. Możesz stać nad uczniem z linijką i bić po łapach, ale jeśli ten uczeń z językiem się nie osłuchał i nie opatrzył, cudów z jego ust nie usłyszyć. Raczej będzie zgrzytało w uszach, bo jak ma np. naśladować akcent, którego nie słyszał? Na niewiele zdadzą się ćwiczenia przy braku porządnego wzorca.

      2. Policz, ile znasz słów w języku polskim i powiedz, w jaki sposób to obliczyłeś. 🙂 Wówczas z ciekawości chętnie policzę*, ile znam słów w języku hiszpańskim. Na chwilę obecną nie wiem, jak coś takiego oszacować…

        *Prawdę powiedziawszy wartość bezwzględna ilości znanych mi słów (czy będzie to 10 tys., czy 100 tys. słów) jest bez praktycznego znaczenia. Myślę, że liczy się raczej ile słów nie znam w określonych kontekstach w porównaniu do rodzimych użytkowników języka hiszpańskiego i to jest względnie proste do oszacowania, choć wciąż problematyczne.
        W tekstach ekstremalnie ciężkich (najcięższe rodzaje literatury pięknej) wciąż jestem nieznacznie poniżej tzw. wykształconego rodzinnego użytkownika: powiedzmy, że nie znam 1 słowa na stronie w tekście, w którym rodzimy użytkownik nie zna 0.7 słowa na stronie, ale moim celem jest w tym roku zlikwidować te różnicę – zobaczę, czy się uda. 🙂
        W tekstach prostszych (zwykła literatura piękna, albo gazety) ta różnica powinna być już na tyle rozmyta, że nie widzę sensu jej mierzyć. Przez ostatnich kilka miesięcy nauczyłem się zwłaszcza setek kolokwializmów, gdyż mi się w grudniu zdawało, że na tym polu miałem największe straty do rodzimego użytkownika. Teraz jak m.in. znam na pamięć słownik wydany przez la Academia Colombiana de la Lengua odczułem pewną wewnętrzną ulgę, choć zdecydowanej większości regionalizmów, które poznaję, w tym słowniku nie ma i radzę sobie ze słownikiem RAE i na różne dzikie sposoby.

      3. YPP,
        Polski opanowaliśmy bezwiednie. A w obcym języku można prowadzić jakiś dokument, w którym zapisujemy nowe słowa. Wystarczy zresztą, że policzysz, ile nowych słów uczysz się przeciętnie w ciągu dnia, i pomnożysz przez liczbę dni twojej nauki.

      4. @Jacek K.M.

        Tego nie da się tak policzyć. Teoretycznie mogę sprawdzić ile słów dodałem do Anki na przestrzeni ostatniego miesiąca, lub roku, albo od poczatku istnienia talii (tj. ostanich czterech lat, ale co było przez cztery wcześniejsze lata nauki?). Tylko, że co powinieniem zrobić np. z „agujero negro", czyli czarną dziurą? Składa się z dwóch prostych wyrazów „agujero" – dziura i „negro" – czarny, które z pewnością poznałem w pierwszych tygodniach nauki hiszpańskiego. O czarnych dziurach czytałem po hiszpańsku wielokrotnie, ale jako, że hiszpańskie „agujero negro" tak łatwo skojarzyć z polską czarną dziurą, nie było potrzeby dodawać do Anki – prawdopodobnie też poznałem na długo zanim zacząłem używać ten progarm. Czy „czarna dziura" to też jest samodzielne słowo? Czy może to są tylko dwa proste słowa? Jak mam policzyć słowa? Albo jak mam liczyć słowa „pavor" e „impávido" – jako jedno, czy dwa? Podobnie nigdy nie dodałem do Anki słowa „ibuprofeno" i wielu innych, które były dla mnie zbyt oczywiste…

  4. Z tego co piszesz wynika, ze znasz bardzo dużo słów, ale założę sie (jako że nie byłeś w Kolumbii), ze największy problem masz z wyrażeniami właściwymi dla ściśle określonych sytuacji.

    Zapewne nie bawiłeś się z dziećmi w CHOWANEGO. Zaczyna się od WYLICZANKI (znasz choć jedną?) a na kogoWYPADNIE ten ŚPI. Liczy do iluśtam i wyklepuje formułkę typu: PAŁKA ZAPAŁKA DWA KIJE. K
    TO SIĘ NIE SCHOWA TEN KRYJE itd. Potem SZUKA a jak kogoś zobaczy podbiega do ściany i ZAKLEPUJE mówiąc RAZ DWA TRZY Zenek (np.). A jak się zagapi to ktoś może się zaklepać sam krzycząc RAZ DWA TRZY ZA SIEBIE.

    Nie grałeś też pewnie w piłkę, choć to akurat mogłeś nadrobić oglądając mecze. Ale i tak, czy znasz takie wyrażenia jak: KIWNĄĆ ZWODEM, ZAŁOŻYĆ SIATĘ, STRZELIĆ Z CZUBA lub DZIOBA ( czasem z Józefa lub z Wacława), KRYĆ KOGOŚ, MIĘKKO WRZUCIĆ, PRZYJĄĆ NA KLATĘ, STRZELIĆ Z FAŁSZA, ZMYLIĆ BRAMKARZA, STRZELIĆ Z PRZEWROTKI W OKIENKO?

    Na rybach też nie byłeś, ale czy zetknąłeś się w filmach lub literaturze z takimi pojęciami jak: ZANĘCAĆ, ZAKŁADAĆ PRZYNĘTĘ, ŁOWIĆ NA ROBAKA, CIASTO, ŻYWCA, BLACHĘ, RYBY BIORĄ, MIEĆ BRANIE, COŚ SKUBNĘŁO, MIEĆ ZACZEP, ZACINAĆ RYBE, POPUSZCZAĆ itp?

    Wiem, że słowa zawarte w dwóch ostatnich akapitach są obce prawie każdej polskiej kobiecie, ale one mają swoje mody, makijaże, diety, depilacje brazylijskie- z tego nie będę Cię męczyć.
    To teraz tak szczerze- ile wyróżniowych wyrażeń znasz?

    1. @Night Hunter,

      Mieszkam w Polsce i nie przeprowadziłem się na dłużej do Kolumbii, ale o nic się nie zakładaj.

      Pokaźnej części wymienionych przez Ciebie pojęć nie rozumiem po polsku. Nigdy nie interesowała mnie w minimalnym choć stopniu piłka nożna. Strzelić z przewrotki to znaczy jak, robiąc fikołka? Czy założyć siatę ma znaczyć coś szczególnego poza zakładaniem siatki? Łowienie ryb też mnie nigdy w minimalnym stopniu nie interesowało i nigdy nie łowiłem ryb, podobnie jak jako dziecko i jako dorosły nie znosiłem piłki nożnej i wolałem inne zajęcia i nie oglądam meczy, bo jest niepoważne patrzeć, jak grupa dorosłych facetów w krótkich spodenkach biega za piłką tam i spowrotem. Np. pierwsze słyszę o łowieniu na blachę (to znaczy bez przynęty?), lub mieć zaczep albo zacinać rybę (nie ryzykuję zgadywać, co to znaczą te wyrażenia, ale jeśli mowa o faszerowaniu, to wiem, jak to jest po hiszpańsku).

      Twój argument jest, czy umiem tłumaczyć polskie żargony na język hiszpański. Moja odpowiedź:

      Te z wymienionych przez Ciebie słów, które dobrze rozumiem po polsku, przetłumaczę z marszu na hiszpański. Nie zawsze język hiszpański będzie miał kolokwializm dokładnie w miejscu polskiego y viceversa. Tą samą metodą mógłbyś łatwo udowodnić, że nie znam języka polskiego. Wystarczy, że kolumbijskie dzieci mają zabawy nieznane dzieciom polskim. Jak je przetłumaczę? Nie znam polskiego!!! Bo jak jest po polsku „tín tín corre corre" po prostu nie wiem. Kolumbijska rzeczywistość nieco się różni od polskiej. Rozumiem wiele określeń slangowych y potocznych po hiszpańsku, których równie potocznego odpowiednika w języku polskim nie odnajduję, albo jakiegokolwiek odpowiednika nie odnajduję.

      Mój hiszpański opisuje rzeczywistość kolumbijską (i powiedzmy krajów okolicznych). Mój polski opisuje rzeczywistość polską. Odwrotna sytuacja nie byłaby zdrowa. Próbujesz Night Hunterze mieszać te dwie różne od siebie rzeczywistości, by podważyć moją znajomość hiszpańskiego, ale tak samo możesz podważyć moją znajomość polskiego, gdyż czuję się skrępowany opisując po polsku kolumbijską rzeczywistość. Natomiast rzeczywistość Mozambiku opiszę raczej podobnie po polsku, jak po hiszpańsku.

      Języki się na siebie nie tłumaczą, tak jakbyś tego chciał. Ty się mnie w dodatku o jakieś środowiskowe żargony piłkarzy i rybaków pytasz… Żargony moich środowisk (z których przeciętny piłkarz by niewiele zrozumiał) po hiszpańsku znam. Miałem najdalej z tydzień temu niedługą korespondencję z Hiszpanem w języku hiszpańskim w żargonie geologicznym i rozumieliśmy się perfekcyjnie stosując jednolitą terminologię. Moje żargony owszem raczej znam po hiszpańsku, natomiast Twoich piłkarskich i wędkarskich nie muszę… 😛

      Znam nazwy popularnych zabaw kolumbijskich dzieci. Wiem też, jak dzieci nazywają przybory szkolne. Wiem jak dzieci mówią o tym, że chce im się kupkę, lub siku, lub że sobie rozbiły kolano, lub skęciły kostkę. Wcale nie są to aż tak wiele trudne słowa. A kolumbijskie dzieci zabawę w chowanego zaczynają od liczenia, zresztą podobnie jak polskie, przynajmniej z mojego miasta i mojego pokolenia – nie wiedziałem, że przed liczeniem jest jakaś wyliczanka i nie znam po polsku tej wylicznki o pałce zapałce i dwóch kijach. Nie znam jezyka polskiego na poziomie rodzimego użytkownika?

  5. Absolutnie nie miałem najmniejszego zamiaru podważać Twojej znajomości hiszpańskiego, spytałem z czystej ciekawości, żeby się przekonać na ile można się nauczyć pewnych wyrażeń nie będąć fizycznie w danych sytuacjach. Szkoda, ze Twoja znajomość polskiego na podane tematy jest aż tak powalająco slaba ( z tym zakładaniem siaty to mnie rozwaliłeś), specjalnie je dobrałem tak, zeby nie były z jednej strony czysto zawodowe a z drugiej za bardzo slangowe, wydawało mi się, że każdy facet ma o tym jakieś średnie pojęcie. Ciekawiło mnie (a zarazem w to wątpiłem) czy oglądając i czytając można mimochodem takie wyrażenia wchłonąć. Ja rzadko ale jednak bawię się czasem z białoruskimi dzieciakami w chowanego, czasem gram w piłkę, kilka razy w roku jestem na rybach i dlatego te wyrażenia znam po rosyjsku (z wyjątkiem kilku), ale wątpiłem, czy bez żywego uczestnictwa w tym lub bez dobrego podręcznika (których nie ma) mógłbym je poznać. Ty tego nie potwierdzasz ani nie zaprzeczasz, trudno…
    Oczywiście,że nie wszystkie wyrażenia w dwóch językach mają swoje odpowiedniki, a nawet jak je mają to nie zawsze muszą sie pokrywać. Są i takie, które w jednym języku w ogóle nie są wyrażeniami a w drugim są albo takie do przetłumaczenia których potrzebna jest wiedza o danym kraju i jego obyczajach. Niestety system nauczania języków obcych całkowicie pomija ten temat, głównie za sprawą „mody" na materiały do nauki opracowane przez nejtywów dla reszty świata.

    1. Po pierwsze, gdybym ja był „normalny", to bym się nie uczył kolumbijskiego….

      Mam większe doświadczenie w (1) walce nożem i (2) w cięciu piłą niż w piłce nożnej. Gdybym się jednak interesował piłką nożną, z pewnością nauczyłbym się stosownych wyrażeń oglądając mecze, czytając przez lata piłkarskie wiadomości, komentarze do meczów itp., albo nawet dyskutując na piłkarskie tematy z Kolumbijczykami na chacie, albo ustnie, albo na jakichś forach. Do żadnej z tych czynności nie trzeba być w Kolumbii. To samo tyczy się łowienia ryb.

      To jest wątek o afrikaans i „eksperymencie" językowym Karola.

  6. Mam nadzieję, ze Karol się nie obrazi, jeśli napiszę jeszcze, że terminologię piłkarską wybrałem specjalnie „podwórkową", lecz nie strasznie zawiłą, każdy dzieciak kopiący czasem piłkę na trawniku musi znać te pojęcia, ale w komentarzach meczów czy dyskusjach z kibicami mógłbyś tego nie usłyszeć. Za to wyrażenia wędkarskie znalazłbyś w każdej opowieści ( rzadko prawdziwej) byle jakiego wędkarza. A w chowanego musiałbyś się raczej pobawić, bez tego ani rusz.

    Z jednej strony uważam Twoją metodę za bardzo dobrą bo zachowujesz właściwą kolejność- najpierw usłyszeć lub przeczytać a potem powiedzieć, masz komfort wybierania interesujących Cię tematów i stopniowe dodawanie kolejnych w języku mówionym, możesz znaleźć latynoskę gotową poprawiać błędy itp. Z drugiej strony są sytuacje, których nikt nie lubi, ale czasem musi się znaleźć, tych tematów zapewne nie poruszasz, a są za rzadkie, żeby je utrwalić z filmów i literatury np. wizyta w sądzie, szpitalu, na komendzie, w areszcie, więzieniu, różnych urzędach, u lekarzy, na pogrzebie, stypie, wypominkach, w urzędzie stanu cywilnego 🙂 , w izbie celnej, skarbowej itp, itd. Tam występuje bardzo wiele słów i zwrotów, które każdy nejtyw zna. Trudno je wychwycić i utrwalić z filmów i literatury lub poruszać na randkach internetowych.

    1. Z drugiej strony są sytuacje, których nikt nie lubi, ale czasem musi się znaleźć, tych tematów zapewne nie poruszasz, a są za rzadkie, żeby je utrwalić z filmów i literatury np. wizyta w sądzie, szpitalu, na komendzie, w areszcie, więzieniu, różnych urzędach, u lekarzy, na pogrzebie, stypie, wypominkach, w urzędzie stanu cywilnego 🙂 , w izbie celnej, skarbowej itp, itd. Tam występuje bardzo wiele słów i zwrotów, które każdy nejtyw zna. Trudno je wychwycić i utrwalić z filmów i literatury lub poruszać na randkach internetowych.

      Niemalże nie przychodzi mi do głowy kolumbijski serial, w którym ktoś nie trafia do szpitala, rodzina nie rozmawia z lekarzem, ktoś nie umiera, ktoś komuś nie składa z powodu śmierci kondolecji, a potem wielokrotnie nie gada na głos do zmarłego na cmentarzu, jak również ktoś się komuś nie oświadcza, a potem się nie żeni. Widziałem ZNACZNIE więcej śmierci, oświadczyn i ślubów na serialach niż w moim życiu w realu… Również ZNACZNIE więcej niż na serialach niż w życiu widziałem sądów i więzienia, które to są na połowie kolumbijskich seriali i przebiegu sądowych rozpraw można się z seriali nauczyć na pamięc jak mszy :-), podobnie jak rozmów obywateli z policjanatmi w różnych sytuacjach od zaptrzymania pojazu w celu sprawdzenia dokumentów, po zgłaszanie przestępstwa itp. Ogólnie policji, a zwłaszcza wojska jest na kolumbijskich drogach i ulicach więcej niż w Polsce, zatrzymują autobusy i oklepują pasażerów. Żargon przestępczy oraz policyjno-wojskowy lepiej znam lepiej po kolumbijsku, niż po polsku, a w naszym kraju w ogóle rzado policjanta widzę, a żołnierza niemal nigdy. Dochodzą sceny w sklepach, barach, restauracjach, dyskotekach itd.; w telewizji jest wszystko wystarczy oglądać i uważnie śledzić dialogi w tych wszystkich sytuacjach…

  7. A dworce kolejowe też są w serialach? Znasz taką formułkę:
    Pociąg pospieszny Warszawa -Gdańsk stoi na torze 1 przy peronie 2. Planowy odjazd pociągu godzina 20:15. Proszę wsiadać.
    Taka zapowiedź w Mińsku w dosłownym tłumaczeniu brzmi:
    Na pierwszym torze drugiego peronu zaczyna się wsiadanie na szybki pociąg Minsk-Moskwa. Numery wagonów zaczynają się z głowy pociągu (lub z ogona). Czas odjazdu 20 godzin piętnaście minut. Zajmujcie swoje miejsca w wagonach.
    A jak coś takiego brzmi na dworcu w Bogocie? Jak wiesz a tam nie byłeś to ja wymiękam 🙂 .

    1. Transport ludzi w Kolumbii nie odbywa się koleją, więc co to za pytanie? Są za to na kolumbijskich serialach lotniska, porty morskie, dworce autobusowe i taksówki wraz z dialogami i wszystkim. Zobacz też tu: http://www.google.com/maps/streetview/#colombia-highlights/aeropuerto-internacional-el-dorado
      Skoro jednak na dworcu w roli pani mówiącej ani polskim, ani kolumbijskim zatrudnić się nie zamierzam, wystarczy mi PASYWNE rozumienie tych zapowiedzi w obu językach, podobnie jak 99.99% pasażerom wystarcza rozumieć co mówią i nie widzą potrzeby głosu przedrzeźniać. Nie wiem, co chcesz tym udowodnić.

      Spadam do mojej najnowszej kolumbijskiej superkoleżanki w drugim oknie. 🙂

  8. Nic nie chcę udowodnić, ciekawi mnie ile można wyciągnąć Twoją wariacką metodą. Może i więcej niż się spodziewałem.
    A w związku z superkoleżankami przypomniał mi się taki peruwiański kolokwializm, może niezbyt wykwintny- „hacer la sopa". W Kolumbii też tak mówią?

  9. @Void 31 03

    Użyłeś pojęcia „wymowa" a podałeś przykład trudności ortograficznych, nieznajomości zasad czytania. Akurat wymowa słowa „comfortable" nie sprawia klopotów Polakom. Problem może stanowić jego prawidłowe przeczytanie. Rządzi tu zasada, że angielskie samogloski nieakcentowane prawie zawsze się redukuje ( najczęściej do schwa). Ale jest i jeszcze jedna, dużo precyzyjniejsza zasada, dająca stuprocentową pewność jak coś przeczytać- każde nowopoznane słowo trzeba sprawdzić w słowniku. Nieporozumienie na linii „wymowa-umiejętność czytania" jest bardzo powszechne. Bardzo mnie dziwi fakt, że tak ścisła nauka jaką jest językoznawstwo nie doczekała się jeszcze precyzyjnych słów odróżniających oba pojęcia. To samo dotyczy słowa „akcent", który w polskim ma co najmniej trzy znaczenia.
    Język polski nie stworzył wielkich zawiłości ortograficznych strasznie utrudniających czytanie (co innego pisanie), ale nie można go nazwać z tego powodu językiem o łatwej wymowie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ