afrikaans

Poziom znajomości języka po 80 godzinach nauki, czyli podsumowanie eksperymentu językowego

rpa28 listopada 2015 roku rozpocząłem w ramach przygotowań związanych z wyjazdem do RPA mój drobny eksperyment polegający na nauce używanego przez znaczącą część tamtejszego społeczeństwa języka afrikaans. Projekt trwał 11 tygodni (dokładnie 78 dni) i dobiegł końca wraz z rozpoczęciem podróży, podczas której próbowałem wykorzystać wiedzę zdobytą wcześniej. Teraz przyszedł czas na podsumowanie całego procesu oraz wnioski jakie z niego może wyciągnąć niemal każda osoba ucząca się języka, nawet jeśli nie jest miłośnikiem moich metod (o czym można było się dowiedzieć w komentarzach do wcześniejszych artykułów) – prawdy rządzące nauką języka są bowiem bardziej uniwersalne, niż się ludziom może, na pierwszy rzut oka, wydawać. Do zapoznania się z nimi zapraszam wszystkich, zarówno tych, którzy na bieżąco śledzili moje zmagania, jak i tych, którzy na Woofli są po raz pierwszy.

Proces nauki: metody oraz czas

Mimo że o samych metodach wspominałem już przynajmniej dwukrotnie, powtórzę ich główne założenia:
1. Przerobienie podręcznika Colloquial Afrikaans B. Donaldsona i utworzenie talii aktywnych w Mnemosyne polegających na tłumaczeniach z polskiego lub angielskiego na afrikaans. W chwili zakończenia eksperymentu oznaczało to 1417 unikatowych zdań, z których znaczną część potrafiłbym aktualnie powiedzieć oraz modyfikować bez chwili zawahania.
2. Czytanie afrykanerskich tekstów z ogólnodostępnych serwisów takich jak MaroelaMedia, Netwerk24 czy też afrykanerskiej Wikipedii. Jeśli starczało czasu, to również stosownie analizowałem te teksty, wypisując nie w pełni zrozumiałe zdania do mojego zeszytu (w omawianym okresie było ich 639) oraz do talii pasywnej w Anki (jej jedyny cel to sprawdzenie czy potrafię podać polski odpowiednik afrykanerskiego słowa). Czytałem przede wszystkim na temat współczesnej sytuacji politycznej w RPA oraz historii Afrykanerów – warto zaznaczyć, że ten wybór miał więcej wspólnego z moimi zainteresowaniami, niż jakimkolwiek praktycznym aspektem nauki języka.
3. Słuchanie w tle audycji radia RSG oraz ściąganie i wsłuchiwanie się uważniej w najciekawsze z nich (przede wszystkim poświęconej wydarzeniom współczesnym "Kommentaar").
4. Od stycznia pisałem już w afrikaans wiadomości tekstowe do osób, u których udało mi się znaleźć lokum na czas wyjazdu.

Proces nauki: Ile spędziłem czasu na nauce afrikaans?

Ciężko jednoznacznie powiedzieć, gdyż jednoznacznie mogłem dokłanie liczyć jedynie czas przeznaczony na pracę z SRSami (Anki i Mnemosyne). Na pracy z aktywną talią spędziłem w omawianym okresie 2099 minut (35 h), co daje 27 minut dziennie. Talia pasywna była znacznie mniej czasochłonna – jej przerabianie zabrało mi 585 minut, czyli 7,5 minuty dziennie. Jeśli wziąć pod uwagę, że średnio minutę zajęło mi wprowadzenie jednego zdania do każdej z talii dostajemy liczbę 4638 minut, czyli niemal godzinę pracy w skupieniu dziennie. Tyle jeśli chodzi o sesje mierzalne. Do tego dochodzą jeszcze ciężko mierzalne okresy, w których "żyłem w afrikaans", czego nie należy bagatelizować. Dojeżdżając do pracy (ok. pół godziny w jedną stronę) czytałem w afrikaans, zwłaszcza w późniejszym okresie, kiedy nie była to czynność wymagająca ode mnie zastanawiania się nad znaczeniem niektórych podstawowych wyrazów bądź struktur gramatycznych. Siedząc w domu w tle często leciała afrykanerska muzyka (Van Coke Kartel, Karen Zoid, Chris Chameleon, Jack Parow, Robbie Wessels, Die Heuwels Fantasies), oglądałem na YouTube wywiady w tym języku, które z początku niemal niezrozumiałe z biegem czasu odkrywały przede mną kolejne warstwy znaczeniowe. Najprościej mówiąc starałem się mieć kontakt z afrikaans również poza formalnym procesem nauki tak często, jak to tylko możliwe. Warto jednak zauważyć, że będąc osobą jednocześnie pracującą, studiującą i zajętą innymi rzeczami takimi jak choćby administrowanie Wooflą, nie zawsze byłem w stanie znaleźć odpowiednio dużo czasu, który na wyżej wspomniany kontakt mogłem poświęcić.

Rezultaty:

Jeśli ktoś spodziewał się, że na Woofli kiedyś przeczyta o tym, że można nauczyć się języka na wysokim poziomie spędzając na procesie jego nauki godzinę dziennie przez względnie krótki okres, to się grubo mylił. Na pewno jednak jest możliwe w ciągu 2-3 miesięcy dojść do poziomu pewnej samodzielności językowej, która pozwala nam już na bezstresowe zanużenie się w języku, korzystanie z jego dobrodziejstw w codziennym życiu i poznawanie świata z perspektywy obcej kultury. Zawsze powtarzałem, że znajomość języka należy podzielić na przynajmniej cztery umiejętności, które, choć się przenikają, niekoniecznie muszą ze sobą współgrać (czego przykładem są osoby niepiśmienne, bądź ludzie czytający po angielsku, ale bez zdolności płynnego mówienia w tym języku).

Przypomnijmy, jakie cele sobie postawiłem na początku grudnia:
Czytanie – Chciałbym po kilku miesiącach móc bez większych problemów czytać prozę w afrikaans.
Pisanie – Chciałbym jeszcze przed wyjazdem móc napisać parę maili, które ten wyjazd uczynią jeszcze bardziej atrakcyjnym.
Mówienie – Chciałbym rozmawiać na nieskomplikowane tematy, nie uciekając się do pomocy języka angielskiego.
Słuchanie – Chciałbym, obok prostych konwersacji, rozumieć audycje radiowe oraz reportaże Netwerk24.

Jak wygląda ich realizacja w praktyce?
Czytanie – zdecydowanie najmocniejsza zdolność, co zresztą nie dziwi biorąc pod uwagę fakt, iż czytać bardzo lubię, robię to często, a pisany afrikaans ze względu na podobieństwo do poznanych wcześniej języków germańskich wygląda całkiem zrozumiale nawet dla osób, które nie miały z nim nigdy kontaktu. Dlatego też cel, jaki sobie postawiłem przed trzema miesiącami, był zdecydowanie najbardziej ambitny, biorąc pod uwagę, iż wiele osób ma nierzadko problem z czytaniem literatury obcojęzycznej nawet po paru latach nauki. W trakcie wyprawy kupiłem pare pozycji książkowych w afrikaans, z czego dwie to powieści. F.A. Venter oraz André Brink należą do klasyki afrykanerskiej literatury i dzieło tego pierwszego pt. Kambro-kind miałem już okazję zacząć czytać. Nie jest to naturalnie "jazda bez trzymanki" jak w przypadku języka rosyjskiego, ale też nie powiedziałbym, iż sprawia duże kłopoty. Na stronie znajduję około 5-6 słów, których nie widziałem wcześniej, ale w zdecydowanej większości nie są one istotne dla zrozumienia fabuły. Mogę więc czytać prozę w afrikaans i sprawia mi to przyjemność – czegóż chcieć więcej?

Pisanie – przed oraz w trakcie podróży napisałem kilkanaście maili oraz smsów w afrikaans związanych z tak różnymi rzeczami jak kwestie noclegowe, lokalny transport czy też… przepis na pierogi ruskie, które zasmakowały moim gospodarzom w Bloemfontein. Ten poziom zupełnie mi do szczęścia wystarcza. Można powiedzieć, że i na tym polu eksperyment zakończył się sukcesem.

Mówienie – zadanie było utrudnione przynajmniej z trzech powodów. Pierwszym był fakt, że nauka mówienia ograniczała się u mnie do używania talii aktywnej i modyfikowania zdań przykładowych. Zatem na miejsce przyleciałem nie mając specjalnego doświadczenia w tej sferze. Drugim powodem jest urzędowy status języka angielskiego i względnie wysoki (przynajmniej w stosunku do pozostałych grup etnicznych zamieszkujących RPA) poziom wykształcenia Afrykanerów, co z kolei implikuje ich dwujęzyczność (do jakiego stopnia jest ona posunięta, to już temat na osobny artykuł). Po trzecie, nie jechałem sam, a towarzysząca mi osoba nie zna afrikaans. Naturalnym więc było, że większość czasu rozmawialiśmy po angielsku. Gdy jednak sygnalizowałem chęć przechodzenia na afrikaans, nie było z tym większych problemów, a moi rozmówcy okazywali ogromną cierpliwość, starali się mówić ciut wolniej, co znacznie ułatwiało komunikację, będąc jednocześnie pod autentycznym wrażeniem, że komuś z innego kontynentu wpadł do głowy pomysł nauki tak niszowego języka. Zresztą przynajmniej dwa razy nagrano mnie telefonem komórkowym w celu udowodnienia znajomym i rodzinom, że rzeczywiście do RPA przyjechał Polak, który mówi w afrikaans. Bardzo słabo, ale czegóż więcej oczekiwać po tak krótkim czasie nauki.

Słuchanie – o ile na początku niełatwo było mi z afrykanerskich audycji wychwycić cokolwiek, poza zaimkami osobowymi, o tyle po dwóch miesiącach kontaktu z tym językiem mogłem już przysłuchiwać się dyskusjom rozumiejąc zdecydowaną większość przekazu. Dalej jednak nie było to pełne rozumienie, podobnie jak z kontaktem na żywo. Tak długo jak moi rozmówcy mówili powoli i wyraźnie oraz rozmawialiśmy na bliski mi temat, nie miałem z tym większego problemu. Gdy jednak jadąc pociągiem z Johannesburga do Bloemfontein miałem okazję siedzieć w wagonie z dwiema kolorowymi kobietami (o społeczności tzw. Koloredów pisałem w artykule "Język (nie) tylko białego człowieka") żywo komentującymi niedole podróży, byłem przeważnie bezradny, gdyż odmiana jakiej używały w dużej mierze różniła się od standardowego języka, którego miałem się okazję uczyć.

Wnioski:

Nie jestem wielkim fanem sztywnej kwalifikacji znajomości języka, ale jeśli przyjęlibyśmy za wyrocznię zatwierdzone przez Radę Europy oraz powszechnie znane poziomy biegłości mógłbym z całą pewnością stwierdzić, że doszedłem do słabego B1 z odchyleniami w stronę B2 w zakresie czytania oraz A2 jeśli chodzi o mówioną interakcję, co odzwierciedla dokładnie na co poświęciłem, nieprzypadkowo zresztą, najwięcej czasu. Wydaje mi się, że jest to przeciętny poziom, jaki można osiągnąć po przerobieniu podręcznika oraz dwumiesięcznym, dość regularnym acz krótkim (80h rzeczywistej nauki), kontakcie z językiem. Rezultat byłby najprawdopodobniej bardziej imponujący, gdybym mógł sobie pozwolić na znacznie częstsze obcowanie z afrikaans w formie skoncentrowanej nauki. Prawdą jest bowiem, że czas oraz koncentracja to najważniejsze czynniki, jeśli chodzi o skuteczność procesu uczenia się języka, dużo istotniejsze moim zdaniem, niż najbardziej wyszukane metody (całkiem częstym przypadkiem są zresztą osoby, które więcej czasu spędzają na szukaniu dobrych metod, podręczników zamiast na nauce języka). Te ostatnie nic nie dadzą, jeśli nie zainwestujemy odpowiednio dużo swojego wolnego czasu w ich zastosowanie. Mam tu na myśli przynajmniej godzinę dziennie – krótszy kontakt z językiem służy na pewnym poziomie już jedynie temu by języka wolniej zapominać.
Chciałbym artykuł zakończyć pewną refleksją na temat czasu. Otóż zdarzało mi się już otrzymywać maile od osób, które wspominały, iż 5 lat uczyły się niemieckiego i nadal nic nie potrafią powiedzieć. Mierzenie swojego procesu nauki w latach jest jednak czymś strasznie mylącym, dlatego gorąco zachęcam do wykorzystywania jako miary nie lat, lecz godzin spędzonych na skoncentrowanej nauce lub bezpośrednich rozmowach w danym języku. Gdy wybierzemy tę miarę, nagle okaże się, iż de facto kontakt z językiem w ciągu tych pięciu lat był po prostu fikcją i nie ma nic dziwnego w tym, że się go nie nauczyliśmy. Gdyby w tym czasie poświęcać na niemiecki godzinę dziennie uzbieralibyśmy około 1800 godzin, które zupełnie wystarczą, by osiągnąć bardzo wysoki poziom językowej biegłości. Powyżej opisałem czego można dokonać w 80 godzin prowadząc przy okazji dość intensywny tryb życia. Dlaczego więc nie przeznaczyć więcej czasu na to, by stać się biegłym w języku obcym, na którym nam naprawdę zależy?

Inne artykuły opisujące mój projekt nauki języka afrikaans:
Eksperyment językowy – pełen opis projektu
(Nie)płynny w 3 miesiące czyli eksperyment językowy
Język nie tylko białego człowieka
Dwa tygodnie i trzy pytania, czyli eksperymentu ciąg dalszy

Język (nie) tylko białego człowieka?

biali_kolorowi_afrikaansApartheid jest jedynym słowem pochodzącym z języka afrikaans, które przyjęło się w naszym słowniku (komandos, Bur, Afrykaner, trekking również przeszły do języka polskiego z afrikaans – patrz: komentarze). Nie trzeba być specjalnie wykształconym, żeby wiedzieć, co to słowo oznacza i jakie skojarzenia wywołuje wśród osób na całym świecie. Jedni powiedzą, że system segregacji rasowej był w gruncie rzeczy zły, bo ewidentnie dyskryminował większą część ludności zamieszkałej na terenie RPA, odmawiając jej prawa do uczestnictwa w życiu społecznym na równych warunkach z powodu koloru skóry; dla drugich natomiast był on jedynym ratunkiem na przetrwanie cywilizacji białego człowieka walczącej o przetrwanie na czarnym lądzie. Nikt jednak nie zaprzeczy, że podstawowym beneficjentem systemu byli biali Afrykanerzy, którzy stanowili główną część elektoratu forsującej apartheid Partii Narodowej (afr. Nasionale Party). Spowodowało to, że przez lata język afrikaans był kojarzony przede wszystkim z panującym reżimem, a walka z nim była przez czarną opozycję często traktowana na równi sprzeciwowi wobec opresyjnego systemu, stając się zresztą bezpośrednim powodem krwawych zamieszek jakie miały miejsce w 1976 roku w Soweto. Od tego czasu afrikaans utożsamiany jest przede wszystkim z białą dominacją, co przejawia się w znacznym zmniejszeniu jego roli w ciągu ostatnich 20 lat. Język ten jest jednak paradoksalnie mniej "biały", niż to się na pierwszy rzut oka wydaje.

Kapsztad jako tygiel kultur XVIII wieku

Założenie Kapsztadu w 1652 roku oraz postępujący napływ europejskich kolonizatorów zmienił całkowicie strukturę językową na zachodnim wybrzeżu RPA. Do XVII wieku obszar ten był zamieszkany wyłącznie przez ludy Khoisan – plemiona trudniące się parterstwem (Khoi – dawniej określani również w polskiej literaturze jako Hotentoci) oraz łowiectwem (San – do niedawna znani w Europie pod nazwą Buszmenów), które będąc pozbawionymi jakiejkolwiek organizacji państwowej, nie były w stanie stawić oporu Europejczykom, których liczba stale się zwiększała wraz z rozwojem kolonii. Tubylcy zostali zepchnięci do roli służących i niewolników, którą pełnili w majątkach białych właścicieli ziemskich wraz z przybyszami z dalekiej Indonezji (zachowujących do dziś pewną odrębność kulturową jako Kaapse Maleiers), będącej ówcześnie holenderską kolonią. Na teren Kolonii Przylądkowej przybywali oprócz Holendrów przybysze z całej Europy Zachodniej – pokaźną grupę stanowili przede wszystkim Niemcy oraz uciekający z Francji przed prześladowaniami religijnymi Hugenoci (francuskie nazwiska w stylu Fourie, Du Toit, Du Preez są niezwykle częste w afrykanerskim środowisku). Na wschodzie kolonia natomiast graniczyła z należącymi już do plemion Bantu ludami Xhosa, których przedstawiciele już dawno utrzymywali bardzo bliskie relacje z Khoisan (czego dowodem jest przyjęcie mlasków – obecne w xhosa i zulu, obce natomiast pozostałym językom tej rodziny). Dziś podobne tygle narodowe są domeną wielu metropolii, na przełomie XVIII/XIX wieku Kapsztad był jednak ewenementem na skalę światową.

Narodziny nowego języka

Intensywność relacji pomiędzy kolonizatorami a podbitymi ludami doprowadziła do wytworzenia się dwóch cech, które do dziś charakteryzują teren byłej Kolonii Przylądkowej i odróżniają go od wschodniej części RPA – język afrikaans oraz społeczność tzw. Koloredów (ang. Coloureds, afr. Kleurlinge / Bruinmense). Afrikaans powstał jako język służący do komunikacji między członkami różnych grup etnicznych i, jak każdy z języków o charakterze kreolskim, uległ znacznym uproszczeniom gramatycznym względem swojej niderlandzkiej bazy dialektalnej, a także czerpał pełnymi garściami ze słownictwa innych kultur (dość szeroką listę zapożyczeń można znaleźć w artykule "Roots of Afrikaans" napisanym na bazie literatury naukowej oraz danych dostarczonych przez Muzeum Języka Afrikaans w Paarl). Z racji swojej roli społeczno-ekonomicznej oraz przystępności (był prostszy w nauce niż niderlandzki) stał się na przełomie XVIII i XIX wieku głównym językiem niemal wszystkich grup etnicznych zamieszkujących Prowincję Przylądkową. Trudno oczywiście mówić o jakiejkolwiek standaryzacji afrikaans w tym okresie – wyglądał on bardzo różnie w zależności od środowiska, w którym nim władano. Inaczej mówili w afrikaans Khoi, inaczej Malajowie (mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że jedna z pierwszych publikacji w afrikaans pt. Bayaan-ud-diyn została wydrukowana przy pomocy pisma arabskiego), jeszcze inaczej Hugenoci czy grupy tzw. Trekburów, którzy, zwłaszcza po przejęciu władzy przez Brytyjczyków, wyruszali coraz liczniejszymi grupami na północny wschód w celu poszukiwań nowych terenów do zasiedlenia. Ci ostatni zresztą w oficjalnych sytuacjach posługiwali się standardowym językiem niderlandzkim, którego status został potwierdzony również w powstałej w 1910 roku Unii Południowoafrykańskiej. Dopiero 15 lat później, 8 maja 1925 roku, afrikaans doczekał się oficjalnego uznania przez władze RPA. Warto jedynie dodać, że chodzi tutaj o wersję języka afrikaans, którą władali biali Afrykanerzy, w znacznym stopniu zeuropeizowaną w stosunku do tej, jaką posługiwali się Koloredzi.

Kim są Koloredzi?

Samo określenie Koloredzi jest dość nieszczęśliwe – po pierwsze jest oczywistą kalką z języka angielskiego, po drugie wprowadza wymóg odniesienia do rasy, co w Europie nie zawsze kojarzy się pozytywnie, ale czego w RPA nadal nie sposób uniknąć. Mimo upadku apartheidu, podział rasowy jest nadal oficjalnie usankcjonowany przez rządzącą partię ANC, która, tym razem pod hasłem przywracania sprawiedliwości społecznej, faworyzuje przedstawicieli rasy czarnej (ludy Bantu) stanowiących prawie 80% populacji. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że Koloredzi (9% ogółu obywateli RPA), do których zaliczają się zarówno potomkowie mieszanych biało-czarnych małżeństw, jak i tak różne grupy etniczne Malajowie, Khoisan czy też tak zwani Griekwa mają w tej sytuacji najgorszą pozycję. Powód jest prozaiczny – niegdyś byli zbyt śniadzi, żeby być uznanymi za białych; teraz z kolei są zbyt jaśni, żeby być uznanymi za czarnych. Na dodatek zdecydowana większość mówi w afrikaans – języku utożsamianym z białą dominacją, który nie cieszy się specjalną sympatią obecnej władzy – i raczej rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, że jest on ich językiem ojczystym od przynajmniej od kilku pokoleń. Paradoksalnie, Koloredów władających afrikaans jako ojczystym jest więcej (3,4 mln) niż samych Afrykanerów (2,7 mln – ciekawostką jest fakt, że afrikaans jest też językiem ojczystym dla ponad pół miliona osób rasy czarnej). Już na pierwszy rzut oka widoczna jest zależność stopnia rozpowszechnienia języka afrikaans (po lewej) od udziału ludności kolorowej w danym regionie(po prawej):

Język afrikaans w RPAKoloredzi w RPA

Dlaczego jednak język ten utożsamiany jest nawet w samym RPA przeważnie jedynie z białymi Afrykanerami?

Trudne relacje Afrykanerów i Koloredów

Dużą rolę odegrały tutaj oczywiście czynniki historyczne – od czasu pozbawienia praw wyborczych, które Koloredzi w Prowincji Przylądkowej posiadali aż do lat 50. XX wieku, ich wpływ na ewolucję afrikaans znacznie zmalał. Wielu z nich posługuje się zresztą w życiu codziennym odmianami mniej lub bardziej odległymi od zeuropeizowanego standardu znanymi powszechnie jako Kaapse Afrikaans. Jednocześnie nawet obecnie, ponad 20 lat od upadku apartheidu nietrudno zauważyć, że mimo wspólnoty języka Koloredzi oraz Biali żyją w dwóch równoległych światach, które raczej rzadko się przenikają i nie darzą się nawzajem specjalnym zaufaniem. W konserwatywnych kręgach afrykanerskich dość powszechne jest przekonanie, że dla Koloredów afrikaans jest jedynie instrumentem komunikacji, podczas gdy dla Afrykanerów częścią ich samoidentyfikacji (afr. vir bruin mense Afrikaans ‘n instrument is, maar vir Afrikaners ‘n deel van hulle identiteit). W środowiskach kolorowych można natomiast usłyszeć głosy mówiące, że w 1925 roku tak naprawdę Biali ukradli im własny język i teraz należy go odzyskać. W efekcie relacje pozostają dość napięte nawet na gruncie, który, jak utrzymanie wiodącej roli afrikaans w dzisiejszym życiu społecznym RPA, przynajmniej w teorii powinien obydwie grupy jednoczyć.

Jedność tych dwóch grup jest natomiast potrzebna by język ratować. Podczas pertraktacji dotyczących końca starego systemu politycy NP nalegali na utrzymanie urzędowego statusu języka afrikaans obok angielskiego (ANC początkowo chciała pozostawić język angielski jako jedyny oficjalny). Ostatecznie doprowadziło to do kompromisu w postaci 11 języków urzędowych, który jest pod względem językowej różnorodności równie piękny, co fikcyjny. Angielski pożera pozostałe języki, stając się podstawowym środkiem komunikacji osób zamożnych, które stać na życie w takich miejscach jak Sandton, które z kolei stało się w RPA synonimem miejsca dla prawdziwych bogaczy (jest zresztą nazywane, nie bez powodu, mianem Africa's richest square mile). Języki lokalne mogą w tej sytuacji stawiać jedynie na tradycję oraz wsparcie państwa, które jest niewielkie nawet w przypadku bardziej bliskich ludności czarnej zulu czy xhosa. Zanik użycia jest natomiast najbardziej widoczny właśnie w przypadku afrikaans. Przed 1994 rokiem język ten z racji przewagi ilościowej Afrykanerów dominował nad angielskim. Obecnie, choć nadal całkiem mocny w sektorze prywatnym (nakład gazet i książek wydawanych w afrikaans jest znacznie wyższy niż publikacji we wszystkich pozostałych językach razem wziętych – oprócz angielskiego), został niemal kompletnie wyrugowany z przestrzeni publicznej przez państwo. Jednym z symboli świadczących o upadku tego języka jest anglicyzacja południowoafrykańskich uniwersytetów. Przed rokiem 1994 istniały cztery tradycyjne uniwersytety, w których zajęcia prowadzono przede wszystkim w afrikaans – były to uniwersytety w Pretorii (popularnie zwany Tukkies), Potchefstroom (Potch), Bloemfontein (Kovsies) oraz Stellenbosch (Maties). Od tego roku (2015) głównym językiem wykładowym w każdym z nich będzie angielski, co tłumaczy się przede wszystkim walką z dyskryminacją osób, które nie władają afrikaans jako językiem ojczystym. W praktyce jest to bolesnym ciosem zadanym odrębnemu językowi o sporym dorobku literackim i naukowym oraz kulturom powstałym na jego bazie.

Pocieszającym faktem jest jedynie to, że w ostatnich latach obydwie te kultury podnoszą się z marazmu otaczającego końcówkę lat 90., czerpią pełnymi garściami z języka afrikaans, są dumne ze swojego wspólnego dziedzictwa i mimo trudnej przeszłości starają się siebie nawzajem coraz lepiej rozumieć. Trudno o bardziej symboliczny przykład współpracy między społecznościami białych i kolorowych niż przeróbka utworu Pampoen, legendarnego już afrykanerskiego piosenkarza Steve'a Hofmeyra przy współpracy z kolorowym raperem (afr. kletsrymer) o pseudonimie artystycznym Hemelbesem, wykonana z okazji 90-lecia nadania językowi afrikaans urzędowego statusu w RPA. Bez względu na kwestie estetyczne pozwala to nam spoglądać z nadzieją na stopniowe zbliżenie wszystkich społeczności władających tym językiem i zmiany postrzegania go wyłącznie w kategoriach segregacji rasowej, jak to miało miejsce dotychczas. Bo w rzeczywistości żaden z języków nie łączy tak ludzi różnych ras i pozycji społecznych, jak właśnie afrikaans.

Podobne artykuły:
Niepłynny w 3 miesiące czyli eksperyment językowy
Dwa tygodnie i trzy pytania, czyli eksperymentu językowego ciąg dalszy
Afrikaans – krótki wstęp historyczno-kulturowy
RPA – państwo 11 języków urzędowych
Pierwsze wrażenia z nauki xhosa

Dwa tygodnie i trzy pytania – czyli eksperymentu językowego ciąg dalszy

praat_afrikaansMinęły już dwa tygodnie, od kiedy rozpocząłem swój eksperyment językowy mający na celu zbadanie, do jakiego stopnia można się w ciągu trzech miesięcy nauczyć języka całkiem samodzielnie w domowych warunkach, pracując jednocześnie na etat, studiując i mając wiele innych obowiązków (nieraz zdarzało się czytelnikom wytknąć, że normalny zabiegany człowiek nie jest w stanie znaleźć ani chwili czasu na naukę języka).  Ze szczegółami możecie się zapoznać w podsumowaniu, gdzie znajdują się dokładne wyliczenia dotyczące czasu spędzonego nad taliami, liczby przetłumaczonych w trakcie kolejnych sesji zdań, przeczytanymi tekstami itp. Tutaj chciałbym natomiast poruszyć trzy kwestie, które pojawiły się w komentarzach, jakie dotychczas pojawiły się w odniesieniu do tego projektu.

Czy język afrikaans jest łatwy?

Temat poziomu trudności poszczególnych języków cieszy się wśród czytelników sporą popularnością, na co zresztą dowodem jest, że wśród najczęściej czytanych na naszym portalu artykułów znajdują się przemyślenia dotyczące tego aspektu w odniesieniu do hiszpańskiego oraz szwedzkiego. Jak to się ma w przypadku afrikaans?
Jeden z naszych czytelników skomentował wiadomość o rozpoczęciu afrykanerskiego projektu na naszym profilu facebookowym jednym prostym zdaniem:

Mega łatwy język.

Dodam, że jest to opinia dość powszechna, wygłaszana zresztą przeważnie przez ludzi, którzy tego języka nie znają. Jak jest zaś w rzeczywistości? Język afrikaans powstał na bazie niderlandzkich dialektów, jakimi władali przybywający tu od drugiej połowy XVII wieku kolonizatorzy oraz języków właściwych ludom autochtonicznym (mam tu na myśli przede wszystkim Khoisan, kontakty ze stanowiącymi obecnie znaczną większość na terenie RPA plemionami Bantu miały miejsce znacznie później) oraz innym grupom przybywającym na przełomie najbliższych 300 lat do Afryki Południowej. W związku z tym, że jego głównym zadaniem było umożliwienie komunikacji międzyetnicznej, uległ on na przestrzeni wieków pewnym zmianom, z których tą najbardziej rzucającą się w oczy jest znaczne uproszczenie zasad gramatycznych znanych nam z innych języków germańskich. W afrikaans de facto nie ma przypadków. Brak też koniugacji, a znając odpowiedni czasownik, bez problemu jesteśmy w stanie go użyć w każdym czasie. Gdy dodamy tutaj, że słownictwo jest bardzo podobne do niemieckiego (z angielskim tych punktów wspólnych jest mimo wszystko mniej), to rysuje nam się przed oczyma język, który rzeczywiście można łatwo opanować. I tak jest, ale tylko w niektórych aspektach i jedynie do pewnego stopnia.

Osoba, która potrafi czytać po angielsku i niemiecku oraz mająca przynajmniej blade pojęcie o gramatyce i fonetyce języków germańskich po dwóch tygodniach czytania w afrikaans powinna być w stanie wychwycić większość słów z kontekstu. Znacznie trudniej jest w przypadku języka mówionego – oglądając afrykanerską telenowelę Sewende laan (pl. Siódma aleja), rozumiem przeważnie jedynie pojedyncze słowa. Nieco lepiej jest z audycjami radiowymi, gdzie temat jest mi w pewnej mierze znany. Poziom ich rozumienia spada jednak drastycznie w chwili, kiedy na antenę wchodzi korespondent nie siedzący aktualnie w studio, co powoduje, że jego wypowiedzi ulegają wszelkiego rodzaju zakłóceniom. Porównując to sobie z moimi odczuciami związanymi z nauką francuskiego, uważanego powszechnie za dość trudny język w odbiorze, nie odczuwam, by było w przypadku afrikaans pod tym względem zdecydowanie łatwiej.

Wspomniane wyżej podobieństwo do innych języków germańskich, o ile tak pomocne w odbiorze, niekoniecznie jest już pożyteczne w konstruowaniu własnych wypowiedzi i sprawia, że łatwo wpaść w podobną pułapkę, co studenci uczący się ukraińskiego, którzy znając rosyjski, kalkują go oraz używają właściwych dla moskiewskiego standardu słów (nierzadko nie przejmując się regułami ukraińskiej wymowy) i wydaje im się, że mówią po ukraińsku. Z afrikaans jest niestety podobnie. I nie mam tu nawet na myśli często w takich momentach przytaczanych "fałszywych przyjaciół", bo tych paradoksalnie jest dość łatwo zapamiętać. Chodzi mi przede wszystkim o zbyt częste sugerowanie się pozornym podobieństwem do niemieckiego czy angielskiego i użyciem słowa, które Afrykaner prawdopodobnie zrozumie, ale z afrikaans będzie miało niewiele wspólnego. Z drugiej strony, oglądając wywiady z południowoafrykańskimi gwiazdami showbiznesu, czy też wspomnianą przeze mnie telenowelę, można dostrzec, iż często mają miejsce wtręty w postaci całych zdań wypowiadanych w języku angielskim, które nadają konwersacji – dotyczy to zresztą nie tylko afrikaans, ale również języków bantu jak zulu czy xhosa – kolorytu. Z analogiczną sytuacją miałem już do czynienia w Alzacji, gdzie rozmówcy potrafili w ciągu swojego monologu co chwilę mieszać miejscowy dialekt z językiem francuskim.

Na pytanie czy afrikaans jest łatwy czy trudny odpowiem trochę wymijająco: opanowanie podstaw wydaje się być względnie proste (z naciskiem na "wydaje się"). Często jednak, mówiąc o nauce języka, mylimy pojęcia i te wątłe podstawy uważamy za fakt nauczenia się go, co jest ze wszech miar mylne. Rzeczywistość jest bowiem znacznie bardziej skomplikowana, a po przerobieniu podręcznika wypada dołożyć jeszcze starań, żeby swoją wiedzę poszerzyć, co zajmuje dodatkowy czas. Generalnie bowiem nie ma języków łatwych, zwłaszcza jeśli mówimy o ich dobrym opanowaniu. Bo czy można łatwym nazwać coś do czego nauki potrzeba przynajmniej kilkuset godzin?

Ile kart przerabiasz w sesji aktywnej i w sesji pasywnej?

vertaalDokładne cyfry znaleźć można w podsumowaniu mojego projektu. Liczba dzienna powtórek jest ściśle powiązana z dwoma czynnikami:
a) liczbą kart znajdujących się w talii;
b) liczbą kart dodanych do talii w dniu poprzedzającym powtórkę.

W przypadku talii aktywnej warto się trzymać zasady, która mówi, że jeśli jesteś w stanie czasowo się wyrobić z liczbą kart, jakie program wyznaczył Ci do powtórki, to znaczy, że prawdopodobnie masz ich w talii za mało i należy dodać więcej materiału. To właśnie tłumaczenia całych zdań (podkreślam – całych zdań, a nie pojedynczych wyrazów) z L1 (język oryginalny – w tym wypadku polski bądź angielski) na L2 (tu: afrikaans) są podstawą opanowania materiału i im więcej czasu na nie jesteśmy w stanie poświęcić tym lepiej i szybciej się danego języka możemy nauczyć. Nie jest to wcale łatwe, w przypadku nowego materiału bywa nawet, że zdanie tłumaczę kilka razy, zanim uznam, iż zrobiłem to poprawnie (tj. wypowiedziałem je na głos poprawnie bez znaczących przerw na przypominanie sobie kolejnych jego składników), ale nie mam żadnych wątpliwości, że działa (dotychczas wprowadzony materiał znam niemal na pamięć) i staram się dodawać do talii kolejne elementy, których bazą jest na razie przerabiany przeze mnie podręcznik.
WAŻNE! Tłumaczenie zawsze robię, mówiąc na głos w afrikaans. Ćwiczenie polegające na mówieniu pod nosem bądź odbywaniu procesu jedynie w pamięci mija się z celem. Po pierwsze nie ćwiczymy wymowy, a po drugie jest nam wtedy znacznie łatwiej oszukać samych siebie (łatwiej ukryć błędy).

Trochę inny mam stosunek do talii pasywnej, której powtórki dłuższe niż 10 minut uważam trochę za mało efektywne spędzanie czasu. W tym przypadku zamiast przeglądać kolejne karty lepiej wziąć coś do czytania w docelowym języku. Talia tam ma zresztą zupełnie inny cel. W przeciwieństwie do talii aktywnej, chodzi w niej głównie o utrwalanie wyrażeń, które przy czytaniu artykułu bądź książki (choć na te drugie póki co w afrikaans stanowczo za wcześnie) wzbudziły wątpliwość lub były totalnie niezrozumiałe, tak aby przy następnym ich spotkaniu nie mieć wątpliwości co oznaczają.

Czy robisz jakieś ćwiczenia na rozumienie ze słuchu?

luister_na_afrikaanse_radio_aanlynSkupienie się na rozumieniu języka mówionego zasugerował mi komentujący tu od dłuższego czasu Jacek. Rzeczywiście słucham dość dużo, ale póki co jestem raczej na etapie rozumienia głównych wątków rozmowy na podstawie wychwycenia słów kluczy, które znam z… przeczytanych przeze mnie tekstów. Nie ukrywam, że to właśnie materiał pisany jest dla mnie podstawowym źródłem nowo poznawanego słownictwa. Przede wszystkim dlatego, że jest znacznie łatwiejszy w deskrypcji, a nieznane słowo można natychmiast sprawdzić w słowniku i kontynuować czytanie. Równie niezrozumiałego materiału dźwiękowego nie potrafię wykorzystać w taki sposób. Nie wiem, czy jestem wzrokowcem – wiem tylko, że uczę się w taki sposób, bo w innym przypadku odczuwałbym zmęczenie materiałem (a to jest tak naprawdę najgorsze, co możemy sobie zafundować, ucząc się języka obcego). Dlatego ograniczam się przede wszystkim do słuchania w tle i wychwytywania znanych mi wyrażeń, a czasem nawet całych zdań, które rozumiem. Dziennie spędzam z mówionym afrikaans przynajmniej godzinę – tyle bowiem trwa audycja Kommentaar z Radio Sonder Grense oraz nagrania z podręcznika. Postępy w rozumieniu są stosunkowo niewielkie, ale trwałe, co przy zachowaniu obecnego, znowu nie aż tak podkręconego tempa daje nadzieję na dość dobry wynik na końcu naszej podróży.

Tyle, jeśli chodzi o pierwszą falę pytań dotyczących mojego eksperymentu językowego. W przyszłym tygodniu, żeby wprowadzić do cyklu trochę różnorodności (ile można przecież pisać o tym jak ktoś się uczy języka?) postaram się nieco poruszyć również kulturowo-polityczny aspekt tego przedsięwzięcia i nieco rozszerzyć to, co napisałem 5 lat temu jako wstęp historyczno-kulturowy do języka afrikaans. Ten tekst był, mimo zainteresowania jakie ówcześnie wzbudził, dość ubogi, warto byłoby więc go poszerzyć, zwłaszcza, że tematyki tej raczej próżno szukać w polskim internecie.

Podobne artykuły:
(Nie)płynny w 3 miesiące, czyli eksperyment językowy
Afrikaans – krótki wstęp historyczno-kulturowy
Wyznania ANKIoholika
Nauka języka bez podręcznika – część 1
Nauka języka bez podręcznika – część 2

(Nie)płynny w 3 miesiące, czyli eksperyment językowy

South_Africa_2011_Afrikaans_speakers_proportion_map.svgPrzeglądając różnego rodzaju strony internetowe poświęcone językom obcym, możemy często natrafić na wszelkiego rodzaju porady dotyczące metod nauki, w których autorzy przekonują o ich słuszności, jednocześnie nie wychodząc samemu daleko poza mało dokładny opis metody i przeważnie nie wgłębiając się w temat. Czytelnicy natomiast, przynajmniej ci, którzy języków się uczyć nie potrafią, czekają cały czas na to, aż któregoś dnia na stronie pojawi się jakiś wpis, który zmieni ich życie raz na zawsze i pozwoli się nauczyć języka obcego w relatywnie krótkim czasie. Pewnego razu jeden z naszych komentatorów zarzucił mi, że za dużo piszę o językach na świecie, o historii, o polityce, za mało natomiast o samej nauce. W dużej mierze było tak dlatego, że naprawdę dawno nie miałem okazji się jakiegokolwiek języka uczyć. Z różnych powodów – z jednej strony był to brak czasu i inne, znacznie ważniejsze zajęcia, z drugiej bezcelowość takiego działania, o czym pisałem już wcześniej w artykule pt. "Ilu języków tak naprawdę potrzebujesz?". Wielokrotnie podkreślałem, że nauka języka celem samym w sobie być nie może. Teraz cel się pojawił, jest motywacja, można więc zacząć działać. Żeby być natomiast w swoich zmaganiach z czytelnikiem jak najbardziej szczerym, postanowiłem wszystkie moje kroki w formie dziennika nauki spisywać na Woofli, tak by każdy mógł prześledzić jak spędzę najbliższe trzy miesiące. Tyle jeśli chodzi o zapowiedź nowego projektu, teraz przejdźmy do konkretów.

JAKIEGO JĘZYKA SIĘ UCZĘ, DLACZEGO I JAKI MAM CEL?
Wybór padł na afrikaans. Starsi czytelnicy na pewno pamiętają artykuł o afrikaans, który opublikowałem już parę lat temu na "Świecie Języków Obcych". Nigdy nie ukrywałem, że jest on moim zdaniem jednym z najpiękniejszych języków świata. Niestety jego walory estetyczne są odwrotnie proporcjonalne do rzeczywistej potrzeby jego nauki, w związku z czym nigdy nie miałem odpowiedniej motywacji by się go nauczyć. Tę ostatnią zmienia jednak znacznie perspektywa dwutygodniowego wyjazdu do RPA, w trakcie którego pojawi się mnóstwo okazji by afrikaans rzeczywiście używać.

Kwitnące jakarandy w Pretorii. Źródło: https://www.flickr.com/photos/south-african-tourism

Czy afrikaans jest dla mnie czymś zupełnie nowym? Tak i nie. Z jednej strony nigdy się go celowo nie uczyłem, w związku z czym miałbym problem ze sformułowaniem nawet najprostszych zdań w tym języku. Gdy włączam afrykanerskie radio mam poważne problemy z określeniem o czym w ogóle jest mowa. Z drugiej strony jego podobieństwo do pozostałych języków germańskich sprawia, iż w pewnej mierze rozumiem tekst napisany w afrikaans (choć nadal znacznie gorzej niż np. słowacki czy bułgarski, których również się nie uczyłem), mam nawet niewielkie doświadczenie w kwestii czytania źródeł i względnie znana mi jest jego gramatyka, która na dodatek w związku z kreolskim charakterem tego języka uległa na przestrzeni wieków znacznemu uproszczeniu – nie pojawi się więc zapewne wiele rzeczy, które w jakiś sposób będą w stanie mnie zaskoczyć. Głównym zadaniem jest więc nabycie podstaw komunikacyjnych, ich aktywacja i zwiększenie pasywnej znajomości.

Co stawiam sobie za cel? Skupię się tutaj na czterech głównych sferach użycia języka:
Czytanie – Chciałbym po kilku miesiącach móc bez większych problemów czytać prozę w afrikaans.
Pisanie – Chciałbym jeszcze przed wyjazdem móc napisać parę maili, które ten wyjazd uczynią jeszcze bardziej atrakcyjnym.
Mówienie – Chciałbym rozmawiać na nieskomplikowane tematy, nie uciekając się do pomocy języka angielskiego.
Słuchanie – Chciałbym obok prostych konwersacji rozumieć audycje radiowe oraz reportaże Netwerk24.

JAK BĘDZIE WYGLĄDAŁA NAUKA I Z CZEGO BĘDĘ KORZYSTAŁ?
Projekt ten ma dwa cele – służy opanowaniu samego języka oraz przedstawieniu procesu nauki naszym czytelnikom. Mając mnóstwo obowiązków edukacyjno-zawodowo-społecznych, nie mogę na naukę afrikaans przeznaczyć zbyt dużo czasu, na pewno nie będzie więc porad w stylu przebywania 24 godzin na dobę w afrykanerskim otoczeniu. Im więcej czasu na naukę można poświęcić, tym lepiej. Tu będzie go raczej stosunkowo niewiele (nierzadko pewnie mniej niż godzinę dziennie), co z jednej strony na pewno zmniejsza szanse na jakiś spektakularny wynik, ale z drugiej nada całej przygodzie bardziej realny charakter. Będzie to swoisty eksperyment, dzięki któremu będę mógł oszacować do jakiego poziomu można w zaciszu domowym opanować język, poświęcając nań dawkę czasu, jaką na naukę jest w stanie przeznaczyć statystyczny Janusz. Najważniejsze będzie więc by wykorzystać ten czas tak efektywnie, jak tylko można.

coll_afrikaansZawsze podkreślałem, że różnorodność materiałów, z których się korzysta od samego początku, jest bardzo ważna. Posiadam dwa podręczniki – Colloquial Afrikaans (autor B. Donaldson) oraz Teach Yourself Afrikaans (L. McDermott), z których zwłaszcza ten pierwszy będzie moją bazą i zamierzam go przerobić w możliwie krótkim czasie, przechodząc kolejno przez lekcje oraz sukcesywnie wrzucając zdania w afrikaans do programu SRS, żeby później móc tłumaczyć z polskiego bądź angielskiego na afrikaans. Zawsze uważałem tłumaczenie z L1 na L2 za najbardziej efektywną formę nauki i właśnie tej czynności będzie w moim projekcie najwięcej. Do przerabiania aktywnej talii będę używał, wbrew moim dotychczasowym przyzwyczajeniom, nie Anki, lecz Mnemosyne.

W Anki mam już pasywną talię (uzupełniającą osobny zeszyt, o czym wspominałem w artykule o tym jak nauczyć się czytać w języku obcym) zawierającą stosunkowo niewiele bo zaledwie 295 rekordów (stan na 28.11.2015), jakie nazbierały się w ciągu ostatnich lat, którą zamierzam teraz regularnie uzupełniać o niezrozumiałe wyrażenia napotkane podczas czytania afrykanerskich tekstów. Czytać natomiast będę między innymi wikipedię w afrikaans (na pierwszy ogień idzie artykuł o Helen Suzman) – o tym jak wikipedia pomaga w nauce języka obcego zdarzyło mi się już kiedyś napisać na łamach Woofli i swojego zdania w tej kwestii nie zmieniłem. Z chęcią sięgnąłbym również po materiały Netwerk24, ale te są limitowane. Bezpłatne natomiast są portale w stylu Maroela, Koerant czy też PRAAG (Pro-Afrikaanse Aksiegroep) (rewizjonistyczna wizja rzeczywistości forsowana przez ten ostatni jest mimo mojego krytycznego stanowiska względem obecnej sytuacji politycznej w RPA trochę trudna do zaakceptowania, ale jednocześnie bardzo ciekawa pod względem czysto kulturowym) – zdecydowanie gorsze, ale chodzi przede wszystkim o nabycie biegłości w czytaniu. Na trzy miesiące powinny więc zupełnie wystarczyć.

pop-headerZnacznie lepiej wygląda sytuacja z materiałami audio. Mamy tu zarówno Radio Sonder Grense, umożliwiające ściągnięcie ogromnej liczby interesujących audycji, reportaże Netwerk24 oraz powszechnie dostępną afrykanerską muzykę.

JAK BĘDZIE WYGLĄDAŁ DZIENNIK NAUKI?
Żeby nie zaśmiecać głównej strony Woofli, wpisy będą widoczne w osobnej sekcji "Eksperyment językowy". W związku z tym, że przedsięwzięcie to jest dość czasochłonne nie należy oczekiwać, iż będą one szczególnie rozbudowane. Można jednak liczyć na dość ścisły opis tego co robiłem danego dnia i co mogło mnie zbliżyć do opanowania afrikaans na poziomie umożliwiającym podstawową komunikację. Czasem będę tam również zamieszczał swoje przemyślenia dotyczące nauki, odpowiadał na ewentualne zapytania czytelników, postaram się również pisać krótkie wypracowania w języku, którego się uczę i dorzucać linki dotyczące afrykanerskiej kultury, co moim zdaniem jest nieodłącznym elementem samej nauki. Chciałbym po prostu, żeby taki dziennik mógł z jednej strony motywować mnie do nauki (wiadomo nie od dziś, że jeśli swoim celem podzielimy się z otoczeniem, to jego osiągnięcie jest znacznie bardziej realne), z drugiej natomiast aby był miejscem, z którego może czerpać motywację osoba ucząca się nawet innego języka, ale czująca się w procesie nauki trochę zagubiona. Postaram się być w nim szczery do bólu, nie ubarwiając mojej językowej przygody w żaden sposób, żeby czytelnicy wyciągnęli z niego jak najwięcej dla siebie tj. wyciągnęli wnioski z ewentualnych sukcesów oraz niepowodzeń i zastosowali je w razie potrzeby podczas swojej własnej przygody językowej.

Pozdrawiam i zapraszam do komentowania,
Karol

Podobne artykuły:

Wyznania ankioholika

Kiedy i jak korzystać z Wikipedii przy nauce języka obcego?

Nauka języka bez podręcznika – część 1

Nauka języka bez podręcznika – część 2

Jak uczyć się w oparciu o tłumaczenie robocze?

Muzyczne po Europie podróże

des_visages_des_figuresZgodnie ze starym zwyczajem odpowiadania na potrzeby czytelników chciałbym odnieść się do artykułu Adriany pt. "Urugwajskie głosy" oraz pewnego komentarza, który się pod nim znalazł. Pochodzący z mojego rodzinnego miasta Wojta zaproponował, abyśmy kontynuowali serię artykułów o muzyce w obcych językach, promując tym samym coś, czego w polskim radiu, naszpikowanym przeważnie anglojęzycznymi hitami, nie uświadczymy. Nikt chyba nie zaprzeczy, że utwory muzyczne odgrywają od zarania dziejów bardzo istotną rolę w życiu człowieka i są jednym z nieodłącznych elementów kultury. Muzyki słucha każdy, od najmłodszych po najstarszych – w każdym zakątku świata można znaleźć utwory, które znają zarówno pierwsi jak i drudzy, bez których trudno sobie wyobrazić lokalną codzienność. Zaryzykowałbym tym samym stwierdzenie, że osoba nie znająca muzyki wykonywanej w języku, którego się uczy, traci jednocześnie możliwość obcowania z istotną jego częścią i staje się niepełnym odbiorcą lokalnej kultury. A ta, nawet jeśli czasem wydaje się na pierwszy rzut oka mało atrakcyjna, otwiera nam drzwi do zupełnie nowego świata, co pozwala zrozumieć miejscowych nie mniej niż język, którym oni władają. Poniższy artykuł proszę potraktować trochę z przymrużeniem oka – nie będzie tutaj opowieści o jerach, zmianach samogłoskowych i ewolucji języków słowiańskich na przestrzeni wieków. Będzie za to trochę autobiograficzno-ekshibicjonistycznych wynurzeń i sporo muzyki. Całkiem dobrej muzyki. I będę niezwykle rad, jeśli ktoś dzięki temu krótkiemu wpisowi rozpocznie swoje własne poszukiwania (oraz podzieli się nimi w komentarzach).

Zacznijmy od mocnego wejścia w wykonaniu sztandarowego przedstawiciela francuskiej muzyki rockowej – ( Noir Désir – Fin de siècle) – polecam utwory przesłuchiwać w kolejności, w jakiej tu się pojawiają, bo w ogromnej mierze wpłynęły na sam tekst. Ocenę samego jej wpływu pozostawiam samym czytającym, aczkolwiek mam nadzieję, że dość optymalnie uda mi się utrzymać proporcje dynamiki oraz treści.

Muzykę obcojęzyczną, jakiej słucham, mogę swobodnie podzielić na przynajmniej trzy kategorie:
1) muzyka, która mi się ewidentnie podoba i z której sam mogę czerpać inspirację
2) muzyka, która jest w szczególny sposób związana z kulturą, językiem bądź historią danego kraju
3) obcojęzyczny hip-hop (będący w istocie czymś pomiędzy kategoriami a i b, co wyjaśnię w dalszej części artykułu)

1) Pierwsza kategoria jest chyba najbardziej oczywista – wszak słuchamy przede wszystkim muzyki najbardziej lubianej, tej, która wywołuje w nas jakieś emocje, czy to z powodu charakterystycznych riffów gitarowych, bębnów, barwy głosu wokalisty, czy poruszającego tekstu. O ile nie ma większych problemów ze znalezieniem czegokolwiek nas interesującego po angielsku (w moim przypadku byłyby to przykładowo Pearl Jam oraz Queens Of The Stone Age) czy po polsku (Hey oraz Myslovitz) i każdy z nas w wieku licealnym miał względnie ukształtowany gust muzyczny, to niekoniecznie musiał to być bliski kontakt z muzyką pochodzącą z innych krajów, której w naszym radiu jest jak na lekarstwo. Tu z pomocą przychodzą nam dwa źródła:
a) pierwszym są oczywiście nasi obcojęzyczni znajomi, którzy zapytani o ulubione utwory w swoim własnym języku przeważnie staną na głowie, żeby zaprezentować Wam muzyczną wizytówkę swojego kraju. Chęć do stanięcia na głowie jest przeważnie wprost proporcjonalna do "niszowości" danego języka. Moim ostatnim odkryciem pod tym względem jest legendarny słowacki zespół rockowy Horkýže Slíže (Atomový kryt  / Mám v piči na lehátku ) – polecam przesłuchać choćby po to, żeby przekonać się, jak wiele można zrozumieć.
louise_attaqueb) drugim źródłem jest natomiast last.fm – całkiem przyjemny portal muzyczny, z którego kilka lat temu namiętnie korzystałem właśnie w celu znajdywania niestandardowej muzyki. Dzięki dość przejrzystemu systemowi otagowania oraz automatycznemu podrzucaniu propozycji mogłem w bardzo krótkim czasie otrzymać dość pokaźną listę artystów wykonujących muzykę w dowolnym języku. Przedstawione na samym wstępie Noir Désir było pierwszym wykonawcą francuskim, jakiego w ten sposób znalazłem. Później moją uwagę przykuł przede wszystkim zespół Louise Attaque łączący w swoich kompozycjach muzykę rockową z francuskim folkiem – w moim przekonaniu nie ma sobie pod tym względem równych (Louise Attaque – La brune  ).

Przykłady dobrej muzyki gitarowej można znaleźć praktycznie wszędzie (żeby nie ograniczać się do Francji dodam mój ulubiony zespół serbski Van Gogh i ich utwór Ludo Luda –  oraz chorwacki Hladno Pivo – Samo Za Taj Osjećaj ). Nie samym rockiem jednak człowiek żyje – są miejsca, gdzie zdecydowanie lepiej sprawdzają się inne style muzyczne. Do takich miejsc należą chociażby kraje bałtyckie, w których niepodzielnie króluje poezja śpiewana, a wspólne śpiewanie patriotycznych pieśni jest powszechnie uważane za rodzaj narodowej rozrywki (zwłaszcza w Estonii). Do moich ulubionych wykonawców należą tutaj pochodzący z Litwy Ieva Narkutė ( Raudoni vakarai ) oraz Saulius Mykolaitis ( Matrica ). Warto zwrócić uwagę na piękno samego języka, który w połączeniu z głęboką liryką daje efekt jedyny w swoim rodzaju, jakiego, przynajmniej w moim odczuciu nie są w stanie oddać hity radiowe. Jeśli chcecie posłuchać sobie mojego numeru dwa, jeśli chodzi o współgranie języka z melodią, to zapraszam do przesłuchania "Liefs uit Londen" holenderskiego zespołu Bloef.

b) Jeszcze w czasach "Świata Języków Obcych" zapoznałem się z twórczością Boka van Blerka. Afrykanerski artysta zasłynął z tego, iż zaczął nagrywać w afrikaans piosenki gloryfikujące historię osadników, poczynając od wojen burskich (De La Rey ), po zmagania militarne na granicy z Angolą (Die Kaplyn ). Muzycznie są to dzieła bardzo przeciętne, których na dłuższą metę słuchać się nie da, jednak z punktu widzenia osoby zainteresowanej nowoczesną afrykanerską kulturą nie sposób przejść obok nich obojętnie, podobnie zresztą jak obok określanego w konserwatywnych kręgach mianem obrazoburczego zespołu Fokofpolisiekar. Sam hymn południowoafrykański jest natomiast niezwykle ciekawy – łączy bowiem pieśń Nkosi Sikelel' iAfrika będącą oficjalnym hymnem ANC będącego faktycznym przedstawicielem czarnej większości oraz Die Stem pełniącego rolę jedynego hymnu państwowego do roku 1995. Nowy hymn śpiewany jest kolejno w xhosa, zulu, sesotho, afrikaans oraz po angielsku ( https://www.youtube.com/watch?v=xsNwg5J8Q8k ).
PS: Do tej samej kategorii rzeczy, których słuchać się nie da, ale są niesłychanie ciekawym fenomenem, można również zaliczyć chorwackiego Thompsona, którego utwory w samej Chorwacji mają status nieoficjalnych hymnów (Lijepa li si ) – jest to jednak zjawisko na tyle interesujące, że wymagałoby zupełnie odrębnego artykułu.

jeinc) Za hip-hopem osobiście nigdy specjalnie nie przepadałem i nie licząc młodzieńczego zafascynowania twórczością Kalibra 44 oraz Paktofoniki , stałem raczej z dala od niego, zwłaszcza ze względu na brak żywych instrumentów i wszechobecność sampli, co mnie zwyczajnie irytowało. Jako że jednak jest to muzyka nastawiona przede wszystkim na przekaz słowny, trudno przecenić jej znaczenie, jeśli chodzi o poznawanie obcej kultury. Przeważnie poziom tekstów hip-hopowych jest paradoksalnie znacznie wyższy niż muzyki rockowej, która w większości powtarza niestety od wielu lat dokładnie te same frazesy, przerabiając je jedynie w mniej lub bardziej oryginalny sposób. Naturalnie mam tu na myśli hip-hop ambitny, daleko odbiegający od rzeczy w stylu "Dla mnie masz stajla". Przykładem może być chociażby pochodzący z Hamburga niemiecki Fettes Brott, który odznacza się chociażby tym, że ich utwór Nordisch by Nature jest w swojej oryginalnej wersji rapowany w Hochdeutschu, Plattdeutschu, po niderlandzku oraz po duńsku i znajdują się w nim aluzje do wielu regionalnych tradycji (np. tzw. Hamburger Gruß – "Hummel, Hummel") wyróżniających północ Niemiec. Inny ich utwór Jein w dość komiczny sposób przedstawia znaczenie tytułowego słowa będącego połączeniem słów "ja" i "nein". Zupełnie innym przedstawicielem niemieckiej sceny hip-hopowej jest z kolei Fler, który pomiędzy swoimi przesiąkniętymi niecenzuralnymi słowami tekstami rapuje między innymi o poczuciu niemieckiej świadomości narodowej na multikulturowych osiedlach Berlina (Ich bin Deutscha ).

Skoro już jesteśmy przy niemieckiej muzyce, to przejdę do istoty komentarza wspomnianego we wstępie. Najchętniej poleciłbym Die Ärzte, którzy dla mnie są od blisko 20 lat zespołem nr 1 na tamtejszej scenie muzycznej oraz solowe projekty jego członków (Bela B. oraz Farin Urlaub). Niezwykle ciekawym zjawiskiem jest też muzyka z dawnego NRD, a konkretnie zespół City, którego tryptyk Am Fenster jest kolejnym przykładem na kapitalne połączenie gitary ze skrzypcami. W kolejnym ich utworze pod tytułem Glastraum można się natomiast doszukać krytyki komunistycznego reżimu. To jest jednak zaledwie czubek góry lodowej i szczerze zachęcam do własnych poszukiwań – te na pewno okażą się w końcu owocne i przyniosą wam wiele wspaniałych chwil oraz poszerzą tak muzyczne jak i językowe horyzonty. I przede wszystkim proszę pamiętać:  nie ma tak naprawdę kraju ze słabą muzyką.

Podobne artykuły:

Kiedy i jak korzystać z Wikipedii przy nauce języka obcego?

Urugwajskie głosy

Pytanie od czytelnika – ćwiczenia z uzupełnianiem luk w zdaniu

Hiszpańskie filmy, które łatwo przeoczyć

Hiszpański na marginesach

 

Językowe plany na rok 2011

Po dwóch tygodniach milczenia, w dużej mierze spowodowanych ciągle kwitnącą dyskusją pod poprzednim postem, postanowiłem napisać coś nowego. Jako, że święta już za nami, a rok 2011 właśnie się zaczął, przyszedł czas na noworoczne postanowienia. Nigdy nie byłem zwolennikiem tego rodzaju rozwiązań, nierzadko miały się one nijak do rzeczy jakie następnie robiłem, jednak uznałem, że zrobienie sobie jakiegoś planu na następny rok i niejako nałożenie sobie z góry ograniczeń nie będzie złym wyjściem.

1. Rosyjski, angielski, niemiecki, serbski. Przede wszystkim będę się starał jak najczęściej używać tych języków co dotychczas. Przede wszystkim chodzi mi tu o czytanie literatury, jakichś interesujących artykułów (Kosowo, Bośnia, byłe ZSRR oraz mniejszość turecka w Niemczech to tylko niektóre z tematów jakie uważam za szczególnie fascynujące) – generalnie znalezienie czegoś ciekawego nie powinno sprawiać większego problemu. Chciałbym jednak nieco zmienić zakres czytanych rzeczy i trochę więcej czasu spędzić na czytaniu literatury pięknej w oryginale. Dlaczego? Przede wszystkim z powodu bardziej wyszukanego słownictwa. Bo o ile nie jest sztuką czytanie artykułów na dany temat (tak naprawdę opanowanie słownictwa z zakresu jaki człowieka interesuje to kwestia może kilkunastu dni), to przejście przez 500-stronicową powieść z pełnym zrozumieniem czytanego tekstu stanowi pewne wyzwanie.
Pamiętam, że kiedyś zostałem zapytany o jakieś szczególnie ciekawe strony serbskie. Czuję się więc zobowiązany wręcz do polecenia tej strony – http://www.antikvarne-knjige.com/elektronskeknjige/. Jest tam dość pokaźny zbiór książek z obszaru byłej Jugosławii i można m.in. przeczytać "Most na Drinie" Ivo Andricia (za co ów pan dostał literacką nagrodę Nobla). Książkę tę czytałem dwa lata temu po polsku i z chęcią przebrnę przez nią jeszcze raz, tyle że w oryginalnym wydaniu, które można znaleźć tu: http://www.antikvarne-knjige.com/elektronskeknjige/detail-item_id-35#book. Druga w kolejce jest kolejna książka jaką miałem okazję przeczytać po polsku, czyli "Kad su cvetale tikve" Dragoslava Mihajlovicia. A później zobaczymy…
Kolejną rzeczą jaką zamierzam dokończyć w styczniu jest przebrnięcie przez dzieło niemieckiego polityka Thilo Sarrazina "Deutschland schafft sich ab", które właśnie udało mi się zdobyć – kto interesuje się naszym zachodnim sąsiadem zapewne wie, że książka ta okazała się tam bestsellerem i jest swego rodzaju refleksją na temat teraźniejszości oraz przyszłości Niemiec. Szczególnie interesującą część stanowią rozważania dotyczące muzułmańskiej imigracji za Odrą. Następnie chciałbym przejść przez jakąś niemiecką literaturę piękną, ale jeszcze nie jestem do końca pewien co to będzie.
Co do języka rosyjskiego – ostatnimi czasy przekonałem się do kryminałów Borysa Akunina i będę kontynuowałem przygodę z nimi. Później mam zamysł trochę ambitny, czyli przeczytanie "Wojny i pokoju" Lwa Tołstoja (w zasadzie zgodnie z zasadami logiki powinno się pisać Tołstogo, bo "tołstoj/толстой" to przymiotnik).
Tak więc dokładamy do rzeczy rutynowych trochę literatury.

2. Francuski
Do tego języka podchodziłem w życiu już dwa razy. Nie mogę siebie nazwać kompletnym nowicjuszem – zasady wymowy, podstawowe czasy i słownictwo znam, swego czasu próbowałem czytać "Le Figaro" i ze słownikiem jakoś wychodziło. Chodzi mi jednak o to, by w tym roku się spiąć i wreszcie wskoczyć na podobny poziom na jakim jestem obecnie z językiem niemieckim, czyli chciałbym czytać artykuły bez większych problemów (co się wydaje w miarę proste), oglądać filmy bez napisów (co już będzie trudniejsze) oraz móc przeprowadzić nieskomplikowane rozmowy jeśli zajdzie taka potrzeba. W tym celu zamierzam przejść przez Assimila i dwa podręczniki Wiedzy Powszechnej, czyli chyba najbardziej sensowny zestaw jaki w Polsce jest dostępny.

3. Ukraiński
Powód jest podobny jak w wypadku francuskiego, czyli podchodzenie do niego parę razy. Z jednym tylko wyjątkiem – po ukraińsku potrafię czytać bez problemów, rozumienie ze słuchu też nie stoi na złym poziomie. Problem jednak w tym, że wymowa kuleje – mój ukraiński brzmi bardziej jak rosyjski z użyciem zasad ukraińskiej fonologii i niektórych słów właściwych ukraińskiemu. I o ile w praktyce nigdy mi to nie zaszkodziło, bo nawet w Galicji całkiem powszechna jest dwujęzyczność (tzn. ludzie z reguły mówią po rosyjsku bardzo dobrze, choć często również zachowując ukraińską wymowę niektórych głosek), to chciałbym przy następnej wizycie na zachodniej Ukrainie mówić czystą "ukraińską mową" ograniczając rusycyzmy do sfer, w których nie będę się czuł tak swobodnie.

4. Niderlandzki / afrikaans
A jednak! Te języki będą w tym roku najmniej ważne, raczej będę swobodnie biegał po podręcznikach do nich (niderlandzki – Assimil+Wiedza Powszechna / afrikaans – TY+Colloquial) porównując je zarówno między sobą, jak i znajdując analogie w angielskim oraz niemieckim. A jest ich sporo. Osoba, która zna niemiecki i angielski oraz ma przynajmniej błahe pojęcie o historycznym rozwoju języków germańskich bez problemu będzie umiała zrozumieć początkowe dialogi z podręczników. Nauka niderlandzkiego jest więc niejako brakującym ogniwem pomiędzy niemieckim a angielskim (ciekawy byłby tu też fryzyjski, ale nie widzę w tym na razie praktycznego sensu). Dodatkowo obydwa języki są wyjątkowej urody, a Benelux i RPA to na tyle ciekawe regiony, że niewątpliwie będę ich jeszcze kiedyś używał w praktyce. Mój cel to ogólne zaznajomienie się z tymi językami, czyli przerobienie tych podręczników jakie posiadam – w roku 2011 nie liczę na razie na więcej.

Jeszcze trochę o językoznawczych powodach mojego zainteresowania tymi językami. Francuski też traktuję jako wstęp do języków romańskich. Zgodzę się, jeśli ktoś powie, że jest to wstęp trochę nietrafiony, jako że znacznie się różni od innych, ale na chwilę obecną pociąga mnie on znacznie bardziej niż pozostałe romańskie. Ukraiński zaś jest brakującym ogniwem pomiędzy polskim a rosyjskim – aż szkoda nie zaznajomić się przynajmniej z podstawami tego języka, gdy znamy dwa pozostałe. I zastanawiałem się nad tym czy nie dodać do załączonego zestawu podstaw białoruskiego. Na razie byłoby to jednak za dużo – zamiast tego załączę sympatyczną piosenkę tamtejszego zespołu N.R.M. pod tytułem "Тры чарапахі"/"Try čarapahi" ("Trzy żółwie"). Jak ktoś białoruskiego nigdy nie słyszał, to właśnie ma okazję 🙂

Jednocześnie pozdrawiam wszystkich uczących się oraz zainteresowanych językami obcymi i życzę sukcesów w nadchodzącym roku. Ze swojej strony natomiast obiecuję, że postaram się pisać tak często jak to tylko możliwe. Tym bardziej, że będzie o czym. Języków obcych, sposobów ich uczenia, ich wykorzystywania, jest tyle, że ten temat nigdy nie będzie wyczerpany.

Afrikaans – krótki wstęp historyczno-kulturowy

Transvaal

W przeciągu ostatnich dwóch tygodni otrzymałem kilka maili i komentarzy od osób zainteresowanych językiem afrikaans i tym co mnie w nim pociąga. Artykuł o afrikaans i w ogóle jakieś wprowadzenie do historii oraz kultury Afrykanerów (bo twierdzę, że trudno postrzegać dany język w całkowitej separacji od kultury i historii narodu, który nim włada) postanowiłem napisać już jakiś czas temu, jednak nie byłem pewien czy kogoś to zainteresuje. Sądząc jednak po reakcjach czytelników właśnie nadeszła najodpowiedniejsza chwila na opublikowanie tych materiałów. Zapraszam zatem do lektury!

Wielu ludzi, którzy pierwszy raz stykają się z nazwą "afrikaans" uważa, że mają do czynienia z językiem w stylu swahili, zulu czy xhosa. Zresztą trudno się dziwić – przymiotnik "afrikaans" wskazuje jednoznacznie na pewien kotynent, raczej nie utożsamiany z białą ludnością. I rzeczywiście oznacza on właśnie "afrykański". Tyle że po niderlandzku. Afrikaans jest bowiem językiem germańskim, bardzo blisko spokrewnionym z niderlandzkim. Osoby znające angielski i niemiecki też zaraz zauważą, że niektóre wyrazy wyglądają bardzo znajomo.

Skąd się to jednak wzięło w Afryce? W tym celu będę musiał zrobić bardzo krótki wywód o historii RPA ze szczególnym uwzględnieniem Afrykanerów. Już we wcześniejszym artykule poświęconym językom tego kraju wspomniałem, że pierwotnymi mieszkańcami południowej Afryki były ludy władające językami khoisan. W powszechnej świadomości otrzymali raczej pejoratywne określenie "Buszmenów". Następnie od północnego wschodu zaczęły tu napływać ludy Bantu, które obecnie stanowią większość mieszkańców RPA. Do właśnie do nich należą takie ludy jak Zulu, Xhosa, Sotho czy Tswana.

Pierwsze trwałe osadnictwo europejskie jest związane z osobą Jana van Riebeecka. Był on dowódcą holenderskiej wyprawy, która w 1652 roku założyła osiedle będące zalążkiem dzisiejszego Kapsztadu (zawsze wolałem afrykanerską nazwę Kaapstad niż angielskie Cape Town). Dla białych mieszkańców RPA (w szczególności dla tych władających afrikaans) stał się on niejako ojcem narodu, czego dowodem było umieszczenie jego podobizny na południowoafrykańskich banknotach używanych do 1994 roku.

Jan van Riebeeck na starym banknocie 20-randowym

Holenderska kolonia stale się rozrastała okalając całe południowo-zachodnie wybrzeże. Do Kolonii Przylądkowej (afr. Kaapkolonie) przybywali również liczni przybysze z Niemiec, Francji, Portugalii oraz krajów skandynawskich. Ludność tego obszaru stanowiły też ludy khoisan, oraz sprowadzeni tu przez Holendrów przybysze z Dalekiego Wschodu, m.in. Malezji. Używany do codziennej komunikacji język niderlandzki przesiąkł więc elementami obcymi i zaczął się zmieniać. Wciąż jednak był jeszcze uważany za południowoafrykański dialekt niderlandzkiego.

Oranje

W XVIII wieku holenderska potęga kolonialna zaczęła się chylić ku upadkowi i w roku 1795 władzę nad Kolonią Przylądkową przejęli Brytyjczycy. Wielu osadników holenderskich niezadowolonych z władzy brytyjskiej postanowiło wyruszyć wgłąb lądu w poszukiwaniu wolności i z zamiarem utworzenia niepodległego państwa. I tak się rozpoczęła tzw. Wielka Wędrówka (afr. Die Groot Trek) – jedno z najbardziej romantycznych wydarzeń w historii. W latach 30 i 40 XIX wieku całe rodziny wybrały się na północny wschód, gdzie założyły dwa państwa – Oranje oraz Transvaal, nazwany później Republiką Południowoafrykańską (istniało jeszcze trzecie – Natal – ale upadło bardzo szybko pod naporem Brytyjczyków i Zulusów). Kraje te, nazywane potocznie Republikami Burskimi (nazwa pochodzi od boer co po niderlandzku znaczy rolnik, farmer), zaczęły prosperować głównie dzięki odkryciu na ich terenie złóż diamentu oraz złota. Bogactwa te jednak przyciągnęły znów Brytyjczyków, którzy zamierzali podporządkować sobie te terytoria. Konsekwencją tego był konflikt znany powszechnie jako wojny burskie. Szczególnie druga z nich (1899 – 1902) odznaczyła się wyjątkowym okrucieństwem. Brytyjczycy nie mogąc sobie poradzić z burską partyzantką zaczęli systematycznie unicestwiać miejscową ludność cywilną umieszczając ją w obozach koncentracyjnych. Ostatecznie opór został złamany i Burowie po raz kolejny musieli uznać zwierzchnictwo brytyjskie. Transvaal i Oranje utrzymały jednak osobną administrację, a język niderlandzki został uznany jako urzędowy obok angielskiego.

XIX wiek. Kraj Przylądkowy – niebieski, Oranje – pomarańczowy, Transvaal – zielony, Natal – czerwony
Flaga RPA 1961 – 1994

Ale język Afrykanerów (tzn. tych z Prowincji Przylądkowej, jak i Burów) się stale rozwijał i coraz bardziej odbiegał od holenderskiego standardu literackiego. I tak oto 8 maja 1925 roku język afrikaans stał się językiem urzędowym w miejsce niderlandzkiego. Faktycznie został więc uznany za osobny język literacki, którego znaczenie jeszcze urosło wraz z ogłoszeniem niepodległości przez RPA w roku 1961. W latach apartheidu (czyli do 1994 roku) język afrikaans był przede wszystkim kojarzony właśnie z białym reżimem (mimo, że większą część władających nią stanowią tzw. kleurlinge będący ludnością mieszaną rasowo). Spowodowało to, że po upadku systemu segregacji rasowej język ten utracił swoją nadrzedną rolę w państwie. Wciąż jednak jest jednym z 11 języków urzędowych RPA, przy czym zajmuje 3 miejsce pod względem liczby native speakerów (po zulu i xhosa) i 2 pod względem wydawanych gazet, książek, filmów (po angielskim). Jest też najczęściej nauczanym drugim językiem oprócz angielskiego.

Afrikaans jako język ojczysty w RPA

Język afrikaans posiada bardzo mocną pozycję na terenie byłej Prowincji Przylądkowej, gdzie w niektórych regionach włada nim więcej niż 95% ogółu ludności. To tu też znajdują się tak ważne dla afrykanerskiej kultury miasta jak Kapsztad, Stellenbosch oraz Graaff-Reinet. Całkiem mocną pozycję utrzymuje też w okolicach dawnych stolic republik burskich, czyli w Pretorii (Transvaal) oraz Bloemfontein (Oranje). Warto jednak zauważyć, że we wschodniej części RPA kultura afrykanerska zostaje wypierana – na porządku dziennym są chociażby zmiany nazw miast. Tak np. Pietersburg, będący jednym z bastionów języka afrikaans na północnym wschodzie obecnie nazywa się Polokwane. Podobnie miała się sprawa z Pretorią, którą miejscowi działacze ANC (Afrykański Kongres Narodowy – organizacja walcząca wcześniej z apartheidem, obecnie monopolista na południowoafrykańskiej scenie politycznej) zamierzali swego czasu nazwać Tshwane, jednak z uwagi na protesty Afrykanerów udało się na razie zachować starą nazwę miasta.

To tyle jeśli chodzi o niezbędny wstęp kulturowo-historyczny do tego wspaniałego języka. Z racji długości tego artykułu i tego, że dalsza część byłaby pewnie równie długa, a nie chciałbym nikogo zamęczać moimi elaboratami postanowiłem dalszy ciąg zostawić na później. Dla ludzi ciekawych jak ten język wygląda (a go jeszcze nie widzieli) postanowiłem zapisać fragment przykładowego dialogu z podręcznika Teach Yourself, na którym poszczególne osoby przedstawiają z jakich regionów RPA pochodzą. Prawdopodobnie nawet jeśli nie znacie podstaw afrikaans, a mieliście styczność z innymi językami germańskimi to nie powinniście mieć problemów ze zrozumieniem tego tekstu:
Willem: Ek is 'n bruinman, 'n "Kaapse kleurling". My huistaal is Afrikaans. Ek is 'n Christen.
Ben: Ek is 'n Maleier. Ek woon ook in die Kaap. My huistaal is ook Afrikaans. Ek is Islamies.
Koos: Ek is 'n Afrikaner boer van die Vrystaat. Ek is ook 'n Christen.
Andries: Ek is 'n bruinman; 'n Griekwa, een van die Khoimense. Ek woon in die Vrystaat, langs die Gariprivier (die Oranjerivier soos die boere dit genoem het). Die woord "Garieb" is 'n Khoi woord. Ek is ook 'n Christen en my huistaal is ook Afrikaans.
Xai: Ek is, wat die witmense noem, 'n Boesman. Ons mense noem ons self die San. Ek woon in die Nord-Kaap en in die Kalahariwoestyn. My huistaal is San, maar soos die meeste mense  van die Sanmense praat ek ook goed Afrikaans. Ons het ons eie tradisionele geloof.
Zachęcam zatem do samodzielnej próby zrozumienia tekstu bez pomocy żadnych słowników. To jest jedno z ciekawszych zajęć jakie miłośnik języków może robić czyli odkrywać znaczenie języka nieznanego przy pomocy tych, które są już w pewnym stopniu znane. Jeśli będzie natomiast niezbędna pomoc z jakimś zdaniem to piszcie.

Dalszy ciąg nastąpi za jakiś czas. Najpierw będę jednak musiał napisać Ev o moim podejściu do podręczników Assimil, jako że to obiecałem. Tym bardziej, że pozostali czytelnicy również coś z tego wyciągną.

Podobne posty:
RPA – państwo 11 języków urzędowych
Pierwsze wrażenia z nauki xhosa
A nie mylą ci się te języki?
Ile obcości jest w języku obcym?
Moja lista 20 języków – część 1

RPA – państwo 11 języków urzędowych

Dziś o Republice Południowej Afryki – państwie, które w ciągu ostatniego roku cieszyło się ogromną popularnością ze względu na odbywające się na jego obszarze mistrzostwa świata w piłce nożnej. Całkiem miło się patrzyło, gdy biali i czarni kibice wspólnie dopingowali swoją reprezentację. Obecnie natomiast nikt już się nie przejmuje tym co się tam dzieje, a zapewne niewielu kibiców zadało sobie trud, żeby się dowiedzieć nieco więcej o skomplikowanej sytuacji etniczno-lingwistycznej jaka panuje w RPA. Oto więc coś, co powinienem napisać kilka miesięcy temu.

Generalnie RPA kojarzy się z apartheidem, Nelsonem Mandelą, dobrymi czarnymi tubylcami i złymi białymi kolonizatorami – takie obrazki napływają do nas z ekranu telewizora. Tymczasem gdy zajrzymy bliżej, sytuacja staje się trochę bardziej skomplikowana. Zaczyna mieć znaczenie czy dany biały włada językiem angielskim czy też afrikaans. Czarna ludność natomiast nie tworzy jednolitego społeczeństwa, jak to by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. Dodać też należy, że w RPA oprócz ludności białej i czarnej są tzw. kolorowi (ang. coloureds, afr. kleurlinge), czyli osoby posiadające przodków różnych ras, Azjaci, oraz pierwsi ludzie zamieszkujący te ziemie, popularnie znani jako Buszmeni.

W efekcie w państwie tym mamy aż 11 oficjalnych języków, co jest zjawiskiem bardzo rzadkim w skali światowej. Są to:  afrikaans, angielski, ndebele, północny sotho (tzw. pedi), południowy sotho (inaczej sotho lub sesotho), swazi, tswana, tsonga, venda, xhosa i zulu. Najczęściej w polityce, nauce i w handlu jest używany angielski, ale jako językiem ojczystym włada nim niewiele ponad 8% obywateli, przeważnie w miastach. Kolejnym językiem należącym do grupy języków indoeuropejskich jest afrikaans. Język ten powstał w efekcie ewolucji niderlandzkich dialektów używanych przez pierwszych kolonizatorów i w rzeczywistości niewiele odbiega od dzisiejszego języka holenderskiego – różni się przede wszystkim uprostszoną gramatyką oraz pewną ilością zapożyczeń leksykalnych z innych języków tego regionu. Trudno mi określić szanse dogadania się użytkowników obydwu języków, jako że nie władam ani jednym, ani drugim, jednak dla kogoś kto spotyka się z nimi po raz pierwszy wydają się one niemal identyczne.W latach apartheidu afrikaans był obok angielskiego jedynym oficjalnym językiem w RPA i często utożsamiano go z panującym reżimem oraz segregacją rasową. Jest on jednak ojczystą mową 13% obywateli, w tym większości ludności białej i kolorowej oraz przeważa w zachodnich prowincjach. Ze swojej strony mogę tylko dodać, że z dotychczasowych języków, z którymi się stykałem, właśnie afrikaans przypadł mi do gustu najbardziej, przynajmniej jeśli chodzi o samo brzmienie. Kiedyś na pewno do niego powrócę.

Język afrikaans jako język ojczysty w RPA – źródło: Human Sciences Research Council

Następne języki urzędowe należą już do rodziny języków bantu. Warto podkreślić, że plemiona posługujące się nimi również nie są w RPA ludnością endogeniczną – przybyły bowiem z północnego wschodu wypierając na zachód Buszmenów. Tam natomiast od XVII wieku zaczęli napływać koloniści z Europy, którzy zmusili niedobitki plemion tubylców do ucieczki na północ. W efekcie żaden z pierwotnych języków południowoafrykańskich z rodziny khoisan nie posiada obecnie statusu języka urzędowego w RPA, a większość z nich jest zagrożona wyginięciem. Najbardziej znanym ich przedstawicielem jest język khoekhoegowab lub nama, którym włada ponad ćwierć miliona ludzi i który posiada status urzędowy w Namibii, co, mam nadzieję, pozwoli mu przetrwać. Najważniejszą cechą, która wyróżnia języki khoisan jest użycie tzw. mlasków (ang. click consonants), które przeszły następnie do języków bantu, takich jak zulu czy xhosa. Poniżej możecie się zapoznać z jednym z serii filmów o podstawach języka khoekhoegowab i usłyszeć mlaski z ust native speakerów:

Zulu i xhosa są najbardziej rozprzestrzenionymi językami ludności czarnej w RPA – zulu jest językiem ojczystym dla prawie 24% społeczeństwa, natomiast xhosa dla 18%. Rywalizują też ze sobą o miano języka, który byłby swoistym lingua franca czarnej ludności, przy czym rywalizacja ta trwa już ponad pół wieku i miała swoje reperkusje m.in. na scenie politycznej. Są też obszary takie jak Kwa-Zulu-Natal, czy Wschodnia Prowincja Przylądkowa (ang. Eastern Cape, afr. Oos Kaap), w których jeden z języków posiada zdecydowaną przewagę nad pozostałymi.

Język zulu jako język ojczysty w RPA – źródło: Human Sciences Research Council
Język xhosa jako język ojczysty w RPA – źródło: Human Sciences Research Council

Dlaczego o tym piszę? Otóż postanowiłem zapoznać się przynajmniej z podstawami jednego z tych języków jako że różnią się one znacznie od tego co znamy ze świata indoeuropejskiego. Padło na xhosa, ale to raczej z czystego przypadku – jedyne co mi się w nim bardziej podoba od zulu to nazwa, która zaczyna się właśnie charakterystycznym mlaskiem brzmiącym podobnie do kląskania konia (oznaczany literą "x"). Na pewno nie będzie to zadanie proste – napotkam po drodze mnóstwo rzeczy zupełnie mi obcych, zapoznam się z zupełnie nową logiką, fonetyką itp. Najbardziej obcym językiem jakiego miałem okazji się w moim życiu uczyć był estoński, ale tak czy inaczej wyglądał on w porównaniu do xhosa bardzo przyzwoicie. Miał całkiem sporo zapożyczeń z języków germańskich, zaś system przypadkowy jakim się straszy w przypadku języków ugrofińskich, przynajmniej w pierwszym stadium nauki, wydał się dość logiczny i nie taki zły. Z xhosa może już nie być tak łatwo. Sęk jednak w tym, że czasem ciekawie jest spojrzeć na świat i języki z trochę innej perspektywy.

Żeby było jasne – nie mam na celu osiągnąć jakiegokolwiek poziomu biegłości w języku xhosa, a jedynie zapoznać się z jego budową, umieć tworzyć proste zdania. Do tego celu użyję podręcznika Teach Yourself Xhosa, który polecił peterlin na swym blogu. O moich odkryciach będę się starał na bieżąco informować (w przerwie pomiędzy artykułami o innej tematyce).

Nie opisałem tu pozostałych języków urzędowych RPA, postaram się tą kwestią zająć za jakiś czas – tak naprawdę sytuacja jest tam na tyle ciekawa, że trudno ją streścić w jednym artykule. Właściwie na każdy z języków wypadałoby napisać co najmniej 3. A może za jakiś czas przerzucę się w jakieś inne miejsce? Z drugiej strony mam też plan, żeby wreszcie podszkolić mój niemiecki do poziomu zbliżonego do C1, następnie wziąć się na poważnie za francuski. Cóż, pożyjemy, zobaczymy.

Podobne posty:
W jakim języku się mówi w byłej Jugosławii?