Lwowiaki nie mówią ino bałakają – czyli o języku polskim na Ukrainie

Szkoła w Dołbyszu / Школа у Довбиші

Gazetka z okazji 11 listopada w dołbyskiej szkole (obwód żytomierski)

W związku z komentarzem zawartym pod artykułem o sytuacji języka rosyjskiego na Ukrainie postanowiłem chwilowo pozostać myślami za wschodnią granicą naszego państwa i sięgnąć po nowy temat osadzony we wspomnianym wyżej obszarze. W pewnym sensie będzie to nawet połączenie wątku ukraińskiego z rozpoczętym równie niedawno polskim wątkiem dialektalnym. Mowa oczywiście o naszej mowie na Kresach, a zwłaszcza ich południowej części. Z różnych względów nie jest to temat prosty – pozorna bliskość zagadnienia i zabarwienie emocjonalne (jeden z moich dziadków urodził się we Lwowie i przez pewien czas mieszkał w miasteczku Skole w pobliżu Stryja) wcale nie ułatwia zadania rzetelnego podejścia do tematu. Tym niemniej myślę, że wielkim niedociągnięciem byłoby, gdyby Kresy nie znalazły na Woofli swojego miejca. Jak to więc z tymi Polakami w Ukrainie jest? I jak jest przede wszystkim z ich językiem?

Stosunkowo często możemy usłyszeć w mediach informacje na temat mniejszości polskiej na Litwie czy też na Białorusi, gdzie istnieją pojedyncze gminy, w których nasi rodacy stanowią nawet większość. O Ukrainie w tym kontekście mówi się niewiele – częściej wspomina się tak naprawdę trudną przeszłość polsko-ukraińską związaną z następstwami rzezi wołyńskiej oraz akcji „Wisła" poświęcając bardzo niewiele miejsca osobom, które pozostały za naszą wschodnią granicą i próbują utrzymać polską kulturę oraz język. Nie ma w tym nic dziwnego, biorąc pod uwagę tak naprawdę niewielki odsetek naszych rodaków zamieszkujących południowe Kresy.

Polaków na Ukrainie można, co ciekawe, w zasadzie podzielić na dwie odrębne grupy, które zamieszkują zupełnie oddzielne tereny i różnią się od siebie znacznie, przede wszystkim w kwestii, która nas najbardziej interesuje, czyli rzeczywistej znajomości języka polskiego. Podział pomiędzy nimi przebiega na rzece Zbrucz będącej w latach 1921-1939 granicą polsko-radziecką. Przeważnie myśląc o naszych rodakach na Ukrainie myślimy o resztkach populacji zamieszkującej niegdyś Galicję i Wołyń. Czas żeby głębiej się nad tym zastanowić.

Dziś przeważnie zapominamy o fakcie, że za wschodnią granicą II RP, głównie w okolicach Żytomierza pozostało ok. 1,5 miliona Polaków, którym nie było dane po wojnie polsko-radzieckiej świętować niepodległości i zmuszeni byli pogodzić się z faktem życia w granicach, jeszcze nawet nie „bratniego", Związku Radzieckiego, co zaważyło na ich losach. Polacy w granicach międzywojennego ZSRR byli z jednej strony narodem podejrzanym, z drugiej natomiast ówczesna polityka władz była oficjalnie bardzo przychylna wszelkiego rodzaju mniejszościom narodowym. W szeregach WKP(b) znajdowało się zresztą wielu Polaków (ze słynnym Feliksem Dzierżyńskim na czele), którzy nie porzucili myśli o eksporcie rewolucji na zachód. Z ich inicjatywy właśnie na terenach leżących dziś w obrębie obwodu żytomierskiego powstał w 1925 tak zwany Polski Rejon Narodowy, potocznie nazywany Marchlewszczyzną, w którym nasi rodacy stanowili 70-80% mieszkańców. Historia tego tworu jest wielce kontrowersyjna, również dlatego, iż władze radzieckie robiły wiele, żeby zatrzeć jakiekolwiek wspomnienia po nim. Wraz z nasileniem represji stalinowskich Marchlewszczyznę zlikwidowano, a wielu jej mieszkańców przesiedlono do Kazachstanu. Nie przeszkodziło to jednak renesansowi polskiej świadomości narodowej po odzyskaniu niepodległości przez Ukrainę. W samym miasteczku Dołbysz (ukr. Довбиш), które pełniło w latach 1925-35 funkcję administracyjnego centrum rejonu szacuje się, iż ponad połowę mieszkańców stanowią osoby pochodzenia polskiego, z których wiele deklaruje polską narodowość. Podobne grupy można znaleźć w okolicach Żytomierza oraz w Chmielnickim (stanowią odpowiednio 3,5% oraz 1,6% liczby mieszkańców wspomnianych obwodów) – i to właśnie one, a nie Lwów, Tarnopol czy Iwano-Frankiwsk (dawniej Stanisławów) są obwodowymi miastami z największym odsetkiem Polaków na Ukrainie. Wieki rozłąki (wspomniane ziemie odpadły od Rzeczpospolitej w 1793 roku) z państwem polskim robią jednak swoje – mieszkańcy byłej Marchlewszczyzny uważają za swój język ojczysty głównie ukraiński bądź rosyjski, których zdecydowanie łatwiej jest im używać w codziennej komunikacji (każdemu kto chciałby obejrzeć reportaż lokalnej żytomierskiej telewizji o tamtejszych Polakach i przekonać się jakim językiem mówią polecam zerknąć choćby na chwilę tutaj – https://www.youtube.com/watch?v=W_Lczdhcqoo). Rola polskiego jest ograniczona do sfery sakralnej – to właśnie wiara rzymskokatolicka jest dla wielu miejscowych Polaków wyznacznikiem ich świadomości narodowej. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że od czasu wywalczenia przez Ukrainę niepodległości jest też on nauczany w niektórych szkołach i jego znajomość jako języka obcego jest coraz wyższa. Osobiście całkiem spodobał mi się film prezentujący szkołę w Dołbyszu, który znalazłem przypadkiem na YouTube – pozwala przybliżyć nieco tamtejsze realia i daje nadzieję zarówno dla rozwoju polskiej kultury w regionie jak i przyjaźni polsko-ukraińskiej.

Dwie największe skupiska Polaków na Ukrainie dzieli przeszło 400 kilometrów.

Dwie największe skupiska Polaków na Ukrainie dzieli przeszło 400 kilometrów.

Przenieśmy się teraz 400 kilometrów na zachód, do Galicji stanowiącej niegdyś jeden z najbardziej spolonizowanych regionów na Kresach (drugim była Wileńszczyzna, na Wołyniu Polacy nigdzie natomiast większości nie stanowili). Dziś obwód lwowski zamieszkuje oficjalnie zaledwie około 20 tysięcy osób deklarujących polską narodowość (według spisu powszechnego 2001), które stanowią poniżej 1% ogólnej populacji. Teoretycznie więc Polaka ciężej znaleźć tam niż na dalekiej Żytomierszczyźnie. Teoretycznie, bo w praktyce szansa na spotkanie we Lwowie starszej pani wracającej z lub właśnie udającej się do kościoła zadowolonej z samej możliwości zamienienia paru zdań po polsku jest dość spora – tyle jeśli chodzi o własne doświadczenia. Tak czy inaczej nie usłyszymy już lwowskiej gwary, z której kiedyś miasto słynęło. Próbki możemy obecnie usłyszeć jedynie w rozmaitych archiwach – w jednej z nich możemy usłyszeć, że „Lwowiaki nie mówią ino bałakają". Osoby, które znają ukraiński wiedzą, że czasownik балакати (trans. bałakaty) znaczy ni mniej ni więcej, a „gadać, mówić". Wspomniana przeze mnie próba gwary lwowskiej jest bardzo ciekawa – obfituje w rozmaite smaczki ukraińsko-niemieckie (te drugie ze względu na obecność w składzie monarchii habsburskiej, której atmosfery nie udało się przyćmić nawet ponuremu reżimowi komunistycznemu) i trochę szkoda, że zanikła.

Nie ma co się oszukiwać – Polaków w okolicy wcale nie ma tak dużo. Zdecydowana większość z tych, którzy przetrwali okupację radziecką, niemiecką oraz akcje pacyfikacyjne UPA została deportowana po wojnie do Polski w ramiach przymusowej wymiany ludnościowej pomiędzy PRL a Ukraińską SRR. Pozostały wyłącznie resztki skupione głównie w okolicach przejścia granicznego w Medyce – w rejonie mościskim (ukr. мостиський район), przez który przejeżdżają wszyscy podróżujący z Przemyśla do Lwowa, Polacy stanowią niemal 8% ludności (warto zaznaczyć, że nadal jest to jednak mniej niż 10%, przy których dany rejon może wprowadzić status języka regionalnego). Mniejsze skupiska ludności można znaleźć również w okolicach Sambora (ukr. Самбір) oraz Żółkwi (ukr. Жовква). Największą różnicą pomiędzy mniejszością w Galicji, a tą na Żytomierszczyźnie jest przede wszystkim stosunek do języka polskiego. O ile, jak już wspomniałem wcześniej, na wschodzie nasza mowa ojczysta stała się czymś na kształt rzadko używanego reliktu, o tyle w przypadku rejonu przygranicznego mamy faktycznie do czynienia z wsiami, w których większość mieszkańców rzeczywiście mówi po polsku. Rekordowy odsetek osób deklarujących język polski jako ojczysty odnotowano w 2001 roku we wsi Strzelczyska (ukr. Стрілецьке) – 97,7%. W związku z bliskością polskiej granicy (wieś od Medyki dzieli ok. 20 kilometrów) znacznie łatwiej jest pielęgnować język, który dla wielu osób z okolicy jest też szansą na lepsze życie. Bardzo prężnie działa też rzymskokatolicka parafia, która skupia osoby narodowości polskiej w trójkącie Strzelczyska-Czyżowice-Radenice (ukr. Стрілецьке-Чижевичі-Раденичі).

polski_trojkat

Trójkąt polskojęzycznych wsi w rejonie mościskim (Strzelczyska-Czyżowice-Radenice)

Możemy podsumować, iż sytuacja mniejszości polskiej na Ukrainie jest dość nietypowa. Dwa największe skupiska Polaków oddalone są od siebie o ponad 400 kilometrów, w każdym z nich jest też zupełnie inny stosunek do języka polskiego, obydwie społeczności działają od siebie zupełnie oddzielnie (jeszcze do niedawna Polacy na Żytomierszczyźnie byli kompletnie zapomniani nawet przez polskie władze) i musiały przez lata stawiać czoła reżimowi komunistycznemu. Wydawałoby się, że gorzej być nie może. Teraz jednak powoli wszystko się zmienia – powstają polskojęzyczne szkoły, a język polski coraz bardziej jest kojarzony z możliwością znalezienia lepszej pracy niż z językiem odwiecznego wroga (zupełnie jak u nas niemiecki) i ma szansę stać się jednym z elementów pomostu, który łączy nasze narody posiadające czasami tak odmienną wizję własnej przeszłości. Bo liczy się przede wszystkim przyszłość i wzajemny szacunek.

Podobne artykuły:
Język rosyjski na Ukrainie
Czy i kiedy opłaca się uczyć ukraińskiego?
Jak się nauczyć cyrylicy w 2 dni?
Języki regionalne Francji – oksytański
Jak się nauczyć rosyjskiego?

7 komentarze na temat “Lwowiaki nie mówią ino bałakają – czyli o języku polskim na Ukrainie

  1. Artykuł ciekawy, a przy okazji przyszła mi do głowy jeszcze inna rzecz. Może by tak coś na temat Ukraińców i języka ukraińskiego w Polsce? Chodzi mi bardziej o potomków ofiar Akcji Wisła niż o „nowych" przyjezdnych (ci pewnie mówią „normalnym" ukraińskim/rosyjskim). Jak u nich wyglądała kwestia języka w okresie PRL-u i jak jest z tym teraz? Podobnie z Niemcami. Niedawno słyszałem ciekawostkę z mojego rodzinnego Koszalina – podobno jeszcze do niedawna żył tam jakiś Niemiec, któremu udało się zostać po wojnie i który przez kilkadziesiąt lat nie nauczył się w ogóle polskiego, miał jakiś domek z ogródkiem i żył w swoim świecie. Nie wiem niestety, na ile jest to wiarygodne 😉 .
    Pozdrawiam

    1. Dziękuję Larry za komentarz, zwłaszcza, że w przypadku artykułów takich jak ten każdy z nich jest niemal na wagę złota. Temat potomków ofiar „Akcji Wisłą" jest na pewno warty poruszenia – osobiście poznałem dwie osoby, które pochodzą z rodzin przesiedlonych przymusowo na Ziemie Odzyskane, ale zapytane o znajomość ukraińskiego mówiły, że jedynie ich rodzice czasami wplatają poszczególne wyrazy w polskie zdania. Podobnie jak w przypadku Polaków na Ukrainie na pewno miała tu miejsce szybka asymilacaja, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę brak kontaktów z krajem ojczystym i względnie słabo ukształtowaną własną świadomość narodową. Choć specjalistą w tym względzie nie jestem i musiałbym zajrzeć przynajmniej do paru źródeł, żeby powiedzieć w tej kwestii coś więcej.

      Sytuację Polaków na Ukrainie znacznie bardziej przypominają natomiast Niemcy, którzy po zakończeniu II wojny światowej pozostali w Polsce. Mam tu na myśli przede wszystkim osoby zamieszkujące obszary poza Opolszczyzną, w której 10% ludności deklaruje narodowość niemiecką. Z ogromną chęcią przeczytałbym kiedyś wspomnienia osób, które po wojnie wbrew wszelkim przeciwnościom losu pozostały w Szczecinie czy Wrocławiu i udało im się ułożyć życie w obcych realiach. Wiem przynajmniej o jednej rodzinie niemieckiej, która pozostała w moich rodzinnych Szamotułach po wojnie (miasto leżało blisko granicy, więc Niemcy stanowili zawsze dość pokaźną część mieszkańców miasta), ale ci byli mimo wszystko również przed nią obywatelami II RP i władali perfekcyjnie językiem polskim – ciężko więc stawiać ich w jednym szeregu z rodowitymi mieszkańcami Dolnego Śląska czy Pomorza, którzy przeważnie nie władali żadnym językiem obcym. Na marginesie mówiąc same stosunki niemiecko-polskie w czasie wojny na obszarach przygranicznych gdzie Niemcy stanowili 50% ogółu mieszkańców są tematem niezwykle ciekawym, bo czasami znacznie odbiegały od tego z czym mieliśmy do czynienia chociażby w Generalnym Gubernatorstwie. Ale to już coś co zupełnie wykracza poza ramy Woofli. Chociaż może kiedyś…

      Pozdrawiam,
      Karol

  2. A jak wyglada jezyk polski w okolicach Medyki? Czy jest to kontynuacja dawnego dialektu poludniowokresowego, ktory jest przekazywany z pokolenia na pokolenie? A moze to juz wspolczesny jezyk polski, ktorego przygraniczna ludnosc (nie koniecznie polska) uczy sie z telewizji i wyjazdow po zakupy do Polaki? Wiem, ze troche trudno to ocenic, bo dialekt poludniowokresowy mial wiekszosc cech, ktore towarzysza niezbyt dobrej znajomosci dzisiejszej polszczyzny przez Slowian wschodnich (np.trudnosci w rozroznianiu form mesko i niemeskoosobowych). Czy jednak moze sa w ich jezyku jakies formy obce zarowno polszczyznie jak i jezykom wschodnioslowianskim?
    W okolicach Grodna zauwazylem kilka takich cech, np. biernik lp. w rodzaju zenskim rowna sie mianownikowi, np. widzisz tA krowA? Jest to forma niespotykana ani w jezyku polskim, ani w rosyjskim i bialoruskim. Prawdopodobnie to dawny wplyw jezyka jidisz, dziwi tylko, ze przejety przez ludnosc wiejska a nie samego Grodna.

    1. Z chęcią odpowiedziałbym na Twoje pytanie w oparciu o jakieś badania terenowe, jednakże takowych nie miałem nigdy okazji przeprowadzić – obiecałem sobie, że w najbliższym czasie wybiorę się na parę dni do lwowskiej obłasti m.in. po to by odwiedzić polskojęzyczne wioski, o których wspominam w artykule. Jedyne co mogę uczciwie wykorzystać jako źródło języka mówionego mieszkańców Strzelczysk jest kanał „Kuriera Galicyjskiego" na YouTube, na którym można zresztą znaleźć liczne reportaże z życia ukraińskiej Polonii.

      W samym Lwowie, gdzie Polaków zdarzyło mi się spotkać nie raz sytuacja wygląda natomiast bardzo różnie – zdarzało mi się słyszeć osoby władające językiem polskim nie odbiegającym dalece od standardu (pomijając kwestie fonetyczne) oraz takie, u których ilość wschodniosłowańskich zapożyczeń była na tyle spora, iż można tu było mówić nawet o czymś w rodzaju ukraińsko-polskiego surżyka. Otwarte pozostaje jednak pytanie dla ilu z tych osób polski był pierwszym językiem.

      Wydaje mi się, że wraz z końcem II wojny światowej została przerwana pewna ciągłość południowokresowych dialektów i to co aktualnie możemy zaobserwować nie jest osobnym dialektem w historycznym tego słowa znaczeniu, a raczej wynikiem przejmowania w ciągu ostatnich lat elementów (zarówno fonetycznych, gramatycznych jak i leksykalnych ) z języka ukraińskiego czy rosyjskiego, które powszechnie nie są uznawane za poprawne w polskim standardzie. Oprócz charakterystycznej melodii, wymowy ле/лє znacznie bliższej wschodniej słowiańszczyźnie uderza czasem brak użycia czasownika „być" w miejscach, w których osoba urodzona na terenie RP wstawiłaby go z całą pewnością.

  3. Wspaniały artykuł; widzę, że ukazał się akurat na 60-e urodziny mojej mamy 🙂

    Szkoda, że nie ma tu ani słowa o naszej Winnicy. Przecież to u nas, a nie w Żytomierzu lub Chmielnickim znajduje się Konsulat Generalny RP na Podolu (a więc według nas i polskiego MSZ'u to właśnie tutaj jest największe centrum polskości w regionie).

    Moim zdaniem dane spisu 2001 mają niewele wspólnego z obecną rzeczywistością: po wejściu w życie Ustawy o Karcie Polaka (2008) sytuacja szybko się zmienia. Osoby, podobne do mnie (które słyszały w dzieciństwie najwyżej kilka słówek po polsku) szybko uczą się języka. Polski staje się popularny jako język obcy również wśród Ukraińców, nie mających polskich przodków.

    Na marginesie, zauważyłem niegdyś ciekawostkę: mieszkańcy Lwówszczyzny, na przykład, często sądzą, że dobrze znają polski, i dlatego nie chcą się uczyć — mówią w Polsce jakimś językiem makaronicznym, byle się dogadać; podolanie zaś nie żałują czasu i kasy na naukę, a więc poniekąd mówią całkiem nieźle.

    1. Cześć Dima! Dziękuję za komentarz, tym bardziej, że jest on napisany przez kogoś kto na Ukrainie mieszka, co rzuca zupełnie nowe spojrzenie na tą kwestię.

      Bardzo ciekawe jest to co piszesz – podobne obserwacje można poczynić na granicy polsko-niemieckiej, gdzie zdarzyło mi się spotkać osoby chełpiące się znajomością języka sąsiada z drugiego brzegu Odry i twierdzące, że z powodu miejsca zamieszkania nie ma potrzeby sięgać do podręczników by opanować poprawnie niektóre kwestie gramatyczne. Polacy jadący do Lwowa przeważnie również uważają, że bez problemu można się tam dogadać po polsku podczas gdy kontakt ogranicza się przeważnie do zamówienia posiłku w restauracji i z prawdziwą znajomością języka ma niewiele wspólnego.

      Zgadzam się z Tobą, iż dane spisu powszechnego mogą nie mieć odbicia w rzeczywistości, ale zawsze jest to badanie przeprowadzone przez instytucję mającą określony prestiż, która zresztą w podobnego rodzaju statystykach powinna się specjalizować. Wiem, że niektórzy najchętniej wrzuciliby do worka z napisem „Polacy" wszystkie osoby wyznania rzymskokatolickiego, co dawałoby łącznie około półtora miliona naszych rodaków mieszkających na Ukrainie. W takich kalkulacjach należy być jednak bardzo ostrożnym, bo przypominają mi bardziej XIX-wieczne spojrzenie na kwestię narodowościową, które miałoby niejako usprawiedliwiać jakieś roszczenia niż rzetelne podejście do sprawy.

      Osób władających językiem polskim jako obcym jest na Ukrainie z pewnością zdecydowanie więcej niż samych Polaków, a jego popularność na Ukrainie jest zjawiskiem w ogóle szalenie ciekawym, któremu kiedyś poświęcimy na Woofli więcej miejsca. Może sam byłbyś Dima zainteresowany napisaniem takiego wpisu?

  4. No proszę, czego się człowiek nie dowie 🙂 Podróżowałem w tamtym roku po Ukrainie, nie pierwszy raz zresztą i nocowałem kilka dni u znajomego w Nowosiółkach koło Rudek (widocznych na mapie powyżej). Razu pewnego zagadnął mnie tam jeden z miejscowych usłyszawszy polską mowę i opowiada całkiem nienaganną polszczyzną z kresowym akcentem, że w sąsiedniej wsi prawie wszyscy mieszkańcy to Polacy z dziada pradziada i na codzień mówi się tam po polsku – co mnie prawdę mówiąc zaskoczyło, gdyż nie miałem świadomości istnienia na Ukrainie większych zwartych skupisk ludności polskiej po II WŚ. Teraz widzę, że „sąsiednia wieś" to najpewniej ów opisany w artykule „polski trójkąt"… Swoją drogą znajomość polskiego, jeżeli nie czynna to bierna, w zachodniej Ukrainie jest zdumiewająco rozpowszechniona również wśród Ukraińców. Przyczyna tego stanu rzeczy jest prosta, jak mi wyjaśniono – polskie radio i telewizja którą ogląda się tam masowo (podobno ciekawsza od ukraińskiej) i w ten naturalny sposób nabywa znajomość języka. Podobne zjawisko występuje również na zachodniej Białorusi o czym miałem okazję sam się przekonać 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ