SWEDEX: luźne przemyślenia

swedex

Źródło: http://www.folkuniversitetet.se/Las-mer-om-sprak/Sprakexamina/Swedex/

Jestem przedstawicielką pokolenia urodzonego w połowie lat 90. Wychowujący się w moim otoczeniu szkolnym rówieśnicy zdradzali mniejsze lub większe predyspozycje językowe, głównie w kierunku języka angielskiego, choć zdarzali się też mali germaniści, nieco wyobcowani w swych preferencjach. Pierwsza z przyjaciółek zdała FCE (Cambridge’owski First Certificate in English, poziom około B2) jeszcze w połowie gimnazjum. Zaraz potem zrobiła to druga. W międzyczasie, 15-letnia koleżanka potwierdziła innym certyfikatem swoją średnio zaawansowaną znajomość ojczystej mowy Angeli Merkel. Rok przed maturą gratulowaliśmy klasowej prymusce zaliczonego CPE (Certificate of Proficiency in English). Nie patrzyłam nań z zazdrością, raczej żalem, że: „mnie się nie chce, a mogłabym”, bądź też klasycznie wzdychając: „szkoda pieniędzy”. Swoją znajomość angielskiego oceniałam i nadal oceniam dość wysoko, zaś poza osobistą satysfakcją nie byłam w stanie dostrzec żadnych wymiernych korzyści podjęcia tego typu wyzwań.

Pewna grupa moich znajomych wie, że już od ponad roku zapowiadam (hucznie, a jakżeby inaczej), iż zdołam przygotować się zupełnie sama (tj. bez kursu) do tzw. „profa” (o samym stopniu trudności czy strukturze tego egzaminu chętnie podyskutuję w komentarzach). Ku mojemu rozgoryczeniu, studia dały mi dobry dowód na to, że należało uczynić to już dawno temu, zdając chociażby o oczko niższe CAE – uniknęłabym trzech semestrów uczelnianego lektoratu, który raczej powoduje moje językowe zacofanie, niż faktyczny progres. Nie o tym jednak chciałabym pisać, zwłaszcza, że same zajęcia wspominać będę raczej miło.

Wstęp ten miał na celu ukazanie powszechności zjawiska, przynajmniej w moim pokoleniu: certyfikaty językowe nie tracą na popularności, a wręcz zaryzykowałabym stwierdzenie przeciwne. Na początku przekażę myśl ogólną, która – teoretycznie – winna przyświecać czytelnikowi aż do końca lektury tego tekstu.

Jeśli ktoś robi coś wyłącznie dla własnej satysfakcji, to nie kwestionujmy utylitarności tego czegoś, bowiem sama ta satysfakcja nadaje danemu przedsięwzięciu wystarczająco głęboki sens.

Staram się wychodzić z tego założenia, nawet wbrew krytycznemu podejściu, które z pewnością zaobserwujecie poniżej.


SWEDEX – UDOWODNIJ, ŻE ZNALAZŁBYŚ SPOŻYWCZAK W SZTOKHOLMIE

Jako samouk języka szwedzkiego naturalną sprawą jest, że chciałabym móc monitorować własne postępy. Będąc samemu sobie "sterem, żeglarzem i okrętem" trudno jest o obiektywną informację zwrotną nt. prezentowanego przez siebie poziomu.

(No dobrze, nie jest aż tak źle – dziękuję dwóm skandynawistom, z którymi czasem koresponduję, a także moim internetowym "szwedoznajomym" oraz pani ekspedientce z księgarni w Karlskronie – jest mi bardzo miło, że się dogadałyśmy!)

Przechodząc do sedna: tak, do dziś przechodzi mi czasem przez głowę myśl, aby podejść do Swedexa – certyfikatu języka szwedzkiego, który możemy zdawać na jednym z trzech poziomów: A2, B1 lub B2. Moim potencjalnym celem byłby ten ostatni. Sam Swedex nie otwiera nam praktycznie żadnej furtki do Królestwa Szwecji – aby studiować na tamtejszych uczelniach, potrzebny jest papierek egzaminu TISUS (inna inszość, jak to mówią). Zatem po co miałabym inwestować czas i pieniądze w egzamin na poziomie B2? Po pierwsze, by się zwyczajnie sprawdzić. Po drugie, by ukierunkować jakoś swoją motywację – każdy z nas potrzebuje czasem celu. Jakiego typu wątpliwości mnie jednak powstrzymują?

1. KOSZT I MIEJSCE ZDAWANIA

Rok temu egzamin SWEDEX można było zdawać w kilku większych miastach Polski, w tym na poziomie B2 jedynie w Warszawie, Gdańsku i Poznaniu. Właśnie odwiedziłam oficjalną stronę folkuniversitetet, głównego "wykonawcy" rzeczonego certyfikatu: w roku 2015 pozostały już tylko ośrodki warszawskie. Wygląda na to, że popularność, bądź też zasoby pieniężne na przeprowadzanie SWEDEXa w Polsce maleją – jeszcze kilka lat temu egzaminatorów nie brakowało nawet w mojej rodzinnej Łodzi.

Koszt egzaminu SWEDEX na poziomie B2 to ok. 750 PLN (informacja mailowa, datowana na marzec 2014), tak więc jest to cena porównywalna chociażby z certyfikatami angielskimi . Doliczyć do tego trzeba także cenę podróży do danego miasta, podręczników i kursu przygotowawczego, ponieważ…

2. SWEDEX NIE SPRZYJA SAMOUKOM

text-i-fokusPo pierwsze: nie uświadczymy tutaj konkretnego spisu publikacji zredagowanych specjalnie pod kątem zadań pojawiających się na egzaminie. Folkuniversitetet poleca co prawda na swojej stronie podręcznik På svenska, na temat którego ciężko mi się wypowiadać z racji mojego braku doświadczenia z nim. Sama sięgnęłabym pewnie po Text i Fokus albo Form i Fokus. Mimo to, odczuwalny jest brak odpowiedniej ilości zestawów przykładowych testów, tematów do części ustnej czy konkretnych repetytoriów gramatycznych, które mogłyby pokierować samoukiem.

Sprawa ma się ciekawie z tzw. Modelltestami, a więc egzaminami przykładowymi. Na każdym z poziomów możemy uzyskać dostęp tylko do jednego z nich. Powtarzam: słownie – jednego. Moje mailowe zapytanie o ewentualną możliwość uzyskania  czy wykupienia większej ilości egzaminów, np. tych z lat ubiegłych, zostało potraktowane jednoznaczną odpowiedzią ze strony miłego Szweda: "NIE".

Pewne źródła każą mi przypuszczać, że lektorzy wykwalifikowani w kierunku przygotowania kandydatów do SWEDEXa w istocie mają dostęp do tego typu materiałów. Czyżby zmuszano mnie więc do uczestnictwa w zorganizowanych kursach prywatnych szkół językowych? 😉

3. PIĘĆSET ZŁOTYCH ZA PISEMNE POTWIERDZENIE UMIEJĘTNOŚCI NAPISANIA CZTEROZDANIOWEGO MAILA

…bo właśnie do tego ogranicza się moim zdaniem sens (a raczej brak sensu) zdawania SWEDEXa na najniższym z poziomów. Niech mnie ktoś oświeci albo wyprowadzi z błędu, ale nie mam pojęcia, komu i gdzie miałaby zaimponować chęć udokumentowania (w dodatku za tak ciężkie pieniądze) umiejętności, które powinno się posiąść po miesiącu-dwóch średnio intensywnej nauki.

Jeśli mamy już ufać europejskiej klasyfikacji poziomów zaawansowania językowego, to godna "szpanu" komunikatywność zaczyna się raczej w granicach B2. Zaraz ktoś mi zarzuci, że deprecjonuję znaczenie elementarnej znajomości języka, chociażby takiej, jaka przydaje się w podróży. Ależ skąd. Nie potrafię tylko dostrzec sensu tworzenia (i zdawania!) wystandaryzowanego i pieczołowicie ułożonego egzaminu na rzeczonym, mocno podstawowym poziomie. (O ile w ogóle ktoś widzi sens w zdawaniu certyfikatów na jakimkolwiek z poziomów!!!)

4. DOŚĆ SUROWY SPOSÓB OCENIANIA

Porównując SWEDEXa do nieco szerzej znanych, cambridge'owskich egzaminów sprawdzających znajomość angielszczyzny, zmuszona jestem wysnuć nieco nieśmiały wniosek odnośnie surowości przebiegu egzaminu, zwłaszcza części poświęconej rozumieniu ze słuchu.

Zacznijmy jednak od spraw bardziej ogólnych: poszczególne części SWEDEXa (czytanie, pisanie, mówienie, słuchanie oraz słownictwo&gramatyka) mają swoje oddzielne progi zdawalności (60%), które nie sumują się do ogólnego wyniku całego egzaminu. Innymi słowy: niemożliwe jest (tak jak na FCE, CAE czy CPE) kompensowanie wyniku danej części inną częścią. Jeśli choć jeden moduł uzyska wynik poniżej 60%, cały nasz SWEDEX (i pieniądze!) idą do kosza.

W przypadku certyfikatów brytyjskich, nagranie na tzw. "listeningu" puszczane jest egzaminowanemu dwa razy. Z niewiadomych mi przyczyn, SWEDEXowe słuchanie na poziomie B2 zakłada jednokrotne odtworzenie danego dialogu czy historyjki. Być może jest to rozwiązanie bardziej realistyczne – zwracam jednak uwagę na różnice między SWEDEXem a egzaminami (także maturalnymi) z innych języków nowożytnych.


JASNA I CIEMNA STRONA CERTYFIKATÓW JAKO TAKICH:

poziomyWszelkim certyfikatom językowym, konstruowanym na zasadzie poziomowania wiedzy zdającego i stawiania mu wymagań w związku z tymi poziomami, towarzyszy ukryte przekonanie, które starałam się zilustrować obrazkiem widocznym z lewej strony tego akapitu. Jeśli wyobrazimy sobie poszczególne etapy zaawansowania językowego (umowne czy też ustalone odgórnie) jako swoistą "matrioszkę" złożoną z mniejszych słoików włożonych w większe, to za nasz "wkład mentalny i umiejętności" możemy uznać wodę wypełniającą te naczynia.

Na początku wodą napełniamy najmniejszy ze słoiczków (tu oznaczony symbolem A2). Jeśli woda się "przeleje", a więc spełnimy wszystkie wymagania poziomu A2 i będziemy w stanie iść dalej, zaczniemy wypełniać naszą cieczą poziom B1. Tu z kolei konieczne jest kolejne "przeciążenie" słoiczka wodą, aby mogła ona dostać się do największego z naczyń. Innymi słowy – kierujemy się pewną równomiernością, kolejnością i ciągłością nauki.

Wiemy jednak, że nauka języka nie przebiega zawsze jednolicie we wszystkich sferach sprawnościowych, tj. słuchaniu, mówieniu, pisaniu i czytaniu. Osobiście uważam, że szwedzkie rozumienie ze słuchu na poziomie B2 pokonałabym choćby jutro, jednak do mówienia musiałabym się nieco przygotować. SWEDEX wymagałby ode mnie jednakowego wyćwiczenia we wszystkich tych płaszczyznach.

I żeby nie było – uważam to raczej za jedną z niewielu zalet przygotowywania się do certyfikatów – starają się one bowiem dążyć do wyposażenia "ucznia" w pewne minimum w zakresie odgórnie ustalonych poziomów.

Nie da się jednak ukryć, że przygotowując się do tego typu egzaminów uczymy się po prostu "rzemieślniczo" samego wypełniania konkretnych testów i stajemy się podporządkowani pewnej "filozofii używania języka" wyznawanej przez ich autorów.

Znakomitą ilustracją powyższej kwestii będzie jeden z moich ulubionych komentarzy pozostawionych przez stałego czytelnika Woofli. Mam nadzieję, że nie obrazi się on za ten mały cytat.

komentarzypp

 

Czy da się dodać coś więcej?…

Bardzo chętnie poznam wasze doświadczenia ze SWEDEXem oraz pobudki, jakie kierowały wami jeśli chodzi o przystąpienie do tego właśnie egzaminu. Jeśli uda mi się kiedyś go zdać (bo z tego wyzwania póki co nie rezygnuję), to na pewno postaram się opisać wszystko "od kuchni".

Przeczytaj także…

Po jakiemu uczyć się szwedzkiego?
Czy język szwedzki jest trudny
Dlaczego nauka języka szwedzkiego jest teraz łatwiejsza niż kiedykolwiek?
Dlaczego nauka języka szwedzkiego jest teraz łatwiejsza niż kiedykolwiek – część 2

 

12 komentarze na temat “SWEDEX: luźne przemyślenia

  1. Ciekawy artykuł 🙂

    Znakomitą ilustracją powyższej kwestii będzie jeden z moich ulubionych komentarzy pozostawionych przez stałego czytelnika Woofli. Mam nadzieję, że nie obrazi się on za ten mały cytat.

    @Karolina, jak mnie zacytowałać poczułem się prawie jak starożytny chiński filozof z taką długą siwą brodą. 😀 Tylko, że mój nick nie brzmi po chińsku. A właśnie! W moim wczorajszym wpisie jest ukryty klucz do przetłumaczenia dwóch słów z mojego nicku: https://idiomasymundo.wordpress.com/2015/04/13/luzmila-carpio-quyllur-kultura-keczuanska/

    Wiemy jednak, że nauka języka nie przebiega zawsze jednolicie we wszystkich sferach sprawnościowych, tj. słuchaniu, mówieniu, pisaniu i czytaniu. Osobiście uważam, że szwedzkie rozumienie ze słuchu na poziomie B2 pokonałabym choćby jutro, jednak do mówienia musiałabym się nieco przygotować. SWEDEX wymagałby ode mnie jednakowego wyćwiczenia we wszystkich tych płaszczyznach.

    I żeby nie było – uważam to raczej za jedną z niewielu zalet przygotowywania się do certyfikatów – starają się one bowiem dążyć do wyposażenia „ucznia” w pewne minimum w zakresie odgórnie ustalonych poziomów.

    Spostrzeżenie, że nauka do egzaminu (lub może lepiej powiedziawszy "uczenie się pod egzamin", gdyż to nie dokońca to samo!) pozwala na bardziej wyrównane rozwijanie wszystkich umiejętności wydaje mi się racjonalne. Tu jednak pojawiają się moje objekcje: PO CO?

    Przypuśćmy teoretycznie (to oczywiście tylko przykład, bo wiem, jak jest), że w języku szwedzkim głównie oglądasz szwedzkie filmy, bo kochasz szwedzkie kino. Nie masz (to tylko przykład!) jednak obecnie za dużo z kim po szwedzku rozmawiać regularnie, a raczej raz od czasu. Czy naprawe POTRZEBUJESZ poświęcać rozwijaniu obu umiejetności rozumienia ze słuchu i mówienia tyle samo czasu? Skoro tymczasowo nie mamy dużo okazji do rozmawiania po szwedzku, lub w jakimś języku, to może zamiast wyrywać sobie włosy ze zmartwienia "bo moje umiejętności nie rozwijają się równo!" po prostu skupmy się na tym co możemy i lubimy: w moim przykładzie na oglądaniu filmów. Jeśli zaś ktoś jest wielkim miłośnikiem literatury pięknej, a nie lubi spędzać nieskończonych godzin przed filmami, wcale nie musi tego robić! Niech czyta sobie. Nawet jeśli język to coś wiecej niż hobby, to praca, 99% osób NIE POTRZEBUJE mieć wszystkich umiejętności językowych równie rozwiniętych!!! W swoim czasie miałem znacznie lepsze możliwości aktywnego użycia keczu niż w chwili obecnej (to łatwo i niespodziewanie może sie zmienić), ale nie gadam z tego powodu do ściany przez jakiś wewnętrzny (czy zewnętrzny?) absurdalny nacisk "musisz rozwijać się rónomiernie!". Słucham sobie piosenek, a jak będę miał z kim pogadać, te piosenki z pewnością mi ku temu nie szkodziły.

    Potrzeby każdego człowieka są bardzo indywidualne. Kolejny raz więc powtarzam, że nauka pod egzamin odrywa człowieka od tego, co jest mu potrzebne, lub co naprawdę pragnie robić (chyba, że nie pragnie nic, a jedynie posiadać papierek). Osobiście staram się też nieco wyluzować. Patrząc w dłuższej perspektywie np. na moją naukę hiszpańskiego, miewałem okresy książkomanii, serialomanii, wszelkich innych manii, ale zawsze robiłem po prostu to, co mnie w danej chwili pociągało. Nikt mnie nie stresuje zdawaniem jakichś egzaminów i jakimiś wymogami. Zaprawdę powiadam, że z certyfikatem C2 z hiszpańskiego nie sposób byłoby zrozumieć co drugie zdanie w niejednym serialu z kolumbijskiej telewizji, a z drugiej strony wcale nie musze być mistrzem w uzupełnianiu na czas brakujących fragmentów w tekście. 😛

    Zacznijmy jednak od spraw bardziej ogólnych: poszczególne części SWEDEXa (czytanie, pisanie, mówienie, słuchanie oraz słownictwo&gramatyka) mają swoje oddzielne progi zdawalności (60%), które nie sumują się do ogólnego wyniku całego egzaminu. Innymi słowy: niemożliwe jest (tak jak na FCE, CAE czy CPE) kompensowanie wyniku danej części inną częścią. Jeśli choć jeden moduł uzyska wynik poniżej 60%, cały nasz SWEDEX (i pieniądze!) idą do kosza.

    W hiszpańskim również się nie sumują – oblewasz jedną część, to oblewasz cały egzamin.

    1. I to jest bardzo w porzadku- oblewasz jedno i czesc! Na angielskich egzaminach, szczegolnie na uczelnianych, trudnosci listeningu (trzeba jednoczesnie sluchac, pisac i czytac) rekompensuje sie writingiem (dozwolone slowniki). Efekt jest taki, ze w praktyce wiekszosc absolwentow nie zna jezyka, bo nierozumienie ze sluchu w sytuacjach zyciowych blokuje wszystkie pozostale umiejetnosci.
      Dziwne tylko w tych szwedzkich egzaminach sa tak niskie progi. Co wiec znaczy w praktyce informacja, ze ktos jest na jakims sztucznym poziomie B2 na 60%? Jak to fajnie przedstawilas na tych sloiczkach- najpierw mniejszy MUSI sie zapelnic na 100%, zeby przejsc do zapelniania wiekszego- i tak powinno byc-zadnych progow, wszystko po kolei na 100%.

  2. 3 grosze o certyfikatach:
    1. Wymóg prawny/proceduralny. Np. żeby ubiegać się o pracę w MSZ trzeba mieć poświadczoną (certyfikatem, studiami filologicznymi lub egzaminem resortowym) znajomość dwóch języków obcych. Podobnie z pracą na wielu stanowiskach na placówkach zagranicznych. Tego wymogu nie da się przeskoczyć, bo państwo nie może omijać prawa.
    2. Obiektywne kryterium zawężające rekrutację. Niepraktyczne jest rozmawianie z każdym, kto się zgłosi. Niepraktyczne jest też przyjmowanie ‚na słowo’ deklaracji co do posiadanych umiejętności. Certyfikat jest użyteczny, bo pozwala odrobinę ograniczyć pole wyboru – praktyczną znajomość języka można weryfikować już nie u wszystkich, a tylko u tych z certyfikatami. Oczywiście najlepiej dysponować czymś bardziej zindywidualizowanym jako świadectwem na poparcie swoich słów – na egzaminie na studia wschodnie nikt mnie nie przepytywał z rosyjskiego (a innych zdających – tak), bo istniała już wtedy moja strona o lezgińskim, której nie mógłbym napisać inaczej jak w oparciu o rosyjskojęzyczne źródła.
    3. Świadectwo charakteru. Certyfikat wymaga planowania z wyprzedzeniem, poświęcenia czasu i pieniędzy. Jego posiadacz daje lepszą rękojmię, że jest osobą "poważnie myślącą o swojej przyszłości". To żadna gwarancja, raczej poszlaka, ale jednak coś.

    A certyfikaty na niskim poziomie (takie które nie dają dostępu na studia / do pracy – B2 i niżej) to zewnętrzny motywator, udokumentowanie hobby i przede wszystkim – maszynka do robienia pieniędzy (opłaty, kursy, materiały).

  3. Ciekawy artykuł. Ja sama jestem do certyfikatów nastawiona dość sceptycznie – przyjaciółka zdała FCE w gimnazjum z rewelacyjnym wynikiem, ba, nawet matura nie poszła jej wcale źle… ale obecnie nie umie zrobić z tego najmniejszego użytku.
    Maturę też da się wziąć sposobem, przynajmniej w pytaniach zamkniętych.
    Ale chyba jest w tych certyfikatach coś kuszącego, może ta chęć udowodnienia sobie czegoś? Dość często pierwszym marzeniem osoby, która dopiero zaczyna naukę języka obcego, jest wizja siebie odbierającego dyplom, najlepiej na poziomie C2 🙂

    Ja obecnie szykuję się do niemieckiego DSH. Też nie jest tak łatwo…

  4. Nie wiem skąd się wzięła ta nagonka na certyfikat FCE (czy szerzej – na certyfikat B2). Moim zdaniem dają one potwierdzenie dużej sprawności językowej. Osobnik po FCE być może nie koniecznie będzie w stanie dyskutować o wysublimowanych sofizmatach, wytłumaczyć po angielsku czym jest dąb różnicę między dębem szypułkowym i bezszypułkowym; nie będzie wiedział jak jest po angielsku wilga ani zięba, nie będzie w stanie wytłumaczyć ze słuchu o co chodzi w jakimś slangowym amerykańskim rapie, a tym bardziej nie będzie mógł analizować tekstów Marillion z okresu Fisha (spróbujcie, niezła jazda – ja ich nawet z polskim tłumaczeniem nie rozumiem).

    OK – wszystko racja. Jednak większości rzeczy o których piszę powyżej to pewnie nawet statystyczny angol czy amerykaniec nie zrobi. B2 świadczy o tym, że użytkownik posługuje się językiem na poziomie KOMUNIKATYWNYM, rozumie tekst pisany, argumentuje swoje racje, nie brakuje na ogół mu słowa albo jest w stanie wytworzyć je samodzielnie na podstawie poznanych zasad bądź też powiedzieć to, co chce powiedzieć "naokoło". Człowieka takiego spokojnie można puścić w delegację za granicę, można w mniej oficjalnych sytuacjach zrobić z niego tłumacza itp. B2 to NAPRAWDĘ jest dużo.

    Jedyne, czego nie daje ten certyfikat to brak uprawnień na różne stanowiska, które wyraźnie mówiąc o C1/C2 bądź studiach wyższych typu przewodnik turystyczny, tłumacz przysięgły, praca w ambasadzie itp.

    Niemniej jednak gdybym był pracodawcą i przyszedł do mnie ktoś z FCE stanowiłoby to dla mnie poważny atut – bo tak szczerze, ilu Polaków umie angielski na poziomie chociaż FCE, jeżeli tylko matura rozszerzona (którą przecież mało kto zdaje) w zasadzie ledwo-ledwo dorównuje temu certyfikatowi?

    1. Hej,
      W tekście nie ma żadnej nagonki na certyfikaty na poziomie B2. Wręcz przeciwnie – dopuszczam do myśli zdawanie czegokolwiek na co najmniej takim poziomie. 😉

    2. Nie wiem skąd się wzięła ta nagonka na certyfikat FCE (czy szerzej – na certyfikat B2). Moim zdaniem dają one potwierdzenie dużej sprawności językowej.

      W tym problem, że nie dają potwierdzenia, bo przy bodaj 60% progu, poziom posiadaczy certyfikatu jest siłą rzeczy b. zróżnicowany. Po drugie, i ważniejsze, w warunkach polowych skuteczność komunikacyjna jest słabiej skorelowana z poziomem językowym, niż z pewnymi cechami osobowości (śmiałość, zaradność, wyobraźnia) czy umiejętnościami (umiejętność mówienia ‚naokoło’; odpowiedni dobór aplikacji na telefon i korzystanie z ich możliwości). Są ludzie, którzy radzą sobie świetnie mimo niemal zerowej znajomości języka, są tacy, którzy mają kłopoty w dogadaniu się mimo znajomości dużo lepszej.

      Właśnie dlatego, zauważ, pisząc o certyfikatach wyżej, w ogóle nie wymieniłem "znajomości języka". O niej posiadanie certyfikatu informuje jedynie w grubym, mało użytecznym, przybliżenu

  5. Sprostowanie – Swedex na wszystkich poziomach można zdać bez problemu w Gdańsku w Centrum Językowym WAVE dwa razy do roku, a nawet w każdym, dowolnie wybranym terminie, pod warunkiem opłacenia podwójnej stawki za egzamin.

    Ostatni egzamin był dwa tygodnie temu 🙂

  6. Mam poważne wątpliwości, czy zdawanie egzaminu SWEDEX jest celowe. Ja zdawałam egzamin TISUS, bo był mi potrzebny, żeby móc studiować na szwedzkiej uczelni i wydaje mi się, że dopiero ten egzamin rzeczywiście potwierdza znajomość języka. A jeżeli chodzi o wskazówki dotyczące przygotowania się do egzaminu, niezależnie czy to będzie SWEDEX czy TISUS, to moim zdaniem warto odbyć tak z przynajmniej 10 lekcji z nauczycielem, który ma doświadczenie w przygotowywaniu do tego typu egzaminów. Z taką osobą można przetrenować zadania egzaminacyjne. Moim zdaniem to zwiększa szanse na pozytywny wynik egzaminu. Powodzenia.

  7. hej,

    chcialam sie odniesc do fragmentu Pani artykulu
    "Pewne źródła każą mi przypuszczać, że lektorzy wykwalifikowani w kierunku przygotowania kandydatów do SWEDEXa w istocie mają dostęp do tego typu materiałów. Czyżby zmuszano mnie więc do uczestnictwa w zorganizowanych kursach prywatnych szkół językowych? 😉"

    nie ma czegos takiego jak lektorzy wykwalifikowani w kierunku przygotowania kandydatow do Swedex, sa tylko egzaminatorzy Swedexu. I nie maja oni dostepu do extra materialow dla swoich uczniow. Egazminatorowi nie wolno korzystac z matarialow z egzaminow w poprzednich lat. Moze wentualnie przygotowac podobny zakres cwiczen. Ale to moze Pan itez zrobic na podstawie modelltest.

    pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ