języki słowiańskie

Języki słowiańskie 2 – Trochę o języku praindoeuropejskim

praCzytając biografię jakiejś sławnej osoby nie da się uniknąć rozdziału poświęconego rodzinie i okresowi dziecięcemu, w olbrzymim stopniu kształtującymi zachowanie bohatera również w życiu dorosłym. Nie inaczej jest z językami. Żeby rozmawiać o Słowiańszczyźnie trzeba znać przynajmniej podstawy lingwistycznego kontekstu, w jakim jest ona osadzona. W przeciwnym wypadku grozi nam otrzymanie obrazu spłyconego, otwierającego następnie pole dla snucia teorii, które mają nierzadko więcej do czynienia z bliżej nieokreślonym kompleksem niż z naukową wiedzą, jaką posiadamy. Artykułem tym nie chcę więc odkrywać Ameryki, ale przekazać w zwięzły sposób to wszystko czego potrzebujemy, by iść z naszym cyklem dalej, mając jednocześnie świadomość o stopniu pokrewieństwa pomiędzy językami słowiańskimi a pozostałymi indoeuropejskimi. Zacznijmy od cofnięcia się w czasie o okres od 5 do 6 tysięcy lat.

Na początku był chaos… – chciałoby się powiedzieć nawiązując do greckiej mitologii, ale w świecie języków obcych znacznie bliższa rzeczywistości jest prawdopodobnie biblijna historia o wieży Babel, której budowa doprowadziła do powstania barier komunikacyjnych między ludźmi porozumiewającymi się wcześniej tym samym kodem. Gdzie jednak mogło się znajdować to miejsce, z którego nasi przodkowie wyruszyli w poszukiwaniu nowych siedzib? Gdzie wybrzmiewał jeden język praindoeuropejski? Ze względu na skąpy zasób źródeł jakimi świat naukowy obecnie dysponuje, musimy uciekać się do różnych teorii umiejscawiających kolebkę języków praindoeuropejskich w różnych punktach leżących pomiędzy Skandynawią a Indiami. Najczęściej przyjmuje się, że były to stepy leżące pomiędzy Morzem Czarnym i Kaspijskim (orędowniczką tej teorii, zwanej też kurhanową, była słynna antropolog Marija Gimbutas), skąd języki praindoeuropejskie rozprzestrzeniły się w kierunku kontynentu europejskiego oraz terenu dzisiejszych Indii oraz Iranu.

Niełatwo stwierdzić, jaki był tak naprawdę charakter tej ekspansji. Są teorie mówiące o wielkich masach ludzi władających indoeuropejskimi dialektami, które zdominowały zamieszkiwaną przez inne ludy Europę na przestrzeni kilku tysięcy lat. Jest też jednak możliwe, że Indoeuropejczycy byli stosunkowo nieliczną kastą, która przeniknąwszy na kontynent przejęła władzę nad większymi skupiskami ludzi, narzucając im swój język. Jedyne czego możemy być pewni to faktu, iż w okresie rozciągającym się do I wieku n.e. Europa przeżyła swoistą rewolucję językową. Wskutek braku źródeł pisanych ciężko jest dziś określić, jak kształtowała się lingwistyczna mapa kontynentu przed nadejściem Indoeuropejczyków. Nawet w przypadku języków względnie dobrze udokumentowanych, jak to ma miejsce w przypadku etruskiego, dysponujemy przeważnie listą pojedynczych słów, które nie zawsze pozwalają określić z całą pewnością ich wzajemny stopień pokrewieństwa oraz zasięg występowania. Zdawałoby się, że jedyną żywą pozostałością tamtych zamierzchłych czasów są dziś dialekty baskijskie na pograniczu francusko-hiszpańskim. Pewne jest jednak, że starzy mieszkańcy Europy wnieśli do języka przybyszy elementy pochodzenia nieindoeuropejskiego (tubylcy przejmowali język przybyszy dostosowując go jednocześnie do swoich przyzwyczajeń artykulacyjnych, co w dłuższej perspektywie wpłynęło na zmiany w obrębie całej populacji) , które istotnie wpłynęły na wyodrębnienie się poszczególnych grup językowych, dziś wzajemnie niezrozumiałych.

Jak wyglądał język praindoeuropejski?
W związku z brakiem jakichkolwiek źródeł pisanych możemy tylko snuć domysły opierając się na porównaniu najstarszych poświadczonych na piśmie języków indoeuropejskich. Biblią indoeuropeistów oraz językoznawstwa historyczno-porównawczego można nazwać dzieło niemieckiego lingwisty Franza Boppa pt. „O systemie koniugacyjnym sanskrytu w porównaniu z greką, łaciną, perskim i germańskim" (niem. „Über das Konjugationssystem der Sanskritsprache in Vergleichung mit jenem der griechischen, lateinischen, persischen und germanischen Sprache"), w którym zebrał podobieństwa pomiędzy pięcioma językami indoeuropejskimi, zauważył zmiany zgłoskowe, jakie zaszły na przestrzeni dziejów i na tej podstawie stwierdził, że możliwym jest, iż istniał niegdyś wspólny trzon, od którego języki te się oderwały. Bopp w latach późniejszych poszerzył zakres swojej pracy również o języki słowiańskie oraz litewski (ten ostatni szczególnie interesujący ze względu na zachowanie wielu archaizmów, których brak już w pozostałych językach indoeuropejskich), a całość (dostępna obecnie do ściągnięcia w formacie pdf) stała się punktem wyjścia dla przyszłych entuzjastów, którzy studiując gramatykę komparatywną starali się wykazać jak mógł wyglądać hipotetyczny język praindoeuropejski. Chyba najbardziej popularnym tekstem rekonstrukcyjnym jest bajka Augusta Schleichera pt. Owca i konie (*p-i-e: Avis akvāsas ka), której oryginalny tekst z 1868 roku przytaczam poniżej:

Avis, jasmin varnā na ā ast, dadarka akvams, tam, vāgham garum vaghantam, tam, bhāram magham, tam, manum āku bharantam. Avis akvabhjams ā vavakat: kard aghnutai mai vidanti manum akvams agantam. Akvāsas ā vavakant: krudhi avai, kard aghnutai vividvant-svas: manus patis varnām avisāms karnauti svabhjam gharmam vastram avibhjams ka varnā na asti. Tat kukruvants avis agram ā bhugat.

Warto nadmienić, że rozwój nauki spowodował powstanie w międzyczasie kilkunastu redakcji, w pewnym stopniu różniących się od pierwowzoru i kładących większy nacisk na fonetyczne detale, jakich brak w tekście Schleichera. Jedną z nich jest praca Craiga Melcherta, której wersji mówionej wykonanej przez Andrew Byrda, językoznawcy z Universytetu Kentucky, możemy wysłuchać na stronie Archeological Institute of America, do czego szczerze zachęcam wszystkich zainteresowanych.

Nie ulega wątpliwości, że hipotetycznego Praindoeuropejczyka byśmy nie zrozumieli, a poszczególne słowa (jak chociażby avis-ovis – owca, akvās – equus-koń czy varnā –wełna) jest w tekście niezwykle ciężko wychwycić nawet osobie znającej podstawy klasycznej greki czy łaciny. Ciężko mi niestety na chwilę obecną powiedzieć, na ile pomocny byłby tutaj sanskryt, bo nigdy nie miałem okazji się go systematycznie uczyć, a jest to element kluczowy w indoeuropejskim językoznawstwie porównawczym. Warto jednak w tym miejscu zaznaczyć, że nie jest on, wbrew głosom niektórych, przodkiem pozostałych języków indoeuropejskich, lecz zaledwie najwcześniej poświadczoną pisemnie redakcją indoeuropejskiego makrojęzyka, w jakiej już można zaobserwować charakterystyczne dla grupy indoaryjskiej zapożyczenia pochodzące z austroazjatyckich języków mundajskich oraz rodziny drawidyjskiej. Świadczy to o tym, że już 3,5 tys. lat temu (bo szacuje się, iż mniej więcej tak stary jest tekst najstarszych Wed) nie mieliśmy do czynienia z czystym językiem indoeuropejskim. Jeśli było tak w przypadku sanskrytu, dlaczego sytuacja miałaby wyglądać inaczej w przypadku jego europejskich krewnych?

Puryzm językowo-etniczny a ewolucja – czy wszyscy mówimy po kreolsku?
Językiem kreolskim zwykło się nazywać język naturalny powstały na przestrzeni dłuższego czasu ze względu na wymieszanie cech bazowego języka A z elementami innych języków, z którymi A wchodził w intensywny kontakt. Przykładem języka omawianego już na Woofli, który można pod pewnymi względami uznać za kreolski, jest afrikaans. Mimo oczywistego pokrewieństwa z niderlandzkim wpływy języków, z którymi wchodził on w kontakt na przestrzeni ostatnich 300 lat były tak duże, że doprowadziły do powstania zupełnie odrębnego tworu różniącego się od swojego pierwowzoru zarówno pod względem gramatyki jak i słownictwa czy wymowy. Warto też dodać, że ogromna część użytkowników afrikaans nie jest spokrewniona z nosicielami języka bazowego, jacy przybywali do Afryki od XVII wieku. Wbrew bowiem popularnej tezie język nie jest dziedziczony przez mleko matki lub grupę krwi, lecz przez kulturę – jego transfer przypomina raczej długotrwały proces społeczny. Warto mieć to na uwadze i nie stawiać znaku równości pomiędzy językiem, grupą etniczną, czy więzami krwi, zwłaszcza gdy mówimy o czasach, w których narody – w dzisiejszym rozumieniu tego słowa – nie istniały. Dlatego artykuł chciałbym zamknąć stwierdzeniem, iż ciężko uznać indoeuropejskich najeźdźców jednoznacznie za naszych przodków. Z pewnością jednak byli nosicielami języka, którego wariant dał początek tworowi określanemu w lingwistyce mianem dialektu prasłowiańskiego. Ale o tym wspomnimy w kolejnym odcinku naszego cyklu.

Zobacz również: 
Języki słowiańskie – wstęp
Przewodnik po różnych rodzajach cyrylicy – języki słowiańskie
Jakiego języka z byłej Jugosławii należy się uczyć
Co każdy powinien wiedzieć o sytuacji językowej na Białorusi
O Gotach, Wandalach i ich językach

Języki słowiańskie – wstęp

slavicOd dłuższego już czasu nosiłem się z zamiarem stworzenia na Woofli czegoś nowego – cyklu, który jednocześnie byłby dla mnie samego szansą na nadrobienie pewnych językoznawczych zaległości z ostatnich lat oraz materiałem przybliżającym Czytelnikowi naszego serwisu w przystępny sposób coś, co niemal zawsze było moim głównym polem językowych zainteresowań, czyli języki słowiańskie, ich historię, wzajemne relacje oraz podobieństwa. Chciałbym, aby cykl stał się czymś na kształt pomocy popularnonaukowej dla osób stawiających na tym polu swoje pierwsze kroki, tak by osoba, która przejdzie przez jego wszystkie części, nie tylko nie miała większych problemów z odczytaniem dowolnej słowiańskiej cyrylicy, ale również bez większych trudności była w stanie odróżnić na piśmie oraz w mowie język białoruski od macedońskiego, czy też słoweński od dolnołużyckiego i wiedziała o ewolucji każdego z nich więcej, niż może dowiedzieć się z internetowych memów, które urosły do rangi niezaprzeczalnych autorytetów wśród wielu osób spędzających swoje smutne wieczory przed ekranem monitora. Jeśli natomiast zainteresowany tematyką Czytelnik jest osobą bardzo ambitną i pracującą samodzielnie, to niewykluczone, że pomoże jej to osiągnąć, rzadką w dzisiejszych czasach, umiejętność czytania w wielu językach – czego wszystkim zresztą z całego serca życzę.

Czym natomiast cykl nie będzie? Na pewno nie będą to materiały stricte edukacyjne. Choć bardzo bym chciał, nigdy nie pretendowałem do roli osoby, która napisze podręcznik do nauki wszystkich języków słowiańskich. Po pierwsze, nie mam ku temu odpowiednich kwalifikacji i nie chciałbym brać odpowiedzialności za znajomość języka osób, które z opracowanych przeze mnie materiałów by korzystały. Drugim problemem jest bardzo względna znajomość poszczególnych języków słowiańskich. Owszem, na różnych etapach mojego życia używa(łe)m aktywnie pięciu z nich (polski, rosyjski, serbsko-chorwacki, ukraiński, macedoński), pasywnie korzystając z pięciu kolejnych (kaszubski, słowacki, bułgarski, białoruski, czeski), co dało mi pewien wgląd w różnorodność lingwistycznych form na obszarze całej Słowiańszczyzny i mogę śmiało powiedzieć, że w żadnym słowiańskim kraju nie czuję się jak obcy. Z drugiej jednak strony, uświadomiło mi to w ogromnym stopniu relatywizm stwierdzenia o znajomości języka oraz trudność (jeśli nie niemożliwość) władania wszystkimi standardami z danej rodziny językowej na jednakowo wysokim poziomie. Istotnym problemem bowiem nie jest to, jak języka się nauczyć, ale jak utrzymać kilka z nich na wysokim poziomie aktywnego użycia (pasywna znajomość języków słowiańskich, to zupełnie osobna kwestia, o której będzie jeszcze okazja podyskutować) i konia z rzędem temu kto potrafiłby tego dokonać bez znaczących interferencji. Potraktujmy więc cykl jak swojego rodzaju kompendium wiedzy, jak suplement nauki, który, mam nadzieję, niejednego z Was zachęci do zagłębienia się w tak niepowtarzalny, a zarazem bliski Polakowi świat.

Idąc śladami Piotra, który we wstępie do swojego cyklu Peterlin na Woofli zamieścił konspekt swojej wooflowej twórczości, postanowiłem w skrócie opisać czym będziemy się zajmować.

Zaczniemy przede wszystkim krótkim wstępem na temat kwestii podstawowych, bez znajomości których o Słowiańszczyźnie ciężko w ogóle dyskutować. Omówię krótko języki indoeuropejskie, relacje języków słowiańskich z pozostałymi członkami tej rozległej rodziny oraz przedstawię najbardziej prawdopodobne hipotezy dotyczące praojczyczny Słowian oraz używanego przez nich języka. Następnie przejdziemy krótko przez historyczną ewolucję i wyodrębnienie się poszczególnych standardów: nie zabraknie artykułu na temat zmory wszystkich studentów polonistyki jaką jest język staro-cerkiewno-słowiański, wspomnę też w odrębnym artykule o alfabetach używanych do zapisywania tych języków (i nie ograniczymy się tu do znanych nam łacinki oraz cyrylicy), omówię wreszcie bardzo specyficzny charakter statusu poszczególnych dialektów w historii. Okaże się, że niektóre z nich, dawniej niezwykle znaczące, dziś popadły w zapomnienie, a te uważane jeszcze w XIX wieku za zagrożoną wymarciem mowę osób niewykształconych przeżywają aktualnie swój renesans.

Po wstępie historycznym przyjdzie pora na omówienie stanu współczesnego. Trzonem całego cyklu będą artykuły poświęcone pojedynczym językom słowiańskim, w których chciałbym je przedstawić jako odrębne standardy literackiej, zwracając jednocześnie uwagę na ich cechy dystynktywne. Będzie dużo tekstów w poszczególnych językach, sporo map analizujących, opisów gramatyki oraz leksyki – jednym słowem chciałbym by stały się one w przyszłości kompendium wiedzy dla osób, które chcą posiąść elementarną wiedzę slawistyczną i odróżnić czeski od słowackiego oraz wiedzieć, że dupa po dolnołużycku nie oznacza pewnej części ciała. Trzy z artykułów będą jednocześnie uzupełnieniem cyklu „5 języków słowiańskich, o których nigdy nie słyszeliście", który w zeszłym roku cieszył się sporą popularnością. Zastanowimy się też nad przyszłością poszczególnych standardów literackich oraz ich teraźniejszą ewolucję.

Na koniec pozostawię kwestie czysto praktyczne. Porozmawiamy więc trochę o tym, jak uczyć się języków słowiańskich tak, aby w relatywnie krótkim czasie posiąść pasywną znajomość niemal każdego z nich (zakładając, że mówimy o standardach literackich) a aktywną przynajmniej trzech i o względności pojęcia tychże oraz zacieraniu się granic pomiędzy poszczególnymi językami (przykładowo: czy jest sens uczyć się chorwackiego, gdy znamy serbski? czeskiego, skoro znamy słowacki?). Pamiętam, jak rok temu miałem okazję zwiedzić muzeum w Wejherowie, gdzie właśnie była możliwość zwiedzenia wystawy poświęconej wybitnemu polskiemu mediewiście, ś.p. Profesorowi Henrykowi Labudzie. Ten wybitny polski badacz został niegdyś zapytany o to jakimi językami obcymi włada. Niestety nie jestem w stanie dokładnie przytoczyć wypowiedzianych przez niego słów, ale sens zdania brzmiał mniej więcej „niemieckiego uczyłem się w szkole, angielskiego, francuskiego na studiach itp. (…) No i języki słowiańskie – mówię od zawsze po polsku i kaszubsku, jest więc oczywiste, że władam każdym z nich." Stwierdzenie to, którego nie możemy oczywiście traktować dosłownie jeśli za kryterium znajomości języka uznać władanie nim na poziomie rodzimego użytkownika, jest w dużej mierze prawdziwe, gdy weźmiemy pod uwagę przede wszystkim umiejętność samodzielnego funkcjonowania w obszarze oddziaływania danego standardu językowego. Osiągnięcie tego ostatniego jest łatwiejsze, niż to się może na pierwszy rzut oka wydawać. Tym cyklem chciałbym przede wszystkim przekonać czytelników, by spojrzeli na swój język ojczysty, jak na jedną z wersji jednego makrojęzyka, a możliwość rozumienia i posługiwania się kilkoma innymi jego odmianami może być czymś tak naturalnym, jak zmiana rejestrów w życiu codziennym. Inaczej mówimy do rodziców, inaczej do kolegów, inaczej na spotkaniach biznesowych. Dlaczego nie mielibyśmy na tej samej zasadzie inaczej mówić w kontakcie z Bułgarem, Czechem czy Rosjaninem, używając ich wersji wzajemnie zrozumiałego kodu, jakim są języki słowiańskie? Dlaczego nie mielibyśmy bezpośrednio obcować z ich niesłychanie bogatą kulturą, której tylko namiastkę jesteśmy w stanie poznać poprzez publikacje w języku polskim czy, o zgrozo, angielskim? To wszystko wymaga naturalnie poświęcenia temu zagadnieniu swojego czasu, ale gwarantuję, że nie jest to czas stracony.

Dlatego wszystkich, a zwłaszcza tych, dla których świat języków słowiańskich jest czymś jeszcze całkiem nieznanym, zapraszam do lektury nowego cyklu.

Przeczytaj również:
O dwóch legendarnych słowiańskich literach
1/5 języków słowiańskich, o których nigdy nie słyszeliście: połabski
2/5 języków słowiańskich, o których nigdy nie słyszeliście: kajkawski
Przewodnik po różnych rodzajach cyrylicy: języki słowiańskie
Co każdy powinien wiedzieć o sytuacji językowej na Białorusi

Jakiego języka z byłej Jugosławii należy się uczyć? 6 pytań od Czytelników.

Former_Yugoslavia_Flag_Map_(With_Kosovo)W związku z pytaniami zadanymi w ciągu ostatnich miesięcy przez Czytelników, chciałbym powrócić dzisiejszym tekstem na bardzo bliski mi, głównie ze względu na moją ścieżkę edukacyjną, obszar językowy jakim są kraje byłej Jugosławii. Kwestia tamtejszych języków oraz ich podobieństwa była już poruszana dawno temu, jeszcze w „przedwooflowej" erze, jednak zdaję sobie sprawę z tego, że artykuł absolutnie nie wyczerpuje tematu i powstał w czasach tak zamierzchłych (6 lat to w dobie internetu prawie wieczność), iż warto byłoby go odświeżyć. Mój pogląd na tę kwestię zmienił się zresztą w pewnym stopniu, kiedy miałem okazję pomieszkać w Zagrzebiu i na własnej skórze doświadczyć tego, jak to jest być osobą porozumiewającą się po serbsku w Chorwacji.

Jak się nauczyć języka bośniackiego?

Paweł napisał: Są jakieś materiały/książki do nauki języka bośniackiego? Bo z bałkańskich utrzymuje się trend głównie na chorwacki i serbski. Ja jednak jestem zafascynowany kulturą i językiem Bośniaków, dlatego potrzebuję pomocy. (…) Czy czarnogórski to oddzielny język czy dialekt?
Trend na serbski to mocne określenie biorąc pod uwagę fakt, że zdecydowana większość osób, jakie studiowały ze mną filologię serbską, dostała się tam z przypadku, nierzadko mając problem z określeniem chociażby tego, z jakimi krajami Jugosławia sąsiadowała (Gruzja i Azerbejdżan to niektóre z autentycznych odpowiedzi, jakie padały na egzaminie pod koniec I roku). Materiałów do jego samodzielnej nauki też jest na polskim rynku raczej jak na lekarstwo, ale kto szuka, ten znajdzie (ze swojej strony mogę polecić samouczek Wiedzy Powszechnej Krukowskiej, o którym będzie mowa w drugiej części artykułu oraz Język serbski Korytowskiej, Duškov i Sawickiej wydany przez UMK w Toruniu). Sytuacja wygląda trochę lepiej w przypadku chorwackiego, gdzie by dostać się filologię, o ile pamiętam, trzeba było nawet zdać dość dobrze maturę,  w każdej zaś większej księgarni można było całkiem niedawno natknąć się na jakieś materiały dydaktyczne. Ich jakość pozostawiała często wiele do życzenia, ale coś, chociażby spolszczony TeachYourself, zawsze było. Materiałów do bośniackiego w polskich sklepach nigdy natomiast nie widziałem. I wcale mnie to nie dziwi.

Czy bośniacki jest osobnym językiem? Zacznijmy od tego, jak się nazywa. W języku polskim napotykamy już w tym momencie nie lada problem, bo uogólniamy dwa pojęcia, które dla bardziej wrażliwego Serba czy Chorwata mogą być wręcz przeciwstawne. W słownikach bowiem obok pojęcia Bosanac określającego po prostu „mieszkańca Bośni" (bez względu na przynależność narodową, wyznawaną religię) znajdziemy też słowo Bošnjak oznaczające z kolei Muzułmanina, który, uwaga, niekoniecznie mieszka w Bośni (Muzułmanów można spotkać również chociażby w serbskim Sandżaku). Po polsku, z wyjątkiem osób rzeczywiście obeznanych z tematem, którym zdarza się terminy odróżniać (do czego służą takie terminy jak Boszniak czy też bośniacki Muzułmanin), przeważnie używany jest w stosunku do obydwu grup wyraz Bośniak, język natomiast określa się mianem bośniackiego. Warto sobie zadać w takim wypadku pytanie, czy jest to język mieszkańców Bośni czy słowiańskich muzułmanów zamieszkujących byłą Jugosławię? Odpowiedź na to pytanie ma, prawdę mówiąc, więcej wspólnego z politycznymi poglądami niż jakąkolwiek wiedzą językoznawczą. Dla Boszniaków będzie to bosanski jezik (pl. język mieszkańców Bośni (w tym również Serbów i Chorwatów), dla Serbów i Chorwatów już bošnjački jezik (pl. język lokalnych muzułmanów), co zresztą świetnie odzwierciedla stosunki między tymi grupami etnicznymi w wielu innych kwestiach.

Do rozpadu Jugosławii oficjalnie wszyscy porozumiewali się w Bośni czymś, co nosiło bardzo neutralną nazwę srpskohrvatski odnosno hrvatskosrpski jezik ijekavskog izgovora. Po wojnie nastąpił motywowany politycznie podział, w którym próbowano nierzadko ludziom narzucić inny standard niż ten, do którego przywykli w byłej Jugosławii – prym wiedli Chorwaci, którzy w ciągu ostatnich 30 lat doprowadzili faktycznie do wytworzenia czegoś na kształt osobnego języka (zdecydowanie najbardziej wyróżnia się na tle sukcesorów serbsko-chorwackiego), ale nawet dość zachowawczy w tych kwestiach Serbowie w pewnym momencie próbowali przeforsować na terenie opanowanym przez bośniackich Serbów belgradzką ekawicę, którą w samej Bośni nikt nie mówił (bośniaccy Serbowie mówią, podobnie jak Boszniacy czy Chorwaci przeważnie jekawicą). Język bośniacki natomiast stał się wyrazem opozycji bośniackich Muzułmanów do pozostałych grup etnicznych. Trzeba było się jakoś odróżnić od wroga, więc dodano sporo turcyzmów i arabizmów, z których niektóre były bardziej, a niektóre mniej chętnie przyjęte w lokalnych wariantach niegdysiejszego serbsko-chorwackiego. Poczyniono także kosmetyczne, niemal niezauważalne dla kogoś, kto nie ma z tym językiem na co dzień do czynienia zmiany w ortografii (zawsze lubię przykład z kawą, która po serbsku nazywa się kafa, po chorwacku kava, a w bośniackim dodano jeszcze literę h i wyszła z tego kahva). Zmieniono też tradycję literacką, udowadniając, że muzułmańscy autorzy pisali inaczej niż serbscy czy chorwaccy (swoją drogą gorąco polecam poezję Izeta Sarajlicia). Z jednej strony ciężko nie docenić niewątpliwie unikalnego dorobku kulturowego muzułmańskiej społeczności byłej Jugosławii. Z drugiej pojawia się jednak pytanie, czy rzeczywiście język ten od serbskiego różni się w wystarczającym stopniu, by stać się zupełnie osobnym bytem i jakie to ma znaczenie dla naszego Czytelnika, który bośniackiego chce się nauczyć.

Biorąc pod uwagę niewielką ilość materiałów do bośniackiego, mimo wszystko wziąłbym się za serbski (chorwacki ma znacznie więcej cech odróżniających go od pozostałych), a następnie już na wyższym poziomie nauki bądź przy okazji dłuższego pobytu w Bośni dokonałbym stopniowej ewolucji mojego języka tak, by był on jak najbliższy tamtejszemu standardowi. W celach ułatwienia tego procesu po przerobieniu jakiegoś solidnego kursu, opartego prawdopodobnie na belgradzkiej ekawicy, przeszedłbym całkowicie na źródła jekawskie, bo z taką właśnie odmianą serbsko-chorwackiego mamy do czynienia w samej Bośni. Zapewniam, że nie jest to nic strasznego, ciężkiego i czasochłonnego – więcej ma to wspólnego z odkrywaniem używanych regionalizmów niż do nauki nowego języka.

Czy czarnogórski to oddzielny język czy dialekt?

Czarnogórski to najnowszy twór w kolekcji języków serbsko-chorwackich, który różni się od serbskiego w jeszcze mniejszym stopniu niż bośniacki. Największą zmianą jest dodanie do serbskiego standardu dwóch liter „Ś" oraz „Ź", przy czym miłośnikom językowych zabaw polecam przejrzeć czarnogórskie strony i znaleźć jakiekolwiek słowa oprócz predśednik (pl. prezydent) lub śednica (pl. posiedzenie, zebranie) zawierające którykolwiek z wymienionych znaków. Nie przesadzę pisząc, że uznając czarnogórski za odmienny język, mógłbym równie dobrze powiedzieć, iż moje teksty na Woofli nie są pisane po polsku, lecz po szamotulsku. Znowu mamy więc podział językowy, który w znacznie większej mierze wynika z przyczyn czysto politycznych niż językowych.

Flag_of_Croatia.svgPrzejdźmy teraz do tematu języka chorwackiego, który poruszył inny nasz Czytelnik o pseudonimie Jardan, pisząc pod artykułem na temat SRSów te oto słowa: Od roku (z przerwami) uczę się chorwackiego, ale ze względu na trudny dostęp do materiałów bez większych sukcesów. Aby wiedzę usystematyzować i przede wszystkim poszerzyć, chciałem kupić „Govorite li srpskohrvatski?" Panii Marii Krukowskiej, które udało mi się dorwać dopiero niedawno. Jednak język ukazany w książce różni się od tego, który dotychczas poznawałem. I tu pytanie, czy korzystając z tego podręcznika, nie nauczę się bardziej serbskiego niż chorwackiego? Czy będę Chorwatów rozumieć i czy będę przez nich rozumiany? I czy mówiąc w ten sposób, nie będę budził ich oburzenia?

Czy korzystając z podręcznika Krukowskiej, nie nauczę się bardziej serbskiego niż chorwackiego?

Tak. Podręcznik Krukowskiej zasadniczo uczy języka serbsko-chorwackiego sprzed rozpadu Jugosławii, temu natomiast najbliżej jest bez wątpienia do dzisiejszego języka serbskiego. Zdarzają się tam sporadycznie nawiązania do chorwackich słów, jakie można było najczęściej napotkać nawet w czasach federacji, ale muszę przyznać, że jest ich raczej niewiele i ciężko po tylu latach uznać go za dobre źródło do nauki czystego języka chorwackiego. Nie oznacza to jednak, że nie jest dobrym wyborem, o czym za chwilę.

Czy będę Chorwatów po jego przerobieniu rozumieć?

To zależy od tego, czy dany Chorwat będzie mówił językiem standardowym czy jednym z dialektów, co zwłaszcza na obszarach wiejskich wcale nie jest takie oczywiste. Jeśli to drugie, to nawet znajomość chorwackiego języka literackiego niewiele by pomogła w starciu z kimś nawijającym w jednym z dialektów kajkawskich. Jeśli natomiast Chorwat będzie posługiwał się standardem literackim, to sprawa jest znacznie prostsza, trzeba się tylko uzbroić w pewny zasób słów właściwych temu wariantowi. Nie należy też oczekiwać zbyt wiele od naszego poziomu zrozumienia. Przerobienie jednego podręcznika przeważnie nie wystarcza, by rozumieć dany język w większym stopniu. Bez wątpienia będziemy rozumieć ogólny sens wypowiedzi w językach takich jak słowiańskie, ale do wychwycenia niektórych niuansów potrzeba znacznie więcej praktyki.

Czy będę przez nich rozumiany?

Przez starszą generację na pewno. Młodsza generacja wypowiedź po serbsku zrozumie z pewnością (mimo stopniowego oddalania się od siebie, języki pod wieloma względami są nadal prawie identyczne), ale różny może być ich stopień reakcji na terminy, które z chorwackiego języka zostały wyrugowane. Sam jednak nie miałem nigdy większych problemów, mimo że przewaga serbskiej leksyki była u mnie aż nazbyt widoczna. Przy okazji bardzo ważna uwaga – serbskie słownictwo jest znacznie bardziej rozpowszechnione na obszarze całej Jugosławii, czego nie można powiedzieć o chorwackim, mającym charakter wybitnie regionalny.

Czy mówiąc w ten sposób nie będę budził ich oburzenia?

mapaFaktem mówienia po serbsku przeciętny Chorwat raczej nie jest oburzony, zwłaszcza gdy nie jesteśmy Serbami. W zasadzie rzadko zdarza się, że ktoś przyjeżdża do tego kraju i umie się dogadać po „tutejszemu", a serbski mimo wszystko pod kategorię „tutejszości" podpada. Często zdarzało mi się jednak bycie poprawianym w momencie używania niechorwackiej leksyki i wiem, że są ludzie, którzy tego rodzaju uwagi różnie mogą przyjąć, zwłaszcza że niektórzy mentorzy nie starają się być szczególnie delikatni w przekazywaniu takiej wiedzy. Z drugiej strony spotkałem też Chorwatów zdających sobie sprawę z odgórnego charakteru reform, jakie dotknęły ich język po upadku Jugosławii oraz absurdu, do jakiego w pewnym momencie one doprowadziły, co nieraz bywało powodem do żartów.

Chciałbym, kończąc już, zwrócić uwagę, że przedstawione wyżej poglądy są w dużej mierze moją subiektywną opinią na temat kwestii językowej na obszarze byłej Jugosławii i wynikają z moich dotychczasowych kontaktów z tamtejszą kulturą. Uważam po prostu, że nie warto się nastawiać na naukę czegoś takiego jak bośniacki czy czarnogórski i lepiej wziąć się za serbski, do którego znajdziemy znacznie więcej materiałów. Chorwackiego można się uczyć natomiast osobno, ale w chwili, gdy zaczęliśmy się już uczyć serbskiego, to najlepiej jak skończymy pierwszy podręcznik i przerzucimy się następnie na chorwackie materiały. Nie ma natomiast sensu traktować tych języków jako coś zupełnie osobnego w sytuacji, kiedy nie zamierzamy pracować np. jako tłumacze tych języków i konkretnie musimy znać odpowiedniki nazw chorób dróg moczowych czy też części pomp hydraulicznych (przykłady akurat wzięte z autopsji), które potrafią się w różnych wersjach nazywać inaczej. Tłumaczami jednak wielu z nas nie zostanie, więc polecałbym skupić się po prostu na serbskim (zapewne najszersze możliwości na obszarze byłej Jugosławii) lub chorwackim (jeśli interesuje nas tylko Chorwacja), nauczyć się jednego z nich dobrze, a następnie starać się go dostosować do lokalnych warunków w razie potrzeb.

Podobne artykuły:
5 języków słowiańskich, o których nigdy nie słyszeliście – kajkawski
Dlaczego serbski? Dlaczego chorwacki?
w jakim języku się mówi w byłej Jugosławii
Przewodnik po różnych rodzajach cyrylicy – języki słowiańskie
O dwóch legendarnych słowiańskich literach

Co każdy powinien wiedzieć o sytuacji językowej na Białorusi

Niesłychanie się cieszę mogąc powrócić po dłuższym urlopie na łamy Woofli, zwłaszcza, że przybywam z tematem jeszcze gorącym, jakim jest lingwistyczny miszmasz u naszego wschodniego sąsiada. Gorącym, bo właśnie wróciłem z dwutygodniowej podróży na Białoruś i mogłem na własne oczy zobaczyć oraz skonfrontować to o czym wcześniej czytałem z nieznaną mi wcześniej rzeczywistością, która w zależności od aspektów wyglądała mniej lub bardziej kolorowo. Z racji tematyki naszego serwisu największa część artykułu będzie naturalnie poświęcona kwestii językowej, ale znajdzie się też miejsce na czysto osobiste obserwacje oraz demaskowanie niektórych stereotypów krążących w polskim społeczeństwie. Bo wbrew pozorom jest to piękny kraj, pełen gościnnych ludzi (o mentalności zupełnie innej niż Ukraińcy, co warto zaznaczyć), o niezwykle ciekawej historii i kulturze, którego choćby namiastkę chciałbym Wam niniejszym przekazać. Gotowi do wycieczki za Bug? Пошли!

Kto tak naprawdę mówi po białorusku?
Hierarchia znaczenia języków wschodniosłowiańskich zdaje się być po zawirowaniach ostatnich kilkunastu lat dość oczywista. Na pierwsze miejsce wysuwa się, rzecz jasna, rosyjski, który śmiało pretenduje do bycia jednym z języków światowych, pełniąc na terenie byłego ZSRR rolę lingua franca. Mamy też mowę ukraińską – ta w ostatnich latach, zwłaszcza na fali ostatnich wydarzeń na Krymie i w Donbasie, skutecznie wchodzi w różne sfery życia codziennego na Ukrainie (nie tylko tej zachodniej) dotychczas zarezerwowane dla rosyjskiego i wszystko wskazuje na to, że utrzyma swój status jedynego języka urzędowego kraju. Jest też białoruski, który na tle swoich dwóch braci prezentuje się bardzo skromnie, do tego stopnia, że zadane powyżej pytanie wcale nie brzmi bezpodstawnie. Nie zawsze tak jednak było.

Brześć

Pomnik w Brześciu, na którym znajdują się ważne osoby w historii miasta. Wśród nich król polski i wielki książę litewski Władysław Jagiełło.

O więzi Białorusi z Litwą i Polską słów kilka
Cofnijmy się około 700 lat w dziewicze lasy Europy środkowo-wschodniej – to właśnie tam na znaczeniu zaczęło zyskiwać państwo wielkich książąt litewskich, którzy w ciągu jednego stulecia wykorzystując polityczną próżnię powstałą po najazdach mongolskich stworzyli największe państwo na kontynencie. Rozmiar Wielkiego Księstwa Litewskiego znacznie przekraczał obszar faktycznie zamieszkiwany przez plemiona litewskie, a zdecydowaną większość poddanych stanowili prawosławni Słowianie władający rozmaitymi wersjami języka ruskiego. Dwór książęcy bardzo szybko się zrusyfikował, częste były przypadki prawosławnych chrztów w obrębie dynastii panującej (wbrew mitom rozpowszechnianym na lekcjach historii Jagiełło nie był pierwszym księciem litewskim, który przyjął chrześcijaństwo – jego chrzest katolicki niósł za sobą jedynie najbardziej znaczące konsekwencje), a językiem używanym w litewskiej administracji stało się coś, co dziś nazywamy językiem starobiałoruskim. Aż do drugiej połowy XVII wieku to właśnie w nim były wydawane akty prawne tyczące się obszaru należącego do Wielkiego Księstwa Litewskiego, często o bardzo istotnym znaczeniu dla całości Rzeczypospolitej, jak chociażby Statusy litewskie. Białorusinami byli Radziwiłłowie, Sapiehowie, Sanguszkowie, Chodkiewicze, Kościuszkowie. Jakie więc dwa narody stanowiły główne części składowe Rzeczpospolitej Obojga Narodów? Podpowiem – drugim narodem nie byli Litwini. Przynajmniej nie w obecnym tego słowa znaczeniu. Geograficzna Litwa była jeszcze do lat 20. XX wieku czymś zdecydowanie więcej, niż tym czym jest obecnie. Mickiewicz, pisząc „Pana Tadeusza", wspominając Litwę, miał na myśli rodzime ziemie białoruskie. Gdy na przełomie XIX i XX wieku zaczęły krążyć wśród miejscowej inteligencji idee wywalczenia niepodległości, dość powszechnym była myśl o odrodzeniu Wielkiego Księstwa będącego krajem Litwinów litewskojęzycznych oraz ruskojęzycznych, których dziś nazywamy już wyłącznie Białorusinami. Podobne pomysły mieli zresztą nawet bolszewicy. Powołany w roku 1919 LitBieł (biał. Літоўска-Беларуская Савецкая Сацыялістычная Рэспубліка) ze stolicą w Wilnie miał obejmować obszar dzisiejszej Litwy i Białorusi. Historia chciała jednak inaczej, dlatego też nie mamy dziś w Europie kolejnego tworu na kształt Szwajcarii, lecz dwa państwa narodowe. Pozostałością po więziach łączących oba narody jest Pogoń – oficjalny symbol państwowy Litwy oraz do niedawna (zamieniony w 1995 roku) Białorusi. Powróćmy jednak do kwestii językowej.

Język białoruski

Język codziennego użytku na Białorusi. Kolorem czerwonym zaznaczono obszary, w których przewagę przynajmniej teoretycznie posiadają użytkownicy języka białoruskiego. Warto zwrócić uwagę na zdecydowaną przewagę rosyjskiego w ośrodkach miejskich.

Dwie mowy czy jedna?
Język białoruski, tak mocny w Wielkim Księstwie Litewskim, znacznie stracił na znaczeniu w ostatnim okresie funkcjonowania Rzeczypospolitej, a podczas zaborów upadł do rangi jednego (acz bardzo osobliwego) z wielu rosyjskich dialektów. Na arenie międzynarodowej pojawił się on znów w latach 1918-1919, kiedy to na krótki czas miejscowi nacjonaliści powołali do życia BNR – Białoruską Republikę Ludową (biał. Беларуская Народная Рэспубліка), w której miejscowa mowa otrzymała po raz pierwszy od ponad 200 lat urzędowy status. Wtedy też wydano pierwszą białoruską gramatykę, której autorem był Branisłau Taraszkiewicz. Zasady wprowadzone przez tego ostatniego nie podobały się władzom radzieckim, które uznały je za wywrotowe i zdecydowały się na ponowne ustandaryzowanie języka. Od 1933 roku mamy więc dwa warianty języka białoruskiego – taraszkiewicę oraz narkamaukę. Nie ma miejsca na szczegółowe opisanie różnic między nimi, warto tylko wspomnieć o tym, że ta pierwsza jest znacznie bliższa jest językowi polskiemu, wierniej oddaje typową dla Białorusinów wymowę (przede wszystkim chodzi o stawianie miękkich znaków tam gdzie faktycznie miękkie spółgłoski są wymawiane) i przez lata była związana głównie ze środowiskami narodowo-konserwatywnymi, druga jest bliższa językowi rosyjskiemu, i jako dominująca w czasach ZSRR dziś uznana została również po upadku imperium oficjalną wersją tego języka. Z jednej strony na narkamaukę przeszła parę lat temu nawet największa opozycyjna białoruskojęzyczna gazeta Nasza Niwa (biał. Наша Ніваwww.nn.by), z drugiej natomiast miałem okazję spotkać osoby, które do dziś używają taraszkiewicy i uważają ją za wariant znacznie lepiej oddający specyfikę języka białoruskiego. Jak łatwo się domyślić – występowanie dwóch standardów w języku białoruskim i realny konflikt zwolenników niektórych z nich tylko podkopuje jego znaczenie.

A może nawet trzy?
Artykuł o języku białoruskim nie miałby najmniejszego sensu, gdybym nie wspomniał o trasiance. Nieraz na łamach Woofli przewijało się słowo surżyk używane w kontekście Ukrainy. Trasianka jest jego białoruskim odpowiednikiem. Dla tych, którzy nie wiedzą – jest to bliżej nieokreślona, daleka od jakiejkolwiek standardyzacji forma języka mówionego będąca połączeniem białoruskiego z rosyjskim. Proporcje oraz wszelkiego cechy takiego połączenia (ktoś może mówić po rosyjsku z białoruskimi zapożyczeniami, a ktoś po białorusku z rosyjską wymową – to tylko dwa z nieokreślonej bliżej liczby przypadków) zależą w zasadzie od samej osoby, która trasianką posługuje się na co dzień – od jej pochodzenia, wyuczonego zawodu, kontaktu ze światem zewnętrznym. Ta dziwna forma, nierzadko bardzo daleka od jakichkolwiek zasad nauczanych w szkołach, zupełnie wystarcza takiemu osobnikowi do codziennego funkcjonowania, ale jednocześnie staje się poważną barierą i kolejnym konkurentem białoruskiego, zwłaszcza na terenach wiejskich. Ludzie nierzadko używają tam trasianki sądząc, że mówią po białorusku, co z dumą podają potem w spisie powszechnym. Z tego natomiast otrzymujemy potem dane liczbowe świadczące o całkiem mocnej pozycji narodowego języka w tym kraju. Rzeczywistość jest jednak trochę inna.

Bazylika św. Franciszka Ksawerego w Grodnie

Bazylika św. Franciszka Ksawerego w Grodnie

Gdzie się podziała białoruska Galicja?
Nie sposób nie porównywać Białorusi z Ukrainą, również w kwestiach językowych. Nie będę tutaj wyjątkiem i zaryzykuję twierdzenie, że dzisiejszy język ukraiński rozwinął się przede wszystkim dzięki temu, że na zachodzie język ukraiński dominuje nieprzerwanie od końca II wojny światowej. Były naturalnie procesy rusyfikacyjne, przybysze z różnych stron imperium przybywali do Lwowa, zwiększając udział rosyjskojęzycznej populacji miasta, ale mimo to Galicja potrafiła pozostać tym bastionem ukraińskiej mowy, z którego ta mogła po uzyskaniu niepodległości promieniować na pozostałe ośrodki. Na Białorusi jest inaczej. Każde miasto mogące być Lwowem zostało w ciągu ostatnich 200 lat zrusyfikowane – tak naprawdę jedynymi latami, w których nie dominował rosyjski, było dwudziestolecie międzywojenne, kiedy to zachodnia Białoruś znajdowała się w granicach II RP (dla porównania – Lwów, Iwano-Frankiwsk czy Tarnopol przeżyły pod okupacją rosyjską zaledwie niecałe 50 lat) i nie ma tak naprawdę regionu, który mógłby stać się silnym ośrodkiem języka narodowego. Zniszczony przez wojnę Brześć jest wbrew pozorom bardzo ładny, ale z racji zniszczeń większość obecnych mieszkańców to przybysze z różnych stron ZSRR, którzy porozumiewali się ze sobą po rosyjsku. Mińsk to stolica, gdzie co prawda mieszka wielu sympatyków języka białoruskiego, ale jak w każdej stolicy liczą się przede wszystkim pieniądze i prestiż. Pozostaje nam Grodno – stolica obłasti, w której największy odsetek osób deklaruje użycie języka narodowego w codziennym życiu. Ale nawet w tym Grodnie, porównywanym zresztą ze Lwowem (trochę na wyrost, aczkolwiek miasto jest bardzo urokliwe i warto tam zajrzeć), na ulicy słyszy się przede wszystkim rosyjski.

Mińsk - brama do centrum

Witająca nas na wyjściu z dworca kolejowego brama wjazdowa do centrum Mińska

Użycie języka w praktyce
Faktycznie, gdyby pominąć przypadki moich znajomych, których prosiłem czasami o zwracanie się do mnie po białorusku (bo to strasznie ciekawe), to nie słyszałem go na ulicy w wersji standardowej ani razu. Na terenach wiejskich pod Połockiem oraz w autobusach z Baranowicz do Nowogródka oraz z Mińska do Lahojska zdarzyło mi się pojedynczo usłyszeć osoby mówiące bardzo bliskimi białoruskiemu odmianami trasianki. Ale to tyle. Poza tym białoruski słyszy się tak naprawdę przede wszystkim w trolejbusach oraz w mińskim metrze. Nieco lepiej ma się stan języka pisanego – ten jest praktycznie wszechobecny. Widać go na budynkach administracyjnych, zabytkach ozdobionych tabliczką z napisem Каштоўнасць, bilboardach z kampaniami społecznymi (reklamę komercyjną prowadzi się bowiem niemal wyłącznie po rosyjsku), bez większych problemów można w księgarniach kupić białoruskie książki (zgodnie zresztą ze starym zwyczajem zakupiłem sobie jedną pozycję autorstwa Wasyla Bykaua – najwybitniejszego chyba białoruskiego pisarza drugiej połowy XX wieku). Ba, napisy na miejscowych banknotach są wyłącznie po białorusku. Zdaje się to jednak nie wpływać znacząco na częstotliwość posługiwania się nim na co dzień. Warto zwrócić uwagę na użycie przeze mnie terminu „częstotliwość", a nie „umiejętność", bo liczba osób potrafiących mówić po białorusku znacznie przekracza liczbę osób używających go w życiu codziennym. Niektórzy nawet jeśli go umieją, to nie widzą sensu w jego pielęgnowaniu. Jeden z moich znajomych powiedział, że zna osoby, które równie biegle jak on władają białoruskim i wtedy z chęcią go używa, ale nie wyobraża sobie sytuacji, w której miałby wejść do sklepu i nagle mówić inaczej niż po rosyjsku. Określił to jako sytuację skrajnie nienaturalną. Mniemam, że wiele osób podziela jego zdanie.

Kampania prezydencka w Mińsku

Zbieranie podpisów podczas kampanii prezydenckiej w Mińsku. Po lewej stanowisko czołowej kandydatki opozycji Tacjany Karatkiewicz. Po prawej urzędującego prezydenta Łukaszenki.

Piętno opozycji
Jeszcze jedna osoba stwierdziła, że jednym z największych problemów z jakimi borykał się do niedawna język białoruski, był fakt jego zdominowania przez środowiska opozycyjne, przez co, o ile stawał się on formą protestu społecznego dla osób zbuntowanych przeciw obecnemu systemowi, o tyle przeciętnemu Białorusinowi kojarzył się przede wszystkim z miejscowymi nacjonalistami. Trudno temu nie przyznać racji. Od zarania dziejów języki bywały przedmiotem polityki – nie inaczej było na Białorusi. Tuż po ogłoszeniu niepodległości język białoruski był jedynym urzędowym aż do roku 1995, kiedy podobny status uzyskał rosyjski, co oburzyło opozycję, która aktualnie jako jeden z najważniejszych punktów swojego programu wymienia powrót jednego języka urzędowego oraz starych symboli państwowych tj. biało-czerwono-białej flagi oraz Pogoni. Cele szczytne, ale, jeśli wziąć pod uwagę niektóre aspekty wymieniane przez moich rozmówców, bardziej szkodzą niż pomagają rozwojowi języka białoruskiego. Aktualnie sytuacja się zmienia – na ulicach możemy zobaczyć sponsorowane przez rząd bilboardy nakłaniające do poznawania narodowej mowy, a nawet prezydent Łukaszenka wygłosił w niej całkiem niedawno pierwsze od 20 lat przemówienie. W miastach powstają natomiast kluby konwersacyjne, w których ludzie mogą ćwiczyć swój białoruski. Opozycja przestaje mieć monopol na język, co może mu wyjść tylko na dobre. Jaka będzie natomiast przyszłość, to już czas pokaże – niewykluczone, że na fali nowego samookreślania się narodów w państwach byłego ZSRR możemy jeszcze być świadkami wzrostu popularności tego języka wschodniosłowiańskiego.

Tyle tytułem wstępu. Temat z wielką chęcią poszerzę o inne informacje (materiały do nauki, opis samego języka – jest bowiem wiele cech wyróżniających go na tle pozostałych języków wschodniosłowiańskich, czy nawet najprostsze porady turystyczne) jeśli tylko zauważę osoby zainteresowane tematyką, dlatego gorąco zachęcam do komentowania.

 

Podobne artykuły:

Lwowiaki nie mówią ino bałakają – czyli o języku polskim na Ukrainie

Język rosyjski na Ukrainie

Czy i kiedy opłaca się uczyć ukraińskiego?

Jak się nauczyć cyrylicy w 2 dni?

Jak się nauczyć rosyjskiego?

5 języków słowiańskich, o których nigdy nie słyszeliście – (2/5) kajkawski

100_7535

Kościół św. Marka w Šestine pod Zagrzebiem

W naszym cyklu poświęconym niszowej słowiańszczyźnie opuścimy dziś granice Niemiec (nie będziemy bowiem mówić w tym cyklu o językach łużyckich, które, choć nie mogą się poszczycić sporą liczbą użytkowników, posiadają oficjalny status) i udamy się na dłuższą chwilę do północnej Chorwacji, bo właśnie tam znajduje się kolebka drugiego języka, o którym chciałbym opowiedzieć. Sam artykuł będzie też swego rodzaju rozliczeniem z przeszłością – starsi czytelnicy „Świata Języków Obcych" pamiętają zapewne, że cztery lata temu wyjechałem na krótko do Zagrzebia (zahaczając przy okazję o Macedonię, co zaowocowało dwoma wpisami na temat tamtejszego języka). Były wielkie plany, by poważnie zająć się chorwackimi dialektami, a zwłaszcza stołeczną gwarą i napisać na ten temat serię artykułów, które z różnych powodów się nie urzeczywistniły. Czas więc nadrobić zaległości i jednocześnie uzupełnić parę luk we wcześniejszych wpisach o językach byłej Jugosławii.

Na Woofli wielokrotnie już pisaliśmy, że różnica pomiędzy językiem a dialektem jest bardzo płynna i nierzadko większe znaczenie na tym polu odgrywają względy polityczno-historyczne niż językowe. Obszar byłej Jugosławii dostarcza nam w tej materii wielu paradoksów. Jesteśmy przyzwyczajeni do sytuacji, w której na skutek dominacji jednego z dialektów formuje się jeden język standardowy. W Chorwacji mamy sytuację całkiem odwrotną – wskutek zawirowań politycznych na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat z jednego dialektu oficjalnie wyodrębniły się aż cztery języki (serbski, chorwacki, bośniacki, czarnogórski). Sam standard chorwacki z powodów politycznych został paradoksalnie oparty na najbardziej serbskim wariancie – gdy w XIX wieku popularne wśród południowych Słowian były tendencje zjednoczeniowe ojciec języka chorwackiego Ljudevit Gaj poszedł dokładnie tą samą drogą co jego serbski odpowiednik Vuk Karadžić, dzięki czemu powstał faktycznie jeden język, kompletnie ignorujący fakt istnienia peryferyjnych dialektów, które, co warto zaznaczyć, miały już na swoim koncie bogaty dorobek literacki. Gdyby historia potoczyła się trochę inaczej moglibyśmy mieć dziś do czynienia z trzema rzeczywiście różniącymi się językami – w zamian mamy cztery, które, choć faktycznie bliźniaczo podobne, ze względów czysto politycznych niekiedy na siłę usiłuje się zmieniać w celu odróżnienia od pozostałych. Jak się mają natomiast dialekty, które mimo wyraźnych cech odrębnych nie stały się podstawą jakiegokolwiek języka urzędowego? Jak wygląda przede wszystkim sytuacja kajkawszczyzny, która od wieków była rodzimą mową mieszkańców Zagrzebia i okolic (to co dziś nazywamy językiem chorwackim przyszło do Zagrzebia faktycznie dopiero na przełomie XIX i XX wieku)?

karta_Kajkavski_jezík.jpg

Współczesny zasięg kajkawszczyzny. Źródło: zvirek.net

Na początek scenka z zagrzebskiego życia codziennego – wchodząc do kuchni witały mnie niemal zawsze dwie rzeczy. Pierwszą była nadająca bez przerwy lokalna rozgłośnia radiowa, w której pomiędzy utworami biesiadnymi a reklamami regularnie emitowano hasło „Radio Kaj za kajkavski kraj". Drugą był nasz współlokator, pochodzący z Zagorja Damir, którego chorwacki standard był gęsto ubarwiony lokalnym dialektem (wszechobecne „kaj" czy „kužiš" to tylko najbardziej oczywiste przykłady) i trochę czasu minęło zanim w pełni dostroiłem się do jego sposobu wyrażania samego siebie. Jako osoba rozmiłowana we wszelkiego rodzaju różnicach dialektalnych, ale jednocześnie też zupełnie świadoma ich stopniowego zaniku, z pewną rezerwą podchodziłem do danych mówiących o przewadze dialektu kajkawskiego w okolicach Zagrzebia. Miłym zaskoczeniem był dla mnie więc fakt, że mnóstwo elementów tegoż było rzeczywiście wykorzystywanych w codziennej mowie mieszkańców stolicy. Usłyszenie natomiast partykuły pytającej „što" użytej przez kogokolwiek miejscowego graniczyło niemal z cudem. Bo w Zagrzebiu niepodzielnie panuje „kaj". Im dalej na północ, w kierunku Varaždina, tym mowa tubylców ma mniej cech wspólnych z językiem urzędowym. Inna jest też mentalność, architektura – przeciętnemu Polakowi Chorwacja kojarzy się przede wszystkim z dalmatyńskim wybrzeżem oraz wyspami, podczas gdy tak naprawdę jest to strasznie zróżnicowany kulturowo kraj i wiele razy odnosiłem wrażenie, że jego poszczególne poszczególne części składowe zwyczajnie do siebie nie pasują i tylko przypadek sprawił, iż dziś połączone są w jeden organizm państwowy. Przebywając na Zagorju, które jest bastionem kajkawszczyzny i rozmawiając z miejscowymi bez problemu można wyczuć poczucie odrębności oraz lokalną dumę z bycia najbardziej ułożoną, gospodarną i najchłodniejszą w kontaktach międzyludzkich społecznością w Chorwacji. Kulturowo jest Zagorcom znacznie bliżej do Słoweńców, Austriaków czy Węgrów niż do swoich nadmorskich pobratymców. W samej kajkawszczyźnie znajduje się zresztą mnóstwo zapożyczeń z niemieckiego i węgierskiego, a z racji pokrewieństwa niektórym gwarom bliżej do języka słoweńskiego niż chorwackiego (kolejny z serii jugosłowiańskich paradoksów).

100_7659

Rynek w Varaždinie

Historia samego języka (celowo używam terminów zamiennie, bo jak zaraz się okaże, ciężko o jednoznaczność w tym temacie) kajkawskiego jest równie ciekawa. Jedna z ciekawszych hipotez mówi, iż przed przybyciem plemion madziarskich na tereny Wielkiej Niziny Panońskiej ludność ją zamieszkująca używała dialektów kajkawskich oraz wchodzących dziś w skład grupy zachodniosłowiańskiej słowackich, które do początków X wieku rozwijały się obok siebie zachowując do dziś zresztą wiele cech wspólnych (o tych szerzej pod koniec artykułu). Jak już wspomniałem w poprzednim artykule, pojawienie się Węgrów poważnie zachwiało światem słowiańskim i doprowadziło do tego, iż grupa zachodnia i południowa zaczęły się rozwijać całkiem niezależnie od siebie. Zamieszkujący obecne tereny Węgier ludność słowiańska z czasem przyjęła język najeźdźców, a niedobitki przetrwały na Słowacji i na Zagorju. Panowanie węgierskie, które od 1526 było równoznaczne z panowaniem dynastii Habsburgów w ogromnej mierze wpłynęło na pogłębianie różnicy pomiędzy kajkawszczyzną, a sąsiednimi dialektami czakawskim i sztokawskim. Kajkawcy nigdy nie zaznali niewoli tureckiej i, podobnie jak Polacy, pielęgnowali mit obrońców Europy przed muzułmanami – daremnie więc szukać w ich mowie tureckich zapożyczeń, tak szeroko rozpowszechnionych we wszystkich językach opartych na dialekcie sztokawskim. Długi dystans dzielił też Kajkawców od Adriatyku, co jednocześnie spowodowało brak elementów pochodzenia włoskiego, których jest mnóstwo w czakawskich gwarach Dalmacji oraz Istrii. Zapożyczano natomiast głównie z niemieckiego i węgierskiego.

100_7004

Trg bana Jelačića w Zagrzebiu

Po kajkawsku od połowy XVI wieku również pisano przez co zdawał się on być na dobrej drodze do wyewoluowania w nowoczesny język urzędowy. Stało się jednak inaczej. W XIX wieku dostrzegano odrębność kajkawskich dialektów, ale językoznawcom bardzo ciężko było jednoznacznie określić do czego najłatwiej je przyporządkować. Osobom znającym chorwacki polecam krótką pracę Mijo Lončarića pt. „Kajkavsko narječje u svjetlu dosadašnjih pručavanja", gdzie problem opisany jest znacznie szerzej – tutaj postaram się streścić kilka panujących ówcześnie poglądów na temat językowej przynależności kajkawszczyzny:
a) kajkawski wraz ze słoweńskim jako język chorwacki w opozycji do serbskiego, który zawierał dialekty czakawskie i sztokawskie
b) kajkawski wchodzący w skład języka słoweńskiego (zwolennikiem tego poglądu był ojciec języka słoweńskiego Jernej Kopitar)
c) kajkawski i/lub czakawski jako język chorwacki w opozycji do sztokawskiego, który uważany był za język serbski
d) kajkawski wchodzący w skład szeroko rozumianego języka serbsko-chorwackiego, ostatecznie opartego wyłącznie na dialektach sztokawskich (zwolennikiem tej opcji był Ljudevit Gaj i z czasem większość chorwackich językoznawców)
Wygrała opcja ostatnia, język chorwacki został oparty na dialektach sztokawskich przejmując bardzo niewiele z kajkawskiej leksyki. Następne lata były okresem stopniowej degradacji kajkawszczyzny i ekspansji dialektu sztokawskiego, który szerzył się zwłaszcza w ośrodkach miejskich za sprawą masowej migracji zarobkowej z terenów Slawonii, Dalmacji czy Bośnii. Paradoksalnie dopiero ostatnimi laty podejmuje się, w dużej mierze sztuczne, próby przeładowania języka oficjalnego peryferyjnymi wyrazami celem powiększenia dystansu do języka serbskiego – dialekty kajkawskie świetnie się akurat do tej roli nadają, bo, w odróżnieniu od wszystkich pozostałych, z Serbią nie miały na przestrzeni wieków zasadniczo nic wspólnego i dysponują sporym arsenałem sobie tylko właściwych zwrotów.

100_7560

Samobor

Jak wygląda i brzmi język kajkawski? W odróżnieniu od przedstawionego w poprzednim odcinku języka połabskiego możemy się tu pokusić o znacznie ciekawsze przykłady niż „Ojcze nasz". Bardzo ciekawą stroną, na której można znaleźć masę materiałów poświęconych kajkawszczyźnie (zarówno po kajkawsku i angielsku) jest zvirek.net, gdzie znajdziemy zarówno dzieła literackie, artykuły naukowe jak i krótkie prezentacje na temat cech odróżniających język kajkawski od chorwackiego – w tych ostatnich ogromny nacisk jest położony m.in. na podobieństwa języka kajkawskiego do języków zachodniosłowiańskich:
– w kajkawskim zachowane zostały dyftongi „uo, oa, ie": kaj. duogi – pl. długi – chorw. dugi
– w kajkawskim istnieją tylką długie formy przymiotników podobnie jak w zachodniej słowiańszczyźnie
– w kajkawskim nie ma zamiany spółgłosek k,g,h na c,z,s w odmianie rzeczowników: kaj. oblak – oblaki, słow. oblak – oblaky, chorw. oblak – oblaci
– podobnie jak w czeskim „v-" znajduje się przed „u" i „o" na początku: vugurek, vuho, vulica
– w kajkawskim tworzy się tak samo czas przyszły: kaj. ja bu(de)m čital, pl. ja będę czytał, hr. ja ću čitati
– rzeczowniki rodzaju męskiego w dopełniaczu liczby mnogiej kończą się na „-ov": kaj. jezikov, pl. języków, chorw. jezika
– rzeczowniki rodzaju żeńskiego w dopełniaczu liczby mnogiej tracą sufiks: kaj. krav, pl. krów, chorw. krava
– jer przeszedł w „e" zamiast „a": kaj. den, veter, pekel – słow. den, vietor, peklo – chorw. dan, vjetar, pakao
Zdecydowanie inna jest też kajkawska wymowa, która w pewnym stopniu przypomina pod względem ruchomego akcentowania język rosyjski. Najlepszym przykładem jest film chorwackiej telewizji o gwarach kajkawskich w gminie Dubravica – narracja jest oczywiście w standardowym chorwackim, ale warto posłuchać od 7 minuty krótki fragment czytany po kajkawsku.

Do zagłębiania się w tematykę dialektalną oczywiście jak zwykle gorąco zachęcam – czasem zdaje się to być z czysto praktycznej perspektywy mało przydatne, ale w rzeczywistości pozwala nam lepiej zrozumieć rzeczywistość, w której się znajdujemy, łatwiej wniknąć w mikroświat tubylców i choć przez chwilę żyć jak oni, czerpiąc z danego miejsca znacznie więcej niż jest to dane zwykłemu turyście. Zachęcam też do wizyty w Zagrzebiu i okolicach – nie ma tam plaży, słońca, ludzie są bardzo zdystansowani (zwłaszcza gdy porówna się ich z pozostałymi narodami zamieszkującymi Bałkany), ale jest to naprawdę ciekawy region z malowniczymi miasteczkami i wzgórzami oraz austro-węgierskimi tradycjami, który można polubić.

Cykl „5 języków słowiańskich, o których nie słyszeliście":

1/5 – język połabski

Podobne artykuły:
O dwóch legendarnych słowiańskich literach
Dlaczego serbski? Dlaczego chorwacki?
W jakim języku się mówi w byłej Jugosławii?
Język macedoński w praktyce
Macedoński – wstęp i z czego się uczyłem przez ostatni miesiąc

5 języków słowiańskich, o których zapewne nie słyszeliście…

Niklot

Książę Obodrytów Niklot (-1160)

…jeśli Słowiańszczyzna nie jest czymś, czym zajmujecie się od dłuższego czasu. Zgodnie z tytułem porzucimy dziś południową Francję, którą mieliśmy okazję odwiedzić ostatnim razem i zawitamy w rejony znacznie nam bliższe zarówno geograficznie jak i językowo. Języki słowiańskie są na dobrą sprawę jedynymi, do nauki których kiedykolwiek Czytelnika bezpośrednio namawiałem – uważam, że nawet średnio inteligentny rodzimy użytkownik polskiego w relatywnie krótkim czasie jest w stanie nabyć umiejętności umożliwiające dość swobodną konwersację oraz czytanie literatury w dowolnym innym języku słowiańskim. Połączenie języków z gałęzi zachodniej (tu mamy polski), wschodniej (np. rosyjski) oraz południowej (np. serbski) jest w stanie zupełnie zmienić nasze spojrzenie na więzi, jakie łączą nas z innymi narodami Europy środkowo-wschodniej, nadać im nowy wymiar, pozwala też na znacznie lepsze wzajemne zrozumienie, którego niestety często brakuje. Dzisiejszym artykułem chciałbym jednak zacząć serię o dialektach/językach, których próżno szukać w atlasie geograficznym i których ze względu na ich niszowość bądź wymarcie niełatwo się nauczyć. Zapraszam do krótkiej podróży po peryferiach Słowiańszczyzny.

Na początek cofnijmy się o 1100 lat, do okresu, który śmiało można nazwać apogeum słowiańskiej obecności w Europie. Wraz z upadkiem chanatu awarskiego na przełomie VIII i IX wieku plemiona słowiańskie stały się dominującą grupą etniczną na całym obszarze od Łaby po Ruś i od Bałtyku do Morza Egejskiego. Trudno dziś stwierdzić, na ile możliwe było wzajemne zrozumienie chłopa żyjącego na terenie dzisiejszej Meklemburgii i mieszkańca Sołunia (słowiańska nazwa greckiego miasta Saloniki – w językach południowosłowiańskich używana powszechnie do dziś); nie ulega jednak wątpliwości, że podobieństw pomiędzy ich gwarami było znacznie więcej, niż obecnie w przypadku kaszubskiego oraz macedońskiego, które są ich odległymi spadkobiercami. Niewątpliwie wiele daje do myślenia fakt, iż sołuński dialekt, który legł u podstaw języka staro-cerkiewno-słowiańskiego zdołał zdobyć sobie uznanie na obszarze niemal całej Słowiańszczyzny, a jego uniwersalność pozwoliła mu odegrać w rozwoju dzisiejszych standardów niemal taką samą rolę, jaką łacina pełniła wśród języków romańskich. Przede wszystkim był on związany z Wielkimi Morawami – tworem państwowym, który w okresie swojej świetności obejmował teren dzisiejszej Słowacji, Czech, Węgier, północnej Serbii oraz najprawdopodobniej południowej Polski i którego upadek w pierwszej połowie X wieku za sprawą konfliktów z Niemcami oraz przybyłych ze wschodu Madziarów oznaczał nieodwracalne przerwanie bezpośredniego kontaktu gałęzi południowych i zachodnich oraz przejście żywiołu słowiańskiego do defensywy. Poniższy artykuł nie ma być tyradą wymierzoną w wyżej wspomniane narody – ma raczej unaocznić, do jakich ciekawych przetasowań potrafi doprowadzić historia na przestrzeni wieków i jak na tle tych przetasowań wypadła w ostatecznym rozrachunku Słowiańszczyzna.

640px-Petrikirche_mit_Stadtmauer-3

Petrikirche w Rostocku

1) Język połabski
Podróżując przez wschodnie Niemcy, można niemal na każdym kroku spotkać nazwy miejscowości, które już na pierwszy rzut oka zdają się być podejrzanie słowiańskie takie jak Pankow, Hönow, Rudow, Güstrow, Pieskow, Seelow. Absolutnie nie ma tutaj mowy o jakimkolwiek przypadku. We wczesnym średniowieczu były to tereny zamieszkałe przez Słowian, których osady przetrwały do dzisiejszych czasów zachowując swoje stare brzmienie (zmianie uległa jedynie wymowa finalnej głoski „w" – tej Niemcy nie wymawiają). Dawne korzenie można znaleźć nawet w toponimach, które na pierwszy rzut oka wydają się rdzennie niemieckie. Największym miastem Meklemburgii jest Rostock, którego nazwa pochodzi od słowiańskiego roztok, które oznacza „ujście rzeki" (co ciekawe, Rostock pojawia się też w nieoficjalnym kaszubskim hymnie „Zemia Rodnô", w którym to kaszubski kraj rozciąga się „(…)Òd Gduńska tu, jaż do Roztoczi bróm".). Znaczenie nazwy wspomnianego już wyżej miasta Güstrow staje się znacznie łatwiejsze do odgadnięcia, kiedy wiemy, że po serbsko-chorwacku gušter oznacza „jaszczurkę". W połabskim słowo to miało formę guščer. Mamy więc „Jaszczur(k)ów". Stralsund to po kaszubsku Strzelewò. Wismar to Wyszomierz. Słowiańskiego pochodzenia są końcówki -itz (polskie -ice/-ica) również szeroko rozpowszechnione we wschodnich landach. Najlepszym przykładem jest miejscowość Crostwitz w Saksonii, która po górnołużycku nazywa się Chrósćicy. Gdy dodamy, iż także końcówka -in posiada niegermańskie korzenie, dojdziemy do wniosku, że nawet niemiecka stolica musiała być kiedyś zamieszkana w znacznej mierze przez ludność pochodzenia słowiańskiego. Co więc się z nią stało? Co stało się z językiem Słowian zamieszkujących ziemie pomiędzy Odrą a Łabą?

ostsiedlung

Rozwój osadnictwa niemieckiego na ziemiach wschodnich w średniowieczu.

Przede wszystkim należy na początek odróżnić dwie grupy Słowian zamieszkujące ziemie leżące na zachód od Odry. Pierwszą grupą są zamieszkujący tereny dzisiejszej Brandenburgii (dłuż. Bramborska) i Saksonii (głuż. Sakska) Łużyczanie, którzy stosunkowo wcześnie (X wiek) przyjęli zwierzchnictwo niemieckie, ulegli chrystianizacji i paradoksalnie mimo tej uległej postawy przetrwali do dziś, w odróżnieniu od swoich walecznych pobratymców z północy. Mowa o zamieszkujących obszar dzisiejszej Meklemburgii plemionach słowiańskich, takich jak Obodryci oraz Wieleci, których powszechnie nazywa się Słowianami połabskimi. Ci opierali się bardzo długo niemieckiemu naporowi oraz misjom chrystianizacyjnym – ostatni rozdział tej walki, prowadzony przez będącego do dziś symbolem antygermańskiego oporu księcia Niklota, okazał się wyniszczający dla całej populacji słowiańskiej na terenie dzisiejszych północnych Niemiec. Gdy w 1167 roku syn Niklota Przybysław składał hołd lenny, który oznaczał de facto koniec niepodległej Słowiańszczyzny na zachód od Odry, cały kraj był w ruinie i jedynym ratunkiem pozostawało włączenie się w pełni do systemu politycznego Rzeszy, który zakładał stopniową germanizację podbitych ziem. Następcy Przybysława (którzy, co ciekawe, już jako niemiecka dynastia rządzili Meklemburgią do roku 1918) wspierali też niemiecką kolonizację ziem północnych w celu zagospodarowania nieużytków i ożywienia lokalnej gospodarki. Z napływającej ludności germańskiej oraz resztek miejscowej ludności słowiańskiej wykształciła się z czasem zupełnie nowa grupa etniczna znana jako Meklemburczycy, władająca jednym z dialektów języka północnoniemieckiego. Dialekty połabskie tymczasem stopniowo zanikały.

Wendland-Chronik_ma

J.P.Schultze – „Die Wendland Chronik"

Ostatnią słowiańską wyspą w niemieckim morzu była okolica znana do dziś jako Wendland, tzn. kraj Wendów (niem. określenie Wenden jest często nadal używane zarówno w odniesieniu do Słowian połabskich, jak i Serbów łużyckich) na granicy dzisiejszej Meklemburgii, Dolnej Saksonii oraz Saksonii-Anhalt. Język połabski przetrwał tam na tyle długo, że zdążyli się nim zainteresować niemieccy uczeni z Wilhelmem Gottfriedem Leibnizem na czele. Ważną rolę w dokumentacji języka połabskiego odegrał też sołtys wsi Süthen, Jan Parum Schultze (1677-1740), który zdając sobie sprawę, iż jest jedną z ostatnich osób władających tym odizolowanym od reszty Słowiańszczyzny dialektem, postanowił zachować informacje o nim dla potomnych, dzięki czemu przynajmniej w szczątkowej formie możemy się dziś dowiedzieć, jak połabski mógł brzmieć. Prace Paruma Schultzego są bezcenne, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, iż ostatnia użytkowniczka języka połabskiego zmarła w roku 1756. Słownik połabsko-polsko-czesko-niemiecki oraz wiele innych opracowań na podstawie materiałów Schultzego można znaleźć na stronie internetowej http://tyras.sweb.cz/polabane/pravo.html (swoją drogą jeśli ktoś jest zainteresowany słowiańskim językoznawstwem, warto przejrzeć wszystkie strony pana Vladislava Knolla, który jest ich autorem). Gramatyka języka połabskiego w języku polskim jest natomiast dostępna na stronie Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, gdzie odsyłam wszystkich szerzej zainteresowanych omawianą tu tematyką.

Tym, którzy chcą pozostać na Woofli, przytoczę tekst Ojcze nasz po połabsku. Został on zapisany w XVIII wieku przy użyciu zasad pisowni niemieckiej, więc na pierwszy rzut oka wygląda dość pokracznie, jednakże gdy już się przyzwyczaimy, można bez problemu odróżnić pojedyncze słowa i zauważyć stosunkowo liczne germanizmy (wordoj, rik, komaj, bringoj) :

Aita nos, tâ toi jis wâ nebesai, sjętü wordoj tüji jaimą; tüji rik komaj; tüja wüľa mo są ťüńot kok wâ nebesai tok no zemi; nosę wisedanesnę sťaibę doj nam dâns; a wütâdoj nam nose greche, kok moi wütâdojeme nosim gresnarem; ni bringoj nos wâ warsükongę; toi losoj nos wüt wisokag chaudag. Pritü tüje ją tü ťenądztwü un müc un câst, warchni Büzac, nekąda in nekędisa. Amen.

Więcej połabskich tekstów znajdziecie na podlinkowanych wyżej stronach. O samych językach wymarłych oraz wadach/korzyściach wynikających z ich studiowania będę miał okazję jeszcze kiedyś zapewne napisać. O pozostałych językach słowiańskich również – docelowo zresztą artykuł ten miał opowiadać o kilku z nich, ale z racji ilości wiedzy, jaką chciałem przekazać (a jest to zaledwie jej niezbędna cząstka) zrobiła się z tego trochę dłuższa opowieść o zaledwie jednym z nich. Mam nadzieję jednak, że wyszło to tylko zarówno Czytelnikom, jak i Woofli tylko na dobre.

Cykl „5 języków słowiańskich, o których nie słyszeliście":

2/5 – język kajkawski

Podobne artykuły:
Język kaszubski – nowe źródła
Lwowiaki nie mówią ino bałakają – o języku polskim na Ukrainie
Język rosyjski na Ukrainie
Po naszemu, czyli kilka słów o gwarach wielkopolskich
Języki regionalne Francji – oksytański

Najłatwiejszy język świata

Czy pamięta ktoś jeszcze dyskusję jaką wywołał artykuł o najtrudniejszym języku świata? Pamiętając o tym, szczerze mówiąc, wahałem się, czy w ogóle jest sens poruszać ten temat, bo i tu może być sporo kontrowersji. Ale przecież obiecałem, a wiele osób wręcz pisało, że nie może się doczekać. Postanowiłem więc spełnić oczekiwania i przedstawić moją opinię na ten temat. 
„Najłatwiejszy język świata" to, podobnie jak „najtrudniejszy język świata", temat-rzeka, w którym na dodatek lubi się wypowiedzieć każdy – od osób względnie znających się na językach po ludzi, którzy nie nauczyli się żadnego. I każdy się tym interesuje, bo, jak to pisałem wcześniej, wiedza na temat tego co jest naj- potrafi uprościć postrzeganie świata. Czy tę wiedzę można zdobyć, to już inna sprawa. Ale szkoda tracić czas na wstęp – przejdźmy do sedna sprawy.

Jeśli ktoś posiada dowody naukowe na to, że jakiś język jest najłatwiejszy na świecie, to niech je przedstawi tu i teraz. Nikt takowych nie ma i raczej nie będzie miał. Piszę to dlatego, że chcę już na starcie stwierdzić, iż niemożliwym jest spojrzenie na sprawę obiektywnie. Żeby jednak nie było nudno, postaram się to ocenić z perspektywy użytkownika języka polskiego.

Jakie języki Polacy uważają za najłatwiejsze?
Szczerze mówiąc, zawsze w zdumienie wprawiają mnie wypowiedzi Polaków twierdzących, że najłatwiejsze języki to angielski, hiszpański i włoski. Żeby było zabawnie – z reguły osoby, które te języki rzeczywiście znają biegle, są innego zdania. Jak to więc jest tak naprawdę? Każda osoba przyzna, że podstawy angielskiego do najtrudniejszych nie należą. W zasadzie nie jest potrzebna żadna wiedza o gramatyce – nie ma przypadków, czasowniki się prawie nie odmieniają. Wyrazy natomiast łatwo zostają w głowie ze względu na swoją popularność w dzisiejszej kulturze masowej. Przyznam – podstawy są proste. Problem jednak w tym, że często mamy tendencję do oceniania produktu po okładce, a podstawy są w tym wypadku właśnie tą okładką. Im głębiej poznajemy język, tym jest on trudniejszy. Kto z osób, które twierdzą, że angielski jest najprostszym językiem, potrafi stosować wszystkie konstrukcje gramatyczne i używa ich niemal bezbłędnie? Pytam, bo z doświadczenia wiem, że spory procent uczniów angielskiego ogranicza swoją komunikację do 3-4 czasów, ponieważ pozostałe są dla nich czarną magią. Czasem nawet tak teoretycznie proste i podstawowe rzeczy jak rodzajniki „a/an/the" potrafią sprawić problem osobom, które uważają, że język angielski jest prosty. A istnieje jeszcze mnóstwo innych rzeczy, z których ludzie często sobie nawet nie zdają sprawy i lubią mówić, że znają język. Podobnie ma się zresztą sprawa z włoskim i hiszpańskim – mam wrażenie, że odsetek osób faktycznie mówiących tymi językami jest bardzo niewielki w porównaniu do tych, które zaczynają się go uczyć. Opinia osób władających językiem hiszpańskim bardzo dobrze była zawsze taka sama – to nie jest wcale tak prosty język, jak się na początku wydaje.
Jeśli ktoś chciałby spróbować czegoś łatwiejszego, ale podobnego, to polecam esperanto. Sam nie jestem entuzjastą języków sztucznych, bo uważam je za „pozbawione duszy" (cokolwiek to może oznaczać), ale jeśli kogoś interesuje nauka czegoś, co stworzono jako najprostszy język świata, to zachęcam. Może się wam spodoba.

Tak rozprawiliśmy się ze stereotypami, więc jeszcze pozostała odpowiedź na pytanie, jaki jest najłatwiejszy język. Uważam, że należy je rozpatrzeć przynajmniej na dwa sposoby. Po pierwsze: ze względu na pokrewieństwo językowe. Po drugie: ze względu na chęć i możliwości nauki.

Nie odkryję Ameryki, jeśli powiem, że najbliższe językowi polskiemu są inne języki słowiańskie. Podobieństwa znajdziecie wszędzie. Od słownictwa po gramatykę – wszystko jest niemal identyczne (wyjątek stanowi tu język bułgarski, który, jak już wspominałem jest dość nietypowym przedstawicielem Słowiańszczyzny). W zasadzie w językach słowiańskich nie ma rzeczy, które radykalnie różniłyby się od polskiego i mogły sprawiać szczególną trudność. I nie piszę tego po to, by powiedzieć wszystkim, że rosyjskiego bądź serbskiego można się nauczyć w tydzień – dochodzenie do stanu idealnego i tak trwa latami. Opanowanie każdego języka obcego na poziomie bliskim poziomowi rodzimego użytkownika jest niezmiernie trudne. Rozpoczynając jednak wyprawę w świat słowiański, mamy na starcie ogromny bagaż słów i zasad gramatycznych, którego nie da się porównać z czymkolwiek innym. Wszystkie te rzeczy, których w języku rosyjskim się boją ludzie z Europy zachodniej, takie jak przypadki, są dla nas czymś oczywistym. Coś, z czym Niemiec będzie walczył przez całe życie, Polak jest w stanie opanować w ciągu kilku dni (wyłączając sytuacje, w których stosuje się inny przypadek, ale tych jest względnie niewiele). Dodatkowo od samego początku posiadamy pewien automatyzm wypowiedzi, którego nabycie w innych językach zabiera trochę czasu.

Dlaczego np. Holendrzy czy Szwedzi tak dobrze znają angielski? Bo są bardziej pracowici od nas? Nie sądzę. Bo mają filmy puszczane z napisami zamiast dubbingu? Słoweńcy też mają, a po angielsku nie mówią. Poza tym w erze internetu i ogólnodostępnych odtwarzaczy DVD oglądanie filmów z napisami jest rzeczą, na jaką niemal każdy może sobie pozwolić, a jednak największy odsetek osób mówiących po angielsku jest w krajach, gdzie urzędowymi są języki germańskie. Przypadek? No właśnie nie. Podobieństwo języków odgrywa ogromną rolę, jeśli chodzi o możliwości ich opanowania.

Jaki język słowiański jest natomiast najprostszy? Nie wiem. Wydaje mi się, że rosyjski i ukraiński, ale już mi niegdyś zarzucano, że demonizuję trudność języka czeskiego, więc nie chcę być o to oskarżany kolejny raz.  Dla mnie czeski wydał się dość trudny i  bardzo nieregularny, gdy go porównałem do dwóch języków wschodniosłowiańskich. Każdy jednak może mieć inne wrażenia. Języki południowosłowiańskie są natomiast trochę trudniejsze. Serbski posiada kilka cech, które może nie są szczególnie irytujące, ale nie znajdziemy ich w języku polskim. Niektóre rzeczy jak np. aspekt czasownika są postrzegane zupełnie inaczej, co zmniejsza dawkę „automatyzmu" jaką mamy w przypadku rosyjskiego i ukraińskiego. Do tego wypada znać kilka czasów, których w polskim nie ma. Bułgarski zaś to w ogóle inna bajka.

Często zdarza mi się też spotkać z opinią, że najłatwiejszy jest ten język, którego się chcemy nauczyć. Jest w tym sporo prawdy – motywacja to bardzo często kluczowy czynnik, pozwalający przetrwać nawet największe fazy plateau. Nie jest jednak lekiem na wszystko. Zapaleniec uczący się xhosa może mieć większe problemy niż osoba, którą zmusza się do nauki słowackiego. Podobnie ma się kwestia ze źródłami – co z tego, że nagle zupełnie szczerze postanowię, że nauczę się dolnoniemieckiego (Plattdeutsch – trochę pisałem o tym już wcześniej) jeśli język ten nie jest skodyfikowany, brakuje gazet, literatury, czy wreszcie, co najważniejsze, ludzi, z którymi mógłbym porozmawiać. Choć nie przeczę – motywacja odgrywa bardzo istotną rolę, jeśli chodzi o stopień trudności języka i potrafi zarówno ułatwić naukę czegoś trudnego, jak i, gdy jej brak, obrzydzić naukę czegoś łatwiejszego.

I tak oto wyszedł jeden z dłuższych postów, jakie kiedykolwiek się pojawiły na tym blogu. Oczywiście możecie się zgodzić lub nie – każdy komentarz na poziomie i jakieś nowe wątki w dyskusji zawsze będą mile widziane. Zachęcam też do ciągłej, codziennej pracy – bez tego żadna motywacja, podobieństwo leksykalno-gramatyczne i różne tego rodzaju rzeczy na nic się nie zdadzą. Pozdrawiam wszystkich i sukcesów życzę!

Podobne posty:
Najtrudniejszy język świata
Ile obcości jest w języku obcym?
5 rzeczy jakich nauczyła mnie nauka czeskiego
Jak się nauczyć cyrylicy w 2 dni?
Jakiego języka warto się uczyć?

Ile obcości jest w języku obcym?

Na pomysł wpisania tego artykułu wpadłem ostatnio pracując z kolegą nad projektem na zajęcia dotyczącym multikulturowości miast Europy środkowej. Los chciał, że naszej grupie przytrafiły się m.in. trzy miasta leżące na Słowacji, czyli Trnava, Nitra oraz Bratysława. Z czystej ciekawości zajrzeliśmy na artykuły o tych miastach do słowackiej wikipedii, by upewnić się w tym, że bez problemu rozumiemy ich treść. Tego samego dnia przyszło mi wyczytać na blogu realirka artykuł o pojęciu poligloty, a następnie otrzymać maila od osoby, która napisała, że zna prawie wszystkie języki słowiańskie. I zacząłem się zastanawiać…

Po skończeniu pracy nad projektem związanym z środkowoeuropejskimi miastami postanowiłem z ciekawości poprzeglądać artykuły w różnych językach słowiańskich. Dodam, że większości nigdy się nie uczyłem (bułgarski, macedoński, słoweński, słowacki, łużyckie), bądź miałem kontakt bardzo ograniczony (czeski, białoruski, ukraiński). Wcale nie przeszkadzało mi to rozumieć teksty napisane w tych językach. Oczywiście trudno bym rozumiał dokładnie wszystko, ale faktyczny problemem istniał jedynie w kontakcie z bułgarskim i macedońskim oraz, w mniejszym stopniu, słoweńskim. Nie piszę tego w kategorii odkrycia – w sumie takiego czegoś się spodziewałem. I zapewne nie to byłoby tematem dzisiejszego artykułu, gdyby nie fakt, że pozostali blogerzy poruszyli kwestię tego kim jest poliglota. Jeśli uznamy, że jest to osoba władająca językami obcami, to pojawia się pytanie co oznacza, że język jest obcy. Zajrzyjmy zatem na chwilę na Bałkany.

W byłej Jugosławii jako lingua franca funkcjonował język serbsko-chorwacki, który w ciągu ostatnich 20 lat rozpadł się na przynajmniej cztery odrębne standardy: serbski, chorwacki, bośniacki i czarnogórski. O sensie takiego podziału i o tym co o tym sądzę pisałem już wcześniej. Niezależnie jednak od mojego osobistego stosunku do Jugosławii sytuacji prawnej nie zmienię – aktualnie istnieją cztery osobne języki posiadające status państwowych. W efekcie powstała rzecz kuriozalna: na obszarze od Istrii po Kosowo żyje ok. 20 milionów ludzi, z których każdy włada 4 językami – jest to chyba ewenement w skali światowej (jeśli ktoś zna podobny to niech mi da znać). Wystarczy jednak bardzo pobieżna obserwacja by zauważyć, iż osiągnięcie mieszkańców byłej Jugosławii nie jest niczym nadzwyczajnym, ba!, bardzo dziwnym byłoby gdyby opanowali tylko jeden z nich (choć w Chorwacji niektórzy wydają się mieć z tym problemy). Dlatego nikt nie nazywa Jugosłowian poliglotami.

Gdy spojrzymy trochę szerzej na języki słowiańskie można odnieść wrażenie, że wszystkie one są zaledwie dialektami jednego języka. Teza z jednej strony trochę radykalna, ale z drugiej strony w dużej mierze mająca odzwierciedlenie w rzeczywistości. Znając język polski jako ojczysty mamy już na starcie nauki każdego z pozostałych słowiańskich wykonane ok. 80% roboty (powiedzmy, że w przypadku bułgarskiego i macedońskiego trochę mniej). Niewiele rzeczy jest nas w stanie zdziwić, bądź okazać się trudnymi do zrozumienia. Gdy znamy w stopniu zaawansowanym 3 języki (najlepiej jeszcze z odrębnych podgrup tak jak w tym przypadku polski, rosyjski, serbski) jesteśmy w stanie przeczytać tekst z naszego zakresu zainteresowań w każdym z pozostałych. Nie chciałbym tu umniejszać nakładu pracy jaką włożyli niektórzy w opanowanie tych języków, jednak wydaje mi się, mając na uwadze naszą dyskusję o definicji poligloty, wielce niestosowne wartościowanie osób władających językami obcymi jedynie pod względem ich liczby. Sam jestem wrogiem jakiegokolwiek wartościowania, jednak jeśli ludzie już jakiekolwiek chcieliby robić to warto, aby widzieli różnicę pomiędzy Polakiem, który czyta we wszystkich językach słowiańskich i kilka z nich umie na bardzo dobrym poziomie, a Polakiem, który nauczył się biegle chińskiego lub arabskiego, czy nawet węgierskiego. Twierdzę, że ten drugi musi włożyć w to znacznie więcej pracy.

Podobnie zresztą patrzę na Hiszpanów władających kilkoma językami romańskimi lub Holendrów, którzy mówią po niemiecku, angielsku i gdzieś jeszcze podłapali któryś skandynawski. Czasem zaś podobne osoby są na różnych forach uważane niemal za bogów, a co najmniej za kogoś z niebywałym talentem. Wartość ich wyczynu natomiast w moich oczach spada, bo czasem bardziej widzę nie języki, a tylko bardziej lub mniej zróżnicowane dialekty łaciny, starogermańskiego i starosłowiańskiego. Można zresztą iść dalej tym tropem aż do praindoeuropejskiego (choć oczywiście zachowując pewien dystans) twierdząc, że dopiero opanowanie czegoś spoza tej rodziny jest wyczynem. W tym miejscu chciałbym się jednak zatrzymać i zrobić małe podsumowanie. Zanim nazwiemy kogoś poliglotą czy hiperpoliglotą (kolejne słowo, które pada stanowczo zbyt często) zastanówmy się jakie języki zna.
PS: O samym poziomie znajomości języków nie pisałem, bo to rzecz tak subiektywna, że można by o niej rozmawiać przez parę godzin i nie dałoby się dojść do żadnych sensownych wniosków.

Podobne posty:
A nie mylą ci się te języki?
Przewodnik po różnych rodzajach cyrylicy – języki słowiańskie
Jak się nauczyć cyrylicy w 2 dni?
5 rzeczy jakich nauczyła mnie nauka czeskiego
W jakim języku się mówi w byłej Jugosławii

Przewodnik po różnych rodzajach cyrylicy – języki słowiańskie

Dziś trochę informacji ze świata języków słowiańskich – dla tych, którzy się na tym znają nie będzie to żadną nowością, jednak dla niewtajemniczonych może się okazać całkiem ciekawe i pouczające. Czasem wydaje się bowiem, że sama znajomość rosyjskiej cyrylicy wystarcza, żeby bez problemu czytać teksty w innych językach – rzeczywiście bardzo to pomaga, ale do dziś pamiętam problemy studentów wschodoznawstwa, gdy zaczynaliśmy się uczyć ukraińskiego i znajomość rosyjskiego wariantu cyrylicy nie wszystkim pomagała. Tak więc postanowiłem, że umieszczę tu małą ściągę na temat tego jak czytać cyrylicę w różnych językach słowiańskich.

Obok każdej litery umieszczam jej polski odpowiednik. Jeśli istnieją natomiast różnice pomiędzy poszczególnymi wariantami, to będę je oznaczał następującymi skrótami: RUS – rosyjski, UKR – ukraiński, SER – serbski, BUL – bułgarski, BEL – białoruski, MAC – macedoński. Podobnie będzie też z czarnogórskim, który trudno mi uznać za osobny język, jednak miejscowi lingwiści mieli inne zdanie na ten temat i wynaleźli dwie litery, które odróżniają język tego małego państwa od serbskiego. Zaczynamy:

А а – czytamy jak „a"

Б б – „b"

В в – polskie „w"

Г г – w RUS, SER, BUL, MAC oraz według niektórych norm BEL czytamy jako „g", natomiast w UKR i BEL jako dźwięczne „h" (nie ma bezpośredniego polskiego odpowiednika i jest to jedna z „trudności" ukraińskiego)

Ґ ґ – występuje tylko w UKR i czyta się jak „g"

Д д – „d"

Ђ ђ  – jedynie w SER i czyta się jak „dź"

Е е – w UKR, SER, BUL, MAC jako „e", natomiast w RUS i BEL jako „je"

Ё ё – jedynie w RUS i BEL – czyta się jak „jo"

Є є – jedynie w UKR i czyta się jak „je"

Ж ж – „ż"

З з – „z"

И и – w RUS, SER, BUL jako „i", natomiast w UKR jako „y"

І і – jedynie w UKR i BEL – czyta się jak „i"

Ї ї – jedynie w UKR i czyta się jak „ji"

Й й – w RUS, UKR, BUL jako „j", nie występuje w SER

Ј ј – jedynie w SER i MAC – czyta się jako „j"

К к – „k"

Л л – w RUS, BEL, UKR i BUL jako coś pomiędzy „l" i „ł" (tzw. „ł sceniczne"), gdy stoi przed „a", „e", „o", „u" (brak odpowiednika w polskim) i jako „l" gdy stoi przed „je", „i", „j", „ja", „jo", „ju". W SER i MAC bardziej zbliżone do „l".

Љ љ – jedynie w SER i MAC, w łacińskim alfabecie zapisywane jako „lj", czytane jako jedna głoska będąca połączeniem „l" i „j" (wiem, że wyjaśnienie takie na chłopski rozum, ale trudno to zrobić prościej).

М м – „m"

Н н – „n"

Њ њ – jedynie w SER i MAC czyta się jako „ń"

О о – „o", w RUS zbliżone do „a" gdy jest nieakcentowane

П п – „p"

Р р – „r"

С с – „s"

Т т – „t"

Ћ ћ – jedynie w SER i czyta się jak „ć"

У у – „u"

Ф ф – „f"

Х х – „ch"

Ц ц – „c"

Ч ч – w RUS, BUL czyta się jak zmiękczone „cz", w UKR jak twarde „cz" (choć w niektórych regionach jak zmiękczone), w SER i MAC jak „cz".

Џ џ – jedynie w SER i czyta się jak „dż"

Ш ш – „sz"

Щ щ – w RUS niegdyś zmiękczone „szcz", obecnie wymowa zbliżona bardziej do „śś"; w ukraińskim jako twarde „szcz" (aczkolwiek spotkałem się też z ukraińskim wariantem zmiękczonym, albo wręcz z redukcją do samego „sz"), w BUL jak „szt", a w SER litery tej nie ma.

Ъ ъ – tzw. jer twardy, który w RUS oznacza, że poprzednia spółgłoska zachowuje swoją twardość (w UKR jest zapisywany jako apostrof – " ‚ „), w BUL czyta się go natomiast jako krótką samogłoskę pomiędzy „y" i „a" (nie ma odpowiednika w polskim), w SER litery tej nie ma.

Ы ы – w RUS jako „y"

Ь ь – tzw. jer miękki, w RUS i UKR zmiękcza poprzedzającą go spółgłoskę, w BUL w kombinacji z „o" (ьo) czyta się jak „jo", w SER litery tej nie ma.

Э э – jedynie w RUS i czyta się jak „e"

Ю ю – w RUS, BEL, UKR i BUL czyta się jak „ju", w SER tej litery nie ma.

Я я – w RUS, BEL, UKR i BUL czyta się jak „ja", w SER tej litery nie ma.

To na tyle. Dodam jeszcze wyjątkowe litery, które mają zastosowanie w mniej rozpowszechnionych językach słowiańskich.

Ѓ ѓ – w macedońskim „gj"

Ќ ќ – w macedońskim „kj"

Ѕ s – w macedońskim „dz"

Ў ў – w białoruskim czyta się jako „ł"

I na koniec jeszcze trochę o języku czarnogórskim. Otóż tamtejsi znawcy postanowili wprowadzić do swojego alfabetu (który był identyczny z serbskim) dwie litery, by nadać mu pewnych cech wyróżniających go spośród innych języków słowiańskich. Tym sposobem powstały dwie nowe litery „Ć", które zamieniło dwuznak „сј" (czyli polskie „sj") i З́, które weszło w miejsce dwuznaku „зј" (polskie „zj"). O ich podobieństwie do polskich „ś" i „ź" nic nie powiem, bo nigdy w życiu nie słyszałem ani nie widziałem tych liter w praktycznym użyciu. Zresztą patrząc na czarnogórskie gazety nie odnoszę wrażenia by były powszechnie znane. Więcej na temat sytuacji językowej w krajach byłej Jugosławii zresztą już pisałem.

Jak więc widać, świat słowiańskiej cyrylicy nie jest taki prosty jak to się na pierwszy rzut oka wydaje. Mam nadzieję, że komuś się na coś ten artykuł przyda, lub kogoś zainspiruje do nauki języków spokrewnionych z polskim. Naprawdę warto.

Podobne posty:
Jak (nie) uczyć się języków obcych – część 2 – rosyjski
Jak nauczyć się cyrylicy w 2 dni?
W jakim języku się mówi w byłej Jugosławii?
5 rzeczy jakich nauczyła mnie nauka czeskiego