Ukraina

Mały węgierski świat na Zakarpaciu

Węgrzy nie należą do najliczniejszych mniejszości narodowych na Ukrainie i stanowią nie więcej niż 0,3% ludności kraju. Zasługują jednak na szczególną uwagę jako grupa, której udało się zachować swój własny język i kulturę oraz która żyje w swoim własnym, nieco odizolowanym świecie, gdzieś pomiędzy Ukrainą i Węgrami. Spośród około 150 tysięcy ukraińskich Węgrów ponad 95% mieszka na Zakarpaciu. Region ten, nazywany przez Węgrów Kárpátalja, należał do Królestwa Węgier przez około 700 lat, aż do 1919 roku, kiedy został przyłączony do Czechosłowacji na mocy Traktatu z Trianon. Węgrzy nigdy nie stanowili większości na Zakarpaciu – przed 1919 rokiem ich udział w ludności regionu wynosił około 30%, po czym spadł do 15% i utrzymuje się na mniej więcej stabilnym poziomie.

Jeśli spojrzymy na mapę etniczno-językową obwodu zakarpackiego, z pewnością zauważymy, że zdecydowana większość Węgrów mieszka w wąskim pasie, ciągnącym się wzdłuż granicy ukraińsko-węgierskiej (i częściowo ukraińsko-rumuńskiej). Powstaje pytanie – dlaczego granica została wytyczona właśnie w taki sposób, czy nie lepiej byłoby przesunąć ją o kilkanaście kilometrów na północ, by lepiej odpowiadała lokalnym podziałom etnicznym? Nie wiem, ile w tym prawdy, ale podobno granica została poprowadzona w taki sposób, by linia kolejowa Czop-Rachów znalazła się w granicach Czechosłowacji. Całkiem możliwe, że 100 lat temu miała ona pewne znaczenie strategiczne, natomiast obecnie jeździ po niej zaledwie kilka pociągów dziennie, a część jest zamknięta, ponieważ dwukrotnie przekracza granicę ukraińsko-rumuńską. Granica jednak została, dzięki czemu mamy na Ukrainie kilkadziesiąt prawie całkowicie węgierskich wsi. Ważnym skupiskiem ludności węgierskiej jest również miasto Berehowo (Beregszász), gdzie stanowią oni około połowy mieszkańców, kilka tysięcy mieszka również w największych miastach Zakarpacia – Użhorodzie (Ungvár) i Mukaczewie (Munkács). Zdecydowana większość ukraińskich Węgrów mieszka jednak na wsi, w pewnej izolacji od reszty ukraińskiego społeczeństwa, które wynika przede wszystkim z odmienności językowej.

Etnos0

Etniczna mapa Zakarpacia (stan 2001 r.)

   Ukraińcy (w tym Rusini)
   Węgrzy
   Rumuni
   mieszana ludność ukraińsko-rosyjska

Zakarpaccy Węgrzy mówią po węgiersku. Często tylko po węgiersku. Osoby mieszkające w miastach zwykle znają ukraiński i/lub rosyjski na poziomie co najmniej komunikatywnym, ale na terenach wiejskich sytuacja wygląda zupełnie inaczej. W węgierskich miejscowościach działają szkoły z węgierskim językiem nauczania. Oczywiście, uczęszczające do nich dzieci muszą się uczyć języka ukraińskiego, ale zwykle niezbyt wiele z tych lekcji wynoszą. Na Ukrainie nie ma szkolnego programu nauczania języka ukraińskiego dla dzieci, które tego języka nie rozumieją. Podręczniki napisane zostały z myślą o dzieciach, które już znają (lub przynamniej rozumieją) ukraiński. Być może sprawdza się to w nauczaniu dzieci rosyjskojęzycznych, ale mali Węgrzy przychodzą na lekcje języka ukraińskiego w pierwszej klasie zdezorientowani – i zwykle tak już zostaje do samego końca szkoły. Nie pomaga również postawa nauczycieli, którzy zakładają, że „Madziarzy i tak się nie nauczą”. Pozwala się więc uczniom na ukończenie szkoły średniej z praktycznie zerową znajomością języka urzędowego, ale nie mają oni szans na pomyślne zdanie ukraińskiego odpowiednika matury. Co prawda w Berehowie działa Zakarpacki Instytut Węgierski, w którym można zdobyć wykształcenie wyższe w języku węgierskim, ale… no właśnie, najpierw trzeba zdać maturę. Dla tych, którzy zupełnie nie dają sobie rady z językiem ukraińskim, stworzono furtkę – studia nieatestowane przez władze ukraińskie, które pozwalają jednak na uzyskanie dyplomu uczelni węgierskiej. Wciąż jednak odsetek osób posiadających wykształcenie wyższe wśród ukraińskich Węgrów nie przekracza 10%. Problem polega jednak nie tylko na braku dyplomu, gdyż osobie nieznającej języka ukraińskiego trudno jest znaleźć jakąkolwiek pracę nawet w Użhorodzie, nie mówiąc o wyjeździe do innych regionów.

Mój przyjaciel, który urodził się i dorastał w jednej z węgierskich wiosek na Zakarpaciu, do siódmego roku życia w ogóle nie zdawał sobie sprawy z tego, że mieszka na Ukrainie. W domu mówiło się po węgiersku, oglądało się węgierską telewizję i słuchało węgierskiej muzyki. A później rodzice postanowili wysłać go do klasy z ukraińskim językiem nauczania. Chłopak nauczył się rozmawiać po ukraińsku dość biegle, ale z całkowitym pominięciem ukraińskiej gramatyki, w związku z czym trzykrotnie nie zdał matury pomimo bardzo dobrych wyników z innych przedmiotów. Marzył o zostaniu nauczycielem, ale jedyną opcją, pozwalającą na zarobie na życie, było podpisanie kontraktu z ukraińską armią, obecnie więc walczy Donbasie. W tym przypadku zawiniła najprawdopodobniej szkoła, która nawet nie próbowała nauczyć węgierskich uczniów poprawnego posługiwania się językiem ukraińskim. Znam też jednak osoby, które świadomie rezygnują z uczenia swoich dzieci ukraińskiego. Kilka lat temu poznałam małżeństwo z trójką dzieci, mieszkające w miasteczku, w którym Węgrzy stanowią co najwyżej 20% ludności. Ona jest Węgierką, ale dość dobrze zna ukraiński i rosyjski, on ma mieszane pochodzenie i w dzieciństwie mówił tylko po ukraińsku, ale w pewnym momencie swojego życia postanowił powrócić do węgierskich korzeni i stał się nacjonalistą. Ich córki nie znają języka ukraińskiego. Najpierw było mi trudno w to uwierzyć – w końcu mieszkają w ukraińskojęzycznym środowisku, ciągle słyszą ten język na ulicach swojego miasteczka. Okazuje się, że jest to jednak możliwe, ponieważ Węgrzy preferują życie w swojej własnej społeczności i stosunkowo rzadko kontaktują się z Ukraińcami. Moi znajomi argumentowali, że trzeba chronić węgierską tożsamość, że dzieci z małżeństw mieszanych zwykle słabo znają węgierski i czują się Ukraińcami… Ale moim zdaniem po prostu pozbawili swoje dzieci możliwości wyboru. Oczywiście, nigdy nie jest za późno na naukę języka, ale ukraiński jest dla Węgra sporym wyzwaniem ze względu na istnienie rodzaju gramatycznego (którego brak w węgierskim) oraz dość skomplikowaną fleksję.

Jednym z najbardziej wyrazistych przejawów odrębności Węgrów na Zakarpaciu jest to, że nie posługują się oni czasem kijowskim (wschodnioeuropejskim), lecz węgierskim (środkowoeuropejskim). Czasem zdarza się, że Ukraińcy również preferują czas „miejscowy” (różniący się od oficjalnego o godzinę), ale wiele sklepów podaje inne godziny otwarcia i zamknięcia po ukraińsku i po węgiersku. Na tabliczkach z godzinami pracy instytucji publicznych często można zobaczyć dopisek „к.ч.” – czyli „czas kijowski”. Pytając o czas odjazdu pociągu lub autobusu w rejonach węgierskojęzycznych również warto sprecyzować, według jakiego czasu udzielono nam odpowiedzi. Z mojego punktu widzenia „czas miejscowy” to straszne utrudnianie sobie życia na własną prośbę, ale dla tych ludzi jest to coś oczywistego. Dla nich Kijów jest dalekim i obcym miastem, natomiast Budapeszt jest o wiele bliżej zarówno geograficznie, jak też mentalnie.

Większość zakarpackich Węgrów, których znam osobiście, nie marzy jednak o przeprowadzce na Węgry. Prawie wszyscy mają węgierskie paszporty, ponieważ kilka lat temu Węgry wprowadziły uproszczoną procedurę przyznawania obywatelstwa osobom posiadającym węgierskie pochodzenie. Często przekraczają granicę, używają węgierskich paszportów do podróżowania po Europie, korzystają z programów kulturalnych i edukacyjnych organizowanych przez węgierski rząd, ale nadal mieszkają na Zakarpaciu i często czują swoją odrębność również od mieszkańców Węgier. Moim zdaniem wynika to z wieloletniej izolacji w ramach Związku Radzieckiego. W ciągu tych kilkudziesięciu lat, kiedy przekraczanie granicy było bardzo utrudnione, pomiędzy ludźmi powstała pewna przepaść. Moja nauczycielka węgierskiego twierdzi, że Węgry za bardzo się „zeuropeizowały”, że Węgrzy zbyt liberalnie wychowują swoje dzieci i że to już jest zupełnie inny naród. Odnoszę wrażenie, że ci ludzie (a zwłaszcza starsze pokolenia) czują się bardzo związani właśnie z Zakarpaciem, ze swoim małym, przytulnym światem, w którym czas płynie znacznie wolniej, niż we współczesnych węgierskich miastach. Tam nie byliby już „u siebie”.

Pomimo bariery językowej, dzielącej Ukraińców i Węgrów, kilka stuleci wspólnego życia doprowadziło jednak do wzajemnego przenikania się języków. Ukraińcy z Zakarpacia dość często używają zapożyczeń z węgierskiego, które są całkowicie niezrozumiałe dla osób z innych regionów:

крумплі [krumpli] = ziemniaki (węg. krumpli, ukr. картопля [kartoplia])

парадичка [paradyczka] = pomidor (węg. paradicsom, ukr. помідор [pomidor])

мачка [maczka] = kot (węg. macska, ukr. кіт [kit]) (to słowo występuje również w niektórych językach słowiańskich, ale na Zakarpacie trafiło prawdopodobnie właśnie za pośrednictwem węgierskiego)

варош [warosz] = miasto (węg. város, ukr. місто [misto])

Również zakarpaccy Węgrzy zapożyczyli nieco słów z języka ukraińskiego:

bulocska = bułka (węg. zsemle, ukr. булочка [bułoczka])

konvert = koperta (węg. boríték, ukr. конверт [konwert])

dovidka/spravka = zaświadczenie (węg. igazolás, ukr. довідка [dowidka], ros. справка [sprawka]) (rosyjskie zapożyczenie prawdopodobnie wzięło się stąd, że sami Ukraińcy bardzo często używają rosyjskiego wariantu)

elektricska = pociąg podmiejski (ukr. електричка [elektryczka]). Po węgiersku można powiedzieć po prostu „vonat”, czyli pociąg, ale w świadomości Ukraińców „elektryczka” pociągiem nie jest, a Węgrzy musieli się do tego jakoś dostosować.

W dzisiejszym artykule język większości ludności Zakarpacia nazywałam ukraińskim, żeby zbytnio nie komplikować tej kwestii. Rzeczywistość językowa tego pięknego regionu jest jednak o wiele bardziej złożona. Wielu językoznawców twierdzi, że język, którym posługują się słowiańscy mieszkańcy Zakarpacia wcale nie jest dialektem ukraińskiego, lecz odrębnym językiem – rusińskim. Temu zagadnieniu poświęcę mój kolejny artykuł już za kilka tygodni.

Jałta nad Morzem Azowskim i turkijski język Greków – czyli kilka słów o mniejszości greckiej na Ukrainie

grecyukrainaLudność Ukrainy charakteryzuje się dość znaczną różnorodnością etniczną i językową. W swoich kolejnych artykułach postaram się przybliżyć czytelnikom niektóre z mniejszości narodowych i językowych, zamieszkujących ten kraj. Zacznę dziś od Greków, ponieważ mieszkam w regionie, w którym stanowią oni sporą i dobrze zorganizowaną mniejszość, a od września 2015 roku studiuję filologię nowogrecką na Mariupolskim Uniwersytecie Państwowym, który jako jedyny uniwersytet w Europie (poza Grecją i Cyprem rzecz jasna) posiada odrębny Wydział Filologii Greckiej. W Mariupolu – mieście stanowiącym największe skupisko Greków na Ukrainie, działa również grecki konsulat, kilka greckich organizacji kulturalnych… Na pierwszy rzut oka wszystko to wygląda logicznie: region z dużą mniejszością grecką, organizacje pozarządowe i uczelnia dbające o zachowanie języka i kultury tej mniejszości… Ale czy na pewno? Okazuje się, że w rzeczywistości jest to o wiele bardziej skomplikowane.

Zacznijmy od tego, kim właściwie są ukraińscy Grecy i dlaczego mieszkają właśnie w okolicach Mariupola. Według oficjalnych danych, na Ukrainie zamieszkuje 91 tysięcy Greków, w tym ponad 77 tysięcy w obwodzie donieckim. Nazywani są oni „Grekami Przyazowia”, ponieważ zdecydowana ich większość mieszka właśnie w miejscowościach położonych wzdłuż wybrzeża Morza Azowskiego. Pierwsi Grecy przybyli do tego regionu z Krymu po wojnie rosyjsko-tureckiej w 1774 roku. Historycy nadal spierają się co do tego, na ile to przesiedlenie było dobrowolne, a na ile wymuszone przez carycę Katarzynę II. Grecy uzyskali od rosyjskich władz wiele przywilejów, ale musieli opuścić ziemie swoich przodków i zamieszkać na terenach, które w owych czasach były bardzo słabo zaludnione. Przyglądając się mapie azowskiego wybrzeża i okolic można dostrzec wiele „krymskich” nazw miejscowości: Jałta, Urzuf, Stary Krym, Chersones… Zostały one założone właśnie przez Greków, którzy w ten sposób pragnęli zachować pamięć o swoich rodzinnych stronach. Również nazwa samego Mariupola, chociaż nie ma swojego odpowiednika na Krymie, ma greckie pochodzenie.

Skoro jednak już wiemy, że Grecy nie przybyli na terytorium obecnej Ukrainy bezpośrednio z Grecji, lecz z Krymu, na którym mieszkali od wieków, logicznie dochodzimy do kolejnego pytania: jakim językiem się oni posługiwali? Otóż były to dwa języki, diametralnie różniące się od siebie nawzajem: rumejski i urumski. Rumejski (w angielskich źródłach często nazywany jest po prostu „Mariupol Greek”) jest dialektem pontyjskiego greckiego, czyli odmiany języka greckiego używanej przez Greków zamieszkujących w basenie Morza Czarnego. Natomiast urumski jest w zasadzie dialektem języka krymskotatarskiego, czyli należy do grupy języków turkijskich. Samo określenie „Urumowie” jest pochodzenia tureckiego i oznaczało prawosławną, grecką ludność Imperium Osmańskiego. Dlaczego Grecy posługiwali się językiem turkijskim? Legenda głosi, że Urumowie zostali postawieni przez muzułmańskie władze przed wyborem: język lub religia. Wyrzekli się więc swego języka, lecz pozostali prawosławnymi chrześcijanami. Całkiem jednak możliwe, że było na odwrót: Urumowie mogą być potomkami Tatarów, którzy przeszli na prawosławie, a w związku z tym zaczęli uważać się za Greków. Wydaje mi się to bardziej prawdopodobne, tym bardziej, że Urumowie różnią się od Rumejów nawet wyglądem – jest wśród nich sporo osób o typowo „tatarskich” rysach twarzy. Po przesiedleniu nad Morze Azowskie Rumejowie i Urumowie osiedlali się w odrębnych wioskach, natomiast Mariupol został założony przez przedstawicieli obu grup etnicznych.

W miarę upływu czasu i rozwoju przemysłu, region ten stawał się coraz bardziej wielokulturowy, Grecy stali się mniejszością i stopniowo asymilowali się z rosyjskojęzyczną większością. Pewną poprawę mogła przynieść polityka „korienizacji” (zakładająca troskę o wszystkie grupy etniczne, zamieszkujące ZSRR oraz o ich języki), prowadzona przez władze radzieckie w latach 1923-1929. Stworzono wówczas uproszczony wariant alfabetu greckiego, służący do zapisu języka rumejskiego, założono szkoły z greckim językiem nauczania. W praktyce jednak działania te nie były do końca przemyślane. Ani nauczyciele, ani tym bardziej uczniowie nie rozumieli treści podręczników napisanych w języku nowogreckim, jedynie częściowo zrozumiałym dla Rumejów i całkowicie obcym dla Urumów. Wkrótce zakończył się również ten krótki okres „tolerancji językowej” w ZSRR, a Grecy – zwłaszcza Urumowie, których ze względów językowych kojarzono z Tatarami Krymskimi – często byli ofiarami represji. Niestety, doprowadziło to do praktycznego wymarcia obu języków. Żaden z nich nie jest oficjalnie uznany za wymarły: oba nadal badane są przez językoznawców, wydawane są słowniki, można znaleźć przykłady poezji i prozy tworzonej po rumejsku i urumsku (zwykle zapisywane cyrylicą). Ale nie ma już ani jednej wioski, w której można byłoby usłyszeć żywe języki miejscowych Greków. Czytałam niedawno artykuł, napisany około 10 lat temu, autor którego już wtedy stwierdził, że językami tymi w miarę swobodnie posługiwały się jedynie osoby powyżej osiemdziesiątego roku życia. To samo wynika z obserwacji moich znajomych, pochodzących z tradycyjnie greckich wiosek. Po rumejsku lub urumsku mówiło pokolenie ich pradziadków, dziadkowie wciąż jeszcze używali pewnych słów i wyrażeń, natomiast pokolenie ich rodziców i oni sami są już całkowicie rosyjskojęzyczni, chociaż zachowują poczucie pewnej odrębności etnicznej i kulturowej.

Po zdobyciu przez Ukrainę niepodległości rozpoczęło się odrodzenie kulturalne Greków, o przejawach którego wspomniałam na początku artykułu. Niektórzy greccy działacze są jednak rozgoryczeni tym, że językiem tego odrodzenia jest standardowy język nowogrecki, który niewiele ma wspólnego z językami ich przodków. Nawet z prawnego punktu widzenia rumejski i urumski niejako nie istnieją. W trakcie spisu ludności oba zapisywane były po prostu jako „grecki” (nie ma więc żadnych wiarygodnych danych dotyczących ilości użytkowników każdego z nich), a na liście języków, które mogą uzyskać status języka regionalnego na Ukrainie figuruje wyłącznie nowogrecki. Z jednej strony, podchodząc do tej kwestii zdroworozsądkowo, muszę przyznać, że nie ma większego sensu nauczanie de facto wymarłych języków, które – poza nielicznymi próbami i eksperymentami – nigdy nie miały własnej literatury i istniały w zasadzie wyłącznie w formie ustnej. Z drugiej strony, nieco dziwi mnie to, że przez ponad rok studiowania filologii nowogreckiej nie dowiedziałam się od wykładowców absolutnie niczego o języku rumejskim i urumskim. Dla uczelni o wiele większe znaczenie ma współpraca międzynarodowa z Grecją i Cyprem, a każdy chętny (i posiadający trochę pieniędzy) student może wyjechać na staż do jednego z tych krajów, co oczywiście stanowi o wiele bardziej atrakcyjną perspektywę, niż nauka języków-zombie. Osoba, która nie jest zorientowana w temacie, może odnieść wrażenie, że kiedyś mieszkali tu Grecy, posługujący się językiem urzędowym Grecji, którzy następnie ulegli rusyfikacji, a teraz po prostu wracają do swych korzeni.

A jakie jest moje osobiste zdanie na ten temat? Muszę przyznać, że samo nawet czytanie o procesie wymierania języków wywołuje we mnie pewien smutek. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że jest on naturalnym skutkiem globalizacji, ze zdobyczy której bardzo chętnie korzystam, dlatego nie podejmę się jej krytykowania. Natomiast w następnym artykule opowiem o przypadku zgoła przeciwnym – o języku mniejszości narodowej, któremu udało się zachować na tyle mocną pozycję, że wielu jego użytkowników nie zna ani ukraińskiego, ani rosyjskiego.

Zobacz także…

Sytuacja językowa na Ukrainie – mity i rzeczywistość (część 1/2)

Sytuacja językowa na Ukrainie – mity i rzeczywistość (część 2/2)

Sytuacja językowa na Ukrainie – mity i rzeczywistość (część 2/2)

ukraina2W poprzedniej części mojego artykułu starałam się nieco wyjaśnić skomplikowane relacje, zachodzące pomiędzy językiem ukraińskim i rosyjskim na Ukrainie. Dziś przejdziemy do zagadnień praktycznych: którego języka łatwiej jest się nauczyć Polakowi, a który bardziej przyda w czasie podróży? Czy osoba ucząca się tylko rosyjskiego może czuć się komfortowo we Lwowie oraz czy znajomość języka ukraińskiego wystarczy, by porozumieć się z mieszkańcami Ukrainy Wschodniej?

4. Polakowi łatwiej jest się nauczyć języka ukraińskiego niż rosyjskiego częściowo prawda.

Ponieważ ukraiński jest bliżej spokrewniony z polskim, niż rosyjski, Polak może rozpocząć naukę tego pierwszego, mając bonus w postaci całkiem niezłej biernej znajomości. Kilka miesięcy temu spotkałam dziewczynę ze Wschodu Ukrainy, która oczywiście na co dzień mówiła po rosyjsku, ale z nowo poznanym polskim chłopakiem rozmawiała po ukraińsku, bo wtedy on o wiele lepiej ją rozumiał. Ale uwzględniając stopień powszechności obu języków i ilość dostępnych materiałów do jego nauki, łatwiej jest jednak rozpocząć od rosyjskiego. Sprawdza się tutaj zasada, iż nauka języka, bardzo „popularnego” w pewnym regionie świata, może otworzyć nam drzwi do kolejnych, mniej znanych języków z owego regionu. I tu dochodzimy do kolejnego zagadnienia…

5. Rosyjski jest użyteczniejszy od ukraińskiegoprawda.

Po rosyjsku powinniśmy być w stanie się porozumieć we wszystkich krajach byłego ZSRR, w których znajomość angielskiego za bardzo nam nie pomoże, zwłaszcza po opuszczeniu większych miast. Ale nawet pozostając na samej tylko Ukrainie, w wielu regionach, bez znajomości rosyjskiego, możemy mieć problemy ze zrozumieniem mieszkańców. Faktem pozostaje również to, że rosyjski jest językiem bardziej uniwersalnym, co oczywiście spowodowane jest jego dominującą pozycją w czasach radzieckich. Nawet studiując politologię we Lwowie, czyli w najbardziej „antyrosyjskim” mieście współczesnej Ukrainy, wiele podręczników i źródeł czytałam w języku rosyjskim, bo po prostu nie zostały jeszcze przetłumaczone na język ukraiński. Problem ten jest jeszcze poważniejszy, jeżeli chodzi o nauki ścisłe i techniczne. Widać w tej kwestii pewien postęp i ukraiński stopniowo staje się językiem używanym (lub co najmniej możliwym do użycia) we wszystkich sferach życia, w przeciwieństwie do białoruskiego, który niestety nadal nie wykształcił swojego zasobu słownictwa naukowego i technicznego. Co nie zmienia faktu, iż znajomość rosyjskiego daje nam dostęp do większej liczby prac naukowych, w tym również tych dotyczących językoznawstwa.
Wcale nie oznacza to jednak, iż nie warto się uczyć ukraińskiego. Ukraińcy (nawet ci, którzy sami mają problemy z poprawnym wysławianiem się po ukraińsku) bardzo pozytywnie reagują na obcokrajowców podejmujących jakiekolwiek próby nauczenia się ich języka. Osobiście uważam również, że warto uczyć się – i w ten sposób wspierać – języki, niecieszące się ogromną popularnością. Tak naprawdę wyłącznie z tego powodu nauczyłam się języka białoruskiego. Ale jeżeli decydujemy się na naukę języka ukraińskiego z pominięciem rosyjskiego, to musimy zdawać sobie sprawę z tego, z jakich pobudek to robimy, jak również z tego, że nie wszędzie na Ukrainie będziemy się w stanie dogadać z miejscowymi, przez co nasza wiedza o kraju, jego kulturze i mieszkańcach zawsze będzie w pewien sposób niepełna.

6. Kwestie językowe są powodem wojny na Ukrainie, więc lepiej nie mówić po rosyjsku we Lwowie, ani po ukraińsku w Charkowie, bo może to się źle skończyćfałsz.

Nie zagłębiając się za bardzo w niuanse ukraińskiej polityki, język tak naprawdę nigdy nie był problemem sam w sobie – problemem było tylko używanie języka jako „tematu zastępczego” przez ukraińskich polityków oraz pielęgnowanie szkodliwych stereotypów. Na przykład, bardzo popularny we wschodnich regionach Ukrainy stereotyp głosi, iż mówienie po rosyjsku we Lwowie to taki oryginalny sposób na popełnienie samobójstwa. W rzeczywistości we Lwowie mieszka kilka procent etnicznych Rosjan, nadal mówiących po rosyjsku, bardzo dużo jest również rosyjskojęzycznych turystów. O ile nie mówisz po rosyjsku z idealnym moskiewskim akcentem i nie zapuszczasz się w środku nocy do specyficznych dzielnic daleko od centrum, nic złego Cię nie spotka, jeśli będziesz próbował praktykować swój rosyjski we Lwowie. Nie zmienia to faktu, że wiele osób jest bardzo niechętnie nastawionych do wszystkiego, co rosyjskie, ale raczej nigdy nie okazują tego turystom. Polski jest we Lwowie powszechnie rozumiany i o wiele milej widziany, ale domyślam się, że jadąc za granicę wolisz skorzystać z możliwości poćwiczenia języka obcego..
Na Wschodzie Ukrainy ludzie są ogólnie bardzo tolerancyjni i raczej nie przejawiają żadnych emocji, związanych z językiem, o ile nie starasz się im wmówić, że powinni rozmawiać wyłącznie po ukraińsku. Można bez obaw używać języka ukraińskiego we wschodnich regionach Ukrainy, ale nie ma gwarancji, że ludzie (zwłaszcza ze starszego pokolenia) będą odpowiadać również po ukraińsku. Rzecz w tym, iż dla Ukraińca „oczywistą oczywistością” jest to, że skoro mówisz po ukraińsku, to na pewno znasz też rosyjski. Więc jeśli łatwiej jest mu mówić po rosyjsku, to nie widzi powodu, dla którego miałby odpowiedzieć Ci po ukraińsku. Obecnie mieszkam w Mariupolu (obwód doniecki) i całkiem często zdarza mi się mówić po ukraińsku w miejscach publicznych – ani razu nie spotkałam się z żadną negatywną reakcją, ale 90% odpowiedzi jest w języku rosyjskim. Podkreślam, że to co piszę dotyczy terenów kontrolowanych przez rząd ukraiński. Nieco inaczej może to wyglądać w nieuznawanych „republikach ludowych”, gdzie od dwóch lat ludzi systematycznie zastrasza się „faszystowską kijowską juntą”, gotową do uśmiercenia każdego, kto mówi po rosyjsku. Latem 2014 roku zdarzyło mi się rozmawiać po ukraińsku w „Donieckiej Republice Ludowej” i wyszłam z tego bez szwanku, ale na razie ogólnie odradzałabym wycieczki w te tereny, dopóki sytuacja chociaż trochę się nie ustabilizuje. Natomiast podróżowanie do pozostałych regionów Ukrainy (w tym nawet do części Donbasu kontrolowanej przez władze ukraińskie) uważam za całkowicie bezpieczne, niezależnie od używanego języka, i jak najbardziej do tego zachęcam!


Zobacz również:

Sytuacja językowa na Ukrainie – mity i rzeczywistość (część 1/2)

Czy i kiedy opłaca się uczyć ukraińskiego?

Język rosyjski na Ukrainie

Lwowiaki nie mówią, ino bałakają – czyli o języku polskim na Ukrainie

Szwedzi na Ukrainie? Od osiemnastego wieku?!

Przewodnik po różnych rodzajach cyrylicy – języki słowiańskie

Sytuacja językowa na Ukrainie – mity i rzeczywistość (część 1/2)

ukraina1Jako osoba mieszkająca na Ukrainie od ponad siedmiu lat, a już od roku także ukraińska obywatelka, często spotykam się z pytaniami Polaków, którzy interesują się tym krajem, chcieliby go poznać i zwiedzić, nie ograniczając się do standardowej „wycieczki nostalgicznej” do Lwowa z ewentualnym wypadem do Kamieńca Podolskiego. Pragnieniu poznania kraju i jego kultury bardzo często towarzyszy chęć nauki języka… Ale no właśnie? Którego języka? Zagadnienie użyteczności języka ukraińskiego poruszył już w roku 2011 Karol w artykule pt.: Czy i kiedy opłaca się uczyć ukraińskiego?, ale ponieważ od tego czasu upłynęło całkiem sporo wody w Dnieprze, a sytuacja na Ukrainie znacznie się zmieniła (niestety nie na lepsze), uważam, że warto powrócić do tego tematu. W serii swoich artykułów planuję poruszyć wiele zagadnień związanych z językami, używanymi na Ukrainie – również z tymi rzadziej spotykanymi, takimi jak krymskotatarski, urumski, rumejski, karaimski czy gagauski – ale dzisiaj postaram się zmierzyć z najczęściej spotykanymi wśród Polaków (i nie tylko) przekonaniami dotyczącymi sytuacji językowej na Ukrainie.

1. Na Ukrainie obowiązują dwa języki urzędowe: ukraiński i rosyjski fałsz.

Zgodnie z ukraińską konstytucją, jedynym językiem urzędowym Ukrainy jest ukraiński, więc zmiana tego przepisu wymagałaby zgodności zdecydowanej większości ukraińskiej sceny politycznej, czytaj: jest niemożliwa. Od 2012 roku obowiązuje jednak ustawa o językach regionalnych, gwarantująca prawo do używania na poziomie lokalnym języków, którymi posługuje się co najmniej 10% mieszkańców pewnej jednostki administracyjnej (może to być pojedyncza wioska, a może to być cały obwód – odpowiednik polskiego województwa). Ustawa od samego początku wzbudzała ogromne kontrowersje, po zwycięstwie Euromajdanu nowa ekipa rządząca próbowała ją anulować, ale ostatecznie prawo obowiązuje do tej pory. Co tak naprawdę zmieniło ono na Ukrainie? Niewiele. Obwody południowo-wschodnie nadały językowi rosyjskiemu status regionalnego, obwody zachodnie ogłosiły, że ustawa u nich nie obowiązuje, a w rzeczywistości wszystko zostało po staremu. W regionach wschodnich przez wszystkie lata od ogłoszenia niepodległości przez Ukrainę rosyjski był w powszechnym użyciu, wiele dokumentów sporządzano po rosyjsku nawet wtedy, kiedy oficjalnie jeszcze nie było mowy o językach regionalnych, a w wielu miastach zdecydowana większość szkół prowadziła nauczanie w języku rosyjskim. To samo dotyczy prasy, radia, telewizji i rynku wydawniczego. Pozytywne skutki wprowadzenia ustawy o językach regionalnych można natomiast zaobserwować w regionach takich jak Zakarpacie i Bukowina, gdzie usankcjonowano status języka węgierskiego oraz rumuńskiego / mołdawskiego, ale to już temat na osobny artykuł. Co pewien czas powraca kwestia nadania rosyjskiemu statusu drugiego języka urzędowego, ale jak już wspomniałam, jest to raczej niemożliwe ze względu na specyfikę ukraińskiej sceny politycznej.

2. Większość ludności Ukrainy rozmawia na co dzień po ukraińsku być może prawda, ale tak naprawdę to tego nie wie nikt.

Jest to po prostu niemożliwe do sprawdzenia. Jeżeli chodzi o wyniki spisu ludności z 2001 roku, na którym prawie 70% ludności Ukrainy zadeklarowało ukraiński jako swój język ojczysty – dane te mogą być przydatne co najwyżej w analizie tożsamości narodowej i językowej obywateli Ukrainy, ale na pewno nierzeczywistej sytuacji językowej. Jeszcze w ZSRR przyjęło się, że „język ojczysty” to tyle, co „język mojego narodu / grupy etnicznej”. Dlatego osoba o wyraźnie ukraińskiej tożsamości narodowej prawdopodobnie zadeklaruje język ukraiński jako swój ojczysty, nawet jeśli w domu rozmawia raczej po rosyjsku. Wyniki mogłyby być zupełnie inne, gdyby na spisie powszechnym pytano o język używany w domu, jednak nadal utrzymuję, że nie da się do końca określić, który z języków: ukraiński czy rosyjski, jest częściej używany na Ukrainie. Istnieje ku temu kilka powodów:

1) Spora część ludności posługuje się surżykiem, czyli mieszanką języka ukraińskiego i rosyjskiego. Surżyk nie jest zjawiskiem jednolitym ani w żaden sposób skodyfikowanym, a u niektórych użytkowników mieszanka jest na tyle „idealna”, że nie sposób określić, do którego z języków jest jej bliżej.

2) Wiele osób używa obu języków nawet we własnym domu. Osobiście znam kilka rodzin, w których jedno z rodziców rozmawia po rosyjsku, drugie po ukraińsku, a dzieci starają się jakoś wybrnąć z tej sytuacji (zwykle za pomocą surżyka). Tydzień temu w jednej z kijowskich kawiarni miałam okazję do obserwowania dwóch dziewczyn, z których jedna mówiła po ukraińsku, a druga po rosyjsku i tak sobie rozmawiały na różne tematy przez ponad godzinę, wcale nie myląc języków. Osobiście podziwiam takie osoby, bo ja automatycznie „przełączam się” na język rozmówcy, nawet tego nie zauważając.

3) W kraju takim jak Ukraina, w którym język rozpatrywany jest w pewnym stopniu jako kwestia polityczna, zawsze znajdzie się grono osób, które nawet odpowiadając na konkretne pytanie o język używany w domu, pragną nieco poprawić rzeczywistość i zadeklarują ukraiński, chociaż niekoniecznie jest to zgodne z prawdą.

Podsumowując, liczba osób mówiących po ukraińsku i po rosyjsku na Ukrainie jest mniej więcej jednakowa, a jeżeli obecnie istnieje pewna przewaga języka ukraińskiego, to jest ona związana wyłącznie z tym, iż część ukraińskiego terytorium o największym odsetku ludności rosyjskojęzycznej (czyli Krym i Donbas) nie jest kontrolowana przez rząd ukraiński. Nadal jest to jednak prawie niemożliwe do obiektywnego zmierzenia.

3. Ukraiński jest dialektem języka rosyjskiego / jest do niego bardzo podobny fałsz.

Na szczęście, z tym pierwszym stwierdzeniem spotykam się dość rzadko, bo większość osób rozumie już, że choćby ze względu na poprawność polityczną należy uszanować odrębność każdego narzecza, uważanego za odrębny język przez jego użytkowników. Ale jak to jest, jeśli odrzucimy poprawność polityczną i spróbujemy podejść do tego zagadnienia tylko lingwistycznie? Najczęściej przyjmowanym kryterium odróżniającym język od dialektu jest wzajemna zrozumiałość. Jednak tutaj znowu mamy problem – jak widzicie, na Ukrainie nic nie jest oczywiste! Nie da się zbadać zrozumiałości języka rosyjskiego dla Ukraińców z tego prostego względu, że prawie wszyscy Ukraińcy znają rosyjski. Nawet najbardziej zawzięty lwowski nacjonalista doskonale rozumie język rosyjski, a w domowym zaciszu prawdopodobnie ogląda filmy i czyta książki w rosyjskim tłumaczeniu, bo jest je o wiele łatwiej znaleźć, niż ich ukraińskie odpowiedniki. Wśród młodego pokolenia na Ukrainie Zachodniej jest co raz więcej osób, które nie mają zielonego pojęcia o rosyjskiej ortografii, ponieważ nigdy nie uczyły się rosyjskiego w szkole, ale ze względu na wpływy kulturowe nadal doskonale rozumieją rosyjski, a jak trzeba będzie, to nawet coś powiedzą w tym języku. Ale w drugą stronę to już nie działa – Rosjanin, mieszkający w Rosji, który nigdy nie przebywał w ukraińskojęzycznym środowisku, będzie miał spore problemy ze zrozumieniem języka ukraińskiego, zwłaszcza mówionego.

Dla wielu osób zaskoczeniem może być fakt, iż język ukraiński jest bardziej podobny do… polskiego, niż do rosyjskiego. Przynajmniej pod względem słownictwa. Według badań, język ukraiński jest najbardziej podobny do białoruskiego, z którym dzieli 84% słownictwa. Języki te są faktycznie prawie całkowicie wzajemnie zrozumiałe, co sprawdziłam wraz z moją koleżanką z Białorusi, która będąc przez kilka dni we Lwowie rozmawiała wyłącznie po białorusku i nikt nie miał problemu z jej zrozumieniem. Jedynym wyjątkiem było białoruskie słowo гарбата (harbata – czyli herbata), zapożyczone bezpośrednio z polskiego i niezrozumiałe dla Ukraińców, używających bardziej międzynarodowego słowa чай (czaj). Oczywiście, w rzeczywistości Ukraińcy i Białorusini zazwyczaj komunikują się między sobą po rosyjsku, przez co często nie zdają sobie nawet sprawy z podobieństwa swoich języków. Na drugim miejscu wśród „krewnych” języka ukraińskiego jest polski z 70% wspólnego słownictwa, następnie słowacki – 68%, a dopiero na czwartym miejscu rosyjski – 62%. Różnice wynikają przede wszystkim z tego, iż w języku rosyjskim występuje o wiele więcej zapożyczeń południowosłowiańskich, które trafiły do niego za pośrednictwem języka staro-cerkiewno-słowiańskiego, natomiast ukraiński zachował więcej słownictwa staroruskiego. To tyle, jeśli chodzi o słownictwo. Pod względem gramatyki i składni ukraiński  jako język wschodniosłowiański  jest bliższy rosyjskiemu niż polskiemu, ale tutaj też da się zauważyć pewne różnice. Na przykład, w języku ukraińskim nadal używany jest wołacz, który zaniknął w rosyjskim.

W następnej części artykułu spróbuję udzielić odpowiedzi na pytania nurtujące wiele osób zainteresowanych Ukrainą: którego z języków – ukraińskiego czy rosyjskiego – jest łatwiej się nauczyć? Który z nich jest bardziej użyteczny? Czy to prawda, że we Lwowie lepiej nie posługiwać się językiem rosyjskim?

Zobacz również:

Sytuacja językowa na Ukrainie – mity i rzeczywistość (część 2/2)

Czy i kiedy opłaca się uczyć ukraińskiego?

Język rosyjski na Ukrainie

Lwowiaki nie mówią, ino bałakają – czyli o języku polskim na Ukrainie

Szwedzi na Ukrainie? Od osiemnastego wieku?!

Przewodnik po różnych rodzajach cyrylicy – języki słowiańskie

Lwowiaki nie mówią ino bałakają – czyli o języku polskim na Ukrainie

Szkoła w Dołbyszu / Школа у Довбиші

Gazetka z okazji 11 listopada w dołbyskiej szkole (obwód żytomierski)

W związku z komentarzem zawartym pod artykułem o sytuacji języka rosyjskiego na Ukrainie postanowiłem chwilowo pozostać myślami za wschodnią granicą naszego państwa i sięgnąć po nowy temat osadzony we wspomnianym wyżej obszarze. W pewnym sensie będzie to nawet połączenie wątku ukraińskiego z rozpoczętym równie niedawno polskim wątkiem dialektalnym. Mowa oczywiście o naszej mowie na Kresach, a zwłaszcza ich południowej części. Z różnych względów nie jest to temat prosty – pozorna bliskość zagadnienia i zabarwienie emocjonalne (jeden z moich dziadków urodził się we Lwowie i przez pewien czas mieszkał w miasteczku Skole w pobliżu Stryja) wcale nie ułatwia zadania rzetelnego podejścia do tematu. Tym niemniej myślę, że wielkim niedociągnięciem byłoby, gdyby Kresy nie znalazły na Woofli swojego miejca. Jak to więc z tymi Polakami w Ukrainie jest? I jak jest przede wszystkim z ich językiem?

Stosunkowo często możemy usłyszeć w mediach informacje na temat mniejszości polskiej na Litwie czy też na Białorusi, gdzie istnieją pojedyncze gminy, w których nasi rodacy stanowią nawet większość. O Ukrainie w tym kontekście mówi się niewiele – częściej wspomina się tak naprawdę trudną przeszłość polsko-ukraińską związaną z następstwami rzezi wołyńskiej oraz akcji „Wisła" poświęcając bardzo niewiele miejsca osobom, które pozostały za naszą wschodnią granicą i próbują utrzymać polską kulturę oraz język. Nie ma w tym nic dziwnego, biorąc pod uwagę tak naprawdę niewielki odsetek naszych rodaków zamieszkujących południowe Kresy.

Polaków na Ukrainie można, co ciekawe, w zasadzie podzielić na dwie odrębne grupy, które zamieszkują zupełnie oddzielne tereny i różnią się od siebie znacznie, przede wszystkim w kwestii, która nas najbardziej interesuje, czyli rzeczywistej znajomości języka polskiego. Podział pomiędzy nimi przebiega na rzece Zbrucz będącej w latach 1921-1939 granicą polsko-radziecką. Przeważnie myśląc o naszych rodakach na Ukrainie myślimy o resztkach populacji zamieszkującej niegdyś Galicję i Wołyń. Czas żeby głębiej się nad tym zastanowić.

Dziś przeważnie zapominamy o fakcie, że za wschodnią granicą II RP, głównie w okolicach Żytomierza pozostało ok. 1,5 miliona Polaków, którym nie było dane po wojnie polsko-radzieckiej świętować niepodległości i zmuszeni byli pogodzić się z faktem życia w granicach, jeszcze nawet nie „bratniego", Związku Radzieckiego, co zaważyło na ich losach. Polacy w granicach międzywojennego ZSRR byli z jednej strony narodem podejrzanym, z drugiej natomiast ówczesna polityka władz była oficjalnie bardzo przychylna wszelkiego rodzaju mniejszościom narodowym. W szeregach WKP(b) znajdowało się zresztą wielu Polaków (ze słynnym Feliksem Dzierżyńskim na czele), którzy nie porzucili myśli o eksporcie rewolucji na zachód. Z ich inicjatywy właśnie na terenach leżących dziś w obrębie obwodu żytomierskiego powstał w 1925 tak zwany Polski Rejon Narodowy, potocznie nazywany Marchlewszczyzną, w którym nasi rodacy stanowili 70-80% mieszkańców. Historia tego tworu jest wielce kontrowersyjna, również dlatego, iż władze radzieckie robiły wiele, żeby zatrzeć jakiekolwiek wspomnienia po nim. Wraz z nasileniem represji stalinowskich Marchlewszczyznę zlikwidowano, a wielu jej mieszkańców przesiedlono do Kazachstanu. Nie przeszkodziło to jednak renesansowi polskiej świadomości narodowej po odzyskaniu niepodległości przez Ukrainę. W samym miasteczku Dołbysz (ukr. Довбиш), które pełniło w latach 1925-35 funkcję administracyjnego centrum rejonu szacuje się, iż ponad połowę mieszkańców stanowią osoby pochodzenia polskiego, z których wiele deklaruje polską narodowość. Podobne grupy można znaleźć w okolicach Żytomierza oraz w Chmielnickim (stanowią odpowiednio 3,5% oraz 1,6% liczby mieszkańców wspomnianych obwodów) – i to właśnie one, a nie Lwów, Tarnopol czy Iwano-Frankiwsk (dawniej Stanisławów) są obwodowymi miastami z największym odsetkiem Polaków na Ukrainie. Wieki rozłąki (wspomniane ziemie odpadły od Rzeczpospolitej w 1793 roku) z państwem polskim robią jednak swoje – mieszkańcy byłej Marchlewszczyzny uważają za swój język ojczysty głównie ukraiński bądź rosyjski, których zdecydowanie łatwiej jest im używać w codziennej komunikacji (każdemu kto chciałby obejrzeć reportaż lokalnej żytomierskiej telewizji o tamtejszych Polakach i przekonać się jakim językiem mówią polecam zerknąć choćby na chwilę tutaj – https://www.youtube.com/watch?v=W_Lczdhcqoo). Rola polskiego jest ograniczona do sfery sakralnej – to właśnie wiara rzymskokatolicka jest dla wielu miejscowych Polaków wyznacznikiem ich świadomości narodowej. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że od czasu wywalczenia przez Ukrainę niepodległości jest też on nauczany w niektórych szkołach i jego znajomość jako języka obcego jest coraz wyższa. Osobiście całkiem spodobał mi się film prezentujący szkołę w Dołbyszu, który znalazłem przypadkiem na YouTube – pozwala przybliżyć nieco tamtejsze realia i daje nadzieję zarówno dla rozwoju polskiej kultury w regionie jak i przyjaźni polsko-ukraińskiej.

Dwie największe skupiska Polaków na Ukrainie dzieli przeszło 400 kilometrów.

Dwie największe skupiska Polaków na Ukrainie dzieli przeszło 400 kilometrów.

Przenieśmy się teraz 400 kilometrów na zachód, do Galicji stanowiącej niegdyś jeden z najbardziej spolonizowanych regionów na Kresach (drugim była Wileńszczyzna, na Wołyniu Polacy nigdzie natomiast większości nie stanowili). Dziś obwód lwowski zamieszkuje oficjalnie zaledwie około 20 tysięcy osób deklarujących polską narodowość (według spisu powszechnego 2001), które stanowią poniżej 1% ogólnej populacji. Teoretycznie więc Polaka ciężej znaleźć tam niż na dalekiej Żytomierszczyźnie. Teoretycznie, bo w praktyce szansa na spotkanie we Lwowie starszej pani wracającej z lub właśnie udającej się do kościoła zadowolonej z samej możliwości zamienienia paru zdań po polsku jest dość spora – tyle jeśli chodzi o własne doświadczenia. Tak czy inaczej nie usłyszymy już lwowskiej gwary, z której kiedyś miasto słynęło. Próbki możemy obecnie usłyszeć jedynie w rozmaitych archiwach – w jednej z nich możemy usłyszeć, że „Lwowiaki nie mówią ino bałakają". Osoby, które znają ukraiński wiedzą, że czasownik балакати (trans. bałakaty) znaczy ni mniej ni więcej, a „gadać, mówić". Wspomniana przeze mnie próba gwary lwowskiej jest bardzo ciekawa – obfituje w rozmaite smaczki ukraińsko-niemieckie (te drugie ze względu na obecność w składzie monarchii habsburskiej, której atmosfery nie udało się przyćmić nawet ponuremu reżimowi komunistycznemu) i trochę szkoda, że zanikła.

Nie ma co się oszukiwać – Polaków w okolicy wcale nie ma tak dużo. Zdecydowana większość z tych, którzy przetrwali okupację radziecką, niemiecką oraz akcje pacyfikacyjne UPA została deportowana po wojnie do Polski w ramiach przymusowej wymiany ludnościowej pomiędzy PRL a Ukraińską SRR. Pozostały wyłącznie resztki skupione głównie w okolicach przejścia granicznego w Medyce – w rejonie mościskim (ukr. мостиський район), przez który przejeżdżają wszyscy podróżujący z Przemyśla do Lwowa, Polacy stanowią niemal 8% ludności (warto zaznaczyć, że nadal jest to jednak mniej niż 10%, przy których dany rejon może wprowadzić status języka regionalnego). Mniejsze skupiska ludności można znaleźć również w okolicach Sambora (ukr. Самбір) oraz Żółkwi (ukr. Жовква). Największą różnicą pomiędzy mniejszością w Galicji, a tą na Żytomierszczyźnie jest przede wszystkim stosunek do języka polskiego. O ile, jak już wspomniałem wcześniej, na wschodzie nasza mowa ojczysta stała się czymś na kształt rzadko używanego reliktu, o tyle w przypadku rejonu przygranicznego mamy faktycznie do czynienia z wsiami, w których większość mieszkańców rzeczywiście mówi po polsku. Rekordowy odsetek osób deklarujących język polski jako ojczysty odnotowano w 2001 roku we wsi Strzelczyska (ukr. Стрілецьке) – 97,7%. W związku z bliskością polskiej granicy (wieś od Medyki dzieli ok. 20 kilometrów) znacznie łatwiej jest pielęgnować język, który dla wielu osób z okolicy jest też szansą na lepsze życie. Bardzo prężnie działa też rzymskokatolicka parafia, która skupia osoby narodowości polskiej w trójkącie Strzelczyska-Czyżowice-Radenice (ukr. Стрілецьке-Чижевичі-Раденичі).

polski_trojkat

Trójkąt polskojęzycznych wsi w rejonie mościskim (Strzelczyska-Czyżowice-Radenice)

Możemy podsumować, iż sytuacja mniejszości polskiej na Ukrainie jest dość nietypowa. Dwa największe skupiska Polaków oddalone są od siebie o ponad 400 kilometrów, w każdym z nich jest też zupełnie inny stosunek do języka polskiego, obydwie społeczności działają od siebie zupełnie oddzielnie (jeszcze do niedawna Polacy na Żytomierszczyźnie byli kompletnie zapomniani nawet przez polskie władze) i musiały przez lata stawiać czoła reżimowi komunistycznemu. Wydawałoby się, że gorzej być nie może. Teraz jednak powoli wszystko się zmienia – powstają polskojęzyczne szkoły, a język polski coraz bardziej jest kojarzony z możliwością znalezienia lepszej pracy niż z językiem odwiecznego wroga (zupełnie jak u nas niemiecki) i ma szansę stać się jednym z elementów pomostu, który łączy nasze narody posiadające czasami tak odmienną wizję własnej przeszłości. Bo liczy się przede wszystkim przyszłość i wzajemny szacunek.

Podobne artykuły:
Język rosyjski na Ukrainie
Czy i kiedy opłaca się uczyć ukraińskiego?
Jak się nauczyć cyrylicy w 2 dni?
Języki regionalne Francji – oksytański
Jak się nauczyć rosyjskiego?

Język rosyjski na Ukrainie

598px-Discrimination_of_Ukrainian_languageDo napisania tego artykułu zbierałem się już od dwóch lat. Gdy pełną parą ruszyło Euro 2012, na Ukrainie stała się rzecz niebywała, która zwróciła uwagę osób zainteresowanych tamtejszą sytuacją językową. 5 czerwca Rada Najwyższa Ukrainy (ukr. Верховна Рада) przyjęła w pierwszym czytaniu projekt ustawy o językach regionalnych, który w znacznym stopniu poszerzył kompetencje języka rosyjskiego na południowo-wschodniej Ukrainie. Pytanie, jakie wtedy sobie zadawałem brzmiało: „Co to w praktyce będzie oznaczać dla rozwoju sytuacji lingwistycznej u naszego wschodniego sąsiada?" Dziś wiemy, że sytuacja na Ukrainie bardzo się skomplikowała – Krym stał się faktycznie częścią Rosji, na Donbasie trwa natomiast regularna wojna domowa. Daleko mi do stwierdzenia, że kwestia językowa jest główną przyczyną wybuchu konfliktu; odgrywa jednak bardzo istotną rolę w narodowej samoidentyfikacji mieszkańców. Uważam, że „Woofla" oprócz dyskusji na temat tego jak się uczyć języków powinna też zawierać czasem ambitniejsze artykuły na temat sytuacji lingwistycznej w rozmaitych zakątkach świata, dlatego serdecznie zapraszam do przeczytania oraz udziału w dyskusji.

Warto na początku nadmienić, że Ukraina pod względem językowym jest państwem bardzo niejednolitym, znacznie różniącym się od Polski, o czym pisałem już trzy lata temu przy okazji rozważań na temat tego czy warto się uczyć ukraińskiego. Mimo iż jedynym językiem urzędowym pozostaje właśnie ukraiński, to jego użycie w sferze komunikacji jest bardzo nierównomierne w zależności od miejsca zamieszkania. Śledząc dane zebrane podczas spisów powszechnych czy wszelkich badań opinii publicznych należy też odróżnić od siebie takie pojęcia jak „język ojczysty" (ukr. рідна мова) oraz „podstawowy język komunikacji (ukr. основна мова спілкування) – nie są one tożsame, co w przypadku naszych wschodnich sąsiadów (bo podobna sytuacja ma miejsce na Białorusi) ma ogromne znaczenie. Fakt uznania bowiem mowy ukraińskiej za ojczystą wcale nie implikuje używania tego języka w domu. Dodatkowo dochodzi kwestia tzw. surżyka. Surżyk (ukr. суржик) jest niezestandaryzowaną mieszanką rosyjskiego i ukraińskiego, która jest rozpowszechniona zwłaszcza w centralnej części kraju, gdzie granica pomiędzy obydwoma językami się zaciera i w zależności od przyjętych kryteriów można tą mieszankę przyporządkować każdemu z nich. Zwłaszcza nad Dnieprem surżyk pełni rolę swoistego języczka u wagi – wliczając go w obręb języka ukraińskiego możemy dowieść dominacji tegoż w regionie. Gdy uznamy, że surżyk jest bliższy rosyjskiemu możemy dojść do przykrych wniosków mówiących, że jedynym regionem, na którym ukraiński faktycznie dominuje jest Zachód. Dlatego analizując dane spisu powszechnego mówiące, że 67,5% mieszkańców Ukrainy uważa ukraiński za swój język ojczysty należy być bardzo ostrożnym i nie wyciągać pochopnych wniosków o jego zdecydowanej przewadze nad rosyjskim.

Ukraiński i rosyjski na Ukrainie

Język ojczysty na Ukrainie zgodnie ze spisem powszechnym 2001

KRYM
Powyższa mapa pokazuje lingwistyczną sytuację biorąc pod uwagę jedynie definicję „języka ojczystego". Nawet przy takich, bardzo optymistycznych, kryteriach widać, że są regiony, w jakich przewaga rosyjskiego jest zdecydowana. Za zdecydowanie rosyjski z językowego punktu widzenia można uznać Krym – region ten zresztą ze względu na swoją specyfikę (Rosjanie stanowią tu zdecydowaną większość) tuż po upadku ZSRR wywalczył sobie autonomiczny status w obrębie państwa ukraińskiego. Krym w ciągu ostatnich 25 lat żył w zasadzie własnym życiem – zwłaszcza Sewastopol będący symbolem rosyjskiego heroizmu w XIX i XX wieku, którego największą dumą była stacjonująca tam Rosyjska Flota Czarnomorska przypominał bardziej Rosję niż cokolwiek innego. Ostatnie wydarzenia natomiast tylko potwierdziły odrębność półwyspu od reszty państwa – i z jednej strony powinniśmy ubolewać nad łamaniem prawa międzynarodowego przez potężniejszego sąsiada, z drugiej natomiast warto zwrócić uwagę, że to wszystko nie stało się nagle i że większość mieszkańców Krymu od samego początku bardziej utożsamiała się z Rosją niż z Ukrainą. Co ciekawe, większość wyników badań opinii publicznej przeprowadzanych na ten temat ściśle wiązała się z tym, jaka była sytuacja gospodarcza Ukrainy w danym czasie – im bardziej ta pogrążała się w kryzysie, tym bardziej Krymczanie chcieli się od niej odłączyć. Fakt jednak pozostaje faktem – na dzień dzisiejszy najbardziej rosyjska część Ukrainy się odeń odłączyła i osobiście ciężko mi wyobrazić sobie powrót do sytuacji sprzed marca 2014 roku.

DONBAS I DUŻE MIASTA
Drugim regionem, w którym język rosyjski dominuje, nawet biorąc pod uwagę definicję „języka ojczystego" jest Donbas oraz większe miasta leżące w jego pobliżu, do których przez ostatnie dwa wieki ze względu na siłę tamtejszego okręgu przemysłowego przeprowadzała się ludność rosyjskojęzyczna. Rosyjskojęzyczny jest Charków, Donieck, Dniepropietrowsk, Zaporoże i Mariupol – czyli drugie, czwarte, piąte, szóste i dziesiąte miasto pod względem liczby ludności na Ukrainie. Gdy do tego dodamy położone bardziej na zachód Odessę i Mykołajiw (zajmują w tej klasyfikacji odpowiednio miejsce trzecie oraz dziewiąte) zauważymy, że w ukraińskich miastach dominacja rosyjskiego jest niepodważalna. A dodam, że mówimy tu jedynie o samoidentyfikacji dotyczącej języka ojczystego – przy faktycznym użyciu na ulicach wskaźniki byłyby tu jeszcze bardziej zatrważające. Z listy 10 największych miast jedynie w trzech więcej osób uważa ukraiński za swój język ojczysty – w dwóch z nich w życiu codziennym i tak musi on dzielić miejsce z rosyjskim (Kijów oraz Krzywy Róg). Jedynym faktycznie ukraińskojęzycznym miastem z tej listy jest Lwów, w którym i tak na tle mniejszych miast regionu jak Tarnopol czy Iwano-Frankiwsk (dawniej Stanisławów) zdaje się dość często usłyszeć osoby mówiące po rosyjsku.

CENTRUM I ZACHÓD
Patrząc na mapę możemy z pewną ulgą stwierdzić, że na prowincji oraz w mniejszych miastach centralnej i zachodniej Ukrainy większość osób uznaje język ukraiński za swój ojczysty. Trochę gorzej wygląda to zapewne w kwestii języka najczęściej używanego. Mówiąc szczerze, nigdy nie miałem okazji odwiedzić miasteczek i wsi na centralnej Ukrainie (w przeciwieństwie do Donbasu, czy Lwowa, gdzie bywałem wielokrotnie), więc mogę się tu opierać tylko i wyłącznie na danych statystycznych – nie wydaje mi się jednak, aby te znacznie fałszowały rzeczywistość. A według tych w centrum kraju panuje swoista dwujęzyczność, która wyraża się również w surżyku będącym tworem pośrednim pomiędzy dwoma standardami i przybierającym rozmaite formy – ciężko w związku z tym jednoznacznie stwierdzić jaki kod komunikacyjny jest preferowany przez mieszkańców tego regionu, aczkolwiek można z dużą dozą prawdopodobieństwa podać, że im bardziej na zachód, tym bardziej rozpowszechniony jest język ukraiński. W galicyjskich wioskach natomiast rosyjskiego prawie nie ma – był w nich zresztą obecny oficjalnie zaledwie przez niecałe 50 lat. Nie zapominajmy, że Galicja po rozbiorach znalazła się w obrębie zaboru austro-węgierskiego, bardzo mocna była tu też zawsze pozycja opozycyjnej w stosunku do prawosławia cerkwi grekokatolickiej, tu też działała mająca tak złą sławę w Polsce Ukraińska Armia Powstańcza (UPA), która przede wszystkim walczyła z Armią Czerwoną i rosyjską dominacją. Wszystko to powodowało, że język rosyjski na zachodzie kraju nigdy tak naprawdę nie miał szans się na dobre zadomowić, był kojarzony przede wszystkim z okupantem i stosunek do niego był zawsze bardzo wrogi. W życiu jest natomiast tak, że nienawiść rodzi nienawiść i siłą rzeczy prowadziło to do wzrostu napięcia pomiędzy grupami władającymi dwoma głównymi językami kraju.

EPILOG
Wprowadzone w 2012 roku prawo o podstawach państwowej polityki językowej (ukr. Зако́н «Про заса́ди держа́вної мо́вної полі́тики» № 5029-VI) dało możliwość poszczególnym regionom ukraińskim nadanie rosyjskiemu statusu języka regionalnego, z którego skorzystało, ku powszechnemu oburzeniu na zachodzie kraju, 8 południowo-wschodnich obłasti (Odessa, Mykołajiw, Cherson, Dniepropietrowsk, Zaporoże, Donieck, Charków, Ługańsk) oraz miasto Sewastopol (na Krymie rosyjski był już językiem oficjalnym).

Język regionalny na Ukrainie

Obszar, na którym język rosyjski posiada status języka regionalnego od 2012 roku.

Tekst ustawy nie jest sam w sobie zły i podobne prawa są czymś powszednim w Europie. Problemem jest jednak fakt dysproporcji pomiędzy siłą ukraińskiego czy rosyjskiego i doświadczenia polityki językowej na Białorusi, gdzie oficjalnie równorzędny język białoruski został niemal zepchnięty do roli reliktu. Wraz ze zniesieniem tej jedynej sztucznej przewagi ukraińskiego nad rosyjskim ciężko patrzeć z optymizmem na rozwój tego pierwszego w południowo-wschodniej części kraju. Wyżej wspomniany artykuł starano się w lutym 2014 roku unieważnić – jego anulowanie przegłosowano w Radzie (23 lutego) i dopiero po niemal dwóch tygodniach (4 marca) prezydent Turczynow stwierdził, że decyzji o anulowaniu nie podpisze. Na wschodnią Ukrainę poszła jednak fama, że w Kijowie siedzą przede wszystkim ukraińscy nacjonaliści, którzy zamierzają raz na zawsze rozprawić się z rosyjskojęzyczną mniejszością. Efekty oglądamy do dziś.

Podobne artykuły:
Czy i kiedy opłaca się uczyć ukraińskiego?
Jak się nauczyć cyrylicy w 2 dni
Jak się nauczyć rosyjskiego
Języki regionalne Francji – oksytański
Języki regionalne Francji – baskijski

Czy i kiedy opłaca się uczyć ukraińskiego?

Jeśli ktoś uważnie czyta mojego bloga to zapewne wie, że od stycznia zacząłem powtarzać mój ukraiński. W dużej mierze jest to kwestia osłuchania się i czytania, samej nauki gramatyki czy słówek jako tako jest raczej niewiele. Ale do przejdźmy do rzeczy bardziej istotnych. Stwierdzenie, że język ukraiński stał się w Polsce popularny byłoby przesadą, jednak można zauważyć, że zaczynają powstawać polskojęzyczne podręczniki do nauki mowy naszych wschodnich sąsiadów i coraz więcej ludzi ciągnie w te strony. Chciałbym przez chwilę stanąć w tym miejscu i zastanowić się czy i kiedy warto to robić.

Na początku powiem, że jestem miłośnikiem języka ukraińskiego i wszystkiego co na Ukrainie jest ukraińskie. Z całego serca popieram niepodległą Ukrainę z jednym językiem urzędowym. I nie piszę tego w celu manifestacji moich poglądów, opcji politycznych itp., lecz w celu uniknięcia komentarzy oskarżających mnie o rzekomą rusofilię. A te niewątpliwie by się pojawiły, bo artykuł nie będzie raczej opowiadał o korzyściach płynących z nauki ukraińskiej mowy.

Ostatnimi czasy spotkałem się już kikakrotnie z osobami, które chcą się nauczyć ukraińskiego z pominięciem języka rosyjskiego. Powody były różne – od tych, które jeszcze mogę zrozumieć („bo podoba mi się właśnie ukraiński" / „bo jestem zafascynowana kulturą ukraińską") po te, które mogę odczytać już jedynie jako objaw uprzedzeń („bo jakoś tak Rosjan nigdy nie lubiłem"). Ilekroć spotykałem się z takimi ludźmi starałem się ich przekonać do tego, aby najpierw spróbowali opanować rosyjski, bo po prostu im się to będzie opłacać.

Mnóstwo osób zaczyna w pewnym etapie swojego życia naukę jakiegoś języka obcego, ale raczej niewielki procent potrafi doprowadzić go stanu używalności. Ma to związek zarówno z trudnością  języka, jak i motywacją do jego nauki. O ile język ukraiński do najtrudniejszych nie należy, to z motywacją w jego przypadku może być trudno. Potencjalny uczeń znajdzie takową na pewno, ale nie wiem na jak długo ona wystarczy. A gdy się poważnie myśli o nauce języka to warto by motywacja wystarczała, jeśli nie na całe życie, to przynajmniej na kilkanaście lat. Jeśli natomiast ktoś naprawdę nie jest fascynatem zachodniej Ukrainy to będzie miał z tym ogromny problem.

Krym, Odessa, ziemie położone na wschód od Dniepru, a nawet Kijów to obszary rosyjskojęzyczne i nie jest tego w stanie zmienić fakt, że język ukraiński jest jedynym urzędowym. Wszystkie napisy na urzędach są przeważnie w języku ukraińskim, ale znaczna większość ludzi porozumiewa się właśnie po rosyjsku. Całkiem powszechna jest tam nieznajomość ukraińskiego (szczególnie wśród osób starszych). Często ludzie używają też tzw. surżyka będącego połączeniem cech obydwu języków (wyglądającym różnie w zależności od obszaru). „Czystą" wersję języka ukraińskiego można spotkać w codziennym użyciu prawie wyłącznie na zachodzie kraju, przy czym warto pamiętać, że w okolicach Użhorodu ludzie mówią dialektami rusińskimi często uznawanymi za osobny język, a poza tym wszędzie i tak język rosyjski rozumieją. Znaczna część współczesnej kultury ukraińskiej jest też zakorzeniona w języku swojego sąsiada – tyczy się to zarówno pisarzy jak i wykonawców muzycznych. Najpopularniejsze gazety z reguły są rosyjskojęzyczne. Jeśli zaś chodzi o znaczenie języka ukraińskiego w biznesie, to również ustępuje on znacznie rosyjskiemu. Reasumując, specjalista od Ukrainy nie znający rosyjskiego to żaden specjalista.

Nasuwa się więc pytanie: czy można się nauczyć najpierw ukraińskiego, a potem rosyjskiego? Osobiście bym tego nie polecał. Decydują o tym względy czysto praktyczne. Być może są osoby, którym nigdy te dwa języki się nie myliły i mylić się nie będą (odsyłam do artykułu pt. „A nie mylą Ci się te języki?"), jednak z moich obserwacji wynika, że 99% uczniów przynajmniej w początkowej fazie nauki ma problemy z oddzieleniem jednego od drugiego. I o ile rosyjskie wstawki w języku ukraińskim zarówno w fonetyce (rosyjski jest bardziej miękki) oraz w słownictwie są na porządku dziennym, tak odwrotna kombinacja jest już czymś bardzo nienaturalnym i w dużej mierze niezrozumiałym dla osoby rosyjskojęzycznej. Poza tym ze znajomością języka rosyjskiego można zrobić wiele rzeczy, potrafi ona ułatwić znalezienie pracy (raczej nie patrzę na języki pod tym kątem, ale wiem, że dla wielu osób może to być koronny argument), umożliwia czytanie naprawdę wielu dzieł literackich i naukowych. Ukraiński na tym tle wypada natomiast naprawdę blado i często może się zdarzyć, że osoba, która opanuje ten język nie za bardzo będzie wiedziała co z nim począć.

Jaki więc moim zdaniem jest optymalny plan w tym wypadku? Opanować język rosyjski na przyzwoitym poziomie, a następnie przy jego pomocy wziąć się za ukraiński, tj. korzystając z rosyjskich podręczników, słowników ukraińsko-rosyjskich (bo te ukraińsko-polskie są bardzo ubogie).
Inne działania polecam jedynie osobom, które naprawdę nie widzą świata poza zachodnią Ukrainą i potrafią przeboleć fakt, że w wielu miejscach poza nią mogą mieć kłopoty z porozumieniem się (w tym miejscu przypomniał mi się artykuł sprzed dwóch lat opublikowany w „Newsweeku" opisujący perypetie uczniów, którzy uczyli się ukraińskiego, który na Krymie okazał się kompletnie nieprzydatny).

Jeśli kogoś do nauki rosyjskiego przekonałem – cieszę się. Jeśli ktoś stwierdził, że jego zainteresowanie Ukrainą jest na tyle duże by zacząć się uczyć ukraińskiego od samego początku – również się cieszę, bo znaczyłoby to, że są na tym świecie jeszcze osoby myślące o językach obcych w świetle romantycznym niż praktycznym. Wszystkim jednak, bez względu na to, jaką drogę wybiorą życzę powodzenia.


Podobne posty:
A nie mylą ci się te języki?
Jak się nauczyć cyrylicy w 2 dni?
Przewodnik po różnych rodzajach cyrylicy – języki słowiańskie
Ile obcości jest w języku obcym?
5 rzeczy jakich nauczyła mnie nauka czeskiego