[MN6] Zaczynając naukę języka, wpierw określ sobie cel i ‚obszar’ działania*

W kolejnym cyklu artykułów chciałbym przedstawić swoją metodę samodzielnej nauki języków obcych. Nim jednak przejdę do opisu konkretnych wskazówek metodologicznych, które mam nadzieję, że zainteresują Czytelników, uważam, że warto poświęcić nieco miejsca aspektom o charakterze bardziej ogólnym, lecz nie mniej ważnym, a właściwie będącym fundamentem. Poniszy artykuł jest również moją odpowiedzią na pytanie postawione przez Piotra tj. –  „Od czego zacząć naukę języka obcego?".

Zaczynając coś, określ sobie cel działania

(* Tytuł artykułu jest aluzją do jednego z rozdziałów  – " Zaczynając coś, określ sobie cel działania" z książki Sean'a Covey'a „The 7 Habits of Highly Effective Teens"; z jej polskiej wersji językowej pochodzi powyższy obrazek.)


„Mieć wzniosłe ambicje i dążenia, (…) jasną wiedzę i myśli – wszystko to zależy ode mnie. Dlatego też człowiek szlachetny szanuje to, co jest w jego własnej mocy (…), z każdym dniem idzie do przodu (…)”.

Xunzi


Sformułowanie celu

Żeglarze nigdy nie wpisują do dziennika pokładowego portu przeznaczenia zanim w nim nie zacumują, jednakże takie asekuranctwo, w przypadku nauki języków obcych, już na starcie zmniejsza szansę na osiągnięcie ‘sukcesu’. Jeśli nie zdefiniuje się celu, to siłą rzeczy nie da się go zrealizować.

Ludzie mają zwykle dwa powody, dla których coś robią: jeden prawdziwy i jeden, który dobrze brzmi.”

John Pierpont Morgan

Niekiedy chęć nauczenia się języka, będąca wynikiem pewnego rodzaju, dramatycznego ‚odkrycia’,  jest jedynie środkiem do ‚wyższego celu’, jak choćby  w przypadku bohaterów literackich: Edmunda Dantèsa („Hrabia Monte Christo") czy Martina Edena. W pierwszym wypadku jest nim chęć zemsty, w drugim natomiast – stania się godnym kobiety z wyższej sfery.

„Mądry wybiera właściwy moment. Po czym używa całej swojej siły, póki nie ukończy zadania nie odpoczywa w południe, ani u schyłku życia."

Konfucjusz

W życiu realnym (nie)stety (?) rzadko doświadczamy tak emocjonalnego wpływu na chęć samodzielnej edukacji językowej.

Pamiętajmy również, że największą frajdą jest samo dążenie do celu. Jego osiągnięcie zwykle nie daje już tyle satysfakcji. Niemniej jednak jest do dobry punkt do postawienia przed sobą kolejnych, jeszcze bardziej ambitnych wyzwań.

„Gdzie to koniec tego pędu? Gdzie koniec sławy, siły, potęgi? – Nie masz go wcale…"

Książę Jeremi Wiśniowiecki

Henryk Sienkiewicz; „Ogniem i mieczem"


Mój cel (prawdziwy ?, czy ten, który dobrze brzmi ? 😉 ) 

W przypadku języka kantońskiego swój cel sformułowałem poprzez zaprojektowanie okładki książki, którą, mam nadzieję, że kiedyś będę w stanie uczciwie napisać.

 Jak samemu nauczyć się języka chińskiego - projekt okładki podręcznikaTutaj powstaje jednak pytanie co oznacza pojęcie „nauczyć się języka obcego”. Wydaje się to dosyć mało konkretny cel. Najbardziej skłaniam się ku poniższej definicji:

„W studiach dochodzi się do momentu, w którym zaczyna postępować się zgodnie ze swą wiedzą, i na tym studia się kończy. Jeśli ktoś postępuje zgodnie ze swoją wiedzą, oznacza to, że wszystko zrozumiał do końca, i taki człowiek jest mędrcem. Mędrzec zatem to ten, (…) kto rozróżnia prawdę i fałsz, którego słowa i czyny są jednakie.”

Xunzi


Praktyczne hobby?

Często łapię się jednak na tym, że próbuję, co prawda w  nieśmiały, ale logiczny, sposób usprawiedliwiać swoje hobby,  jakim jest ‘grzebanie się’ w języku kantońskim (i kilku innych). Mógłbym napisać, że uczę się tego języka ze względu na odczuwaną fascynację kulturą starożytnych Chin, chęć sprzeciwu wobec komunizmu i łamania praw człowieka, uwielbiam filmy i samą postać Bruce’a Lee, chcę mieć poczucie, że chronię pewne dziedzictwo kulturowe i podać jeszcze milion innych powodów: np.: że kantoński jest prestiżowym językiem biznesu południowo – wschodniej Azji, najbardziej popularnym również wśród (potomków) chińskich emigrantów rozsianych po całym świecie, kluczem do zrozumienia wielu zjawisk lingwistycznych, doskonałym poligonem do testowania metod mnemotechnicznych …ale to wszystko nieprawda.

 „(…) w każdym hobby nie o to chodzi i wszyscy hobbyści popełniają ciągle ten sam błąd: starają się (…) wytłumaczyć swe hobby z punktu widzenia praktyczności, zamiast się przyznać, że zastosowanie tego zamiłowania nie ma w praktyce absolutnie żadnego znaczenia. Oczywiście hobby może być praktyczne, (..) ale (…) tylko przy okazji (…) bo (…) hobby jest niczym innym jak ucieczką od rzeczywistości. Relaksem psychicznym. Oddaniem sprawom właśnie niepraktycznym, nieprzynoszącym dochodów, niepotrzebnym gospodarce narodowej i zawadzającym w domu.

A także pochłaniającym czas. (…) hobby pochłania czas, wciąga i angażuje (…) mózg. Hobbyści jako normalni ludzie nawykli do celowości działania na każdym kroku, wszystkimi siłami starają się usprawiedliwić te swoje niepraktyczne działania i robią to zupełnie niepotrzebnie, bo jedynym celem praktycznym [hobby] (…) jest właśnie (…) cudowna, ożywcza niepraktyczność, która daje efekt na wskroś praktyczny: pozwala odpocząć od codziennego działania praktycznego.”(…)

 Jacek Fedorowicz; „W zasadzie ciąg dalszy” (1978)

Nie wiem jak te, nico ironiczne, słowa odbierają Czytelnicy, ale moim zdaniem jest w nich dużo, choć może nieco ‚wstydliwej’, prawdy.


Wybór języka

„Kto chce iść jednocześnie dwiema drogami, nie dojdzie nigdzie (…)”.

 Xunzi

Aby jednak zawęzić pole działania do rozsądnych rozmiarów warto z pełną świadomością, przekonaniem i premedytacją zdecydować się na jeden język (a jeśli azjatycki, to w jednym systemie znaków). Poniżej przedstawiłem moją ścieżkę selekcji wynikającą z zainteresowań, dostępności materiałów edukacyjnych, potencjalnej użyteczności, subiektywnego ‘piękna’ fonii i grafii języka oraz … chęci pójścia pod prąd.

Wybór:

  1. języka ‚narodowego’: koreański, wietnamski, japoński, chiński v
  2. grupy języków: 官guan (mandaryński), 吳wu, 贛gan, 湘xiang, 閩min, 客家hakka, 粵yue (kantoński) v
  3. grupy dialektów: yue hai v, si yi, gao lei, qin lian, gui nan
  4. standardu miasta: Kanton (廣州), Hong Kong (香港)v
  5. formy graficznej; znaki: tradycyjne v, uproszczone

Zgubny poliglotyzm

Moim zdaniem naukę każdego kolejnego ‚nowego’ języka warto zaczynać dopiero wtedy, gdy dobrniemy z poprzednim(i) do jakiegoś mierzalnego poziomu. Nie chodzi tu o zdobycie certyfikatu, ‚wystarczy’ choćby gruntowne przerobienie dobrego podręcznika. Lepiej domknąć jedno zagadnienie, nim ‘rozgrzebie’ się kolejne. Nie oznacza to, że nie warto uczyć się kilku języków jednocześnie, warto, o ile pozostałe doprowadziliśmy uprzednio do pewnego poziomu.

Choć to sprawy pozornie oczywiste, to muszę jednak przyznać, że wielokrotnie, z opłakanym skutkiem, łamałem tę zasadę. Taki jest niestety rezultat zbytniej lingwistycznej ‘ciekawości’ i poczucia znużenia wałkowaniem języka, do którego nauki nie ma się przekonania. Problem potęgują wyrzuty sumienia, że przecież poświęciliśmy już na naukę kilku języków trochę czasu i pieniędzy, i bez większego przekonania miotamy się między nimi „dzięki” czemu nie jesteśmy w stanie opanować żadnego z nich na średnim choćby poziomie. Każdy znamy trochę, ale za mało, by coś z tym zrobić. Wydaje mi się, że panaceum na taką sytuację jest myśl zawarta w prostych słowach Yody (mistrza Jedi z Gwiezdnych Wojen):

 „Rób, albo nie rób. Nie próbuj.”

Yoda

Nie masz przekonania do jakiegoś języka, to nie trać czasu na jego naukę. Jeśli nie jesteś pewien / pewna, którego języka (z kilku potencjalnie możliwych lub już ‚rozbabranych’) chcesz się uczyć to, po prostu nie ma znaczenia, który wybierzesz, ale ważne, żeby to był jeden.

(…) w którą stronę mam pójść?

-Zależy to w dużym stopniu od tego, w którą stronę zechcesz pojść – powiedział Kot.

-Nie zależy mi na tym, w którą… – powiedziała Alicja.

-Więc nie ma znaczenia, w którą stronę pójdziesz. (…)"

Lewis Carroll; „Przygody Alicji w Krainie Czarów"


Niezależnie od tego jak nasz cel zostanie sformułowany, jego realizacja będzie wiązała się z opanowaniem umiejętności (czytania, pisania, mówienia, rozumienia ze słuchu, tłumaczenia) bazujących na zapamiętywaniu. Jednak do tego potrzebna nam jest metoda – metoda odpowiadającą naszym predyspozycjom (o czym już wspominał Piotr) i … mam wrażenie, że często wynikająca z naszych, niemających związku z językami, zainteresowań z dzieciństwa, o czym napiszę w bardziej odległej przyszłości.


Hasło przewodnie mojej metody

Aby nauczyć się czegokolwiek istotna jest koegzystencja trzech czynników: motywacji, czasu i metody. Jeśli metoda jest skuteczna, to potrzeba mniej czasu na dostrzeżenie efektów swoich działań, a co za tym idzie rośnie motywacja do dalszej nauki. Podstawowa idea mojego sposobu uczenia się polega na tym, by nie zmarnować niczego na co JUŻ poświęciłem uwagę, a hasło przewodnie mogłoby brzmieć „Lepiej mniej, ale lepiej” gdyby nie było wcześniej zarezerwowane przez… Włodzimierza Lenina 😉 (tytuł manifestu politycznego – Лучше меньше, да лучше [Łuczsze mieńsze, da łuczsze]).

W kolejnym artykule odpowiem na, wpisujace się w powyższą ‚sentencję’, pytanie: „Jak, z głową, wybierać materiały do nauki tak, aby nie męczyć się … bez potrzeby?"


Na koniec przestroga dla wszystkich maniakalnie uczących się czegokolwiek, (nie tylko języków):

(…) hobby jest niebezpieczne i wciąga. Potrafi wciągnąć tak dalece, że stopniowo zastąpi nam świat realny i stanie się czymś żywo przypominającym narkomanię, tyle, że zdrowszym dla organizmu, ale za to zgubnym dla naszych działań realnych”.

 Jacek Fedorowicz; „W zasadzie ciąg dalszy” (1978)

 

Zobacz również:

Od czego zacząć naukę języka obcego?

Ilu języków tak naprawdę potrzebujesz?

Jakiego języka warto się uczyć?

Języki egzotyczne – jak, gdzie i czy warto?

Chcesz być wiecznie młody i zdrowy? Ucz się języków.

A nie mylą Ci się te języki?

About Michał Nowacki

http://woofla.pl/michal-nowacki/

33 komentarze na temat “[MN6] Zaczynając naukę języka, wpierw określ sobie cel i ‚obszar’ działania*

  1. Bardzo ciekawy artykuł, który bardzo dobrze się czyta!!! Zgadzam się ze wszystkimi zawartymi w nim myślami przewodnimi, choć mimo wszystko wydaje mi się, że nauka języków:

    1) pomaga w rozwoju osobistym poprzez wgląd w inne kultury itd.
    2) pomaga w utrzymaniu wysokiej formy umysłowej poprzez stały trening

    Nikt się nie dziwi, gdy mu powiedzieć, że się uczymy angielskiego; usprawiedliwienie wydaje się oczywiste. Gdy powiedzieć, że się uczymy hiszpańskiego, człowiek sobie myśli „ach tak, pasjonat" i mówi „fajny język; gdybym miał za dużo wolnego czasu też bym się nauczył hiszpańskiego". Poza internetem (tu spotykają się językowi pasjonaci) jeszcze nie usłyszałem pozytywnego komentarza na temat mojej nauki keczua, niestety. Tego nie da się człowiekowi wytłumaczyć… Kiedyś rzuciłem w odpowiedzi od niechcenia „bo chciałem nauczyć się jakiegoś nieindoeuropejskiego języka" na co usłyszałem „to nie lepiej było chińskiego się uczyć?" Tylko, czy ten chiński rzeczywiście jest mi do życia bardziej potrzebny niż keczua? Wszystko jedno ilu ma użytkowników, byłby mi tak czy siak równie zbędny, kompletnie zbędny. Tu mogę nawiązać do Twojego Michał niedawnego podziwu dla mojego zainteresowania językami niszowymi – jaka jest w istocie różnica, czy język ma miliard, czy dziesięć tysięcy użytkowników jeśli oba są mi kompletnie do życia niepotrzebne? Nauka keczua lub chińskiego daje za to możliwość wglądu w liczne rzeczy, o których człowiek, który zadał mi pytanie o sens nauki keczua (wszyscy, którzy je zadali) umrze nie dowiedziawszy się samym ich istnieniu. Najwięcej zdają się rozumieć Ci, którzy milczą.

    Zgadzam się też, że należy określić jasno cel nauki. Bardzo zaciekawiła mnie Twoja definicja (cytat Xunzi), co to znaczy nauczyć się języka obcego. Jak najbardziej też jeśli chcemy się czegoś nauczyć na serio, trzeba skupić się porządnie na konkretnych celach, tzn. nie uczyć się zbyt wielu języków jednocześnie. Z miesiąc temu napisałem w komentarzu pod innym artykułem, że wracam do nauki angielskiego. Niestety dużo czasu poświęciłem hiszpańskiemu, czuję, że zrobiłem ‚kawał solidnej roboty’ odzyskując pełnię mojej formy w keczua południowym, niemniej z angielskim lipa – nie zrobiłem nic poza wpisaniem do Anki 42 słów, gł. w kilku pierwszych dniach, co jest katastrofą. Z innymi językami, mam na myśli zwłaszcza portugalski, do którego potrzebuję się przyłożyć, jest jeszcze gorzej – nie zrobiłem NIC. Ciężko jest się uczyć więcej niż jednego języka na raz. Ucząc się dwóch czuję, że jestem przesycony. Powiedziałbym, że w samym hiszpańskim, by niemalże stać w miejscu potrzebuję poświęcić 2 godziny dziennie. Czuję, że się uczę poświęciwszy 5 godzin dziennie i nie zawsze tyle czasu mam. Dużo łatwiej jest zaczynając naukę języka; wówczas względne postępy są widoczniejsze, a nauka mniej czasochłonna. Mimo to, więcej niż dwa języka na raz to ciężka sprawa…

    1. Masz racje, zawies polski na kilka miesiecy a zobaczysz z jakim trudem bedziesz w nim mowic, mimo ze masz go w postaci solidnie utrwalonej. Ciezko uczyc sie wiecej niz dwoch jezykow jednoczesnie, wiec sluchajac bajek o roznej masci superpoliglotach tylko pukam sie w czolo. Nie wierze, ze mozna wladac wiecej niz trzema jezykami obcymi na rowni z ojczystym, a i to uwazam za przejaw wybitnego geniuszu.
      Co do tematu hobby-pelna zgoda.Kazdy pasjonat troche sie usprawiedliwia niby uzytecznoscia znajomosci jezykow, co w przypadku tych najbardziej pozadanych wzbudza zrozumienie. Ale czy rzeczywiscie sluszne? Naprawde nawet prawie perfekcyjna znajomosc angielskiego rzadko jest do czegos potrzebna. To tak jak z chodzeniem na silownie, lub ubieraniem sie gustownie- niektorzy chca po prostu ladnie wygladac, a inni ladnie mowic- bezposredniego pozytku zero. W celach turystycznych przewaznie wystarczy angielski (ewentualnie inny jezyk) na poziomie gora A2, do pracy w kraju lub zagranica B1-2, bo na posade wymagajaca jezyka nativa i tak nie ma co liczyc. Jesli potrzebny jest jezyk specjalistyczny to tez mozna poszerzyc swoj sredni poziom o odpowiednie slowa i zwroty, oredzie do narodu w jezyku obcym raczej nam nie grozi, a jesli nawet to nie dzieki tylko znajomosci jezyka, a z reszta np.Stalin slabo mowil po rosyjsku. Nawet tlumacze nie znaja jezyka perfekcyjnie,jedynie taka znajomosc wymagana jest od szpiega, ale takich raczej wybieraja sposrod dwujezycznych. Po co wiec nauka powyzej poziomu sredniego?-Tylko dla pasji, ambicji i satysfakcji. Pasjonat pnie sie w gore i wszyscy mysla, ze chce osiagnac najwyzszy poziom nativa, on jest jednak swiadom, ze raczej tego nie osiagnie. To tylko hobby, pewnie bardziej uzyteczne niz ogladanie seriali, ale jednak hobby…

      1. Zgadzam się z Tobą Night Hunter w 100%, choć nie wiem dobrze, jak z tymi szpiegami jest, gdyż niewielu znam. Mam tylko jedną myśl: poziom średni nie wystarcza choćby do swobodnego oglądania filmów w języku obcym, więc i na czerpanie pełni przyjemności z języka. Tak więc (jak też zdaje się wynikać z Twojego komentarza) poziomy podstawowy i średniozaawansowany są poziomami użytkowymi, zaawansowany przyjemnościowym.

      2. @Yana Para Puyu
        Piotrze dzięki za miłe słowa. Oczywiście zgadzam się, że nauka języka pozytywnie wpływa na naszą kondycję ‘intelektualną’, a jeśli nam to w dodatku wychodzi, to również i na psychiczną 😉 .
        @Nocny Łowco 😉
        Też zastanawiam się jak to możliwe (o ile to prawda), że są osoby znające 50 języków. Na pewno jest to również kwestia ‘stylu’ życia. Co innego, gdy praca jest z nimi silnie związana, czy wręcz są one właśnie pracą, jak w przypadku różnych współczesnych poliglotów żyjących ze sprzedaży ebooków, filmików i innych ‘językowych dewocjonaliów’. Bardziej jednak podziwiam ludzi, którzy osiągnęli sukces dzięki piekielnej wytrwałości i stosowanym przez siebie, często bardzo żmudnym, metodom, a ponadto choćby fragmentarycznie zdecydowali się przybliżyć je potomnym. Mam na myśli m.in. Zygmunta Broniarka i jego modyfikację przedwojennej, katorżniczej, opisanej w „Jak Nauczyłem Się Ośmiu Języków” i „Broniarek uczy języków -365 dni z angielskim” metody Toussaint-Langenscheidta (nie mającej niestety nic wspólnego ze współczesnymi podręcznikami tego wydawnictwa) http://de.wikipedia.org/wiki/Methode_Toussaint-Langenscheidt
        oraz Grzegorza Wasiluka ze swoimi mikrofiszkami
        http://www.goldenline.pl/grzegorz-wasiluk/ http://www.wiadomosci24.pl/artykul/jak_nauczylem_sie_jezykow_metoda_kartkowozeszytowa_240493-1–1-d.html
        http://www.wiadomosci24.pl/artykul/jak_nauczylem_sie_jezykow_moje_mikrofiszki_240512.html .

        Fajnie jest poczytać o Andrzeju Gawrońskim http://www2.almamater.uj.edu.pl/100/16.pdf czy Emilu Krebsie http://www.wykop.pl/link/1284527/emil-krebs-poliglota-wszechczasow/ , ale co z tego, skoro nie można znaleźć choćby pół zdania, w którym byłyby jakiekolwiek konkretne informacje dot. tego jak wyglądały ich metody nauki ‘od kuchni’.

      3. No rzeczywiscie o filmach nie pomyslalem, do nich przyda sie jakies C1-2, z tym ,ze bierne. Jednak od tego poziomu do nativa jeszcze tyle samo albo i wiecej co od zera do C2. I wlasnie ta luka jest dla pasjonatow-fanatykow. Wiedza oni, ze raczej nie osiagna poziomu wyksztalconego native, ale jednak draza, nie zrazaja sie, choc wiedza, ze to co osiagneli wystarczy im w praktyce do wszystkiego. Cos w mysl rosyjskiego powiedzenia:" vsiej vodki ne vypijesz, wsieh bab nie ot'imeesh, no probovat nado!"

      4. Bardzo ciekawe. Czym jest poziom C2? Zwykłem go traktować jako poziom native speaker'a. Widzę jednak dwa problemy:
        1) Z jednej strony nie trzeba dużo umieć, by zaliczyć test na poziomie C2 (te osoby na serio nieraz niewiele potrafią i mają certyfikaty C2 zdając się być raczej na C1 lub -są takie przypadki- ledwie B2).
        2) Z drugiej strony przynajmniej w języku hiszpańskim przeciętny rodowity użytkownik hiszpańskiego nie zdołałby zrobić certyfkatu na C2. W swoim czasie dużo się uczyłem od pewnej dziewczyny z Wenezueli, pasjonatki języków obcych. Próbowaliśmy wspólnymi siłami rozwiązywać testy na certyfikat DELE Superior (hiszpański C2; obecnie egzamin zmienił formę i nazwę); to była inteligentna dziewczyna znająca kilka języków obcych złowiona na stronie wymiany językowej, ale nie była w stanie rozwiązać tych zadań! Czy Ona nie była na poziomie C2? Problem był po części dialektalny, a po części te testy są na serio dziwne.

        Tak więc czym jest poziom C2? Skąd wiem, że jestem, lub nie jestem na tym poziomie? Osobiście widząc gigantyczną lukę jaka mnie dzieli od rodowitych użytkowników hiszpańskiego wciąż deklaruję C1.

  2. Pamiętam jak na zajęciach w szkole językowej prowadzący pytał każdego, dlaczego akurat hiszpański. I każdy recytował jakąś dobrze brzmiącą odpowiedź, a ja miałam z tym ogromy problem, coś tam wydukałam nieskładnie, ale wszystko sprowadzało się do odpowiedzi „bo tak, bo WIEM, że to jest to". Głupio mi wówczas było, że nie potrafię, w odróżnieniu od reszty, podać żadnych praktycznych powodów, ale dziś już mi nie jest ani trochę głupio, zwłaszcza jeśli wezmę pod uwagę fakt, że z tamtej grupy jestem jedyną osobą, która nadal się tego hiszpańskiego uczy, z coraz lepszymi efektami.

    Oczywiście sporo osób nadal pyta „dlaczego hiszpański", a ja już nawet nie próbuję się wysilać. Mówię po prostu, że to dlatego, że ten język mi się podoba. I reakcje są dwie. Najczęściej wywołuję autentyczny szok na twarzy rozmówcy i mam święty spokój. Ewentualnie słyszę wspomnianą już tu wyżej formułkę „no taaak, gdybym miał(a) dużo wolnego czasu / brak pomysłów na jego spędzenie / … to też bym się nauczył(a) jakiegoś języka". Druga reakcja, dużo rzadsza, to ciekawość. Wtedy próbuję rozwinąć temat, wytłumaczyć, że literatura, że historia, że są książki i materiały dostępne tylko w tym języku, że świetny trening dla mózgu itd. Oczywiście zero w tym aspektu pragmatycznego, ale ja już od dawna nawet nie próbuję udawać wzorcowego obywatela…

    1. Bardzo ciekawe!!! 🙂 Zwłaszcza, że jesteś jedyną z nich osobą, która nadal hiszpańskiego się uczy.

      Pewnego dnia usłyszałem, jak mój kolega wchodzi nucąc jakąś polską piosenkę o hiszpańskich dziewczynach i pomyślałem sobie, że fajnie byłoby znać hiszpański. Poszedłem do księgarni, ale wtedy co może dziwne chyba nic ciekawego nie znalazłem. Chyba z kilka tygodni później znów sobie pomyślałem, że fajnie byłoby znać hiszpański. Tak więc poszedłem do innej księgarni i kupiłem pierwszy z brzegu (tj. najtańszy) samouczek hiszpańskiego. Przerobiłem ten samouczek do 1/3, lub może do 1/2, bo mi się nauka języka z podręcznika nudziła. Dobre pytanie z czego się właściwie uczyłem (odmianę czasowników wkuwałem np. z dadatku do jakiegoś słowniczka), ale ucząc się codziennie do poziomu użytkowego doszedłem bardzo szybko. Potem uczyłem się i uczę w celu mówienia po hiszpańsku jak native. Po co? Bo jestem szalonym człowiekiem :-).

  3. Michale, szczerze zazdroszczę umiejętności napisania takiego tekstu, który jednocześnie jest tak zwięzły, a kryje w sobie przy tym masę prawd z jednej strony oczywistych, z drugiej tak często nie branych pod uwagę przez osoby uczące się języka. Czyta się wyśmienicie! Do rzeczy jednak:

    W poliglotyzm na wysokim poziomie wierzę głównie w pasywnej formie i nawet ciężko mi określić granicę do jakiej można dojść, zwłaszcza gdy pod uwagę weźmie się ilość języków pochodzących z jednej rodziny – gdy znamy już 3 języki słowiańskie, opanowanie 4-go nawet na bardzo wysokim pasywnie poziomie jest względnie proste. Aktywna znajomość natomiast jest znacznie bardziej związana z trybem życia i faktycznym używaniem języka – moim zdaniem możliwości nauki samemu w pewnym momencie się wyczerpują i wtedy w zderzeniu z rzeczywistością samemu trzeba zdecydować, czy chcemy poświęcać czas na używaniu języka w praktyce, żeby nie zanikł. Doba ma tylko 24h, z czego przynajmniej 6h trzeba przeznaczyć na sen – matematycznie można udowodnić, że w 50 językach na bardzo wysokim poziomie w jednym krótkim odcinku czasu mówić się nie da. Jak to słusznie ujął NightHunter, nawet przy znajomości trzech języków na poziomie ojczystego (celowo nie używam słowa „native" – jest to jeden z przykładów niepotrzebnych anglicyzmów) mówimy o wyjątkowym geniuszu. Ewentualnie o kimś wychowanym w gminie z założenia wielojęzycznej – podejrzewam, że odsetek takich osób w Luksemburgu jest znacznie większy niż w Polsce.

    Na temat hobby padły tutaj gorzkie słowa, ale szczerze mówiąc różnie to wygląda w zależności od umiejętności wykorzystania naszych zainteresowań. Niemieckiego uczyłem się zawsze niejako w tle, ale mimo to pozwoliło mi to znaleźć pracę, w której nie czuję się gorszy językowo od absolwentów germanistyki (wnioski naturalnie można z tego wyciągnąć różne). Odpowiednio ukierunkowane hobby potrafi zdziałać cuda. Inna sprawa, że absolutnie zdaję sobie sprawę z praktycznej bezużyteczności godzin spędzonych w ciągu ostatniego tygodnia nad japońskim i portugalskim. Większość informacji zapomnę pewnie za parę miesięcy. Czy można było zrobić coś sensowniejszego? Można było. Nie sądzę jednak by dało mi to podobną dawkę serotoniny.

    1. Co do niepotrzebnych anglicyzmow,czy innych zapozyczen to nie popadajmy w skrajnosci. Uzywa sie wielu zapozyczonych slow, ktore sa rzeczywiscie niepotrzebne, ale czy „native" do nich nalezy? Oczywiscie jako rzeczownik. A czymze go zastapic?"Rodzimy uzytkownik danego jezyka"- chyba zbyt dlugie?"Rodzimek"?-troche za dziecinne. Moze po prostu „rodzimy" lub „tamtejszy" jako przymiotnik? Ale przymiotnikowa deklinacja nie jest zbyt wygodna. Ja do slowa „native" w formie mowionej nie mam zadnych zastrzezen, ale ortografia nie bardzo mi sie podoba,szczegolnie w przypadkach zaleznych. Pisze bez apostrofu, zeby to bardziej spolszczyc, ale to „v" w tej pozycji nie najlepiej wyglada, szczegolnie w towarzystwie „o z kreska".Proponuje to slowo calkowicie spolszczyc piszac „nejtyw" i odmieniajac jak „obiektyw" , tyle ze jako rzeczownik zywotny meskoosobowy- nejtywa,nejtywowi,nejtywi, nejtywom itd. Moze sie przyjmie?

    2. Dziękuję Ci Karolu za tak pozywyny komentarz. Ja mogę Ci z kolei pozazdrościć tego, że udało Ci się przekuć choć jedną ‚mackę’ swojego hobby w pracę zawodową. W moim jednak przypadku wieloletnie, największe hobby powoli przestawało nim być z każdym kolejnym rokiem studiów, nie mówiąc już o sytuacji, w której tymi zagadnieniami zajmuję się 5-6 dni w tygodniu praktycznie zawodowo. Po prostu w moim wypadku praca nie może być (przynajmniej zdrowym) hobby. To zainteresowanie traci wtedy swoją „ożywczą niepraktyczniość" i ‚zmusza’ do poszukiwania czegoś nowego.

      1. Praca zawodowa z językiem to też nie to samo co zajmowanie się nim hobbystycznie, też potrafi czasem dać w kość i paradoksalnie wcale nie zawsze jest tym co z językiem chcielibyśmy robić. Zawodowo (tzn. za pieniądze, odrzucam tu wszelkiego rodzaju tłumaczenia wolontariackie) języka używałem póki co głównie do tłumaczenia technicznego opisu polskich pomp dla pewnej bośniackiej firmy (w związku z brakiem wiedzy hydraulicznej nie było ono szczególnie wysokiej jakości – niestety znajomość tematu w tłumaczeniach okazuje się znacznie ważniejsza niż znajomość języka z czego niestety ludzie rzadko sobie zdają sprawę) oraz teraz omawiając z moimi przełożonymi jakościową ocenę mojego zespołu, za którą jestem bezpośrednio odpowiedzialny. Fajnie mieć kontakt z niemieckim, ale tak naprawdę poza kilkoma minutami rozmowy na temat tego jak spędzę święta etc. na konferencjach rozmawiam głównie o tym jak pracują moi podwładni, czy osiągamy wyznaczony cel, jakie kroki podejmuje w wypadku gdy go nie osiągamy itp. co z życiem ma tak naprawdę często niewiele wspólnego. Do tego dochodzi też specjalistyczne słownictwo branżowe – efekt jest taki, że używa się czasem dość specyficznych rejestrów językowych. Niewątpliwie pozytywnym aspektem jest jednak to, że rejestrów tych pewnie bym nie poznał gdyby nie praca. Ot, każdy kij ma dwa końce.

        O tym, że wypalony jeszcze nie jestem świadczy jednak fakt, że mimo wszystko chce mi się jeszcze słuchać niemieckiego radia i w tramwaju czytać od czasu do czasu niemieckie książki.

      1. Trzy dni temu ogłoszeniodawca otrzymał wiadomość w języku hiszpańskim z pytaniem o pomoc w podstawach języka polskiego. Nie nadeszła jeszcze żadna odpowiedź, choćby odmowna.

        W końcu naucza hiszpańskiego na wszystkich poziomach, jest Polakiem i naucza też 9 innych języków słowiańskich z całej tej listy 34 języków. Brak odpowiedzi nie daje podstaw do jakiejkolwiek interpretacji (przeciwnie niż np. odpowiedź bardzo niepoprawna językowo), ale w tej całej sytuacji napawa mnie pesymizmem.

      2. Przyznam, że byłam ciekawa, jak potoczy się sprawa korespondencji między Tobą i tym Panem. Trochę dziwne, że Ci nie odpisał, ale zgadzam się, że na tej podstawie nie da się wyciągnąć żadnych bezpośrednich wniosków.

      3. Ty Adrianno jesteś psycholożką, by to zinterpretować :-). Nie chcemy rzucać pochopnych oskarżeń, ale skoro jest oczywiste, że człowiek nie włada 34 językami obcymi, to jeśli nie odpisał na tę wiadomość, być może nie czuje się w języku hiszpańskim na tyle mocny, by objaśniać język polski…

        W zasadzie spotkało mnie dziś (patrząc na godzinę w sumie wczoraj) większe zaskoczenie. Napisałem na znanej nam stronie do rodowitego użytkownika keczua, który deklaruje w swoim profilu chęć nauki języka polskiego! Sądząc po położeniu Jego miejscowości, posługuje się pasującym mi dialektem. Tak więc napisałem w keczua. Najpierw wysłałem samo pozdrowienie, przeczytał, nie zareagował. Tak więc wysłałem kilkuzdaniową wiadomość w keczua z grubsza w Jego dialekcie – raczej nic szczególnego w treści; napisałem po prostu, że jestem z Polski, uczę się keczua i szukam na tej stronie osób znających ten język choć nie widzę wielu, oraz, że chętnie pomogę Mu z językiem polskim itd. Przeczytał, odwiedził mój profil, nic mi nie odpisał.
        Cóż, ja również wolę pisać z płcią przeciwną, ale jeśli ten Indianiec chce się uczyć języka polskiego powinien z radości spaść z krzesła. Drugi raz w życiu napisze do Niego inny Polak z propozycją wymiany? I to napisze z góry JUŻ w języku (a nawet dialekcie) docelowym (nie jak Ci wszyscy, co twierdzą, że się chcą uczyć, ale począwszy od słowa „cześć" i zniechęcają się po tygodniu)???!!!
        Jakie jest wytłumaczenie? Proste. Ten człowiek deklaruje znajomość 5 języków (w tym 2 ojczystych: hiszp. i kecz.) oraz chęć nauki 9 dodatkowych języków. Rzadko kto mówi w takiej ilości języków, a zwłaszcza jest tyloma językami na serio zainteresowany. Język polski dodał na zasadzie „o, fajnie, kliknę sobie!" Ten profil nic nie znaczy; nie powinienem go traktować poważnie…
        Podobnie ten polski wykładowca nauczający 34 języków obcych na wszystkich poziomach – niewykluczone, że nawet nie zrozumiał tej wiadomości w języku hiszpańskim, którą Mu wyslałAM.

      4. @Yana Para Puyu

        Co do tego rodowitego użytkownika keczua, to może on sobie kliknął ten polski, żeby podrywać dziewczyny na „super egzotyczny" język, w którym może poznał kilka słów? Nie to, żeby zaraz chciał się go faktycznie uczyć 😉

        A wracając do 34-języcznego poligloty – fajnie byłoby zrobić taki eksperyment, żeby w różnym czasie napisały do niego osoby, które stwierdzą, że utknęły w danym języku na poziomie górnego B2 i od dłuższego czasu kręcą się w kółko i chciałyby to z jego pomocą zmienić. I najlepiej, żeby były to jak najróżniejsze języki z tej długiej listy. Ciekawe, czy na któryś z tych maili w ogóle by odpisał, a jeśli tak, jak potoczyłaby się korespondencja i czy wyraziłby ostatecznie gotowość współpracy. (Oczywiście musiałyby to być osoby realnie znające dany język co najmniej na porządnym B2. Jeśli chodzi o mnie, to na razie mogłabym wyskoczyć tylko z angielskim, ale tu jest duże prawdopodobieństwo, że zna ten język biegle; o wiele ciekawiej byłoby np. z francuskim, fińskim, greckim, …)

    1. Byc moze to prawda, ale facet stosuje fajna sztuczke socjotechniczna. Wsrod tych wszystkich jezykow naliczylem zaledwie 7 takich, na ktore moga sie zglosic klienci na poziomach wyzszych niz A1. Sposrod reszty statystycznie nie powinien trafic mu sie nikt, kto by chcial korepetycji z lotewskiego na poziomie C2, a gdy taki sie trafi to ten pan mu grzecznie odmowi. Poza tym jest ogromna roznica miedzy znajomoscia na poziomie jezyka ojczystego a umiejetnoscia uczenia na podstawie jakichs materialow, nawet na poziomie C2! Mysle ,ze ten pan zna dobrze ( ale nie na poziomie nativa!) 7-8 jezykow, co jest bardzo prawdopodobne i sie dosc czesto zdarza. Poza tym zna reszte tych jezykow na dosc przecietnym poziomie, co daje mozliwosc uczenia ich w fazie poczatkowej. I psychologiczne sedno sprawy- sposrod tak szerokiej oferty bedzie on mogl wybierac to, co mu najbardziej odpowiada ( czyli jak sie domyslam np. angielski, niemiecki, hiszpanski B1, finski, lotewski, wegierski A1, od przypadku angielski C2, francuski C1). Nie wierze, ze nie odrzuci oferty finski, lotewski wegierski C2,ale jesli nawet to i tak nie jest to rownoznaczne ze znajomoscia tych jezykow nie tylko na poziomie nativa ale nawet na C2. Bo mozna smialo uczyc na C2 bedac na na C1, przygotowujac sie specjalnie do kazdych zajec i prowadzac je w odpowiednio „waski" sposob. A z zreszta chyba nie napisal on, ze zna te jezyki jak native, wiec co tu sie czepiac…

      1. Do Piotra z 2. 12 . 2:36
        Przede wszystkim te poziomy sa sztuczne, bo opieraja sie na trudnosciach jezykowych a nie na nieswiadomym, naturalnym, plynnym wyrazaniu mysli, ktore cechuje nativa. Poza tym egzaminy sa w duzej czesci pisemne, co absolutnia nic nie mowi o tym, jak ktos dany problem,np. gramatyczny rozwiazuje podczas swobodnej rozmowy, nie majac 5 minut na zastanawianie sie nad dana forma. A juz najgorsze jest w tym to, ze zdaje sie taki egzamin uzyskujac chyba 70% punktow. Wiec mozna sobie wyobrazic kolesia, ktory zdal A1 na 70%, A2 na 70% itd. az do C2. I moze byc tak, ze niby jest na poziomie nativa a na A1 ma nadal 30% brakow!!! Te egzaminy powinno sie zdawac tylko ustnie i to trzy razy z rzedu i kazdy raz na 100%- wtedy by to cos znaczylo. Ale i od takiego poziomu do nativa byloby jeszcze daleko, jezeli ktos nie wychowal sie w danym kraju. Bo najtrudniejsz w jezyku obcym jest dostosowanie swojej wiedzy do danej sytuacji. A jesli sie w niej znalazles pierwszy raz, to nie wiesz, co w niej sie mowi i mowisz to, co bys powiedzial po polsku. A dla nich jest to zrozumiale, ale sztuczne, nikt by tak nie powiedzial. Wiec, po C2 duzo jeszcze realnych sytuacji trzeba zaliczyc i zapamietac je.

      2. No tak, masz dużo racji. Weźmy hipotetyczną sytuację: zwracamy się pospiesznie w jakiejś sprawie bezpośrednio do szefa i odzywa się jego żona, czy jest może namalowana na ścianie… [Nie przywitaliśmy się z Nią] Jakie słowa należy powiedzieć w tej niezręcznej sytuacji? Tego nie znajdziemy w podręczniku. Tu można odesłać do artykułu Adriany:
        http://woofla.pl/jak-ogladac-telenowele-i-nie-zwariowac/
        Obejrzawszy odpowiednią ilość filmów i seriali można mieć przynajmniej niektóre odpowiedzi gotowe (oraz wiedzę, że przykładowe sformułowanie „namalowany na ścianie" jest popularne). Nie wyobrażam sobie nauki języka obcego na zaawansowanym poziomie bez przywiązania odpowiedniej wagi do tego rodzaju spraw co powiedzieć, jak się zachować w różnych sytuacjach. Myślę też, że ogólne informacje kulturowe powinny być też przekazywane uczniowi od pierwszych dni nauki języka, ale podręczniki sprowadzają to do kolorowych obrazków autobusów, wież i gwardzistów… Chyba jest to jeden z powodów dlaczego nie przepadam za podręcznikami. Nauczyć się na C2, a dopiero potem „uczyć się kultury językowej" [jak to powinienem określić?] to trochę zła kolejność, jeśli w ogóle jest możliwa.

      3. Cale to kolorowe badziewie zwane przez niektorych „podrecznikami" nadaje sie tylko na skup surowcow wtornych. A uczyc sie jezyka we wlasciwej kolejnosci w Polsce nie ma szans. Najpierw trzeba sie nauczyc niedoskonale, a dopiero potem jechac za granice i wszystko poprawiac.
        Ostatnio mieszkam w Bialorusi i posluguje sie jezykiem rosyjskim. Kilka razy w miesiacu wykonuje pewne zajecie, podczas ktorego lepiej by bylo, zeby nikt rozpoznal, ze jestem obcokrajowcem i musze udawac nativa. Mowie mozliwie malo i uzywam tylko dobrze znanych wyrazen, wymowe mam w miare dobra, jakos sie wszystko kreci. Niedawno wszedlem na podworze pewnego czlowieka, ktory reperowal cos w klapie bagaznika,podtrzymujac ja jedna reka, a w drugiej trzymal srubke. Widzac mnie wreczyl mi te srubke mowiac:"наживи!"Znam takie slowo ale tylko z wedkarstwa, gdzie oznacza nadziac robaka na haczyk. Wzialem te srubke i nie wiedzialem, co z nia zrobic, nie czulem zwiazku ze slowem. Myslalem juz, ze sie zdradze, ale pomyslalem co mozna zrobic ze srubka?-wkreczic ja w dziurke z gwintem. Spojrzalem w gore i zauwazylem podkladke jakims cudem trzymajaca sie na dziurce. Zrozumialem, ze mam ta srubka przylapac te podkladke, zeby nie spadla i przykrecic srubke.
        Potem sprawdzilem to slowo w starym, dobrym slowniku i bylo znaczenie tylko wedkarskie. Zapytalem wszystkich nativow dookola- wszyscy znali znaczenie z mojej sytuacji.
        Takich przygod moglbym wymienic setki, a znalezc podrecznik podajacy takie rzeczy jest niemozliwoscia. Osoby zdajace egzamin na C2 pewnie nie maja pojecia nawet o podstawowym znaczeniu tego slowa, wiec od C2 do nativa droga baaardzo daleka.

      4. Cale to kolorowe badziewie zwane przez niektorych „podrecznikami” nadaje sie tylko na skup surowcow wtornych. A uczyc sie jezyka we wlasciwej kolejnosci w Polsce nie ma szans. Najpierw trzeba sie nauczyc niedoskonale, a dopiero potem jechac za granice i wszystko poprawiac.

        Dobrze, dobrze, ale jednak trzeba robić, co się da. Zamiast się załamać i powiedzieć, że w Polsce języka nauczyć się nie ma szans, trzeba zadać sobie pytanie jak się go nauczyć i dążyć do perfekcji wszelkimi niemożliwymi metodami i myślę, że to od początku nauki, a nie na jej końcu dopiero po wyjeździe. Dlatego też odesłałem do artykułu Adriany, który wydaje mi się w tym kontekście tu najtrafniejszy.
        Nie chcę być nudny (ani kraść cudze pałeczki) ale ciągnąć temat seriali oglądam kolumbijski serial La costeña y el Cachaco. Serial/nowela pokazuje w komediowy sposób różnice kulturowe pomiędzy wybrzeżem, a centrum Kolumbii. Wartość tego serialu w nauce języka jest dla mnie oczywista i nie trzeba przeprowadzać się do Kolumbii, by go obejrzeć. To jest 140 odcinków, w których przez 45-minut mówią w dwóch regionalnych akcentach. Tu znów odnoszę się do egzaminów językowych. Nagrania ezgzaminu z hiszpańskiego C2 (zarówno w starej, jak nowej postaci egzaminu) są przy tym jakąś drwiną (nie będę oceniał innych języków, ale będzie podobnie). Nie wiem jak to określić, jest milion lat świetlnych różnicy w poziomie językowym pomiędzy nagraniami egzaminacyjnymi C2, a prawdziwym serialem z telewizji. Dlaczego nie puszczą na egzaminie wycinku z prawdziwego serialu, by sprawdzić ile badany rozumie? Albo niech dadzą takie zadanie ze śrubką, zamiast tekst o motywie marzeń w malarstwie. Bo faktycznie, takie życiowe słownictwo bywa trudniejsze do nabycia (wymaga od uczącego się inwencji, niekoniecznie wyjazdu, ale inwencji owszem) niż słownictwo z tekstów o sztuce, jakich w sieci jest wiele i każdy je czytał.

      5. Przejrzalem jeszcze raz te liste jezykow i zauwazylem, ze oprocz jezykow indoeuropejskich sa tam trzy ugrofinskie, z czego dwa bardzo podobne, i jeden semicki, ktory byc moze jest jego ojczystym, lub jest mu bliski. Nie ma zadnych jezykow egzotycznych, nawet tych dosc powszechnie znanych typu chinski, japonski, arabski. Z indoeuropejskich nie ma „dziwolagow" typu albanski czy jezyki celtyckie. Dziwi troche obecnosc lotewskiego przy braku litewskiego,ktory jest jeszcze trudniejszy, nie wiem po co chlop zadal sobie trud nauki jednego dosc trudnego jezyka z grupy baltyckiej? Poza tym reszte stanowia jezyki slowianskie, germanskie i romanskie czyli dosc podobne. Wiec moze chlop robic dobre wrazenie uczac ich, ale nie wierze w wysoki poziom kazdego z nich. Moim zdaniem latwiej nauczyc sie tych wszystkich jezykow na B1-2, niz opanowac finski, wegierski i lotewski na poziomie jezyka ojczystego.

      6. Do Piotra 5:19
        Oczywiscie,ze trzeba probowac w kraju i to od poczatku, dobre podreczniki moglyby w tym duzo pomoc, ale ich nie ma. Rzeczywiscie najlepszym rozwiazaniem zostaja filmy, jednak radzilbym je ogladac po kilka razy, albo cofac i zapisywac wychwycone wyrazenia, bo inaczej moga umknac uwadze, szczegolnie te rzadko uzywane. Te czeste wejda w krew od samego ogladania. Szanse na C2 uczac sie w kraju sa duze, na zostanie nativem niewielkie, ale i w ogole sa one niewielkie, za granica tez.
        Co sie tyczy egzaminow to pelna zgoda, jeszcze gorzej jest na filologiach, gdzie ostatni egzamin ma niby odpowiadac C2. Jednak uczelnie musza zanizac jego poziom, bo ponabieraly za pieniadze takich utalentowanych filologow, ze trudnego egzaminu wiekszosc by nie zdala. A to by szkodzilo wizerunkowi uczelni. Wiekszosc absolwentow w „zadaniu ze srubka" nie potrafilaby nawet nazwac srubki.Po prostu handel dyplomami…

      7. Jasna sprawa, że serial trzeba obejrzeć kilkukrotnie i zwracać uwagę na wyrażenia itd.

        Mam nadzieję, że Ci absolwenci jednak potrafią nazwać śrubkę. To są złudne nadzieje?

    1. Liczbę 50 języków dałeś tylko po to by wzmocnić efekt swojej wypowiedzi? Na pewno bowiem nie wziąłeś jej z wypowiedzi samego profesora Arguellesa, który moim zdaniem na tle pozostałych „poliglotów" jest osobą dość skromnie afiszującą pojęciem znajomości języka i przy okazji mającej coś ciekawego do powiedzenia na tematy ogólnolingwistyczne. O ile dobrze wiem to aktywnie zna znacznie mniejszą liczbę i to też na bardzo różnym poziomie, w pozostałych przeważnie umie głównie czytać co, jak już we wcześniejszym komentarzu napisałem, jest wyczynem, ale nie może być tożsame z aktywną znajomością na tym samym poziomie.

    2. Do Piotra 8:34
      Co do srubki to nadzieje sa naprawde zludne. Przed laty mialem „zaszczyt" zdawac takie egzaminy na filologi angielskiej. Poziom duzej czesci studentow byl kompromitujacy. Na wczesniejszych egzaminach pisemnych mozna bylo jeszcze korzystac ze SLOWNIKOW, ale nas uprzedzano, ze na koncowym nie bedzie takiej mozliwosci. Jednak ku uciesze wiekszosci taka mozliwosc byla. Nie musze chyba tlumaczyc, jakie mozliwosci daje dobry slownik, gdy sie troche pokombinuje.
      Na ustnym zdawal ze mna w parze koles , ktoremu obca byla forma doesn't
      – we wszystkich przypadkach uzywal don't. Okazalo sie, ze tez zdal i moze sie szczycic poziomem C2 majac powazne braki w A1!!! Nie byl to jednak najslabszy egzemplarz z tego grona, niektore panienki, co skrupulatnie liczylismy, wypowiedzialy przez 3,5 roku po jednym, jedynym zdaniu podczas zajec, zmuszone przez bestialskiego amerykanskiego szowiniste, ktorego potem chcialy probowac usunac z uczelni za wyjatkowe chamstwo!(Polegajace na zmuszeniu ich do ustnej wypowiedzi i stwierdzeniu, ze ich poziom jest zerowy!) Wiec opisane powyzej niewiasty, szczycace sie teraz poziomem rownoznacznym z C2, nie tylko nie nazwaly by po angielsku srubki, ale nawet i gwozdzia, a niektore moze i mlotka!

      1. Na ustnym zdawal ze mna w parze koles , ktoremu obca byla forma doesn’t – we wszystkich przypadkach uzywal don’t. Okazalo sie, ze tez zdal i moze sie szczycic poziomem C2 majac powazne braki w A1!!!

        :-O Z całości Twej wypowiedzi wnioskuję, że certyfikat mimo wszystko znaczy więcej niż dyplom uczelni wyższej.

        Dobry demotywator na początek ładnego dnia. Osobiście po hiszpańsku z głowy wiem nie tylko jak jest śrubka, ale i nakładka na śrubkę, śrubokręt, przykręcać i odkręcać śrubkę, a mimo to deklaruję poziom C1. W zasadzie byłoby śmieszne z tych słów wnioskować o C2, zapalony majsterkowicz z B1-B2 też te słowa zna. Nie pamiętam niestety skąd znam te wyrazy. Pamiętam za to, że „przybijać" gwóźdź nauczyłem się z pewnej książki (opis jak zabijali trumnę gwoździami), a np. pewne słownictwo związane z wiertłami z artykułu na elcolombiano.com z artykułu o stosowaniu wiertarki w remontach domowych, którą to stronę już chwaliłem (zróżnicowane tematycznie artykuły od polityki po wiertarki), więc jak ktoś chce wyszukać ciekawe słownictwo, to je znajdzie. Niestety, akurat ostatnio zmienili organizację (oraz szatę graficzną) na elcolombiano.com – za mało osób czytało o wiertarkach? Nie powiem niczego nowego naciskając na czytanie i słuchanie w języku obcym 😉

        Natomiast w chwili obecnej nie poradziłbym sobie z tym słownictwem w języku angielskim (nie mówię oczywiście o najprostszych słowach typu młotek…), choć wydaje mi się, że pasywnie byłoby sporo lepiej. Co też nie znaczy, że testy gramatyczne na „C1" są mi straszne, gdyż jakiś czas temu oglądałem test z poziomu C1 i rozwiązałbym go w 100%. Poczułem się z tego powodu raczej rozczarowany, gdyż wniosek wypływa z tego taki, że może brakować źródeł opisujących gramatykę angielską na „prawdziwym C1". Opcjonalnie, mam nieco przesadzone wyobrażenie tych poziomów językowych. Może więc wyluzuję i napiszę ogłoszenie, że znam angielski jak native speaker z Anglii gdyż władam specjalistycznym słownictwem technicznym jak młotek i tworzę zdania warunkowe we wszystkich czasach (podobnie jak w moim keczua B1)? 🙂 Bo np. zdania warunkowe we wszystkich czasach tworzę i w keczua, a w języku angielskim okazują się być materiałem poziomu C!!!

        Niestety już niedługo nie będę dysponował taką ilością czasu co teraz na przeglądanie Woofli :-/. I tak się składa, że czekająca mnie robota w języku angielskim nie wymaga więcej niż B2 + specjalistyczne terminy.

      2. @Night Hunter'ze
        Opisywaną przez Ciebie sytuację z „egzaminu z ‚doesn't'" najlepiej chyba kwitują słowa Lecha Wałęsy: „szłem czy szedłem, ale doszedłem".

      3. No tak, zdarzalo mi sie spotykac Anglikow mowiacych „he don't know" ale obcokrajowiec musi sobie na taki jezyk zasluzyc znajomoscia calosci jezyka na poziomie takich angielskich Walesow.

  4. Nie zdawalem nigdy na zaden certyfikat, ale na chlopski rozum biorac, taki egzamin powinien byc na wyzszym poziomie, gdyz nikomu nie zalezy na jego zanizaniu. Uczelnie nabieraja z lapanki wszystko co sie rusza, nawet warunkowo pomimo niezdanych egzaminow wstepnych. Kazde czesne sie liczy.Potem maja pewien dylemat- jesli egzamin obleje wiekszosc studentow to pojdzi w miasto fama, ze albo poziom jest niski, albo egzaminy zbyt trudne. Oba warianty nie wroza uczelni powodzenia wsrod przyszlych kandydatow na studentow. Wybieraja wiec „handel dyplomami".
    Powodzenia w nowej pracy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ