Irlandzki [Hekatoglot 8/100]

Do irlandzkiego mam szczególny sentyment, bo to od niego wszystko się zaczęło: był pierwszym "dziwnym" językiem, jakiego się uczyłem. Dawno, dawno temu, podczas wagarów w bibliotece miejskiej na Koszykowej (nie mogłem mieć wtedy skończonych 18 lat, bo od tego wieku już wpuszczali do Biblioteki Narodowej z dużo większym księgozbiorem) trafiłem na "An Ghaeilge" napisany przez polsko-irlandzki duet podręcznik dialektu munsterskiego. 

To niezwykła książka – kilka lat później trafiłem na jakiegoś Litwina, który tłumaczył ją roboczo na angielski, żeby z jej pomocą uczyć innych entuzjastów; twierdził, że to jeden z najlepszych podręczników do irlandzkiego w ogóle, a już na pewno – najlepsze co można znaleźć do munsterskiego (trochę o dialektach niżej). Cóż, mnie wryły się w pamięć głównie teksty o dojeniu krów i ubijaniu masła a także zdania w rodzaju "Kiedy Tadhg [to się czyta [tajg] albo [tejg], imię męskie tak popularne, że dla unionistów ‘Taig’ to pogardliwe określenie katolika] wypije robi się wściekły i bije żonę". Trudno się dziwić, że po czymś takim a) nabrałem sympatii do Irlandczyków i b) postanowiłem tę sympatię kultywować z dystansu.

A mówiąc poważnie – zaskoczyło i zaciekawiło mnie najpierw oczywiście samo to, że Irlandczycy mają jakiś własny język a chwilę później – to jak bardzo ten język różni się od wszystkich, o których cokolwiek wiedziałem. Tak właśnie zaczęło się moje zainteresowanie językową różnorodnością świata… ale to tekst o irlandzkim, nie autobiografia, więc przejdźmy do rzeczy.

Co takiego dziwnego w irlandzkim?

Na pierwszy rzut oka – ortografia: bardzo dużo dziwnych sekwencji liter (te wszystkie bp-, bhf-, gc– na początku słowa), masa dwuznaków z h jako drugim elementem, sekwencje kilku samogłosek pod rząd (gAEIlge), a przede wszystkim – połowy z tego w ogóle się nie wymawia (klasyczny przykład to oíche ‘noc’ wymawiane [w zachodnim dialekcie] – jako [i:]), a połowę wymawia, ale inaczej niż laik się spodziewa (np. dh – [j] albo [gh]; mh – [w] albo [ł]; sh – [h], za to zwykłe s to czasem [s] a czasem [sz])…

Brisim achan riail seachas focan caol le caol

(łamię każdą zasadę poza pierdolonym caol le caol) (Kneecap)

W tym ortograficznym szaleństwie jest metoda – w irlandzkim niemal każda spółgłoska może być zmiękczona (= palatalizowana; irl. caol ‘wąska’) albo twarda (= welaryzowana; irl. leathan ‘szeroka’), jako wąskie i szerokie są też klasyfikowane samogłoski (wąskie – i, e; szerokie – a, o, u), zasada ortografii brzmi Caol le caol agus leathan le leathan ‘wąskie z wąskim i szerokie z szerokim’ czyli po obu stronach litery oznaczającej zmiękczoną spółgłoskę mogą stać tylko samogłoski wąskie, i odwrotnie.

Lepiej na przykładach? Różnica w wymowie między ‘bądź’ i buí ‘żółty’ polega na tym, że w pierwszym wyrazie b jest miękkie, więc długie i może stać bezpośrednio przy nim, natomiast w drugim b jest twarde, więc potrzebny jest ortograficzny ‘bufor’ którego funkcję pełni u (ponieważ w polskim i automatycznie zmiękcza poprzedzające spółgłoski buí jest dla nas trudne do wymówienia, najlepiej spróbować ‘błi’ z krótkim ł). Przyjrzyjmy się teraz słowu caol, które wymawia się ‘kil’, ale przy tym i k i l są twarde (to drugie zbliżone w wymowie do kresowego ł, to pierwsze na słuch brzmi jak ). Ponieważ ‘i’ jako litera jest miękka (więc nie może sąsiadować z twardymi spółgłoskami), do zapisu krótkiego dźwięku i pomiędzy twardymi spółgłoskami irlandzki konsekwentnie stosuje dwuznak ‘ao’, jak w tym właśnie słowie.

Podobnych rozwiązań – nieintuicyjnych, ale konsekwentnych i układających się w spójny wewnętrznie system, jest w irlandzkiej ortografii mnóstwo. Inne jej cechy charakterystyczne odzwierciedlają specyfikę irlandzkiej gramatyki, a mianowicie…

MUTACJE POCZĄTKOWE!

W irlandzkim, jak i w innych współczesnych językach celtyckich, wiele zjawisk gramatycznych wywołuje zmiany dźwięków na początku wyrazu – jeśli jest tam samogłoska, wstawienie przed nią spółgłoski (na przykład ‘Irlandia’ to Éire, ale ‘Republika Irlandii’ to Poblacht na hÉireann), z kolei początkowe spółgłoski mogą podlegać zamianie na inne. 

Podstawowe typy mutacji są dwa: lenicja (irl. séimhiú dosl. rozcieńczenie, złagodzenie) polegająca z grubsza na zamianie spółgłosek zwartych na szczelinowe (czyli np. [p]->[f] [m]->[w] [k] -> [ch], co zaznacza się przez dostawienie ‘h’ po spółgłosce: ph, mh, ch) i przesłonięcie (irl. urú dosł. zaćmienie), czyli zamiana bezdźwięcznych na dźwięczne ([p]->[b], [k]->[g]…) a dźwięcznych z kolei na nosowe ([b]->[m], [d]->[n], [g]->[ng]), przy czym na piśmie ‘nowa’ spółgłoska stawiana jest przed starą – stąd w irlandzkim tyle zbitek typu bp-, mb-, gc– wymawianych po prostu b, m, g itd.

Opisanie dokładnych zasad mutacji i kontekstów w których one występują zajęłoby bardzo dużo miejsca powiedzmy więc tylko, że ‘wywołują’ je liczebniki oraz słówka funkcyjne, czyli np. zaimki, rodzajniki czy partykuły gramatyczne, że to jaka konkretnie mutacja zachodzi zależy również od rodzaju gramatycznego słowa (w irlandzkim są 2: męski i żeński), i że lenicja (dużo częstsza od przesłonięcia) jest też znacznikiem czasu przeszłego w czasownikach, a wołacza w rzeczownikach. Zagmatwane? Oto elegancki przykład:

Zaimek a sam w sobie równie dobrze może znaczyć ‘jej’, ‘jego’ lub ‘ich’, ale każde z tych użyć (a de facto trzech oddzielnych słów, które przez historyczny niefart brzmią tak samo) zachowuje się inaczej pod względem mutacji: ‘jej’ nie wywołuje żadnej; ‘jego’ wywołuje lenicję, a ‘ich’ – przesłonięcie. Stąd a cara = jej przyjaciel, a chara = jego przyjaciel, a gcara = ich przyjaciel i wszystko jest dużo bardziej przejrzyste niż gdyby mutacji nie było. 

Mutacje przekazują zatem bardzo ważne informacje na temat znaczeń i struktury składniowej; jednocześnie jednak z perspektywy uczącego się mogą być poważnym utrudnieniem – bo trudno jest wychwytywać ze słuchu znajome słowa, jeśli próbuje się je zidentyfikować po ich początkowych dźwiękach (a niemal każdy początkujący ma taki nawyk).

Związki składniowe i frazeologia

Irlandzki ma wiele innych cech, które wydają się dziwaczne z germańsko-romańsko-słowiańskiego punktu widzenia: czasownik stoi na początku zdania, system liczebników nie tylko jest dwudziestkowy ale i inny dla ludzi, inny dla wszystkiego innego… tu zwrócę uwagę tylko na dwa ciekawe, i ważne zjawiska:

Po pierwsze, centralną rolę jaką pełnią przedimki (czyli wyrazy typu ‘w’ ‘od’, ‘na’ ‘przy’), które w irlandzkim odmieniają się przez wszystkie osoby (por. polskie ‘doń’ czy ‘zeń’), a powstałe formy nie zawsze są czytelne na pierwszy rzut oka (‘przy’ – ag, przy mnie – agam, przy tobie – agat, przy nim – aige, przy niej aici; o 'z, od’ uaim ‘ode mnie’ uait od ciebie ale 'od niego' – uaidh a 'od niej' – uaithi)

Konstrukcje przyimkowe są w irlandzkim stosowane dużo szerzej niż w polskim. To że ag ‘przy’ wyraża posiadanie (Tá madra mór agam ‘mam dużego psa’), nie jest niczym szczególnym, ale po irlandzku mówi się też np. Tá Gaeilge agam ‘znam (dosł. mam) irlandzki’, a konstrukcja ta przedostała się również do irlandzkiego angielskiego (‘I have a bit of Irish’). Skoro jesteśmy przy językach – nie można powiedzieć ‘mój irlandzki’, trzeba ‘mój kawałek irlandzkiego’ (mo chuid gaeilge).

Ale nie tylko o posiadanie (realne czy przenośne) tu chodzi. Konstrukcje przedimkowe wyrażają większość znaczeń modalnych (chcieć, móc, musieć…), jak w tej garści przykładów: Tá fúm imeacht ‘(jest pode-mną odchodzenie) mam zamiar odejść’; Tá uaim labhairt leis (jest ode-mnie rozmawianie z-nim) chcę z nim porozmawiać’; Ní raibh ionam seasamh (nie było we-mnie stanie) nie mogłem ustać’. Bardzo popularne są i konstrukcje dwuprzyimkowe, rozszerzające jeszcze bardziej zakres użycia konstrukcji wyrażającej posiadanie Tá aithne agam air ach níl aithne aige ormsa (jest znajomość u-mnie na-nim ale nie-ma znajomość u-niego na-mnie-emf) ‘ja go znam, ale on mnie nie’ czy Tá grá agam ort/duit ‘kocham Cię’ (dosł. jest miłość u-mnie na-tobie/do-ciebie – różne dialekty mają różne preferencje).

Widać z tego, mam nadzieję, że w irlandzkim wiele czasowników zastępują wyrażenia takie jak “mam nadzieję” właśnie, czyli z czasownikiem posiłkowym (w polskim – ‘być’ albo ‘mieć’, w przypadku irlandzkiego – są dwa różne czasowniki ‘być’), czasem w konstrukcji z ag wyrażającej posiadanie, i rzeczownikiem-nazwą czynności lub stanu (miłość, nadzieja, wiedza, chodzenie). To bardzo charakterystyczne dla irlandzkiej składni, podobnie jak specyficzne użycie przeczeń.

Níl ach beagán Gaeilge agam.
Nie mam ale małość irlandzkiego

Zdanie wyżej to jak najbardziej naturalny sposób, by powiedzieć “tylko trochę mówię po irlandzku”. W irlandzkim do konstrukcji z przeczeniami sięga się naprawdę często: Níl agat ach labhairt leis ‘musisz/masz tylko z nim porozmawiać’ (nie-ma u-ciebie ale rozmawianie z-nim) czy też Nilim olc in aon chor ‘Czuję się zupełnie dobrze’ (nie-jestem zły w żaden zwrot). 

In Donegal there are native speakers who know so many million words that it is a matter of pride with them never to use the same word twice in a life-time.
(w hrabstwie Donegal są tacy, co znają tyle milionów słów po irlandzku, że czynią sobie za punkt honoru nie używać tego samego słowa więcej niż raz w ciągu życia)

Flann O’Brien – autor powyższych słów, który jeszcze będzie tu cytowany- oczywiście żartuje, ale coś jest na rzeczy. Oczywiście każdy język ma bogate słownictwo, ale nie każdy ma szczęście do leksykografów czy zbieraczy folkloru. W irlandzkiej kulturze słynny jest słownik Patricka Dinneen (Padraig Ua Duinnín) z 1904, który zawiera nieprawdopodobnie wyspecjalizowane znaczenia (sraothaim ‘kichnięcie konia’; bruidearnach ‘bąblowanie wrzącej wody; ból przy dotknięciu ropnia; migotanie gwiazd mroźną nocą’; sneachta to nie tylko ‘śnieg’ ale ‘chłód serca, obojętność’, uachtarán to nie tylko ‘przewodniczący, prezydent’ ale i ‘największe pisklę w wylęgu’)

To wszystko razem przenosi się i na angielski, którym mówią Irlandczycy; o paradoksach ich stosunku do obu języków będzie później, tu wspomnę tylko o stereotypie w myśl którego obdarzeni są oni darem wymowy (‘gift of the gab’), ale nie jest to zwykła elokwencja, tylko coś tak żywiołowego, barwnego i pełnego przesady, że wręcz nierzeczywistego. Język skrzatów z końca tęczy.

Irlandzka cywilizacja słowa

Irlandzki bywa nazywany trzecim najstarszym (po grece i łacinie) językiem literackim Europy. Wzięte dosłownie może to budzić wątpliwości (co z gockim? ormiańskim? gruzińskim?), ale to co istotne, to bogactwo tej literatury, która -spisana już przez chrześcijan- daje nam całkiem dobry obraz przedchrześcijańskiej, przedpiśmiennej irlandzkiej cywilizacji.

Mówiąc ściśle – pismo było i wcześniej (ogham, nacięcia grupowane wzdłuż jednej długiej linii), ale nie do końca jasne jaką rolę spełniało (mamy krótkie inskrypcje, trochę zaklęć i masę spekulacji że ogham był jakimś sekretnym alfabetem druidów) – przy czym z pewnością była to jedynie rola drugorzędna, pomocnicza.

Irlandzka cywilizacja miała własne imaginarium pełne bogów i bohaterów, rozbudowaną, wielopoziomową strukturę społeczną, ale w przeciwieństwie do greckiej czy rzymskiej, nie była cywilizacją miejską – prawdziwe miasta w Irlandii powstawały później, zakładali je Wikingowie, Normanowie, Anglicy (przez Irlandczyków do dziś nazywani Sasami). Nie była też scentralizowana – od 80 do 150 túatha ‘ludów/plemion’ każde z ‘królem’ na czele (byli też ‘królowie królów’ i ‘królowie królów królów’, ale bardzo, bardzo rzadko jeden król dla całej Irlandii) i przynajmniej teoretycznie niezależne.

To był (a w każdym razie tak wyglądał w literaturze) świat porównywalny z mitologiczną czy homerycką Grecją. Bohaterowie -ludzie szlachetnej, a nawet królewskiej krwi- wędrują po lasach i zajmują się niemal wyłącznie polowaniem. Prowadzą życie pół-nomadów, bo osiąść i założyć rodziny mogą dopiero kiedy się czymś rozsławią. Królowie zabierają na wojnę kolegów-królów, jak Agamemnon pod Troję. Ale charakterystyczne, że irlandzki odpowiednik Iliady – Táin Bó Cúailnge opowiada nie o oblężeniu miasta, a o próbie uprowadzenia… rozpłodowego byka. 

Rozdrobnioną politycznie Irlandię spajała wspólna kultura; choć część opowieści ma regionalny, nie ogólnokrajowy zasięg, to inne są ogólnoirlandzkie, podobnie jak i “obsada” (czyli powtarzające się odniesienia do tych samych, uważanych za historyczne, osób) i “reguły gry” (czyli np. wyobrażenia jak działa magia, jakich zasad należy przestrzegać i jakie są konsekwencje ich złamania). 

W każdym túath oprócz wodzów, wojowników i rolników/ludności niewolnej byli też poeci (fili), kapłani (najpierw draoi czyli druidzi, potem tę “niszę” wypełnili księża i zakonnicy, dokładając do tego posługiwanie się słowem pisanym) i prawnicy (brehon), którzy cieszyli się wysokim prestiżem i kontaktowali ze swoimi odpowiednikami z całego kraju. Obok wspólnych opowieści, wspólnych wierzeń i rytuałów, było też wspólne prawo (féineachas, rzeczownik abstrakcyjny od ‘wolny człowiek’ czyli ‘bycie wolnym’), którego forma spisana pochodzi z czasów chrześcijańskich, ale zawiera wiele elementów trudnych do pogodzenia z katolicyzmem (jak kilka rodzajów rozwodów, różne typy małżeństw, sankcjonowane prawnie niewolnictwo).

Sygnalizuję to, żeby pokazać, że irlandzki był nie tylko językiem życia codziennego i nośnikiem kultury ludowej (tego co po irlandzku nazywa się seanchas ‘starości’) ale był również językiem elit i posiadał wyspecjalizowane rejestry (jak prawniczy) i ściśle określone konwencje gatunkowe. Ponieważ poszczególni władcy rywalizowali ze sobą o prestiż, a jednym ze sposobów na jego zyskanie było utrzymywanie jak najlepszych poetów dworskich, funkcjonował ogólnoirlandzki rynek “specjalistów od słowa” (bo dotyczyło to też oczywiście prawników i kapłanów). 

Od języka królów do języka nędzarzy

I will not see great men go down // who went in rags from town to town // finding English a necessary sin // the perfect language to sell pigs in (Michael Hartnett ‘A Farewell to English’)

Opisany wyżej -w dużym uproszczeniu- stan rzeczy nie utrzymał się długo pod naporem angielskiej kolonizacji. Jak wspomniałem, większość (wszystkie?) dużych irlandzkich miast została założona przez nie-irlandzkich przybyszy; co najmniej od XII w. istniały zatem w Irlandii obszary nie-irlandzkojęzyczne (tzw. Pale z Dublinem). Angielscy władcy prowadzili przy tym politykę przeciwdziałania asymilacji (co skądinąd świadczy, że taki proces zachodził) – szczególnie słynny jest tu Statut z Kilkenny z 1366 który zakazywał (pod karą śmierci!) małżeństw mieszanych, przyjmowania irlandzkich obyczajów, mówienia po irlandzku, używania irlandzkich imion. Innym elementem tej polityki były nadania ziemskie w Irlandii dla anglo-normańskich arystokratów.

W okresie kiedy Anglia pochłonięta była problemami wewnętrznymi (Wojna Dwóch Róż!) ten napór oczywiście osłabł, tak że pod koniec XV w. duża część anglo-normańskiej arystokracji (nie mówiąc już o warstwach niższych) była już dwujęzyczna (tzw. Gall-Ghael – Gallo-Irlandczycy), a poezja dworska i tradycje prawne były utrzymane.

Zasadniczy zwrot nastąpił dopiero w XVI w. – Henryk VIII faktycznie podbił Irlandię na nowo, rozciągając na całe jej terytorium obowiązywanie angielskiego prawa i instytucji. Na dobitkę, w toczących się przez kolejne dekady sporach wokół reformacji, irlandzcy arystokraci stanęli po katolickiej, czyli przegranej, stronie, co oczywiście oznaczało konfiskatę ich własności przez zwycięzców. Dodatkowo, by zapewnić sobie kontrolę nad stale buntującą się katolicką prowincją, rozpoczęto tzw. Plantacje czyli program sprowadzania do Irlandii osadników – angielskich i szkockich protestantów (najtrwalszy okazał się jego sukces w Ulsterze).

Tak więc, około roku 1600, irlandzki nie był już językiem kultury wysokiej, bo irlandzkojęzyczne dwory przestały istnieć, a kler katolicki był prześladowany (ciekawym wątkiem irlandzkiej kultury ludowej są piosenki miłosne będące… szyfrowanymi zaproszeniami na katolickie msze). Nie przestał oczywiście być językiem zdecydowanej większości ludności, ale już nie wszędzie – w Pale i na terenie Plantacji wszyscy mówili tylko po angielsku, ogólnoirlandzka edukacja, handel i obieg informacji odbywały się po angielsku, trend był jasny.

Wydaje się, że moment przełomowy, w którym na większości obszaru kraju irlandzki nie był już głównym językiem życia rodzinnego nastąpił jeszcze przed tragedią Wielkiego Głodu (1845-1852, po irlandzku Gorta Mór ‘wielki głód’ albo Drochshaol ‘złe życie’), w wyniku której zginęło bądź wyemigrowało co najmniej 25% ludności wyspy (a na irlandzkojęzycznych południu i zachodzie odsetek strat był jeszcze wyższy).

Irlandzki stał się zatem językiem mniejszości, i to mniejszości wiejskiej, biednej, dyskryminowanej, niepiśmiennej i rozproszonej; użytkownicy różnych dialektów nie mieli kontaktu z sobą nawzajem (wcześniej istniało continuum, sąsiednie dialekty przechodziły płynnie jeden w drugi; ten stan rzeczy zastąpiły irlandzkie ‘wyspy’ w angielskim ‘morzu’).

Tír gan teanga, tír gan anam

(kraj/ziemia bez języka; kraj/ziemia bez duszy)

Powyższe powiedzenie brzmi ładnie, ale czy jest słuszne? Jeśli odnieść je do tego, że Irlandia jest pełna nazw miejscowych, po angielsku całkowicie nieprzejrzystych, za to czytelnych po irlandzku (jeśli się odgadnie co kryje się pod często zniekształconą angielską formą), to naprawdę można zrozumieć, że ktoś, kto to odkrywa po raz pierwszy ma wrażenie że “ziemia zaczyna do niego mówić” i że jej językiem jest irlandzki.

Ale jeśli twierdzić, że własny język miałby być warunkiem istnienia odrębnej tożsamości, kultury, narodu, to Irlandia dostarcza świetnego argumentu, że wcale niekoniecznie. Irlandzki ruch narodowy ostatnich dekad XIX, a potem irlandzki republikanizm początku XX w. wprawdzie obejmowały postulaty odrodzenia irlandzkiego języka i kultury, ale postulaty te były formułowane dużo częściej po angielsku niż po irlandzku. Uderzający jest też kontrast pomiędzy skalą sukcesu na arenie polityki (powstało przecież, na przekór dysproporcji sił, niepodległe irlandzkie państwo), czy nawet sportu (gaelicki futbol i hurling są w Irlandii popularniejsze od rugby i piłki nożnej), a losami języka, które trudno określić jako jednoznaczny sukces.

Angielski jako język Irlandczyków

The English came and took our lands and turned them into barren wastes. We took their language and made it beautiful (Oscar Wilde)

If Irish were to die completely, the standard of English here, both in the spoken and written word, would sink to a level probably as low as that obtaining in England and it would stop there only because it could go no lower (Flann O’Brien)

To, że wszyscy (chyba nawet dosłownie) Irlandczycy mówią po angielsku, nie oznacza oczywiście, że czują się Anglikami – irlandzkie poczucie odrębności narodowej ma się świetnie, w tym również w diasporze. Ale to jest bez wątpienia ich język – z jednej strony bo akcent, pewne naleciałości gramatyczne czy leksykalne, sprawiają że ten angielski jest inny od innych, z drugiej bo to narzędzie dostępu do, uczestnictwa w i kształtowania światowej kultury głównego nurtu (gdyby Joyce napisał “Ulissessa” po irlandzku to nie tylko nikt by go nie czytał -można złośliwie argumentować że tak jest i teraz- ale nikt nawet by o nim nie usłyszał), z trzeciej, bo to dla zdecydowanej większości Irlandczyków po prostu jedyny język jaki znają w pełni. 

Is fearr Gaeilge briste, ná Béarla clíste
(lepszy łamany irlandzki, niż mądry angielski)

każdy kto uczy się irlandzkiego zna to powiedzenie, szkoda że nie każdy zdaje sobie sprawę, że cytowane w tej wersji jest autoironiczne (briste to błąd, bo Gaeilge, będąc rzeczownikiem rodzaju żeńskiego, powinno wywołać lenicję przymiotnika: Is fearr Gaeilge bhriste, ná Béarla clíste)

We współczesnych realiach wybór jest właśnie taki – albo mądry (płynny, wygadany) angielski, albo łamany irlandzki. Jak do tego doszło?

Irlandzki jako język Irlandczyków

Te współczesne realia to statystyki: około jednej trzeciej (prawie 1,7 mln. na 5 mln ludności) mieszkańców Republiki Irlandii (i ok. 10% mieszkańców Irlandii Północnej) deklaruje że zna irlandzki, ale jednocześnie tylko ok. 100 tys. z nich używa go (poza szkołą) “co tydzień lub częściej”, w tym nieco ponad 70 tys. “codziennie” (w Irlandii Płn. 4 tys. czyli 0,2%). Żeby zobaczyć co to oznacza(ło naście lat temu, serial jest z 2007) w praktyce można obejrzeć “No Béarla” (Manchán Magan jeździ po Irlandii starając się mówić tylko po irlandzku, w linku pierwszy odcinek).

Powstałe w 1922 Wolne Państwo Irlandzkie uczyniło z irlandzkiego swój język narodowy i pierwszy język oficjalny (część urzędów i instytucji ma oficjalne nazwy tylko po irlandzku – Taoiseach ‘premier’ Teachta Dála ‘członek parlamentu’ An Garda Síochána ‘straż pokoju (=policja), założyło pierwsze Gaeltachtaí (obszary o specjalnym statusie prawnym i podatkowym, na których irlandzki jest, przynajmniej w teorii, głównym językiem życia społecznego), wprowadziło obowiązkowy irlandzki na Intermediate Cert i Leaving Cert (odpowiednik końcowych egzaminów gimnazjalnych i maturalnych; razem oznacza to 12 lat obowiązkowego nauczania irlandzkiego w szkole podstawowej i średniej). Na papierze wygląda to na ambitną, szeroko zakrojoną i konsekwentną politykę promocji języka; rzeczywistość była (jest) dużo bardziej złożona…

Przymus nauki irlandzkiego w szkole, przy czym w irlandzkich realiach nauczycielami byli nierzadko duchowni nie stroniący od stosowania kar cielesnych, wpłynął na nastawienie do języka kolejnych pokoleń. Do tego, mimo że znajomość irlandzkiego w myśl prawa była wymogiem niezbędnym do zatrudnienia w służbie cywilnej i innych częściach sektora publicznego, w praktyce egzekwowano tylko “irlandzki na maturze”, nie sprawdzając faktycznej znajomości. W efekcie z perspektywy przeciętnych uczniów irlandzki był przedmiotem nudnym, trudnym i do niczego niepotrzebnym. 

Polecam uwadze króciutki “wywiad” (jeśli w ogóle można to tak nazwać) z Conorem McGregorem, który ładnie pokazuje ile irlandzkiego można wynieść ze szkoły. Fraza, którą jako jedyną wypowiada szybko i płynnie to ‘An bhfuil cead agam dul go dtí an leithreas?’ czyli ‘czy mam pozwolenie wyjść do łazienki?’. I wszyscy się śmieją, bo wiadomo – po irlandzku trzeba umieć powiedzieć tyle, żeby móc uciec z lekcji. Ale naprawdę do myślenia daje to, że przecież McGregor na tle innych irlandzkich sław nie wyróżnia się słabą znajomością irlandzkiego, tylko właśnie dobrą – inaczej ten klip nie byłby godny uwagi! 

Irlandzki jako żywy język

…mar ná beidh ár leithéidí arís ann.
bo takich jak my nie będzie nigdy już (Tomás Ó Criomhthain)

Częścią problemu językowego przed jakim stanęło nowopowstałe państwo irlandzkie, było to, że irlandzki od dawna już nie był używany jako żywy język osób wykształconych, stary język literacki był niezrozumiały, a nowej ustabilizowanej normy w praktyce nie było. Żywa była za to – w tych częściach Irlandii, gdzie irlandzki był jeszcze używany – kultura ludowa, bardzo bogata, ale formułowana przez każdego we własnym dialekcie. Różnice między nimi były na tyle duże, że nie narzucał się żaden oczywisty kompromis, a z drugiej strony chciano jak najbardziej docenić tych, którzy w trudnych warunkach zachowali język.

Na początku XX w. działacze ruchu odrodzenia irlandzkiego w poszukiwaniu “autentycznego”, jak najbardziej wolnego od angielskich wpływów, języka podróżowali do odległych miejscowości i zachęcali miejscowych do spisywania swoich wspomnień i lokalnych historii, które następnie stanowiły wzorzec dla uczących się języka.

Przykładem absolutnie niesamowitym są wyspy Blasket (Na Blascaodaí) przy płd-zach. wybrzeżu Irlandii. Społeczność nigdy nie liczyła więcej niż 200 osób, żyjących w skrajnie trudnych (opisywanych jako ‘neolityczne’) warunkach materialnych (ostatecznie w latach 50. wszystkich mieszkańców ewakuowano na stały ląd), ale wydała co najmniej 3 autorów (Muiris Ó Súilleabháin, Peig Sayers,  Tomása Ó Criomhthaina) bez których trudno mówić o literaturze irlandzkiej XX wieku. Najsłynniejszą postacią jest Peig Sayers, znana po prostu jako Peig, taki też jest tytuł jej biografii stanowiącej od lat lekturę obowiązkową w irlandzkich szkołach. Z kolei cytat pod nagłówkiem – często używany, także w angielskiej przekształconej wersji ('the likes of me will never be again') – pochodzi z autobiografii Tomása Ó Criomhthaina i odnosi się do końca starego życia na wyspach; myślę że sprawdza się również jako odniesienie do powolnego zaniku tradycyjnego życia (i języka) w Gaeltachtaí

“Chłopomanię” irlandzkich aktywistów językowych fantastycznie (i po irlandzku, w odróżnieniu od większości jego twórczości) parodiuje przywoływany już Flann O’Brien w powieści An Béal Bocht (dosł. biedne usta; idiom oznaczający osobę przedstawiającą swoje położenie jako gorsze niż jest w rzeczywistości “biedny tylko w gębie”). 

I w sumie ma rację, że poszukiwania “prawdziwego” irlandzkiego na odludziu smaganym deszczem i wiatrem, gdzie prawie nic nie rośnie, a je się wodorosty doprowadzą do traktowania języka jako dziwacznej skamieliny, a to droga donikąd. 

Lekturą obowiązkową dla wszystkich aktywistów językowych jest też przemowa jednego z gaelo-entuzjastów, której krótkie fragmenty przytaczam:

Níl aon ní ar an domhan chomh deas ná chomh Gaelach le fíor-Ghaeil fhíor-Ghaelacha a bhíonn ag caint fíor-Ghaeilge Gaelaí i dtaobh na Gaeilge fíor-Ghaelaí

‘Nie ma rzeczy na świecie równie miłej i równie irlandzkiej dla prawdziwie irlandzkiego prawdziwego Irlandczyka niż mówić w prawdziwym irlandzkim o irlandzkim prawdziwych Irlandczyków’

I dalej:

Má táimid fíor-Ghaelach, ní fólair duinn a bheith ag plé cheist na Gaeilge agus cheist an Ghaelachais le cheile i gconai. Ní haon mhaitheas Gaeilge a bheith againn má bhíonn ár gcomhrá sa teanga sin ar nithe neamh-Ghaelacha.

‘Jeśli jesteśmy prawdziwymi Irlandczykami musimy stale dyskutować ze sobą o kwestii irlandzkiego i kwestii irlandzkości. Nic dobrego nam nie przyjdzie z irlandzkiego, jeśli rozprawialibyśmy w tym języku o sprawach nie-irlandzkich.’

Satyra i szaleństwo, ale brzmi niepokojąco znajomo (słoń, a sprawa polska…?)

Kolejnym problemem jest standaryzacja – dopiero w latach 50. powstał oficjalny standard irlandzkiego (An Caighdeán Oifigiúiloficjalny standard znany też jako Caighdeán albo CO), stanowiący propozycję wspólnej normy dla powszechnego nauczania, przy jednoczesnym utrzymaniu jako poprawnych wszystkich form używanych w Gaeltachtaí (jak pisałem – dług wdzięczności wobec tych, co wytrwali). Więc na przykład pytanie ‘jak się masz?’ można zadać na co najmniej trzy równoprawne sposoby: Conas atá tusa? (Munster=południe) Cad é mar a tá tú? (Ulster=północ) albo Cén chaoi a bhfuil tú? (Connacht=zachód), nie ma też jednolitej normatywnej wymowy. 

Nie trzeba spędzać dużo czasu na irlandzkich forach językowych, by zorientować się, że CO ma wielu przeciwników – zarzuca mu się przede wszystkim sztuczność (brzmi nienaturalnie, wymuszenie, obco dla praktycznie wszystkich użytkowników żywego irlandzkiego) i brak wewnętrznej spójności. Przy czym oczywiście nie ma zgody jak należałoby CO ‘naprawić’, a użytkownicy (czy ściślej ‘zwolennicy’) poszczególnych dialektów bywają krytyczni nie tylko wobec standardu ale i siebie nawzajem.

Skoro oprócz skojarzeń szkolnych dochodzą jeszcze te ze skansenem, no i wrażenie, że nie da się ustalić, czego się uczyć by mówić wystarczająco ‘dobrym’ irlandzkim by nie narażać się na wykłady różnych purystów, trudno się dziwić, że większość Irlandczyków macha ręką, a niektórzy reagują agresywnie na każdą wzmiankę o potrzebie państwowego wsparcia dla irlandzkiego (wystarczy np. poczytać komentarze pod artykułami o polityce językowej w “The Irish Times” by zobaczyć jakie emocje wypływają na wierzch).

Irlandzki jako gest radykalny

It’s difficult to write in a language that will probably be dead before you Máirtín Ó Cadhain  

Wybór irlandzkiego to wybór radykalny, bo wszyscy, którzy mogą go dokonać, dysponują też narzędziem, które ma o wiele szerszy zasięg, daje więcej możliwości i którym najprawdopodobniej władają lepiej. Żeby wybrać irlandzki kosztem angielskiego, trzeba mieć silną motywację. Dla Ó Cadhaina, najwybitniejszego pisarza tworzącego po irlandzku, było nią poczucie łączności z samą ziemią i jej historią: 

Tá aois na Caillí Béara agam, aois Bhrú na Bóinne, aois na heilite móire. Tá dhá mhíle bliain den chráin bhrean sin arb í Éire í, ag dul timpeall i mo chluasa, i mo bhéal, i mo cheann, i mo bhrionglóidí. 

'Jestem tak stary (dosł. mam wiek) jak wiedźma z Beara, jak Newgrange, jak bezroga sarna (tj. zwierzę, które bezskutecznie gonią bohaterowie legend). Dwa tysiące lat tej brudnej lochy (!) jaką jest Irlandia, krąży w moich uszach, w moich ustach, w mojej głowie, w moich snach.'

W sensie dosłownym mylił się – nie przeżył irlandzkiego (zmarł w 1970); ale trudno zaprzeczyć, że zmaganie się ze świadomością zaniku czy powolnej śmierci irlandzkiego jest jednym z centralnych elementów irlandzkojęzycznej twórczości (a i na poziomie popularnym “to w ogóle irlandzki żyje?” czy “jaki sens uczyć się umierającego języka?” to b. częste pytania). Więc zajmowanie się irlandzkim to niekiedy próba zatrzymania czasu, czy wręcz podróż wstecz, pod prąd. Stąd być może to miotanie się między irlandzkim, a angielskim (jak Hartnetta, który się z angielskim żegnał a potem doń wracał), stąd poświęcanie nieproporcjonalnie dużej uwagi ‘kwestii językowej’, nawet dziś (charakterystyczny przykład – w antologii “Poems from the edge of extinction” irlandzki reprezentuje wiersz Gearóida Mac Lochlainna Aistriúcháin  ‘tłumaczenia’, mówiący o doświadczeniach irlandzkojęzycznego poety występującego dla anglojęzycznej widowni).

Oczywiście to nie jest cała prawda i na pewno nie pełny obraz współczesnej sytuacji irlandzkiego, ale zanim o tym, nawiążmy na chwilę do radykalizmu w innym, politycznym, sensie.

Wspomniałem, że irlandzki republikanizm odwoływał się do języka, ale tak naprawdę z niego nie korzystał, zarówno przed jak i po niepodległości. Również w Irlandii Północnej, przeświadczenie, że irlandzki jest językiem katolików-republikanów, a angielski (i Ulster Scots) protestantów-unionistów miało sens bardziej symboliczny niż rzeczywisty. Co do zasady po irlandzku nie mówi prawie nikt, a kto mówi, robi to z indywidualnych pobudek, czasem zupełnie niezwiązanych z polityką.

Ale symbole są ważne, a od zasad są wyjątki. Bywały momenty, kiedy irlandzki był używany do manifestacji politycznej – w latach 80. więźniowie polityczni (których rząd Thatcher traktował jak zwykłych kryminalistów) w geście buntu upierali się przy mówieniu po irlandzku – którego oczywiście musieli się dopiero nauczyć. Fenomen więziennego irlandzkiego jest nazywany  ‘jailtacht’ (przez oczywistą analogię do ‘Gaeltacht’), a słowo to czasem odnosi się do irlandzkiego w Belfaście w ogóle.

Współcześnie, w tymże Belfaście, irlandzki jest językiem jeszcze innego buntu – pokoleniowo-artystycznego. Raperzy z grupy Kneecap (wzmiankowanej na samym początku) wyśmiewają wszystkich, w tym również IRA.

Irlandzki jako język modny

Wiadomości o śmierci irlandzkiego są prawdziwe, ale jednocześnie przesadzone. Według najnowszych danych tylko około 20% dzieci w Gaeltachtaí wychowuje się z irlandzkim jako językiem używanym w domu. Już dziś tylko w dwu miejscach na zachodnim wybrzeżu jest on realnie głównym językiem życia społecznego. To tylko kwestia czasu kiedy i tam pozostanie jedynie domowym językiem małej mniejszości. 

Ale kto myśli że irlandzki to tylko Gaeltachtaí myli się bardziej niż kiedykolwiek. W ciągu ostatnich dwudziestu lat irlandzki ma się najlepiej tam, gdzie historycznie był najsłabszy – w dużych miastach, gdzie sprzyjają mu przemiany społeczne i technologiczne.

Dzięki technologii podstawowe zasoby (publikacje, słowniki, kursy) są w zasięgu ręki, łatwo też umówić się na wspólne spędzanie czasu po irlandzku – w czasach przedinternetowych był to problem, bo w przygodnie dobranym towarzystwie zawsze znajdzie się ktoś kto nie chce bądź nie potrafi rozmawiać po irlandzku, i od “równania w dół” (tj. do angielskiego) nie ma ucieczki. Co innego teraz, kiedy można się na tyle dobrze skoordynować, żeby założyć np. irlandzkojęzyczny klub hurlingu, czy organizować tzw. Pop-up Gaeltacht w jakimś pubie.   

Na odrębną wzmiankę zasługuje telewizja, rola irlandzkojęzycznego kanału TG4 (założony w ‘96, w obecnej formule od ‘99) który wykroczył poza schemat telewizji lokalnej dla Gaeltachtaí z tradycyjnymi gawędami i piosenkami w starym stylu, i oferuje normalną, współczesną ramówkę dla wszystkich – tyle że po irlandzku (chyba największy przebój – telenowela Ros na Rún ‘lasek sekretów’; prawie 2000 odcinków).

Najważniejsze były jednak przemiany społeczne. Po raz pierwszy w swojej historii, Irlandia stała się krajem bogatym. Oznaczało to nie tylko większy budżet na promocję języka, ale przede wszystkim – że dzięki sukcesowi ‘tradycyjna irlandzkość’ przestała zawstydzać nowoczesną klasę średnią. Już nie chodziło o to, by wreszcie wyrwać się z odwiecznej biedy i zacofania, ale by być dumnym, że wyrwać się udało. Duża część skojarzeń, jakie irlandzki budził jest przewartościowywana.

Sprzyjają temu trendy edukacyjne – dynamicznie rozwija się sieć miejskich gaelscoileanna (szkół z wykładowym irlandzkim), do których klasa średnia chętnie posyła dzieci nie tylko dlatego, że są po irlandzku, ale dlatego że są dobre (2-3 razy wyższy niż średnia odsetek studiujących absolwentów). Już samo to – dzieci z bogatszych domów mówią po irlandzku – odwraca historyczne asocjacje z językiem.

Cynicy mówią, że boom na nauczanie po irlandzku wynika również z cichej chęci odseparowania się od imigrantów i “plebsu”. Na tym tle co jakiś czas toczą się spory, nie znam sprawy na tyle, by sensownie oceniać – rozumowanie, że rodzice-imigranci czy z klasy robotniczej mają “praktyczne” podejście do edukacji dzieci ("ucz się tego, co się przyda do znalezienia dobrej pracy" – a trudno uznać irlandzki za szczególnie praktyczny wybór) i w związku z tym nie posyłają dzieci do takich szkół samo w sobie wydaje się sensowne, ale czy wynika z tego, że kto tam dzieci posyła robi to z wyrachowania?

Tak czy inaczej, opisane wyżej zjawiska mają wyraźnie widoczne konsekwencje: coraz większą część osób które naprawdę używają irlandzkiego stanowią użytkownicy (także rodzimi) nie tradycyjnych dialektów, ale tzw. urban Irish; dzieci, które chodziły do irlandzkojęzycznych szkół w miastach (a obecnie także: dzieci, które same, oraz ich rodzice, chodziły do takich szkół). Język ten odbiega wyraźnie od oficjalnego standardu (niekonsekwentnie zmiękczanie spółgłosek, pomijanie mutacji, kalkowanie z angielskiego tzw. béarlachas), ale ma tę wielką zaletę, że jest używany.

Jeszcze innym efektem przemian społecznych w Irlandii, która w ciągu kilkudziesięciu lat z typowego kraju emigranckiego stała się krajem imigranckim, jest to, że po raz pierwszy w historii po irlandzku mówią (czy przynajmniej uczą się go) osoby niemające irlandzkich korzeni i wywodzące się z b. różnych kultur. Ponieważ irlandzki na poziomie słownictwa i frazeologii jest przesiąknięty odniesieniami do katolicyzmu, powstają niespotykane wcześniej trudności – np. podstawowe pozdrowienie Dia duitDia ‘s Muire duit dosł. 'Bóg do Ciebie – Bóg i Maria do Ciebie' okazuje się poniekąd problematyczne

Irlandzka międzynarodówka

Irlandzki wykracza daleko poza Irlandię. Z jednej strony przez pokrewieństwo – szkocki gaelicki jest mu bardzo bliski (zwłaszcza dialektom z Ulsteru), manx nieco dalszy (choć wrażenie inności wywołuje głównie ortografia – w manx korzystająca z części angielskiej konwencji). Z drugiej – przez dziedzictwo.

Ponieważ na świecie (głównie anglosaskim) żyje kilkadziesiąt milionów osób uważających się za ‘Irlandczyków z myślnikiem’ (np. Irish-American) bądź ‘irlandzkiego pochodzenia’ i czujących jakąś więź z Irlandią, być może również z irlandzkim, jak na język mniejszościowy, irlandzki jest wyjątkowo szeroko nauczany. Dzięki obecności wątków irlandzkich w kulturze amerykańskiej i brytyjskiej są one znane lepiej, niż historia i kultura innych krajów o podobnej wielkości (zastanówmy się jak rozpoznawalna jest np. kultura belgijska, a jak – irlandzka)  

Połączenie pewnej ‘egzotyczności’ z łatwą dostępnością materiałów sprawia, że irlandzki przyciąga stosunkowo wielu ‘miłośników języków rzadkich’. To nadal język ‘rzadziej nauczany’ ale dużo częściej niż inne. Istnieje coś w rodzaju irlandzkiej międzynarodówki – w Nowym Jorku, Los Angeles, Ottawie, Sydney czy Paryżu można starać się o certyfikat z irlandzkiego (TEG) czy natknąć na Pop-Up Gaeltacht. Istnieje też międzynarodowe czasopismo literackie – An Gael – publikujące teksty po irlandzku, ale niekoniecznie związane z Irlandią. Jako ilustracja, że po irlandzku może pisać każdy o wszystkim niech posłuży ten materiał o dojściu do władzy PiS którego autorem jest szwedzkojęzyczny Fin, Panu Höglund, z wykształcenia -jeśli się nie mylę- polonista. Podobne przesłanie ma ten filmik, znany wszystkim uczącym się irlandzkiego.

Zamiast podsumowania

Losy irlandzkiego stoją w wyraźnym kontraście z hebrajskim, w przeciwieństwie do którego nie stał się przecież głównym językiem nowego państwa. Jedną z przyczyn z pewnością było to, że w odróżnieniu od Żydów, dla których hebrajski był jedynym językiem łączącym cały naród, Irlandczycy mieli i mają inny wspólny język – angielski. Drugą – brak wystarczającej konsekwencji/determinacji ze strony państwa, zawsze planującego odrodzenie irlandzkiego ale ‘w następnym pokoleniu’ a nie już teraz, i łączącego formalne deklaracje i irlandzką symbolikę z praktyką funkcjonowania po angielsku, bo tak łatwiej dla wszystkich.

Wydaje mi się, że wprowadzić nowego języka do życia jakiejś społeczności nie da się bez wysiłku, w sposób bezkonfliktowy. Jest to też jedna z tez ciekawej książki Caoimhína de Barra’y Gaeilge: A radical revolution, którą polecam wszystkim zainteresowanym tematem.

To że irlandzki nie jest i w przewidywalnej przyszłości nie będzie głównym językiem życia społecznego i kulturalnego (czy nawet ‘jednym z’) nie oznacza że jego przyszłość maluje się w czarnych barwach. Patrząc z perspektywy ogólnej (tj. w porównaniu do zdecydowanej większości języków mniejszościowych na świecie), a także z oddalenia czasowego (tj. w porównaniu do sytuacji 20 lat temu) wyraźnie widać, że ma on się całkiem nieźle, a możliwości nauki (i wykorzystania) jest i będzie coraz więcej. 

Subiektywny wybór linków: telewizja słowniki wymowa terminologia portal informacyjny portal kulturalny MOOC językowy (12 części!) księgarnia inna księgarnia

35 komentarze na temat “Irlandzki [Hekatoglot 8/100]

  1. Super, że tym razem nie trzeba było tyle czekać na kolejny ciekawy artykuł 😀

    Sporo cech, które miały być dziwne, zdają mi się być obecne w językach słowiańskich, germańskich, romańskich. I to w tych popularnych, nie w jakichś górnołużyckim/wilamowickim/arumuńskim.

    Osobne systemy liczebników. Raczej nie powiemy, że książka o Władysławie 4 kosztowała LXXIX złotych 😉 Tu różnica tylko w piśmie, ale i tak obecna.

    Odmiana przyimków faktycznie przypomina chyba polskie ,,doń", ,,zeń", są też złożenia niemieckie (,,an" + ,,dem" = ,,am") czy włoskie (,,di" + ,,il" = ,,del").

    Konstrukcje przyimkowe przypominają angielskie czasowniki frazowe czy niemieckie rozdzielnie złożone. Jakby je słowo w słowo przetłumaczyć to też wyjdą dziwactwa: angielskie ,,cut down on the sugar" – ,,ciąć w dół na cukrze" (ograniczyć cukier), niemieckie ,,hör auf" – ,,usłysz na" (przestań).

    Pewna forma systemu dwudziestkowego jest chyba też we francuskim https://www.gramatykafrancuska.pl/gramatyka/liczebniki/liczebniki-glowne/

    Muszę przyznać, ze jednak pewne inne cechy, jak mutacje początkowe, faktycznie trudno znaleźć w popularnych słowiańskich, germańskich, romańskich

      1. Jeśli staram się mówić powoli i wyraźnie (bo np. hałas z otoczenia mnie zagłusza), to wymówię z wyraźną przerwą ,,we——wtorek", nie ,,w——ewtorek". Podobnie angielskie a/an, włoskie e/ed, łacińskie a/ab/abs, starogreckie ε/εκ/εξ. Chyba też istotna jest liczba takich zmian. Dla polskiego, angielskiego itd. znajdę może po kilka przykładów. A w irlandzkim chyba praktycznie każde słowo może się jakoś zmienić.

        Co w irlandzkim zrobiło na Tobie aż takie wrażenie? Ja, jakbym już musiał oceniać trudność języków indoeuropejskich, to chyba bym się skupił na tych elementach, które jakby mnożą wiedzę, a nie jej dodają. W polskim akcent zasadniczo jest regularny, wyjątków niewiele. Dla greki mamy zasadniczo 5 możliwości i każde słowo trzeba skojarzyć z jedną z nich – choć da się dostrzec pewne zależności. Możliwe, że jeszcze trudniej będzie z rosyjskim, gdzie chyba akcent jest nieregularnie ruchomy (ruchomość greckiego akcentu podlega pewnym zasadom).

        Po polsku uczę się po prostu 5000 słów, po grecku 5000 słów i 5000 akcentów. Gdy chcę poznać jeszcze 2000 innych słów, to greka wymaga 2000 kolejnych akcentów. To, czy mamy 3 czy 4 wzorce deklinacji, jest pomijalnie małe przy ogromie słów i wprost z nim powiązanym ogromie informacji powiązanych, typu właśnie greckie akcenty. Może tabelki odmian robią większe wrażenie niż kreski i szlaczki nad literkami, ale jednak to to drugie okazuje się większym materiałem.

    1. Oczywiście, irlandzki obserwowany z pewnego oddalenia jest zdecydowanie europejski i wcale tak bardzo nie różni się od swoich kuzynów 🙂 Ale będę się upierał, że w skali mikro, to jednak coś innego: Z liczebnikami chodzi o coś takiego: Tá beirt pháistí agam 'mam dwoje dzieci' ale Tá dhá leabhar agam 'mam dwie książki'. Ok, w pozostałych przypadkach 'liczebnik do liczenia ludzi' to liczebnik zwykły+sufiks, i tak – polska składnia liczebnika jest jeszcze trudniejsza (dwie, dwoje, dwaj, dwóch…) ale i tak to nietypowe.

      Co do przyimków chodziło mi nie tyle o ich idiomatyczne użycie (tu oczywiście są paralele w każdym języku), ale to że w irlandzkim bardzo szerokie zastosowanie ma konstrukcja 'być + przyimek' albo 'mieć + zaimek dzierżawczy + rzeczownik' – te pierwsze w funkcji czasowników modalnych, te drugie 'zwykłych' czasowników. Po polsku "mieć wiedzę" brzmi bardzo po prokuratorsku, a "mieć znajomości" ma bardzo specyficzne znaczenie; po irlandzku – tylko tak można powiedzieć, że się coś wie, albo kogoś zna "mam tego wiedzę", "nie mam jej znajomości" etc. I to tylko jeden z wielu podobnych przypadków.

      1. A co z leksyką? Da się coś rozpoznać bez lingwistycznej analizy? Istnieje pojęcie języków italo-celtyckich, czy masz jakąś wiedzę, co je łączy?

      2. Tam się wymienia jakieś dopełniacze na -ī czy sufiksy stopnia najwyższego. Ale w obu przypadkach we współczesnym irlandzkim nie ma po tym śladu; staroirlandzki z pewnością jest bardziej użyteczny (ale i tak bez przesady, bo nie jest aż tak wcześnie poświadczony, i przede wszystkim – dużo zmian zaszło jeszcze przed tym stadium). Mam też pewne wrażenie, że łączenie italo-celtyckich w jedną grupę wynika częściowo z tego, że spośród trzech "zachodnioeuropejskich" gałęzi indoeuropejskiego drzewa, germańskie są wyraźnie najdziwniejsze

  2. Kolejny bardzo ciekawy artykuł. To co chyba najbardziej szkodzi irlandzkiemu jest to, że w zasadzie nie ma potrzeby jego znajomości skoro wszyscy w Irlandii znają też angielski. Na mniejszą skalę widać podobny problem w wielu republikach sowieckich – niby starają się one używać swoich własnych języków, ale wiele osób ma niewielką motywację do aktywnego używania ich skoro wszyscy rozumieją też rosyjski.

    Hebrajski odżył dzięki rzeczywiście wyjątkowej sytuacji gdzie Żydzi przybywający do ziemi świętej z różnych części świata po prostu musieli mieć jakieś narzędzie komunikacji.

    1. @Gal

      Wrażenie, oprócz mutacji,zrobiła na mnie frazeologia. Ten element uważam za najtrudniejszy w nauce języków, nie da się też porównać trudności języków na jej podstawie ( o ile na upartego można poszufladkować gramatykę, morfologię, fonetykę). Autor nie wspomniał nic o akcencie i wymowie- a to, jak określiłeś, trudności mnoży, z czym się zgadzam. Mnoży je też frazeologia, bo mimo znajomości leksyki i gramatyki nadal nie wiemy przy pomocy jakich słów i konstrukcji przekazać myśli.

      1. @peterlin

        Czy mógłbyś napisać o wspomnianej wyżej fonetyce i akcencie?
        Na ile język irlandzki (i inne celtyckie) gramatycznie i przede wszystkim leksykalnie zachował indoeuropejskość? Jakie są podobieństwa do języków germańsko-romańsko- bałtosłowiańskich ?

      2. Najbardziej charakterystyczne cechy irlandzkiej fonetyki, czyli mutacje i opozycja zmiękczone/welaryzowane, są nieobecne w galijskim ale także i w najstarszym zachowanym materiale językowym – archaicznym irlandzkim (z jakiegoś powodu po angielsku to się nazywa Primitive Irish), ale w kolejnej fazie – staroirlandzkim już są. Są teorie, że do zmian tych doszło pod wpływem substratu nie-IE, ale jeśli się dobrze orientuje, nie ma jakiś specjalnych problemów żeby wyprowadzić te wszystkie cudeńka z normalnego rozwoju wewnętrznego – wypadają sylaby nieakcentowane, co uruchamia kaskadę efektów. Pomiędzy staroirlandzkim a nowoirlandzkim wypadł z kolei – już zupełnie normalnie – prawie cały system przypadków.
        Ogólnie – irlandzki jest mało 'przejrzysty' ze względu na zmiany fonetyczne, niektórych pokrewieństw nie widać na pierwszy rzut oka, ale z pewnością lepiej wpisuje się w model IE, niż np. germańskie (w których przypuszczalnego wpływu substratu nie-IE jest więcej). Mały przykład: pocałunek to 'póg' ze staroirlandzkiego 'póc' a to z kolei od… dare pacem 'przekazać znak pokoju'.

        Standardowy irlandzki ma ortografię (która jest kompromisowa, czyli nikogo nie zadowala), ale nie ma normatywnej wymowy, poszczególne dialekty bardzo się różnią, nawet w ramach tej samej strefy geograficznej. Akcent jest normalnie na pierwszą, ale w praktyce – nie zawsze (a w Munsterze prawie nigdy). Jest też masa różnic w szczegółach typu redukcja samogłosek nieakcentowanych, 'przyciąganie' (lub nie) akcentu przez długie samogłoski itd.

      3. Artykuł na Wikipedii jest dość rozbudowany; do tego są References i External links:
        https://en.wikipedia.org/wiki/Irish_phonology

        Jak ktoś się uczy gramatyki z podręcznika, a słów ze słownika, z pewnością ma trudności z wysłowieniem się w dowolnym języku. Tymczasem jeśli ktoś uczy się poprzez odbiór (słuchanie, czytanie), dobiera właściwe słowa.

        Myślę, że w praktyce na trudność nauki języka obcego bardziej wpływa dostępność materiałów, które można w odpowiedniej ilości odbierać na przetrzeni lat, oraz dostępność osób z którymi można się w tym języku komunikować, niż charakterystyka fonetyczno-gramatyczna. Skoro istnieje nawet irlandzka telewizja, oraz irlandzkie książki, języka irlandzkiego zwyczajnie nie da się klasyfikować jako trudnego w nauce–no w żaden sposób się nie da! 😛

        Ujmę to tak: języki keczua nie są w moim odczuciu łatwiejsze do opanowania od angielskiego, a mają mniej głosek, bardziej regularną gramatykę, oraz krótsze spisane słowniki. Również to nie kilkadziesiąt samogłosek, dziesięć tonów i bardzo nieregularna gramatyka z jakiejś innej galaktyki sprawiają mi trudność w nauce tikuna–gdyby to była główna trudność, pewnie bym już władał B2. Nie uwierzę nikomu, że duża liczba znaczków w mandaryńskim czyni go trudnym w nauce–no chyba, że ktoś się próbuje go nauczyć wprost ze słownika będąc zamkniętym w więzieniu w izolacji od chińskiej literatury, telewizji, itd., to wówczas rzeczywiście może dożywocie nie wystarczyć. W innym wypadku licytowanie się, który język ma więcej głosek, który ma mniej regularną gramatykę, który na trudniejsze pismo (może najtrudniejsze jest wtedy, gdy go nie ma?), nie ma sensu, bo się nijak przekłada na praktykę.

  3. @Piotr Kozłowski 03.11.

    W znanych mi językach zachodnioeuropejskich (germańskich i romańskich) występują duże podobieństwa gramatyczne przy dość niewielu leksykalnych wspólnych tylko dla nich, co wskazuje na istnienie tam jakiegoś substratu nie IE. Czy w celtyckich jest podobnie, np analityczne czasy przeszłe z posiłkowymi o znaczeniu "być" dla ruchu i " mieć" dla spoczynku; rodzajniki określone i nieokreślone; brak fleksji rzeczownika; odmian zaimka zwrotnego, narzędnik tworzony z przyimkiem o znaczeniu "z", itd?

    1. Ależ bardzo duża część z tego, o czym wspominasz (system czasów przeszłych i rodzajniki w romańskich, zanik fleksji rzeczownika), zaszło już w czasach historycznych, postulowanie żadnego substratu nie jest potrzebne. Podobnie w irlandzkim – duża część najbardziej charakterystycznych zjawisk gramatycznych to innowacje, których archaiczny irlandzki nie miał.

  4. Peterlinie!
    Z przyjemnością czytam Twe artykuły w ramach Twej (już nie nowej, acz wciąż najnowszej) serii.

    Skomentować powtórnie miałem wcześniej, szczególnie że o irlandzkim właśnieś napisał, ale… Wybacz.

    Irlandzka tradycja to ogrom wątków, tłumy postaci, swoiste alternatywne uniwersum, którego w ogóle nie znamy. Niby nic dziwnego, lecz trochę tak.
    W ogóle to znaczy, że nawet o sagach irlandzkich mamy mgliste pojęcie. Bardzo. Wiemy, że są. Coś takiego istnieje. A irlandzkie? Nie.

    Nie podzielam Twojego entuzjazmu wobec przyszłości irlandzkiego.
    Miejski irlandzki (vel Erbanajriś) nie [wydaje się] spełnia[ć] podstawowych kryteriów, jakby to rzec, bycia tym samym językiem. Inna bestia, inna zagroda.

    Jaką wartość ma zabawa w podstawianie słówek? Po co mówić „rothar” zamiast „bicycle” gdy nie możesz nawet przeczytać jednej bajki dla dzieci? Że nie wspomnę o wymianie uprzejmości z rodzimymi użytkownikami.

    Ciekawa dyskusja po wykładzie „The Urban Irish Language Community” https://youtu.be/2E-K9-GCJOk?t=3397

    Myślę, że mam salomonową odpowiedź na wątpliwości i profesora, i słuchacza.
    Albo miejski irlandzki to próba naśladownictwa języka zaledwie, błędną i kaleką,
    albo miejski irlandzki posiada prawo bytu, *jako* swoisty język – a zatem nie jest *irlandzkim*.
    (Oczywiście odp. nie zadowoli tych, którzy chcą dalej kaleczyć irlandzki, bo „is fearr […]”.)

    Czy gardzę próbującymi pielęgnować własny, zagrożony język? Broń Boże! Chwała im.

    Lecz co gdy rewitalizatorzy/ ożywiciele *przywłaszczają* sobie język? Co gdy traktują oni zniekształcony wariant języka, którym się posługują, jako de facto standardowy, a język ludzi, którzy przykazywali i przekazują go z pokolenia na pokolenie jako, być może godne uwagi, ale jednak — dialekty?

    I co gdy tysiące ludzi, bywa z dobrych pobudek, posługują się językiem, którego dobrze nie znają, przekonani, że oto osiągnęli „płynność”, oto „mówią” – gdy ich wypowiedzi lepiej, efektywniej i komunikatywniej, zwięźlej i zrozumialej można by wyrazić samymi gestami?

    Nie sposób nie dostrzec potencjału zaśmiecania języka, stopniowego psucia aż do nieodwracalnych zmian w jego strukturze.
    Odchodząc od modnego niegdyś paradygmatu czystości do modnego dziś paradygmatu różnorodności jeden aspekt się nie zmienia: pomiędzy Urban Irish a Late (Traditional) Modern Irish zieje przepaść, więc współcześni użytkownicy miejskiej mowy nie znają literatury, muzyki itd., żadnych tekstów kultury, ba, nie potrafiliby ich poznać, gdyby nawet chcieli.

    (Wyszło nieco chaotycznie i zbyt dramatycznie, ale cóż. Dramatyzm częściowo z rozmów z moim dobrym znajomym Irlandczykiem, który… w zasadzie jego stanowisko przedstawiłem wyżej. Chaos też.)

    Sam irlandzki to język rzeczywiście ciekawy tym bardziej, że dopatrywać się w nim można, jak i w pozostałych współczesnych celtyckich, wpływu przedindoeuropejskiego (afroazjatyckiego) substratu.
    Podobieństwa są oczywiste, niemniej lingwistyka wydaje się podchodzić bardzo ostrożnie do łatwych a spektakularnych hipotez (i słusznie).

    Tym większe było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że i współcześnie poważni autorzy tę hipotezę, bardzo ostrożnie, przedstawiają. (Choć raczej Ci od Chama i Semity niż od Celta.)
    (Muszę powiedzieć, że ten artykuł, dość intrygujący, mnie pokonał. (Słownictwo, pojęcia. W końcum laik.) Może i Ciebie zaciekawi? https://archive.org/details/shisha-halevy-2003-celtic-egyptian)

    Poleciłeś mi kursy na Future Learn – dziękuję. Przyznam, że z MOOC-ów nie korzystałem wcześniej.
    Ponieważ uczyłem się munsterskiego (i, jeśli bym powrócił do irlandzkiego w ogóle, *uczyłbym się*), wolę nie mieszać.

    A propos materiałów, być może znasz stronę https://corkirish.wordpress.com?
    David Webb wykonał… Nazwać to „kawałem dobrej roboty” to nic nie powiedzieć. Mnóstwo tekstów w uwspółcześnionej pisowni, godziny nagrań…
    Wystarczy dołożyć do tego to, co David R. Smith zebrał, tj. starą wersję Teach Yourself Irish (pozwolenie na rozpowszechnianie której wymęczył nawet od wydawców) oraz podręczniki dla średnio- i zaawansowanych (łącze: https://archive.org/details/@daveat168) i voilà – możesz dojść od zera do rodzimego użytkownika języka (za jedyne lata ciężkiej pracy i zero złotych)!
    Do powyższego zdobyłem polski podręcznik An Ghaeilge i nagranie Séadny („pierwszej współczesnej irlandzkiej powieści”), więc na brak materiałów narzekać nie mogę.

    Wiele już zapomniałem, ale nie przejmuję się wcale. Irlandzki wreszcie wygląda jak język. Widzę, że to język. Cel numer 0 osiągnięty.

    Dziękuję raz jeszcze za cały cykl. (I za to, że piszesz go w dobie śmierci blogów.) I za inspirację (za demotywację już mniej 😉 ).
    Pozdrawiam serdecznie
    Bidny Szwiec

    1. Bardzo dziękuję za miłe słowo i cały tak rozbudowany i przemyślany komentarz. Napisałeś że nie podzielasz mojego entuzjazmu i skłoniło mnie to, by jeszcze raz przeczytać własny tekst, bo "entuzjazmu" w nim akurat nie pamiętałem 🙂 Dzięki temu wychwyciłem i poprawiłem kilka literówek. Ale entuzjazmu nadal nie widzę 🙂
      Odnośnie meritum – tak, urban Irish (nawet taki 'wysoko na spektrum' – bo to określenie kryje bardzo różne poziomy kompetencji od dosłownie cupla focal do płynnej komunikacji) to inny język, ale odmawiać mu 'irlandzkości'? (izraelski hebrajski to też inny język od biblijnego czy misznaickiego, i co?) Oczywiście rozumiem rozżalenie użytkowników odziedziczonego irlandzkiego, że ktoś im się "panoszy w języku", zwłaszcza, że panoszą się z grubsza ci sami ludzie co we wszystkim innym (tj. wchodzimy tu w żywe w Irlandii resentymenty klasowe oraz Dublin-reszta świata).

      W pewnym sensie podobna (a w innym odwrotna, bo rodzimi użytkownicy są po innej stronie sporu) jest dynamika w jidysz: 'jidyszyści' narzekają, że mówiony jidysz chasydów jest koślawy gramatycznie (zanik rodzajów) zachwaszczony angielskim i w ogóle nie taki jak w pięknej literaturze. I faktycznie, chasydów świecka literatura i normy YIVO obchodzą mało. Ale u nich język żyje i rozwija się.

      Myślę, że mar ná beidh ár leithéidí arís ann to bardzo mądre zdanie. Tak, można było zaprojektować CO lepiej, można było prowadzić o wiele lepszą politykę wsparcia dla irlandzkiego; i jedno i drugie można i powinno się reformować, ale póki co – jest taki irlandzki jaki jest i trzeba się z tym pogodzić. Nikt nikomu nie broni starać się mówić jak 'najczystszym' irlandzkim (dla mnie osobiście ważniejsza jest ekspresja niż poprawność "strofa winna być taktem, nie wędzidłem") ale trudno tego oczekiwać od wszystkich, a odrzucanie tych "nie dość dobrych" (jaka ich wina w tym, że urodzili się i dorośli w anglojęzycznym środowisku?) nie przynosi nic dobrego, taki snobizm wspak. Miałem przez lata kontakt z wieloma społecznościami nauki języków i muszę powiedzieć, że dawka toksyczności z jaką można się zetknąć próbując nauczyć się irlandzkiego jest ponadprzeciętna… (znów, nie przeczę, że tzw. 'plastic Paddies' bywają aroganccy i irytujący – tylko warto sobie z tym radzić konstruktywnie)

      Wydaje mi się, że czytając moje teksty (zwłaszcza wcześniejsze) można zauważyć, że i ja zawsze byłem maksymalistą jeśli chodzi o naukę języków. I nadal jestem, tylko teraz tę warstwę "wszystko albo nic" mam obudowaną o wiele większą wyrozumiałością (dla siebie i innych) niż w wieku dwudziestu paru lat.

      Na koniec pytanie: jaka znów demotywacja? 😉

      1. Gdzie entuzjazm? O, prosz: „W ciągu ostatnich dwudziestu lat irlandzki ma się najlepiej (…).”
        Przyznaję, że nie ma go dużo 😉

        Czy odmawiam mu irlandzkości? Tak. To znaczy: Urban Irish w swych „najniższych” odmianach to język irlandzki w tym sensie, w jakim irlandzki jest irlandzki dialekt języka angielskiego.
        „Inny język” – o! „Miejski irlandzki” to inny język.

        Hebrajskiego nie znam, ale powiedzmy, że było tak: język nie miał żadnych rodzimych użytkowników, więc nie było osób, które mogłyby się oburzyć, gdy p. Laser Ben (Jehuda) i s-ka wykorzystali leksykon ich języka do stworzenia swego conlangu, po czym udawali, że ich dzieło to ów język właśnie. (Może coś przekręciłem.)
        Irlandzki zaś wciąż żyje. Jest czego bronić.

        Porównanie z jidysz ciekawe. Może nie bardzo mnie jidyszowy puryzm przejmuje, bo jidysz nazwałbym, w pewnym sensie, językiem nieczystym z założenia. On taki ma być – byle jaki. Koślawy i zachwaszczony. (Sami użytkownicy tak myśleli/myślą, więc chyba zbyt wielu osób nie obrażam.)

        „Dla mnie osobiście ważniejsza jest ekspresja niż poprawność.”
        Owszem, ale sytuacja wygląda tak, że żadnej ekspresji nie ma, bo większość uczących się irlandzkiego nie potrafi zrozumieć *irlandzkiego* – prócz tego używanego przez innych uczących się.

        „Jaka ich wina w tym, że urodzili się i dorośli w anglojęzycznym środowisku?”
        Żadna. A to, że nie potrafią mówić „ładnie” – nauczycieli i systemu nauczania. (Niemniej kim są ci nauczyciele? Irlandczykami. System? Irlandzki.)

        Demotywacja: akapit wcześniej wspominasz o swym maksymalizmie, dawniej nieprzejednanym…
        W cyklu o nauce języków słusznie wskazałeś, że przede wszystkim zapytać się siebie należy „po co ci to”. Jak tak człowiek się pyta, po co, po co, to mu się odechciewa…
        I dobrze. Poważnie: nauka języka to zajęcie czaso- i pracochłonne, więc warto rozważyć, czy nie wystarczy nam ot tak poczytać o języku (sam lubię), nauczyć się mówić dzień dobry, czy jednak pragniemy nabyć konkretne umiejętności. Jakichkolwiek. Chcemy czytać perską poezję w oryginale? Super. Ile wysiłku potrzeba, by to osiągnąć? Czy dalej chcemy to zrobić? Itd.

        „Toksyczność”: w rodzaju „Mój dialekt jest najlepszy, twój to marny pidżyn!” albo „Patrz, gdzie palatalizujesz spółgłoski, baranie!”, czy gorzej?
        Czy bardzo się to różni od podejścia niektórych indiańskich plemion, które nie chcą, by inni uczyli się („zazdrośnie strzegą”) ich języka?

        Niestety wygląda na to, że jestem purystą 🙁 Irlandzki lubię i smutno mi, że odchodzi.

        PS Może by na koniec każdego odcinka umieszczać listę materiałów do nauki? Szczególnie tych, z których korzystałeś lub korzystasz. Pytam, bo do irlandzkiego krótką dodałeś, ale do niektórych innych (np. perskiego) już nie.

      2. Duża część naszej 'różnicy zdań' co do miejskiego irlandzkiego, wynika, mam wrażenie, z tego, że zwracamy uwagę na różne wycinki spektrum. Na jego dole jest istotnie niewiele więcej niż symbolika, pewnie faktycznie pełniąca podobną rolę w samoidentyfikacji jak irlandzki akcent czy słownictwo; ale jest i góra. Nawet jeśli większość uczących się *po irlandzku* też ten język schowa do szafy, to znajdzie się ambitna mniejszość aktywistów, działających bardziej świadomie i na wyższym poziomie językowym. I z biegiem czasu może (nie musi) dojść do 'równania w górę'. Irlandczycy są na tyle bogatym społeczeństwem, że mogą sobie pozwolić na 'fanaberie' w rodzaju utrzymywania niszy dla języka o niskiej praktycznej użyteczności.

        Toksyczność – Flann O'Brienn wyśmiewał ludzi chcących mówić po irlandzku tylko o autentycznym irlandzkim; mówienie o tym samym tyle że *po angielsku* jest jeszcze bardziej śmieszne. A niestety, często się zdarza, że na zadane przez początkującego pytanie o jakąś formę czy zwrot, w odpowiedzi pada wykład o tym jak nienaturalny i beznadziejny jest CO. Starcia 'zamiast tego ucz się munsterskiego, bo najautentyczniejszy' wersus 'koniecznie Galway, bo najwięcej rodzimych użytkowników', 'tylko ulsterski bo pozwala na autentyczną ekspresję i jest pan-goidelski' też się zdarzają. Pół biedy jeśli prowadzone po irlandzku, bo wtedy początkujący nie rozumie 🙂 To nie jest zdrowa rywalizacja.

        Listy materiałów. Cały cykl powoli ale coraz wyraźniej odchodzi -przynajmniej mam takie wrażenie patrząc na kolejne odcinki- od kwestii czysto językowych w stronę socjolingwistyki (czy raczej historii społecznej). To częściowo efekt różnic moich doświadczeń (nie wszystkich opisywanych języków uczyłem się równie długo, o niektórych mam bardzo blade pojęcie), ale częściowo – zgadywanie, co okaże się przydatne, a co nie. Ale skoro są zainteresowani, to jasne, uzupełnię.

      3. An Gréasaí Bocht, czy mógłbyś podać nazwy tych "indiańskich plemion, które nie chcą, by inni uczyli się („zazdrośnie strzegą”) ich języka"?

        Nie słyszałem o takim narodzie w Amerykach. Te strzegące języka narody są gdzieś w Am. Płn.? W moim kontakcie z ludźmi z powiedzmy kilkunastu (zależy jak liczyć) grup Indian Am. Pd. od Kolumbii na północy po Chile na południu na dzień dzisiejszy nie spotkałem się z choćby pojedynczym przypadkiem, by ktoś nie tryskał podziwem i zachwytem na wieść o tym, że uczę się indiańskich języków. Za naukę ichniego języka prędzej można zostać z przesadą wielbionym jako supergeniusz i bohater niż w jakikolwiek sposób potępionym.

        Które narody indiańskie masz na myśli, An Gréasaí Bocht?

        Z kompletnym zastrzeżeniem języka tylko i wyłącznie dla swoich zetknąłem się za to w rozmowach z osobą (a chyba nawet osobami) z Gwinei Równikowej w Afryce. Poza tym, zetknąłem się z raczej umiarkowaną aprobatą w chatach z murzynkami z Jamajki eksperymentalnie rzucając pomysł nauki kreolskiego angielskiego i badając reakcję. Widziałem też w internecie, jak czarnoskórzy Jamajczycy ubliżają białoskórej wychowanej na Jamajce dziewczynie z tego powodu, że opowiada o "nie swoim" języku tj. mimo, że to był jej pierwszy język.

        Także to, czy sami rodzimi użytkownicy życzą sobie, by się uczyć ich języka, czy mi naubliżają, dla mnie stało się istotnym kryterium w wyborze jęzka. Zapewne nie tylko irlandzkie środowisko jest toksyczne, ale tu już wchodzę w problematykę rasizmu.

      4. Poza tym, zetknąłem się z raczej umiarkowaną aprobatą w chatach z murzynkami z Jamajki eksperymentalnie rzucając pomysł nauki kreolskiego angielskiego i badając reakcję. Widziałem też w internecie, jak czarnoskórzy Jamajczycy ubliżają białoskórej wychowanej na Jamajce dziewczynie z tego powodu, że opowiada o "nie swoim" języku tj. mimo, że to był jej pierwszy język.

        Tam gdzie jest kontinuum odmian blisko spokrewnionych ze sobą, ale o bardzo różnym statusie społecznym i klasowo-rasowej korelacji -angielski ws. jamajski, francuski ws. haitański czy nawet angielski ws. tok pisin- nie dość że ten 'niższy' wariant historycznie był zwykle traktowany jako zepsuta/łamana/niepełnowartościowa wersja 'wysokiego', to jeszcze przedstawicielom grup dominujących często wydawało się, że potrafią nim mówić w razie potrzeby, bo wystarczy uprościć ('do niewolnika trzeba mówić jak do dziecka, żeby zrozumiał'). Więc biały mówiący 'czarnym' wariantem kojarzy się z panem zniżającym się do poziomu sługi i może brzmieć jak kpina (widziałem np. opinie że w Papui-Nowej Gwinei dużo lepiej jest mówić po angielsku, niż starać się używać tok pisin, bo wychodzi coś, co miejscowi nazywają 'tok masta' i czego nie lubią).

        Więc pewnie to, plus -tu wracamy też do Indian- normalny mechanizm psychologiczny – jeśli ktoś żyje w cywilizacji, która odwołuje się do zupełnie innych korzeni i wzorców i w której jego własna grupa ma małą niszę gdzieś na marginesie i jest ledwo widzialna, to chciałby mieć coś 'tylko dla siebie', a zainteresowanie z zewnątrz może odbierać jako protekcjonalne czy wręcz próbę zawłaszczenia. Widzę podobną dynamikę np. wśród Głuchych – treści wrzucane przez osoby słyszące bywają krytykowane nie tylko ze względu na poziom merytoryczny, ale i za samo to, kto je tworzy.

        Wracając do Twojego przykładu: oczywiście białe dzieci wychowane w nie-białej kulturze obrywają tu rykoszetem. Znam internetowo taką rodzinę z centrum Baltimore, których wnuczka miała duże problemy na studiach, bo wyglądała na białą, ale mówiła i zachowywała się jak czarna, więc czarni studenci uważali ją za pozerkę (w liceum problemu nie było, bo tam była w grupie wśród której wychowywała się od dziecka)

  5. Yana Para Puyu,
    ja się nie zetknąłem, ale Peterlin. (Jestem prawie pewien.) Zdaje się, że próbując nauczyć się języka Mingo (irokeskiego).

    Przyznam się, że sam nigdy nawet nie próbowałem przeczytać artykułu na Wikipedii o jakimkolwiek języku z Ameryk. No, może nahuatl, ale to było pół artykułu.

    PS Wołacz od „Gréasaí Bocht” to „a Ghréasaí Bhoicht” 😉

    1. A Ghréasaí Bhoicht, tak myślałem, że to będzie gdzieś w krajach anglojęzycznych. Przyznam się, że o Irokezach nie wiem prawie nic. Zastanawiam się nad nauką inuktitut, ale skoro z Irokezami są problemy, zdecydowanie najpierw zapytam się tamtejszych, co o tym sądzą.

      Dziękuję za poprawę wołacza! 🙂 Szczęśliwie forma "Yana Para Puyu" w keczua południowym już znajduje się w wołaczu! Mam pewne wątpliwości, jaką formę będzie najwłaściwiej porównać do naszego "mianownika", gdyż w pełnym zdaniu lub choćby w jednowyrazowej odpowiedzi na pytanie (!) słowo stanowiące mianownik rzadko jest łyse. Lub lepiej powiedziawszy, jaki sens ma wypowiadanie samego mianownika?
      -Jak masz na imię?
      -Piotr-wedle-mojej-wiedzy
      Przynajmniej trzebaby dodać jakiś sufiks ewidencjonalności, np. -m lub -s do puyu. Jeśli dodać sufiks -qa do puyu, można łatwo tworzyć zdania z yana para puyuqa jako podmiotem.

      Także mam nick w wołaczu!

    2. Prawda, ale nie do końca. To o czym można poczytać na mingolanguage.org praktycznie nie różni się od języka seneka (najbardziej w ortografii), ale Seneca Nation of Indians zakazało autorowi strony używania tej nazwy, bo nie jest członkiem plemienia (no i z papierów i z wyglądu jest biały).

      Z przypadkiem, że konkretny kurs był otwarty tylko dla członków plemienia, więc nie mogłem wziąć w nim udziału spotkałem się osobiście tylko raz – wiele lat temu, przy szejeńskim (ale potem znalazłem też kursy i materiały dostępne dla wszystkich). Za to słyszałem o wielu podobnych przypadkach – najsłynniejszy to wykupienie przez Hopi całego nakładu bardzo dobrego słownika (bo w opisie haseł zawiera wiedzę nt. różnych świętych przedmiotów), żeby nie dostał się w niepowołane ręce.

      "Zazdrośnie strzegą" to pewnie zbyt ostre sformułowanie, ale "podchodzą nieufnie do zainteresowania z zewnątrz" – już bliższe prawdy. Bagaż uprzedzeń, krzywd i kompleksów jest naprawdę ciężki w wielu społecznościach. A zagrożenie ze strony przedsiębiorczych cwaniaków którzy chcą prowadzić biznes (np. założyć kasyno) metodą "na Indianina" jest jak najbardziej realne.

      1. Peterlinie, ilu Ty się języków uczyłeś łącznie? 🙂

        Interesujące, zwłaszcza z mingo/seneka. Takie podejście Indian w USA musi mieć jakieś historyczny podstawy w innych relacjach z najeźdźcami niż miało/ma to miejsce w Am. Pd. Bagaż krzywd, uprzedzeń, itd. jest przecież wszędzie, ale moje dotychczasowe spostrzeżenia na temat Am. Pd. się różnią. A może Peterlinie znasz podobne przykłady z Am. Pd.?

        Przychodzi mi na myśli niewiele więcej, niż że Wayuu i Tikuna z pewnym zażenowaniem podchodzą do niektórych filmów nakręconych w ich językach. Wynika to z (1) bezdyskusyjnego przekłamania ukazanej rzeczywistości, by było bardziej tak, jak oczekuje widz i z tego, że (2) zatrudnieni aktorzy w dużej części nie znali jęzków, w których na planie mieli mówić, przez co wypowiadane przez aktorów słowa ciężko jest zrozumieć.

        Większość, również w Polsce, nie akceptuje niczego innego na ekranie, niż zobaczyć dzikusów. Spójrzmy choćby na tytuł książki Wojciecha Cejrowskiego: "Gringo wśród dzikich plemion" Jeśli podróżnik z USA lub Europy, który powinen być człowiekiem światłym, mądrym, itd., jedzie do Indian, oni go u siebie goszczą, pozwalają nakręcać wszysco co chce, a potem ten gość puszcza to w telewizji na cały kraj lub świat komentując, że był "u dzikiego plemienia", co to ci ludzie mają o swoim tak wychowanyn gościu powiedzieć? U nas to nawet nikogo nie razi…

        Meksykanka ucząca się nahuatl jako obcego, ale co ciekawe uważająca nahuatl za "swój" i twierdząca, że się "zdekolonizowała", napisała mi, że Ukraina należy do Rosji. Wydaje się, że nie zrobiła tego tyle przez siłę rosyjskiej propagandy co zwyczajnie po to, by nie przyjmować bezkrytycznie stanowiska USA, gdyż Meksykanie są poniżani przez USA.

      2. Peterlinie, ilu Ty się języków uczyłeś łącznie?

        Trudno powiedzieć 🙂 W jednej z najstarszych wersji moich stron internetowych (2004), której kopię wciąż mam, jest podstrona z listą języków, których się do tego czasu uczyłem, a na niej 50 pozycji. Ale zanim tam zajrzałem, zrobiłem podobną listę z pamięci, według stanu na dziś, i wyszło mi 28. Różnica oczywiście stąd, że wtedy pod "uczyłem się" podciągałem wszystko co można, nawet "zrobiłem pierwszą lekcję w podręczniku", a teraz mam dużo ostrzejsze kryteria. Te 28 to wprawdzie nie języki których kiedykolwiek do czegokolwiek używałem – takich jest może kilkanaście; ale jednak takie, którym poświęciłem po co najmniej kilka miesięcy. Poza nimi jest kilkanaście kolejnych -w tym niektóre opisywane w tym cyklu- których uczyłem się epizodycznie (w tym np. na Duolingo).

        Opiszę to może kiedyś bardziej szczegółowo, z perspektywy śmiesznie to wygląda – zawsze wydawało mi się, że mam do siebie dystans i nie chwalę się na wyrost, a tu czarno na białym widać, że jednak było blisko do "Buenos dias i gracias = mówię po hiszpańsku". Teraz też pewnie nie tak daleko 🙂

        ***

        A może Peterlinie znasz podobne przykłady z Am. Pd.?

        Nie, nie słyszałem. Ale to inne realia – w angielskich koloniach nie było przyzwolenia na 'mieszanie ras' (a zasada 'jednej kropli' oznaczała, że ludzie o mieszanym pochodzeniu mieli powody, żeby je zatajać), plus inna dynamika migracji. Teoretycznie najbliżej powinno być w Argentynie, gdzie podbój Patagonii wyglądał podobnie jak 'zdobywanie Dzikiego Zachodu'. Ale czy Mapucze są dziś w podobnej sytuacji co Lakotowie – nie wiem.

        [błyskawiczna edycja] jak jest w Argentynie – nadal nie mam pojęcia, ale wyszukałem właśnie, że w Chile trwa całkiem ostry konflikt (co oczywiście nie mówi nic o nastawieniu do języka)

      3. Te 28 to wprawdzie nie języki których kiedykolwiek do czegokolwiek używałem – takich jest może kilkanaście; ale jednak takie, którym poświęciłem po co najmniej kilka miesięcy.

        28 języków po co najmniej kilka miesięcy… :O :O :O

        wyszukałem właśnie, że w Chile trwa całkiem ostry konflikt (co oczywiście nie mówi nic o nastawieniu do języka)

        Jesteś poinformoway lepiej ode mnie. Przejrzałem dwie największe gazety kolumbijskie: w ostatnich dniach i tygodniach o Chile pisało się raczej w kontekście prawa aborcyjnego, wyborów prezydenckich, oraz wydarzeń sportowych i muzycznych… Tymczasem o konflikcie z zangażowaniem Mapuche w Chile wspomina prasa kubańska i prasa krajów bardziej południowych, której na codzień nie przeglądam. W Kolumbii Indian jest mniej niż 2%, więc i zainteresowanie jest marginalne nawet sprawami Indian Kolumbii.

        Przez jakiś czas utrzymywałem internetowy kontakt z tylko jedną jedyną Mapuche z Chile. Nie pamiętam, by cokolwiek złego mi powiedziała przez to, że się uczyłem keczua… Za to wysyłała mi zdjęcia z pytaniem "czy wyglądam na Indiankę?" i ogólnie swoją indiańskość uwielbiała podreślać czy to w rozmowach, czy to w jakichś obrazkach w mediach społecznościowych – ewidentnie wszyscy znajomi mieli wiedzieć, że jest Indianką.

        W moim odczuciu raczej silną toższamość czują Aimara, zarówno w Boliwii jak w Peru, choć nie zauważyłem przykładów tak silnego lansowania się na Indianina jak to było u tej Mapuche. Aimara chyba też się uczyłeś, ale już usunąłeś z listy przyszłych tematów w cyklu.

        Tymczasem u Keczua bywa różnie z uzewnętrznianiem toższamości i powiedzmy średnio. W Peru bywają napięcia pomiędzy keczua-, a hiszpańskojęzycznymi. Już nie wiem, co o tym myśleć, ale w przeszłości obawiałem się tego, że to właśnie hiszpańskojęzycznymi Peruwiańczycy będą krzywo na mnie patrzeć z tego powodu, że uczę się języka Indian. Peruwiańczyków ponadto czasem irytuje używanie kolumbijskiego wariantu hiszpańskiego, a w skrajnych przypadkach udają, że nie rozumieją.

      4. ,,Opiszę to może kiedyś bardziej szczegółowo"

        Ja bym bardzo chętnie przeczytał 🙂 Już tak bardzo ogólny opis stawia wiele pytań, przede wszystkim o ogólną ocenę. Było warto uczyć się 28, czy może lepiej byłoby ograniczyć się do mniejszej liczby? (jak małej? A może odwrotnie, może i 28 to za mało?)

      5. Jak ze wszystkim w życiu: kiedy patrzy się wstecz, widzi się przede wszystkim błędy; ale inne decyzje w przeszłości oznaczałyby inny punkt widzenia teraz, a zatem także – z innym bagażem doświadczeń (i 'ścieżką kariery') nieco inny ja widziałby błędy gdzie indziej. Nie ma, myślę, optymalnej liczby (bo do osiągnięcia jakiego celu?)

        Ale najogólniejsze zasady – jak prawo masła ("im szerzej rozsmarujesz, tym cieńsza jest warstwa"), przewaga systematyczności nad intensywnością, czy 'skończ przynajmniej fundament' (tj. naukę przerwaną na początku potem zaczyna się praktycznie od zera; a coś raz opanowanego solidniej całkiem łatwo odtworzyć nawet po latach nieużywania) – pewnie pozostałyby niezmienne.

  6. @Peterlinie (o ile istnieje wołacz)
    Cz tych języków uczyłeś się od razu z zamiarem praktycznego wykorzystania (poznawałeś słowa dla przedmiotów codziennego użytku, np.kombinerki) czy raczej bardziej czytałeś podręczniki, żeby poznać strukturę, gramatykę, podstawy leksyki bez celu kontaktów językowych?

    1. To drugie, oczywiście 🙂 W celach zawodowych czy innych praktycznych używałem dosłownie kilku. A jeśli wliczyć i te wszystkie w których przeczytałem jakąś książkę albo z kimś korespondowałem mailem, to wyjdzie bliżej dziesięciu niż dwudziestu. Te 28 to również np. takie jak hindi (zrobiłem kiedyś cały dwutomowy podręcznik) albo kirgiski (dwa lata lektoratu) z którymi nigdy nic. Ale nawet jeśli do niczego nie wykorzystuję języka którego się uczę, to przynajmniej trochę czytam o danej kulturze w innych językach.

      1. Jestem ciekaw, jak znajomość 29 języków (jeśli dobrze liczę z polskim) wpływa na mózg.

        Musisz bardzo kochać języki, jeśli przez co najmniej kilka miesięcy uczyłeś się również tych, które do niczego Ci nie służyły. Ja w nauce języków, które mi do niczego nie służyły, nigdy nie wytrwałem dłużej niż kilka dni/tydzień. Co innego, gdy są chociaż piosenki, których można słuchać na codzień i jest rodzimy użytkownik, któremu można wysłać czasem maila.

        Z Twoich wypowiedzi wnioskuję jednak, że u Ciebie istotnym motorem są cele kulturowopoznawcze, więc w coś te nieużywane języki jakkolwiek są wkomponowane. Tymczasem dziwię się ludziom, którzy poświęcają swoje życie na to, by mieszać fiński z irlandzkim, czyli różnej maści językotwórcom. Ponadto uważają się oni za językowych ekspertów.

      2. Uczenie się nie zawsze daje znajomość 🙂 Poza tym te 28 to przecież nie jednocześnie a w ciągu, przyjmijmy żeby liczby się zgadzały, 28 lat (a tak naprawdę dłużej, bo angielskiego i niemieckiego uczyłem się jeszcze wcześniej).

        Czytanie podręczników (i czasem robienie lekcji) to po prostu mój ulubiony sposób spędzania wolnego czasu. Nie musi być związane z doczytywaniem więcej o danej kulturze, ale bardzo często jest. Ja generalnie sporo czytam. A na przykład muzyki słucham o wiele mniej niż ktokolwiek kogo znam (tak przynajmniej mi się wydaje).

      3. Jakbyś się porównał z językoznawcami badającymi różnorodne języki? Co mają profesorowie uczelni, czego Ty nie masz – a co Ty masz, czego oni nie mają?

      4. Hmm… oni mają swoją pracę, a ja swoją (którą nie jest uczenie się języków ;-)). A poważniej – są bardzo różne typy językoznawców, od niektórzy (np. zajmujący się 'językiem internetu') mogą w ogóle nie znać żadnych języków obcych. Generalnie – każdy z kierunkowym wykształceniem ma o wiele lepszy aparat teoretyczny ode mnie (= łatwiej wychwytuje i dokładniej opisuje zjawiska), ktoś zajmujący się konkretnym językiem, rodziną czy obszarem, wie o nich o wiele więcej niż ja (nawet o językach w których mam najszerszą wiedzę i najlepsze wyczucie – jak perski, nie byłbym w stanie napisać wartościowej publikacji). Podobny do mnie (a właściwie jeszcze większy) 'rozrzut' zainteresowań mają tylko ci lingwiści którzy zajmują się typologią – ale ich praca opiera się na zbieraniu danych, doborze próbek i dość płytkiej analizie. Jedyna moja 'przewaga' jest taka, że czasem w jakiejś ogólnej publikacji gdzie za ilustracje zjawiska X służą przykłady m.in. z języka Y, trafi się, że widzę coś, czego autor publikacji nie zrozumiał, bo opiera się nie na własnej znajomości języka Y, ale na glosie/tłumaczeniu które cytuje za inną publikacją i które nigdy nie są 100% dokładne. Ale to zdarza się rzadko, bo pula języków z których czerpane są przykłady stale się rozszerza (i bardzo dobrze!)

  7. Peterlinie,

    masz rację. Rzeczywiście używam terminu „Urban Irish” na określenie kreolskiego irlandzkiego – dla mnie osobiście usznej tortury.
    Słuchając zaś aktywistów-entuzjastów, którzy posługują się irlandzkim znakomicie, serce rośnie. Czy to też „Urban Irish”? Może i tak. Kwestia terminologii.

    Toksyczność: nie wgryzałem się w temat głęboko, ale mam wrażenie, że bardziej się o tym mówi, niż rzeczywiście z tym spotyka. Zapał polemiczny opadł. (Oczywiście nie upieram się, zaglądałem na fora o tyle o ile.)

    Materiały: nie chcę absolutnie dokładać „roboty” ni nic… Wydaje mi się tylko, że pisząc o zaletach nauki – nawet pobieżnej – języków rzadkich, potrzeba odpowiedzieć na pytanie „No dobrze, ale z czego w ogóle ja mam się tego całego czyczyciamciaramciaramańskiego uczyć?!”. Poza tym może sam obaczę, co zacz maoryski…?

    Sięgając po świeży artykuł o birmańskim, pozdrawiam serdecznie
    AGB

    1. Po prawdzie, to we wklejeniu kilku linków czy wymienieniu paru książek dodatkowej pracy jest niewiele, ale zwykle na ostatniej prostej chce się już jak najszybciej skończyć. Stąd droga na skróty. Twoja uwaga oczywiście słuszna, w kolejnych odcinkach są już informacje o materiałach. Co do maoryskiego: bardzo dobry słownik. Przez górne menu tej samej strony wyjście na materiały towarzyszące do najpopularniejszej serii podręczników. Trochę schowane są mini-seriale To wszystko trochę starej daty, ale wartościowe. Na bardziej rozmówkowym poziomie (ale nowsze) jest ta strona

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Teraz masz możliwość komentowania za pomocą swojego profilu na Facebooku.
ZALOGUJ SIĘ